Dołącz do nas

Felietony Piłka nożna

Runda pełna absurdów

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Niesamowita była to runda jesienna, nie zapomnimy jej nigdy. Na zakończenie roku 2025 zapraszamy Was do przypomnienia sobie, z przymrużeniem oka, najbardziej absurdalnych zdarzeń z ostatnich miesięcy. Felieton przygotowałem wspólnie z redaktorem Flifenem. Jeśli coś jeszcze zasługuje na znalezienie się wśród tej listy – dajcie znać w komentarzu!

Tułający się po klubach Aleksander Buksa – według doniesień medialnych został wypchnięty z autokaru Górnika Zabrze wyjeżdżającego na zgrupowanie przedsezonowe wprost na listę wypożyczeń. Rzeczywistość brutalnie go zweryfikowała: w Katowicach rozegrał cztery fatalne spotkania i na tym jego wypożyczenie się zakończyło (może to był darmowy okres próbny?). Nie wniósł absolutnie nic do naszej gry i nawet Rafał Górak, znany z odbudowywania piłkarzy w dołku formy, nie był w stanie mu pomóc. Od czasów Sz.P. Daniela Krasuckiego jest to nasz najbardziej kuriozalny ruch na rynku transferowym. Tyle dobrze, że mieliśmy możliwość szybkiego zwrócenia zbędnego piłkarza.

Licznik wstydu redaktora Mietczyńskiego – Popularny Mietek prowadzący Uniwersum Ekstraklasy rok temu dostał solidną dwóję, typując 25 goli Makucha z Musiolikiem. Rozochocony swoimi farmazonami wypiął pierś, wskazał przed tym sezonem na Tsirigotisa z Barbossą i dumnie rzucił: “To będzie duet killerów!”. A jakie były tego efekty wszyscy wiemy… O komentarz poprosiliśmy samego przepowiadającego przyszłość: “Niestety nastąpiła fatalna pomyłka scoutingowa i wybrałem prawie najgorszy duet napastników, jaki tylko mogłem. W zasadzie bardziej ośmieszyć mógłbym się tylko wtedy, gdybym postawił na Aleksandra Buksę z Maciejem Rosołkiem. Serdeczne pozdrowienia dla redakcji!”. My również pozdrawiamy i życzymy powodzenia w świetlanej karierze tenisowej, z dala od typowania killerów.

Fot. Uniwersum Ekstraklasy na kanale Tetrycy

Dyrektorzy (ich brak) Legii – Pan Dariusz Mioduski zdołał niesamowicie uśrednić Legię Warszawa, jednak na pierwszy rzut oka ruchy dyrektorskie wyglądały rozsądnie, czego o trenerskich powiedzieć nie można. Fredi Bobić ma rozległe znajomości i podobnież angażuje się w obserwację młodych zawodników, naturalnie otwierając większość drzwi w Europie swoim nazwiskiem. Dyrektor Żewłakow z kolei świetnie radzi sobie w negocjacjach, a duet spisuje się razem doskonale, dzięki czemu udało się zakupić Rajovicia za okazyjne 3 miliony euro, sprowadzić wielki talent Kacpra Urbańskiego, wyciągnąć maszynę strzelecką Colaka i zatrudnić trenera na całe 15 minut przed wyjazdem na zgrupowanie. Dwie tak obeznane w dziedzinie osoby powinny sobie po prostu radzić znacznie lepiej, bo ksywka “dekodery” byłaby w tym momencie chyba nawet komplementem – decyzje nie wyglądają nawet na podjęte po zobaczeniu zatrudnionych osób w akcji.

Trenerzy (ich brak) Legii – Nieco więcej bitów poświęćmy wyborom trenerskim stołecznego klubu. Edward Niewyspanescu aka Iordanescu na szczęście miał do dyspozycji skład zbudowany w wakacje przez dwóch ekspertów. Prawda? Bynajmniej, z niektórymi piłkarzami miał czas jedynie na krótką rozmowę na gadu-gadu i już musiał wpisać ich na listę zgłoszonych do meczu. Przewijały się pogłoski, że zupełnie inaczej wyglądała Legia, którą mu obiecano… Inna sprawa jest taka, że do Legii liczącej (ależ to brzmi z perspektywy czasu) na walkę na trzech frontach zatrudniono człowieka, który historycznie absolutnie sobie z tym nie radził i było to jak najbardziej widoczne. Szybko postanowił publicznie wyrazić swój brak chęci do bycia w tym klubie i docenić trzeba fakt, iż mocno odpuścił swoją odprawę, walcząc o finansowe zabezpieczenie swojego sztabu. Duet dyrektorów postawił na własne rozwiązanie trenerskie, które nocą otrzymali z adresu [email protected]. Dzięki tej propozycji Inaki Astiz, kompletnie przerażony, został wrzucony na ławkę z jednym z najmniejszych sztabów, jakie ten klub widział i… zdołał pobić rekord Legii bez zwycięstwa oraz zaliczyć najgorszy wynik w historii klubu. A Marek Papszun, jak był w Rakowie, tak został tam aż do świąt. Nie ma to jak przemyślane decyzje!

Bojkot (jego brak) kibiców Legii Warszawa – W klubie stołecznym od jakiegoś czasu źle się dzieje i zauważają to nie tylko sympatycy Legii. Poza wynikami sportowymi, atmosferę psują relacje Nieznanych Sprawców z prezesem Dariuszem Mioduskim. Źli na brak aktywności transferowej fanatycy rozpoczęli tak zwany “Strajk ostrzegawczy”, w ramach którego mieli nie pojawiać się na domowych meczach, a tylko wspierać drużynę na wyjazdach. Początek bojkotu został ogłoszony 2 lipca, a informacja o zakończeniu wpłynęła na Facebooka NS 25 lipca. Sęk w tym, że bojkot potrwał cały jeden mecz, a dokładnie pierwsze spotkanie pierwszej rundy eliminacji do Ligi Europy. Domowe starcie z Piastem, zaplanowane na pierwszą kolejkę, zostało przełożone na grudzień. Ci, co nie oglądali pojedynku z Kazachami, mogliby pomyśleć, że piłkarze zagrali na tyle dobrze, że aż kibice odwołali bojkot, jednak test oka pokazywał, że wygrana 1:0 to był wynik bardzo na korzyść Legii. Strajk, tak czy inaczej, został przerwany i powrócił dopiero w ostatnim meczu roku, przeciwko pogromcom Lecha, czyli Lincoln Red Imps.

Kontrlogiczne odśnieżanie w Białymstoku Ciągle pada śnieg, już zasypał nas… Tak w Białymstoku śpiewano arbitrowi Wojciechowi Myciowi i trenerowi Rafałowi Górakowi. Cały świat obiegł filmik Rafała Kędziora przedstawiający nowatorskie metody łopatowania wbrew zasadom fizyki, a więcej o tym zdarzeniu pisaliśmy w naszych ocenach z przymrużeniem oka.

Tłity (a każdy z nich niby felieton) pana Alexa Haditaghiego – Gdyby zrobić ankietę wśród fanów Ekstraklasy w poszukiwaniu najsłabszego elementu ligi, to prawdopodobnie na górze byłaby jakość piłkarzy, brak zaufania właścicieli do trenerów i tym podobne pierdoły. Nikt jednak nie zaznaczyłby haczyka przy opcji “Brak interesujących postaci”. W Szczecinie jednak nie wpadli na pomysł takiej ankiety przed sprzedaniem klubu i na czele Portowców w okolicach połowy marca stanął Alex Haditaghi. Wydawać by się mogło na początku, że to nic nadzwyczajnego. Ot, kolejny właściciel klubu, zdarza się. Kanadyjsko-irański 47-latek okazał się jednak chodzącą machiną do kręcenia contentu na X (dawniej Twitter). Nie starczyłoby nam znaków na artykuł, żeby opisać każdą rzecz, dzięki której pan Alex żyje w naszych głowach bez czynszu, wystarczy wymienić najciekawsze z nich:

  1. With this new governance structure, the club will be managed with professionalism, accountability, and a commitment to excellence—both on and off the pitch” – wpis z początku jego pracy w Szczecinie
  2. W lipcu szanowny pan prezes przepowiadał wielką przyszłość przed Pogonią, a nadchodzący czas nazwał “Rokiem nieśmiertelności”.
  3. Zarzucał dziennikarzom krytykującym Pogoń służenie siłom ciemności oraz regularnie zabierał takimże łajdakom akredytacje. 
  4. 26 lipca udzielił pełnego poparcia trenerowi Kolendowiczowi, niezależnie, czy ten przegra jeden mecz czy osiem, co jeszcze potwierdził w połowie sierpnia. I tak w zasadzie to nie skłamał, gdyż Robert Kolendowicz został zwolniony po… czwartej porażce. Jak to skomentował prezes Haditaghi? “Fenerbache zwolniło Mourinho po serii niezłych, ale nie świetnych wyników. Dlaczego? Bo wielkość wymaga więcej niż to.”.
  5. Obiecał, że Eftimis Koulouris nie odejdzie z klubu przynajmniej do końca kontraktu. Wychodzi na to, że to klub odszedł z Koulourisa, innego wytłumaczenia nie mamy. Przecież Alex Haditaghi nie mógł kłamać.
  6. Stwierdził, że jego 97-letnia babcia, która myśli, że “ofsajd” to zupa, lepiej poradziłaby sobie na VARze od sędziów (ale czy skłamał?).
  7. Wszystkie te wpisy przeplatał podawaniem dalej wszelakich propalestyńskich i antysyjonistycznych wpisów.
  8. Transfery Sama Greenwooda oraz Benjamina Mendy’ego nazwał zwycięstwami dla polskiej piłki. Polska piłka musiała zwyciężyć nad jakimś bardzo słabym rywalem, gdyż odgruzowanie Mendy’ego do stanu, w którym mógł zacząć grać jako tako w wyjściowym składzie, zajęło ponad dwa miesiące. 
  9. Pan Alex Haditaghi poczuł potrzebę pogratulowania Mikaelowi Ishakowi setnej bramki dla Lecha i zrobił to, generując AI grafikę ze wcześniej wspomnianym sympatycznym brodaczem oraz nowym nabytkiem Portowców, Husseimem Alim. Husseim do tej pory rozegrał zatrważające 250 minut w lidze.
  10. W internetowej wojence oberwało się także znanemu koneserom piłkarskiego X’a (dawniej Twittera) kibicowi Lecha – Kevolowi. Tym razem poszło o użycie przez fana Kolejorza popularnego za oceanem słowa na “N”, określającego osoby czarnoskóre.
  11. Prawdopodobnie każdy fan Ekstraklasy słyszał o konflikcie pana Alexa oraz prezesa Cracovii, Mateusza Dróżdża. Zwyzywał on prezesa Cracovii od śmiecia bez kultury oraz patologicznych kłamców, klub od syjonistycznych organizacji, a kibiców od idiotów i środowiska znanego z dźgania ludzi nożami.
  12. W oświadczeniu krytykującym oczywistą symulkę Musy Juwary w meczu z Wisłą Płock poinformował, że porozmawia z zawodnikiem na ten temat i załatwi to wewnętrznie. Jak załatwianie spraw wewnętrznie ma się do publikowania postów na social mediach? To już wie sam pan prezes.
  13. Ujawnił szczegóły kontraktu Kamila Grosickiego oraz propozycję nowego kontraktu przygotowaną przez TurboGrosika – prawdopodobnie bez zgody drugiej strony konfliktu.

Rocha na X (dawniej Twitter) – Sympatyczny Portugalczyk od jakiegoś czasu upodobał sobie umilanie wolnego czasu, tworząc kolejne Tweety oraz odpisując pod nimi losowym kibicom. Większość jego twórczości pojawiała się w języku polskim, czym bardzo zbliżył się do fanów Rakowa oraz Zagłębia Lubin.

Kibice Pogoni o obrotach – intelektualnie angażujący elaborat gniazdowego Pogoni Szczecin mieli okazję wysłuchać piłkarze po zremisowanym 2:2 spotkaniu z Radomiakiem Radom. Podejdźmy do tego matematycznie – na trwającym 1,5 minuty filmiku padło 6 przekleństw, co daje jeden wulgaryzm na 15 sekund. Niezły wynik, a dodatkowo wszystkiemu przysłuchiwały się dzieci stojące przy barierkach. Całość w skrócie polegała na tym, że jeśli media obiegną jeszcze jakieś zdjęcia piłkarzy Pogoni bawiących się w klubach, to kibice przyjdą na trening i im… porachują kości. Ostatnią tak imponującą przemowę możemy pamiętać z treningu Arki, przed wiadomo jakim meczem.

Stabilność trenerska i projekt na lata w Widzewie – “Ja wiem, że inni bogaci dżentelmeni nie znają się na futbolu i podejmują pochopne decyzje – ja taki nie będę. Dlatego pan Zeljko Sopić ma moje pełne zaufanie, albowiem zatrudniliśmy go na lata, a budowa klubu łatwym zadaniem nie jest, i tak jak mówiłem, trenerem na lata będzie tylko Patryk Czubak. Pozwoliliśmy mu polecieć na wesele, ale dzisiaj mnie to oburzyło i wysłałem po niego mój prom kosmiczny, żeby mógł mi pokazać zdjęcia osobiście. Nie mam z tym żadnego problemu i w pełni popieram jego metody szkoleniowe, dlatego jeszcze raz powtarzam: moim trenerem jest Igor Jovicević i podejmuję tę jedną jedyną decyzję trenerską z chłodną głową” – mniej więcej tak mogłaby wyglądać wypowiedź Pana Dobrzyckiego obejmująca całą rundę jesienną. Dalej można się jednak nad tym głowić: po co ściągano trenera Czubaka z wesela, skoro wszystko było okej? Mamy telefony, można do siebie zadzwonić.

Wyrzucanie pieniędzy w transfermarkcie – Dodatkowo szanowany pan prezes wysyłał swój odrzutowiec tu i tam, co jest jak najbardziej wskazane przy negocjacjach z piłkarzami, reprezentując klub z biednej mimo wszystko ligi. Co było jednak niepokojące, to sama jakość (a raczej jej brak) tych sprowadzonych zawodników, wspomniana już rotacja trenerska i ponadprzeciętnie szeroki pion sportowy. Ostatecznie cztery litery wszystkim uratował Sebastian Bergier, bez którego Widzew spokojnie mógłby się już szykować na przyszłoroczne derby Łodzi. W zimowym okienku udało się już wydać 5 milionów euro i dzięki temu pozyskać jednego piłkarza, jakim jest pan Osman Bukari, a zawodnicy podobno ponadto dostają w kontraktach absurdalne kwoty na realia polskiej piłki. Ale kto bogatemu zabroni?

Lisy pola karnego – Czas na katastrofy transferowe do ofensyw “czołowych” klubów Ekstraklasy: Yannick Agnero, Musa Juwara, Mileta Rajewac aka Rajović, Andi Zeqiri i Mariusz Fornalczyk, a także Antonio Colak, który co prawda przyszedł bez kwoty odstępnego, ale Legia ściągnęła go z sesji zdjęciowej w Zabrzu za pomocą korzystniejszej oferty finansowej. Łączna kwota według portalu transfermarkt tych wzmocnień to 11.65 miliona euro, czyli około 50 milionów złotych. Łącznie wykręcili zabójcze liczby, przebijając wynik Pana Piłkarza Kacpra Sezonienko o jeden punkt w kanadyjce (uwaga) – 6 goli i 2 asysty. Na jeden punkt przypada zatem ponad 6 milionów złotych, a dysponując takimi środkami finansowymi możnaby było zakupić teoretycznie WSZYSTKICH zawodników Bruk-Betu Termalici i jeszcze pół zespołu Arki Gdynia – wtedy mielibyśmy 39 trafień i 29 oczek w tabeli… Zamiast tego sprowadzono piłkarzy, którzy absolutnie nie byli w stanie pokazać swoich umiejętności, a Julek Sipika wraz z resztą widzów co tydzień zalewali się łzami na wspomnienie o ich wyczynach boiskowych, choć częściej ze śmiechu.  

Lis lisów (tylko że nie) – Sz.P. Mileta Rajewac aka Rajović zasłużył sobie na osobny podpunkt. W pudłowanie wkładał całego siebie i robił to nie tylko z uwagi na swoją pracę, ale po prostu z pasji. Z Motorem Lublin po spektakularnych dwóch pudłach aż kopnął w przypływie euforii bloczek reklamowy, swoją drogą to chyba jego najlepsze uderzenie rundy. Jasne, docenić trzeba fakt, iż dobrze porusza się po boisku i stąd jego sytuacje strzeleckie, ale nogi w piłce nożnej nie służą tylko do przemieszczania się – szczególnie za 3 miliony euro (tak, naprawdę tyle kosztował).

Rafał Gikiewicz – Zagrał jeden słaby i jeden przyzwoity mecz w Widzewie, ale nie za to go zapamiętamy. Po miesiącach absurdalnych wywiadów i kompromitujących występów (a także przedłużeniu umowy) pożegnano się z bramkarzem, a ten udał się na transfer medyczny do Zagłębia Lubin. Od razu wskoczył do bramki i pomógł swojej drużynie golem w ostatnich minutach awansować do kolejnej fazy puch… Wróć, to już było po przenosinach. Tak, w 112. minucie zdołał samodzielnie wyrzucić Zagłębie Lubin z Pucharu Polski, odbijając za siebie (i wprost w siatkę) wręcz żenujący strzał z dalekiego rzutu wolnego. Włodarze szybko uzmysłowili sobie swoją porażkę i zesłali go na piłkarską banicję, teraz z ławki może obserwować młodego i perspektywicznego Jasmina Buricia.

Szymon Marciniak twierdzący, że dziennikarze ustalają przepisy Popularny sędzia o charakterystycznej fryzurze zaszokował opinię publiczną, twierdząc, że gdyby nie “dziennikarze i eksperci”, to nie byłyby gwizdane takie faule, jakie pan Marciniak gwiżdże teraz. Złośliwi zasugerowaliby, że to oznacza, że najbardziej znany polski sędzia nie gwiżdże według reguł gry, a pod publiczkę. Na szczęście my nie jesteśmy złośliwi!

PZPN wysyłający jednego maila ws. Maccabi – Z okazji trzeciej rundy kwalifikacyjnej Raków Częstochowa miał okazję dwukrotnie sprawdzić się przeciwko zespołowi z państwa, które w Europie znajduje się tylko futbolowo – Maccabi Hajfa. Niestety te mecze zapisały się w historii nie poziomem piłkarskim, a głupotą i ordynarnością kibiców klubu zza Morza Śródziemnego. Media obiegł kibic robiący niegodne rzeczy z lalką ubraną w polskie barwy, a relacje choćby Sz.P. Łukasza Ciony spotkały się z jednomyślnym odbiorem: niestety tylko w Polsce i tylko wśród osób niedecyzyjnych. Tomasz Kozłowski opowiedział o podjętych przez PZPN działaniach w rozmowie na kanale Weszło. Rzucił chyba trochę niechcący, że związek wysłał jednego maila i w sumie to nie wie, czy ktoś na niego odpowiedział… Tak, dyrektor ds. komunikacji nie wie, czy skomunikowano się z UEFA w sprawie o charakterze narodowym i historycznym, a nie tylko futbolowym. No bo po co.

Lechia pozywająca ligę i opowieści o transferowym zakazie-widmo – To nie był prosty off-sezon dla włodarzy Lechii. Nie dość, że zostali postraszeni utratą licencji i zakazem transferowym, to za niewypłacanie pensji zostali ukarani całymi pięcioma punktami ujemnymi w lidze. Docenić trzeba śmiałość osób decyzyjnych w klubie z Gdańska, gdyż wydało im się to i tak zbyt ostrą karą, w konsekwencji czego złożyli pismo do PKOI. Na całe szczęście ujemne punkty zostały podtrzymane – inna decyzja byłaby robieniem jeszcze większej parodii z naszej ligi. Warto przypomnieć, że problemy finansowe Lechistów nie zaczęły się nagle, bo już w lutym to Ekstraklasa musiała wyłożyć pieniądze za Tomasza Wójtowicza i stąd tytułowy zakaz transfeorwy. Lechia tak bardzo nie mogła przeprowadzać transferów, iż udało jej się jak dotąd ściągnąć dziesięciu zawodników (dane za Transfermarkt). Komisja licencyjna przyszła i powiedziała groźnym tonem: “Transferów ma nie być, chyba że będą bardzo fajne i pokażecie czek z pieniążkami: wtedy można”. Pół miliona euro za Kurminowskiego, całkiem nieźle jak na klub, który miał problemy z wypłacaniem pensji. Trybunał przy PKOl-u odwołał ten zakaz transferowy, inaczej Lechia znów musiałaby ograniczyć się do sprowadzania tylko takich zawodników, na których ją stać według komisji. Dawno już nie było na łamach naszej strony przypominane, że Lechia Gdańsk nie powinna znajdować się w Ekstraklasie, co niniejszym czynimy! 

Lider dzięki 5 remisom (aka Remis Płock) – Tabela Ekstraklasy viralem obiegła Europę, gdy tylko runda miała się ku końcowi. Biedna trójka robiła, co mogła, by tylko spaść jak najniżej w klasyfikacji generalnej: niestety, reszta stawki była po prostu zbyt silna w takiej grze. Ostatnia w tabeli Termalica traci do lidera jedynie 11 punktów, zatem spokojnie jeszcze może walczyć o mistrzostwo.

Źródło: Aplikacja Superscore, forma drużyn Ekstraklasy 2025/26.

Iban Salvador aka człowiek-prowokacja – Gra tak, jak Włosi mówią: więcej w jego przypadku jest pracy rękami i gestykulacji niż robienia pożytku ze swoich nóg. Jest to piłka nożna i dobrze by było, gdyby jednak na tym się skupił, bo piłkarzem jest całkiem niezłym. Chyba wszyscy zgodni są co do tego, że jest to najbardziej denerwujący wszystkich piłkarz w naszej lidze – a on sam jeszcze jest dumny ze swojego zachowania i tłumaczy się dla Weszło tym, że robi wszystko dla swojego zespołu.

Drony szpiegowskie, szpiegi Arkowskie – Dawid Szwarga na największą scenę wrócił z przytupem. Sezon tak naprawdę nawet nie zdążył się zacząć, bo na dwa tygodnie przed pierwszymi starciami viralem stał się post Motoru Lublin, przedstawiający zaiwanionego drona Arki Gdynia, który miał filmować ich w trakcie przedsezonowych przygotowań. Internauci często wspominali, że Szwarga może wyjść z Rakowa, ale Raków z niego nie. Nie trzeba być ostoją moralności ani mistrzem intelektu, żeby wpaść na to, że od podglądania treningów rywala jest gorsze tylko podkradnięcie jego półprawego stopera. Niegodny ruch, jednak koniec końców podobno obie strony wszystko sobie wyjaśniły, a dron został przekazany pierwotnemu właścicielowi. Po wszystkim do Arki przylgnęło urocze przezwisko “Droniarze Szwargi”.

Sauny transferowe – Zostańmy jeszcze na chwilę w Gdynii. We wrześniu Arka nie mogła pochwalić się świetnym wynikiem, po ośmiu meczach miała osiem punktów. Ekipa Dawida Szwargi na wyjeździe w Łodzi zaliczyła kolejną porażkę, a szkoleniowiec nie krył swoich żalów przed zebranymi na sali dziennikarzami, mówiąc “Należy pamiętać, że Widzew Łódź dokonał transferów za 6 mln euro, a nasz najdroższy transfer to była sauna”. Plotki głosiły, że nie do końca spodobało się to władzom klubu znad Bałtyku i atmosfera była naprawdę gorąca nie tylko w saunie (przepraszamy za nieśmieszny żart). 

Pan Kamil Kosowski i dzikie predykcje – W kwestii przewidywania przyszłości chyba nic nie jest w stanie przebić redaktora Mietczyńskiego, któremu poświęciliśmy cały osobny punkt. Rękawicę w rywalizacji o drugie miejsce podjął jednak Kamil Kosowski. Były reprezentant Polski, już po drugiej kolejce, wytypował zespół z największymi szansami na Mistrza Polski – Cracovię. Nazwać to pocałunkiem śmierci byłoby przesadą, gdyż do lidera zespołowi Luki Elsnera brakuje tylko trzech punktów. Tak czy siak, próba znalezienia złotego medalisty ligi na 32 kolejki przed końcem była bardzo odważna. 

Pan Jakubas: Celem są puchary – Świetny pierwszy sezon Motoru w Ekstraklasie tylko podsycił apetyty kibiców oraz osób związanych z klubem. Czasem jednak przydatna jest chłodna głowa i rzetelna ocena sytuacji, której chyba zabrakło panu Jakubasowi, gdy ten zapowiadał, że z tą kadrą reprezentanci Lublina są w stanie osiągnąć top 4 w lidze. To nie pan Jakubas jest bogaty, to bogactwo jest panem Jakubasem, a Motor na transfery wydał niecały milion euro. Jeśli ten skład faktycznie osiągnie europejskie puchary, to Mateusz Stolarski powinien dostać ulicę swojego imienia oraz pomnik przed stadionem. 

Sędzia Raczkowski kontra transparent – Podczas meczu Jagiellonii z Rakowem kibice dopuścili się karygodnego czynu, przekraczając wszelkie granice. Inscenizację tego zdarzenia przeprowadził kanał Weszło w swojej Lidze Minus. Transparenty wojenne, polityczne, prowokacyjne, nienawistne wobec innych narodów – to wszystko było zasadniczo akceptowane przez cały świat piłkarski (chyba że to sprawka Legii albo Evertonu, im zawsze się dostanie). Pojawiły się dwa transparenty: “Nie ma przypadków, są tylko znaki” okraszone karykaturą arbitra w trakcie popełnianego legendarnego już występku, a także drugi, nienadający się do cytowania, uderzający w tony lat przedustawowych nawiązujący do fatalnej decyzji sędziego Frankowskiego z poprzedniego spotkania. Insynuowanie czynów korupcyjnych jest oczywiście mocno nie na miejscu i umniejsza całym rozgrywkom, jednak zdarza się przy okazji każdego meczu. Zwalczać przemoc to rzecz słuszna, jednak nie można tego robić wybiórczo – wtedy jest to po prostu czysty absurd.

Zagubione kartki w meczu Jagielloni z Górnikiem – A za co tak kibice zdenerwowali się na pana Raczkowskiego? Na pewno powody mieli, gdyż podobno od razu po spotkaniu arbiter poszedł przeprosić zawodników z Białegostoku i nie był zbyt chętny do rozmowy. Josema po prostu powinien pożegnać się z murawą za faul taktyczny na wychodzącym sam na sam Rallisie, a odgwizdano… faul na bramkarzu kilka sekund później. Jak to mówi młodzież: XD. Josema, rozochocony takim obrotem spraw, postanowił zrównać z ziemią dryblującego go Mazurka kilka chwil później, sędzia i tym razem nie chciał wyciągnąć kartki. Szybki telefon od kolegi do Podolskiego i mistrz świata mocno poturbował Pietuszewskiego, zgodnie z Waszymi przewidywaniami: obyło się bez kartki.

Kontrakt Maxa Moldera na trzy lata – Pan Kleks, pseudonim “Max Molder”, swoją aparycją przywodził na myśli żeglugę i morze, jednak Piast pod jego banderą szybko osiadł na mieliźnie. W 10 ligowych spotkań sympatyczny brodacz wykręcił spektakularny wynik 0,7 punkta na mecz. Zwolnienia trenerów w Ekstraklasie zdarzają się regularnie, jednak nie każdy klub zdecydowałby się na trzyletni kontrakt z trenerem bez doświadczenia na najwyższym poziomie rozgrywkowym w… jakimkolwiek kraju. Co by jednak o nim nie mówić: posiadania piłki w kilka miesięcy nazbierał tyle, do ilu inni trenerzy potrzebowaliby całego kontraktu!

Saga Papszunowa – tu nie ma co pisać, tu trzeba… no właśnie, co? Cała sytuacja była skrajnie głupia: „Chcieć to połowa sukcesu. Niewystarczająca 😉”, malowanie po muralu (tak jakby Papszun nie wyciągnął tego klubu z 2. ligi), sam trener mówiący na miesiąc przed przenosinami, że chce być trenerem innego klubu. Cała ta saga to był czeski film, którego nie dało się śledzić inaczej niż z popcornem w ręku. Koniec końców Marek Papszun dopiął swego i trafił do Legii. Czas pokaże, komu to wyszło na dobre.

Wątpliwej moralności anegdota pana Świerczewskiego – “Kiedy żyjesz ze swoją partnerką, kochasz ją i nagle słyszysz od niej, że w zasadzie to chce odejść do innego i że w zasadzie to jej szkolna miłość, ta pierwsza, to jesteś zszokowany” oraz “Ale gdy wiesz, że twoja sąsiadka się w tobie od dawna podkochuje i jest atrakcyjna, no to bierzesz od razu i się nie zastanawiasz”. Nie wiemy, jaki jest aktualny stan matrymonialny właściciela Rakowa Częstochowa, ale jeśli ma żonę, to mogłaby być ona co najmniej delikatnie niezadowolona z tego tekstu. Oczywiście w tym kontekście partnerką był Marek Papszun, a atrakcyjną sąsiadką Łukasz Tomczyk.

Transfer Radomiaka z City – Nie regulujcie odbiorników! To nie FM, to nowe standardy Ekstraklasy. Jako liga jesteśmy już na takim poziomie, że zawodnicy z Manchesteru odbijają się od naszych klubów. Taki los spotkał Josha Wilsona-Esbranda, bocznego obrońcę, tułającego się po wypożyczeniach od dwóch lat. 23-latek rozegrał w Radomiaku tylko 113 minut, zaliczając w tym czasie jedną asystę. Fakty jednak pozostają faktami, zawodnicy The Citizens są za słabi na Ekstraklasę.

Feio podbija Europę (Polska jest w Europie) – Goncalo Feio chciał, by Legia Warszawa byłą jego ostatnim klubem w Polsce. Może chodziło mu po prostu o to, by znaleźć się tam jeszcze tuż przed emeryturą? W każdym razie Feio na zachodzie przepracował dwa tygodnie i na tym się jego wojaże zakończyły. Skończył jesienią niedaleko swojego poprzedniego pracodawcy, dołączając do Radomiaka Radom.


Honorable mentions

Powołanie Kapustki – Zgodzimy się wszyscy, że trener Jan Urban mógłby samodzielnie prowadzić dobranockę i swoim sympatycznym sposobem bycia (oraz rzecz jasna umiejętnościami) odbudował całą atmosferę i grę reprezentacji. Pomysł na Kapustkę przy formie mutant Bartosza Nowaka czy Oskara Repki słusznie spotkał się z negatywnym odbiorem kibiców, szczególnie przy jego występach w tonącej Legii.

Odebranie opaski Lewandowskiemu – Nie wiemy, czy trzeba coś tutaj dodawać. Michał Probierz spalił wszystkie mosty i został na wyspie, wytykany przez wszystkich palcami. Publicznie żaden z piłkarzy nie wziął jego strony i to, wraz ze słabymi wynikami, przekreśliło jego karierę selekcjonerską.

Tymoteusz Puchacz – Sprawić, by Rafał Górak publicznie wyjawiał swoje rozczarowanie, wcale nie jest łatwo. Wybrał zaskakujący kierunek zamiast szansy na odbudowę w solidnie budowanej ekipie, a umówmy się: to nasz trener wyciągnął rękę do zawodnika z kontrowersyjną prasą.

Odsprzedaż koszulek okolicznościowych Lecha – Pazerność ludzka nie zna granic: klub zrobił coś fajnego dla fanatyków, a skończyło się na reaktywacji instytucji bazarku. “Mam 15 koszulek z przebitką 2000 złotych i co mi pan zrobi” – klub na szczęście wypuścił kolejną serię i nieco okiełznał sytuację.

Pogoda w Słowenii – Armagedon pogodowy mocno opóźnił świętowanie naszych piłkarek po finale, takiej ulewy chyba nikt się nie spodziewał po wcześniejszych upalnych dniach. 30 minut po zakończeniu spotkania spokojnie można było rozpocząć trening pływacki na bocznym boisku, a biegi do autokaru i samochodów to niezapomniane przeżycie wszystkich obecnych podczas finału. W takich warunkach udało się przeprowadzić ponad minutowy wywiad z Klaudią Słowińską!

Wybór (ale taki nie za szybki) szefa sędziów – Marcin Szulc oczywiście przez te 113 dni był uznawany za szefa, ale jednak nie było to spisane na papierze i brakowało przez to nieco autorytetu. Z każdej strony dochodziły głosy, że takie bezkrólewie wpływa na pracę sędziów, którzy i bez problemów organizacyjnych mają sporo na głowie.

Głosowanie na organizatora Mistrzostw Europy kobiet – Polska otrzymała zawrotne 0 głosów, widać postęp: przynajmniej byliśmy wśród opcji do wyboru.

Przewidywane zwolnienie Leszka Ojrzyńskiego – Słynący z zabijania futbolu i wydobywaniu cech wolicjonalnych trener dokonał czegoś wręcz niemożliwego. Spora rzesza fanów nawet nie przewidywała przecież jego dłuższego pobytu w Lubinie i przyjmowano jego rychłe zwolnienie za drugi pewnik obok podatków. Strażak Sam Ojrzyński zamienił się w Boba Budowniczego i po prostu zrobił w Zagłębiu to, czego nie potrafili zrobić poprzednicy – zbudował solidnego średniaka w oparciu o młodych Polaków.

Mecz Pogoni z Jagiellonią i Górnika z Termalicą – Dwa niesamowicie podobne mecze. Jedne ekipy (Pogoń z Górnikiem) przeważały, i biły nawet nie jedną ale całym stadem głów w ścianę z kartonu, który miał jednak absurdalnego fuksa. Drugie drużyny, wcielające się w rolę kartonowej ściany, swoje spotkania wygrały, przecząc absolutnie optycznemu przebiegowi meczu.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Kato-Miszkolc dwa bratanki – reportaż z Węgier

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Swą podróż do Miszkolca rozpocząłem już dzień przed meczem. Za długo człowiek czekał na te puchary, żeby odmówić sobie przyjemności zrobienia „kontentu” daleko wykraczającego poza samą piłkę nożną. Lata jeżdżenia po ośrodkach pierwszoligowych, a przez chwilę nawet drugoligowych mogła wywołać rutynę i znudzenie. Ileż razy można było jeździć do Suwałk, Grudziądza czy Pruszkowa. Sześcio- czy siedmiokrotne wizyty w niektórych miastach (a na Arce czy w Niecieczy to i osiem razy) powodowały, że stadiony rywali znałem jak własną kieszeń.

Teraz sytuacja się odmieniła, bo mamy ekstraklasę i jest trochę nowości. To znaczy teraz dalej będą powtórki, ale nowe. Na takim Rakowie od awansu byliśmy już trzy razy, a już niedługo będzie czwarty. Taka rutyna nie zaszkodzi. Za to europejskie puchary są jedyne w swoim rodzaju, bo prawdopodobieństwo trafienia na tego samego przeciwnika jest nikłe. Dlatego są to doświadczenia unikatowe. Wymagające specjalnego potraktowania.

***

Śniadanie to najważniejszy posiłek dnia. A zwłaszcza przed podróżą. Dlatego też musiała najpierw nastąpić konsumpcja. Jeszcze chwila ogarnięcia się i w drogę na Węgry. Czekało mnie planowo ponad pięć godzin jazdy, ale wiadomo było, że z postojami wyjdzie to nieco dłużej.

Było ciepło, bardzo ciepło. Ale to była tylko przygrywka do tego, co się będzie działo na Węgrzech. Zapowiadane temperatury na środę i czwartek to 39 stopni. Grunt to dobry humor i… klimatyzacja.

Droga przebiegała spokojnie. Trochę zakorkowany wjazd na Zakopiankę, ale zupełnie bez tragedii. No i dalsza trasa. Zakopianka czy nowa Zakopianka przebiega naprawdę malowniczymi terenami, na granicy Beskidu Żywieckiego, a Beskidu Wyspowego, Makowskiego czy Gorców. Dzięki czemu podczas trasy możemy podziwiać malownicze wzgórza, z tymi rozpościerającymi się przysiółkami, domostwami. Na swoich długo czy średniodystansowych szlakach przecinałem Zakopiankę – czy to na Głównym Szlaku Beskidzkim, a także szlaku Brzeźnica – Kacwin.

W Nowym Targu było odbicie. Za miastem krótki postój na kupienie czegoś zimnego i stacyjną przekąskę. Już stąd rozciągał się piękny widok na Tatry. Tatry, które miałem od wschodniej strony objechać. Cieszyłem się na tę drogę. Tym bardziej, że w życiu tak dużo chodziłem po górach, że nieraz jadąc przez jakieś dziwne miejsca mogłem powiedzieć – byłem tutaj.

Tak było choćby, gdy przejeżdżałem przez Bukowinę Tatrzańską, przez którą przechodzi szlak Trzy Kopce – Chochołów. Przeszedłem go za drugą próbą, bo za pierwszą narzuciłem sobie zbyt duże tempo pierwszego dnia i po przejściu ponad 40 kilometrów w ulewnym deszczu poległem. Pamiętam, że dzień później GieKSa wygrała u siebie z Garbarnią 2:0. Czasy Covidowe.

Tak więc Bukowina (wcześniej Białka) czy Czarna Góra były mi dobrze znane. Ja tym czasem zbliżałem się do granicy w Jurgowie, a moim oczom ukazywały się najpiękniejsze Tatry Bielskie. Przejeżdżałem przez Zdziar. Miejscowość, w której miałem kiedyś nocleg przed wielodniowym pobytem w Tatrach Słowackich. Wówczas to ruszyłem w Tatry Bielskie właśnie – niestety na Hawrań, Murań czy Płaczliwą Skałę nie można wchodzi ze względu na rezerwat – choć jakieś gagatki wówczas miały to za nic i i tak wchodziły. Ja potem udałem się do schroniska przy Zielonym Stawie i Jagnięcy Szczyt. To byli czasy.

Jadąc autem niestety nie mogłem robić zdjęć w najbardziej efektownych momentach. Ale gdzieś tam raz czy dwa przystanąłem i udało się zrobić fotki tych majestatycznych, zielonych i trawiastych zboczy. To naprawdę jedno z moich ulubionych miejsc.

Droga przebiegała spokojnie – przez Tatrzańską Kotlinę, Tatrzańską Łomnicę i Wielką Łomnicę. Gdzieś tam kilka razy przecinałem tory, po których porusza się Elektrická, czyli kapitalna transportowa sprawa, pozwalająca poruszać się w większej części południowego krańca Tatr. Sam z niej korzystałem wielokrotnie. Wkrótce dotarłem na obrzeża Popradu, a to oznaczało, że zaraz wyjadę na autostradę.

Droga tą autostradą to była poezja. Samochodów było na niej niebywale wręcz mało. Często zdarzało się tak, że zarówno z tyłu, jak i z przodu na horyzoncie nie było ani jednego. I tak przez całe, całe minuty. Jechałem więc przez te słowackie pola, malowniczo to wyglądało, inaczej niż w Polsce. Tak więc podążałem sobie ku Węgrom.

Po drodze stwierdziłem, że jednak nie będę jechał na miejscówkę, tylko od razu na stadion na przedmeczową konferencję. W Żylinie nie dałem rady ze względu na to, że w środę jeszcze „uszczknąłem” pracę i wyjeżdżałem dopiero o dwudziestej. Tutaj z racji porannego wyjazdu, konferencja była wpisana w plan.

Zszokowałem się, gdy podczas postoju na stacji wysiadłem z auta. Wiadomo, w samochodzie klimatyzacja i człowiek się przyzwyczaja do normalnej temperatury. Po wyjściu na zewnątrz – ukrop. Niesamowity ukrop. Można było odnieść wrażenie, że im bardziej na południe, tym goręcej. W sumie – logicznie.

Dojechałem do węgierskiej granicy. Dalsza droga aż do Miszkolca, równie przyjemna, co na Słowacji. Kilkadziesiąt minut i dotarłem do miasta docelowego. Wjazd do centrum i w stronę stadionu. Odrobinę inaczej niż w Polsce, na przykład czerwone światło i zielona strzałka na wprost. Za pierwszymi dwoma razami miałem zawias. Potem już śmiało jechałem.

Dotarłem do stadionu DVTK, czyli Diósgyőri Vasgyárak Testgyakorlók Köre, bo tak nazywa się drugoligowy klub, który gra na tym obiekcie. Co ciekawe klub ma na koncie Mistrzostwo Węgier w… szachach. Dobrze znamy ten smak triumfu w krajowej lidze.

Pod stadionem byłem o 16.40, czyli pół godziny przed planowaną konferencją. Stadion wyglądał… tak jak na Google Maps. Dzisiaj coraz mniej jest tajemnic. Choć jak na Google Maps „wjedziecie” sobie na sam parking tuż przy stadionie – to zobaczycie zdjęcia sprzed kilkunastu lat, jeszcze ze starym oldchoolowym obiektem. W każdym razie prezentuje się ładnie, jest dość spory, a dzięki informacjom sprzed wyjazdu, dokładnie wiedziałem, gdzie wejść.

Tak więc podchodzę do panów ochroniarzy, jeden powoli, mozolnie, gasi papierosa i zmierza do drzwi, żeby mnie wpuścić. Otwiera je i pokazuje następne, gdzie jest sala konferencyjna. Wchodzę więc i witam się z ludźmi z oficjalnych mediów GieKSy, którzy też niedawno – dotarli na miejsce. Kręcą się tam ludzie z Hapoelu Tel Awiw, drużyna miała chwilę wcześniej trening. A ja czekam na konferencję, na której pierwotnie miał być trener i Alan Czerwiński, ale z racji lekkiego opóźnienia pojawił się tylko szkoleniowiec.

Jestem jedynym na tej konferencji oprócz chłopaków i dziewczyny z oficjalnej. Zazwyczaj było tak, że jak nie było żadnego dziennikarza na tych briefingach, to po prostu media GieKSy robiły wywiad z trenerem. Tutaj zrobiliśmy wszystko „oficjalnie”, czyli przy stole, na tle ścianki Hapoelu.

Zadaję pytanie trenerowi o Węgry, gdyż to w tym kraju zaczęła się jego historia w GKS. Pamiętne zgrupowanie w Telki, na które pojechaliśmy jako redakcja Bukowej, by je relacjonować. To było 15 lat temu, a my wówczas połączyliśmy wakacje z pracą na rzecz GieKSiarskiej społeczności. Dziwne, trudne i piękne to były czasy. Byliśmy na sparingach, m.in. GieKSa grała z Honvedem w Budapeszcie, a przed tymże sparingiem odegrano hymn Polski. Wszyscy byliśmy wtedy młodziutcy, zresztą zobaczyć możecie to na filmach poniżej. No i był kot Laszlo w ośrodku reprezentacji Węgier.

Jeszcze przed briefingiem i po nim udaję się na sektor prasowy. I tam od razu niespodzianka. Na stanowiskach są już wydrukowane kartki z nazwiskami dziennikarzy, więc mam już swoje przyporządkowane miejsce. Jest to komfort – dzień przed meczem znać już wszystkie trakty, wiedzieć, gdzie wejście, sala konferencyjna, jak wygląda prasówka. Jest to odhaczone i nie trzeba się następnego dnia stresować. Bo często na stadionach te oznaczenia są niejasne lub w ogóle jest ich brak, a ochrona zazwyczaj nic nie wie.

 

A tutaj – komfort. Dodatkowo sama prasówka jest na samej górze (jak wchodziłem, to jakiś gościu wywoził stół do ping ponga). Wszystko na swoim miejscu. Widok na boisko znakomity. Toteż po konferencji siadam na chwilę na „swoim” stanowisku i gdy piłkarze zaczynają trening – ja zamieszczam na stronię relację z konferencji właśnie. Zajmuje mi to wszystko z godziny, po czym kieruję się do wyjścia.

Przed stadionem spotykam jeszcze rzecznika Michała i pana Bogdana, kierowcę GieKSiarskiego autobusu. Mówimy o tym upale i problemie ze schłodzeniem w zadowalający dla pasażerów-piłkarzy sposób. Upały dają się we znaki, a schłodzić taki gabaryt, to jednak duże wyzwanie. W autobusie nadal było więc ponad 25 stopni, temperatura zatem niezbyt ciekawa do funkcjonowania. Przynajmniej zawodnicy nie musieli się te powiedzmy 7 godzin smażyć, ale jednak droga z lotniska z Koszyc do Miszkolca, no i potem transfery na stadion to jednak jest pewien czas spędzony w autobusie.

Ja wsiadam do auta i ruszam na kwaterę, do której mam kwadrans. GPS prowadzi mnie jakimiś drogami, krętymi i górskimi – bo trzeba przez jakieś wzgórze przejechać – i po drodze robię jeszcze postój w Lidlu. Przede wszystkim zaopatruję się w picie, bo w tym upale to jest obowiązek. Plus kilka rzeczy do jedzenia. Zwracają uwagę typowo węgierskie specjały w lodówkach. Salami po prostu być musi. A na półkach nie może zabraknąć węgierskich past paprykowych. Jedną taką kupuję. Bo choć wiem, że jest przeraźliwie słona (11,5 g soli na 100 g), to ma swój paprykowy klimat.

Po kilku kolejnych minutach docieram na kwaterę. Brama zamknięta, dzwonię, nikt nie wychodzi. Dzwonię na telefon – cisza. Dopiero po paru minutach wyszedł gospodarz, uff. Mówi po angielsku i to bardzo komunikatywnie. Znakomicie. Dokonujemy formalności i prowadzi mnie do pokoju. Za chwilę największa próba – czy działa klimatyzacja. To był absolutnie główny punkt przy doborze noclegu. Były bowiem lepsze lokalizacje, bliżej centrum czy stadionu. Jedno miejsce było super, ale w komentarzach pisali, że klima jest, ale nie działa. Tutaj załączam i od razu powiało przyjemnym chłodkiem. Pięknie. Jestem na miejscu. A w lodówce – półtoralitrowa, schłodzona woda mineralna.

Chwila ogarnięcia się, rzeczy do lodówki. Prysznic po podróży. No i miałem upatrzoną restaurację nieopodal, gdzie wyczytałem, że menu jest po polsku, a opinie bardzo dobre. Udaję się więc do niej na obiadokolację. Jestem już mocno głodny, bo wcześniej jadłem tylko wspomniane śniadanie i hot doga na stacji, ale to z siedem godzin temu. Idę więc do wspomnianej knajpki. Co prawda mam ochotę na jakieś węgierskie dania, ale z drugiej strony obawiam się, że leczo czy zupa gulaszowa to będzie za mało. Tym razem więc jeszcze nie kombinuję i biorę solidnego burgerasa. Co prawda tu jedna z opinii była taka, że burger mały, więc ktoś musiał dokupić sobie deser, żeby się najeść. No ale patrzę – 220 gram mięsa, więc solidny kotlet. I rzeczywiście wizualnie – przed nie jakąś wielką bułkę – sprawiało to wrażenie, że jest trochę małe, ale ostatecznie – delikatnie mówiąc – najadłem się. Było sycie i sowicie. Do tego dwie homemade ice tea. Pragnienie było duże. Mimo wielu godzin w klimie w aucie, ten upał nie pozostawał obojętny dla organizmu. Było to bardzo sympatyczne posiedzenie, na ogródku na takim podeście. Wieczorem już dało się wytrzymać.

Zabawne jest to, że gdy siedzę w tej knajpce, przychodzą… media GieKSy. Naprawdę świat jest mały. Uważam, że to miejsce na nocleg, które wybrałem, nie jest oczywistym wyborem, bo znajduje się na takich totalnych przedmieściach Miszkolca – dokładnie w dzielnicy Miskolctapolca. Szansa, że oni będą w tym samym miejscu, wybiorą tę samą knajpę była naprawdę mała. A jednak. Jeszcze potem spotykamy się po opuszczeniu lokalu.

Ja wracam na kwaterę. Przypominam sobie, że dzisiaj gra Górnik. Ale nie chce mi się odpalać laptopa. Przychodzi mi więc do głowy myśl, że może w węgierskiej telewizji leci mecz z Ferencvarosem. I tak jest w istocie, więc oglądam drugą połowę. Potem piszę jeszcze felieton przedmeczowy i czas na spanko. Jutro zapowiada się intensywny dzień.

***

Po skonsumowaniu zakupionej dzień wcześniej bułki z „wypalonym” napisem „ham and cheese”, ruszam do miasta. Patrzyłem wcześniej, jak to się układa z parkingami, płatnościami. Wybór pada na parking pod Sparem nieopodal centrum. Kilkanaście minut i koło jedenastej jestem na miejscu. Jedenastej, bo musiałem lekko odespać. Więc pobudka była przed dziewiątą.

W przeciwieństwie do Żyliny, nie mam żadnego planu zwiedzania. Jedyne cele, o których myślę to ten plac napisem Miszkolc oraz wzgórze z wieżą TV, z której jest widok na miasto. Ale to mgliste. Na początku nawet nie wiem, którędy dokładnie tam iść, dopiero po chwili patrzę na mapę.

Na razie jestem na takiej ruchliwej, głównej ulicy. Fajne jest rondko z wypukłościami na liniach rozdzielających pasy, dzięki temu żaden gagatek nie będzie jeździł, jak chce. Problem będzie wtedy, kiedy ktoś się pomyli, ale cóż – zdarza się.

Wchodzę w ulicę István Széchenyi, drogę bez samochodów, za to z tramwajami. I typowo węgierską ulicą – idę przed siebie. Miasto w czwarte o 11.00 jest jednocześnie żywe i spokojne. Jest trochę ludzi, ale nie widać absolutnie żadnej gonitwy czy napięcia. Wszystko się toczy swoim spokojnym rytmem. Powiedzielibyśmy, że to taka spokojniejsza (i schludniejsza) 3 maja. Jest trochę zieleni, trochę drzewek.

Upał jest niesamowity. W zasadzie kilka minut po wyjściu z samochodu, normalnie idąc, miałem już mokre czoło. Ale jest mimo to bardzo przyjemnie. Picie z lodówki jeszcze w plecaku jest chłodne.

Docieram do Placu Szent István, czyli Świętego Stefana. Postać ta to książę i pierwszy król węgierski, koronowany w 1000 lub 1001 roku. Zjednoczył on plemiona węgierskie i dokończył proces chrystianizacji na Węgrzech. Na jego cześć nadano też nazwę austro-węgierskiemu pancernikowi, działającemu podczas pierwszej wojny światowej i zatopionemu w 1918 roku. Co ciekawe istnieje film z zatonięcia statku, co jak na wydarzenie sprzed 108 lat jest ewenementem.

Plac jest lekką betonozą, z ładnym klombem po środku. Są też jakieś drzewka na bokach. No i napis białymi literami Miskolc. Idzie się uprażyć na tej patelni, ładnej patelni. W tle wzgórze Avas ze wspomnianą wcześniej wieżą. Robię nagrywkę do trzech razy sztuka, szybkie coś do picia i podejmuję decyzję, by już teraz ruszyć na wzgórze.

Przechodzę więc na ulicę Kálvin János. Tu już mam wrażenie lekko wyludnionego miasta. Jedynie jakiś biegacz robi sobie trening i w pewnym momencie na chodniku – dwa metry ode mnie – pada i zaczyna robić pompki. Mnie czekają teraz schodki, wejście na Avas. Według archaicznego języka „Avas” oznacza zakazany. Pochodzi ona od tego, że w dawnych czasach zakazano pasterzom wypasania owiec na wzgórzu, gdyż obawiano się o zawalenie starych piwnic z winem.

Po kilku minutach mijam protestancki kościół gotycki. Jest zamknięty, więc idę dalej i przechodzę przez cmentarz. Pochowani są tu znani ludzie z życia Miszkolca, jak Bertalan Szemere and László Palóczy. Uwagę zwracają bardzo stare nagrobki, takie wystające z ziemi tablice nagrobkowe. Niektórzy pochowani pod tymi tablicami zmarli jeszcze w XIX wieku. Robi to wrażenie.

Mija południe. Z wież kościoła biją dzwony, nieopodal wybrzmiewa jakby hejnał. Już nie po schodkach, a wąską uliczką minimalnie zwiększam wysokość. To wszystko jest bardzo blisko – nie jest to odległość od podnóża Dubni do wieży w Żylinie. Pod koniec znów jest kilkadziesiąt schodów i – jestem na górze.

Nie wiedziałem wcześniej, czy wejście na wieżę jest płatne i czy w ogóle można wchodzić. Wywnioskowałem to po zdjęciach, na których ludzie faktycznie szwendali się po balkonie. Patrzę przed siebie – są schody na wieżę. Nie ma nikogo, więc jak słowiański i staropolski zwyczaj nakazał – wchodzę.

Okazuje się, że ten „balkon” jest ogólnodostępny, po prostu wchodzi się po schodach i jest się na górze. Więcej niż jedno duże piętro nie trzeba, bo i tak jesteśmy na wzgórzu i nie ma czynników zasłaniających (drzewa). Oczom moim ukazuje się piękna panorama Miszkolca. Rzucają się czerwono-pomarańczowe dachówki większości domostw. Blokowisk jest tu stosunkowo niewiele, ale są. To nie jest wielkie miasto – choć czwarte co do wielkości na Węgrzech, to zamieszkuje je 160 tysięcy mieszkańców. Ze stosunkowo nisko położonej wieży wzrokiem obejmujemy jego zdecydowaną większość. Bez problemu można dostrzec kolejne niewielkie wzgórza i pola za miastem. Na balustradzie są tabliczki z nazwami miejscowości. Do Valenciennes, które dobrze zna Lukas Klemenz jest stąd 1303, a na przykład do Cleveland 7026 kilometrów. Są też miniaturki miszkolckich zabytków.

Widok w tej pogodzie jest bardzo ładny. Może nie tak spektakularny jak w Żylinie, ale tam to była całkiem konkretna duża góra. Tutaj ledwie pewne, acz wyraźne podwyższenie. Patrząc na zachód można dostrzec dach stadionu DVTK. Czyli podobnie jak na Słowacji – z wysokości widzę arenę wieczornych zmagań. Miła sprawa.

Co się okazuje. Piętro wyżej jest… kawiarnia. Taka przeszklona z widokiem na miasto. Dwa razy czy nawet raz nie trzeba było mnie namawiać. Śniadanie bowiem było symboliczne i już wcześniej myślałem o jedzeniu, no i nadeszła pora napić się czegoś zimnego. Wchodzę więc i zasiadam w miejscu, w którym mam przed oczami piękny pejzaż. Przeglądam menu – oprócz słodkich są sandwiche. Decyduję się na kanapkę z salami, jajkiem i serem. Do picia herbata (mimo upału) i lemoniada malinowa. Wnętrze kawiarni jest bardzo ładne i schludne. No i jest… klimatyzacja. Ludzi prawie zero, jakaś babcia z wnuczkami jedna. Bardzo przyjemnie. Czwartek godzina 12.30. Idealnie, by coś takiego zrobić. Mając w planach wieczorem mecz piłkarski.

Lemoniada jest przepyszna. Smaczna plus gazowana. Idealna na taki upał. Napawam się nią i czekam na kanapki. I kelner/barman – sympatyczny, trochę przypominający Adama Zreľáka – przynosi dosłownie kanapki. Cztery średniej wielkości właśnie z salami, plastrem jajka i kosteczkami sera a la ementaler. Pychota. To jest to, czego potrzebuję na mały głód. Aż nie chce się iść dalej, tak jest przyjemnie. W sumie spędzam na Avas godzinę.

Schodzę dalej tymi wyludnionymi drogami i znów pomiędzy ciekawymi domostwami na wzgórzu. Chcę znów zajrzeć do centrum, podobno jest tam synagoga, więc w temacie dzisiejszego spotkania. Nadal jest wyludnienie i pusto.

Gdzieś tam przejeżdża węgierska „eLka”, czyli „teTka”. Uczący się jeździć są właśnie oznaczeni literką T. Dlatego też, tak jak u nas „L” jest wplatane w nazwy szkół jazdy, jak w dobrze znanym kibicom GieKSy „Zielonym Listku”, tak tutaj widziałem szkołę, która nazywała się „Green lighT”. Jest to pomysł. „T” pochodzi od węgierskiego „tanuló”, czyli uczeń. W Polsce „L” znaczy po angielsku „learner”, czyli również uczeń właśnie.

Są tu i budki telefoniczne, ale niektóre opatrzone logiem T-Mobile. Z ławeczką w środku. Obrazki, raczej u nas niespotykane. Całkiem przypadkiem trafiam w kolejne charakterystyczne miejsce. Sympatyczny skwerek z kolejnymi siedziskami, choć głównie na betonie, więc mało kto tu siedzi w tym skwarze. Są knajpki, fontanny i rzeczka Szinva. Zwłaszcza jedna knajpka, przy wąskim przejściu ze stolikami tuż nad tą rzeczką, ma swój klimacik. Lokalista – gdyby dopiero co się nie posilił i napoił, zasiadłbym zapewne tutaj.

Jest i popularny motyw w niektórych miastach, jak na przykład w Pszczynie, czyli kolorowe parasolki nad uliczką. Tutaj kolory są jasne i stonowane – czyli jasnożółty, fioletowy czy czerwony. Być może nieco wyliniały po prostu.

Po chwili jestem na placu przed kościołem Franciszkanów. Kolejny betonowy plac z dwiema fontannami, jedną ładną, błękitną i takimi uroczymi kanalikami, którędy przepływa woda. Naprzeciw jest wspomniana synagoga. Chcę zajrzeć, ale jest zamknięta, więc odpuszczam. Wchodzę natomiast do kościoła. Mogę tylko zajrzeć przez zamknięte drzwi już w środku – do środka.

Wychodząc orientuję się, że kończy mi się trzygodzinny czas parkingu. Chcę więc przedłużyć o godzinę – będę miał wtedy jeszcze godzinę i dziesięć minut. Przedłużam no i lipa. Tamto dziesięć minut mi się skasowało i godzinę naliczyło już bez nich. Bezsens. No i to powoduje, że muszę odrobinę się pospieszyć, bo w planie mam jeszcze jeden punkt.

Idąc na północ widzę już jakieś zastępy policji w radiowozach zmierzające gdzieś tam. Czy to już pod mecz? Nie wykluczam. Jest godzina czternasta. Potem, gdy będę szedł do samochodu, będzie przejeżdżał cały autokar z policją.

Podążam więc główną ulicą mijając slalomem coraz to kolejne wylewki asfaltu. Nie wiem, kiedy je położono, wiem jedynie, że wdepnięcie w tej temperaturze mogłoby mieć opłakane skutki. Mijam jakiś starodawny, socjalistyczny moloch – niby znany u nas widok, a jednak jakiś inny. Te na Słowacji czy właśnie tutaj sprawiają wrażenie opuszczonych i totalnie zaniedbanych. Pewnie tak nie jest, ale wrażenie takie sprawia. Podobnie jak te wszechobecne węgierskie nazwy.

W ogóle węgierski język to moja trauma z dzieciństwa, gdy byłem z rodzicami na wakacjach i zgubiłem się w jakimś centrum handlowym. Jakieś babki-ekspedientki podeszły do mnie i po madziarsku zaczęły gadać. Nie wiem, czy byłem bardziej przerażony zgubieniem się czy tym dziwnym językiem, którego używają.

A zgubiłem się, bo wydawało mi się, że za którymś regałem usłyszałem motor. Więc poszedłem go szukać… Wszyscy na Motor w niedzielę!

I w końcu dochodzę. Do niepozornej ulicy, z jakimiś blokami już poza ścisłym centrum. Kompletnie niby nic. Ale nie jest to byle jaka ulica, bo nazywa się… Katowice! I tak, nie jest to przypadek – ulica ta nazwana jest na cześć naszego miasta, co zresztą uwidacznia tablica kilka metrów od klatki schodowej, przy której robię zdjęcie. Tablica z 1969 roku podpisana jest Rada Miasta Miszkolc i podkreśla przyjaźń. My mamy w Katowicach Skwer Przyjaciół z Miszkolca – ten mini park przy przystankach na Sokolskiej. Od lat wiedziałem, że to miejsce się tak nazywa, ale nigdy nie sądziłem, że do Miszkolca mnie wywieje za GieKSą.

No nic, pora iść do auta, do którego mam dwa kilometry. Idę już drugą stroną ulicy by omijać miękki asfalt. Już czuć po dniu, że zrobiło się popołudnie. Inne słońce, inne światło. Swoje się nachodziłem. Czas więc zakończyć to zwiedzanie.

W ogóle śmieszny ten węgierski język, że „sz” czyta się jak „s”. Dlatego po ulicy jeździ nie bus, tylko busz. Mijam wspomniany autokar z policją. W ogóle jak policja może się nazywać „Rendőrség”. No ludzie!

Jestem z powrotem przy Sparze. Wchodzę na szybkie zakupy, chodzi o napoje. Niestety zimnych nie uświadczysz. Z powodu suszy i niskiego poziomu Dunaju rząd zapowiadał obcięcie energii, za dostarczanie której w dużej mierze odpowiedizalna jest elektrownia w Paks. Tutaj na lodówkach pojawił się komunikat:

„Szanowni Klienci!

W związku z zaistniałą ogólnokrajową sytuacją energetyczną podjęliśmy decyzję o tymczasowym wyłączeniu tej lodówki. Bardzo przepraszamy za spowodowane niedogodności!”.

Jakoś nie do końca wierzę. W Polsce w lato na wsiach i mniejszych miastach to jest stała praktyka. Wyłączanie lodówek w lato. Typowo z oszczędności prądu, a nie jakichś kataklizmów. Zawsze chodzą tylko lodówki z piwem i poupychana jest tam wódą. Wiadomo, dlaczego, ale nie będę się powtarzał, bo już się kiedyś o tym rozpisywałem.

Wsiadam do auta i zmierzam na kwaterę. W międzyczasie kontaktują się ze mną chłopacy (cytat z Joe Pesci’ego), którzy dojeżdżają i mają godzinę z kawałkiem. Umawiamy się w knajpce Lignum, w której to właśnie cała medialna GieKSa, oficjalna i nieoficjalna stołowała się podczas tego pobytu.

Z Kazikiem i Miśkiem zamawiamy leczo. Tak, tym razem na typowo węgierskie żarcie się zdecydowałem. Przyznam, że to leczo to jest mistrzostwo świata. Dużo papryki i cebuli, ale kompletnie nie w postaci jakiejś mazi, tylko gęsto upchane warzywa. Do tego doskonała, przyprawiona kiełbaska. U nas to wrzucą gdzieś zwykłą śląską i robią z tego drogie danie. Tutaj naprawdę kiełbasa była pierwszej jakości. Nie zrozumcie mnie źle. Lubię Śląską – zwłaszcza całą w cieniu, polską Śląską. A przed meczami na nowej Bukowej jestem pierwszy do przedmeczowego giga-wuszta. No ale to jest knajpa, więc sami wicie, rozumicie.

Posilamy się, po czym chłopaki jadą jeszcze na chwilę na miasto, a ja zbieram się na kwaterę, by przebrać się i przygotować do meczu. Jest godzina siedemnasta, więc do tego emocjonującego starcia pozostają zaledwie trzy godziny.

***

Pod stadionem na dwie godziny przed meczem kręci się już trochę kibiców Hapoelu. Ubrani w swoje czerwone barwy oczekują przed obiektem na spotkanie. Nie odnotowuję jakiegoś zwiększonego policyjnego napięcia przed obiektem, kibice chodzą sobie jak chcą. Ja podjeżdżam na parking i bez problemu parkuję tuż przed prowizoryczną bramą stadionową. Spotykam ludzi z Klubu Biznesu, którzy też mają swoją ciekawą wycieczkę na to spotkanie.

Chwilę po moim przyjściu na stadion przyjeżdża autokar GieKSy z piłkarzami. Korzystam z okazji i robię kilka fotek. Nasi wyglądają, jakby mieli humory dobre. Ale co mają nie mieć – w końcu po to się gra w piłkę, by grać jak najwyżej. A dla nas, dla GKS Katowice puchary europejskie to spełnienie snów. Wychodzą więc w tej nadal gorącej temperaturze zawodnicy i kierują się do budynku. Zaraz przechodzą też sędziowie. Z tym Dechepy’m, co to wyrzucił Baloguna w lidze francuskiej i tam żadna protekcja Amerykanina nie uratowała.

Po chwili i ja wchodzę. I tu o ile przed stadionem było bardzo spokojnie, to w środku kontrola, jak na lotnisku. Choć daleki jestem nadal od stwierdzenia, że jest jakakolwiek napięta atmosfera. Po prostu technicznie trzeba przejść przez bramkę, przepuścić plecak przez „rentgen” no i tak samo w koszyczku przetransportować rzeczy z kieszeni. Potem już nawet nie przeszukiwał mnie ochroniarz, więc tak naprawdę – spokojnie się dało coś przemycić. Troszkę przerost formy nad treścią. I tak jak mówię – duży spokój w tym wszystkim. Po chwili odbieram akredytację. Również wszystko przechodzi szybko i sprawnie. Nie mogę mieć zastrzeżeń.

Jestem znów na sali konferencyjnej. Kręcą się ludzie z Hapoelu, sam nie wiem, czy oni są z klubu, czy to są dziennikarze. I po meczu będą mi się wszyscy zlewać w jedną całość. No nic, czas na pójście na trybuny. Na początku schodami, ale potem udaje mi się wykminić windę i z niej korzystam – niby tylko trzy piętra, ale znów to są takie piętra, jak na Wiśle, że niby trzy, a tak jakby sześć. Ważne było, żeby na górze była jakaś woda. Bo na Sali konferencyjnej woda była w butelkach jak z wódki. No i w sumie się kończyła. Może to była wódka.

W zachodzących promieniach słońca oczekuję na mecz. Schodzą się dziennikarze z Polski, jest Kacper Janoszka, Tadek i Rafał Musioł, potem spotykam też starego druha z GieKSy Rafała Kędziora z ekipą z TVP Sport. Oczekujemy wszyscy w napięciu na spotkanie.

Mnie zaczepia węgierski dziennikarz, który już zdążył pooglądać moje nagrywki z Miszkolca i mówi, że nikt tak nie rozpromował tego miasta. I sam mi puszcza moje własne nagrywki na swoim telefonie. Opowiada też o swoim klubie, drużyna z Miszkolca potrafiła kiedyś grać w europejskich pucharach. No i jak patrzę na „lajki” pod moimi nagrywkami, to jest masa ludzi z Węgier. Algorytm działa więc też geograficznie. Ogólnie bardzo to miłe. Kibice polscy i węgierscy potem na meczu wzajemnie się pozdrawiają.

Tak jak pisałem wcześniej – stanowiska są doskonałe. Jest WiFi, prąd, dobre, sztywne blaty, super widoczność. Nie pozostaje nic, jak tylko relacjonować mecz. Podczas rozgrzewki Hapoelu kibice z Izraela robią małe piekło. Są niesamowicie głośni i ciągle śpiewają. My czekamy na kibiców GieKSy, którzy pojawiają się na krótko przed spotkaniem.

Ostatecznie podczas meczu kibice Hapoelu nie nawiązują aż tak do tego, co na rozgrzewce. Myślałem, że będą jednak głośniejsi. Dopingują oczywiście dobrze przez cały mecz, ale nie ma tego tąpnięcia, co na początku. Kibice GieKSy natomiast – jak zwykle trzymają poziom i prowadzą doping przez całe spotkanie. Fajna jest ta poprawka „Naprzód GieKSiarze!”, bo za pierwszym razem nie wybrzmiała tak dobrze, jak za drugim.

Niestety tracimy gola już w piątej minucie. Izraelski spiker w swoim języku hebrajskim wykrzykuje radośnie ten fakt i z kibicami nazwisko strzelca Stava Turiela. Jest ta egzotyka, niezależnie czy GieKSa by traciła czy zdobywała bramki (tu tylko traciła) w tych obcych dla nas okrzykach spikera. To znak, że gramy w pucharach.

W osiemnastej minucie jest już 2:0 dla Hapoelu. Gra nam się kompletnie nie układa, popełniamy rażące błędy i nie potrafimy nic zrobić z przodu. Formalni gospodarze chcą nas zaskoczyć jeszcze bardziej i nawet mają rzut karny, który sędzia odwołuje z powodu spalonego.

W przerwie możemy tylko zastanawiać się, co zrobić, by zagrać w drugiej połowie lepiej. Na początku drugiej części gry na boisko wpada intruz i co bardzo dziwne – ochrona absolutnie nie kwapi się, by go gonić i łapać. Paraduje sobie po tym boisku i robi jakieś gesty w stronę kibiców GKS. Potem niemal spokojnie wraca na sektor, ale jednak nie udaje mu się tam wejść Ochrona chce go złapać w kilku chłopa, ten się szarpie i wyrywa, ochroniarze się przewracają. Totalny kabaret. Jeszcze z trybun wlatuje drugi jegomość – Węgier, żeby nastukać temu pierwszemu. Szamotanina prima sort. W końcu ich gdzieś tam wyprowadzają, przynajmniej tego jednego.

Ostatecznie gola już nie tracimy, ale też nie zdobywamy i przegrywamy mecz 0:2. To daje nadzieję na odrobienie strat w rewanżu. Jestem niepocieszony po fatalnym występie GieKSy, ale nadal to dopiero pierwszy mecz. Robię nagrywkę pomeczową i idę na konferencję.

Konferencja prasowa jest dziwna, jedna z najdziwniejszych, na jakich byłem. Nie ma osoby koordynującej, wszystko dzieje się totalnie samopas. Rolę tutaj powinien pełnić rzecznik prasowy gospodarzy, ale takiego chyba w ogóle tam nie było. Przychodzi więc trener Górak z Michałem Kajzerkiem i to Michał prowadzi naszą część. Trener się wypowiada, potem zadaję pytania ja i Łukasz Olkowicz. Gdy wydaje się, że ta część konferencji się skończy, pałeczkę przejmuje dziennikarka z Izraela. Najpierw zadaje pytania o piłkarzy Hapoelu, a potem o… bezpieczeństwo w Polsce.

– Dużo fanów Hapoelu i w ogóle kibiców z Izraela obawia się przyjazdu do Polski. Czy jest bezpiecznie?

– W Polsce jest bezpiecznie, bądźmy spokojni.

– Nie wie pan o czym ja mówię? (Don’t you know what I’m talking about?”

– Nie mam pojęcia.

Dziennikarka nie jest pocieszona tymi odpowiedziami i po wyjściu trenera już dosłownie pretensjonalnym tonem zadaje pytanie rzecznikowi, czy naprawdę nie wiedzą, o co jej chodzi?

To było pytanie z podszytą tezą. Czy pani dziennikarka obrała narrację o Polsce jako niebezpiecznym, rasistowskim i faszystowskim kraju? Nie wiem, ale się domyślam. Można pomyśleć sobie, że to tylko mrzonki, ale najwidoczniej taka narracja w Izraelu o Polakach po prostu ciągle funkcjonuje. Narracja, którą i Maccabi rok temu – również na Węgrzech – zaprezentowało. Przykre to. Sam mówię tej dziennikarce, że to są pomówienia i niech po prostu przyjedzie w środę do Polski i sama się przekona. Powiedziałem jej również, że jeżeli nie będzie żądnych prowokacji, to będzie spokojnie.

Pozostaje cieszyć się, że w tym pierwszym meczu nie było żadnych newralgicznych sytuacji poza kilkoma typowo piłkarskimi pozdrowieniami na trybunach. Nie liczę tego intruza na boisku, bo to nie jest coś, co można uznać za jakiś skandal obyczajowo-międzynarodowy.

Kuriozalne jest to, że na drugą część konferencji przychodzi tylko trener i zawodnik Fernando Mayembo. Nie ma wspomnianego rzecznika. Pytania i to w sporej liczbie zadaje wspomniana dziennikarka, robiąc taki mini-wywiad. Dlatego kompletnie nie rozumiemy, co tam po hebrajsku odpowiada trener. Nie ma tłumaczenia, więc wszystko jest przeznaczone tylko dla uszu Izraelczyków. Z piłkarzem pani rozmawia już po angielsku, więc tu już wszystko rozumiemy.

Ogólnie media izraelskie mają swój temperament i na sali konferencyjnej są bardzo głośni. Ciężko zebrać myśli przy swojej pracy. No ale tak jak mówię, to kwestia południowo-wschodniego temperamentu, więc trudno jakieś wielkie pretensje mieć. Jeszcze na koniec jeden z chyba fotoreporterów łamaną angielszczyzną mówił, że był w Polsce kilka razy – w Katowicach, Krakowie czy Warszawie. Mówił, że bardzo mu się podobało. Był na meczu Polska – Izrael 4:0 za Jurka Brzęczka. Pytał, czy my byliśmy w Tel Awiwie. To akurat było sympatyczne.

Chłopaki z GieKSa.pl już pojechali, ja jeszcze chwilę zostaje i kończę konferencję. Wkrótce zbieram się i idę do samochodu. Już dzień wcześniej i teraz za dnia pokonywałem trasę na miejscówkę, ale jest ona bardzo specyficzna. Trzeba przejechać znów przez to wzgórze, są jakieś zawijasy i wątpliwej jakości droga. Ale po niecałych dwudziestu minutach jestem na kwaterze.

Szkoda tego meczu. Nie tyle, że przegrany, ale że w takim stylu i bez tej jednej strzelonej bramki. Dwa gole do odrobienia to sporo, ale nie jest to niemożliwe. W pokoju odpalam sobie skrót i włosy mi stają dęba. Potem jeszcze z rozpędu piszę felieton pomeczowy.

Na tym kończy się przygoda na Węgrzech. Cokolwiek się nie działo w tym meczu i nie wydarzy w rewanżu, jestem wdzięczny drużynie za to, że takie przygody mogę przeżywać. To wspaniałe.

***

W piątek już się nieco schładza, droga powrotna trwa też niecałe sześć godzin plus pierogi w Nowym Targu. W karczmie… Zadyma. Wieczorem jestem w domu i… zaczyna się ligowa kolejka, w której akurat GKS Katowice będzie pauzować.

To był pierwszy akord tego dwumeczu. W środę gramy rewanż. Nie szczędźcie gardeł, by wspierać naszych zawodników, bo wiele razy udowodnili, że zasługują na wsparcie w trudnych chwilach. I wielokrotnie to wsparcie czyniło cuda. O awans będzie bardzo ciężko, ale jeśli to by się udało, to możemy zrobić taką remontadę, która będzie po stokroć bardziej efektowna od tej z Żyliną i będziemy pamiętać ją na całe życie. A GKS naprawdę zapisze swoją złotą historię w rozdziale „europejskie puchary”.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Wyzerowane atuty – diagnozy brak

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Szczerze mówiąc nie chce mi się pisać tego felietonu, bo myślę sobie, że znowu będę pisał to samo. Rozbieżność między wynikami meczów u siebie i na wyjeździe sięgnęła absurdu. GKS rozegrał w tym sezonie siedem meczów – u siebie wszystkie trzy wygrał, na wyjeździe wszystkie cztery przegrał. Suma tego jest taka, że z europejskich pucharów już odpadliśmy, a w lidze mamy trzy punkty po trzech kolejkach. Czyli słabo – bo to średnia mogąca nawet nie dać utrzymania.

Piszę to wielokrotnie i napiszę jeszcze raz, bo już wiele razy w przeszłości czy to piłkarze czy trenerzy obrażali się na mnie, bo coś tam skrytykowałem. Nie mówię o sytuacjach, kiedy pojechałem z koksem i tak czy inaczej kogoś nazwałem, bo za to obrazę rozumiem. Cóż, młodość (która trwa, ale już inna). Ale my nie możemy doprowadzić do zagłaskania naszej drużyny – za ekstraklasę, za kapitalną w niej postawę czy za puchary. Wszyscy wiemy gdzie byliśmy i co trener wraz z kolejnymi grupami piłkarzy w ostatnich latach nam dał i daje. Więc tu nie ma mowy o podważaniu projektu jako całości. Ale trzeba mieć w tym wszystkim krytycyzm, bo jeśli w którymkolwiek momencie ktoś uznał, że zdobyliśmy już tyle, że teraz po prostu możemy do końca kariery jechać na sukcesie – to jest to – delikatnie mówiąc duży błąd. Więc tak, doceniamy ekstraklasę, super jest jeździć na te wszystkie stadiony w najwyższej polskiej lidze. I niech ten projekt w tym kształcie, z obecnym trenerem trwa jak najdłużej.

No ale są defekty. I ta postawa na wyjazdach naprawdę każe się zastanowić nad kilkoma rzeczami. Bo to jest coś, co jakiś czas się w GieKSie powtarza, mamy powtórkę z czterech przegranych wyjazdów na początek sezonu z zeszłego roku. A w pierwszym po awansie do ekstraklasy sezonie, na wiosnę także przydarzyły się cztery wtopy z rzędu na delegacjach.

Ale to nie chodzi tylko o wyniki. Chodzi o grę, która co prawda nie zawsze ten wynik gwarantuje, a w perspektywie pewnego okresu czasu (raczej krótszego niż dłuższego) dobra gra statystycznie przynosi względnie dobre wyniki. U nas nie jest największym problemem to, że przegraliśmy cztery mecze z rzędu. Problemem jest to, że te mecze przegraliśmy zasłużenie, bo graliśmy bardzo słabo.

Wczoraj chciałem wierzyć, że jak długo ten mecz trwał, w końcu coś wciśniemy. Mecz z Motorem w naszym wykonaniu nie był aż takim paździerzem, jakie trochę razy ostatnio na wyjazdach oglądaliśmy. Przypomniał się mecz z Cracovią, kiedy wydawało się, że przy 0:0 na koniec spotkania pozostanie spory niedosyt. A rywal w końcówce nam wmontował bramkę i już nawet z remisu nie można było się „cieszyć”. Ostatecznie, choć wczoraj GieKSa nie była beznadziejna, to była jednak słaba. Tym bardziej martwi to, że naprzeciw mieliśmy drużynę mocno przeciętną, do tego skleconą naprędce po kadrowych zawirowaniach, z nowym trenerem. A my – stabilni i budowani od kilku lat – nie potrafiliśmy zrobić na tym boisku nic. Przecież, gdyby nie Ndiaye czy może jeszcze Simon, to by Pan Czubak piłkę oglądał z daleka i nie miał okazji zaprezentować swojego świetnego wykończenia. Motor był do bólu średni, ale swoim jednym czy drugim błyskiej robił różnicę.

U nas tym razem w obronie nie było „wesołego miasteczka”, choć oczywiście nie ustrzegliśmy się błędów, po których padły bramki – najpierw nieuznana, a potem już prawidłowa. Jednak w tym meczu to nie obrona była naszym głównym problemem. Tym razem było to słabe/bardzo słabe/beznadziejne rozgrywanie ataku pozycyjnego. O kontrach nawet nie mówię, bo mam wrażenie, że jak my wyprowadzamy kontrę, to zaraz jeden czy drugi nasz zawodnik się zatrzymuje, robi kółeczko, wycofuje nie wiadomo gdzie i po kontrze nici.

Od patrzenia na nasze rozegranie piłki na połowie przeciwnika oczy bolały. Sposobności mieliśmy całe mnóstwo, bo Motor bronił się nieraz dość nisko – nie desperacko w swoim polu karnym – ale mocno na swojej połowie. My graliśmy po obwodzie – to na lewo, to na prawo. I często kończyło się do słabą wrzutką, z którą rywale nie mieli problemu. Przede wszystkim więcej w tym temacie oczekiwałem od Bartosza Wolskiego, bo naprawdę zawodnik ma większe umiejętności niż to, żeby zagrać leciutką piłkę à la serwis Pawła Zagumnego w pole karne i liczyć na czysty przypadek, że akurat trafi w nią ktoś z naszych, a nie przeciwników. Dlaczego nie ma mocnych, takich soczystych wrzutek? Dlaczego nie ma jakiejś próby większej precyzji? Nie mówiąc o tym, że nasi wahadłowi też chyba mocno zapomnieli, co to znaczy żwawość na boku. Nie ma dynamicznych pojedynków 1 na 1 na skrzydle na wysokości pola karnego, wejść w to pole karne. Jest to wszystko takie miałkie i nijakie i taka była ofensywa GKS w tym meczu. Naprawę zestawiając to z pojedynkiem z Motorem z rundy wiosennej i bramek, jakie GieKSa strzelała w tamtym meczu można… dostrzec różnicę.

Ostatecznie najlepszymi okazjami GKS był strzał Ilji w słupek i sytuacja, w której Ilja gola strzelił, ale Bartosz Nowak był w tej sytuacji na spalonym. Tak, był jeszcze strzał napastnika po dośrodkowaniu oraz uderzenie Mateusza Wdowiaka w boczną siatkę. I to tyle. Motor miał swoich groźnych sytuacji więcej.

Widać też, że trener szuka optymalnego składu, ale na razie większość zawodników swoją grą nie przekonuje, by zagościć w jedenastce na stałe. W pomocy kombinujemy. Bartek Nowak ma abonament na granie, ale wychodzi na to, że Bartek Wolski również. Chcieliśmy tego duetu, czekaliśmy na to, jaki zrobią oni techniczny zamęt w tej lidze. Na razie jednak to tylko mrzonki. Nie mamy twardości w środku pola. Jeszcze do tego dokładamy Marcela, który jest ambitny, szybki, ale też nie jest to skała. Do tego wygląda na to, że wczoraj przegrał z upałem, z ręką na sercu, jak widziałem, że podciąga sobie tę koszulkę i w ogóle miałem z daleka wrażenie, że jest cały czerwony, to pomyślałem, że Rafał Górak zrobi wyjątek i ściągnie piłkarza w przerwie. Tak też się stało.

Pamiętam jak w poprzednim sezonie po Górniku Zabrze trener zapowiedział, że coś musimy zmienić w samym podejściu do spotkania i strukturze gry na wyjeździe. Choć potem przegraliśmy jeszcze z Lechią, to za chwilę gra GKS na obcych stadionach zaskoczyła. GieKSa wygrała z Lublinie, Niecieczy, w Pucharze Polski z ŁKS. Na początek roku było zwycięstwo w Lubinie. Były te mecze z Rakowem i Lechem. Czyli da się. Problem jest taki, że jak drużyna wpadnie w wyjazdową otchłań bezradności i niemocy, to trudno z niej się wykaraskać.

Najgorsze jest to, że nie widać, aby był jeden mądry, który zdiagnozował, gdzie leży problem. A to musi być głębszy problem mentalny, bo przecież u siebie ci zawodnicy – zarówno indywidualnie, jak i jako cała drużyna – potrafią przecież grać w piłkę. Co się z nimi dzieje na wyjeździe i dlaczego? Może to jest coś na etapie samego wyjazdu na mecz, podróży, hotelu, dnia meczowe na wyjeździe? Może to tam trzeba poszukać, co się takiego dzieje z piłkarzami, że opada z nich cała ta agresja, moc i siła? Może gdzieś jest zbyt duże rozluźnienie, a może to rozluźnienie jest zbyt małe? Trzeba szukać, w każdym szczególe, w każdym posiłku, w każdej minucie spędzonej w autobusie.

Przyznam, że po tym kolejnym przegranym meczu nie mam smutku, żalu czy załamki. Jest po prostu po raz kolejny irytacja i taka frustracja, bo widzę tę bezradność piłkarzy i mi się udziela. Nie ma w życiu chyba gorszego poczucia niż to, że nie ma się wpływu. A gra GKS a wyjeździe wygląda tak, jakby zawodnicy nie mieli dostępu do swoich atutów, które dają różnicę, tylko próbowali sztampowych, oklepanych i zupełnie nieefektywnych na tym poziomie rozwiązań.

I trzeba coś z tym zrobić szybko, bo wkrótce czekają nas trzy trudne wyjazdy – Zabrze, Gliwice i Lubin. Tu już po prostu obowiązkowo będzie trzeba punktować.

A na razie Wisła Płock. Dobrze, że przynajmniej u siebie te atuty nie są zablokowane. Liczymy, że i tym razem tak będzie, GieKSa swoje gole będzie strzelała i trzy punkty zdobędzie.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Górak: Brakuje nam wytrawności

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po meczu Motor Lublin – GKS Katowice wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Mariusz Misiura i Rafał Górak. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.

Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Jesteśmy rozczarowani tym, że przegraliśmy spotkanie, włącznie z powiedzeniem, że jeżeli nie możesz wygrać, to powinieneś umieć go zremisować.

Takie mam odczucia w stosunku do tego meczu. Niestety – nie jesteśmy jak na razie w stanie zagrać meczu na zero z tyłu, który dałby nam przestrzeń, żeby wywieźć z takiego spotkania remis, bo może on też nie byłby to szczyt naszych marzeń przed spotkaniem – bo przyjechaliśmy z zamiarem wygrania meczu – ale na pewno remis bardziej odwzorowywałby to, co się działo. Ale to jest nieistotne, bo ten który bramkę strzela ma tę radość, a ten, który tego nie robi – tej radości nie ma. W wielu momentach za dużo mamy rozpiętości poziomowych w spotkaniach. To mnie też trochę na razie smuci, bo powinniśmy się stać bardziej wytrawną drużyną, a tego nam brakuje. Mamy bardzo dobre momenty, kiedy gramy zgodnie z tym, co chcemy robić, a mamy też takie kiedy ta gra na różnych pozycjach w różny sposób ofensywie czy defensywie nam się łamie i powoduje bałagan, który kończy się niekiedy tak, jak się skończył przy straconej bramce. Byliśmy w posiadaniu piłki pod polem karnym przeciwnika i tej wytrawności jeszcze brakuje – tego będziemy szukać. Dziś jest masę rozczarowania i sportowej złości, ale nic tu po narzekaniu, trzeba brać się do roboty i mocno wyciągać wnioski choćby z tego, że przy czterech meczach wyjazdowych w tym sezonie cztery razy schodzimy pokonani i to nas bardzo denerwuje i jesteśmy niezadowoleni. Ale po to niekiedy takie próby są, żeby wychodzić, silniejszym. Teraz będziemy się przygotowywać do następnego spotkania, potem mamy trzy mecze z rzędu na wyjeździe. Czeka nas nie lada sprawdzian i jestem przekonany, że wyjdziemy z tego obronną ręką. Dzisiaj jest dużo złości, rozczarowania i momentów, z których z gry jesteśmy niezadowoleni.

Mariusz Misiura (trener Motoru Lublin):
Bardzo się cieszę, że wygraliśmy mecz i zdobyliśmy trzy punkty. Bo mam poczucie, że to był czwarty naprawdę dobry mecz w naszym wykonaniu i jak ten czas leci – mijają tygodnie – przygotowujesz się do czwartego spotkania, a na koncie masz jeden punkt, to zapominamy, co się wydarzyło w pierwszej czy drugiej czy trzeciej kolejce.  Wydaje mi się, że drużyna zasłużyła, żeby mieć ich więcej. Wierzę, że konsekwentną pracą i procesem będziemy budować silną drużynę.

Co do meczu to wydaje mi się, że wykreowaliśmy więcej sytuacji, na pewno w pierwszej połowie, konsekwencją tego jest bramka. Powiedzieliśmy sobie w szatni, że musimy zostawić serce i charakter. 104 minuty w takim upale to szacunek dla piłkarzy. Sami państwo siedząc na trybunach czuliście gorąco i zmęczenie.

To jest coś normalnego, że w takim upale przydarzały nam się błędy, cieszę się, że nie było z tego konsekwencji w postaci gola, ale podobało nam się nasze dążenie do strzelenia bramki. Dobre zmiany, każdy z zawodników dał impuls. Bardzo się cieszę z tych trzech punktów i idziemy dalej.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga