Piłka nożna
Okiem rywala: więcej akcentów ofensywnych
Pożegnanie GieKSy z Ligą Konferencji Europy przełożyło się na powrót do tradycyjnego, tygodniowego mikrocyklu przygotowań do kolejnych meczów. Jeszcze więcej czasu na budowanie formy miał nasz najbliższy rywal – w wyniku przełożenia meczu z Lechem Nafciarze mieli aż dwa tygodnie, aby wymyślić i wdrożyć sposób na GKS. Czy można się więc spodziewać niespodzianek ze strony nowego trenera Wisły? Jak przebiega budowa drużyny pod okiem Adama Majewskiego? Zapytaliśmy Michała Wiśniewskiego, redaktora naczelnego Portalplock.pl, a prywatnie sympatyka Wisły.
Kalendarz ligowy GieKSy ułożył się w ten sposób, że graliśmy najpierw z Motorem, a teraz z Wisłą Płock. Tydzień temu pytałem red. Kufla z Lublina o rewolucję w ich klubie, która jest ściśle powiązana ze zmianami w Płocku. Czy więc u was też doszło do rewolucji na miarę tej w Motorze?
Nie chcę już wracać do tego, jak przebiegało rozstanie Mariusza Misiury z Wisłą, bo wszystko w tym temacie zostało już chyba powiedziane. Życzę trenerowi powodzenia na drodze, którą wybrał, niech z sukcesami buduje Motor Lublin. Zmiana szkoleniowca wraz z całym sztabem to siłą rzeczy rewolucja, czasem mniejsza, a czasem większa. Mam wrażenie, że polskie kluby nauczyły się w ostatnich latach, że ciągłość pracy jest ważna. Stawia się na profilowanie i odpowiedni dobór kandydatów do pracy w sztabie tak, aby pewna myśl przewodnia mimo koniecznych czasem zmian była kontynuowana. Klub został postawiony w obliczu rozstania z trenerem właściwie „za pięć dwunasta”, bo sytuacja była bardzo dynamiczna i czasu na dłuższe rozeznanie rynku po prostu nie było. Zresztą od początku było wiadomo, że faworytem pełniącego obowiązki prezesa Macieja Wiącka jest Adam Majewski, wychowanek Wisły. Zachowano więc pewną ciągłość, bo trener Majewski również stawia na system gry z trójką obrońców, aczkolwiek pierwsze mecze pokazały, że zespół będzie grał nieco inaczej niż w ubiegłym sezonie.
Ławka trenerska to nie jedyne zmiany, jakie latem zaszły w strukturach klubu.
W czerwcu funkcję prezesa zarządu przestał pełnić Piotr Sadczuk, który odszedł do Cracovii. Do czasu powołania nowego prezesa jego obowiązki pełni Maciej Wiącek, który wcześniej był wiceprezesem. Nie ma też dyrektora sportowego Radosława Kucharskiego, który zdecydował się przyjąć ofertę Jagiellonii. W tej roli prezes Wiącek postawił na Łukasza Stupkę. Widać więc, że także rewolucja gabinetowa sięgnęła wysoko, a na oceny tych ruchów przyjdzie czas w dalszej części sezonu.
Można za to oceniać postawę Wisły w poprzednim sezonie, kiedy długo utrzymywała się w czubie tabeli, zabrakło jednak nieco aby zakończyć rozgrywki w pierwszej piątce. Jak podsumujesz postawę zespołu?
Pięć remisów z rzędu wystarczyło, aby zimową przerwę spędzić w fotelu lidera, ale to nie wina Wisły, że czołówka ligi punktowała słabo. Skoro więc do rundy wiosennej przystępujesz z pierwszego miejsca, to apetyty muszą być duże. W ubiegłym sezonie rozgrywaliśmy dobre mecze, a jeszcze lepsza była zdobycz punktowa, bo często zdarzało nam się grać defensywnie. Mariusz Misiura tak określił potencjał naszej drużyny i tak ją ustawił, aby maksymalizować szansę na sukces. Po wynikach widać, że było to słuszne podejście. Trzeba jednak zdawać sobie sprawę, że nie jesteśmy potentatem finansowym, a zimowe okienka transferowe są zwykle trudniejsze niż letnie. Potrzebowaliśmy wzmocnić rywalizację na kilku pozycjach, ale nie wszystkie ruchy wypaliły w stu procentach. Ponadto nie udało się zatrzymać Andriasa Edmundssona, bez którego nasza defensywa nie była już takim monolitem jak jesienią. Mimo wszystko poprzedni sezon oceniłbym jako udany. Uważam, że ósme miejsce to bardzo dobry wynik i trzeba go szanować. Trudno oczekiwać od beniaminka ultraofensywnego nastawienia, bo byli już tacy, którzy spadali po pięknej grze i wielu chciałoby się z nami zamienić. W pewnym momencie i u nas zrobiło się nerwowo, po serii pięciu porażek z rzędu, jednak udało się przełamać z Cracovią i tydzień później poprawić z Jagiellonią. Pamiętam również pewne zwycięstwo w Niecieczy 3:1, tym samym udało się zrealizować cel postawiony przed zespołem, jakim było spokojne utrzymanie.
Na ile zmienił się wspomniany potencjał drużyny, jaką dysponował Misiura, a jaką teraz po swojemu układa Majewski? Sądząc po skali zmian personalnych w szatni działo się sporo, a widzę tu pewną zbieżność z podejściem GKS-u, bo pozyskano kilku Polaków ogranych już na naszych boiskach.
Nie udało się zatrzymać w Płocku Wiktora Nowaka, co było jednak wiadome od dłuższego czasu – gdy złapał wysoką formę stało się jasne, że Górnik go nie odpuści. Mieli takie prawo i z niego skorzystali. Nie jest tajemnicą, że za letnie transfery w największym stopniu odpowiada trener Majewski. Zbudował drużynę na miarę możliwości Wisły, zgodnie z własnymi oczekiwaniami i wymaganiami. Ściągnął Adama Radwańskiego, który jak do tej pory jest moim zdaniem jednym z naszych najlepszych zawodników. Marcin Flis to z kolei żołnierz Majewskiego jeszcze z czasów wspólnej pracy w Stali Mielec i nie da się oprzeć wrażeniu, że marnował się w Pogoni Siedlce. Olaf Kobacki zaliczył natomiast kiepską przygodę na Wyspach, ale jest to chłopak z potencjałem i mam nadzieję, że szybko wróci do najwyższej formy. Ma szybkość i drybling, choć czasem brakuje chłodnej głowy, która mam nadzieję przyjdzie z czasem. Obronę wzmocnił z kolei Portugalczyk Afonso Silva, a myślę, że na tym nie koniec i Wisła będzie jeszcze aktywna w końcówce okienka.
To wielce prawdopodobne biorąc pod uwagę liczbę zawodników, którzy latem opuścili Płock. Za kim oprócz Nowaka będziesz szczególnie tęsknił?
Będzie mi brakować Ibana Salvadora, bo choć Gwinejczyk bywał czasem irytujący, to dodawał pewnego kolorytu zarówno tej drużynie, jak i całej lidze. Niektórzy mogą go oceniać negatywnie, bo tych „symulek” i prowokacji było u niego dużo, ale od strony sportowej prezentował się zazwyczaj dobrze. Żałuję również, że nie został z nami Dominik Kun.
Bilans Kunów w Płocku będzie się jednak zgadzał, choć nie będzie dane braciom znów zagrać obok siebie.
Tak, Dominik i Patryk grali razem przed laty w Stomilu Olsztyn i byłaby to ciekawa historia, gdyby spotkali się znowu, tym razem przy Łukasiewicza. Usłyszałem w kuluarach, że gdyby to zależało od Adama Majewskiego, to Dominik Kun zostałby w Wiśle, ale z usług tego zawodnika zrezygnował wcześniej Mariusz Misiura. Trener miał inny pomysł na nasz zespół, a wtedy wydawało się, że to on będzie go budował. Wyszło jednak inaczej, zarówno dla Misiury, jak i dla Kuna.
Chciałbym jeszcze wrócić do sprawy Michała Króla, o którym przed tygodniem rozmawiałem z red. Kuflem z Lublina. Zawodnik ten zimą podpisał kontrakt z Wisłą, aby od lata pracować z trenerem Misiurą, tymczasem minął się z nim gdzieś pomiędzy Płockiem a Lublinem. Jaki jest dziś status tego zawodnika?
Król ma ważny kontrakt z Wisłą, jest częścią pierwszej drużyny, ale jego pechem jest sytuacja, o której wspomniałeś. Adam Majewski próbował ustawiać Króla na wahadle, ale jest to pozycja „zabetonowana” przez Žana Rogelja, który ma za sobą świetny sezon. Na środku pomocy Król z kolei nie przekonał do siebie trenera. Nie wiem, jaka będzie jego przyszłość. Słychać głosy, że Motor chciałby odzyskać tego zawodnika, do tego konieczne jest jednak porozumienie między klubami. Okno transferowe jest jeszcze otwarte przez jakiś czas.
Z perspektywy tabeli Wisła rozpoczęła sezon średnio i po trzech meczach jest dokładnie w jej środku. Można już wyciągać pierwsze wnioski co do potencjału Nafciarzy i stylu, w jakim będą grać pod okiem Adama Majewskiego?
Za nami zbyt mały wycinek sezonu, by dokonywać ocen, mimo to dostrzegam to, co zapowiadał trener, że Wisła nie będzie wyłącznie okopywać się na własnej połowie. Owszem, chyba jak każdy gramy czasem w niskim pressingu, ale akcentów ofensywnych jest więcej niż w ubiegłym sezonie. Pierwsze opinie kibiców są takie, że nasze mecze są bardziej atrakcyjne dla oka, nawet ten przegrany w Krakowie. Szansa na korzystniejszy wynik też zresztą była, gdyby Marcin Kamiński trafił do bramki zamiast w słupek. Czas na szersze podsumowania przyjdzie przy okazji pierwszej przerwy na kadrę. Można jednak zachować umiarkowany optymizm, bo jeszcze kilka tygodni temu było słychać głosy, że po czterech kolejkach będzie zero punktów i trener Majewski „poleci”.
Tymczasem sezon rozpoczęliście od zwycięstwa z nie byle kim, bo z pucharowiczem z Częstochowy, i to na jego terenie. Widziałem twój wpis na Twitterze, że to żadna sensacja.
Było w tym sporo ironii – osoby, które obserwują moje konto chyba są do tego przyzwyczajone. Chodziło mi bardziej o to, że w ubiegłym sezonie dwukrotnie wygrywaliśmy z Rakowem. Zaznaczyłem tu więc pewną prawidłowość. Owszem, Medaliki nie zaliczyły najlepszego wejścia w sezon, ale jest to drużyna ze sporym potencjałem i zwycięstwo z pucharowiczem zawsze dodaje pewności siebie. Nie będzie przesadą jeśli powiem, że tamtego dnia z wielu serc płockich kibiców spadł kamień.
Skoro więc jako beniaminek potrafiliście bić się z najlepszymi, a nowy sezon rozpoczynacie od zwycięstwa przez wielkie „Z”, to co ci podpowiada serce kibica – jak wysoko może zajść Wisła w nowym sezonie?
Na przekroju ostatnich sezonów w Ekstraklasie mieliśmy różne rozstrzygnięcia – od nieoczywistych mistrzów czy pucharowiczów po niespodziewanych spadkowiczów. Cała liga nieustannie się rozwija i trudno dziś stawiać konkretne cele przed naszą drużyną. Jesteśmy klubem o jednym z najniższych budżetów i oferujemy piłkarzom jedne z najniższych, o ile nie najniższe kontrakty. Jednak z odpowiednim pomysłem i wizją rozwoju drużyny możemy zajść daleko. Serce kibica chciałoby, aby klub nieustannie piął się w górę i udało się znowu zakosztować europejskich pucharów, bo dla nowego pokolenia fanów jest to odległa historia. Powstrzymałbym się jednak od konkretnych deklaracji, bo takie zapowiedzi nie padają nawet ze strony zarządzających klubem.
Dostrzegłeś prawidłowość wyników meczów z Rakowem, ja z kolei dostrzegam taką w naszej rywalizacji – w ubiegłym sezonie ani razu nie udało wam się z nami wygrać, a próbowaliście aż trzy razy.
Szczególnie żałuję porażki w Pucharze Polski, bo od lat odpadamy na dość wczesnych etapach tych rozgrywek. Na wyniku ligowego meczu w Płocku zaważył natomiast błąd Rafała Leszczyńskiego, który pozwolił się uprzedzić Wasielewskiemu. W przekroju całego sezonu nasz bramkarz nie raz ratował nam punkty, w meczu z GieKSą było niestety inaczej. Z kolei w rewanżu wyrwaliście zwycięstwo w ostatniej minucie po golu Klemenza. Takie porażki zawsze bolą. Liczę, że w nowym sezonie w końcu wygramy z GieKSą w Ekstraklasie.
Polskie zespoły walczą właśnie w ostatniej fazie kwalifikacji do europejskich pucharów. W tym gronie nie ma już GieKSy. Miałeś okazję śledzić nasze zmagania? Jak oceniasz naszą postawę w kwalifikacjach LKE?
GKS Katowice wywalczył prawo do gry w tych kwalifikacjach dobrą postawą na ligowych boiskach. Przez cały sezon należało zbierać punkty i liczy się tylko to, kto w końcowym rozrachunku ma ich najwięcej. Nikt nikomu nie zabrania grać o najwyższe cele – nawet beniaminek może zostać mistrzem, jeśli zgromadzi najwięcej punktów. Oglądałem wasze mecze z Żyliną, które były pasjonujące i wynik do końca był na styku. Było jednak widać brak doświadczenia w tych rozgrywkach, bo niewielu waszych piłkarzy miało już okazję sprawdzić się na takim poziomie. Trzeba jednak odebrać takie lekcje, a w kolejnych sezonach na tym korzystać i radzić sobie lepiej. Widać to na przykładzie innych polskich drużyn, które z powodzeniem grają w Europie.
A jak Wisła poradzi sobie w niedzielę w Katowicach?
Życzyłbym sobie, aby Said Hamulić podtrzymał passę i zdobył gola w kolejnym meczu. Jeśli będzie wykorzystywał sytuacje, które wypracuje mu drużyna, to może dać nam wiele dobrego. Zdaję sobie sprawę, że od czasów wyprowadzki ze Stali Mielec jego kariera nie rozwijała się jak należy, ale jeśli ktokolwiek ma klucz do formy Bośniaka, to jest to Adam Majewski. Na to w Płocku liczymy.
My też mamy napastnika z przeszłością w Stali Mielec i szczerze mówiąc mam nadzieję, że to nasz stranieri będzie w niedzielę górą.
Szkurin trafił do Mielca w sezonie 2023/2024, a więc tuż po tym, jak ze Stali odszedł trener Majewski. Niezależnie od tego w niedzielę zapowiada się ciekawy pojedynek byłych snajperów Stali.
Możemy więc liczyć na wymianę ciosów czy Wisła podejdzie do tego meczu bardziej pragmatycznie?
Trudno powiedzieć. W wyniku przełożenia poprzedniego meczu ligowego drużyna miała więcej czasu aby potrenować i przygotować się do pojedynku z GKS-em. Nie spodziewam się, że nasz zespół będzie murował swoje pole karne czekając na kontrataki, ale nie mogę wykluczyć, że trener przyjmie taki plan na mecz. Równie dobrze może zastosować pressing od pierwszej minuty. Niezależnie od przyjętej taktyki liczę na ciekawy pojedynek zarówno dla zaangażowanych, jak i postronnych kibiców. Przede wszystkim chciałbym jednak, aby to Wisła wygrała.
Jaki więc wynik typujesz?
2:1 dla Nafciarzy.
Galeria Kibice Piłka nożna
Kibicowska galeria z wyjazdu do Gliwic
Zapraszamy do kibicowskiej galerii z wyjazdu do Gliwic, gdzie GieKSa zjawiła się w nadkomplecie, a dokładnie w 1154 osoby, w tym 6 Banik Ostrava i 1 JKS Jarosław. Zdjęcia nadesłane przez kibiców.
Felietony Piłka nożna
Igrzyska Myśliwca z katowicką obroną
Czasem trzeba – jak to się mówi – przespać się po danym meczu. Po to, żeby podejść do niego bardziej spokojnie, znaleźć jakieś pozytywy i ogólnie nie popaść w zły nastrój. Nie pykło. Tym razem patrząc już z lekkiego dystansu, czyli sobotniego poranka, mam obraz gorszy niż bezpośrednio po meczu. Powiedzmy sobie wprost – to było fatalne spotkanie naszego zespołu.
Nie mam tym razem irytacji, tak jak po meczu z Motorem. Może z powodu dyspozycji dnia. Ale nie zespołu, tylko mojej. Ot, GieKSa pokazała swoją specyfikę od tej złej strony, ale nie jest to nic nowego, znamy to doskonale. Tym razem wyszło na minus.
To co jest niestety specyfiką tej drużyny i co (póki co) nie pozwala jej wejść na stałe do czołówki ligi to jej kompletna losowość. Abstrahując oczywiście od tej różnicy u siebie i na wyjeździe. Ale zasadniczo wygląda to tak, że co nam danego dnia wylosuje maszyna losująca, tak będzie wyglądał mecz w naszym wykonaniu. Nie ma czegoś takiego, że przed meczem ze stosunkowo dużym prawdopodobieństwem jesteśmy w stanie stwierdzić, że GieKSa zagra dobre solidne spotkanie, będzie lepsza od rywala albo przynajmniej równa, a wynik – choć to suma wielu wypadkowych – również z pewnym prawdopodobieństwem będzie korzystny. Nie. W przypadku GKS mamy wręcz orła i reszkę – jak wypadnie jedno to mamy ekipę walczącą, kapitalnie grającą w piłkę, stwarzającą zagrożenie. Jeśli drugie – drużynę bezradną i… grającą w obronie w tak kuriozalny sposób jak wczoraj. Ale jest to sposób znany. Także z tego sezonu. Jak zawieje – tak zagramy.
Zanim przejdę do obrony (dla porządku, chodzi o obronną grę całego zespołu), słówko o innych aspektach. Zapytałem trenera na konferencji o wyciąganie wniosków z rywalizacji z Piastem, przede wszystkim z jesieni z poprzedniego sezonu. Bo miałem małe déjà vu z tego meczu, gdy chyba dopiero w swoim drugim starciu jako trener Piasta przyjechał na Nową Bukową Daniel Myśliwiec. Wtedy używałem takiej metafory, że piłkarze Piasta „pobili” naszych zawodników. Bo już wtedy zameldowali się bardzo szybko w kościach naszych zawodników, którzy nie byli na to przygotowani. I goście wtedy zdominowali ten mecz fizycznością i agresją, do tego strzelili w krótkim czasie dwie bramki i było po meczu. I wczoraj mieliśmy podobny vibe Piasta, przy czym tym razem z dyscyplin olimpijskich trener Myśliwiec nie postawił na boks, tylko na sprint. Nie wiem, jakim cudem przekonał swoich piłkarzy, zwłaszcza tych zagranicznych, jaka jest waga meczu z GieKSą, ale grali oni, jakby nałykali się szaleju. Byli dzicy, z pianą na ustach, walczyli, jakby to była wojna, a nie mecz piłkarski. Tak jak mówię – tym razem objawiało się to w szybkości, pokazywaniu się na pozycję i niesamowitym parciu do przodu. Utrzymywali przy tym naprawdę dyscyplinę taktyczną, to nie były ataki chaotyczne. W tym kontekście trafiliśmy na przeciwnika niesamowicie dobrze dysponowanego.
Trener mówił po meczu, że w drugiej połowie to GKS przejął inicjatywę. No jasne, ale przecież Piast prowadził już 2:0, więc to turbodoładowanie nie było już im do niczego potrzebne. Poza tym bądźmy konsekwentni – bo narracja jest taka, że gdy my się cofamy do niskiej obrony, to jest to przemyślana taktyka, a jeśli przeciwnik – to znaczy, że ich zdominowaliśmy i rywal miał kłopoty…
No nie. Piast intencjonalnie oddał nam piłkę, może nie do końca dla siebie w sposób idealny, na co zwracał uwagę trener rywali. Ale gospodarze bardzo umiejętnie się bronili i GKS choć stworzył sobie ostatecznie dość sporo sytuacji, to trudno powiedzieć, żeby któraś z nich naprawdę była wielką szansą na zdobycie gola. Wydaje mi się, że najlepszą miał Mateusz Wdowiak w pierwszej połowie, ale i tak jednak musiał uderzać z takiej krótkiej nogi. Owszem – powinien to trafić, ale sytuacja idealna nie była. Mateusz Kowalczyk z szesnastu metrów – to też powinno zakończyć się dużo lepszym uderzeniem (znaczy nie wprost w bramkarza). Sytuacja Marcina Wasielewskiego po kapitalnym podaniu Nowaka była trudna, bo nasz zawodnik uderzał już będąc bardzo blisko bramkarza, szanse powodzenia były minimalne. Ilja po podaniu Bartka strzelał bardzo efektownie i był blisko, ale była to trudna sytuacja.
Poza tym nasze sytuacje były słabe, podwójne uderzenie Bartka nie miało też większych szans.
Jeśli chcemy porównać – naprawdę dobre szanse to miała Wisła Płock w Katowicach. Mimo, że przegrała 0:5, na początku meczu, kiedy ratował nas Ilja, a potem w drugiej połowie, gdy sam na sam wyszedł Hamulić. To są prawdziwe groźne sytuacje, a nie te, które my stworzyliśmy w Gliwicach.
Daniel Myśliwiec jak nikt inny widać zna atuty i słabości GieKSy. Nikt w tej lidze nie potrafi nas zneutralizować w taki sposób. I najwidoczniej trener wygrał ten mecz już przed meczem. Wiedział jaką taktykę przyjąć i jak nastawić swoich zawodników. I to wystarczyło. Plus dodajmy pewien aspekt układu gwiazd. Oprócz tego, że Piast był lepszy zarówno w obronie i w ataku, to trzeba powiedzieć, że absolutnie wszystko im wychodziło, a nam absolutnie nic. Takie mecze też się zdarzają.
Przede wszystkim trenerzy rywali wiedzą (i my niestety też), że gdy się nasz zespół naciśnie, to gubimy się niemożebnie. Recepta na GieKSę – wprowadzić trochę szybkości i chaosu w naszych szeregach, to prawdopodobieństwo zdobycia bramki znacząco wzrasta. Co lepsza (a nawet i nie) drużyna z tego korzysta. Na naszym tle zadziwiająco często drużyny przeciwników wyglądają na rozpędzone i grające mecz sezonu…
No ale wracając do tej defensywy. Problem mamy wielki i to nie jest tylko kwestia tylko tego sezonu. Na ten moment mamy rozegranych 10 meczów i 15 straconych bramek. To daje średnią 1,5 traconej bramki na mecz – taka sama średnia wychodzi zarówno w lidze, jak i czterech meczach pucharowych. Mamy w dziesięciu meczach tego sezony zaledwie jedno czyste konto, a w ostatnich osiemnastu spotkaniach – tylko dwukrotnie nie straciliśmy bramki.
Ale tu nie chodzi nawet o samą liczbę, bo choć jest ona spora, to nie jest jeszcze jakaś totalnie dramatyczna. Ale dramatyczny jest sposób, w jaki te bramki tracimy. I w jakich momentach czy odstępach. Patrząc na ten sezon. I rozpoczynając od meczu w Żylinie. Mieliśmy kilka fatalnych zachowań w pierwszej połowie, bramek nie traciliśmy, ale gubiliśmy się wtedy strasznie, podając do przeciwników. Natomiast z pola karnego wybić piłki nie umieliśmy i był rzut karny. Na Wiśle dwie bramki stracone w trzy minuty, a mogły być trzy w pięć czy sześć minut, ale trzecia nie została uznana. Z Radomiakiem podajemy w polu karnym prosto na nogę przeciwnika. Hapoel – wiadomo przedziwny przerzut Borjy, a potem strata Arka. W rewanżu z drużyną z Tel Awiwu jakieś uchylanie się od główek i rywal wychodzi sam na sam. Z Górnikiem w 80 sekund tracimy dwa gole. No i jedna z wisienek na torcie – mecz z Piastem.
Choć déjà vu to miałem też z Miszkolcem…
Trudno zrozumieć, co tu się wczoraj wydarzyło. To że rywale przeprowadzili kontrę to jedno. Ale jak jeden Sanca może się zatrzymać na szesnastym metrze, przekładać sobie nogę nad piłką, a nasi zawodnicy dosłownie jak tyczki – nieruchomo powbijani w ziemię. To się absolutnie nie ma prawa wydarzyć, a nawet jeśli stoją – to niech przynajmniej zasłonią bramkę. Drugi gol to zupełnie bierne zachowanie naszych zawodników – ponownie powbijanych w ziemię – i przeciwnik zza pleców trzech GieKSiarzy wbiega i bez problemu strzela bramkę. I powiem tak – do obejrzenia skrótu myślałem, że trzeci gol to po prostu czyste stadiony świata. Ale jak zobaczyłem, jak nasz kapitan uchyla się niemal do ziemi, odsłaniając tym samym drogę piłce do bramki, to sam klęknąłem. Przecież jakby Arek został spionizowany, to piłka by trafiła dokładnie w niego.
A co do tej drugiej bramki jeszcze – to przecież dosłownie dwie akcję poprzedzające – w ciągu 2-3 minut – to były wyjścia Piasta sam na sam lub niemal sam na sam – raz był spalony, a za drugim razem rzut rożny, po którym padł gol. Podania na skrzydła, takie na dobieg, nokautowały nas w tym meczu.
I tak jak trener mówi, efektywność w obronie i ataku była po stronie Piasta. Raz, że Piast był lepszy, ale dwa – że my byliśmy po prostu bardzo słabi. Nie tylko w obronie i nie tylko w wykończeniu. My sobie nie wykreowaliśmy sytuacji tak groźnych, żeby mieć większe szanse na gola. A czasu na to mieliśmy w drugiej połowie mnóstwo, kiedy Piast oddał nam piłkę.
Cóż, zdarzyło się. Dużo gorzkich słów tu padło i w węższym, ale przede wszystkim szerszym aspekcie, trzeba coś z tą grą obronną zrobić, bo tak naprawdę mamy z nią problem od samego awansu do ekstraklasy. Bywały krótkie serie – kilku meczów – kiedy nasi piłkarze wznosili się na wyżyny, notowali czyste konta, potrafili nawet 2-3 mecze z rzędu zagrać bardzo dobrze w defensywie. Ale potem znów przychodziły, kiksy, babole i niezrozumiałe zachowania. Znaczy kiksy… Co do kiksów to ja nawet nie mam pretensji. Na przykład do takiej bramki samobójczej Arka w Łodzi w Pucharze Polski. Tam to był czysty pech, coś co po prostu się zdarza. Ale jak widzę irracjonalne zachowania zawodników, to to jest już powód – czasem do wkurzenia, czasem niepokoju.
Jeśli ta drużyna chce się rozwijać, to musi poprawić defensywę. Nie możemy wiecznie liczyć na to, że Bartek Nowak da ciasteczka, a Ilja Szkurin będzie miał dzień konia. Nie możemy wiecznie liczyć na to, że strzelimy więcej bramek od przeciwnika, który nam strzela. My mamy umieć przepchnąć kolanem mecz, w którym nam się ofensywa nie układa, mamy mało sytuacji lub jesteśmy nieskuteczni – ale pakujemy tę jedną bramkę i wygrywamy, bo obrona spisała się na medal i nie dopuściła do utraty gola.
Nie jesteśmy drużyną idealną. Naprawdę, gdyby nie te aspekty, o których wspomniałem, bylibyśmy w czołówce ligi i pewnie bili się o mistrzostwo. Ale mamy swoje mankamenty i jesteśmy w takim miejscu jak jesteśmy. Nadal bardzo dobrym miejscu. Ale musimy się rozwijać.
Za tydzień ostatni z trzech meczów wyjazdowych – Lubin. Jeśli tam zapunktujemy za jeden – będzie można powiedzieć, że minimum w tym trójmeczu osiągnęliśmy. Jeśli wygramy – to będzie bardzo dobry wyjazdowy wynik. Nie ma co więc płakać nad rozlanym mlekiem, a tak jak powiedziałem – docenić też bardzo należy drużynę Piasta.
Na koniec powiem, że po meczu dziennikarz Łukasz Pawlik powiedział, że jakby kiedyś zakończył pracę w GKS trener Górak, to to byłby godny następca. Zgadzam się w stu procentach. Nie wiem, co ten szkoleniowiec w sobie ma, ale widać, że ma warsztat, gdziekolwiek nie jest to ma wyniki, potrafi z niczego zrobić coś. Do tego jest skromny, trochę cichy, a jednocześnie widać, że ma ten błysk w oku. Wydaje mi się, że to całkiem spoko człowiek, który jednocześnie swoje przeszedł, zarówno w sporcie, jak i poza nim.
Ale to teoretyczne rozważanie. Teraz trwa projekt firmowany przez Rafała Góraka i niech trwa jak najdłużej, po przysparza nam on masę radości, a GieKSa jest w tym pięknym miejscu. Tak więc dalej pracujmy nad budowaniem wielkiej GieKSy, jak trzeba to poklepmy się po plecach, a jak trzeba to solidnie opie…olmy. Ale tylko po to, by iść do przodu.
Z niecierpliwością czekamy na Lubin!
Felietony Piłka nożna
Post scriptum do meczu z Piastem
Kolejne derby za nami – tym razem niestety przegrane. To był drugi z wyjazdowej serii trzech meczów. Za tydzień gramy kolejne spotkanie w Lubinie i tam będziemy walczyć o zwycięstwo, by jednak z delegacji wrócić z pokaźnym dorobkiem punktowym. Tymczasem wracamy po raz ostatni do piątkowego starcia w Gliwicach.
1. Dla mnie „wyjazd” rozpoczął się już w czwartek. Zadecydowała logistyka i chęć oddechu. Co do logistyki, to powód był prozaiczny. Wiedząc, że w piątek będę mógł dotrzeć na mecz dopiero na styk, chciałem sobie zapewnić miejsce parkingowe. Wziąłem więc po prostu nocleg, a nawet dwa, żeby zapewnić sobie pełen komfort. Ale ten parking to był tylko jeden z powodów.
2. No i zawsze pretekst do tego, żeby pospać w mieście rywala jest dobry. Przez to zaraz po przyjeździe na miejscówkę, którą miałem niecały kilometr od stadionu, udałem się właśnie pod stadion Piasta, żeby zrobić nagrywkę w przeddzień meczu.
3. Sam pokój taki w stylu loft był jednak bardzo schludny i czysty. Trzeba było jednak uważać na jeden stopień, co jest eufemizmem. To po prostu była zmiana kondygnacji. Kilkadziesiąt centymetrów wyżej.
4. A miejscówka była nieopodal Radiostacji Gliwice. Dzięki temu dowiedziałem się, że w piątek równolegle będą odbywać się dwie imprezy kulturalne – w odległości około dwóch kilometrów. Pierwszy to mecz Piast Gliwice – GKS Katowice, w drugim koncert z udziałem legendarnej Beaty Kozidrak.
5. Wracając do wspomnianej nagrywki. Zahaczyłem jeszcze o sklep Piasta, który był otwarty. Piast, nie sklep. Znaczy sklep, nie Piast. Niestety nie mieli proporczyków, pani powiedziała, że w tym sezonie jeszcze nie było. Ogólnie uważam to za słabość wielu klubów. Proporczyki, jak szale, powinny być jednym ze sztandarowych produktów i być dostępne przez cały czas.
6. Nagrywkę przed stadionem, nazywanym żartobliwie przez kibiców innych klubów Tesco Arena, zrobiłem. Mnie tam się ten stadion z zewnątrz podoba. Mimo, że „nowy” to ma swój vibe elewacji na przykład Stomilu Olsztyn czy… Bukowej. Taki socjalistyczny. Zakład pracy jakiś, fabryka.
7. Małe zakupy i zamówienie hambuksa w Wilku. Nie byłem teraz głodny, ale zamówiłem, żeby na wieczór przyjść i odebrać. Tak między meczami, bo przecież czwartek był napakowany kilkoma spotkaniami Pucharu Polski, no i zaległościami ligowymi.
8. No i tak też zrobiłem, najpierw Raków – Górnik przy herbatce. Górnik nie załamał się porażką GieKSą i pewnie wygrał to spotkanie. Z małymi problemami w końcówce. I gdy Raków cisnął do wyrównania, Diaby-Fadiga zachował się idiotycznie, dostał czerwień i tyle było z marzeń o remisie.
9. Raków po sześciu meczach ligi ma sześć porażek. Niepojęte. A chcą zabrać Fejaka, czyli kolejny strzał w kolano. Niebywałe, jak wiele błędów tam ostatnio popełniają.
10. Na obrazku zupełnie to nie wygląda, ale burger był znakomity. Z chorizo i jalapeno. Polecam tego Allegrowicza. Konsumowałem to jadło przy meczu Śląska z Pogonią w Pucharze Polski. Jak widać – na obrazku – znów gola strzelił Samiec-Talar. Znakomity sezon tego zawodnika, byłego zawodnika GKS, który wówczas jednak nie był czołową postacią drużyny.
11. Śląsk wygrał to spotkanie i odprawił Pogoń z kwitkiem. Tak więc po dobrych występach w ostatnich latach w pucharze, tym razem Szczecinianie mogą pomarzyć. I jeśli chcą jakieś tituli mieć, to muszą wygrać ligę.
12. Potem jeszcze kuknąłem Lecha z Jagą, ale pierwszą połowę, bo już spać mi się chciało. Drugą obejrzałem rano. Bramka Kobayashiego to coś niebywałego. Tak huknąć. Znakomity gol. A Lech się po Aarhus otrząsnął i wygrywa kolejne mecze jak leci.
13. Zazdro jeśli chodzi o Lecha i Jagę. Obie ekipy sobie zagrają z Crystal Palace czy Sunderlandem. No i inni przeciwnicy w Lidze Europy. Musimy jako klub dążyć do tego, żeby mieć szansę na takie świetne mecze. Wygrać Puchar Polski i fazę grupową pucharów będziemy mieli zapewnioną.
14. Nazajutrz udałem się na spacer do cukiernio-śniadaniowni Cacy. Mijałem traktory. Spacer był sympatyczny, a śniadanie piękne i smakowite. Pani co prawda była jakaś smutna, ale to pewnie dlatego, że musiała wybierać pomiędzy Beatą, a meczem Piasta. Ciekawe co wybrała.
15. A żyrafy mówią „no elo”. Co ciekawe w tym miejscu, w którym miałem nocleg jest… drukarnia. Normalnie działająca, pracująca w piątek. Dość specyficzne to było.
16. Wkrótce musiałem się udać do… Katowic. Wzywały obowiązki zawodowe. Dlatego też właśnie logistyka tego wszystkiego była specyficzna. Na 14.30 chciałem być w Katowicach, by o 19.00 z powrotem jechać do Gliwic i mieć jeszcze zapas.
17. Gdy szedłem już na mecz – bo zaparkowałem na miejscówce – rzeczywiście w tych małych uliczkach między domkami było pełno samochodów. Zastanawiałem się, jak to tolerują mieszkańcy, że im przed działkami ciśnie się masa aut, gdy tylko jest mecz. No ale cieszyłem się z dokonanego wyboru i braku stresu. Nawet nie chodzi o stres związany ze znalezieniem miejsca, co o to, że w takiej ciasnocie bałbym się, że jeden czy drugi ancymon poskrobie mi auto po marchewkach.
18. Pod stadionem było już dużo ludzi. Do meczu pozostawało około pół godziny. Wspomnę, że po drodze zahaczyłem znów o Wilka, żeby zamówić na „po meczu”. Ustaliłem godzinę 23.50, czyli 10 minut przed zamknięciem. Musiałem więc liczyć, że nie przedłuży się ani mecz, ani konferencja.
19. Znów autokar, który można sobie zwiedzić. Autokar Piasta. Tak samo było w maju. Nie lada gratka dla fanów.
20. Akredytację odebrałem bez problemu, no i skierowałem się na stadion. Przez to, że dopiero co graliśmy w Gliwicach miałem wrażenie, że zarówno pani na bramie, jak i pan na schodach to ci sami ludzie.
21. Wszedłem więc po tym rusztowaniu, zrobiłem herbatkę i udałem się na prasówkę. Niestety z racji krótkiego czasu do pierwszego gwizdka, dobre miejsca prasowe były już zajęte, więc musiałem zejść do najniższego rzędu. Z niecierpliwością czekałem na mecz.
22. Ciasnota, jak to na Piaście. Jednak w tym najniższym rzędzie trochę dalej był jakiś facet, a poza tym dużo luzu. No i na początku rzędu dwóch sympatycznych jegomości. Nikt więc nie przechodził, żeby musieć wstawać. Co prawda wołał ten jeden pan dwa razy takiego grubasa, ale on chyba był świadomy, więc nie decydował się przeciskać w tym miejscu.
23. Blaty pochyłe, ale powiedzmy w miarę. Jednak trochę vibe pierwszoligowych prasówek. No może pogranicza między zapleczem, a ekstraklasą. Najważniejsze, że prąd był i przede wszystkim – znakomicie działał internet, co jak wiemy nie jest oczywistością…
24. Kibice obu drużyn od razu zaczęli mocno dopingować. Na trybunach znów więc mieliśmy świetne widowisko.
25. Z wydarzeń boiskowych mogli być zadowoleni jedynie kibice Piasta. Bo już w piątej minucie objęli prowadzenie, a cały mecz wygrali 3:0. Tym samym Piast powtórzył wynik z sezonu 2011/12, kiedy to również w tych rozmiarach pokonał GKS. Wówczas Gliwiczanie awansowali do ekstraklasy.
26. To była jakaś totalnie dziwna historia, związana chyba z budową stadionu. Na wiosnę Piast zagrał tylko dwa mecze na wyjeździe, resztę u siebie. Ale by pykło nam coś takiego. Mistrz na wiosnę gwarantowany (oczywiście po wygrzebaniu się z ostatniego miejsca z powodu gry na wyjazdach na jesieni).
27. Ciekawostką jest to, że jak teraz nam strzeliło bramki dwóch Hiszpanów – Juande Rivas i Hugo Vallejo, to w tamtym meczu z 2012 trafił również obywatel Półwyspu Iberyjskiego – Ruben Jurado. Nie leżą nam ci gliwiccy Hiszpanie.
28. Nie leży nam ten stadion, oj nie leży. Dla mnie to była szósta wizyta w Gliwicach – bo byłem jeszcze na meczach na starym stadionie – i czwarta porażka. Poza tym zaledwie dwa remisy. Piast u siebie z GieKSą nie przegrywa.
29. Po awansie do ekstraklasy Gliwiczanie nadal pozostają jedną z trzech ekip, które ciągle za naszej bytności w niej są, a z którą nie wygraliśmy. Pozostałymi są Legia i Lech. Może przynajmniej z Warszawianami czy Poznaniakami uda się przełamać tę złą passę.
30. No i po meczu nagrywka i na konferencję prasową. Bartka Nowaka brali do Super Piątku, a my czekaliśmy na trenerów. Jakoś wyjątkowo długo, a na Górniku tydzień temu było krótko.
31. W końcu przyszli szkoleniowcy – Rafał Górak, potem Daniel Myśliwiec. Uwinęliśmy się jakoś z pytaniami i powoli zacząłem montować konfę, ale zbliżała się północ. Toteż około 23.40 wyszedłem, aby odebrać swoje zamówienie.
32. Wróciłem na kwaterę, dokończyłem konferencję, zobaczyłem, co tam Bartek miał do powiedzenia, no i z rozczarowaniem zakończyliśmy swój udział w tej kolejce.
33. Wracając widziałem ludzi, którzy już wracali z koncertu. Uraczyli się może bardziej Beatką z Bajmu, niż kibice gości meczem. Ale tak to bywa.
34. Tylko trzy punkty w Lubinie!






























Najnowsze komentarze