Dołącz do nas

Felietony Klub

Organizacja w GKS Katowice

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy Was do tekstu Leszka Góreckiego, którego możecie kojarzyć z felietonu na temat mizernego stanu młodzieży w klubie (tutaj) czy satyrycznego spojrzenia na „fakty” i „dokonania” Góraka (tutaj). Dziś prezentujemy kolejny obszerny artykuł naszego kibica – tym razem na temat organizacji w GKS Katowice. Wam niezmiennie przypominamy, że jeśli chcecie się podzielić swoją opinią na trójkolorowe tematy, to łamy GieKSa.pl są dla Was otwarte. Piszcie na gieksainfo[at]gmail.com.

Tekst ten będzie rozprawiał na temat organizacji klubu jako całości, organizacji samych meczów i sprzedaży. Nie ominę tutaj także marketingu, o którym powstaje osobny tekst. W jakimś stopniu one muszą razem współpracować, a poza tym znów dobra organizacja wpływa na to, jak nas widzą – a to, przynajmniej w mojej opinii, nic innego jak marketing, czy przynajmniej jego składowa.

Na początku należałoby się zastanowić, czy w ogóle mamy prawo mieć jakiekolwiek zastrzeżenia do pracy tego działu. Jako klub podczas sezonu mamy do zorganizowania około 30 meczów hokeja, 18-20 meczów piłki nożnej mężczyzn, minimum 11 meczów piłki nożnej kobiet oraz co najmniej 15 meczów siatkówki. Obecnie mecze te organizowane są w tzrech miejscach, ale każda z sekcji poza piłkarzami grywa czasem w innej lokalizacji, jak Jantor, Podlesianka czy duży Spodek. Co daje nam liczbę 75 imprez w okresie 10 miesięcy w 5 różnych miejscach. Dział organizacji liczy de facto 3 osoby, z tego jedna z nich odpowiedzialna jest za ticketing. Działy mieszają się, bo przy organizacji imprez pomaga również osoba odpowiedzialna za marketing. Oczywiście na każdym z obiektów obecni są również pracownicy MOSiR-u, a ponadto jeszcze jest do pomocy dwóch panów z pralni, ale ci pracują tylko przy meczach piłki nożnej. Wobec tego nie da się ukryć, że nie ma rewelacji, a jak wiemy, pracy nie brakuje, zwłaszcza gdy w weekend nałożą się 3-4 mecze. Później trudno się dziwić temu, że pewne rzeczy nie funkcjonują tak, jak należy, a pracownicy, łagodnie mówiąc, nie narzekają, gdy szybko kończymy rozgrywki pucharowe. Drugą sprawą jest także to, że poprzez wspieranie kolegów z biurka obok nie ma czasu na swoją robotę, a to już zaczyna przypominać błędne koło. Myślę, że w klubie pracują osoby ambitne i chętne do pracy, o czym świadczy chociażby fakt, że te osoby odbywały staż podczas meczów Rakowa w europejskich pucharach. Część byłych pracowników pracuje z sukcesami w innych podmiotach.

Piłka nożna mężczyzn

Jako obserwator meczów piłki nożnej z trybuny głównej skupię się tylko na tej części naszego stadionu. Stadion przy Bukowej jest jaki jest, więc pewnych rzeczy nie przeskoczymy pod kątem organizacji czy opakowania takich imprez. Tyle, że nasz stadion to typowo piłkarski obiekt, z którego piłkę ogląda się dobrze, więc jest gdzie kibiców ugościć. Punkty gastronomiczne funkcjonują na niezłym poziomie, w ostatnim czasie pojawiły się dmuchańce dla dzieciaków, czy inne formy zabaw, gra DJ, pojawił się food truck, także śmiało można przyjść dużo wcześniej na stadion i miło spędzić czas.

Tegoroczne lato było upalne, więc mnie osobiście brakowało lodów, chociażby takich, jak sprzedawane są z samochodów na rynku. Starsi kibice bardzo miło wspominają żurek, który kiedyś był serwowany podczas meczów ligowych; może warto zrobić taki powrót do historii? Myślę, że to temat do załatwienia bez większych problemów. Mimo ograniczeń myślę, że wiele tematów okołomeczowych mogłoby wyglądać lepiej.

Zacznijmy od wejścia na mecz, bo ileż to razy po pierwszym gwizdku sędziego sporo ludzi nadal tkwiło pod stadionem, a umówmy się, rzadko kiedy frekwencja przekraczała 4000. Oczywiście mam świadomość, że spóźnialskich nie brakuje, ale przepustowość bramek wejściowych jest zdecydowanie za niska, lub jest ich po prostu za mało. Sytuacja nie jest świeża, więc na przestrzeni lat można było coś w tym temacie zrobić.

Drugi temat to sprawa toalet. Ja na mecze chodzę od 1996 lub 1997 roku i od kiedy pamiętam, załatwiałem się pod płotem, po drodze oczywiście pojawiły się toi toie, a ostatnio nawet jakieś prowizoryczne umywalki. Ja rozumiem, że nie ma stałych toalet, mimo tego, że zostały one wybudowane przy okazji budowy trybuny głównej. Co w tych budynkach się obecnie dzieje, nie mam pojęcia; zakładam, że to po prostu pustostany. No, ale na Boga mamy XXI wiek, czy to nie jest czas, aby pomyśleć o dostosowaniu tych budynków do użytku? Czy nie można postawić kontenerów z toaletami i bieżącą wodą, jak chociażby na Sztauwajerach? Na pewno się da, ale wiadomą sprawą jest, że osoby, które tym mogłyby się zająć, same z toaletami problemów nie mają.

Kolejną rzeczą, która mnie irytuje od dłuższego czasu, to wysokie płoty między sektorami trybuny głównej. Stadion został wybudowany tak, że sektory są wygrodzone murkiem, na którym stoi wysoki płot. Wydaje mi się, że sam murek stanowiłby wystarczającą granicę między sektorami, a ewentualne skrócenie płotu już bezdyskusyjnie. Być może nikt nie zwracał na to uwagi, ale siedząc na skraju danego sektora, widoczność jest ograniczona.

Temat siadania na miejscach z biletu ostatnimi czasy zaczyna być problemem, ale myślę, że to już sprawa nie do przeskoczenia, bo u nas tradycyjnie siadało się tam, gdzie było miejsce, a poza tym za chwilę i tak zmieniamy stadion. Mam świadomość, że te prace to tzw. pudrowanie trupa, ale dlaczego nie spróbować poprawić coś, z czym mierzymy się przez długie lata?

Piłka nożna kobiet

Tutaj większość spraw pokrywa się z tymi wymienionymi wyżej, natomiast trzeba mieć świadomość, że trochę inny profil kibica przychodzi na mecze. Dużo kobiet, dziewczynek z akademii i ich rodzice, ogólnie rodziny. Catering jakikolwiek pojawił się dopiero na meczu ze Śląskiem, czyli w ostatniej domowej kolejce poprzedniego sezonu. Myślę, że mecze kobiet powinno organizować się bardziej w formie festynu, z atrakcjami dla dzieciaków. Kawą, lodami, słodyczami czy ciepłymi napojami w zimniejszych miesiącach.

Hokej

Niestety, mimo sukcesów hokeistów, warunki na arenie zmagań są jeszcze gorsze niż na Bukowej. W kategorii plusów mógłbym napisać, że jest w miarę ciepło i to, że na głowę nie pada deszcz… Reszta to tylko mniejsze lub większe problemy. Nie przeskoczymy pewnych rzeczy, a perspektywy zbyt dobre nie są. Planowany jest remont hali, ale w mojej opinii na poprawę komfortu oglądania widowiska nie wpłynie, a jedynym (?) plusem będzie możliwość wejścia większej liczby kibiców na lodowisko. Każda złotówka wydana na cokolwiek w hali oddala perspektywę budowy odpowiedniego lodowiska, co niewątpliwie martwi. W każdym razie i tutaj znalazłoby się kilka spraw, które dałoby się poprawić, a także tych, które nadal poprawić można.

Branding hali wyszedł bardzo dobrze: płachty rozwieszone na ścianach prezentują się okazale, dodają koloru i nawiązują do naszego klubu – brawo! Koszulki legend za bramkami to również świetna sprawa – tylko wypadałoby je między sezonami wyczyścić, bo przestają mieć żółty kolor. Także dobrym pomysłem było wywieszenie flag z datami naszych tytułów, co prawda miejsce tego mogłoby być inne, np. za drugą z bramek, bo w miejscu, w którym są zasłaniają zegar. Catering to ta sama firma co na Bukowej, więc jest w porządku.

Jednak kilka tematów drażni niezmiennie od lat. Wspólne toalety dla kobiet i mężczyzn są dużym problemem, zwłaszcza po stronie Olimpijskiej, w której są pisuary. Sprawę na pewno dałoby się rozwiązać w sensowny sposób i przy niewielkiej inwestycji. Widoczność na hali jest ograniczona z wielu stron; o ile filary to kwestia nie do przeskoczenia, to już barierki na górnej widowni można by zmodyfikować, przyciąć, żeby nie przeszkadzały aż tak. Przy wymianie band pojawiła się siatka zabezpieczająca w czarnym kolorze, co nie pomaga w oglądaniu meczów; myślę, że biały kolor to dużo lepsze rozwiązanie. W tym samym czasie zlikwidowano część pleksy z górnych balkonów za bramkami, tylko usunięcie przy tym ramek, w których pleksy były osadzone, przerosło wykonawców. Tematu schodów nie ma co komentować, ale w końcu się doczekaliśmy. Mam świadomość, że hala nie jest własnością klubu, zarządza nią prywatny operator, naprawy wykonuje miasto, i nie wszystko zależy od klubu, ale trzeba starać się wywierać presję na to, żeby pewne rzeczy poprawiać.

Siatkówka

Tutaj niestety nie mogę się wypowiedzieć, bo nie miałem okazji być na meczu w hali w Szopienicach. Zwraca uwagę nowe oświetlenie, które tworzy ładną oprawę meczu. Pytanie – dla kogo? W każdym razie docenić należy organizację autobusów z centrum Katowic pod halę, która, jak każdy wie, znajduje się w dość niesprzyjającej lokalizacji.

Promocja spotkań

Kolejnym aspektem, który nie funkcjonuje najlepiej, to promocja meczów. Mam wrażenie, że gdy do promocji czy mobilizacji nie przyłączą się kibice, to zamierzonego efektu się nie uzyska. O tym, że bez nich nie ma na to większych szans, świadczy fakt poprzedniego meczu z Górnikiem w Pucharze rok temu, gdy na mecz z byłym mistrzem świata na boisku nie udało się zapełnić nawet połowy Trybuny Głównej, o reszcie stadionu nie wspominając. Spójrzmy tylko, w jaki sposób była prowadzona kampania informacyjna o Turnieju Spodek Super Cup – regularność wpisów w social mediach była godna pochwały – czy to tak odległe sprawy?!

Kibice od długiego czasu sugerowali, żeby korzystać z miejskich nośników reklam, co dopiero w czasie bojkotu udało się zrobić. Na zwyczajne mecze ligowe chodzą te same osoby, które niezależnie od wyników są przy klubie. Dotyczy to zarówno piłki nożnej, jak i hokeja. Tych osób nie ma tak dużo, jak byśmy wszyscy chcieli, jednak chciałbym, żeby ktoś zrozumiał, że stałą grupę trzeba szanować, bo oni będą zawsze. Dlaczego po sezonie klub nie nagradza tych kibiców, którzy zaliczają 100 proc. meczów domowych? Uważam, że forma podziękowania w postaci jakiegoś listu czy prezentu w formie gadżetu spotkałaby się z fajnym oddźwiękiem.

Polityka biletowa – ceny

Długi czas byłem przekonany, że cena biletów nie stanowi problemu dla frekwencji na stadionie czy lodowisku (siatkówkę zostawiam na później), ale weźmy przykład hokeja. W pierwszym tygodniu października hokeiści rozgrywali 3 mecze u siebie z rzędu. Jak wiadomo, klub do tamtego czasu nie przygotował karnetów na obecny sezon, więc kibic musi kupować bilety za 25 zł. Cena za jeden mecz może wydawać się niezbyt wysoka, ale pamiętajmy, że takich meczów jest 20 plus mecze play-off, a część takich kibiców przychodzi z dziećmi, żoną czy ogólnie w większym gronie. Nawet przy biletach rodzinnych (50 zł), to taka kwota rośnie już dość mocno, a w czasie meczu też wypada się czegoś napić czy zjeść. Kwota takiego tygodnia dla samej młodzieży to 45 zł, a na koniec tygodnia był mecz piłki nożnej. Spora część tych kibiców jeździ także na wyjazdy, a te także nie są tanie. Część tych osób wybrała się również do Włoch i świetnie dopingowała drużynę na Pucharze Kontynentalnym w Cortinie, co wymagało sporych nakładów, a do tego także urlopu z pracy. Klub wyszedł z założenia, że frekwencja na hokeju zrobi się sama, że dwa mistrzostwa z rzędu wystarczą. Otóż nie, trzeba powalczyć o kibica. A prawda jest taka, że na tą chwilę mamy najgorszą halę w lidze. W każdym razie, nie wiem, gdzie był problem, żeby zrobić pakiet na trzy mecze i obniżyć cenę o symboliczne 5 zł na bilecie, fajnie to opakować jako tydzień z GieKSą. Hala pewnie byłaby pełniejsza, a i dział biletów miałby mniej roboty, sprzedając trzy mecze za jednym zamachem.

Polityka cenowa to temat zdecydowanie do poprawy. Sytuacja z meczem z GKS Tychy to mało śmieszny żart – drużyna była w trakcie serii 9 spotkań bez zwycięstwa, a klub sprzedawał tę imprezę jako mecz premium z wyższą ceną biletu. Ktoś tutaj nie za bardzo rozumie specyfikę sytuacji. My ogólnie, jako cała społeczność, musimy walczyć o każdego kibica, a na tym polu potrzebna jest współpraca na linii klub-kibice. Oczywiście, należy wspomnieć o akcji pod katowickim dworcem i rozdawaniu voucherów na bilety na mecze piłki nożnej i siatkówki z Jastrzębskim Węglem po udziale w konkursie. Akcję należy pochwalić, oby tego było jak najwięcej.

Dostępność biletów

Kolejną sprawą, która wymaga uwagi, to dostęp do kupna biletów. Obecnie poza internetem bilety można nabyć w dwóch miejscach: przy Bukowej w kasie lub sklepie oraz w Centrum Informacji Turystycznej na katowickim rynku. Liczba tych miejsc powinna być znacznie większa. Oczywistym miejscem jest również sklep Blaszok. Wydawało się, że ten temat jest kwestią czasu, jednak Prezes i osoby odpowiedzialne skutecznie szukają powodów, by temat przeciągać. To utrudnia budowanie społeczności. Jednak powinno się ruszyć dalej, poza centrum miasta, jak chociażby kiedyś było to możliwe w Empiku czy kioskach Ruchu. Na tę chwilę jest to trudne, zwłaszcza gdy obsłużenie gotowej listy biletowej przygotowanej przez przedstawiciela danej dzielnicy jest problemem. To jest zachowanie poniżej wszelkiej krytyki. Jeśli ktoś wykonuje robotę przyprowadzenia większej ilości klientów do organizacji, to należy to uszanować i docenić. W prywatnych podmiotach często można otrzymać premię za przyprowadzenie klienta do przedsiębiorstwa. Niestety, nie w GKS-ie Katowice. Na tę chwilę liczymy tylko na kibiców, którzy chcą przyjść na mecz, a nie dajemy zbyt wielu możliwości pozyskania kibiców, którzy wpadną impulsowo, a także tych, którzy załatwiając swoje sprawy będą mieli możliwość zakupu biletu i zdecydują się go kupić.

Promocje dla konkretnych dzielnic, miast, wieku itd. Grupy uprzywilejowane, które w konkretnym przypadku mogłyby korzystać, to tak naprawdę tylko kwestia pomysłowości. Ostatnio natknąłem się na akcję Korony Kielce – happy hours dla osób, które wyraziły zgodę na kontakt marketingowy. Sprzedano ponad 580 biletów, przynosząc ponad 13 tysięcy złotych przychodu (dane z Twittera Darii Wollenberg). Akcja została przeprowadzona 12 dni przed meczem i trwała 4 godziny. Ogólnie marketingowcy z Kielc potrafią korzystać ze swoich narzędzi, są świetnym przykładem na to, jak można działać marketingowo.

Budowanie społeczności

Osobnym tematem jest, jak cały klub podchodzi do budowania społeczności. Kamil Kuzera zaprosił do szatni chłopców od podawania piłek do wspólnego świętowania zwycięstwa. Ostatnio klub kapitalnie uhonorował kibica, który zrobił sobie tatuaż związany z Koroną. Jednak w kontekście meczu z Górnikiem ta sytuacja jest irytująca. Klub reklamował mecze hokeja, piłki i siatkówki z 1 i 2 grudnia jako Sportowa Szychta. Zamysł tego był fajny, ale samo wykonanie pozostawiło kilka niedociągnięć. Nie będę komentować tego, że dwa z tych meczy się pokrywają, bo nie wiem, na ile można było z tym coś zrobić. Byliśmy w przeddzień Barbórki, a nikt nie wpadł na pomysł, by zaprosić górników na mecz i w jakiś sposób ich uhonorować za ich ciężką pracę. Dla kibica, który ubrałby mundur górniczy, czekałaby nagroda. To są przecież korzenie tego klubu. Klub zaprosił na mecze hokeja Barbary i Andrzejów. Patrząc po wypełnieniu Satelity, zbyt wielu ich nie było, ale i tak można było skomunikować, ile osób skorzystało z takiej okazji. Padł pomysł w dniu meczu hokejowego z Zagłębiem, by obniżyć cenę biletu o 30 proc., ale osoby decyzyjne (nie mylić z Prezesem) nie wydały na to zgody.

Otoczenie i walka o kibica

Myślę, że trzeba zmienić optykę i zdać sobie sprawę, w jakim położeniu jesteśmy. Sportowo wiadomo, ale należałoby się przyjrzeć geografii. Gdy GKS powstawał, w jego bliskim otoczeniu znajdowały się potęgi na skalę kraju jak Ruch Chorzów, a nawet Europy jak Górnik Zabrze. Same Katowice były bardzo długo „Niebieskie”, dopiero sukcesy lat 90. i niezłomne działania naszych fanatyków, pozwoliły przejąć miasto. Oprócz sukcesów sportowych złożyły się na to też działania promocyjne. Jako klub związany z górnictwem, udostępnione były karnety dla górników m.in. na Kopalni Staszic, która to opiekowała się piłkarzami. Nie mam wiedzy czy na innych kopalniach sytuacja wyglądała w podobny sposób. Przy dużej ilości napływowych pracowników kopalń pomysł wydawał się bardzo dobry, co na pewno przyniosło sporą rzeszę obecnych kibiców.

Drugim aspektem na pewno jest pozyskiwanie nowych kibiców. Przyjęło się mówić, że w Katowicach jest dużo uśpionych fanów, którzy pojawiają się na Bukowej przy okazji prestiżowych meczów jak z Górnikiem, Ruchem czy Zagłębiem. Oczywiście z kibicami sukcesu mierzą się wszystkie kluby sportowe, ale trzeba powalczyć o tego nowego. Pisałem o położeniu geograficznym Katowic, żeby zarysować specyfikę regionu, posłużę się przykładem meczu Pucharowego Zawisza – Lech. Odległość między stadionami w Bydgoszczy i Poznaniu to 159 km, a kibice tych klubów zamieszkują tak obszerny teren, że ze sobą graniczą. Lech to potęga w skali kraju, co nie podlega dyskusji, ale Zawisza, mimo że ostatnie dekady gra bardzo często poniżej poziomu centralnego z epizodami w postaci zdobycia Pucharu Polski, to zrzesza bardzo dużą część województwa kujawsko-pomorskiego. U nas nie trzeba takich odległości, by spotkać kibiców drużyny przeciwnej. W promieniu 50 km mamy 6 klubów, z którymi trzeba się liczyć. Poza dominującymi i wydaje się poza zasięgiem w aspekcie terenów Górnikiem i Ruchem trzeba mocno powalczyć o resztę tortu. O odległościach w okolicach 100 km nie ma co się rozpisywać, bo dojedziemy do np. Krakowa. Większość śląskich miast wydaje się mieć określone preferencje, ale w dalszym ciągu są tereny niezdominowane w całości, z napływowymi mieszkańcami. Patrząc na to, jak obecnie zmieniają się Katowice, ile nowych osiedli powstaje, warto już teraz zacząć myśleć, jak zainteresować tych ludzi GieKSą, zwłaszcza w kontekście nowego stadionu. Z drugiej strony sporo mieszkańców Katowic przenosi się poza granice miasta do nowopowstałych osiedli, takich o wiele prościej ściągnąć na mecz. Sporo grupę kibiców mamy w Mysłowicach, Jaworznie, Imielinie czy Lędzinach, warto mocniej popracować na tych terenach, bo szlaki są przetarte. Małopolskie miasta leżące na pograniczu województw również swego czasu reprezentowała duża grupa fanów, którą trzeba spróbować aktywizować na nowo. Potrafimy wypełnić Bukową na prestiżowe mecze i osiągać komplety jednak dużo bardziej rzetelnym wykładnikiem obecnej sytuacji będzie średnia frekwencja, ta wygląda słabo i lepiej spojrzeć na to nieco bardziej krytycznie niż zbyt optymistycznie.

Myślę, że takie działania dotyczą zarówno klub, jak i kibiców. Ja ten temat opisałem dość pobieżnie, a wymaga on konkretnej analizy i wyszukania szans i zagrożeń w perspektywie zmian w regionie, jak i w samym klubie – przenosiny na nowy stadion. Rok minie bardzo szybko, a czas ucieka każdego dnia. Prezes Nowak swego czasu powiedział o budowie społeczności wokół klubu. Świetny pomysł tylko nasz Prezes ma pewną wadę – to, co mówi nie pokrywa się z rzeczywistością. Zdecydowanie przeciwieństwem chęci budowy społeczności było odrzucenie pomocy przy odśnieżaniu boiska przed meczem z Arką Gdynia. Każdy, kto to spotkanie oglądał, przyzna, że każda dodatkowa ilość łopat zdecydowanie pomogłaby lepiej przygotować boisko – dla mnie idiotyzm, by w imię swoich chorych pobudek okopywać się po przeciwnej stronie dla zasady. Wniosek jest bardzo prosty… Kochany klubie – do roboty!

Muzyczna niekonsekwencja

Szczegółem, ale dla mnie osobiście dosyć irytującym są ciągłe zmiany przy oprawie meczowej. Na mecze chodzę ponad 20 lat, a przez ten czas wiele razy zmieniała się muzyka grana na wyjście zawodników czy po bramce. Mam wrażenie, że dzieje się to na zasadzie czyjegoś pomysłu. Na wyjście piłkarzy grana była Marsylianka, hymn GKS Katowice, piosenka z Gladiatora i Piratów z Karaibów czy obecnie Burdel – Katowicka krew. Na lodowisku między tercjami ostatnio słyszana była piosenka Wiz Khalifa „Black and Yellow”.

Z tzw. goal songiem bywały jeszcze większe perypetie, znów mieliśmy Gladiatora, kilka innych melodii, których nie mogę sobie przypomnieć, natomiast obecnie mamy piosnkę Gigi D’Agostino, która śpiewana jest także na Baniku. Na hokeju przez lata mieliśmy melodię „Ole Ole Katowice”, które wryła się w tradycję świętowania zdobytych bramek przez naszych hokeistów, aż szkoda, że nikt nie wpadł na to, by grane było to także przy Bukowej.

W każdym razie mniej istotne co jest grane, natomiast chciałoby się, żeby była w tym wszystkim jakaś ciągłość, żeby kibic się przyzwyczaił. A tak mamy bałagan i nie wiadomo co będzie puszczone z głośników przy następnej okazji. Trzeba ustalić jedno, najlepiej ustalić z kibicami, no i druga sprawa, na Blaszoku nie słychać spikera, ani melodii granej po bramkach i dopiero robi się chaos, że Główna żyje melodią z głośnika, a Blaszok swoim życiem. Co do hymnu może pora pomyśleć o odświeżeniu tego utworu, bo skoro ktoś poczynił starania, żeby go odnaleźć, to korzystajmy z niego w pełni.

Wtopy z oficjalnym sklepem

Na wiosnę tego roku otwarto oficjalny sklep klubowy. Nieprzypadkowo pewnie pomysł na ten sklep powstał w momencie wypowiedzenia przez Blaszok umowy z klubem. Osoby zarządzające klubem w tamtym czasie skutecznie zniechęciły do rozmów przeciwną stronę. Sklep umieszczony jest na Bukowej, urządzony jest całkiem fajny sposób. Sama idea sklepu jest dobra, klub powinien mieć swój fan store na stadionie, to też miejsce kupna biletów. Jego oferta też jest ciekawa, reklamowana przez zawodników i zawodniczki, a także innych pracowników klubu – dzięki czemu wiemy, jak wygląda nowa sekretarka. Wykorzystywany jest herb, przez co inna grupa docelowa będzie robiła tam zakupy niż w sklepie kibicowskim i to jest całkiem normalne.

Natomiast nie ma tego herbu na tyle, by faktycznie zachować różnorodność. Niestety część pomysłów zostało skopiowanych z Blaszoka, na myśli mam tutaj zegar na ścianę przypominający zegar z Bukowej. Nie obyło się również bez wtop – takich jak breloczek w barwach GKS Jastrzębie. Godziny otwarcia sklepu to też sprawa dość dziwna – sklep otwierany jest losowo, mam wrażenie, że chyba, wtedy gdy akurat ktoś na to ma czas i nie pełni funkcji spikera czy osoby odpowiedzialnej za marketing. Kolejnym zarzutem jest to, że podczas promowanych wydarzeń jak Sportowa Szychta, klub nie podołał zadaniu, by po dwóch stronach hali w Satelicie wystawić stragan sklepowy. To pokazuje, jak mało poważnie traktowane jest to przedsięwzięcie. W klubie robione jest to przy okazji, na pół gwizdka, a nie po to, by przynieść realną część budżetu. Pokazuje to też jasno, że plany sprzedażowe raczej nie są wymagane.

Wizyty na stadionach nielubianych klubów

Jak już przy samym funkcjonowaniu organizacji jesteśmy, chciałbym poświęcić kilka zdań na bardzo źle wyglądającą sprawę. Chodzi o wizyty pracowników naszego klubu na stadionach innych zespołów, za którymi przy Bukowej się nie przepada. Dla większości osób jest to sprawa bezdyskusyjna, ale jak widać nie dla wszystkich. Co najmniej kilkukrotnie na meczach Ruchu Chorzów widywany był Rafał Górak. Miało to miejsce w Ekstraklasie, więc na pewno nie chodziło o obserwację kolejnego przeciwnika. Sprawa delikatnie mówiąc, wygląda cuchnąco, ale na temat tego pana nie będę się wypowiadał, bo myślę, że każdy określone zdanie w tej sprawie już ma. Podczas meczu Ruchu ze Śląskiem Wrocław na Stadionie Śląskim również widziane były osoby pracujące w klubie. Jestem w stanie zrozumieć, że są osoby z zewnątrz które tego nie wiedzą, w świecie sportu może przyjechać z drużyną przeciwną ktoś z rodziny, natomiast powinna występować jakaś niepisana zasada o tym, żeby jednak się nie pojawiać w Chorzowie, Sosnowcu czy np. Tychach. Nie mówiąc już o wrzucaniu tego do social mediów.

Podsumowanie

Podsumowując cały ten tekst, to zebrało się kilka zastrzeżeń do szeroko pojętej organizacji. Myślę jednak, że większość z tych spraw nie wymaga ogromnych zasobów finansowych, więcej w tym chęci do pracy i pomysłowości. Nie najlepiej wygląda sprawa Karola Kuśki, który ma łączyć pracę w klubie z etatem u jednego z bukmacherów, który jest sponsorem Ruchu. Jak to będzie wyglądało, na razie nie wiadomo, osobiście nie zakładam sukcesów – oczywiście chciałbym się mylić. Pojawił się już w klubie jego zastępca, któremu mocno kibicujemy. Zdecydowanie możemy zauważyć ożywienie działalności marketingowej, miejmy nadzieję, że nie będzie działań zewnętrznych utrudniających życie.

Powtórzę po raz kolejny, żeby to mocno wybrzmiało. Jesteśmy w bardzo ważnym okresie, którego nie możemy przespać. Pierwszy raz w historii klubu będziemy zmieniać siedzibę na taką, która będzie wyglądała źle nawet przy frekwencji oscylującej w granicach kompletu Bukowej. A jak pokazuje ostatni okres sportowy piłkarzy, nie można zakładać, że wyniki zbudują frekwencję. Nie możemy podzielić losu Sosnowca, Tychów czy Gliwic. Wiele dni zostało już przespanych, na kolejne nie ma już czasu. Budowa frekwencji rozpoczyna się już dziś!

Z GieKSiarskim pozdrowieniem!

Leszek Górecki

1 Komentarz
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

1 Komentarz

  1. Avatar photo

    dzbanek

    27 stycznia 2024 at 13:31

    W punkt!

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Kato-Miszkolc dwa bratanki – reportaż z Węgier

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Swą podróż do Miszkolca rozpocząłem już dzień przed meczem. Za długo człowiek czekał na te puchary, żeby odmówić sobie przyjemności zrobienia „kontentu” daleko wykraczającego poza samą piłkę nożną. Lata jeżdżenia po ośrodkach pierwszoligowych, a przez chwilę nawet drugoligowych mogła wywołać rutynę i znudzenie. Ileż razy można było jeździć do Suwałk, Grudziądza czy Pruszkowa. Sześcio- czy siedmiokrotne wizyty w niektórych miastach (a na Arce czy w Niecieczy to i osiem razy) powodowały, że stadiony rywali znałem jak własną kieszeń.

Teraz sytuacja się odmieniła, bo mamy ekstraklasę i jest trochę nowości. To znaczy teraz dalej będą powtórki, ale nowe. Na takim Rakowie od awansu byliśmy już trzy razy, a już niedługo będzie czwarty. Taka rutyna nie zaszkodzi. Za to europejskie puchary są jedyne w swoim rodzaju, bo prawdopodobieństwo trafienia na tego samego przeciwnika jest nikłe. Dlatego są to doświadczenia unikatowe. Wymagające specjalnego potraktowania.

***

Śniadanie to najważniejszy posiłek dnia. A zwłaszcza przed podróżą. Dlatego też musiała najpierw nastąpić konsumpcja. Jeszcze chwila ogarnięcia się i w drogę na Węgry. Czekało mnie planowo ponad pięć godzin jazdy, ale wiadomo było, że z postojami wyjdzie to nieco dłużej.

Było ciepło, bardzo ciepło. Ale to była tylko przygrywka do tego, co się będzie działo na Węgrzech. Zapowiadane temperatury na środę i czwartek to 39 stopni. Grunt to dobry humor i… klimatyzacja.

Droga przebiegała spokojnie. Trochę zakorkowany wjazd na Zakopiankę, ale zupełnie bez tragedii. No i dalsza trasa. Zakopianka czy nowa Zakopianka przebiega naprawdę malowniczymi terenami, na granicy Beskidu Żywieckiego, a Beskidu Wyspowego, Makowskiego czy Gorców. Dzięki czemu podczas trasy możemy podziwiać malownicze wzgórza, z tymi rozpościerającymi się przysiółkami, domostwami. Na swoich długo czy średniodystansowych szlakach przecinałem Zakopiankę – czy to na Głównym Szlaku Beskidzkim, a także szlaku Brzeźnica – Kacwin.

W Nowym Targu było odbicie. Za miastem krótki postój na kupienie czegoś zimnego i stacyjną przekąskę. Już stąd rozciągał się piękny widok na Tatry. Tatry, które miałem od wschodniej strony objechać. Cieszyłem się na tę drogę. Tym bardziej, że w życiu tak dużo chodziłem po górach, że nieraz jadąc przez jakieś dziwne miejsca mogłem powiedzieć – byłem tutaj.

Tak było choćby, gdy przejeżdżałem przez Bukowinę Tatrzańską, przez którą przechodzi szlak Trzy Kopce – Chochołów. Przeszedłem go za drugą próbą, bo za pierwszą narzuciłem sobie zbyt duże tempo pierwszego dnia i po przejściu ponad 40 kilometrów w ulewnym deszczu poległem. Pamiętam, że dzień później GieKSa wygrała u siebie z Garbarnią 2:0. Czasy Covidowe.

Tak więc Bukowina (wcześniej Białka) czy Czarna Góra były mi dobrze znane. Ja tym czasem zbliżałem się do granicy w Jurgowie, a moim oczom ukazywały się najpiękniejsze Tatry Bielskie. Przejeżdżałem przez Zdziar. Miejscowość, w której miałem kiedyś nocleg przed wielodniowym pobytem w Tatrach Słowackich. Wówczas to ruszyłem w Tatry Bielskie właśnie – niestety na Hawrań, Murań czy Płaczliwą Skałę nie można wchodzi ze względu na rezerwat – choć jakieś gagatki wówczas miały to za nic i i tak wchodziły. Ja potem udałem się do schroniska przy Zielonym Stawie i Jagnięcy Szczyt. To byli czasy.

Jadąc autem niestety nie mogłem robić zdjęć w najbardziej efektownych momentach. Ale gdzieś tam raz czy dwa przystanąłem i udało się zrobić fotki tych majestatycznych, zielonych i trawiastych zboczy. To naprawdę jedno z moich ulubionych miejsc.

Droga przebiegała spokojnie – przez Tatrzańską Kotlinę, Tatrzańską Łomnicę i Wielką Łomnicę. Gdzieś tam kilka razy przecinałem tory, po których porusza się Elektrická, czyli kapitalna transportowa sprawa, pozwalająca poruszać się w większej części południowego krańca Tatr. Sam z niej korzystałem wielokrotnie. Wkrótce dotarłem na obrzeża Popradu, a to oznaczało, że zaraz wyjadę na autostradę.

Droga tą autostradą to była poezja. Samochodów było na niej niebywale wręcz mało. Często zdarzało się tak, że zarówno z tyłu, jak i z przodu na horyzoncie nie było ani jednego. I tak przez całe, całe minuty. Jechałem więc przez te słowackie pola, malowniczo to wyglądało, inaczej niż w Polsce. Tak więc podążałem sobie ku Węgrom.

Po drodze stwierdziłem, że jednak nie będę jechał na miejscówkę, tylko od razu na stadion na przedmeczową konferencję. W Żylinie nie dałem rady ze względu na to, że w środę jeszcze „uszczknąłem” pracę i wyjeżdżałem dopiero o dwudziestej. Tutaj z racji porannego wyjazdu, konferencja była wpisana w plan.

Zszokowałem się, gdy podczas postoju na stacji wysiadłem z auta. Wiadomo, w samochodzie klimatyzacja i człowiek się przyzwyczaja do normalnej temperatury. Po wyjściu na zewnątrz – ukrop. Niesamowity ukrop. Można było odnieść wrażenie, że im bardziej na południe, tym goręcej. W sumie – logicznie.

Dojechałem do węgierskiej granicy. Dalsza droga aż do Miszkolca, równie przyjemna, co na Słowacji. Kilkadziesiąt minut i dotarłem do miasta docelowego. Wjazd do centrum i w stronę stadionu. Odrobinę inaczej niż w Polsce, na przykład czerwone światło i zielona strzałka na wprost. Za pierwszymi dwoma razami miałem zawias. Potem już śmiało jechałem.

Dotarłem do stadionu DVTK, czyli Diósgyőri Vasgyárak Testgyakorlók Köre, bo tak nazywa się drugoligowy klub, który gra na tym obiekcie. Co ciekawe klub ma na koncie Mistrzostwo Węgier w… szachach. Dobrze znamy ten smak triumfu w krajowej lidze.

Pod stadionem byłem o 16.40, czyli pół godziny przed planowaną konferencją. Stadion wyglądał… tak jak na Google Maps. Dzisiaj coraz mniej jest tajemnic. Choć jak na Google Maps „wjedziecie” sobie na sam parking tuż przy stadionie – to zobaczycie zdjęcia sprzed kilkunastu lat, jeszcze ze starym oldchoolowym obiektem. W każdym razie prezentuje się ładnie, jest dość spory, a dzięki informacjom sprzed wyjazdu, dokładnie wiedziałem, gdzie wejść.

Tak więc podchodzę do panów ochroniarzy, jeden powoli, mozolnie, gasi papierosa i zmierza do drzwi, żeby mnie wpuścić. Otwiera je i pokazuje następne, gdzie jest sala konferencyjna. Wchodzę więc i witam się z ludźmi z oficjalnych mediów GieKSy, którzy też niedawno – dotarli na miejsce. Kręcą się tam ludzie z Hapoelu Tel Awiw, drużyna miała chwilę wcześniej trening. A ja czekam na konferencję, na której pierwotnie miał być trener i Alan Czerwiński, ale z racji lekkiego opóźnienia pojawił się tylko szkoleniowiec.

Jestem jedynym na tej konferencji oprócz chłopaków i dziewczyny z oficjalnej. Zazwyczaj było tak, że jak nie było żadnego dziennikarza na tych briefingach, to po prostu media GieKSy robiły wywiad z trenerem. Tutaj zrobiliśmy wszystko „oficjalnie”, czyli przy stole, na tle ścianki Hapoelu.

Zadaję pytanie trenerowi o Węgry, gdyż to w tym kraju zaczęła się jego historia w GKS. Pamiętne zgrupowanie w Telki, na które pojechaliśmy jako redakcja Bukowej, by je relacjonować. To było 15 lat temu, a my wówczas połączyliśmy wakacje z pracą na rzecz GieKSiarskiej społeczności. Dziwne, trudne i piękne to były czasy. Byliśmy na sparingach, m.in. GieKSa grała z Honvedem w Budapeszcie, a przed tymże sparingiem odegrano hymn Polski. Wszyscy byliśmy wtedy młodziutcy, zresztą zobaczyć możecie to na filmach poniżej. No i był kot Laszlo w ośrodku reprezentacji Węgier.

Jeszcze przed briefingiem i po nim udaję się na sektor prasowy. I tam od razu niespodzianka. Na stanowiskach są już wydrukowane kartki z nazwiskami dziennikarzy, więc mam już swoje przyporządkowane miejsce. Jest to komfort – dzień przed meczem znać już wszystkie trakty, wiedzieć, gdzie wejście, sala konferencyjna, jak wygląda prasówka. Jest to odhaczone i nie trzeba się następnego dnia stresować. Bo często na stadionach te oznaczenia są niejasne lub w ogóle jest ich brak, a ochrona zazwyczaj nic nie wie.

 

A tutaj – komfort. Dodatkowo sama prasówka jest na samej górze (jak wchodziłem, to jakiś gościu wywoził stół do ping ponga). Wszystko na swoim miejscu. Widok na boisko znakomity. Toteż po konferencji siadam na chwilę na „swoim” stanowisku i gdy piłkarze zaczynają trening – ja zamieszczam na stronię relację z konferencji właśnie. Zajmuje mi to wszystko z godziny, po czym kieruję się do wyjścia.

Przed stadionem spotykam jeszcze rzecznika Michała i pana Bogdana, kierowcę GieKSiarskiego autobusu. Mówimy o tym upale i problemie ze schłodzeniem w zadowalający dla pasażerów-piłkarzy sposób. Upały dają się we znaki, a schłodzić taki gabaryt, to jednak duże wyzwanie. W autobusie nadal było więc ponad 25 stopni, temperatura zatem niezbyt ciekawa do funkcjonowania. Przynajmniej zawodnicy nie musieli się te powiedzmy 7 godzin smażyć, ale jednak droga z lotniska z Koszyc do Miszkolca, no i potem transfery na stadion to jednak jest pewien czas spędzony w autobusie.

Ja wsiadam do auta i ruszam na kwaterę, do której mam kwadrans. GPS prowadzi mnie jakimiś drogami, krętymi i górskimi – bo trzeba przez jakieś wzgórze przejechać – i po drodze robię jeszcze postój w Lidlu. Przede wszystkim zaopatruję się w picie, bo w tym upale to jest obowiązek. Plus kilka rzeczy do jedzenia. Zwracają uwagę typowo węgierskie specjały w lodówkach. Salami po prostu być musi. A na półkach nie może zabraknąć węgierskich past paprykowych. Jedną taką kupuję. Bo choć wiem, że jest przeraźliwie słona (11,5 g soli na 100 g), to ma swój paprykowy klimat.

Po kilku kolejnych minutach docieram na kwaterę. Brama zamknięta, dzwonię, nikt nie wychodzi. Dzwonię na telefon – cisza. Dopiero po paru minutach wyszedł gospodarz, uff. Mówi po angielsku i to bardzo komunikatywnie. Znakomicie. Dokonujemy formalności i prowadzi mnie do pokoju. Za chwilę największa próba – czy działa klimatyzacja. To był absolutnie główny punkt przy doborze noclegu. Były bowiem lepsze lokalizacje, bliżej centrum czy stadionu. Jedno miejsce było super, ale w komentarzach pisali, że klima jest, ale nie działa. Tutaj załączam i od razu powiało przyjemnym chłodkiem. Pięknie. Jestem na miejscu. A w lodówce – półtoralitrowa, schłodzona woda mineralna.

Chwila ogarnięcia się, rzeczy do lodówki. Prysznic po podróży. No i miałem upatrzoną restaurację nieopodal, gdzie wyczytałem, że menu jest po polsku, a opinie bardzo dobre. Udaję się więc do niej na obiadokolację. Jestem już mocno głodny, bo wcześniej jadłem tylko wspomniane śniadanie i hot doga na stacji, ale to z siedem godzin temu. Idę więc do wspomnianej knajpki. Co prawda mam ochotę na jakieś węgierskie dania, ale z drugiej strony obawiam się, że leczo czy zupa gulaszowa to będzie za mało. Tym razem więc jeszcze nie kombinuję i biorę solidnego burgerasa. Co prawda tu jedna z opinii była taka, że burger mały, więc ktoś musiał dokupić sobie deser, żeby się najeść. No ale patrzę – 220 gram mięsa, więc solidny kotlet. I rzeczywiście wizualnie – przed nie jakąś wielką bułkę – sprawiało to wrażenie, że jest trochę małe, ale ostatecznie – delikatnie mówiąc – najadłem się. Było sycie i sowicie. Do tego dwie homemade ice tea. Pragnienie było duże. Mimo wielu godzin w klimie w aucie, ten upał nie pozostawał obojętny dla organizmu. Było to bardzo sympatyczne posiedzenie, na ogródku na takim podeście. Wieczorem już dało się wytrzymać.

Zabawne jest to, że gdy siedzę w tej knajpce, przychodzą… media GieKSy. Naprawdę świat jest mały. Uważam, że to miejsce na nocleg, które wybrałem, nie jest oczywistym wyborem, bo znajduje się na takich totalnych przedmieściach Miszkolca – dokładnie w dzielnicy Miskolctapolca. Szansa, że oni będą w tym samym miejscu, wybiorą tę samą knajpę była naprawdę mała. A jednak. Jeszcze potem spotykamy się po opuszczeniu lokalu.

Ja wracam na kwaterę. Przypominam sobie, że dzisiaj gra Górnik. Ale nie chce mi się odpalać laptopa. Przychodzi mi więc do głowy myśl, że może w węgierskiej telewizji leci mecz z Ferencvarosem. I tak jest w istocie, więc oglądam drugą połowę. Potem piszę jeszcze felieton przedmeczowy i czas na spanko. Jutro zapowiada się intensywny dzień.

***

Po skonsumowaniu zakupionej dzień wcześniej bułki z „wypalonym” napisem „ham and cheese”, ruszam do miasta. Patrzyłem wcześniej, jak to się układa z parkingami, płatnościami. Wybór pada na parking pod Sparem nieopodal centrum. Kilkanaście minut i koło jedenastej jestem na miejscu. Jedenastej, bo musiałem lekko odespać. Więc pobudka była przed dziewiątą.

W przeciwieństwie do Żyliny, nie mam żadnego planu zwiedzania. Jedyne cele, o których myślę to ten plac napisem Miszkolc oraz wzgórze z wieżą TV, z której jest widok na miasto. Ale to mgliste. Na początku nawet nie wiem, którędy dokładnie tam iść, dopiero po chwili patrzę na mapę.

Na razie jestem na takiej ruchliwej, głównej ulicy. Fajne jest rondko z wypukłościami na liniach rozdzielających pasy, dzięki temu żaden gagatek nie będzie jeździł, jak chce. Problem będzie wtedy, kiedy ktoś się pomyli, ale cóż – zdarza się.

Wchodzę w ulicę István Széchenyi, drogę bez samochodów, za to z tramwajami. I typowo węgierską ulicą – idę przed siebie. Miasto w czwarte o 11.00 jest jednocześnie żywe i spokojne. Jest trochę ludzi, ale nie widać absolutnie żadnej gonitwy czy napięcia. Wszystko się toczy swoim spokojnym rytmem. Powiedzielibyśmy, że to taka spokojniejsza (i schludniejsza) 3 maja. Jest trochę zieleni, trochę drzewek.

Upał jest niesamowity. W zasadzie kilka minut po wyjściu z samochodu, normalnie idąc, miałem już mokre czoło. Ale jest mimo to bardzo przyjemnie. Picie z lodówki jeszcze w plecaku jest chłodne.

Docieram do Placu Szent István, czyli Świętego Stefana. Postać ta to książę i pierwszy król węgierski, koronowany w 1000 lub 1001 roku. Zjednoczył on plemiona węgierskie i dokończył proces chrystianizacji na Węgrzech. Na jego cześć nadano też nazwę austro-węgierskiemu pancernikowi, działającemu podczas pierwszej wojny światowej i zatopionemu w 1918 roku. Co ciekawe istnieje film z zatonięcia statku, co jak na wydarzenie sprzed 108 lat jest ewenementem.

Plac jest lekką betonozą, z ładnym klombem po środku. Są też jakieś drzewka na bokach. No i napis białymi literami Miskolc. Idzie się uprażyć na tej patelni, ładnej patelni. W tle wzgórze Avas ze wspomnianą wcześniej wieżą. Robię nagrywkę do trzech razy sztuka, szybkie coś do picia i podejmuję decyzję, by już teraz ruszyć na wzgórze.

Przechodzę więc na ulicę Kálvin János. Tu już mam wrażenie lekko wyludnionego miasta. Jedynie jakiś biegacz robi sobie trening i w pewnym momencie na chodniku – dwa metry ode mnie – pada i zaczyna robić pompki. Mnie czekają teraz schodki, wejście na Avas. Według archaicznego języka „Avas” oznacza zakazany. Pochodzi ona od tego, że w dawnych czasach zakazano pasterzom wypasania owiec na wzgórzu, gdyż obawiano się o zawalenie starych piwnic z winem.

Po kilku minutach mijam protestancki kościół gotycki. Jest zamknięty, więc idę dalej i przechodzę przez cmentarz. Pochowani są tu znani ludzie z życia Miszkolca, jak Bertalan Szemere and László Palóczy. Uwagę zwracają bardzo stare nagrobki, takie wystające z ziemi tablice nagrobkowe. Niektórzy pochowani pod tymi tablicami zmarli jeszcze w XIX wieku. Robi to wrażenie.

Mija południe. Z wież kościoła biją dzwony, nieopodal wybrzmiewa jakby hejnał. Już nie po schodkach, a wąską uliczką minimalnie zwiększam wysokość. To wszystko jest bardzo blisko – nie jest to odległość od podnóża Dubni do wieży w Żylinie. Pod koniec znów jest kilkadziesiąt schodów i – jestem na górze.

Nie wiedziałem wcześniej, czy wejście na wieżę jest płatne i czy w ogóle można wchodzić. Wywnioskowałem to po zdjęciach, na których ludzie faktycznie szwendali się po balkonie. Patrzę przed siebie – są schody na wieżę. Nie ma nikogo, więc jak słowiański i staropolski zwyczaj nakazał – wchodzę.

Okazuje się, że ten „balkon” jest ogólnodostępny, po prostu wchodzi się po schodach i jest się na górze. Więcej niż jedno duże piętro nie trzeba, bo i tak jesteśmy na wzgórzu i nie ma czynników zasłaniających (drzewa). Oczom moim ukazuje się piękna panorama Miszkolca. Rzucają się czerwono-pomarańczowe dachówki większości domostw. Blokowisk jest tu stosunkowo niewiele, ale są. To nie jest wielkie miasto – choć czwarte co do wielkości na Węgrzech, to zamieszkuje je 160 tysięcy mieszkańców. Ze stosunkowo nisko położonej wieży wzrokiem obejmujemy jego zdecydowaną większość. Bez problemu można dostrzec kolejne niewielkie wzgórza i pola za miastem. Na balustradzie są tabliczki z nazwami miejscowości. Do Valenciennes, które dobrze zna Lukas Klemenz jest stąd 1303, a na przykład do Cleveland 7026 kilometrów. Są też miniaturki miszkolckich zabytków.

Widok w tej pogodzie jest bardzo ładny. Może nie tak spektakularny jak w Żylinie, ale tam to była całkiem konkretna duża góra. Tutaj ledwie pewne, acz wyraźne podwyższenie. Patrząc na zachód można dostrzec dach stadionu DVTK. Czyli podobnie jak na Słowacji – z wysokości widzę arenę wieczornych zmagań. Miła sprawa.

Co się okazuje. Piętro wyżej jest… kawiarnia. Taka przeszklona z widokiem na miasto. Dwa razy czy nawet raz nie trzeba było mnie namawiać. Śniadanie bowiem było symboliczne i już wcześniej myślałem o jedzeniu, no i nadeszła pora napić się czegoś zimnego. Wchodzę więc i zasiadam w miejscu, w którym mam przed oczami piękny pejzaż. Przeglądam menu – oprócz słodkich są sandwiche. Decyduję się na kanapkę z salami, jajkiem i serem. Do picia herbata (mimo upału) i lemoniada malinowa. Wnętrze kawiarni jest bardzo ładne i schludne. No i jest… klimatyzacja. Ludzi prawie zero, jakaś babcia z wnuczkami jedna. Bardzo przyjemnie. Czwartek godzina 12.30. Idealnie, by coś takiego zrobić. Mając w planach wieczorem mecz piłkarski.

Lemoniada jest przepyszna. Smaczna plus gazowana. Idealna na taki upał. Napawam się nią i czekam na kanapki. I kelner/barman – sympatyczny, trochę przypominający Adama Zreľáka – przynosi dosłownie kanapki. Cztery średniej wielkości właśnie z salami, plastrem jajka i kosteczkami sera a la ementaler. Pychota. To jest to, czego potrzebuję na mały głód. Aż nie chce się iść dalej, tak jest przyjemnie. W sumie spędzam na Avas godzinę.

Schodzę dalej tymi wyludnionymi drogami i znów pomiędzy ciekawymi domostwami na wzgórzu. Chcę znów zajrzeć do centrum, podobno jest tam synagoga, więc w temacie dzisiejszego spotkania. Nadal jest wyludnienie i pusto.

Gdzieś tam przejeżdża węgierska „eLka”, czyli „teTka”. Uczący się jeździć są właśnie oznaczeni literką T. Dlatego też, tak jak u nas „L” jest wplatane w nazwy szkół jazdy, jak w dobrze znanym kibicom GieKSy „Zielonym Listku”, tak tutaj widziałem szkołę, która nazywała się „Green lighT”. Jest to pomysł. „T” pochodzi od węgierskiego „tanuló”, czyli uczeń. W Polsce „L” znaczy po angielsku „learner”, czyli również uczeń właśnie.

Są tu i budki telefoniczne, ale niektóre opatrzone logiem T-Mobile. Z ławeczką w środku. Obrazki, raczej u nas niespotykane. Całkiem przypadkiem trafiam w kolejne charakterystyczne miejsce. Sympatyczny skwerek z kolejnymi siedziskami, choć głównie na betonie, więc mało kto tu siedzi w tym skwarze. Są knajpki, fontanny i rzeczka Szinva. Zwłaszcza jedna knajpka, przy wąskim przejściu ze stolikami tuż nad tą rzeczką, ma swój klimacik. Lokalista – gdyby dopiero co się nie posilił i napoił, zasiadłbym zapewne tutaj.

Jest i popularny motyw w niektórych miastach, jak na przykład w Pszczynie, czyli kolorowe parasolki nad uliczką. Tutaj kolory są jasne i stonowane – czyli jasnożółty, fioletowy czy czerwony. Być może nieco wyliniały po prostu.

Po chwili jestem na placu przed kościołem Franciszkanów. Kolejny betonowy plac z dwiema fontannami, jedną ładną, błękitną i takimi uroczymi kanalikami, którędy przepływa woda. Naprzeciw jest wspomniana synagoga. Chcę zajrzeć, ale jest zamknięta, więc odpuszczam. Wchodzę natomiast do kościoła. Mogę tylko zajrzeć przez zamknięte drzwi już w środku – do środka.

Wychodząc orientuję się, że kończy mi się trzygodzinny czas parkingu. Chcę więc przedłużyć o godzinę – będę miał wtedy jeszcze godzinę i dziesięć minut. Przedłużam no i lipa. Tamto dziesięć minut mi się skasowało i godzinę naliczyło już bez nich. Bezsens. No i to powoduje, że muszę odrobinę się pospieszyć, bo w planie mam jeszcze jeden punkt.

Idąc na północ widzę już jakieś zastępy policji w radiowozach zmierzające gdzieś tam. Czy to już pod mecz? Nie wykluczam. Jest godzina czternasta. Potem, gdy będę szedł do samochodu, będzie przejeżdżał cały autokar z policją.

Podążam więc główną ulicą mijając slalomem coraz to kolejne wylewki asfaltu. Nie wiem, kiedy je położono, wiem jedynie, że wdepnięcie w tej temperaturze mogłoby mieć opłakane skutki. Mijam jakiś starodawny, socjalistyczny moloch – niby znany u nas widok, a jednak jakiś inny. Te na Słowacji czy właśnie tutaj sprawiają wrażenie opuszczonych i totalnie zaniedbanych. Pewnie tak nie jest, ale wrażenie takie sprawia. Podobnie jak te wszechobecne węgierskie nazwy.

W ogóle węgierski język to moja trauma z dzieciństwa, gdy byłem z rodzicami na wakacjach i zgubiłem się w jakimś centrum handlowym. Jakieś babki-ekspedientki podeszły do mnie i po madziarsku zaczęły gadać. Nie wiem, czy byłem bardziej przerażony zgubieniem się czy tym dziwnym językiem, którego używają.

A zgubiłem się, bo wydawało mi się, że za którymś regałem usłyszałem motor. Więc poszedłem go szukać… Wszyscy na Motor w niedzielę!

I w końcu dochodzę. Do niepozornej ulicy, z jakimiś blokami już poza ścisłym centrum. Kompletnie niby nic. Ale nie jest to byle jaka ulica, bo nazywa się… Katowice! I tak, nie jest to przypadek – ulica ta nazwana jest na cześć naszego miasta, co zresztą uwidacznia tablica kilka metrów od klatki schodowej, przy której robię zdjęcie. Tablica z 1969 roku podpisana jest Rada Miasta Miszkolc i podkreśla przyjaźń. My mamy w Katowicach Skwer Przyjaciół z Miszkolca – ten mini park przy przystankach na Sokolskiej. Od lat wiedziałem, że to miejsce się tak nazywa, ale nigdy nie sądziłem, że do Miszkolca mnie wywieje za GieKSą.

No nic, pora iść do auta, do którego mam dwa kilometry. Idę już drugą stroną ulicy by omijać miękki asfalt. Już czuć po dniu, że zrobiło się popołudnie. Inne słońce, inne światło. Swoje się nachodziłem. Czas więc zakończyć to zwiedzanie.

W ogóle śmieszny ten węgierski język, że „sz” czyta się jak „s”. Dlatego po ulicy jeździ nie bus, tylko busz. Mijam wspomniany autokar z policją. W ogóle jak policja może się nazywać „Rendőrség”. No ludzie!

Jestem z powrotem przy Sparze. Wchodzę na szybkie zakupy, chodzi o napoje. Niestety zimnych nie uświadczysz. Z powodu suszy i niskiego poziomu Dunaju rząd zapowiadał obcięcie energii, za dostarczanie której w dużej mierze odpowiedizalna jest elektrownia w Paks. Tutaj na lodówkach pojawił się komunikat:

„Szanowni Klienci!

W związku z zaistniałą ogólnokrajową sytuacją energetyczną podjęliśmy decyzję o tymczasowym wyłączeniu tej lodówki. Bardzo przepraszamy za spowodowane niedogodności!”.

Jakoś nie do końca wierzę. W Polsce w lato na wsiach i mniejszych miastach to jest stała praktyka. Wyłączanie lodówek w lato. Typowo z oszczędności prądu, a nie jakichś kataklizmów. Zawsze chodzą tylko lodówki z piwem i poupychana jest tam wódą. Wiadomo, dlaczego, ale nie będę się powtarzał, bo już się kiedyś o tym rozpisywałem.

Wsiadam do auta i zmierzam na kwaterę. W międzyczasie kontaktują się ze mną chłopacy (cytat z Joe Pesci’ego), którzy dojeżdżają i mają godzinę z kawałkiem. Umawiamy się w knajpce Lignum, w której to właśnie cała medialna GieKSa, oficjalna i nieoficjalna stołowała się podczas tego pobytu.

Z Kazikiem i Miśkiem zamawiamy leczo. Tak, tym razem na typowo węgierskie żarcie się zdecydowałem. Przyznam, że to leczo to jest mistrzostwo świata. Dużo papryki i cebuli, ale kompletnie nie w postaci jakiejś mazi, tylko gęsto upchane warzywa. Do tego doskonała, przyprawiona kiełbaska. U nas to wrzucą gdzieś zwykłą śląską i robią z tego drogie danie. Tutaj naprawdę kiełbasa była pierwszej jakości. Nie zrozumcie mnie źle. Lubię Śląską – zwłaszcza całą w cieniu, polską Śląską. A przed meczami na nowej Bukowej jestem pierwszy do przedmeczowego giga-wuszta. No ale to jest knajpa, więc sami wicie, rozumicie.

Posilamy się, po czym chłopaki jadą jeszcze na chwilę na miasto, a ja zbieram się na kwaterę, by przebrać się i przygotować do meczu. Jest godzina siedemnasta, więc do tego emocjonującego starcia pozostają zaledwie trzy godziny.

***

Pod stadionem na dwie godziny przed meczem kręci się już trochę kibiców Hapoelu. Ubrani w swoje czerwone barwy oczekują przed obiektem na spotkanie. Nie odnotowuję jakiegoś zwiększonego policyjnego napięcia przed obiektem, kibice chodzą sobie jak chcą. Ja podjeżdżam na parking i bez problemu parkuję tuż przed prowizoryczną bramą stadionową. Spotykam ludzi z Klubu Biznesu, którzy też mają swoją ciekawą wycieczkę na to spotkanie.

Chwilę po moim przyjściu na stadion przyjeżdża autokar GieKSy z piłkarzami. Korzystam z okazji i robię kilka fotek. Nasi wyglądają, jakby mieli humory dobre. Ale co mają nie mieć – w końcu po to się gra w piłkę, by grać jak najwyżej. A dla nas, dla GKS Katowice puchary europejskie to spełnienie snów. Wychodzą więc w tej nadal gorącej temperaturze zawodnicy i kierują się do budynku. Zaraz przechodzą też sędziowie. Z tym Dechepy’m, co to wyrzucił Baloguna w lidze francuskiej i tam żadna protekcja Amerykanina nie uratowała.

Po chwili i ja wchodzę. I tu o ile przed stadionem było bardzo spokojnie, to w środku kontrola, jak na lotnisku. Choć daleki jestem nadal od stwierdzenia, że jest jakakolwiek napięta atmosfera. Po prostu technicznie trzeba przejść przez bramkę, przepuścić plecak przez „rentgen” no i tak samo w koszyczku przetransportować rzeczy z kieszeni. Potem już nawet nie przeszukiwał mnie ochroniarz, więc tak naprawdę – spokojnie się dało coś przemycić. Troszkę przerost formy nad treścią. I tak jak mówię – duży spokój w tym wszystkim. Po chwili odbieram akredytację. Również wszystko przechodzi szybko i sprawnie. Nie mogę mieć zastrzeżeń.

Jestem znów na sali konferencyjnej. Kręcą się ludzie z Hapoelu, sam nie wiem, czy oni są z klubu, czy to są dziennikarze. I po meczu będą mi się wszyscy zlewać w jedną całość. No nic, czas na pójście na trybuny. Na początku schodami, ale potem udaje mi się wykminić windę i z niej korzystam – niby tylko trzy piętra, ale znów to są takie piętra, jak na Wiśle, że niby trzy, a tak jakby sześć. Ważne było, żeby na górze była jakaś woda. Bo na Sali konferencyjnej woda była w butelkach jak z wódki. No i w sumie się kończyła. Może to była wódka.

W zachodzących promieniach słońca oczekuję na mecz. Schodzą się dziennikarze z Polski, jest Kacper Janoszka, Tadek i Rafał Musioł, potem spotykam też starego druha z GieKSy Rafała Kędziora z ekipą z TVP Sport. Oczekujemy wszyscy w napięciu na spotkanie.

Mnie zaczepia węgierski dziennikarz, który już zdążył pooglądać moje nagrywki z Miszkolca i mówi, że nikt tak nie rozpromował tego miasta. I sam mi puszcza moje własne nagrywki na swoim telefonie. Opowiada też o swoim klubie, drużyna z Miszkolca potrafiła kiedyś grać w europejskich pucharach. No i jak patrzę na „lajki” pod moimi nagrywkami, to jest masa ludzi z Węgier. Algorytm działa więc też geograficznie. Ogólnie bardzo to miłe. Kibice polscy i węgierscy potem na meczu wzajemnie się pozdrawiają.

Tak jak pisałem wcześniej – stanowiska są doskonałe. Jest WiFi, prąd, dobre, sztywne blaty, super widoczność. Nie pozostaje nic, jak tylko relacjonować mecz. Podczas rozgrzewki Hapoelu kibice z Izraela robią małe piekło. Są niesamowicie głośni i ciągle śpiewają. My czekamy na kibiców GieKSy, którzy pojawiają się na krótko przed spotkaniem.

Ostatecznie podczas meczu kibice Hapoelu nie nawiązują aż tak do tego, co na rozgrzewce. Myślałem, że będą jednak głośniejsi. Dopingują oczywiście dobrze przez cały mecz, ale nie ma tego tąpnięcia, co na początku. Kibice GieKSy natomiast – jak zwykle trzymają poziom i prowadzą doping przez całe spotkanie. Fajna jest ta poprawka „Naprzód GieKSiarze!”, bo za pierwszym razem nie wybrzmiała tak dobrze, jak za drugim.

Niestety tracimy gola już w piątej minucie. Izraelski spiker w swoim języku hebrajskim wykrzykuje radośnie ten fakt i z kibicami nazwisko strzelca Stava Turiela. Jest ta egzotyka, niezależnie czy GieKSa by traciła czy zdobywała bramki (tu tylko traciła) w tych obcych dla nas okrzykach spikera. To znak, że gramy w pucharach.

W osiemnastej minucie jest już 2:0 dla Hapoelu. Gra nam się kompletnie nie układa, popełniamy rażące błędy i nie potrafimy nic zrobić z przodu. Formalni gospodarze chcą nas zaskoczyć jeszcze bardziej i nawet mają rzut karny, który sędzia odwołuje z powodu spalonego.

W przerwie możemy tylko zastanawiać się, co zrobić, by zagrać w drugiej połowie lepiej. Na początku drugiej części gry na boisko wpada intruz i co bardzo dziwne – ochrona absolutnie nie kwapi się, by go gonić i łapać. Paraduje sobie po tym boisku i robi jakieś gesty w stronę kibiców GKS. Potem niemal spokojnie wraca na sektor, ale jednak nie udaje mu się tam wejść Ochrona chce go złapać w kilku chłopa, ten się szarpie i wyrywa, ochroniarze się przewracają. Totalny kabaret. Jeszcze z trybun wlatuje drugi jegomość – Węgier, żeby nastukać temu pierwszemu. Szamotanina prima sort. W końcu ich gdzieś tam wyprowadzają, przynajmniej tego jednego.

Ostatecznie gola już nie tracimy, ale też nie zdobywamy i przegrywamy mecz 0:2. To daje nadzieję na odrobienie strat w rewanżu. Jestem niepocieszony po fatalnym występie GieKSy, ale nadal to dopiero pierwszy mecz. Robię nagrywkę pomeczową i idę na konferencję.

Konferencja prasowa jest dziwna, jedna z najdziwniejszych, na jakich byłem. Nie ma osoby koordynującej, wszystko dzieje się totalnie samopas. Rolę tutaj powinien pełnić rzecznik prasowy gospodarzy, ale takiego chyba w ogóle tam nie było. Przychodzi więc trener Górak z Michałem Kajzerkiem i to Michał prowadzi naszą część. Trener się wypowiada, potem zadaję pytania ja i Łukasz Olkowicz. Gdy wydaje się, że ta część konferencji się skończy, pałeczkę przejmuje dziennikarka z Izraela. Najpierw zadaje pytania o piłkarzy Hapoelu, a potem o… bezpieczeństwo w Polsce.

– Dużo fanów Hapoelu i w ogóle kibiców z Izraela obawia się przyjazdu do Polski. Czy jest bezpiecznie?

– W Polsce jest bezpiecznie, bądźmy spokojni.

– Nie wie pan o czym ja mówię? (Don’t you know what I’m talking about?”

– Nie mam pojęcia.

Dziennikarka nie jest pocieszona tymi odpowiedziami i po wyjściu trenera już dosłownie pretensjonalnym tonem zadaje pytanie rzecznikowi, czy naprawdę nie wiedzą, o co jej chodzi?

To było pytanie z podszytą tezą. Czy pani dziennikarka obrała narrację o Polsce jako niebezpiecznym, rasistowskim i faszystowskim kraju? Nie wiem, ale się domyślam. Można pomyśleć sobie, że to tylko mrzonki, ale najwidoczniej taka narracja w Izraelu o Polakach po prostu ciągle funkcjonuje. Narracja, którą i Maccabi rok temu – również na Węgrzech – zaprezentowało. Przykre to. Sam mówię tej dziennikarce, że to są pomówienia i niech po prostu przyjedzie w środę do Polski i sama się przekona. Powiedziałem jej również, że jeżeli nie będzie żądnych prowokacji, to będzie spokojnie.

Pozostaje cieszyć się, że w tym pierwszym meczu nie było żadnych newralgicznych sytuacji poza kilkoma typowo piłkarskimi pozdrowieniami na trybunach. Nie liczę tego intruza na boisku, bo to nie jest coś, co można uznać za jakiś skandal obyczajowo-międzynarodowy.

Kuriozalne jest to, że na drugą część konferencji przychodzi tylko trener i zawodnik Fernando Mayembo. Nie ma wspomnianego rzecznika. Pytania i to w sporej liczbie zadaje wspomniana dziennikarka, robiąc taki mini-wywiad. Dlatego kompletnie nie rozumiemy, co tam po hebrajsku odpowiada trener. Nie ma tłumaczenia, więc wszystko jest przeznaczone tylko dla uszu Izraelczyków. Z piłkarzem pani rozmawia już po angielsku, więc tu już wszystko rozumiemy.

Ogólnie media izraelskie mają swój temperament i na sali konferencyjnej są bardzo głośni. Ciężko zebrać myśli przy swojej pracy. No ale tak jak mówię, to kwestia południowo-wschodniego temperamentu, więc trudno jakieś wielkie pretensje mieć. Jeszcze na koniec jeden z chyba fotoreporterów łamaną angielszczyzną mówił, że był w Polsce kilka razy – w Katowicach, Krakowie czy Warszawie. Mówił, że bardzo mu się podobało. Był na meczu Polska – Izrael 4:0 za Jurka Brzęczka. Pytał, czy my byliśmy w Tel Awiwie. To akurat było sympatyczne.

Chłopaki z GieKSa.pl już pojechali, ja jeszcze chwilę zostaje i kończę konferencję. Wkrótce zbieram się i idę do samochodu. Już dzień wcześniej i teraz za dnia pokonywałem trasę na miejscówkę, ale jest ona bardzo specyficzna. Trzeba przejechać znów przez to wzgórze, są jakieś zawijasy i wątpliwej jakości droga. Ale po niecałych dwudziestu minutach jestem na kwaterze.

Szkoda tego meczu. Nie tyle, że przegrany, ale że w takim stylu i bez tej jednej strzelonej bramki. Dwa gole do odrobienia to sporo, ale nie jest to niemożliwe. W pokoju odpalam sobie skrót i włosy mi stają dęba. Potem jeszcze z rozpędu piszę felieton pomeczowy.

Na tym kończy się przygoda na Węgrzech. Cokolwiek się nie działo w tym meczu i nie wydarzy w rewanżu, jestem wdzięczny drużynie za to, że takie przygody mogę przeżywać. To wspaniałe.

***

W piątek już się nieco schładza, droga powrotna trwa też niecałe sześć godzin plus pierogi w Nowym Targu. W karczmie… Zadyma. Wieczorem jestem w domu i… zaczyna się ligowa kolejka, w której akurat GKS Katowice będzie pauzować.

To był pierwszy akord tego dwumeczu. W środę gramy rewanż. Nie szczędźcie gardeł, by wspierać naszych zawodników, bo wiele razy udowodnili, że zasługują na wsparcie w trudnych chwilach. I wielokrotnie to wsparcie czyniło cuda. O awans będzie bardzo ciężko, ale jeśli to by się udało, to możemy zrobić taką remontadę, która będzie po stokroć bardziej efektowna od tej z Żyliną i będziemy pamiętać ją na całe życie. A GKS naprawdę zapisze swoją złotą historię w rozdziale „europejskie puchary”.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Wyzerowane atuty – diagnozy brak

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Szczerze mówiąc nie chce mi się pisać tego felietonu, bo myślę sobie, że znowu będę pisał to samo. Rozbieżność między wynikami meczów u siebie i na wyjeździe sięgnęła absurdu. GKS rozegrał w tym sezonie siedem meczów – u siebie wszystkie trzy wygrał, na wyjeździe wszystkie cztery przegrał. Suma tego jest taka, że z europejskich pucharów już odpadliśmy, a w lidze mamy trzy punkty po trzech kolejkach. Czyli słabo – bo to średnia mogąca nawet nie dać utrzymania.

Piszę to wielokrotnie i napiszę jeszcze raz, bo już wiele razy w przeszłości czy to piłkarze czy trenerzy obrażali się na mnie, bo coś tam skrytykowałem. Nie mówię o sytuacjach, kiedy pojechałem z koksem i tak czy inaczej kogoś nazwałem, bo za to obrazę rozumiem. Cóż, młodość (która trwa, ale już inna). Ale my nie możemy doprowadzić do zagłaskania naszej drużyny – za ekstraklasę, za kapitalną w niej postawę czy za puchary. Wszyscy wiemy gdzie byliśmy i co trener wraz z kolejnymi grupami piłkarzy w ostatnich latach nam dał i daje. Więc tu nie ma mowy o podważaniu projektu jako całości. Ale trzeba mieć w tym wszystkim krytycyzm, bo jeśli w którymkolwiek momencie ktoś uznał, że zdobyliśmy już tyle, że teraz po prostu możemy do końca kariery jechać na sukcesie – to jest to – delikatnie mówiąc duży błąd. Więc tak, doceniamy ekstraklasę, super jest jeździć na te wszystkie stadiony w najwyższej polskiej lidze. I niech ten projekt w tym kształcie, z obecnym trenerem trwa jak najdłużej.

No ale są defekty. I ta postawa na wyjazdach naprawdę każe się zastanowić nad kilkoma rzeczami. Bo to jest coś, co jakiś czas się w GieKSie powtarza, mamy powtórkę z czterech przegranych wyjazdów na początek sezonu z zeszłego roku. A w pierwszym po awansie do ekstraklasy sezonie, na wiosnę także przydarzyły się cztery wtopy z rzędu na delegacjach.

Ale to nie chodzi tylko o wyniki. Chodzi o grę, która co prawda nie zawsze ten wynik gwarantuje, a w perspektywie pewnego okresu czasu (raczej krótszego niż dłuższego) dobra gra statystycznie przynosi względnie dobre wyniki. U nas nie jest największym problemem to, że przegraliśmy cztery mecze z rzędu. Problemem jest to, że te mecze przegraliśmy zasłużenie, bo graliśmy bardzo słabo.

Wczoraj chciałem wierzyć, że jak długo ten mecz trwał, w końcu coś wciśniemy. Mecz z Motorem w naszym wykonaniu nie był aż takim paździerzem, jakie trochę razy ostatnio na wyjazdach oglądaliśmy. Przypomniał się mecz z Cracovią, kiedy wydawało się, że przy 0:0 na koniec spotkania pozostanie spory niedosyt. A rywal w końcówce nam wmontował bramkę i już nawet z remisu nie można było się „cieszyć”. Ostatecznie, choć wczoraj GieKSa nie była beznadziejna, to była jednak słaba. Tym bardziej martwi to, że naprzeciw mieliśmy drużynę mocno przeciętną, do tego skleconą naprędce po kadrowych zawirowaniach, z nowym trenerem. A my – stabilni i budowani od kilku lat – nie potrafiliśmy zrobić na tym boisku nic. Przecież, gdyby nie Ndiaye czy może jeszcze Simon, to by Pan Czubak piłkę oglądał z daleka i nie miał okazji zaprezentować swojego świetnego wykończenia. Motor był do bólu średni, ale swoim jednym czy drugim błyskiej robił różnicę.

U nas tym razem w obronie nie było „wesołego miasteczka”, choć oczywiście nie ustrzegliśmy się błędów, po których padły bramki – najpierw nieuznana, a potem już prawidłowa. Jednak w tym meczu to nie obrona była naszym głównym problemem. Tym razem było to słabe/bardzo słabe/beznadziejne rozgrywanie ataku pozycyjnego. O kontrach nawet nie mówię, bo mam wrażenie, że jak my wyprowadzamy kontrę, to zaraz jeden czy drugi nasz zawodnik się zatrzymuje, robi kółeczko, wycofuje nie wiadomo gdzie i po kontrze nici.

Od patrzenia na nasze rozegranie piłki na połowie przeciwnika oczy bolały. Sposobności mieliśmy całe mnóstwo, bo Motor bronił się nieraz dość nisko – nie desperacko w swoim polu karnym – ale mocno na swojej połowie. My graliśmy po obwodzie – to na lewo, to na prawo. I często kończyło się do słabą wrzutką, z którą rywale nie mieli problemu. Przede wszystkim więcej w tym temacie oczekiwałem od Bartosza Wolskiego, bo naprawdę zawodnik ma większe umiejętności niż to, żeby zagrać leciutką piłkę à la serwis Pawła Zagumnego w pole karne i liczyć na czysty przypadek, że akurat trafi w nią ktoś z naszych, a nie przeciwników. Dlaczego nie ma mocnych, takich soczystych wrzutek? Dlaczego nie ma jakiejś próby większej precyzji? Nie mówiąc o tym, że nasi wahadłowi też chyba mocno zapomnieli, co to znaczy żwawość na boku. Nie ma dynamicznych pojedynków 1 na 1 na skrzydle na wysokości pola karnego, wejść w to pole karne. Jest to wszystko takie miałkie i nijakie i taka była ofensywa GKS w tym meczu. Naprawę zestawiając to z pojedynkiem z Motorem z rundy wiosennej i bramek, jakie GieKSa strzelała w tamtym meczu można… dostrzec różnicę.

Ostatecznie najlepszymi okazjami GKS był strzał Ilji w słupek i sytuacja, w której Ilja gola strzelił, ale Bartosz Nowak był w tej sytuacji na spalonym. Tak, był jeszcze strzał napastnika po dośrodkowaniu oraz uderzenie Mateusza Wdowiaka w boczną siatkę. I to tyle. Motor miał swoich groźnych sytuacji więcej.

Widać też, że trener szuka optymalnego składu, ale na razie większość zawodników swoją grą nie przekonuje, by zagościć w jedenastce na stałe. W pomocy kombinujemy. Bartek Nowak ma abonament na granie, ale wychodzi na to, że Bartek Wolski również. Chcieliśmy tego duetu, czekaliśmy na to, jaki zrobią oni techniczny zamęt w tej lidze. Na razie jednak to tylko mrzonki. Nie mamy twardości w środku pola. Jeszcze do tego dokładamy Marcela, który jest ambitny, szybki, ale też nie jest to skała. Do tego wygląda na to, że wczoraj przegrał z upałem, z ręką na sercu, jak widziałem, że podciąga sobie tę koszulkę i w ogóle miałem z daleka wrażenie, że jest cały czerwony, to pomyślałem, że Rafał Górak zrobi wyjątek i ściągnie piłkarza w przerwie. Tak też się stało.

Pamiętam jak w poprzednim sezonie po Górniku Zabrze trener zapowiedział, że coś musimy zmienić w samym podejściu do spotkania i strukturze gry na wyjeździe. Choć potem przegraliśmy jeszcze z Lechią, to za chwilę gra GKS na obcych stadionach zaskoczyła. GieKSa wygrała z Lublinie, Niecieczy, w Pucharze Polski z ŁKS. Na początek roku było zwycięstwo w Lubinie. Były te mecze z Rakowem i Lechem. Czyli da się. Problem jest taki, że jak drużyna wpadnie w wyjazdową otchłań bezradności i niemocy, to trudno z niej się wykaraskać.

Najgorsze jest to, że nie widać, aby był jeden mądry, który zdiagnozował, gdzie leży problem. A to musi być głębszy problem mentalny, bo przecież u siebie ci zawodnicy – zarówno indywidualnie, jak i jako cała drużyna – potrafią przecież grać w piłkę. Co się z nimi dzieje na wyjeździe i dlaczego? Może to jest coś na etapie samego wyjazdu na mecz, podróży, hotelu, dnia meczowe na wyjeździe? Może to tam trzeba poszukać, co się takiego dzieje z piłkarzami, że opada z nich cała ta agresja, moc i siła? Może gdzieś jest zbyt duże rozluźnienie, a może to rozluźnienie jest zbyt małe? Trzeba szukać, w każdym szczególe, w każdym posiłku, w każdej minucie spędzonej w autobusie.

Przyznam, że po tym kolejnym przegranym meczu nie mam smutku, żalu czy załamki. Jest po prostu po raz kolejny irytacja i taka frustracja, bo widzę tę bezradność piłkarzy i mi się udziela. Nie ma w życiu chyba gorszego poczucia niż to, że nie ma się wpływu. A gra GKS a wyjeździe wygląda tak, jakby zawodnicy nie mieli dostępu do swoich atutów, które dają różnicę, tylko próbowali sztampowych, oklepanych i zupełnie nieefektywnych na tym poziomie rozwiązań.

I trzeba coś z tym zrobić szybko, bo wkrótce czekają nas trzy trudne wyjazdy – Zabrze, Gliwice i Lubin. Tu już po prostu obowiązkowo będzie trzeba punktować.

A na razie Wisła Płock. Dobrze, że przynajmniej u siebie te atuty nie są zablokowane. Liczymy, że i tym razem tak będzie, GieKSa swoje gole będzie strzelała i trzy punkty zdobędzie.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Górak: Brakuje nam wytrawności

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po meczu Motor Lublin – GKS Katowice wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Mariusz Misiura i Rafał Górak. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.

Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Jesteśmy rozczarowani tym, że przegraliśmy spotkanie, włącznie z powiedzeniem, że jeżeli nie możesz wygrać, to powinieneś umieć go zremisować.

Takie mam odczucia w stosunku do tego meczu. Niestety – nie jesteśmy jak na razie w stanie zagrać meczu na zero z tyłu, który dałby nam przestrzeń, żeby wywieźć z takiego spotkania remis, bo może on też nie byłby to szczyt naszych marzeń przed spotkaniem – bo przyjechaliśmy z zamiarem wygrania meczu – ale na pewno remis bardziej odwzorowywałby to, co się działo. Ale to jest nieistotne, bo ten który bramkę strzela ma tę radość, a ten, który tego nie robi – tej radości nie ma. W wielu momentach za dużo mamy rozpiętości poziomowych w spotkaniach. To mnie też trochę na razie smuci, bo powinniśmy się stać bardziej wytrawną drużyną, a tego nam brakuje. Mamy bardzo dobre momenty, kiedy gramy zgodnie z tym, co chcemy robić, a mamy też takie kiedy ta gra na różnych pozycjach w różny sposób ofensywie czy defensywie nam się łamie i powoduje bałagan, który kończy się niekiedy tak, jak się skończył przy straconej bramce. Byliśmy w posiadaniu piłki pod polem karnym przeciwnika i tej wytrawności jeszcze brakuje – tego będziemy szukać. Dziś jest masę rozczarowania i sportowej złości, ale nic tu po narzekaniu, trzeba brać się do roboty i mocno wyciągać wnioski choćby z tego, że przy czterech meczach wyjazdowych w tym sezonie cztery razy schodzimy pokonani i to nas bardzo denerwuje i jesteśmy niezadowoleni. Ale po to niekiedy takie próby są, żeby wychodzić, silniejszym. Teraz będziemy się przygotowywać do następnego spotkania, potem mamy trzy mecze z rzędu na wyjeździe. Czeka nas nie lada sprawdzian i jestem przekonany, że wyjdziemy z tego obronną ręką. Dzisiaj jest dużo złości, rozczarowania i momentów, z których z gry jesteśmy niezadowoleni.

Mariusz Misiura (trener Motoru Lublin):
Bardzo się cieszę, że wygraliśmy mecz i zdobyliśmy trzy punkty. Bo mam poczucie, że to był czwarty naprawdę dobry mecz w naszym wykonaniu i jak ten czas leci – mijają tygodnie – przygotowujesz się do czwartego spotkania, a na koncie masz jeden punkt, to zapominamy, co się wydarzyło w pierwszej czy drugiej czy trzeciej kolejce.  Wydaje mi się, że drużyna zasłużyła, żeby mieć ich więcej. Wierzę, że konsekwentną pracą i procesem będziemy budować silną drużynę.

Co do meczu to wydaje mi się, że wykreowaliśmy więcej sytuacji, na pewno w pierwszej połowie, konsekwencją tego jest bramka. Powiedzieliśmy sobie w szatni, że musimy zostawić serce i charakter. 104 minuty w takim upale to szacunek dla piłkarzy. Sami państwo siedząc na trybunach czuliście gorąco i zmęczenie.

To jest coś normalnego, że w takim upale przydarzały nam się błędy, cieszę się, że nie było z tego konsekwencji w postaci gola, ale podobało nam się nasze dążenie do strzelenia bramki. Dobre zmiany, każdy z zawodników dał impuls. Bardzo się cieszę z tych trzech punktów i idziemy dalej.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga