Dołącz do nas

Piłka nożna

Podsumowanie formacji cz.2 – obrońcy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

W tym artykule zajmiemy się linią obronną GKS Katowice w rundzie jesiennej sezonu 2012/2013. W tej formacji trener Rafał Górak raczej nie żonglował znacząco piłkarzami, ale kilka kluczowych zmian w trakcie rundy dokonywał – albo bardziej precyzyjnie – szukał optymalnego rozwiązania. Jak w każdym zespole zdarzały się kontuzje i kartki, dlatego też czasem na jeden mecz na daną pozycję wskakiwał ktoś inny. Prześledźmy jak wyglądała formacja defensywna na prawej i lewej obronie oraz na jej środku (autorem statystyk jest Koles1989).

Wyjściowe ustawienia linii obrony wyglądały w poszczególnych meczach następująco:

ŁKS:
Farkas, Kamiński, Napierała, Sobotka
Warta: Farkas, Beliancin, Napierała, Kaciczak
Cracovia: Farkas, Beliancin, Napierała, Sobotka
Łęczna: Farkas, Kamiński, Napierała, Sobotka
Kolejarz: Farkas, Kamiński, Napierała, Sobotka
Zawisza: Farkas, Kamiński, Napierała, Sobotka
Nieciecza: Farkas, Kamiński, Napierała, Sobotka
Flota: Czerwiński, Kamiński, Napierała, Kaciczak
Polonia: Czerwiński, Kamiński, Napierała, Chwalibogowski
Sandecja: Czerwiński, Kamiński, Napierała, Chwalibogowski
Tychy: Czerwiński, Kamiński, Napierała, Chwalibogowski
Miedź: Czerwiński, Kaciczak, Napierała, Sobotka
Okocimski: Czerwiński, Kamiński, Napierała, Sobotka
Arka: Farkas, Kamiński, Cholerzyński, Chwalibogowski
Olimpia: Farkas, Kamiński, Napierała, Chwalibogowski
Stomil: Farkas, Kamiński, Napierała, Chwalibogowski
Dolcan: Farkas, Kamiński, Napierała, Chwalibogowski

Prawa obrona:
Po odejściu Tomasza Rzepki (a także jeszcze w trakcie jego pobytu w GKSw poprzednim sezonie) Rafał Górak próbował na tej pozycji kilku zawodników m.in. Kamila Cholerzyńskiego. Kłopoty kadrowe (zakaz transferowy) powodowały jednak, że obsada prawej flanki nastręczała sporo trudności szkoleniowcowi. Kamila widział bowiem bardziej w pomocy, a zawodnik grający w sparingach – Alan Czerwiński – nie mógł jeszcze występować w pierwszoligowym GKS. Przed sezonem był w Katowicach także na treningach Grzegorz Fonfara, który przez wiele sezonów właśnie grał w tej strefie boiska, ale jego też nie można było zakontraktować, a jak pokazała cała runda jesienna – piłkarz w ogóle nie był brany po uwagę w linii defensywnej. Z braku laku szkoleniowiec musiał na prawej obronie więc wystawić Michala Farkasa. Słowak w całym poprzednim sezonie (kiedy grał) nie zaprezentował się dobrze katowickiej publiczności i można było mieć uzasadnione obawy, że tą stroną przeciwnicy ligowi będą przeprowadzać skuteczne ataki. Wiele nie było w tym pomyłki. Już pierwsza kolejka zakończyła się dla naszego stranieri pechowo. Zdobył pierwszą bramkę w tym sezonie przy Bukowej – problem był jednak taki, że była to bramka samobójcza – dla ŁKS Łódź. W ogóle pierwsze mecze były raczej koszmarem tego zawodnika. Popełniał masę błędów w kryciu, przegrywał pojedynki jeden na jeden, dawał się wyprzedzać rywalom i mając tendencje do ruszania do przodu – nie wracał się na czas do akcji defensywnej. Tak wyglądały praktycznie w całości pierwsze cztery kolejki, a jedynym jasnym momentem była asysta przy golu Przemysława Pitrego w meczu z ŁKS. Coś drgnęło na plus w meczu z Kolejarzem w piątej kolejce. Zawodnik przestał popełniać rażące błędy – co prawda nie było fajerwerków, ale już nie musieliśmy tak drżeć, co się za chwilę wydarzy na naszej prawej stronie. Zawodnik próbował też gry ofensywnej z prawym pomocnikiem. Jednak gdy uchwycił dobrą formę, przyplątała się kontuzja i przez kilka kolejek Słowak pauzował.

Na jego miejsce wskoczył Alan Czerwiński, który wcześniej wchodził w dwóch meczach z ławki rezerwowych, ale na pomoc. Pierwszy raz młodzieżowiec pojawił się w wyjściowej jedenastce w Świnoujściu. To był kiepski „debiut” – młodzian nie pomógł zespołowi i miał współudział przy utracie dwóch bramek. Także i kolejne spotkanie – derbowe z Polonią Bytom było bardzo słabe. Natomiast w Nowym Sączu dostosował się do reszty kolegów i rozegrał bardzo dobry mecz. To był jednak jedyny występ na plus w obronie młodego zawodnika. Ponadto notował albo średnie występy, albo słabe – jak choćby z Okocimskim, kiedy przy jednej z bramek krył rywala i nagle w niezrozumiałych okolicznościach od niego odbiegł, a ten strzelił bramkę. Po tym meczu trener zdecydował się na przesunięcie Alana do pomocy i tam spisywał się już dużo lepiej, bo jest to zawodnik z inklinacjami ofensywnymi. O jego poczynaniach w pomocy napiszemy w osobnym artykule.

Gdy Czerwiński grał w obronie Michal Farkas albo nie pojawiał się na boisku, albo wchodził z ławki, ale zastępując któregoś z pomocników. Na cztery kolejki przed końcem wrócił na obronę w wyjazdowym meczu z Arką i trzeba powiedzieć, że był to najlepszy okres Słowaka w GieKSie w ogóle. Właśnie w Gdyni stopował akcje rywali i rozpoczynał nasze akcje ofensywne. Podobnie w dwóch ostatnich meczach na Bukowej oraz w Ząbkach był jednym z najpewniejszych punktów zespołu. Oprócz dobrych interwencji w obronie udzielał się mocno w ofensywie, nie bał się uderzać z dystansu, a w Gdyni był też blisko zaliczenia asysty, gdyby Marcin Pietroń z bardzo dobrej pozycji strzelił gola. Naprawdę zawodnik ugruntował swoją pozycję na prawej obronie i jeśli wiosną będzie się tak spisywał jak ostatnio, można będzie być bardzo zadowolonym, a i na pewno pojawią się aktywa z przodu w postaci bramki czy asysty.

Stoperzy:
Tutaj praktycznie przez całą rundę dominował duet Adrian Napierała – Mateusz Kamiński. Pozycja zwłaszcza Kamińskiego wydawała się wymuszona, gdyż okazało się, że z powodu zawieszenia nie będzie mógł w całej rundzie grać Jacek Kowalczyk, a Jan Beliancin szybko odniósł poważną – jak się okazało – kontuzję. Liczba straconych bramek (25 w 17 meczach) niespecjalnie przemawiała za środkowymi obrońcami, choć przecież oczywiście liczy się gra defensywna całego zespołu. Zasadniczo do wspomnianego duetu nie można się było bardzo przyczepić, ale liczba goli – jakby nie było – wpływa na ich ogólną ocenę. W pewnym momencie wydawało się, że możemy mieć naprawdę rewelacyjną dwójkę – to był mecz z Kolejarzem Stróże, kiedy obaj spisali się świetnie, wyłączyli z gry snajpera Macieja Kowalczyka, dobrze się ustawiali i asekurowali. Podobnie byłoby w Bydgoszczy, gdyby nie taki szczegół jak dwie stracone bramki – Kamiński co prawda zagrał bardzo dobrze, ale Adrian przy drugim golu nie przypilnował linii spalonego (za późno wyszedł do przodu) i podobny błąd przydarzył mu się w końcówce rundy ze Stomilem. Wahania formy obu zawodników były bardzo widoczne – Kamiński po wspomnianych bardzo dobrym meczu w Bydgoszczy potrafił 10 dni później w Świnoujściu zaprezentować się tragicznie. Podobnie Napierała, który zaliczał dobre występy, w innych meczach najzwyczajniej się gubił. Drugim meczem, w którym moglibyśmy w samych superlatywach wypowiadać się o obu piłkarzach jednocześnie to spotkanie z GKS Tychy. Podobnie jak z Kolejarzem – spisali się świetnie. Ogólnie rzecz ujmując Kamiński w przekroju rundy spisywał się odrobinę lepiej niż Napierała – nie dawał się aż tak zwodzić się rywalowi, tak jak czasem się naszemu kapitanowi zdarzało. Na chwilę obecną ta dwójka jest podstawową w naszym zespole, ale rywalizacja zacznie się na dobre gdy do gry wrócą Beliancin i Kowalczyk. Jeśli chodzi o aktywa z przodu to Kamiński strzelił gola z Okocimskim i nie wykorzystał rzutu karnego z ŁKS. Kilka razy w końcówce rundy zapędził się do przodu – i to wcale nie tylko przy rzutach rożnych. Napierała natomiast strzelił dwie bramki – z Wartą Poznań i Flotą Świnoujście. Kilka razy w końcówce, przy niekorzystnym wyniku, był próbowany manewr z Napierałą w ofensywie. Efekt był żaden, po wszystkie długie piłki Adrian zgrywał na aferę w kierunku pola karnego, gdzie najczęściej nie było nikogo. Raz dobrze zgrał piłkę klatką piersiową do partnera i było z tego zagrożenie. Ponadto coś, co kiedyś tam wyszło w meczu ze Stalą Stalowa Wola nie jest i nigdy nie będzie regułą.

Incydentalnie na tej newralgicznej pozycji występowali Damian Kaciczak i Kamil Cholerzyński. Kaciczak grał w spotkaniu z Miedzią Legnica i był wyraźnie zagubiony. Cholerzyński natomiast nieźle spisał się w Gdyni, choć miał swój udział przy straconej bramce. Zdarzało się też, że zastępował któregoś ze stoperów w trakcie meczu np. w ostatniej kolejce jesieni z Dolcanem, kiedy w wyniku urazu boisko musiał opuścić Napierała.

Lewa obrona:
Pozycja, która była zdecydowanie największym bólem głowy trenera, jak i kibiców. Dość powiedzieć, że wedle słów szkoleniowca Bartłomiej Chwalibogowski, który grał tam w kilku ostatnich kolejkach, był trzecim zawodnikiem na tę pozycję. Sezon rozpoczęliśmy z Bartoszem Sobotką. Ten zawodnik to chyba największy zawód rundy. Piłkarz, który tak dobrze się zapowiadał rok temu, systematycznie obniżał loty aż popadł w piłkarską przeciętność. Pamiętamy wszyscy nie tylko jego dobrą grę w destrukcji, ale także znakomite dośrodkowania – czy to z akcji, czy stałych fragmentów gry, które to wrzutki nieraz zamieniały się w groźne strzały. W rundzie jesiennej mieliśmy cień zawodnika. W zasadzie nawet ciężko go winić za jakieś koszmarne błędy, bo takowych nie miał – bywały natomiast błędy w ustawieniu, brakowało jakichś interwencji, z jego strony były przeprowadzane ataki rywali. Kompletnie bez ikry – zaliczył kilka poprawnych występów, ale ogólnie było słabo. Zauważył to trener Górak i po meczu z Niecieczą odstawił zawodnika od pierwszej jedenastki, a w pewnym momencie nawet zesłał do rezerw. Na stałe piłkarz już do wyjściowej jedenastki nie wrócił, ale dostał swoją szansę – w spotkaniach z Miedzią i Okocimskim (w obu był zdejmowany w trakcie meczu). Trener szukał mu także pozycji w pomocy, gdzie kilka razy przez pewien okres meczu mógł się zaprezentować. Ostatni raz mieliśmy okazję zawodnika widzieć w końcówce meczu ze Stomilem i trzeba powiedzieć, że w tym spotkaniu pokazał się z dobrej strony.

Piłkarzem, który od środka rundy grał na lewej obronie był niespodziewanie Bartłomiej Chwalibogowski. Wiele osób uważa – i słusznie – że jest to zawodnik ofensywny i dużo bardziej przydałby się z przodu. Przez większą część występów na tej pozycji był mocno zagubiony w defensywie, nie wiedział, jak się ustawić, jak pokryć przeciwnika, dawał się wymanewrować rywalom. W destrukcji nie odnotował wielkich sukcesów. Kulała też gra w ofensywie – nie był tak efektywny, jak czasem nas do tego przyzwyczaił. Dużo lepiej spisuje się na pomocy, choć w tej rundzie akurat i tam nie było z jego strony fajerwerków. Po jego błędach – choćby w samej końcówce rundy – ze Stomilem i Dolcanem padały gole dla przeciwników. Bartłomiej jest zawodnikiem szybkim, potrafi być może najlepiej w naszej drużynie wygrać na szybkości pojedynek 1 na 1 i te atuty co prawda można wykorzystywać będąc bocznym obrońcą, ale Bartek ma tendencje do niewracania się na swoją pozycję po szybszym ataku. Ogólnie słabiutka runda zawodnika.

Na lewej obronie grał też Damian Kaciczak, ale do niego trener nie ma zaufania, bo dał mu dwa razy szansę i po jednym meczu znów wracał na ławkę. Damian nie bierze odpowiedzialności za wydarzenia boiskowe najczęściej kryjąc… na radar. Tak właśnie pilnował Tomasza Magdziarza z Warty i nie zrobił nic, aby uniemożliwić strzał z dystansu rywalowi. W meczu z Flotą jak na tak mocnego oponenta spisał się nieźle, ale GKS stracił trzy bramki i niezłe wrażenie nie wystarczyło, aby trener wystawił go w kolejnym meczu.

Podsumowanie:
Można powiedzieć, że w końcówce rundy wykrystalizowała się linia obrony, choć wymaga ona wzmocnień zwłaszcza na lewej stronie. Tam trójka Sobotka-Kaciczak-Chwalibogowski nie zapewniała w rundzie jesiennej bezpieczeństwa i była dobrym korytarzem, którym przeciwnicy mogli szarżować w nasze pole karne. Na prawej stronie po bardzo słabym początku swoje miejsce znalazł Michal Farkas i wygląda na to, że wraca na prostą. Jeśli utrzyma formę z końcówki rundy to jest pewniakiem do podstawowej jedenastki. Na środku obrony obecny duet Napierała-Kamiński będzie musiał walczyć o miejsce w składzie gdy wrócą Jan Beliancin czy Jacek Kowalczyk. Nasi stoperzy grają poprawnie, ale nie gwarantują mniejszej ilości straconych bramek, a o to chyba chodzi wszystkim, którym GieKSa leży na sercu. Dlatego można spodziewać się na środku roszad, ale przydałyby się jakieś znaczące wzmocnienia na tę pozycję.

1 Komentarz
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

1 Komentarz

  1. Avatar photo

    silva

    6 grudnia 2012 at 19:36

    Pelna mobilizacja na jastrzebie !!

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Galeria Kibice Piłka nożna

Kibicowska galeria z wyjazdu do Zabrza

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Zapraszamy do kibicowskiej galerii z wyjazdu do Zabrza. W sektorze gości zameldował się komplet (według przyznanych biletów) – 1503 kibiców GieKSy, w tym wsparcie Banika Ostrava (15) oraz ROW Rybnik (50). Zdjęcia nadesłane przez kibiców. 

Kontynuuj czytanie

Galeria Kibice Piłka nożna

Kibicowska galeria z wyjazdu do Gliwic

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Zapraszamy do kibicowskiej galerii z wyjazdu do Gliwic, gdzie GieKSa zjawiła się w nadkomplecie, a dokładnie w 1154 osoby, w tym 6 Banik Ostrava i 1 JKS Jarosław. Zdjęcia nadesłane przez kibiców.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Igrzyska Myśliwca z katowicką obroną

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Czasem trzeba – jak to się mówi – przespać się po danym meczu. Po to, żeby podejść do niego bardziej spokojnie, znaleźć jakieś pozytywy i ogólnie nie popaść w zły nastrój. Nie pykło. Tym razem patrząc już z lekkiego dystansu, czyli sobotniego poranka, mam obraz gorszy niż bezpośrednio po meczu. Powiedzmy sobie wprost – to było fatalne spotkanie naszego zespołu.

Nie mam tym razem irytacji, tak jak po meczu z Motorem. Może z powodu dyspozycji dnia. Ale nie zespołu, tylko mojej. Ot, GieKSa pokazała swoją specyfikę od tej złej strony, ale nie jest to nic nowego, znamy to doskonale. Tym razem wyszło na minus.

To co jest niestety specyfiką tej drużyny i co (póki co) nie pozwala jej wejść na stałe do czołówki ligi to jej kompletna losowość. Abstrahując oczywiście od tej różnicy u siebie i na wyjeździe. Ale zasadniczo wygląda to tak, że co nam danego dnia wylosuje maszyna losująca, tak będzie wyglądał mecz w naszym wykonaniu. Nie ma czegoś takiego, że przed meczem ze stosunkowo dużym prawdopodobieństwem jesteśmy w stanie stwierdzić, że GieKSa zagra dobre solidne spotkanie, będzie lepsza od rywala albo przynajmniej równa, a wynik – choć to suma wielu wypadkowych – również z pewnym prawdopodobieństwem będzie korzystny. Nie. W przypadku GKS mamy wręcz orła i reszkę – jak wypadnie jedno to mamy ekipę walczącą, kapitalnie grającą w piłkę, stwarzającą zagrożenie. Jeśli drugie – drużynę bezradną i… grającą w obronie w tak kuriozalny sposób jak wczoraj. Ale jest to sposób znany. Także z tego sezonu. Jak zawieje – tak zagramy.

Zanim przejdę do obrony (dla porządku, chodzi o obronną grę całego zespołu), słówko o innych aspektach. Zapytałem trenera na konferencji o wyciąganie wniosków z rywalizacji z Piastem, przede wszystkim z jesieni z poprzedniego sezonu. Bo miałem małe déjà vu z tego meczu, gdy chyba dopiero w swoim drugim starciu jako trener Piasta przyjechał na Nową Bukową Daniel Myśliwiec. Wtedy używałem takiej metafory, że piłkarze Piasta „pobili” naszych zawodników. Bo już wtedy zameldowali się bardzo szybko w kościach naszych zawodników, którzy nie byli na to przygotowani. I goście wtedy zdominowali ten mecz fizycznością i agresją, do tego strzelili w krótkim czasie dwie bramki i było po meczu. I wczoraj mieliśmy podobny vibe Piasta, przy czym tym razem z dyscyplin olimpijskich trener Myśliwiec nie postawił na boks, tylko na sprint. Nie wiem, jakim cudem przekonał swoich piłkarzy, zwłaszcza tych zagranicznych, jaka jest waga meczu z GieKSą, ale grali oni, jakby nałykali się szaleju. Byli dzicy, z pianą na ustach, walczyli, jakby to była wojna, a nie mecz piłkarski. Tak jak mówię – tym razem objawiało się to w szybkości, pokazywaniu się na pozycję i niesamowitym parciu do przodu. Utrzymywali przy tym naprawdę dyscyplinę taktyczną, to nie były ataki chaotyczne. W tym kontekście trafiliśmy na przeciwnika niesamowicie dobrze dysponowanego.

Trener mówił po meczu, że w drugiej połowie to GKS przejął inicjatywę. No jasne, ale przecież Piast prowadził już 2:0, więc to turbodoładowanie nie było już im do niczego potrzebne. Poza tym bądźmy konsekwentni – bo narracja jest taka, że gdy my się cofamy do niskiej obrony, to jest to przemyślana taktyka, a jeśli przeciwnik – to znaczy, że ich zdominowaliśmy i rywal miał kłopoty…

No nie. Piast intencjonalnie oddał nam piłkę, może nie do końca dla siebie w sposób idealny, na co zwracał uwagę trener rywali. Ale gospodarze bardzo umiejętnie się bronili i GKS choć stworzył sobie ostatecznie dość sporo sytuacji, to trudno powiedzieć, żeby któraś z nich naprawdę była wielką szansą na zdobycie gola. Wydaje mi się, że najlepszą miał Mateusz Wdowiak w pierwszej połowie, ale i tak jednak musiał uderzać z takiej krótkiej nogi. Owszem – powinien to trafić, ale sytuacja idealna nie była. Mateusz Kowalczyk z szesnastu metrów – to też powinno zakończyć się dużo lepszym uderzeniem (znaczy nie wprost w bramkarza). Sytuacja Marcina Wasielewskiego po kapitalnym podaniu Nowaka była trudna, bo nasz zawodnik uderzał już będąc bardzo blisko bramkarza, szanse powodzenia były minimalne. Ilja po podaniu Bartka strzelał bardzo efektownie i był blisko, ale była to trudna sytuacja.

Poza tym nasze sytuacje były słabe, podwójne uderzenie Bartka nie miało też większych szans.

Jeśli chcemy porównać – naprawdę dobre szanse to miała Wisła Płock w Katowicach. Mimo, że przegrała 0:5, na początku meczu, kiedy ratował nas Ilja, a potem w drugiej połowie, gdy sam na sam wyszedł Hamulić. To są prawdziwe groźne sytuacje, a nie te, które my stworzyliśmy w Gliwicach.

Daniel Myśliwiec jak nikt inny widać zna atuty i słabości GieKSy. Nikt w tej lidze nie potrafi nas zneutralizować w taki sposób. I najwidoczniej trener wygrał ten mecz już przed meczem. Wiedział jaką taktykę przyjąć i jak nastawić swoich zawodników. I to wystarczyło. Plus dodajmy pewien aspekt układu gwiazd. Oprócz tego, że Piast był lepszy zarówno w obronie i w ataku, to trzeba powiedzieć, że absolutnie wszystko im wychodziło, a nam absolutnie nic. Takie mecze też się zdarzają.

Przede wszystkim trenerzy rywali wiedzą (i my niestety też), że gdy się nasz zespół naciśnie, to gubimy się niemożebnie. Recepta na GieKSę – wprowadzić trochę szybkości i chaosu w naszych szeregach, to prawdopodobieństwo zdobycia bramki znacząco wzrasta. Co lepsza (a nawet i nie) drużyna z tego korzysta. Na naszym tle zadziwiająco często drużyny przeciwników wyglądają na rozpędzone i grające mecz sezonu…

No ale wracając do tej defensywy. Problem mamy wielki i to nie jest tylko kwestia tylko tego sezonu. Na ten moment mamy rozegranych 10 meczów i 15 straconych bramek. To daje średnią 1,5 traconej bramki na mecz – taka sama średnia wychodzi zarówno w lidze, jak i czterech meczach pucharowych. Mamy w dziesięciu meczach tego sezony zaledwie jedno czyste konto, a w ostatnich osiemnastu spotkaniach – tylko dwukrotnie nie straciliśmy bramki.

Ale tu nie chodzi nawet o samą liczbę, bo choć jest ona spora, to nie jest jeszcze jakaś totalnie dramatyczna. Ale dramatyczny jest sposób, w jaki te bramki tracimy. I w jakich momentach czy odstępach. Patrząc na ten sezon. I rozpoczynając od meczu w Żylinie. Mieliśmy kilka fatalnych zachowań w pierwszej połowie, bramek nie traciliśmy, ale gubiliśmy się wtedy strasznie, podając do przeciwników. Natomiast z pola karnego wybić piłki nie umieliśmy i był rzut karny. Na Wiśle dwie bramki stracone w trzy minuty, a mogły być trzy w pięć czy sześć minut, ale trzecia nie została uznana. Z Radomiakiem podajemy w polu karnym prosto na nogę przeciwnika. Hapoel – wiadomo przedziwny przerzut Borjy, a potem strata Arka. W rewanżu z drużyną z Tel Awiwu jakieś uchylanie się od główek i rywal wychodzi sam na sam. Z Górnikiem w 80 sekund tracimy dwa gole. No i jedna z wisienek na torcie – mecz z Piastem.

Choć déjà vu to miałem też z Miszkolcem…

Trudno zrozumieć, co tu się wczoraj wydarzyło. To że rywale przeprowadzili kontrę to jedno. Ale jak jeden Sanca może się zatrzymać na szesnastym metrze, przekładać sobie nogę nad piłką, a nasi zawodnicy dosłownie jak tyczki – nieruchomo powbijani w ziemię. To się absolutnie nie ma prawa wydarzyć, a nawet jeśli stoją – to niech przynajmniej zasłonią bramkę. Drugi gol to zupełnie bierne zachowanie naszych zawodników – ponownie powbijanych w ziemię – i przeciwnik zza pleców trzech GieKSiarzy wbiega i bez problemu strzela bramkę. I powiem tak – do obejrzenia skrótu myślałem, że trzeci gol to po prostu czyste stadiony świata. Ale jak zobaczyłem, jak nasz kapitan uchyla się niemal do ziemi, odsłaniając tym samym drogę piłce do bramki, to sam klęknąłem. Przecież jakby Arek został spionizowany, to piłka by trafiła dokładnie w niego.

A co do tej drugiej bramki jeszcze – to przecież dosłownie dwie akcję poprzedzające – w ciągu 2-3 minut – to były wyjścia Piasta sam na sam lub niemal sam na sam – raz był spalony, a za drugim razem rzut rożny, po którym padł gol. Podania na skrzydła, takie na dobieg, nokautowały nas w tym meczu.

I tak jak trener mówi, efektywność w obronie i ataku była po stronie Piasta. Raz, że Piast był lepszy, ale dwa – że my byliśmy po prostu bardzo słabi. Nie tylko w obronie i nie tylko w wykończeniu. My sobie nie wykreowaliśmy sytuacji tak groźnych, żeby mieć większe szanse na gola. A czasu na to mieliśmy w drugiej połowie mnóstwo, kiedy Piast oddał nam piłkę.

Cóż, zdarzyło się. Dużo gorzkich słów tu padło i w węższym, ale przede wszystkim szerszym aspekcie, trzeba coś z tą grą obronną zrobić, bo tak naprawdę mamy z nią problem od samego awansu do ekstraklasy. Bywały krótkie serie – kilku meczów – kiedy nasi piłkarze wznosili się na wyżyny, notowali czyste konta, potrafili nawet 2-3 mecze z rzędu zagrać bardzo dobrze w defensywie. Ale potem znów przychodziły, kiksy, babole i niezrozumiałe zachowania. Znaczy kiksy… Co do kiksów to ja nawet nie mam pretensji. Na przykład do takiej bramki samobójczej Arka w Łodzi w Pucharze Polski. Tam to był czysty pech, coś co po prostu się zdarza. Ale jak widzę irracjonalne zachowania zawodników, to to jest już powód – czasem do wkurzenia, czasem niepokoju.

Jeśli ta drużyna chce się rozwijać, to musi poprawić defensywę. Nie możemy wiecznie liczyć na to, że Bartek Nowak da ciasteczka, a Ilja Szkurin będzie miał dzień konia. Nie możemy wiecznie liczyć na to, że strzelimy więcej bramek od przeciwnika, który nam strzela. My mamy umieć przepchnąć kolanem mecz, w którym nam się ofensywa nie układa, mamy mało sytuacji lub jesteśmy nieskuteczni – ale pakujemy tę jedną bramkę i wygrywamy, bo obrona spisała się na medal i nie dopuściła do utraty gola.

Nie jesteśmy drużyną idealną. Naprawdę, gdyby nie te aspekty, o których wspomniałem, bylibyśmy w czołówce ligi i pewnie bili się o mistrzostwo. Ale mamy swoje mankamenty i jesteśmy w takim miejscu jak jesteśmy. Nadal bardzo dobrym miejscu. Ale musimy się rozwijać.

Za tydzień ostatni z trzech meczów wyjazdowych – Lubin. Jeśli tam zapunktujemy za jeden – będzie można powiedzieć, że minimum w tym trójmeczu osiągnęliśmy. Jeśli wygramy – to będzie bardzo dobry wyjazdowy wynik. Nie ma co więc płakać nad rozlanym mlekiem, a tak jak powiedziałem – docenić też bardzo należy drużynę Piasta.

Na koniec powiem, że po meczu dziennikarz Łukasz Pawlik powiedział, że jakby kiedyś zakończył pracę w GKS trener Górak, to to byłby godny następca. Zgadzam się w stu procentach. Nie wiem, co ten szkoleniowiec w sobie ma, ale widać, że ma warsztat, gdziekolwiek nie jest to ma wyniki, potrafi z niczego zrobić coś. Do tego jest skromny, trochę cichy, a jednocześnie widać, że ma ten błysk w oku. Wydaje mi się, że to całkiem spoko człowiek, który jednocześnie swoje przeszedł, zarówno w sporcie, jak i poza nim.

Ale to teoretyczne rozważanie. Teraz trwa projekt firmowany przez Rafała Góraka i niech trwa jak najdłużej, po przysparza nam on masę radości, a GieKSa jest w tym pięknym miejscu. Tak więc dalej pracujmy nad budowaniem wielkiej GieKSy, jak trzeba to poklepmy się po plecach, a jak trzeba to solidnie opie…olmy. Ale tylko po to, by iść do przodu.

Z niecierpliwością czekamy na Lubin!

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga