Dołącz do nas

Piłka nożna Prasówka

Media: Świetny mecz w Katowicach

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień mediów na temat wczorajszego spotkania GKS Katowice – Jagiellonia Białystok 2:2 (1:1).

poranny.pl – Dobry mecz, ale bez zwycięstwa i Jaga nie jest już wiceliderem

Po dobrym meczu Jagiellonia zdobyła punkt z groźnym u siebie GKS-em Katowice, remisując 2:2. Tyle, że i tak Białostoczanie stracili drugie miejsce w tabeli PKO Ekstraklasy na rzecz Górnika Zabrze.
[…] Z liczby stworzonych sytuacji Żółto-Czerwoni byli lepsi od Katowiczan, ale szczególnie w końcówce spotkania zabrakło im skuteczności.
[…] Spotkanie rozpoczęło się fatalnie dla Żółto-Czerwonych. Już w 3. minucie Katowiczanie zaliczyli przechwyt na połowie rywali, rozklepali ich defensywę, a Bartosz Nowak z sześciu metrów umieścił piłkę w siatce.
Jagiellonia, po słabiutkim początku, opanowała sytuację i ruszyła do przodu. Po szybkiej wymianie podań na prawej stronie, Afimico Pululu sprytnie podał do Jesusa Imaza, a ten uderzył mocno tyle, że w poprzeczkę katowickiej bramki. Szkoda, bo akcja była najwyższych lotów.
Duma Podlasia rozpędzała się i wkrótce stworzyła kolejne zagrożenie pod bramką gospodarzy. Znów szanse miał duet Imaz – Pululu z tym, że tym razem dogrywał Hiszpan, a „Afi” fatalnie spudłował z niewielkiej odległości.
Kolejne podejście dało już Jadze wyrównanie. Z rzutu rożnego dośrodkował Sergio Lozano, a bramkę głową zdobył Bernardo Vital. Trafienie do złudzenia przypominało gola z meczu z Rakowem Częstochową tyle, że wtedy strzelcem był Yuki Kobayashi. Do końca pierwszej połowy Podlasianie byli stroną przeważającą, ale wynik 1:1 już się nie zmienił.
W drugą odsłonę Żółto-Czerwoni weszli znacznie lepiej niż w pierwszą i szybko stanęli przed ogromną szansą. W polu karnym GKS-u Nowak sfaulował Vitala i sędzia Paweł Raczkowski wskazał na wapno. Pululu uderzył nie do obrony i Białostoczanie wyszli na prowadzenie.
Gospodarze przeprowadzili kilka zmian i ruszyli do odrabiania straty. Groźny był szczególnie Borja Galan, który minimalnie pomylił się przy pierwszym strzale, ale za drugim razem przymierzył już kapitalnie. Futbolówka odbiła się najpierw od poprzeczki, potem słupka i zatrzepotała w siatce obok bezradnego Sławomira Abramowicza.
W końcówce groźne strzały oddali Kozłowski, Samed Bazdar i Kajetan Szmyt, ale za każdym razem znakomicie interweniował Rafał Strączek, ratując gospodarzom remis.

weszlo.com – Świetny mecz w Katowicach. GKS na remis z Jagiellonią

Ależ to się dobrze oglądało! Jeżeli spotykają się ze sobą dwie drużyny, które chcą grać w piłkę i potrafią to robić, nie ma możliwości, żeby widz się nudził. GKS Katowice zremisował z Jagiellonią po naprawdę zaciętym boju z wieloma zwrotami akcji. Gospodarze nie są jeszcze pewni wywalczenia przepustek do europejskich pucharów, ale nawet ten jeden punkt znacznie ich przybliża do upragnionego celu.
I na początku podopieczni Rafała Góraka byli naprawdę kosmicznie nakręceni, jakby stawka meczu nie tylko ich nie paraliżowała, ale dodatkowo niosła. Błyskawicznie objęli prowadzenie za sprawą Bartosza Nowaka.
Adrian Siemieniec i jego sztab będą mieli tu co analizować. Wszystko zaczęło się od złego wycofania piłki przez Kajetana Szmyta. Później nisko ustawiona w defensywie Jaga kilka razy pokpiła sprawę. Marković jakimś cudem znalazł w tłoku Kowalczyka, pasywni byli tu Szmyt i Montoia. Później Kobayashi pozwolił się Kowalczykowi obrócić i wycofać piłkę, gdzie dzieła zniszczenia dopełnił Nowak. Tuż przed strzałem, robiąc krok w tył, odkleił się od kryjącego go Kozłowskiego i już nikt nie zdążył z asekuracją.
Zaraz potem Kowalczyk samemu mógł wpisać się na listę strzelców, dynamicznie wbiegł w pole karne i mocno uderzył w bliższy róg, sprawdzając czujność Abramowicza.
GKS mocno zaczął, wydawało się, że nabiera wiatru w żagle, ale Jagiellonia pokazała klasę i szybko się otrząsnęła. Całkowicie przejęła inicjatywę i co rusz stwarzała zagrożenie. Imaz obił poprzeczkę, potem po jego akcji świetną okazję zmarnował Pululu. Vital po rzucie rożnym miał dużo miejsca, ale posłał piłkę prosto w bramkarza. Wyrównanie było kwestią czasu i w końcu do niego doszło. Vital znów najlepiej odnalazł się w polu karnym przeciwnika, gdy z kornera dośrodkował Lozano i mieliśmy 1:1.
Katowiczanie długimi fragmentami mogli się przekonać, z jakimi wyzwaniami mierzyliby się na co dzień w Lidze Konferencji, do której aspirują.
Rozpędzona Jaga czuła się jak u siebie również po przerwie. Nowak tym razem zapisał minus przy swoim nazwisku. W sytuacyjnym starciu przy próbie wybicia piłki kopnął też Vitala i Paweł Raczkowski od razu wskazał na wapno. Pululu znów okazał się pewnym egzekutorem: piąty karny w tym sezonie ligowym i piąty trafiony.
Mogło się wydawać, że GKS już się nie odbije, że tym razem skala wyzwania zwyczajnie go przerasta. Czasami trzeba w takich okolicznościach zrobić coś ekstra i zrobił to Borja Galan. Dwa szybkie podania, Hiszpan zszedł do środka i cudownie przylutował od poprzeczki. Gol sezonu? Na pewno poważny kandydat.
Od tego momentu znów mieliśmy wyrównany bój, szala zwycięstwa mogła się przechylić w obie strony. Nawet w ostatniej doliczonej minucie akcje meczowe mieli najpierw Szkurin, a po chwili Bazdar. Jeśli jednak wyciągniemy esencję z całego spotkania, ten remis mimo wszystko bardziej powinien pasować Katowiczanom.
[…] Jagiellonia gry w pucharach już wcześniej była pewna, co może poczytać sobie za sukces, biorąc pod uwagę jej perturbacje na wiosnę. Sam ten fakt jednak nie załatwia wszystkiego, bo cały czas realnym tematem pozostaje wicemistrzostwo dające eliminacje Champions League. Punktem wyjścia będzie pokonanie u siebie Zagłębia Lubin w ostatniej kolejce.
Jeśli Jaga zrobi wtedy swoje, GKS będzie miał gwarantowane puchary nawet przy remisie w Szczecinie. To właśnie Miedziowi i Legia mogą jeszcze odebrać europejskie bilety kosztem Nowaka i spółki. Za jaki scenariusz trzymamy kciuki? Chyba dobrze wiecie.

dziennikzachodni.pl – Nowa Bukowa kipiała od emocji na meczu z Jagiellonią Białystok. Blisko 15 tysięcy kibiców GieKSy dało z siebie wszystko

Kibice GKS-u wypełnili trybuny Areny Katowice licząc, że staną się świadkami historycznej chwili i awansu do europejskich pucharów. O takiej atmosferze ligowi konkurenci mogą tylko pomarzyć.
Na meczu GKS Katowice – Jagiellonia Białystok zasiadło blisko 15 tysięcy kibiców. Także fani gości wypełnili swój sektor, co zapewniło gorącą atmosferę i mocny doping dla obu zespołów.
Fani ekipy Rafała Góraka zaprezentowali oprawę „Jak ciężkie wyzwanie przed wami, zawsze macie Blaszok za plecami” z pirotechniką. Potem rozpoczęło się chóralne wsparcie, które nie ustało ani na chwilę.
W końcówce meczu Nowa Bukowa zamieniła się w prawdziwy wulkan emocji. Każda akcja i każda decyzja sędziego wywoływała żywiołową reakcję trybun aż do ostatniego gwizdka sędziego.

„Jestem Gorolem, a nie Hanysem”. „Miękki rzut karny”. Co po meczu GKS Katowice – Jagiellonia Białystok (2:2) powiedzieli trenerzy?

GKS Katowice zremisował z Jagiellonią Białystok 2:2. Spotkanie było świetnym widowiskiem. Co powiedzieli po nim trenerzy obu zespołów?
Trener Rafał Górak podkreślał, że GKS nie przegrał u siebie przez całą rundę.
Szkoleniowiec GieKSy dodał też, że w całym wyniku nie pasuje mu tylko jeden element.
– Ten rzut karny… Oglądałem powtórki i uważam, że był bardzo „miękki”.
Adrian Siemieniec nie był zadowolony z wyniku. Remis sprawia, że jego zespół w ostatniej kolejce musi wygrać z Zagłębiem Lubin i liczyć na pomoc Radomiaka.
Zapytany o słabe wyniki Jagiellonii na Nowej Bukowej odparł:
– Ja jestem z Czeladzi, więc jestem „gorolem”, nie „hanysem”, więc nie mogę mieć tu łatwo. Ślązakom można wiele zarzucić, ale nie braku pasji…
W ostatniej kolejce GKS Katowice zagra w Szczecinie z Pogonią.

GKS Katowice o krok od Europy. Mecz z Jagiellonią (2:2) był kolejnym świetnym widowiskiem. Pięć najważniejszych wniosków po tym meczu

GKS Katowice po kapitalnym widowisku zremisował z Jagiellonią Białystok 2:2. O takich emocjach kibice długo nie zapomną.
Przed meczem GKS Katowice – Jagiellonia Białystok jedno było już pewne: gospodarze wygrywając zapewniliby sobie miejsce w czołowej piątce, a więc grę w Lidze Konferencji! Na taki wyczyn kibice tego klubu czekają od 2003 roku, gdy łupem zespołu ze starej jeszcze Bukowej padł też ostatni w historii (brązowy) medal, mocno jednak skażony szalejącą wówczas w lidze korupcją. Strata punktów w niedzielnym starciu wiązałaby się natomiast z końcem marzeń o zajęciu miejsca wyższego niż piąte. Jagiellonia z kolei musiała wygrać, by w ostatniej kolejce mieć srebrny medal w swoich nogach, bez oglądania na rywali, z Górnikiem Zabrze na czele.
W porównaniu do poprzedniego bezbramkowego występu w Gliwicach Rafał Górak dokonał w wyjściowej jedenastce dwóch zmian. Na ławkę rezerwowych powędrowali Erik Jirka i Ilia Szkurin, a ich miejsce zajęli Borja Galan i Adam Zrelak.
GKS zaczął mecz idealnie. Ruszył na Jagiellonię i już w 3 minucie objął prowadzenie. Akcję zaczął Eman Marković, a kluczowe podanie wykonał sprzed linii końcowej Mateusz Kowalczyk. Dzieła zniszczenia dopełnił Bartosz Nowak wbiegający w pole bramkowe. To dziewiąty gol w tym sezonie pomocnika gospodarzy.
Jagiellonia nie zamierzała się poddawać. W 18 minucie kolejna szybka akcja została zamknięta strzałem Jesusa Imaza w poprzeczkę. Chwilę później Rafał Strączek obronił uderzenie głową Bernardo Vitala, a po 23 minutach gry Afimico Pululu koszmarnie spudłował z pięciu metrów. Szturm przyniósł jednak efekt – po rzucie rożnym stan meczu wyrównał Vital główkując nad znacznie niższym Sebastianem Milewskim.
Do przerwy był więc remis, ale jednak z minimalnym wskazaniem na gości. A po niej Jagiellonia nie zwolniła tempa. W 52 minucie Bartosz Nowak spóźnił się wybijając piłkę z pola karnego, trafił w Vitala i Paweł Raczkowski pokazał na jedenastkę. Pululu nie dał Strączkowi żadnych szans.
Teraz to GKS musiał odrabiać stratę. Długo nie mógł znaleźć drogi do celu, ale w 78 minucie dopiął swego. Tym razem to Katowiczanie pograli szybkimi podaniami, Bartosz Nowak zaliczył asystę, a Borja Galan pięknym strzałem lobem pod poprzeczkę zmieścił piłkę w siatce. Zdobywca gola wyraźnie się tym wzruszył, a na telebimie widać było łzy w jego oczach.
Goście natychmiast przestawili się na ofensywę i na bohatera spotkania zaczął wyrastać Rafał Strączek, utrzymujący swoimi interwencjami GKS w remisie. I tak było do ostatniej sekundy. To dzięki niemu wynik nie uległ już zmianie.
GKS Katowice w ostatniej kolejce zagra w Szczecinie z Pogonią. Jeśli osiągnie tam co najmniej taki sam rezultat punktowy jak Zagłębie Lubin w Białymstoku i nie da się dogonić Legii, zagra w Lidze Konferencji!
Pięć najważniejszych wniosków po meczu GKS Katowice – Jagiellonia Białystok:
1. Gra o spełnienie marzeń. Katowiczanie są blisko wywalczenia gry w europejskich pucharach. Zespół Rafała Góraka już nie kalkuluje i stawia wszystko na jedną kartę. Batalia z Jagiellonią pokazał, jak duże serce do walki ma każdy z jego piłkarzy.
2. Arkadiusz Jędrych w ataku. Stoper GKS-u jest jednym z najskuteczniejszych zawodników. W spotkaniu z Jagiellonią jego ofensywne predyspozycje znalazły odzwierciedlenie w poruszaniu się po boisku. Wielokrotnie występował w roli „dziewiątki” na przedpolu rywali.
3. Kocioł dla obrońców. Katowicka defensywa dawno nie mierzyła się z tak szybko grającymi przeciwnikami. Gdy Jagiellonia wyrywała się spod pressingu i nabierała tempa, zaczynały się prawdziwe kłopoty. Błyskawiczne kombinacje podań mocno dawały się obrońcom we znaki. Był jednak jeszcze Rafał Strączek – jego dwie interwencje w ostatnich minutach miały kluczowe znaczenie.
4. Podawajcie do Galana! To trochę nie do końca punkt na serio, ale faktem jest, że Hiszpan bardzo często biegając po skrzydle domaga się, by koledzy do niego podali. W niedzielnym spotkaniu wreszcie się doczekał i zdobył gola na 2:2. Łzy szczęścia w jego oczach mówiły same za siebie.
5. GKS to jedna rodzina. To już widać na każdym kroku. Rafał Górak swoją przedmeczową konferencję rozpoczął od przypomnienia, że piłkarki zagrają o Puchar Polski. W niedzielę w przerwie kibice mieli okazję pogratulować im jego zdobycia, a także oklaskiwać siatkarzy, którzy wracają do PlusLigi.

wkatowicach.pl – GKS Katowice remisuje z Jagiellonią Białystok 2:2. Ostatni mecz na Arenie Katowice w tym sezonie

W ostatnim meczu tego sezonu Ekstraklasy na Arenie Katowice GieKSa podjęła Jagiellonie Białystok. Spotkanie zakończyło się remisem 2:2. Mecz z trybun oglądało ponad 14 tys. osób.
Mecz 33. kolejki PKO BP Ekstraklasy przyniósł GKS-owi Katowice starcie z Jagiellonią Białystok. Mecz odbył się 17 maja (niedziela) na Arenie Katowice. Był to ostatni mecz na katowickim stadionie w tym sezonie. Obie drużyny zajmują wysokie miejsca w ligowej tabeli. Do składu GieKSy na ten mecz powróciła dwójka piłkarzy: Adam Zrel’ák oraz Borja Galán.
Spotkanie rozpoczęło się bardzo dobrze dla GKS-u, gdyż Bartosz Nowak strzelił pierwszą bramkę już w 3. minucie meczu. Jagiellonia próbowała się odegrać, udało się jej to dopiero w 31. minucie, gdy celnie trafił Bernardo Vital. Pomimo szans pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 1:1.
W drugiej połowie rywale strzelili bramkę w 56. minucie (Afimico Pululu). GieKSa próbowała się odrobić. Celny strzał oddał Borja Galán. Jagiellonia kilka razy próbowała wbić gola, ale świetnie na bramce radził sobie Rafał Strączek. Ostatecznie mecz zakończył się remisem 2:2.
Był to ostatni mecz w tym sezonie na Arenie Katowice. Piłkarze GKS-u po raz pierwszy zagrali w nowych koszulkach meczowych, które inspirowane były strojami z finału Pucharu Polski w 1986 r. Gośćmi specjalnymi były piłkarki i siatkarze GKS-u, którzy prezentowali trofea oraz legendy 1986 r. Frekwencja na meczu wyniosła 14 tys. 651 osób.
Przed piłkarzami GieKSy ostatni mecz w tym sezonie PKO BP Ekstraklasy. 23 maja (sobota) zmierzą się na wyjeździe z Pogonią Szczecin.

gol24.pl – GKS Katowice zatrzymał Jagiellonię Białystok. Katowice coraz bliżej europejskich pucharów

GKS Katowice zremisował z Jagiellonią Białystok 2:2 w meczu 33. kolejki PKO Ekstraklasy i przed ostatnią serią gier utrzymuje miejsce dające grę w eliminacjach Ligi Konferencji. Duma Podlasia spadła natomiast na 3. pozycję w tabeli i za tydzień rozstrzygnie się, w eliminacjach do których europejskich pucharów zagra.
[…] Po strzeleniu gola przez GKS do ataku ruszyła Jagiellonia. Bliski wyrównania w 18. minucie był Jesus Imaz, ale futbolówka po uderzeniu Hiszpana trafiła w poprzeczkę bramki gospodarzy.
Napór Dumy Podlasia przyniósł efekt tuż po upływie pół godziny gry. Podopieczni Adriana Siemieńca jednak nie z gry, a po stałym fragmencie doprowadzili do wyrównania. Po dośrodkowaniu z rzutu rożnego Sergio Lozano precyzyjnym strzałem głową popisał się Bernardo Vital i na Nowej Bukowej mieliśmy remis.
[…] Po zmianie stron Jagiellonia Białystok zadała drugi cios. Tym razem Bartosz Nowak sfaulował Bernardo Vitala we własnej „szesnastce”. Sędzia Paweł Raczkowski błyskawicznie wskazał na „wapno”, a arbitrzy zasiadający w wozie VAR potwierdzili prawidłowość jego decyzji. Do piłki podszedł Afimico Pululu i pewnym strzałem dał prowadzenie gościom.
Doświadczona w grze o stawkę Duma Podlasia nie dowiozła korzystnego wyniku do końca spotkania. GKS Katowice do wyrównania doprowadził w 79. minucie po spektakularnym uderzeniu zza pola karnego. Autorem jednego z najpiękniejszych goli w tym sezonie PKO Ekstraklasy okazał się 33-letni Borja Galan.
Wynik do końca nie uległ zmianie i oba zespoły musiały zadowolić się podziałem punktów, co zdecydowanie bardziej satysfakcjonuje popularną GieKSę. Jagiellonia Białystok spadła z 2. miejsca w tabeli PKO Ekstraklasy i na ten moment plasuje się na pozycji dającej grę w eliminacjach Ligi Europy. Natomiast GKS jest o krok od powrotu do walki o Europę po 23 latach przerwy.

jagiellonia.net – Na „Blaszoku” dali sobie po dwa razy

Po środowej victorii pod Jasną Górą Jagiellonia przeniosła się do stolicy województwa śląskiego, aby w niedzielę 17 maja rozegrać ostatni mecz wyjazdowy w tym sezonie. Naszym przeciwnikiem była druga najlepiej punktująca na wiosnę drużyna „ekstraszkapy”, czyli GKS Katowice. Lepszy w tej materii był jedynie świeżo koronowany mistrz Polski, czyli Lech Poznań.
Tak więc z miejsca było wiadomo, że ani lekko, ani przyjemnie na katowickim „Blaszoku” nie będzie. Zwłaszcza że miejscowi ciągle liczą się w walce o europejskie puchary, których w stolicy Górnego Śląska nie było od ponad 20 lat! To tak dla naszych podwórkowych malkontentów, którym wydaje się, że gdy raz już coś jest dane, to tak będzie zawsze…
„Jaga” w Katowicach wybiegła na boisko z jedną zmianą w składzie, w za przeproszeniem stosunku do wspomnianego meczu z „Medaliką”. Tarasa, który „wykartkował się” w środowym spotkaniu, zastąpił nasz wychowanek Eryk Kozłowski i, uprzedzając nieco rozwój wydarzeń, trzeba napisać, że niełatwemu zadaniu zastąpienia naszego kapitana podołał.
Początek meczu był dla „Żółto-Czerwonych” tak miły jak panująca w Katowicach aura – mokro, ponuro i do domu daleko. „Gieksa” rzuciła się na nas jak rolnik na unijne dopłaty. Miejscowi, niesieni dopingiem kompletu publiczności (ponad 14 600 widzów), bardzo szybko napoczęli „Jagę”. Norweg o jakże skandynawskim nazwisku Markovic przedarł się prawą stroną, sprytnie wrzucił piłkę do Kowalczyka, który dośrodkował, a dzieła zniszczenia dopełnił niezawodny Bartosz Nowak. Była 3. minuta spotkania, więc w wypełnionym po brzegi sektorze kibiców gości, których w Katowicach pojawiło się grubo ponad 1000 głów, zapanowała lekka konsternacja. Czyżby miała nas czekać powtórka z grudniowego starcia w Pucharze Polski, kiedy to kapitan GKS zapakował nam „dwupak”?
Szczęśliwie Jagiellonia dość szybko otrząsnęła się z przewagi „Blaszoków” i sama zaczęła stwarzać groźne sytuacje pod bramką gospodarzy. W 20. minucie po przepięknej zespołowej akcji w poprzeczkę uderzył Imaz, a po chwili Pululu zmarnował doskonałą sytuację, stojąc kilka metrów od bramki miejscowych.
„Nadejszła jednak wiekopomna chwila”, że tak „pojadę Pawlakiem” z „Samych Swoich”. W 31. minucie okazało się, że jest w Jagiellonii życie bez dośrodkowań Bartka Wdowika z rogów. Sergio Lozano, podobnie jak w Częstochowie, posłał idealne „ciasteczko” na głowę Bernardo Vitala, któremu wyraźnie spodobało się strzelanie bramek. Portugalczyk zaliczył swoje trzecie trafienie w tym sezonie, doprowadzając do remisu. Tak też zakończyła się I połowa tego meczu.
Nie ukrywam, że z lekkim niepokojem oczekiwałem na jego drugą odsłonę, bo w ostatnim czasie Jagiellonia dała się poznać jako zespół niepotrafiący rozegrać pełnych 90 minut na równym, wysokim poziomie. A tu taka niespodzianka! Nasi piłkarze zaraz po wyjściu z szatni przystąpili do dalszego „orania” miejscowych, którzy nie potrafili dotrzymać białostoczanom tempa.
Wreszcie po jednej z naszych akcji, w których sędzia Raczkowski mógł trzykrotnie zagwizdać karnego, zdecydował się wskazać na „wapno” w polu karnym gospodarzy. Wydarzyło się to po faulu na… Vitalu. Brawo Bernardo! Egzekucji dokonał niezawodny Pululu i w 56. minucie wyszliśmy na prowadzenie.
W 64. minucie trener Siemieniec dokonał dwóch zmian. Z boiska zeszli Pululu i Lozano, a w ich miejsce pojawili się Mazurek i Bazdar. Z miejsca odniosłem wrażenie, że gra „Żółto-Czerwonych” zaczęła tracić na impecie, czego efektem był gol wyrównujący Borji Galana w 79. minucie. Gol z rodzaju „stadiony świata”, trzeba przyznać – Hiszpan huknął z dystansu i piłka po odbiciu się od poprzeczki wpadła do bramki strzeżonej przez Abramowicza. Nasz golkiper chyba niewiele mógł w tej sytuacji uczynić. Choć nie wszyscy w Redakcji podzielają moje zdanie ;-). Podobnie jak w meczu z Pogonią, nieudaną próbą zablokowania tego strzału (wówczas podania) „popisał się” wprowadzony kilka minut wcześniej Kamil Jóźwiak.
Taki przebieg wydarzeń nie załamał jednak „Żółto-Czerwonych”, którzy wyraźnie chcieli zgarnąć na „Blaszoku” pełną pulę. Przepiękny strzał z dystansu oddał Kozłowski. Potem głową strzelał Bazdar i wreszcie z wolnego Szmyt. Wszystkie te próby obronił bramkarz gospodarzy. Przy ostatnim strzale meczu w wykonaniu Bazdara nie musiał interweniować, gdyż nasz napastnik przeniósł piłkę nad poprzeczką.
Szkoda. Wielka szkoda, bo Jagiellonia była w tym meczu duuużo lepsza od GKS. Oddaliśmy na bramkę miejscowych 16 strzałów (7 celnych), czyli dwukrotnie więcej od „Blaszoków”. Dotyczy to zresztą praktycznie wszystkich meczowych statystyk.
Remis bardzo mocno skomplikował Jagiellonii walkę o srebrny medal w bieżących rozgrywkach. Przed ostatnią kolejką mamy tyle samo punktów co drugi Górnik Zabrze (53 pkt), z którym mamy niekorzystny bilans bezpośrednich potyczek i jako że obie drużyny za tydzień rozgrywają domowe spotkania, ciężko jest liczyć na potknięcie „Poldków” w meczu z „Cyganerią” z Radomia. Ale dopóki piłka w grze…

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Kato-Miszkolc dwa bratanki – reportaż z Węgier

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Swą podróż do Miszkolca rozpocząłem już dzień przed meczem. Za długo człowiek czekał na te puchary, żeby odmówić sobie przyjemności zrobienia „kontentu” daleko wykraczającego poza samą piłkę nożną. Lata jeżdżenia po ośrodkach pierwszoligowych, a przez chwilę nawet drugoligowych mogła wywołać rutynę i znudzenie. Ileż razy można było jeździć do Suwałk, Grudziądza czy Pruszkowa. Sześcio- czy siedmiokrotne wizyty w niektórych miastach (a na Arce czy w Niecieczy to i osiem razy) powodowały, że stadiony rywali znałem jak własną kieszeń.

Teraz sytuacja się odmieniła, bo mamy ekstraklasę i jest trochę nowości. To znaczy teraz dalej będą powtórki, ale nowe. Na takim Rakowie od awansu byliśmy już trzy razy, a już niedługo będzie czwarty. Taka rutyna nie zaszkodzi. Za to europejskie puchary są jedyne w swoim rodzaju, bo prawdopodobieństwo trafienia na tego samego przeciwnika jest nikłe. Dlatego są to doświadczenia unikatowe. Wymagające specjalnego potraktowania.

***

Śniadanie to najważniejszy posiłek dnia. A zwłaszcza przed podróżą. Dlatego też musiała najpierw nastąpić konsumpcja. Jeszcze chwila ogarnięcia się i w drogę na Węgry. Czekało mnie planowo ponad pięć godzin jazdy, ale wiadomo było, że z postojami wyjdzie to nieco dłużej.

Było ciepło, bardzo ciepło. Ale to była tylko przygrywka do tego, co się będzie działo na Węgrzech. Zapowiadane temperatury na środę i czwartek to 39 stopni. Grunt to dobry humor i… klimatyzacja.

Droga przebiegała spokojnie. Trochę zakorkowany wjazd na Zakopiankę, ale zupełnie bez tragedii. No i dalsza trasa. Zakopianka czy nowa Zakopianka przebiega naprawdę malowniczymi terenami, na granicy Beskidu Żywieckiego, a Beskidu Wyspowego, Makowskiego czy Gorców. Dzięki czemu podczas trasy możemy podziwiać malownicze wzgórza, z tymi rozpościerającymi się przysiółkami, domostwami. Na swoich długo czy średniodystansowych szlakach przecinałem Zakopiankę – czy to na Głównym Szlaku Beskidzkim, a także szlaku Brzeźnica – Kacwin.

W Nowym Targu było odbicie. Za miastem krótki postój na kupienie czegoś zimnego i stacyjną przekąskę. Już stąd rozciągał się piękny widok na Tatry. Tatry, które miałem od wschodniej strony objechać. Cieszyłem się na tę drogę. Tym bardziej, że w życiu tak dużo chodziłem po górach, że nieraz jadąc przez jakieś dziwne miejsca mogłem powiedzieć – byłem tutaj.

Tak było choćby, gdy przejeżdżałem przez Bukowinę Tatrzańską, przez którą przechodzi szlak Trzy Kopce – Chochołów. Przeszedłem go za drugą próbą, bo za pierwszą narzuciłem sobie zbyt duże tempo pierwszego dnia i po przejściu ponad 40 kilometrów w ulewnym deszczu poległem. Pamiętam, że dzień później GieKSa wygrała u siebie z Garbarnią 2:0. Czasy Covidowe.

Tak więc Bukowina (wcześniej Białka) czy Czarna Góra były mi dobrze znane. Ja tym czasem zbliżałem się do granicy w Jurgowie, a moim oczom ukazywały się najpiękniejsze Tatry Bielskie. Przejeżdżałem przez Zdziar. Miejscowość, w której miałem kiedyś nocleg przed wielodniowym pobytem w Tatrach Słowackich. Wówczas to ruszyłem w Tatry Bielskie właśnie – niestety na Hawrań, Murań czy Płaczliwą Skałę nie można wchodzi ze względu na rezerwat – choć jakieś gagatki wówczas miały to za nic i i tak wchodziły. Ja potem udałem się do schroniska przy Zielonym Stawie i Jagnięcy Szczyt. To byli czasy.

Jadąc autem niestety nie mogłem robić zdjęć w najbardziej efektownych momentach. Ale gdzieś tam raz czy dwa przystanąłem i udało się zrobić fotki tych majestatycznych, zielonych i trawiastych zboczy. To naprawdę jedno z moich ulubionych miejsc.

Droga przebiegała spokojnie – przez Tatrzańską Kotlinę, Tatrzańską Łomnicę i Wielką Łomnicę. Gdzieś tam kilka razy przecinałem tory, po których porusza się Elektrická, czyli kapitalna transportowa sprawa, pozwalająca poruszać się w większej części południowego krańca Tatr. Sam z niej korzystałem wielokrotnie. Wkrótce dotarłem na obrzeża Popradu, a to oznaczało, że zaraz wyjadę na autostradę.

Droga tą autostradą to była poezja. Samochodów było na niej niebywale wręcz mało. Często zdarzało się tak, że zarówno z tyłu, jak i z przodu na horyzoncie nie było ani jednego. I tak przez całe, całe minuty. Jechałem więc przez te słowackie pola, malowniczo to wyglądało, inaczej niż w Polsce. Tak więc podążałem sobie ku Węgrom.

Po drodze stwierdziłem, że jednak nie będę jechał na miejscówkę, tylko od razu na stadion na przedmeczową konferencję. W Żylinie nie dałem rady ze względu na to, że w środę jeszcze „uszczknąłem” pracę i wyjeżdżałem dopiero o dwudziestej. Tutaj z racji porannego wyjazdu, konferencja była wpisana w plan.

Zszokowałem się, gdy podczas postoju na stacji wysiadłem z auta. Wiadomo, w samochodzie klimatyzacja i człowiek się przyzwyczaja do normalnej temperatury. Po wyjściu na zewnątrz – ukrop. Niesamowity ukrop. Można było odnieść wrażenie, że im bardziej na południe, tym goręcej. W sumie – logicznie.

Dojechałem do węgierskiej granicy. Dalsza droga aż do Miszkolca, równie przyjemna, co na Słowacji. Kilkadziesiąt minut i dotarłem do miasta docelowego. Wjazd do centrum i w stronę stadionu. Odrobinę inaczej niż w Polsce, na przykład czerwone światło i zielona strzałka na wprost. Za pierwszymi dwoma razami miałem zawias. Potem już śmiało jechałem.

Dotarłem do stadionu DVTK, czyli Diósgyőri Vasgyárak Testgyakorlók Köre, bo tak nazywa się drugoligowy klub, który gra na tym obiekcie. Co ciekawe klub ma na koncie Mistrzostwo Węgier w… szachach. Dobrze znamy ten smak triumfu w krajowej lidze.

Pod stadionem byłem o 16.40, czyli pół godziny przed planowaną konferencją. Stadion wyglądał… tak jak na Google Maps. Dzisiaj coraz mniej jest tajemnic. Choć jak na Google Maps „wjedziecie” sobie na sam parking tuż przy stadionie – to zobaczycie zdjęcia sprzed kilkunastu lat, jeszcze ze starym oldchoolowym obiektem. W każdym razie prezentuje się ładnie, jest dość spory, a dzięki informacjom sprzed wyjazdu, dokładnie wiedziałem, gdzie wejść.

Tak więc podchodzę do panów ochroniarzy, jeden powoli, mozolnie, gasi papierosa i zmierza do drzwi, żeby mnie wpuścić. Otwiera je i pokazuje następne, gdzie jest sala konferencyjna. Wchodzę więc i witam się z ludźmi z oficjalnych mediów GieKSy, którzy też niedawno – dotarli na miejsce. Kręcą się tam ludzie z Hapoelu Tel Awiw, drużyna miała chwilę wcześniej trening. A ja czekam na konferencję, na której pierwotnie miał być trener i Alan Czerwiński, ale z racji lekkiego opóźnienia pojawił się tylko szkoleniowiec.

Jestem jedynym na tej konferencji oprócz chłopaków i dziewczyny z oficjalnej. Zazwyczaj było tak, że jak nie było żadnego dziennikarza na tych briefingach, to po prostu media GieKSy robiły wywiad z trenerem. Tutaj zrobiliśmy wszystko „oficjalnie”, czyli przy stole, na tle ścianki Hapoelu.

Zadaję pytanie trenerowi o Węgry, gdyż to w tym kraju zaczęła się jego historia w GKS. Pamiętne zgrupowanie w Telki, na które pojechaliśmy jako redakcja Bukowej, by je relacjonować. To było 15 lat temu, a my wówczas połączyliśmy wakacje z pracą na rzecz GieKSiarskiej społeczności. Dziwne, trudne i piękne to były czasy. Byliśmy na sparingach, m.in. GieKSa grała z Honvedem w Budapeszcie, a przed tymże sparingiem odegrano hymn Polski. Wszyscy byliśmy wtedy młodziutcy, zresztą zobaczyć możecie to na filmach poniżej. No i był kot Laszlo w ośrodku reprezentacji Węgier.

Jeszcze przed briefingiem i po nim udaję się na sektor prasowy. I tam od razu niespodzianka. Na stanowiskach są już wydrukowane kartki z nazwiskami dziennikarzy, więc mam już swoje przyporządkowane miejsce. Jest to komfort – dzień przed meczem znać już wszystkie trakty, wiedzieć, gdzie wejście, sala konferencyjna, jak wygląda prasówka. Jest to odhaczone i nie trzeba się następnego dnia stresować. Bo często na stadionach te oznaczenia są niejasne lub w ogóle jest ich brak, a ochrona zazwyczaj nic nie wie.

 

A tutaj – komfort. Dodatkowo sama prasówka jest na samej górze (jak wchodziłem, to jakiś gościu wywoził stół do ping ponga). Wszystko na swoim miejscu. Widok na boisko znakomity. Toteż po konferencji siadam na chwilę na „swoim” stanowisku i gdy piłkarze zaczynają trening – ja zamieszczam na stronię relację z konferencji właśnie. Zajmuje mi to wszystko z godziny, po czym kieruję się do wyjścia.

Przed stadionem spotykam jeszcze rzecznika Michała i pana Bogdana, kierowcę GieKSiarskiego autobusu. Mówimy o tym upale i problemie ze schłodzeniem w zadowalający dla pasażerów-piłkarzy sposób. Upały dają się we znaki, a schłodzić taki gabaryt, to jednak duże wyzwanie. W autobusie nadal było więc ponad 25 stopni, temperatura zatem niezbyt ciekawa do funkcjonowania. Przynajmniej zawodnicy nie musieli się te powiedzmy 7 godzin smażyć, ale jednak droga z lotniska z Koszyc do Miszkolca, no i potem transfery na stadion to jednak jest pewien czas spędzony w autobusie.

Ja wsiadam do auta i ruszam na kwaterę, do której mam kwadrans. GPS prowadzi mnie jakimiś drogami, krętymi i górskimi – bo trzeba przez jakieś wzgórze przejechać – i po drodze robię jeszcze postój w Lidlu. Przede wszystkim zaopatruję się w picie, bo w tym upale to jest obowiązek. Plus kilka rzeczy do jedzenia. Zwracają uwagę typowo węgierskie specjały w lodówkach. Salami po prostu być musi. A na półkach nie może zabraknąć węgierskich past paprykowych. Jedną taką kupuję. Bo choć wiem, że jest przeraźliwie słona (11,5 g soli na 100 g), to ma swój paprykowy klimat.

Po kilku kolejnych minutach docieram na kwaterę. Brama zamknięta, dzwonię, nikt nie wychodzi. Dzwonię na telefon – cisza. Dopiero po paru minutach wyszedł gospodarz, uff. Mówi po angielsku i to bardzo komunikatywnie. Znakomicie. Dokonujemy formalności i prowadzi mnie do pokoju. Za chwilę największa próba – czy działa klimatyzacja. To był absolutnie główny punkt przy doborze noclegu. Były bowiem lepsze lokalizacje, bliżej centrum czy stadionu. Jedno miejsce było super, ale w komentarzach pisali, że klima jest, ale nie działa. Tutaj załączam i od razu powiało przyjemnym chłodkiem. Pięknie. Jestem na miejscu. A w lodówce – półtoralitrowa, schłodzona woda mineralna.

Chwila ogarnięcia się, rzeczy do lodówki. Prysznic po podróży. No i miałem upatrzoną restaurację nieopodal, gdzie wyczytałem, że menu jest po polsku, a opinie bardzo dobre. Udaję się więc do niej na obiadokolację. Jestem już mocno głodny, bo wcześniej jadłem tylko wspomniane śniadanie i hot doga na stacji, ale to z siedem godzin temu. Idę więc do wspomnianej knajpki. Co prawda mam ochotę na jakieś węgierskie dania, ale z drugiej strony obawiam się, że leczo czy zupa gulaszowa to będzie za mało. Tym razem więc jeszcze nie kombinuję i biorę solidnego burgerasa. Co prawda tu jedna z opinii była taka, że burger mały, więc ktoś musiał dokupić sobie deser, żeby się najeść. No ale patrzę – 220 gram mięsa, więc solidny kotlet. I rzeczywiście wizualnie – przed nie jakąś wielką bułkę – sprawiało to wrażenie, że jest trochę małe, ale ostatecznie – delikatnie mówiąc – najadłem się. Było sycie i sowicie. Do tego dwie homemade ice tea. Pragnienie było duże. Mimo wielu godzin w klimie w aucie, ten upał nie pozostawał obojętny dla organizmu. Było to bardzo sympatyczne posiedzenie, na ogródku na takim podeście. Wieczorem już dało się wytrzymać.

Zabawne jest to, że gdy siedzę w tej knajpce, przychodzą… media GieKSy. Naprawdę świat jest mały. Uważam, że to miejsce na nocleg, które wybrałem, nie jest oczywistym wyborem, bo znajduje się na takich totalnych przedmieściach Miszkolca – dokładnie w dzielnicy Miskolctapolca. Szansa, że oni będą w tym samym miejscu, wybiorą tę samą knajpę była naprawdę mała. A jednak. Jeszcze potem spotykamy się po opuszczeniu lokalu.

Ja wracam na kwaterę. Przypominam sobie, że dzisiaj gra Górnik. Ale nie chce mi się odpalać laptopa. Przychodzi mi więc do głowy myśl, że może w węgierskiej telewizji leci mecz z Ferencvarosem. I tak jest w istocie, więc oglądam drugą połowę. Potem piszę jeszcze felieton przedmeczowy i czas na spanko. Jutro zapowiada się intensywny dzień.

***

Po skonsumowaniu zakupionej dzień wcześniej bułki z „wypalonym” napisem „ham and cheese”, ruszam do miasta. Patrzyłem wcześniej, jak to się układa z parkingami, płatnościami. Wybór pada na parking pod Sparem nieopodal centrum. Kilkanaście minut i koło jedenastej jestem na miejscu. Jedenastej, bo musiałem lekko odespać. Więc pobudka była przed dziewiątą.

W przeciwieństwie do Żyliny, nie mam żadnego planu zwiedzania. Jedyne cele, o których myślę to ten plac napisem Miszkolc oraz wzgórze z wieżą TV, z której jest widok na miasto. Ale to mgliste. Na początku nawet nie wiem, którędy dokładnie tam iść, dopiero po chwili patrzę na mapę.

Na razie jestem na takiej ruchliwej, głównej ulicy. Fajne jest rondko z wypukłościami na liniach rozdzielających pasy, dzięki temu żaden gagatek nie będzie jeździł, jak chce. Problem będzie wtedy, kiedy ktoś się pomyli, ale cóż – zdarza się.

Wchodzę w ulicę István Széchenyi, drogę bez samochodów, za to z tramwajami. I typowo węgierską ulicą – idę przed siebie. Miasto w czwarte o 11.00 jest jednocześnie żywe i spokojne. Jest trochę ludzi, ale nie widać absolutnie żadnej gonitwy czy napięcia. Wszystko się toczy swoim spokojnym rytmem. Powiedzielibyśmy, że to taka spokojniejsza (i schludniejsza) 3 maja. Jest trochę zieleni, trochę drzewek.

Upał jest niesamowity. W zasadzie kilka minut po wyjściu z samochodu, normalnie idąc, miałem już mokre czoło. Ale jest mimo to bardzo przyjemnie. Picie z lodówki jeszcze w plecaku jest chłodne.

Docieram do Placu Szent István, czyli Świętego Stefana. Postać ta to książę i pierwszy król węgierski, koronowany w 1000 lub 1001 roku. Zjednoczył on plemiona węgierskie i dokończył proces chrystianizacji na Węgrzech. Na jego cześć nadano też nazwę austro-węgierskiemu pancernikowi, działającemu podczas pierwszej wojny światowej i zatopionemu w 1918 roku. Co ciekawe istnieje film z zatonięcia statku, co jak na wydarzenie sprzed 108 lat jest ewenementem.

Plac jest lekką betonozą, z ładnym klombem po środku. Są też jakieś drzewka na bokach. No i napis białymi literami Miskolc. Idzie się uprażyć na tej patelni, ładnej patelni. W tle wzgórze Avas ze wspomnianą wcześniej wieżą. Robię nagrywkę do trzech razy sztuka, szybkie coś do picia i podejmuję decyzję, by już teraz ruszyć na wzgórze.

Przechodzę więc na ulicę Kálvin János. Tu już mam wrażenie lekko wyludnionego miasta. Jedynie jakiś biegacz robi sobie trening i w pewnym momencie na chodniku – dwa metry ode mnie – pada i zaczyna robić pompki. Mnie czekają teraz schodki, wejście na Avas. Według archaicznego języka „Avas” oznacza zakazany. Pochodzi ona od tego, że w dawnych czasach zakazano pasterzom wypasania owiec na wzgórzu, gdyż obawiano się o zawalenie starych piwnic z winem.

Po kilku minutach mijam protestancki kościół gotycki. Jest zamknięty, więc idę dalej i przechodzę przez cmentarz. Pochowani są tu znani ludzie z życia Miszkolca, jak Bertalan Szemere and László Palóczy. Uwagę zwracają bardzo stare nagrobki, takie wystające z ziemi tablice nagrobkowe. Niektórzy pochowani pod tymi tablicami zmarli jeszcze w XIX wieku. Robi to wrażenie.

Mija południe. Z wież kościoła biją dzwony, nieopodal wybrzmiewa jakby hejnał. Już nie po schodkach, a wąską uliczką minimalnie zwiększam wysokość. To wszystko jest bardzo blisko – nie jest to odległość od podnóża Dubni do wieży w Żylinie. Pod koniec znów jest kilkadziesiąt schodów i – jestem na górze.

Nie wiedziałem wcześniej, czy wejście na wieżę jest płatne i czy w ogóle można wchodzić. Wywnioskowałem to po zdjęciach, na których ludzie faktycznie szwendali się po balkonie. Patrzę przed siebie – są schody na wieżę. Nie ma nikogo, więc jak słowiański i staropolski zwyczaj nakazał – wchodzę.

Okazuje się, że ten „balkon” jest ogólnodostępny, po prostu wchodzi się po schodach i jest się na górze. Więcej niż jedno duże piętro nie trzeba, bo i tak jesteśmy na wzgórzu i nie ma czynników zasłaniających (drzewa). Oczom moim ukazuje się piękna panorama Miszkolca. Rzucają się czerwono-pomarańczowe dachówki większości domostw. Blokowisk jest tu stosunkowo niewiele, ale są. To nie jest wielkie miasto – choć czwarte co do wielkości na Węgrzech, to zamieszkuje je 160 tysięcy mieszkańców. Ze stosunkowo nisko położonej wieży wzrokiem obejmujemy jego zdecydowaną większość. Bez problemu można dostrzec kolejne niewielkie wzgórza i pola za miastem. Na balustradzie są tabliczki z nazwami miejscowości. Do Valenciennes, które dobrze zna Lukas Klemenz jest stąd 1303, a na przykład do Cleveland 7026 kilometrów. Są też miniaturki miszkolckich zabytków.

Widok w tej pogodzie jest bardzo ładny. Może nie tak spektakularny jak w Żylinie, ale tam to była całkiem konkretna duża góra. Tutaj ledwie pewne, acz wyraźne podwyższenie. Patrząc na zachód można dostrzec dach stadionu DVTK. Czyli podobnie jak na Słowacji – z wysokości widzę arenę wieczornych zmagań. Miła sprawa.

Co się okazuje. Piętro wyżej jest… kawiarnia. Taka przeszklona z widokiem na miasto. Dwa razy czy nawet raz nie trzeba było mnie namawiać. Śniadanie bowiem było symboliczne i już wcześniej myślałem o jedzeniu, no i nadeszła pora napić się czegoś zimnego. Wchodzę więc i zasiadam w miejscu, w którym mam przed oczami piękny pejzaż. Przeglądam menu – oprócz słodkich są sandwiche. Decyduję się na kanapkę z salami, jajkiem i serem. Do picia herbata (mimo upału) i lemoniada malinowa. Wnętrze kawiarni jest bardzo ładne i schludne. No i jest… klimatyzacja. Ludzi prawie zero, jakaś babcia z wnuczkami jedna. Bardzo przyjemnie. Czwartek godzina 12.30. Idealnie, by coś takiego zrobić. Mając w planach wieczorem mecz piłkarski.

Lemoniada jest przepyszna. Smaczna plus gazowana. Idealna na taki upał. Napawam się nią i czekam na kanapki. I kelner/barman – sympatyczny, trochę przypominający Adama Zreľáka – przynosi dosłownie kanapki. Cztery średniej wielkości właśnie z salami, plastrem jajka i kosteczkami sera a la ementaler. Pychota. To jest to, czego potrzebuję na mały głód. Aż nie chce się iść dalej, tak jest przyjemnie. W sumie spędzam na Avas godzinę.

Schodzę dalej tymi wyludnionymi drogami i znów pomiędzy ciekawymi domostwami na wzgórzu. Chcę znów zajrzeć do centrum, podobno jest tam synagoga, więc w temacie dzisiejszego spotkania. Nadal jest wyludnienie i pusto.

Gdzieś tam przejeżdża węgierska „eLka”, czyli „teTka”. Uczący się jeździć są właśnie oznaczeni literką T. Dlatego też, tak jak u nas „L” jest wplatane w nazwy szkół jazdy, jak w dobrze znanym kibicom GieKSy „Zielonym Listku”, tak tutaj widziałem szkołę, która nazywała się „Green lighT”. Jest to pomysł. „T” pochodzi od węgierskiego „tanuló”, czyli uczeń. W Polsce „L” znaczy po angielsku „learner”, czyli również uczeń właśnie.

Są tu i budki telefoniczne, ale niektóre opatrzone logiem T-Mobile. Z ławeczką w środku. Obrazki, raczej u nas niespotykane. Całkiem przypadkiem trafiam w kolejne charakterystyczne miejsce. Sympatyczny skwerek z kolejnymi siedziskami, choć głównie na betonie, więc mało kto tu siedzi w tym skwarze. Są knajpki, fontanny i rzeczka Szinva. Zwłaszcza jedna knajpka, przy wąskim przejściu ze stolikami tuż nad tą rzeczką, ma swój klimacik. Lokalista – gdyby dopiero co się nie posilił i napoił, zasiadłbym zapewne tutaj.

Jest i popularny motyw w niektórych miastach, jak na przykład w Pszczynie, czyli kolorowe parasolki nad uliczką. Tutaj kolory są jasne i stonowane – czyli jasnożółty, fioletowy czy czerwony. Być może nieco wyliniały po prostu.

Po chwili jestem na placu przed kościołem Franciszkanów. Kolejny betonowy plac z dwiema fontannami, jedną ładną, błękitną i takimi uroczymi kanalikami, którędy przepływa woda. Naprzeciw jest wspomniana synagoga. Chcę zajrzeć, ale jest zamknięta, więc odpuszczam. Wchodzę natomiast do kościoła. Mogę tylko zajrzeć przez zamknięte drzwi już w środku – do środka.

Wychodząc orientuję się, że kończy mi się trzygodzinny czas parkingu. Chcę więc przedłużyć o godzinę – będę miał wtedy jeszcze godzinę i dziesięć minut. Przedłużam no i lipa. Tamto dziesięć minut mi się skasowało i godzinę naliczyło już bez nich. Bezsens. No i to powoduje, że muszę odrobinę się pospieszyć, bo w planie mam jeszcze jeden punkt.

Idąc na północ widzę już jakieś zastępy policji w radiowozach zmierzające gdzieś tam. Czy to już pod mecz? Nie wykluczam. Jest godzina czternasta. Potem, gdy będę szedł do samochodu, będzie przejeżdżał cały autokar z policją.

Podążam więc główną ulicą mijając slalomem coraz to kolejne wylewki asfaltu. Nie wiem, kiedy je położono, wiem jedynie, że wdepnięcie w tej temperaturze mogłoby mieć opłakane skutki. Mijam jakiś starodawny, socjalistyczny moloch – niby znany u nas widok, a jednak jakiś inny. Te na Słowacji czy właśnie tutaj sprawiają wrażenie opuszczonych i totalnie zaniedbanych. Pewnie tak nie jest, ale wrażenie takie sprawia. Podobnie jak te wszechobecne węgierskie nazwy.

W ogóle węgierski język to moja trauma z dzieciństwa, gdy byłem z rodzicami na wakacjach i zgubiłem się w jakimś centrum handlowym. Jakieś babki-ekspedientki podeszły do mnie i po madziarsku zaczęły gadać. Nie wiem, czy byłem bardziej przerażony zgubieniem się czy tym dziwnym językiem, którego używają.

A zgubiłem się, bo wydawało mi się, że za którymś regałem usłyszałem motor. Więc poszedłem go szukać… Wszyscy na Motor w niedzielę!

I w końcu dochodzę. Do niepozornej ulicy, z jakimiś blokami już poza ścisłym centrum. Kompletnie niby nic. Ale nie jest to byle jaka ulica, bo nazywa się… Katowice! I tak, nie jest to przypadek – ulica ta nazwana jest na cześć naszego miasta, co zresztą uwidacznia tablica kilka metrów od klatki schodowej, przy której robię zdjęcie. Tablica z 1969 roku podpisana jest Rada Miasta Miszkolc i podkreśla przyjaźń. My mamy w Katowicach Skwer Przyjaciół z Miszkolca – ten mini park przy przystankach na Sokolskiej. Od lat wiedziałem, że to miejsce się tak nazywa, ale nigdy nie sądziłem, że do Miszkolca mnie wywieje za GieKSą.

No nic, pora iść do auta, do którego mam dwa kilometry. Idę już drugą stroną ulicy by omijać miękki asfalt. Już czuć po dniu, że zrobiło się popołudnie. Inne słońce, inne światło. Swoje się nachodziłem. Czas więc zakończyć to zwiedzanie.

W ogóle śmieszny ten węgierski język, że „sz” czyta się jak „s”. Dlatego po ulicy jeździ nie bus, tylko busz. Mijam wspomniany autokar z policją. W ogóle jak policja może się nazywać „Rendőrség”. No ludzie!

Jestem z powrotem przy Sparze. Wchodzę na szybkie zakupy, chodzi o napoje. Niestety zimnych nie uświadczysz. Z powodu suszy i niskiego poziomu Dunaju rząd zapowiadał obcięcie energii, za dostarczanie której w dużej mierze odpowiedizalna jest elektrownia w Paks. Tutaj na lodówkach pojawił się komunikat:

„Szanowni Klienci!

W związku z zaistniałą ogólnokrajową sytuacją energetyczną podjęliśmy decyzję o tymczasowym wyłączeniu tej lodówki. Bardzo przepraszamy za spowodowane niedogodności!”.

Jakoś nie do końca wierzę. W Polsce w lato na wsiach i mniejszych miastach to jest stała praktyka. Wyłączanie lodówek w lato. Typowo z oszczędności prądu, a nie jakichś kataklizmów. Zawsze chodzą tylko lodówki z piwem i poupychana jest tam wódą. Wiadomo, dlaczego, ale nie będę się powtarzał, bo już się kiedyś o tym rozpisywałem.

Wsiadam do auta i zmierzam na kwaterę. W międzyczasie kontaktują się ze mną chłopacy (cytat z Joe Pesci’ego), którzy dojeżdżają i mają godzinę z kawałkiem. Umawiamy się w knajpce Lignum, w której to właśnie cała medialna GieKSa, oficjalna i nieoficjalna stołowała się podczas tego pobytu.

Z Kazikiem i Miśkiem zamawiamy leczo. Tak, tym razem na typowo węgierskie żarcie się zdecydowałem. Przyznam, że to leczo to jest mistrzostwo świata. Dużo papryki i cebuli, ale kompletnie nie w postaci jakiejś mazi, tylko gęsto upchane warzywa. Do tego doskonała, przyprawiona kiełbaska. U nas to wrzucą gdzieś zwykłą śląską i robią z tego drogie danie. Tutaj naprawdę kiełbasa była pierwszej jakości. Nie zrozumcie mnie źle. Lubię Śląską – zwłaszcza całą w cieniu, polską Śląską. A przed meczami na nowej Bukowej jestem pierwszy do przedmeczowego giga-wuszta. No ale to jest knajpa, więc sami wicie, rozumicie.

Posilamy się, po czym chłopaki jadą jeszcze na chwilę na miasto, a ja zbieram się na kwaterę, by przebrać się i przygotować do meczu. Jest godzina siedemnasta, więc do tego emocjonującego starcia pozostają zaledwie trzy godziny.

***

Pod stadionem na dwie godziny przed meczem kręci się już trochę kibiców Hapoelu. Ubrani w swoje czerwone barwy oczekują przed obiektem na spotkanie. Nie odnotowuję jakiegoś zwiększonego policyjnego napięcia przed obiektem, kibice chodzą sobie jak chcą. Ja podjeżdżam na parking i bez problemu parkuję tuż przed prowizoryczną bramą stadionową. Spotykam ludzi z Klubu Biznesu, którzy też mają swoją ciekawą wycieczkę na to spotkanie.

Chwilę po moim przyjściu na stadion przyjeżdża autokar GieKSy z piłkarzami. Korzystam z okazji i robię kilka fotek. Nasi wyglądają, jakby mieli humory dobre. Ale co mają nie mieć – w końcu po to się gra w piłkę, by grać jak najwyżej. A dla nas, dla GKS Katowice puchary europejskie to spełnienie snów. Wychodzą więc w tej nadal gorącej temperaturze zawodnicy i kierują się do budynku. Zaraz przechodzą też sędziowie. Z tym Dechepy’m, co to wyrzucił Baloguna w lidze francuskiej i tam żadna protekcja Amerykanina nie uratowała.

Po chwili i ja wchodzę. I tu o ile przed stadionem było bardzo spokojnie, to w środku kontrola, jak na lotnisku. Choć daleki jestem nadal od stwierdzenia, że jest jakakolwiek napięta atmosfera. Po prostu technicznie trzeba przejść przez bramkę, przepuścić plecak przez „rentgen” no i tak samo w koszyczku przetransportować rzeczy z kieszeni. Potem już nawet nie przeszukiwał mnie ochroniarz, więc tak naprawdę – spokojnie się dało coś przemycić. Troszkę przerost formy nad treścią. I tak jak mówię – duży spokój w tym wszystkim. Po chwili odbieram akredytację. Również wszystko przechodzi szybko i sprawnie. Nie mogę mieć zastrzeżeń.

Jestem znów na sali konferencyjnej. Kręcą się ludzie z Hapoelu, sam nie wiem, czy oni są z klubu, czy to są dziennikarze. I po meczu będą mi się wszyscy zlewać w jedną całość. No nic, czas na pójście na trybuny. Na początku schodami, ale potem udaje mi się wykminić windę i z niej korzystam – niby tylko trzy piętra, ale znów to są takie piętra, jak na Wiśle, że niby trzy, a tak jakby sześć. Ważne było, żeby na górze była jakaś woda. Bo na Sali konferencyjnej woda była w butelkach jak z wódki. No i w sumie się kończyła. Może to była wódka.

W zachodzących promieniach słońca oczekuję na mecz. Schodzą się dziennikarze z Polski, jest Kacper Janoszka, Tadek i Rafał Musioł, potem spotykam też starego druha z GieKSy Rafała Kędziora z ekipą z TVP Sport. Oczekujemy wszyscy w napięciu na spotkanie.

Mnie zaczepia węgierski dziennikarz, który już zdążył pooglądać moje nagrywki z Miszkolca i mówi, że nikt tak nie rozpromował tego miasta. I sam mi puszcza moje własne nagrywki na swoim telefonie. Opowiada też o swoim klubie, drużyna z Miszkolca potrafiła kiedyś grać w europejskich pucharach. No i jak patrzę na „lajki” pod moimi nagrywkami, to jest masa ludzi z Węgier. Algorytm działa więc też geograficznie. Ogólnie bardzo to miłe. Kibice polscy i węgierscy potem na meczu wzajemnie się pozdrawiają.

Tak jak pisałem wcześniej – stanowiska są doskonałe. Jest WiFi, prąd, dobre, sztywne blaty, super widoczność. Nie pozostaje nic, jak tylko relacjonować mecz. Podczas rozgrzewki Hapoelu kibice z Izraela robią małe piekło. Są niesamowicie głośni i ciągle śpiewają. My czekamy na kibiców GieKSy, którzy pojawiają się na krótko przed spotkaniem.

Ostatecznie podczas meczu kibice Hapoelu nie nawiązują aż tak do tego, co na rozgrzewce. Myślałem, że będą jednak głośniejsi. Dopingują oczywiście dobrze przez cały mecz, ale nie ma tego tąpnięcia, co na początku. Kibice GieKSy natomiast – jak zwykle trzymają poziom i prowadzą doping przez całe spotkanie. Fajna jest ta poprawka „Naprzód GieKSiarze!”, bo za pierwszym razem nie wybrzmiała tak dobrze, jak za drugim.

Niestety tracimy gola już w piątej minucie. Izraelski spiker w swoim języku hebrajskim wykrzykuje radośnie ten fakt i z kibicami nazwisko strzelca Stava Turiela. Jest ta egzotyka, niezależnie czy GieKSa by traciła czy zdobywała bramki (tu tylko traciła) w tych obcych dla nas okrzykach spikera. To znak, że gramy w pucharach.

W osiemnastej minucie jest już 2:0 dla Hapoelu. Gra nam się kompletnie nie układa, popełniamy rażące błędy i nie potrafimy nic zrobić z przodu. Formalni gospodarze chcą nas zaskoczyć jeszcze bardziej i nawet mają rzut karny, który sędzia odwołuje z powodu spalonego.

W przerwie możemy tylko zastanawiać się, co zrobić, by zagrać w drugiej połowie lepiej. Na początku drugiej części gry na boisko wpada intruz i co bardzo dziwne – ochrona absolutnie nie kwapi się, by go gonić i łapać. Paraduje sobie po tym boisku i robi jakieś gesty w stronę kibiców GKS. Potem niemal spokojnie wraca na sektor, ale jednak nie udaje mu się tam wejść Ochrona chce go złapać w kilku chłopa, ten się szarpie i wyrywa, ochroniarze się przewracają. Totalny kabaret. Jeszcze z trybun wlatuje drugi jegomość – Węgier, żeby nastukać temu pierwszemu. Szamotanina prima sort. W końcu ich gdzieś tam wyprowadzają, przynajmniej tego jednego.

Ostatecznie gola już nie tracimy, ale też nie zdobywamy i przegrywamy mecz 0:2. To daje nadzieję na odrobienie strat w rewanżu. Jestem niepocieszony po fatalnym występie GieKSy, ale nadal to dopiero pierwszy mecz. Robię nagrywkę pomeczową i idę na konferencję.

Konferencja prasowa jest dziwna, jedna z najdziwniejszych, na jakich byłem. Nie ma osoby koordynującej, wszystko dzieje się totalnie samopas. Rolę tutaj powinien pełnić rzecznik prasowy gospodarzy, ale takiego chyba w ogóle tam nie było. Przychodzi więc trener Górak z Michałem Kajzerkiem i to Michał prowadzi naszą część. Trener się wypowiada, potem zadaję pytania ja i Łukasz Olkowicz. Gdy wydaje się, że ta część konferencji się skończy, pałeczkę przejmuje dziennikarka z Izraela. Najpierw zadaje pytania o piłkarzy Hapoelu, a potem o… bezpieczeństwo w Polsce.

– Dużo fanów Hapoelu i w ogóle kibiców z Izraela obawia się przyjazdu do Polski. Czy jest bezpiecznie?

– W Polsce jest bezpiecznie, bądźmy spokojni.

– Nie wie pan o czym ja mówię? (Don’t you know what I’m talking about?”

– Nie mam pojęcia.

Dziennikarka nie jest pocieszona tymi odpowiedziami i po wyjściu trenera już dosłownie pretensjonalnym tonem zadaje pytanie rzecznikowi, czy naprawdę nie wiedzą, o co jej chodzi?

To było pytanie z podszytą tezą. Czy pani dziennikarka obrała narrację o Polsce jako niebezpiecznym, rasistowskim i faszystowskim kraju? Nie wiem, ale się domyślam. Można pomyśleć sobie, że to tylko mrzonki, ale najwidoczniej taka narracja w Izraelu o Polakach po prostu ciągle funkcjonuje. Narracja, którą i Maccabi rok temu – również na Węgrzech – zaprezentowało. Przykre to. Sam mówię tej dziennikarce, że to są pomówienia i niech po prostu przyjedzie w środę do Polski i sama się przekona. Powiedziałem jej również, że jeżeli nie będzie żądnych prowokacji, to będzie spokojnie.

Pozostaje cieszyć się, że w tym pierwszym meczu nie było żadnych newralgicznych sytuacji poza kilkoma typowo piłkarskimi pozdrowieniami na trybunach. Nie liczę tego intruza na boisku, bo to nie jest coś, co można uznać za jakiś skandal obyczajowo-międzynarodowy.

Kuriozalne jest to, że na drugą część konferencji przychodzi tylko trener i zawodnik Fernando Mayembo. Nie ma wspomnianego rzecznika. Pytania i to w sporej liczbie zadaje wspomniana dziennikarka, robiąc taki mini-wywiad. Dlatego kompletnie nie rozumiemy, co tam po hebrajsku odpowiada trener. Nie ma tłumaczenia, więc wszystko jest przeznaczone tylko dla uszu Izraelczyków. Z piłkarzem pani rozmawia już po angielsku, więc tu już wszystko rozumiemy.

Ogólnie media izraelskie mają swój temperament i na sali konferencyjnej są bardzo głośni. Ciężko zebrać myśli przy swojej pracy. No ale tak jak mówię, to kwestia południowo-wschodniego temperamentu, więc trudno jakieś wielkie pretensje mieć. Jeszcze na koniec jeden z chyba fotoreporterów łamaną angielszczyzną mówił, że był w Polsce kilka razy – w Katowicach, Krakowie czy Warszawie. Mówił, że bardzo mu się podobało. Był na meczu Polska – Izrael 4:0 za Jurka Brzęczka. Pytał, czy my byliśmy w Tel Awiwie. To akurat było sympatyczne.

Chłopaki z GieKSa.pl już pojechali, ja jeszcze chwilę zostaje i kończę konferencję. Wkrótce zbieram się i idę do samochodu. Już dzień wcześniej i teraz za dnia pokonywałem trasę na miejscówkę, ale jest ona bardzo specyficzna. Trzeba przejechać znów przez to wzgórze, są jakieś zawijasy i wątpliwej jakości droga. Ale po niecałych dwudziestu minutach jestem na kwaterze.

Szkoda tego meczu. Nie tyle, że przegrany, ale że w takim stylu i bez tej jednej strzelonej bramki. Dwa gole do odrobienia to sporo, ale nie jest to niemożliwe. W pokoju odpalam sobie skrót i włosy mi stają dęba. Potem jeszcze z rozpędu piszę felieton pomeczowy.

Na tym kończy się przygoda na Węgrzech. Cokolwiek się nie działo w tym meczu i nie wydarzy w rewanżu, jestem wdzięczny drużynie za to, że takie przygody mogę przeżywać. To wspaniałe.

***

W piątek już się nieco schładza, droga powrotna trwa też niecałe sześć godzin plus pierogi w Nowym Targu. W karczmie… Zadyma. Wieczorem jestem w domu i… zaczyna się ligowa kolejka, w której akurat GKS Katowice będzie pauzować.

To był pierwszy akord tego dwumeczu. W środę gramy rewanż. Nie szczędźcie gardeł, by wspierać naszych zawodników, bo wiele razy udowodnili, że zasługują na wsparcie w trudnych chwilach. I wielokrotnie to wsparcie czyniło cuda. O awans będzie bardzo ciężko, ale jeśli to by się udało, to możemy zrobić taką remontadę, która będzie po stokroć bardziej efektowna od tej z Żyliną i będziemy pamiętać ją na całe życie. A GKS naprawdę zapisze swoją złotą historię w rozdziale „europejskie puchary”.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Wyzerowane atuty – diagnozy brak

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Szczerze mówiąc nie chce mi się pisać tego felietonu, bo myślę sobie, że znowu będę pisał to samo. Rozbieżność między wynikami meczów u siebie i na wyjeździe sięgnęła absurdu. GKS rozegrał w tym sezonie siedem meczów – u siebie wszystkie trzy wygrał, na wyjeździe wszystkie cztery przegrał. Suma tego jest taka, że z europejskich pucharów już odpadliśmy, a w lidze mamy trzy punkty po trzech kolejkach. Czyli słabo – bo to średnia mogąca nawet nie dać utrzymania.

Piszę to wielokrotnie i napiszę jeszcze raz, bo już wiele razy w przeszłości czy to piłkarze czy trenerzy obrażali się na mnie, bo coś tam skrytykowałem. Nie mówię o sytuacjach, kiedy pojechałem z koksem i tak czy inaczej kogoś nazwałem, bo za to obrazę rozumiem. Cóż, młodość (która trwa, ale już inna). Ale my nie możemy doprowadzić do zagłaskania naszej drużyny – za ekstraklasę, za kapitalną w niej postawę czy za puchary. Wszyscy wiemy gdzie byliśmy i co trener wraz z kolejnymi grupami piłkarzy w ostatnich latach nam dał i daje. Więc tu nie ma mowy o podważaniu projektu jako całości. Ale trzeba mieć w tym wszystkim krytycyzm, bo jeśli w którymkolwiek momencie ktoś uznał, że zdobyliśmy już tyle, że teraz po prostu możemy do końca kariery jechać na sukcesie – to jest to – delikatnie mówiąc duży błąd. Więc tak, doceniamy ekstraklasę, super jest jeździć na te wszystkie stadiony w najwyższej polskiej lidze. I niech ten projekt w tym kształcie, z obecnym trenerem trwa jak najdłużej.

No ale są defekty. I ta postawa na wyjazdach naprawdę każe się zastanowić nad kilkoma rzeczami. Bo to jest coś, co jakiś czas się w GieKSie powtarza, mamy powtórkę z czterech przegranych wyjazdów na początek sezonu z zeszłego roku. A w pierwszym po awansie do ekstraklasy sezonie, na wiosnę także przydarzyły się cztery wtopy z rzędu na delegacjach.

Ale to nie chodzi tylko o wyniki. Chodzi o grę, która co prawda nie zawsze ten wynik gwarantuje, a w perspektywie pewnego okresu czasu (raczej krótszego niż dłuższego) dobra gra statystycznie przynosi względnie dobre wyniki. U nas nie jest największym problemem to, że przegraliśmy cztery mecze z rzędu. Problemem jest to, że te mecze przegraliśmy zasłużenie, bo graliśmy bardzo słabo.

Wczoraj chciałem wierzyć, że jak długo ten mecz trwał, w końcu coś wciśniemy. Mecz z Motorem w naszym wykonaniu nie był aż takim paździerzem, jakie trochę razy ostatnio na wyjazdach oglądaliśmy. Przypomniał się mecz z Cracovią, kiedy wydawało się, że przy 0:0 na koniec spotkania pozostanie spory niedosyt. A rywal w końcówce nam wmontował bramkę i już nawet z remisu nie można było się „cieszyć”. Ostatecznie, choć wczoraj GieKSa nie była beznadziejna, to była jednak słaba. Tym bardziej martwi to, że naprzeciw mieliśmy drużynę mocno przeciętną, do tego skleconą naprędce po kadrowych zawirowaniach, z nowym trenerem. A my – stabilni i budowani od kilku lat – nie potrafiliśmy zrobić na tym boisku nic. Przecież, gdyby nie Ndiaye czy może jeszcze Simon, to by Pan Czubak piłkę oglądał z daleka i nie miał okazji zaprezentować swojego świetnego wykończenia. Motor był do bólu średni, ale swoim jednym czy drugim błyskiej robił różnicę.

U nas tym razem w obronie nie było „wesołego miasteczka”, choć oczywiście nie ustrzegliśmy się błędów, po których padły bramki – najpierw nieuznana, a potem już prawidłowa. Jednak w tym meczu to nie obrona była naszym głównym problemem. Tym razem było to słabe/bardzo słabe/beznadziejne rozgrywanie ataku pozycyjnego. O kontrach nawet nie mówię, bo mam wrażenie, że jak my wyprowadzamy kontrę, to zaraz jeden czy drugi nasz zawodnik się zatrzymuje, robi kółeczko, wycofuje nie wiadomo gdzie i po kontrze nici.

Od patrzenia na nasze rozegranie piłki na połowie przeciwnika oczy bolały. Sposobności mieliśmy całe mnóstwo, bo Motor bronił się nieraz dość nisko – nie desperacko w swoim polu karnym – ale mocno na swojej połowie. My graliśmy po obwodzie – to na lewo, to na prawo. I często kończyło się do słabą wrzutką, z którą rywale nie mieli problemu. Przede wszystkim więcej w tym temacie oczekiwałem od Bartosza Wolskiego, bo naprawdę zawodnik ma większe umiejętności niż to, żeby zagrać leciutką piłkę à la serwis Pawła Zagumnego w pole karne i liczyć na czysty przypadek, że akurat trafi w nią ktoś z naszych, a nie przeciwników. Dlaczego nie ma mocnych, takich soczystych wrzutek? Dlaczego nie ma jakiejś próby większej precyzji? Nie mówiąc o tym, że nasi wahadłowi też chyba mocno zapomnieli, co to znaczy żwawość na boku. Nie ma dynamicznych pojedynków 1 na 1 na skrzydle na wysokości pola karnego, wejść w to pole karne. Jest to wszystko takie miałkie i nijakie i taka była ofensywa GKS w tym meczu. Naprawę zestawiając to z pojedynkiem z Motorem z rundy wiosennej i bramek, jakie GieKSa strzelała w tamtym meczu można… dostrzec różnicę.

Ostatecznie najlepszymi okazjami GKS był strzał Ilji w słupek i sytuacja, w której Ilja gola strzelił, ale Bartosz Nowak był w tej sytuacji na spalonym. Tak, był jeszcze strzał napastnika po dośrodkowaniu oraz uderzenie Mateusza Wdowiaka w boczną siatkę. I to tyle. Motor miał swoich groźnych sytuacji więcej.

Widać też, że trener szuka optymalnego składu, ale na razie większość zawodników swoją grą nie przekonuje, by zagościć w jedenastce na stałe. W pomocy kombinujemy. Bartek Nowak ma abonament na granie, ale wychodzi na to, że Bartek Wolski również. Chcieliśmy tego duetu, czekaliśmy na to, jaki zrobią oni techniczny zamęt w tej lidze. Na razie jednak to tylko mrzonki. Nie mamy twardości w środku pola. Jeszcze do tego dokładamy Marcela, który jest ambitny, szybki, ale też nie jest to skała. Do tego wygląda na to, że wczoraj przegrał z upałem, z ręką na sercu, jak widziałem, że podciąga sobie tę koszulkę i w ogóle miałem z daleka wrażenie, że jest cały czerwony, to pomyślałem, że Rafał Górak zrobi wyjątek i ściągnie piłkarza w przerwie. Tak też się stało.

Pamiętam jak w poprzednim sezonie po Górniku Zabrze trener zapowiedział, że coś musimy zmienić w samym podejściu do spotkania i strukturze gry na wyjeździe. Choć potem przegraliśmy jeszcze z Lechią, to za chwilę gra GKS na obcych stadionach zaskoczyła. GieKSa wygrała z Lublinie, Niecieczy, w Pucharze Polski z ŁKS. Na początek roku było zwycięstwo w Lubinie. Były te mecze z Rakowem i Lechem. Czyli da się. Problem jest taki, że jak drużyna wpadnie w wyjazdową otchłań bezradności i niemocy, to trudno z niej się wykaraskać.

Najgorsze jest to, że nie widać, aby był jeden mądry, który zdiagnozował, gdzie leży problem. A to musi być głębszy problem mentalny, bo przecież u siebie ci zawodnicy – zarówno indywidualnie, jak i jako cała drużyna – potrafią przecież grać w piłkę. Co się z nimi dzieje na wyjeździe i dlaczego? Może to jest coś na etapie samego wyjazdu na mecz, podróży, hotelu, dnia meczowe na wyjeździe? Może to tam trzeba poszukać, co się takiego dzieje z piłkarzami, że opada z nich cała ta agresja, moc i siła? Może gdzieś jest zbyt duże rozluźnienie, a może to rozluźnienie jest zbyt małe? Trzeba szukać, w każdym szczególe, w każdym posiłku, w każdej minucie spędzonej w autobusie.

Przyznam, że po tym kolejnym przegranym meczu nie mam smutku, żalu czy załamki. Jest po prostu po raz kolejny irytacja i taka frustracja, bo widzę tę bezradność piłkarzy i mi się udziela. Nie ma w życiu chyba gorszego poczucia niż to, że nie ma się wpływu. A gra GKS a wyjeździe wygląda tak, jakby zawodnicy nie mieli dostępu do swoich atutów, które dają różnicę, tylko próbowali sztampowych, oklepanych i zupełnie nieefektywnych na tym poziomie rozwiązań.

I trzeba coś z tym zrobić szybko, bo wkrótce czekają nas trzy trudne wyjazdy – Zabrze, Gliwice i Lubin. Tu już po prostu obowiązkowo będzie trzeba punktować.

A na razie Wisła Płock. Dobrze, że przynajmniej u siebie te atuty nie są zablokowane. Liczymy, że i tym razem tak będzie, GieKSa swoje gole będzie strzelała i trzy punkty zdobędzie.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Górak: Brakuje nam wytrawności

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po meczu Motor Lublin – GKS Katowice wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Mariusz Misiura i Rafał Górak. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.

Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Jesteśmy rozczarowani tym, że przegraliśmy spotkanie, włącznie z powiedzeniem, że jeżeli nie możesz wygrać, to powinieneś umieć go zremisować.

Takie mam odczucia w stosunku do tego meczu. Niestety – nie jesteśmy jak na razie w stanie zagrać meczu na zero z tyłu, który dałby nam przestrzeń, żeby wywieźć z takiego spotkania remis, bo może on też nie byłby to szczyt naszych marzeń przed spotkaniem – bo przyjechaliśmy z zamiarem wygrania meczu – ale na pewno remis bardziej odwzorowywałby to, co się działo. Ale to jest nieistotne, bo ten który bramkę strzela ma tę radość, a ten, który tego nie robi – tej radości nie ma. W wielu momentach za dużo mamy rozpiętości poziomowych w spotkaniach. To mnie też trochę na razie smuci, bo powinniśmy się stać bardziej wytrawną drużyną, a tego nam brakuje. Mamy bardzo dobre momenty, kiedy gramy zgodnie z tym, co chcemy robić, a mamy też takie kiedy ta gra na różnych pozycjach w różny sposób ofensywie czy defensywie nam się łamie i powoduje bałagan, który kończy się niekiedy tak, jak się skończył przy straconej bramce. Byliśmy w posiadaniu piłki pod polem karnym przeciwnika i tej wytrawności jeszcze brakuje – tego będziemy szukać. Dziś jest masę rozczarowania i sportowej złości, ale nic tu po narzekaniu, trzeba brać się do roboty i mocno wyciągać wnioski choćby z tego, że przy czterech meczach wyjazdowych w tym sezonie cztery razy schodzimy pokonani i to nas bardzo denerwuje i jesteśmy niezadowoleni. Ale po to niekiedy takie próby są, żeby wychodzić, silniejszym. Teraz będziemy się przygotowywać do następnego spotkania, potem mamy trzy mecze z rzędu na wyjeździe. Czeka nas nie lada sprawdzian i jestem przekonany, że wyjdziemy z tego obronną ręką. Dzisiaj jest dużo złości, rozczarowania i momentów, z których z gry jesteśmy niezadowoleni.

Mariusz Misiura (trener Motoru Lublin):
Bardzo się cieszę, że wygraliśmy mecz i zdobyliśmy trzy punkty. Bo mam poczucie, że to był czwarty naprawdę dobry mecz w naszym wykonaniu i jak ten czas leci – mijają tygodnie – przygotowujesz się do czwartego spotkania, a na koncie masz jeden punkt, to zapominamy, co się wydarzyło w pierwszej czy drugiej czy trzeciej kolejce.  Wydaje mi się, że drużyna zasłużyła, żeby mieć ich więcej. Wierzę, że konsekwentną pracą i procesem będziemy budować silną drużynę.

Co do meczu to wydaje mi się, że wykreowaliśmy więcej sytuacji, na pewno w pierwszej połowie, konsekwencją tego jest bramka. Powiedzieliśmy sobie w szatni, że musimy zostawić serce i charakter. 104 minuty w takim upale to szacunek dla piłkarzy. Sami państwo siedząc na trybunach czuliście gorąco i zmęczenie.

To jest coś normalnego, że w takim upale przydarzały nam się błędy, cieszę się, że nie było z tego konsekwencji w postaci gola, ale podobało nam się nasze dążenie do strzelenia bramki. Dobre zmiany, każdy z zawodników dał impuls. Bardzo się cieszę z tych trzech punktów i idziemy dalej.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga