Dołącz do nas

Felietony Piłka nożna

Z dystansu: O katowickiej młodzieży

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do felietonu osoby, która miała swoją historię w klubie i zdecydowała się napisać o temacie budzącym sporo emocji w Katowicach – wychowankach. Leszek Górecki to oczywiście pseudomin. 

Jak długo gramy na poziomie pierwszej ligi, a może i nawet wcześniej w III i IV lidze wielokrotnie albo się powtarzało albo przynajmniej każdy z nas słyszał, że powinno grać się młodymi, najlepiej wychowankami, że starzy się nie nadają, że tylko zabierają miejsce w składzie itd. 

Utarty slogan, powtarzany wielokrotnie w przypadku porażek zwłaszcza tych spektakularnych. W tę teorię uwierzyli nawet poważni ludzie, bo przecież każdy pamięta pomysł na budowę kadry zespołu zawodnikami poniżej 28 roku życia, wyłączając obecnych zawodników. 

Oczywiście każdy kibic piłki w Polsce, a pewnie i na świecie chciałby, żeby w zespołach występowali zawodnicy z okolicy, najlepiej kibicujący danemu klubowi, ale jak sami zresztą widzicie w wielu ligach nie jest to takie proste. Pamiętamy piękne przypadki choćby Ajaxu, Dinama Zagrzeb, Barcelony, Sportingu czy nawet Manchesteru United, gdzie wychowankowie tworzyli trzon drużyny, które osiągały sukcesy w swoich ligach czy europejskich pucharach. Z drugiej strony mamy piękne historię Francesco Tottiego, Xaviego, Puyola, Gerrarda, Giggsa i kilku innych zawodników, którzy praktycznie całą karierę spędzili w swoich macierzystych klubach. Ale chyba każdy z nas zdaje sobie sprawę, że to są wyjątki, tym bardziej łapiące za serce kibica.

Po tym przydługim wstępie wracamy na katowickie podwórko. Temat mojego wywodu to „katowicka młodzież”. Gdzie ona jest, bo niestety nie w pierwszym składzie drużyny z Bukowej.

Temat wychowanków klubu to tak naprawdę dyskusja na temat szkolenia w akademii, prowadzenia tych chłopaków, a także wprowadzania ich do pierwszej drużyny. Akademia w obecnym kształcie prosperuje mniej więcej od 2013 roku. Wcześniej oczywiście było szkolenie w klubie, ale odbywało się to w całkiem innych warunkach. W czasie tej dekady akademia przeszła jedną zmianę władz, gdzie prezesów Oględzińskiego i Rogalskiego zastąpił duet Pajerska- Krasnowska i Pańpuch. Nie mam tutaj pewności czy poprzednie władze odchodziły z akademii w tym samym czasie, natomiast to sprawa drugorzędna. Panowie na pewno włożyli dużo pracy i czasu, żeby pewne rzeczy poukładać i tak naprawdę budować. Współpraca ze Szkołą Mistrzostwa Sportowego pozwoliła utworzyć klasy sportowe, zatrudnić trenerów na umowie o pracę w szkole, usprawnić łączenie nauki z treningiem. Oczywiście znajdą się tutaj przeciwnicy tego systemu, w każdym razie autor tego tekstu jest tego zwolennikiem. Otwarcie fili w południowych dzielnicach też należy pochwalić. Co do nowych władz, to tutaj na plus możemy zapisać projekt serduszko GieKSy czy organizację mistrzostw Katowic. 

Szerszy punkt widzenia na ten temat to spojrzenie przez pryzmat naszych występów od sezonu 2006/07, czyli gry na naszym obecnym poziomie. W tamtym czasie w kadrze znajdowało się 10 wychowanków: Cholerzyński, Gajowski, Górski, Mielnik, Mieszczak, Pasko, Polczak, Sadowski, Sroka, Wijas. Większość tych zawodników szła do góry wraz z drużyną, a część z nich próbowała nawet ratować Ekstraklasę. Jednak nie każdemu z nich udało się utrzymać na tym poziomie na stałe, a do Ekstraklasy i za granicę trafił tylko Piotr Polczak. Gdy spojrzymy na zawodników wychowanych w naszym klubie w latach ’80 i ’90, to na poziom Ekstraklasy dotarło tylko kilku zawodników: Mateusz Sławik (80), Jakub Dziółka, Jacek Kowalczyk (81), Adam Giesa (82) Grzegorz Fonfara (83), Dawid Plizga (85), Piotr Polczak (86), Patryk Stefański (90), Tomasz Hołota (91), Krzysztof Wołkowicz (94). Możemy do tej grupy dodać także Dominika Steczyka, jednak on jako młody chłopak wyjechał do Niemiec. Patryk Szwedzik też mógłby trafić na tę listę, jednak przyszedł do naszej akademii dopiero do liceum. Wobec tego na przestrzeni praktycznie 20 lat nie wychowaliśmy nawet 11 piłkarzy na poziomie ekstraklasy. Oczywiście w ostatnim sezonie w Ekstraklasie minuty zbierali także: Górski, Mielnik, Sroka i Wijas, jednak po spadku nie udało im się na ten poziom wrócić. 

Z drugiej strony patrząc na każdego z wymienionych wyżej zawodników, to żaden nie trenował w obecnej akademii, tylko w czasach, gdy nie było konkretnego programu szkolenia. Poszczególne roczniki występowały w odrębnych drużynach, więc przeglądając historię zawodników na portalu 90minut.pl niech nie dziwią Was takie pozycje jak 1. FC Katowice, ŚTS Katowice czy UKS Żaczek. Zresztą są nawet dwa osobne twory: GKS Katowice – nowy w SSK i ten Oskara. W tamtych czasach siła akademia zależała od zawodników poszczególnych drużyn i szczęścia do trenerów. Warunki były fatalne. Do otwarcia Rapidu w 2006 roku drużyny trenowały na orliku na Słowianie, półkolu za bramką na Bukowej czy boisku treningowych na Bukowej, na którym ciężko powiedzieć, jaka była nawierzchnia. Stroje każda z drużyn miała takie, jakie sobie zorganizowała np. rocznik ’91 grał w czerwonych strojach wygranych w turnieju coca-coli, ’90 miał stare komplety NIKE które zorganizował Dariusz Wolny. Metody treningowe? Zależały wyłącznie od konkretnego trenera. Obozy? Wszystko na własną rękę przy dużej pomocy rodziców. Klasy sportowe? Rozbijane po kilku szkołach i tak po kolei: rocznik 88 – gimnazjum na Koszutce, 89 – gimnazjum na Wełnowcu, 90 – Bogucice, 91 – znów Wełnowiec, 92 – Wełnowiec, ale łączona z Kolejarzem Katowice, 93 – Koszutka. Szkoła średnia to już kompletnie inna bajka, ponieważ część roczników rezygnowała z klas sportowych, a nawet te, które utworzyły i tak nie zawsze zrzeszały wszystkich zawodników. Jak sami widzicie bałagan to najlepsze określenie tego, co się działo w tamtym czasie. Najlepszym tego przykładem było wyprowadzenie całego rocznika ’90 z klubu przez Dariusza Wolnego. Czas jednak pokazał, że tak w tych dzikich czasach wychowaliśmy sporą rzeszę zawodników, którzy byli w kadrze pierwszej drużyny przez lata. Oczywiście przyczyny takiego stanu sytuacji są znane, ponieważ klub walczył w ogóle o przetrwanie, więc trudno oczekiwać, by pochylał się nad młodzieżą. Z drugiej jednak strony sytuacja ta pokazuj, jak potrzebna jest stała systematyczna praca z juniorami, ponad tym, co dzieje się w pierwszej drużynie.

Narzekamy często, że wypożyczamy młodych zawodników, ogrywamy ich, a finalnie nic z tego nie mamy. Ostatnio bardzo popularnym kierunkiem, z którego bierzemy piłkarzy to Lech Poznań. Spotkałem się z głosami, że zawodnicy dobrze się tutaj czują i dlatego dobrze grają w Katowicach. Jednak ja bym odwrócił kolejność. W pierwszej kolejności to po prostu dobrzy piłkarze, a że w Katowicach ogólnie dobrze się żyje, klub jest profesjonalny, to zawodnicy dobrze się czują. Tajemnicą nie jest, że większość umów wypożyczeń z Lecha uwarunkowanych jest obowiązkową liczbą minut na boisku. Proste i logiczne, bo po to wypożyczasz zawodnika, żeby grał. Jak prześledzimy losy zawodników, którzy z Poznania trafili do nas na wypożyczenia, zdecydowania większość poszła mocno w górę: Mrozek (obecnie Lech Poznań), Puchacz (1. FC Kaiserslautern), Jóźwiak (Charlotte FC), Szymczak (Lech). Jedynym niewypałem jest Karbownik, który nie grał zbyt dużo, a później też trafił do Garbarni Kraków. Obecnie w składzie jest Antoni Kozubal, który również prezentuje się dobrze w naszych barwach. Myślę, że tutaj mamy sytuację win-win-win, każda ze stron może być zadowolona ze współpracy. Oczywiście docelowo należałoby tych zawodników zastąpić swoimi wychowankami. Zanim jednak to nastąpi, to jesteśmy zdani na takich piłkarzy. Dopóki proporcję są odpowiednie (czyli takie, jak obecnie), to nie można narzekać.

Dlaczego więc mimo wielu zmian akademia Młoda GieKSa nie szkoli zawodników na poziom chociażby pierwszej ligi? Powodów zapewne jest wiele. Wymienię te, które w mojej opinii faktycznie skutkują takim, a nie innym stanem rzeczy.

  1. Ilość, nie jakość: akademia przez lata chwaliła się liczbą zawodników, kilkoma grupami w jednym roczniku, filiami w innych dzielnicach, co z jednej strony można pochwalić, bo jest w czym wybierać, ale później wyboru nie ma, ponieważ nie ma selekcji. Część młodych adeptów tkwi w akademii, bo mama czy tata zapisały do szkoły i nie ma za bardzo jak zrezygnować. Zawodnik taki się nie przykłada, co rzutuje na resztę grupy, a on sam nie ma z tego przyjemności. Trener musi z takim zawodnikiem zajęcia prowadzić, a nie ma możliwości w ramach selekcji chłopakowi powiedzieć, że to za wysokie progi. Jaki tego powód? Bo składki, bo subwencja w szkole itd.
  2. Zarabianie, a nie inwestycja: czołowe akademie mówią o inwestycji w młodzież. No więc właśnie: od pewnego wieku juniora należałoby zacząć inwestować w akademie, a nie liczyć, czy się to zbilansuje. Wobec tego trenerzy są przerzucani między rocznikami, zawodnicy trzymani w akademii, nie mówiąc o tym, że chociażby drużyna rezerw opłaca obóz z własnych środków. Jasnym jest, że musi się to wszystko spiąć, kasa musi się zgadzać. Tyle, że w naszej akademii jest ten komfort, że trenerzy mający tytuł magistra wychowania fizycznego, są zatrudnieni w szkole, zawodnicy stroje kupują sami, a koszt obozu pokrywa szkoła. Kwoty dotacji akademii z miasta można sprawdzić w BIP UM Katowice i latami były to kwoty naprawdę duże, porównując chociażby z Rozwojem. Pieniądze można również pozyskiwać z zewnątrz. Dużo łatwiej pozyskać jest sponsora dla dzieci niż do drużyny seniorów. Po za tym można zawierać umowy barterowe i korzystać z artykułów danego partnera.
  3. Trenerzy: trenerom akademii na pewno nie można zarzucić braku zaangażowania w pracę, poświęcenia dla tych chłopaków, inwestycji w siebie i chęci rozwoju. Nie jest to łatwa praca, życie ułożone pod terminarz, o długich weekendach, majówkach można zapomnieć. Impreza rodzinna to samo. Z drugiej strony, jeśli ktoś się zdecydował, to należy wymagać. Otwartym pytaniem jest, czy nasi trenerzy się rozwijają jak należy? Ciężko o to, gdy jednego dnia prowadzisz trening o 8.00 z 11-latkami, o 11.00 z 16-latkami, a po południu wspomagasz grupę przedszkolną. Pomijając to, że skakanie po kategoriach same w sobie nie może być dobre, to trenerzy nie mają czasu by, przygotować trening w spokoju, zrobić analizę meczu czy treningu. Nie mówiąc o zwyczajnym wypoczynku, by się nie wypalić. Kolejnym pytaniem pozostaje, czy rolą trenera akademii jest jeżdżenie od 6.30 autobusem, który zbiera dzieciaki z Katowic i dowozi na trening?
  4. Warunki treningowe: w tym przypadku nie jest najgorzej, bo w Katowicach boisk jest sporo, a baza się rozbudowuje. Jednak boiska dobrej jakości to jedna sprawa, drugą pozostaje kwestia liczby drużyn w jednym czasie na boisku. Nie rzadko zdarza się, że na jednym boisku odbywają się treningu dwóch grup, a między nimi radzić muszą sobie bramkarze na treningu bramkarskim.
  5. Pomysł na trenerów: klub w swojej filozofii nie ma kompletnie pomysłu na trenerów. Kilka lat temu naturalnym wydawało się, że tacy trenerzy jak Cholerzyński czy Napierała w perspektywie czasu dołączą do pierwszego zespołu w roli jednego z asystentów. Panowie pokazali na boisku, że dobro klubu mają w sercu, ale nie o tym mowa. Posiadają uprawnienia UEFA A, szczebel niżej niż najwyższe UEFA PRO. Oczywiście trenerom pierwszej drużyny nie należy narzucać kształtu sztabu, jednak, skoro trener Janusz Jojko nie jako z urzędu był trenerem bramkarzy u wielu trenerów, to dlaczego któryś z powyżej wymienionych nie może być w sztabie pierwszego zespołu również odgórnie? Należy dać szanse i zobaczyć czy warto nadal w nich inwestować, bo nie jest sztuką ściągać kolejnych ludzi np. z Deductora, który de facto i tak musi łączyć z pracą w akademii, żeby się zgadzało, jak Łukasz Tomczyk. Dobrym przykładem jest nasz były zawodnik Piotr Plewnia, który właśnie w takiej roli był w Odrze Opole, finalnie w awaryjnych sytuacjach był jako strażak, a obecnie jest w trakcie kursu UEFA PRO
  6. Selekcja trenerów: jak to w życiu bywa, to że ktoś chce i bardzo się stara nie zawsze znaczy, że taka osoba się nadaje. Czy w naszej akademii jest jakakolwiek weryfikacja trenerów? Ja osobiście tego nie wiem. Natomiast z informacji, które posiadam, to większość z tych, którzy odeszli, zrobili to z własnej woli. W drugą stronę – jeśli w jakiejś mniejszej, być może prywatnej akademii jest osoba, która ma odpowiednie kompetencje, jak najbardziej należy ją zaprosić do współpracy.
  7. Skauting: przyjścia wyróżniających się zawodników z innych klubów odbywają się na zasadzie obserwacji ich podczas meczów z drużynami z akademii, co jest sprawą jak najbardziej naturalną. Jednak to tylko margines tego, co tak naprawdę w tej kwestii można zrobić. Na samym tylko Śląsku jest wiele mniejszych akademii, które są regularnie drenowane przez większego kluby. Bez szybkiego działania nie ma możliwości wyprzedzić tych większych. A to jesteśmy w stanie zrobić dzięki skautingowi.
  8. Rola trenera: trener akademii mimo wielu obowiązków, które widzimy w punkcie trzecim, musi zadbać o sprzęt (i wozić go w samochodzie), zawieźć do pralni. Oczywiście część z tych zadań nie ma, jak przeskoczyć ze względów infrastrukturalnych. Myślę natomiast, że gdyby do każdej z drużyn zatrudnić kierownika, niech to nawet będzie rodzic czy dziadek, który i tak jest na każdym meczu i chętnie by się zaangażował, żeby móc oglądać swoją pociechę i zaproponować mu za to zwrot kosztów, koszulkę po sezonie czy karnet na mecze seniorów. Taka osoba powinna czuć się potrzebna, doceniona, a nie wykorzystywana. Obecnie są osoby, w akademii które robią coś bardziej z chęci niż dla zarobku, ale sposób w jaki współpraca wygląda, pozostawia wiele do życzenia.
  9. Szacunek dla wychowanków: to jest temat do każdej ze stron. Klubu, akademii czy nawet kibiców. O tym, że wychowanek już na starcie ma gorzej świadczą chociażby rozmowy kontraktowe – zawodnik z zewnątrz dostanie lepszy kontrakt, dużo więcej szans na starcie. Czy w akademii szanujemy swoich wychowanków jako trenerów? Ileż to razy słyszało się, że swój to i tak zostanie z sentymentu, to zbytnio starać się nie trzeba. Podejście kibiców do wychowanków to też temat do dyskusji, bo niech każdy z nas uderzy się pierś czy też był w tej kwestii w porządku. Ileż to chujów z trybun usłyszeli Górski, Wijas, Cholerzyński, Wołkowicz czy Szołtys? Swoje wysłuchali czy przeczytali. A z klubu wylatywali „na kopach”. Czy słusznie? Być może, ale na pewno lepiej wybrzmiewają od swoich kibiców słowa: zjebałeś, ale dawaj dalej, walczymy razem, a jak się nie łapie do składu, to życzyć po ludzku powodzenia, bo to za wysokie progi niż słowa wypierdalaj nieudaczniku, jesteś pizdą itd. Część z osób po czasie zapomina, że takie słowa wypowiedziało bądź napisało, ale niestety bywało i tak. Chcemy swojej młodzieży, to też w jakiś sposób ją szanujmy. Później dochodzi do kuriozalnych sytuacji, że za swoich mamy ludzi, którzy są tutaj na chwilę, a przy dobrej ofercie zawiną się do innego klubu. Zresztą przykład Rafała Góraka jest doskonały – kilkoma hasłami jak to GKS nie jest w jego sercu, kupił łaskę kibica, a gdy przyszło się faktycznie określić, czy jest GieKSiarzem, to wyszło fatalnie.
  10. Współpraca z Banikiem Ostrava: nasz zaprzyjaźniony Banik Ostrava wychowankami stał przez wiele lat. W kadrze Czech z Polską grali Jiri Pavlenka i Vladimir Coufal, czyli wychowankowie Banika. Po za tym oczywiście są to Milan Baros, Marek Jankulovski, Tomas Galasek, Vaclav Sverkos i Jan Lastuvka, czyli piłkarze, którzy mają za sobą piękne kariery. Baros i Jankulovski wygrali Ligę Mistrzów, Coufal Ligę Europy. W kadrze Banika nie brakuje wychowanków od i to praktycznie od zawsze. Oczywiście Slavia i Sparta jako bogatsze kluby mocno poszły w szkolenie i Banik ma sporą konkurencję, jednak mimo to nadal jest to szkółka na bardzo dobrym poziomie. Mimo bliskiej odległości nie jesteśmy dla siebie konkurencją z wiadomych względów, więc logicznym wydaje się nawiązać współpracę. Podglądać, jak robią to lepsi od nas. Co ciekawsze i gorsze zarazem widzimy, że bardzo chętnie współpracuje z naszymi braćmi Górnik Zabrze, często bywa na turniejach organizowanych przez Banik przy naprawdę topowej obsadzie, regularnie rozgrywa sparingi. Wnioski są takie, że odległość od Ostrawy i dobre stosunki należy wykorzystywać!
  11. Brak CLJ: wiadomo, że w naszym regionie jest z kim walczyć o Centralną Ligę Juniorów. Jednak ligi te powstały już dawno temu, a my zagraliśmy tam przez chwilę. Każda licząca się akademia ma przynajmniej jedną drużynę w CLJ w którejś z kategorii. Ekipa Łukasza Bagsika z Dominikiem Szalą (nazwisko nieprzypadkowe), którego mogliśmy oglądać na ostatnim młodzieżowym Euro, awansowała do CLJ. Sukces duży, jednak tło tego sukcesu jest niekorzystne z perspektywy akademii. Drużyna była zaprzeczeniem tego, jakie wytyczne były w akademii. Docelowo zawodnicy mieli być w SMS – ta grupa nie była i trenowała popołudniu. Ówcześni trenerzy mieli zakaz prowadzenia treningów indywidualnych dla swoich podopiecznych – trener Bagsik mógł je prowadzić. Obozy, sparingi? Wszystko robił według własnego uznania. Robił to skutecznie i brawo! Było się od kogo uczyć, no ale właśnie było. Trener Bagsik przyszedł do klubu z drużyną Sparty Zabrze. Nie dziwi więc, że gdy odszedł, piłkarze poszli za nim do Górnika Zabrze.
  12. Rozwój trenerów: jak pisałem wyżej. Trenerzy z akademii mimo chęci rozwoju nie za bardzo mają na to czas, ze względu na nadmiar obowiązków. Każdy robi to na własną rękę, ale pytaniem jest czy akademia, czy klub robią coś w tym kierunku? Czy dają narzędzia do rozwoju trenerów w postaci szkoleń, warsztatów itd.? Przede wszystkim czy same rozwijanie się, czy doszkalanie jest przez akademię wymagane? 
  13. Zarząd: prowadzenie akademii nie jest zadaniem łatwym, to sprawa jak najbardziej oczywista. Przez wszystkie lata, w jakich funkcjonuje AMG, zostało wykonanych wiele dobrych rzeczy. Liczba roczników, ciągłość szkolenia, skoordynowanie szkoła-trening. Jednak akademia ma szkolić, a nie być biznesem, a mam wrażenie, że w pewnym momencie poprzedni zarząd zadowolił się sprawnym działem organizacji, zbilansowaniem się budżetu, a nie „produkcją” piłkarzy. Nowy zarząd niewiele w tym kierunku zmienił, więc ten kamyczek stale ląduje w ogródku. Mało tego, składki w akademii idą w górę, a czy idzie to w parze z wynagrodzeniem trenerów czy ich liczbą? Tego nie wiem. W dużej organizacji są potrzebne osoby od tzw. papierków, ale uważam, że mimo wszystko osoby zarządzające akademią muszę mieć jakiekolwiek rozeznanie w sporcie czy szkoleniu młodzieży. Tego o Pani Kindze Pajerskiej-Krasnowskiej powiedzieć nie można.
  14. Wypożyczenia: jednym z kroków wprowadzania młodzieży do pierwszej drużyny jest ogrywanie ich przez niżej notowane kluby. Ta działka mocno leży, ponieważ nie jestem w stanie przypomnieć sobie chociaż jednego zawodnika, który ograł się niższym poziomie i wrócił do klubu, by rywalizować o miejsce w składzie. Oczywiście bardzo często winny temu jest materiał, ale systemowo jest to robione źle. Zawodnik wypożyczony – problem rozwiązany, a zawodnikiem nikt się przez okres wypożyczenia nie interesuje, nie mówiąc o monitorowaniu, analizie gry itd. Wypożyczając zawodnika, należy odpowiednie sporządzić umowę. Tak, aby zawodnik grał tam jak najwięcej, wzorem młodzieży z Poznania. 
  15. Relacje rodzice–akademia: rodzice są klientami akademii, to fakt niezaprzeczalny. Wiele razy słyszało się o problemach na linii rodzice–akademia. Zrozumiałym jest, że dialog musi być na odpowiednim poziomie. Jednak nie może być sytuacji, że ogon kręci psem. Rodzice nie mogą mieć wpływu na to, w jakiej grupie gra jego dziecko, u jakiego trenera trenuje. Oczywiście o ile nie ma sytuacji, które tego wymagają. Rodzic powinien być przekonanym, że akademia robi wszystko co najlepsze dla jego dziecka. Myślę, że w tej kwestii działa wszystko jak należy. W każdym razie akademia musi doprowadzić do takiego momentu by rodzic wiedział jaka jest jego rola, a rozmowa toczyła się na partnerskich zasadach.
  16. Kluby partnerskie: duże akademie współpracują z mniejszymi ośrodkami, a takich w okolicy nie brakuje. Mamy tutaj umowę o współpracy z drużyną z Warszowic, jednak jest tego zdecydowanie za mało. Drugą sprawą są zasady tej współpracy. Kiedyś klubem partnerskim była Sparta Katowice. Jednak po za podpisanym papierkiem niewiele z tego wynikało, a dzisiaj pewnie w samej Sparcie nikt o tym nie chce słyszeć. Podobną umową byliśmy kiedyś związani z Rozwojem, natomiast umowa była podpisywana na wyższym niż akademia szczeblu.
  17. Wykorzystywanie innych sekcji wewnątrz klubu: artykuł ten odnosi się do piłki nożnej chłopców, natomiast należy pamiętać o tym, że klub jest wielosekcyjny. Z racji tego, że do poważnej piłki przebije się niewielu, to dlaczego nie monitorować chłopaków pod kątem innych sportów? Mamy akademie hokeja, siatkówki czy zapasów (w odrębnym podmiocie). Do pewnego wieku zawodnicy mogą regularnie odbywać zajęcia z siatkówki czy hokeja, a trenerzy oceniać ich przydatność pod kątem danego sportu. Być może zawodnik, który odstaje w piłce, odnajdzie się z sukcesami w innym ze sportów i odwrotnie. 

Ktoś powie abstrakcja, no ale nawet w naszym klubie był taki przypadek. Grzegorz Kosok to nasz wychowanek z rocznika ’86. Nie kojarzycie go z boisk piłkarskich, bo karierę przeżywał w siatkówce, grając między innymi w Resovii czy Jastrzębiu. Zdobył trzy Mistrzostwa Polski i grał w reprezentacji. Więc pytanie, jak mogłoby to wyglądać, gdyby odbywało się systemowo. To jest luźna propozycja, a mając na uwadze bajzel w piłkarskiej akademii, obawiam się, że w innych sekcjach może być jeszcze gorzej. Dla przykładu sekcja hokeja nie ma klas sportowych. Był pomysł, żeby otwierać je od roku szkolnego 2023/24, ale nie wiem, na jakim etapie jest ta sprawa. 

Każdy z powyższych argumentów to moje prywatne, subiektywne zdanie. Jednak poparte argumentami, a przede wszystkim obserwacjami tego, co się dzieje w klubie w klubie i akademii przez wiele lat. Mam świadomość, że wiele cierpkich słów padło pod kątem szefów akademii, a mniej trenerów. Każdy kto pracuje w większej firmie (tak naprawdę każdego rodzaju działalności) zdaje sobie sprawę, że to jak wygląda działalność przedsiębiorstwa i wizja, jaką ma, zależy od jego zarządzania. To, że ktoś źle pracuje na danym stanowisku jest winą przełożonego, bo takiego pracownika należy nauczyć, później wymagać, a jeśli olewa swoje obowiązki: ukarać lub zwolnić. Na takich samym zasadach musi funkcjonować akademia. Wychowywać nam w pierwszej kolejności zawodników, w dalszej być może trenerów czy pracowników. Akademia to też budowanie społeczności. Nie każdy będzie piłkarzem, ale każdy z tych chłopaków powinien być częścią całej rodziny GieKSy, a to już dłuższy proces.

Obecnie akademia Młoda GieKSa to ładna fasada z zewnątrz, a w środku wiele rzeczy wygląda zdecydowanie gorzej. Nie pozostaje nic innego, jak zacząć w końcu układać to jak należy.

Zachęcam Was do dyskusji, bo jak widać jest o czym. Być może macie inne spostrzeżenia w tym temacie. Mam świadomość, że mogę się mylić w wielu miejscach, więc jeśli ktoś chce mnie sportować, to zapraszam. Jeśli pomyliłem liczby, nazwiska czy daty, to z góry przepraszam – pamięć bywa ulotna.

Z GieKSiarskim pozdrowieniem! 

Leszek Górecki

4 komentarze
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

4 komentarze

  1. Avatar photo

    Sebastian

    11 września 2023 at 20:53

    Witam. O wychowanków naszego klubu pytają bardzo dobre zespoły w tym mistrz Polski,ale my ich nie sprawdzamy, pościć te nie chcemy, a czasami jest i tak że po fakcie mówi się jednemu czy drugiemu że pytał o ciebie… I wtedy ch… cię trafia bo kochasz ten klub i nie rozumiesz takiego prowadzenia wychowanka.

  2. Avatar photo

    Kucharz74

    12 września 2023 at 10:19

    1.trenerzy zatrudniani na caly etat za godziwe pieniądze nie 500-1000zł
    2.dostep do psychologa sportowego dietetyka trenera motoryki
    3.trening wysilkowy dostosowany do danego zawodnika waga,wzrost,wiek
    4.lekarz sportowy wyznaczony przez klub

    To na początek bez tych podstaw niestety możemy się dalej bawić Ino gieksa!!!

  3. Avatar photo

    Bolo

    12 września 2023 at 11:08

    Niestety nasza GIEKSA ma najsłabsze szkolenie młodzieży z pośród klubów ościennych,nawet mały klubik jak Rozwój który ma dwa razy mniej dzieciaków jest dużo lepszy.Brak dobrych trenerów i co za tym idzie pomysłu i zaangażowania.

  4. Avatar photo

    Mleczak

    12 września 2023 at 15:08

    Szacun za powyższy art. Clue jest takie, że nie ma osoby zarządzającej z prawdziwego zdarzenia. Liczyłem, że wraz z pojawieniem się Pańpucha, było nie było wieloletniego pracownika osławionego Gwarka, zmieni coś i u nas. Być może jest jeszcze za wcześnie by oceniać, ale na razie szału nie widać. Chociaż nieuczciwie jest mówić, że akademia stoi w miejscu. Natomiast dynamika progresu musi być większa bo jak z powyższego wynika, dużo rzeczy funkcjonuje źle lub wcale. Dla dobra GieKSy mocno liczę, że jakiś wychowanek na dobre przebije się do pierwszego składu!

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Kato-Miszkolc dwa bratanki – reportaż z Węgier

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Swą podróż do Miszkolca rozpocząłem już dzień przed meczem. Za długo człowiek czekał na te puchary, żeby odmówić sobie przyjemności zrobienia „kontentu” daleko wykraczającego poza samą piłkę nożną. Lata jeżdżenia po ośrodkach pierwszoligowych, a przez chwilę nawet drugoligowych mogła wywołać rutynę i znudzenie. Ileż razy można było jeździć do Suwałk, Grudziądza czy Pruszkowa. Sześcio- czy siedmiokrotne wizyty w niektórych miastach (a na Arce czy w Niecieczy to i osiem razy) powodowały, że stadiony rywali znałem jak własną kieszeń.

Teraz sytuacja się odmieniła, bo mamy ekstraklasę i jest trochę nowości. To znaczy teraz dalej będą powtórki, ale nowe. Na takim Rakowie od awansu byliśmy już trzy razy, a już niedługo będzie czwarty. Taka rutyna nie zaszkodzi. Za to europejskie puchary są jedyne w swoim rodzaju, bo prawdopodobieństwo trafienia na tego samego przeciwnika jest nikłe. Dlatego są to doświadczenia unikatowe. Wymagające specjalnego potraktowania.

***

Śniadanie to najważniejszy posiłek dnia. A zwłaszcza przed podróżą. Dlatego też musiała najpierw nastąpić konsumpcja. Jeszcze chwila ogarnięcia się i w drogę na Węgry. Czekało mnie planowo ponad pięć godzin jazdy, ale wiadomo było, że z postojami wyjdzie to nieco dłużej.

Było ciepło, bardzo ciepło. Ale to była tylko przygrywka do tego, co się będzie działo na Węgrzech. Zapowiadane temperatury na środę i czwartek to 39 stopni. Grunt to dobry humor i… klimatyzacja.

Droga przebiegała spokojnie. Trochę zakorkowany wjazd na Zakopiankę, ale zupełnie bez tragedii. No i dalsza trasa. Zakopianka czy nowa Zakopianka przebiega naprawdę malowniczymi terenami, na granicy Beskidu Żywieckiego, a Beskidu Wyspowego, Makowskiego czy Gorców. Dzięki czemu podczas trasy możemy podziwiać malownicze wzgórza, z tymi rozpościerającymi się przysiółkami, domostwami. Na swoich długo czy średniodystansowych szlakach przecinałem Zakopiankę – czy to na Głównym Szlaku Beskidzkim, a także szlaku Brzeźnica – Kacwin.

W Nowym Targu było odbicie. Za miastem krótki postój na kupienie czegoś zimnego i stacyjną przekąskę. Już stąd rozciągał się piękny widok na Tatry. Tatry, które miałem od wschodniej strony objechać. Cieszyłem się na tę drogę. Tym bardziej, że w życiu tak dużo chodziłem po górach, że nieraz jadąc przez jakieś dziwne miejsca mogłem powiedzieć – byłem tutaj.

Tak było choćby, gdy przejeżdżałem przez Bukowinę Tatrzańską, przez którą przechodzi szlak Trzy Kopce – Chochołów. Przeszedłem go za drugą próbą, bo za pierwszą narzuciłem sobie zbyt duże tempo pierwszego dnia i po przejściu ponad 40 kilometrów w ulewnym deszczu poległem. Pamiętam, że dzień później GieKSa wygrała u siebie z Garbarnią 2:0. Czasy Covidowe.

Tak więc Bukowina (wcześniej Białka) czy Czarna Góra były mi dobrze znane. Ja tym czasem zbliżałem się do granicy w Jurgowie, a moim oczom ukazywały się najpiękniejsze Tatry Bielskie. Przejeżdżałem przez Zdziar. Miejscowość, w której miałem kiedyś nocleg przed wielodniowym pobytem w Tatrach Słowackich. Wówczas to ruszyłem w Tatry Bielskie właśnie – niestety na Hawrań, Murań czy Płaczliwą Skałę nie można wchodzi ze względu na rezerwat – choć jakieś gagatki wówczas miały to za nic i i tak wchodziły. Ja potem udałem się do schroniska przy Zielonym Stawie i Jagnięcy Szczyt. To byli czasy.

Jadąc autem niestety nie mogłem robić zdjęć w najbardziej efektownych momentach. Ale gdzieś tam raz czy dwa przystanąłem i udało się zrobić fotki tych majestatycznych, zielonych i trawiastych zboczy. To naprawdę jedno z moich ulubionych miejsc.

Droga przebiegała spokojnie – przez Tatrzańską Kotlinę, Tatrzańską Łomnicę i Wielką Łomnicę. Gdzieś tam kilka razy przecinałem tory, po których porusza się Elektrická, czyli kapitalna transportowa sprawa, pozwalająca poruszać się w większej części południowego krańca Tatr. Sam z niej korzystałem wielokrotnie. Wkrótce dotarłem na obrzeża Popradu, a to oznaczało, że zaraz wyjadę na autostradę.

Droga tą autostradą to była poezja. Samochodów było na niej niebywale wręcz mało. Często zdarzało się tak, że zarówno z tyłu, jak i z przodu na horyzoncie nie było ani jednego. I tak przez całe, całe minuty. Jechałem więc przez te słowackie pola, malowniczo to wyglądało, inaczej niż w Polsce. Tak więc podążałem sobie ku Węgrom.

Po drodze stwierdziłem, że jednak nie będę jechał na miejscówkę, tylko od razu na stadion na przedmeczową konferencję. W Żylinie nie dałem rady ze względu na to, że w środę jeszcze „uszczknąłem” pracę i wyjeżdżałem dopiero o dwudziestej. Tutaj z racji porannego wyjazdu, konferencja była wpisana w plan.

Zszokowałem się, gdy podczas postoju na stacji wysiadłem z auta. Wiadomo, w samochodzie klimatyzacja i człowiek się przyzwyczaja do normalnej temperatury. Po wyjściu na zewnątrz – ukrop. Niesamowity ukrop. Można było odnieść wrażenie, że im bardziej na południe, tym goręcej. W sumie – logicznie.

Dojechałem do węgierskiej granicy. Dalsza droga aż do Miszkolca, równie przyjemna, co na Słowacji. Kilkadziesiąt minut i dotarłem do miasta docelowego. Wjazd do centrum i w stronę stadionu. Odrobinę inaczej niż w Polsce, na przykład czerwone światło i zielona strzałka na wprost. Za pierwszymi dwoma razami miałem zawias. Potem już śmiało jechałem.

Dotarłem do stadionu DVTK, czyli Diósgyőri Vasgyárak Testgyakorlók Köre, bo tak nazywa się drugoligowy klub, który gra na tym obiekcie. Co ciekawe klub ma na koncie Mistrzostwo Węgier w… szachach. Dobrze znamy ten smak triumfu w krajowej lidze.

Pod stadionem byłem o 16.40, czyli pół godziny przed planowaną konferencją. Stadion wyglądał… tak jak na Google Maps. Dzisiaj coraz mniej jest tajemnic. Choć jak na Google Maps „wjedziecie” sobie na sam parking tuż przy stadionie – to zobaczycie zdjęcia sprzed kilkunastu lat, jeszcze ze starym oldchoolowym obiektem. W każdym razie prezentuje się ładnie, jest dość spory, a dzięki informacjom sprzed wyjazdu, dokładnie wiedziałem, gdzie wejść.

Tak więc podchodzę do panów ochroniarzy, jeden powoli, mozolnie, gasi papierosa i zmierza do drzwi, żeby mnie wpuścić. Otwiera je i pokazuje następne, gdzie jest sala konferencyjna. Wchodzę więc i witam się z ludźmi z oficjalnych mediów GieKSy, którzy też niedawno – dotarli na miejsce. Kręcą się tam ludzie z Hapoelu Tel Awiw, drużyna miała chwilę wcześniej trening. A ja czekam na konferencję, na której pierwotnie miał być trener i Alan Czerwiński, ale z racji lekkiego opóźnienia pojawił się tylko szkoleniowiec.

Jestem jedynym na tej konferencji oprócz chłopaków i dziewczyny z oficjalnej. Zazwyczaj było tak, że jak nie było żadnego dziennikarza na tych briefingach, to po prostu media GieKSy robiły wywiad z trenerem. Tutaj zrobiliśmy wszystko „oficjalnie”, czyli przy stole, na tle ścianki Hapoelu.

Zadaję pytanie trenerowi o Węgry, gdyż to w tym kraju zaczęła się jego historia w GKS. Pamiętne zgrupowanie w Telki, na które pojechaliśmy jako redakcja Bukowej, by je relacjonować. To było 15 lat temu, a my wówczas połączyliśmy wakacje z pracą na rzecz GieKSiarskiej społeczności. Dziwne, trudne i piękne to były czasy. Byliśmy na sparingach, m.in. GieKSa grała z Honvedem w Budapeszcie, a przed tymże sparingiem odegrano hymn Polski. Wszyscy byliśmy wtedy młodziutcy, zresztą zobaczyć możecie to na filmach poniżej. No i był kot Laszlo w ośrodku reprezentacji Węgier.

Jeszcze przed briefingiem i po nim udaję się na sektor prasowy. I tam od razu niespodzianka. Na stanowiskach są już wydrukowane kartki z nazwiskami dziennikarzy, więc mam już swoje przyporządkowane miejsce. Jest to komfort – dzień przed meczem znać już wszystkie trakty, wiedzieć, gdzie wejście, sala konferencyjna, jak wygląda prasówka. Jest to odhaczone i nie trzeba się następnego dnia stresować. Bo często na stadionach te oznaczenia są niejasne lub w ogóle jest ich brak, a ochrona zazwyczaj nic nie wie.

 

A tutaj – komfort. Dodatkowo sama prasówka jest na samej górze (jak wchodziłem, to jakiś gościu wywoził stół do ping ponga). Wszystko na swoim miejscu. Widok na boisko znakomity. Toteż po konferencji siadam na chwilę na „swoim” stanowisku i gdy piłkarze zaczynają trening – ja zamieszczam na stronię relację z konferencji właśnie. Zajmuje mi to wszystko z godziny, po czym kieruję się do wyjścia.

Przed stadionem spotykam jeszcze rzecznika Michała i pana Bogdana, kierowcę GieKSiarskiego autobusu. Mówimy o tym upale i problemie ze schłodzeniem w zadowalający dla pasażerów-piłkarzy sposób. Upały dają się we znaki, a schłodzić taki gabaryt, to jednak duże wyzwanie. W autobusie nadal było więc ponad 25 stopni, temperatura zatem niezbyt ciekawa do funkcjonowania. Przynajmniej zawodnicy nie musieli się te powiedzmy 7 godzin smażyć, ale jednak droga z lotniska z Koszyc do Miszkolca, no i potem transfery na stadion to jednak jest pewien czas spędzony w autobusie.

Ja wsiadam do auta i ruszam na kwaterę, do której mam kwadrans. GPS prowadzi mnie jakimiś drogami, krętymi i górskimi – bo trzeba przez jakieś wzgórze przejechać – i po drodze robię jeszcze postój w Lidlu. Przede wszystkim zaopatruję się w picie, bo w tym upale to jest obowiązek. Plus kilka rzeczy do jedzenia. Zwracają uwagę typowo węgierskie specjały w lodówkach. Salami po prostu być musi. A na półkach nie może zabraknąć węgierskich past paprykowych. Jedną taką kupuję. Bo choć wiem, że jest przeraźliwie słona (11,5 g soli na 100 g), to ma swój paprykowy klimat.

Po kilku kolejnych minutach docieram na kwaterę. Brama zamknięta, dzwonię, nikt nie wychodzi. Dzwonię na telefon – cisza. Dopiero po paru minutach wyszedł gospodarz, uff. Mówi po angielsku i to bardzo komunikatywnie. Znakomicie. Dokonujemy formalności i prowadzi mnie do pokoju. Za chwilę największa próba – czy działa klimatyzacja. To był absolutnie główny punkt przy doborze noclegu. Były bowiem lepsze lokalizacje, bliżej centrum czy stadionu. Jedno miejsce było super, ale w komentarzach pisali, że klima jest, ale nie działa. Tutaj załączam i od razu powiało przyjemnym chłodkiem. Pięknie. Jestem na miejscu. A w lodówce – półtoralitrowa, schłodzona woda mineralna.

Chwila ogarnięcia się, rzeczy do lodówki. Prysznic po podróży. No i miałem upatrzoną restaurację nieopodal, gdzie wyczytałem, że menu jest po polsku, a opinie bardzo dobre. Udaję się więc do niej na obiadokolację. Jestem już mocno głodny, bo wcześniej jadłem tylko wspomniane śniadanie i hot doga na stacji, ale to z siedem godzin temu. Idę więc do wspomnianej knajpki. Co prawda mam ochotę na jakieś węgierskie dania, ale z drugiej strony obawiam się, że leczo czy zupa gulaszowa to będzie za mało. Tym razem więc jeszcze nie kombinuję i biorę solidnego burgerasa. Co prawda tu jedna z opinii była taka, że burger mały, więc ktoś musiał dokupić sobie deser, żeby się najeść. No ale patrzę – 220 gram mięsa, więc solidny kotlet. I rzeczywiście wizualnie – przed nie jakąś wielką bułkę – sprawiało to wrażenie, że jest trochę małe, ale ostatecznie – delikatnie mówiąc – najadłem się. Było sycie i sowicie. Do tego dwie homemade ice tea. Pragnienie było duże. Mimo wielu godzin w klimie w aucie, ten upał nie pozostawał obojętny dla organizmu. Było to bardzo sympatyczne posiedzenie, na ogródku na takim podeście. Wieczorem już dało się wytrzymać.

Zabawne jest to, że gdy siedzę w tej knajpce, przychodzą… media GieKSy. Naprawdę świat jest mały. Uważam, że to miejsce na nocleg, które wybrałem, nie jest oczywistym wyborem, bo znajduje się na takich totalnych przedmieściach Miszkolca – dokładnie w dzielnicy Miskolctapolca. Szansa, że oni będą w tym samym miejscu, wybiorą tę samą knajpę była naprawdę mała. A jednak. Jeszcze potem spotykamy się po opuszczeniu lokalu.

Ja wracam na kwaterę. Przypominam sobie, że dzisiaj gra Górnik. Ale nie chce mi się odpalać laptopa. Przychodzi mi więc do głowy myśl, że może w węgierskiej telewizji leci mecz z Ferencvarosem. I tak jest w istocie, więc oglądam drugą połowę. Potem piszę jeszcze felieton przedmeczowy i czas na spanko. Jutro zapowiada się intensywny dzień.

***

Po skonsumowaniu zakupionej dzień wcześniej bułki z „wypalonym” napisem „ham and cheese”, ruszam do miasta. Patrzyłem wcześniej, jak to się układa z parkingami, płatnościami. Wybór pada na parking pod Sparem nieopodal centrum. Kilkanaście minut i koło jedenastej jestem na miejscu. Jedenastej, bo musiałem lekko odespać. Więc pobudka była przed dziewiątą.

W przeciwieństwie do Żyliny, nie mam żadnego planu zwiedzania. Jedyne cele, o których myślę to ten plac napisem Miszkolc oraz wzgórze z wieżą TV, z której jest widok na miasto. Ale to mgliste. Na początku nawet nie wiem, którędy dokładnie tam iść, dopiero po chwili patrzę na mapę.

Na razie jestem na takiej ruchliwej, głównej ulicy. Fajne jest rondko z wypukłościami na liniach rozdzielających pasy, dzięki temu żaden gagatek nie będzie jeździł, jak chce. Problem będzie wtedy, kiedy ktoś się pomyli, ale cóż – zdarza się.

Wchodzę w ulicę István Széchenyi, drogę bez samochodów, za to z tramwajami. I typowo węgierską ulicą – idę przed siebie. Miasto w czwarte o 11.00 jest jednocześnie żywe i spokojne. Jest trochę ludzi, ale nie widać absolutnie żadnej gonitwy czy napięcia. Wszystko się toczy swoim spokojnym rytmem. Powiedzielibyśmy, że to taka spokojniejsza (i schludniejsza) 3 maja. Jest trochę zieleni, trochę drzewek.

Upał jest niesamowity. W zasadzie kilka minut po wyjściu z samochodu, normalnie idąc, miałem już mokre czoło. Ale jest mimo to bardzo przyjemnie. Picie z lodówki jeszcze w plecaku jest chłodne.

Docieram do Placu Szent István, czyli Świętego Stefana. Postać ta to książę i pierwszy król węgierski, koronowany w 1000 lub 1001 roku. Zjednoczył on plemiona węgierskie i dokończył proces chrystianizacji na Węgrzech. Na jego cześć nadano też nazwę austro-węgierskiemu pancernikowi, działającemu podczas pierwszej wojny światowej i zatopionemu w 1918 roku. Co ciekawe istnieje film z zatonięcia statku, co jak na wydarzenie sprzed 108 lat jest ewenementem.

Plac jest lekką betonozą, z ładnym klombem po środku. Są też jakieś drzewka na bokach. No i napis białymi literami Miskolc. Idzie się uprażyć na tej patelni, ładnej patelni. W tle wzgórze Avas ze wspomnianą wcześniej wieżą. Robię nagrywkę do trzech razy sztuka, szybkie coś do picia i podejmuję decyzję, by już teraz ruszyć na wzgórze.

Przechodzę więc na ulicę Kálvin János. Tu już mam wrażenie lekko wyludnionego miasta. Jedynie jakiś biegacz robi sobie trening i w pewnym momencie na chodniku – dwa metry ode mnie – pada i zaczyna robić pompki. Mnie czekają teraz schodki, wejście na Avas. Według archaicznego języka „Avas” oznacza zakazany. Pochodzi ona od tego, że w dawnych czasach zakazano pasterzom wypasania owiec na wzgórzu, gdyż obawiano się o zawalenie starych piwnic z winem.

Po kilku minutach mijam protestancki kościół gotycki. Jest zamknięty, więc idę dalej i przechodzę przez cmentarz. Pochowani są tu znani ludzie z życia Miszkolca, jak Bertalan Szemere and László Palóczy. Uwagę zwracają bardzo stare nagrobki, takie wystające z ziemi tablice nagrobkowe. Niektórzy pochowani pod tymi tablicami zmarli jeszcze w XIX wieku. Robi to wrażenie.

Mija południe. Z wież kościoła biją dzwony, nieopodal wybrzmiewa jakby hejnał. Już nie po schodkach, a wąską uliczką minimalnie zwiększam wysokość. To wszystko jest bardzo blisko – nie jest to odległość od podnóża Dubni do wieży w Żylinie. Pod koniec znów jest kilkadziesiąt schodów i – jestem na górze.

Nie wiedziałem wcześniej, czy wejście na wieżę jest płatne i czy w ogóle można wchodzić. Wywnioskowałem to po zdjęciach, na których ludzie faktycznie szwendali się po balkonie. Patrzę przed siebie – są schody na wieżę. Nie ma nikogo, więc jak słowiański i staropolski zwyczaj nakazał – wchodzę.

Okazuje się, że ten „balkon” jest ogólnodostępny, po prostu wchodzi się po schodach i jest się na górze. Więcej niż jedno duże piętro nie trzeba, bo i tak jesteśmy na wzgórzu i nie ma czynników zasłaniających (drzewa). Oczom moim ukazuje się piękna panorama Miszkolca. Rzucają się czerwono-pomarańczowe dachówki większości domostw. Blokowisk jest tu stosunkowo niewiele, ale są. To nie jest wielkie miasto – choć czwarte co do wielkości na Węgrzech, to zamieszkuje je 160 tysięcy mieszkańców. Ze stosunkowo nisko położonej wieży wzrokiem obejmujemy jego zdecydowaną większość. Bez problemu można dostrzec kolejne niewielkie wzgórza i pola za miastem. Na balustradzie są tabliczki z nazwami miejscowości. Do Valenciennes, które dobrze zna Lukas Klemenz jest stąd 1303, a na przykład do Cleveland 7026 kilometrów. Są też miniaturki miszkolckich zabytków.

Widok w tej pogodzie jest bardzo ładny. Może nie tak spektakularny jak w Żylinie, ale tam to była całkiem konkretna duża góra. Tutaj ledwie pewne, acz wyraźne podwyższenie. Patrząc na zachód można dostrzec dach stadionu DVTK. Czyli podobnie jak na Słowacji – z wysokości widzę arenę wieczornych zmagań. Miła sprawa.

Co się okazuje. Piętro wyżej jest… kawiarnia. Taka przeszklona z widokiem na miasto. Dwa razy czy nawet raz nie trzeba było mnie namawiać. Śniadanie bowiem było symboliczne i już wcześniej myślałem o jedzeniu, no i nadeszła pora napić się czegoś zimnego. Wchodzę więc i zasiadam w miejscu, w którym mam przed oczami piękny pejzaż. Przeglądam menu – oprócz słodkich są sandwiche. Decyduję się na kanapkę z salami, jajkiem i serem. Do picia herbata (mimo upału) i lemoniada malinowa. Wnętrze kawiarni jest bardzo ładne i schludne. No i jest… klimatyzacja. Ludzi prawie zero, jakaś babcia z wnuczkami jedna. Bardzo przyjemnie. Czwartek godzina 12.30. Idealnie, by coś takiego zrobić. Mając w planach wieczorem mecz piłkarski.

Lemoniada jest przepyszna. Smaczna plus gazowana. Idealna na taki upał. Napawam się nią i czekam na kanapki. I kelner/barman – sympatyczny, trochę przypominający Adama Zreľáka – przynosi dosłownie kanapki. Cztery średniej wielkości właśnie z salami, plastrem jajka i kosteczkami sera a la ementaler. Pychota. To jest to, czego potrzebuję na mały głód. Aż nie chce się iść dalej, tak jest przyjemnie. W sumie spędzam na Avas godzinę.

Schodzę dalej tymi wyludnionymi drogami i znów pomiędzy ciekawymi domostwami na wzgórzu. Chcę znów zajrzeć do centrum, podobno jest tam synagoga, więc w temacie dzisiejszego spotkania. Nadal jest wyludnienie i pusto.

Gdzieś tam przejeżdża węgierska „eLka”, czyli „teTka”. Uczący się jeździć są właśnie oznaczeni literką T. Dlatego też, tak jak u nas „L” jest wplatane w nazwy szkół jazdy, jak w dobrze znanym kibicom GieKSy „Zielonym Listku”, tak tutaj widziałem szkołę, która nazywała się „Green lighT”. Jest to pomysł. „T” pochodzi od węgierskiego „tanuló”, czyli uczeń. W Polsce „L” znaczy po angielsku „learner”, czyli również uczeń właśnie.

Są tu i budki telefoniczne, ale niektóre opatrzone logiem T-Mobile. Z ławeczką w środku. Obrazki, raczej u nas niespotykane. Całkiem przypadkiem trafiam w kolejne charakterystyczne miejsce. Sympatyczny skwerek z kolejnymi siedziskami, choć głównie na betonie, więc mało kto tu siedzi w tym skwarze. Są knajpki, fontanny i rzeczka Szinva. Zwłaszcza jedna knajpka, przy wąskim przejściu ze stolikami tuż nad tą rzeczką, ma swój klimacik. Lokalista – gdyby dopiero co się nie posilił i napoił, zasiadłbym zapewne tutaj.

Jest i popularny motyw w niektórych miastach, jak na przykład w Pszczynie, czyli kolorowe parasolki nad uliczką. Tutaj kolory są jasne i stonowane – czyli jasnożółty, fioletowy czy czerwony. Być może nieco wyliniały po prostu.

Po chwili jestem na placu przed kościołem Franciszkanów. Kolejny betonowy plac z dwiema fontannami, jedną ładną, błękitną i takimi uroczymi kanalikami, którędy przepływa woda. Naprzeciw jest wspomniana synagoga. Chcę zajrzeć, ale jest zamknięta, więc odpuszczam. Wchodzę natomiast do kościoła. Mogę tylko zajrzeć przez zamknięte drzwi już w środku – do środka.

Wychodząc orientuję się, że kończy mi się trzygodzinny czas parkingu. Chcę więc przedłużyć o godzinę – będę miał wtedy jeszcze godzinę i dziesięć minut. Przedłużam no i lipa. Tamto dziesięć minut mi się skasowało i godzinę naliczyło już bez nich. Bezsens. No i to powoduje, że muszę odrobinę się pospieszyć, bo w planie mam jeszcze jeden punkt.

Idąc na północ widzę już jakieś zastępy policji w radiowozach zmierzające gdzieś tam. Czy to już pod mecz? Nie wykluczam. Jest godzina czternasta. Potem, gdy będę szedł do samochodu, będzie przejeżdżał cały autokar z policją.

Podążam więc główną ulicą mijając slalomem coraz to kolejne wylewki asfaltu. Nie wiem, kiedy je położono, wiem jedynie, że wdepnięcie w tej temperaturze mogłoby mieć opłakane skutki. Mijam jakiś starodawny, socjalistyczny moloch – niby znany u nas widok, a jednak jakiś inny. Te na Słowacji czy właśnie tutaj sprawiają wrażenie opuszczonych i totalnie zaniedbanych. Pewnie tak nie jest, ale wrażenie takie sprawia. Podobnie jak te wszechobecne węgierskie nazwy.

W ogóle węgierski język to moja trauma z dzieciństwa, gdy byłem z rodzicami na wakacjach i zgubiłem się w jakimś centrum handlowym. Jakieś babki-ekspedientki podeszły do mnie i po madziarsku zaczęły gadać. Nie wiem, czy byłem bardziej przerażony zgubieniem się czy tym dziwnym językiem, którego używają.

A zgubiłem się, bo wydawało mi się, że za którymś regałem usłyszałem motor. Więc poszedłem go szukać… Wszyscy na Motor w niedzielę!

I w końcu dochodzę. Do niepozornej ulicy, z jakimiś blokami już poza ścisłym centrum. Kompletnie niby nic. Ale nie jest to byle jaka ulica, bo nazywa się… Katowice! I tak, nie jest to przypadek – ulica ta nazwana jest na cześć naszego miasta, co zresztą uwidacznia tablica kilka metrów od klatki schodowej, przy której robię zdjęcie. Tablica z 1969 roku podpisana jest Rada Miasta Miszkolc i podkreśla przyjaźń. My mamy w Katowicach Skwer Przyjaciół z Miszkolca – ten mini park przy przystankach na Sokolskiej. Od lat wiedziałem, że to miejsce się tak nazywa, ale nigdy nie sądziłem, że do Miszkolca mnie wywieje za GieKSą.

No nic, pora iść do auta, do którego mam dwa kilometry. Idę już drugą stroną ulicy by omijać miękki asfalt. Już czuć po dniu, że zrobiło się popołudnie. Inne słońce, inne światło. Swoje się nachodziłem. Czas więc zakończyć to zwiedzanie.

W ogóle śmieszny ten węgierski język, że „sz” czyta się jak „s”. Dlatego po ulicy jeździ nie bus, tylko busz. Mijam wspomniany autokar z policją. W ogóle jak policja może się nazywać „Rendőrség”. No ludzie!

Jestem z powrotem przy Sparze. Wchodzę na szybkie zakupy, chodzi o napoje. Niestety zimnych nie uświadczysz. Z powodu suszy i niskiego poziomu Dunaju rząd zapowiadał obcięcie energii, za dostarczanie której w dużej mierze odpowiedizalna jest elektrownia w Paks. Tutaj na lodówkach pojawił się komunikat:

„Szanowni Klienci!

W związku z zaistniałą ogólnokrajową sytuacją energetyczną podjęliśmy decyzję o tymczasowym wyłączeniu tej lodówki. Bardzo przepraszamy za spowodowane niedogodności!”.

Jakoś nie do końca wierzę. W Polsce w lato na wsiach i mniejszych miastach to jest stała praktyka. Wyłączanie lodówek w lato. Typowo z oszczędności prądu, a nie jakichś kataklizmów. Zawsze chodzą tylko lodówki z piwem i poupychana jest tam wódą. Wiadomo, dlaczego, ale nie będę się powtarzał, bo już się kiedyś o tym rozpisywałem.

Wsiadam do auta i zmierzam na kwaterę. W międzyczasie kontaktują się ze mną chłopacy (cytat z Joe Pesci’ego), którzy dojeżdżają i mają godzinę z kawałkiem. Umawiamy się w knajpce Lignum, w której to właśnie cała medialna GieKSa, oficjalna i nieoficjalna stołowała się podczas tego pobytu.

Z Kazikiem i Miśkiem zamawiamy leczo. Tak, tym razem na typowo węgierskie żarcie się zdecydowałem. Przyznam, że to leczo to jest mistrzostwo świata. Dużo papryki i cebuli, ale kompletnie nie w postaci jakiejś mazi, tylko gęsto upchane warzywa. Do tego doskonała, przyprawiona kiełbaska. U nas to wrzucą gdzieś zwykłą śląską i robią z tego drogie danie. Tutaj naprawdę kiełbasa była pierwszej jakości. Nie zrozumcie mnie źle. Lubię Śląską – zwłaszcza całą w cieniu, polską Śląską. A przed meczami na nowej Bukowej jestem pierwszy do przedmeczowego giga-wuszta. No ale to jest knajpa, więc sami wicie, rozumicie.

Posilamy się, po czym chłopaki jadą jeszcze na chwilę na miasto, a ja zbieram się na kwaterę, by przebrać się i przygotować do meczu. Jest godzina siedemnasta, więc do tego emocjonującego starcia pozostają zaledwie trzy godziny.

***

Pod stadionem na dwie godziny przed meczem kręci się już trochę kibiców Hapoelu. Ubrani w swoje czerwone barwy oczekują przed obiektem na spotkanie. Nie odnotowuję jakiegoś zwiększonego policyjnego napięcia przed obiektem, kibice chodzą sobie jak chcą. Ja podjeżdżam na parking i bez problemu parkuję tuż przed prowizoryczną bramą stadionową. Spotykam ludzi z Klubu Biznesu, którzy też mają swoją ciekawą wycieczkę na to spotkanie.

Chwilę po moim przyjściu na stadion przyjeżdża autokar GieKSy z piłkarzami. Korzystam z okazji i robię kilka fotek. Nasi wyglądają, jakby mieli humory dobre. Ale co mają nie mieć – w końcu po to się gra w piłkę, by grać jak najwyżej. A dla nas, dla GKS Katowice puchary europejskie to spełnienie snów. Wychodzą więc w tej nadal gorącej temperaturze zawodnicy i kierują się do budynku. Zaraz przechodzą też sędziowie. Z tym Dechepy’m, co to wyrzucił Baloguna w lidze francuskiej i tam żadna protekcja Amerykanina nie uratowała.

Po chwili i ja wchodzę. I tu o ile przed stadionem było bardzo spokojnie, to w środku kontrola, jak na lotnisku. Choć daleki jestem nadal od stwierdzenia, że jest jakakolwiek napięta atmosfera. Po prostu technicznie trzeba przejść przez bramkę, przepuścić plecak przez „rentgen” no i tak samo w koszyczku przetransportować rzeczy z kieszeni. Potem już nawet nie przeszukiwał mnie ochroniarz, więc tak naprawdę – spokojnie się dało coś przemycić. Troszkę przerost formy nad treścią. I tak jak mówię – duży spokój w tym wszystkim. Po chwili odbieram akredytację. Również wszystko przechodzi szybko i sprawnie. Nie mogę mieć zastrzeżeń.

Jestem znów na sali konferencyjnej. Kręcą się ludzie z Hapoelu, sam nie wiem, czy oni są z klubu, czy to są dziennikarze. I po meczu będą mi się wszyscy zlewać w jedną całość. No nic, czas na pójście na trybuny. Na początku schodami, ale potem udaje mi się wykminić windę i z niej korzystam – niby tylko trzy piętra, ale znów to są takie piętra, jak na Wiśle, że niby trzy, a tak jakby sześć. Ważne było, żeby na górze była jakaś woda. Bo na Sali konferencyjnej woda była w butelkach jak z wódki. No i w sumie się kończyła. Może to była wódka.

W zachodzących promieniach słońca oczekuję na mecz. Schodzą się dziennikarze z Polski, jest Kacper Janoszka, Tadek i Rafał Musioł, potem spotykam też starego druha z GieKSy Rafała Kędziora z ekipą z TVP Sport. Oczekujemy wszyscy w napięciu na spotkanie.

Mnie zaczepia węgierski dziennikarz, który już zdążył pooglądać moje nagrywki z Miszkolca i mówi, że nikt tak nie rozpromował tego miasta. I sam mi puszcza moje własne nagrywki na swoim telefonie. Opowiada też o swoim klubie, drużyna z Miszkolca potrafiła kiedyś grać w europejskich pucharach. No i jak patrzę na „lajki” pod moimi nagrywkami, to jest masa ludzi z Węgier. Algorytm działa więc też geograficznie. Ogólnie bardzo to miłe. Kibice polscy i węgierscy potem na meczu wzajemnie się pozdrawiają.

Tak jak pisałem wcześniej – stanowiska są doskonałe. Jest WiFi, prąd, dobre, sztywne blaty, super widoczność. Nie pozostaje nic, jak tylko relacjonować mecz. Podczas rozgrzewki Hapoelu kibice z Izraela robią małe piekło. Są niesamowicie głośni i ciągle śpiewają. My czekamy na kibiców GieKSy, którzy pojawiają się na krótko przed spotkaniem.

Ostatecznie podczas meczu kibice Hapoelu nie nawiązują aż tak do tego, co na rozgrzewce. Myślałem, że będą jednak głośniejsi. Dopingują oczywiście dobrze przez cały mecz, ale nie ma tego tąpnięcia, co na początku. Kibice GieKSy natomiast – jak zwykle trzymają poziom i prowadzą doping przez całe spotkanie. Fajna jest ta poprawka „Naprzód GieKSiarze!”, bo za pierwszym razem nie wybrzmiała tak dobrze, jak za drugim.

Niestety tracimy gola już w piątej minucie. Izraelski spiker w swoim języku hebrajskim wykrzykuje radośnie ten fakt i z kibicami nazwisko strzelca Stava Turiela. Jest ta egzotyka, niezależnie czy GieKSa by traciła czy zdobywała bramki (tu tylko traciła) w tych obcych dla nas okrzykach spikera. To znak, że gramy w pucharach.

W osiemnastej minucie jest już 2:0 dla Hapoelu. Gra nam się kompletnie nie układa, popełniamy rażące błędy i nie potrafimy nic zrobić z przodu. Formalni gospodarze chcą nas zaskoczyć jeszcze bardziej i nawet mają rzut karny, który sędzia odwołuje z powodu spalonego.

W przerwie możemy tylko zastanawiać się, co zrobić, by zagrać w drugiej połowie lepiej. Na początku drugiej części gry na boisko wpada intruz i co bardzo dziwne – ochrona absolutnie nie kwapi się, by go gonić i łapać. Paraduje sobie po tym boisku i robi jakieś gesty w stronę kibiców GKS. Potem niemal spokojnie wraca na sektor, ale jednak nie udaje mu się tam wejść Ochrona chce go złapać w kilku chłopa, ten się szarpie i wyrywa, ochroniarze się przewracają. Totalny kabaret. Jeszcze z trybun wlatuje drugi jegomość – Węgier, żeby nastukać temu pierwszemu. Szamotanina prima sort. W końcu ich gdzieś tam wyprowadzają, przynajmniej tego jednego.

Ostatecznie gola już nie tracimy, ale też nie zdobywamy i przegrywamy mecz 0:2. To daje nadzieję na odrobienie strat w rewanżu. Jestem niepocieszony po fatalnym występie GieKSy, ale nadal to dopiero pierwszy mecz. Robię nagrywkę pomeczową i idę na konferencję.

Konferencja prasowa jest dziwna, jedna z najdziwniejszych, na jakich byłem. Nie ma osoby koordynującej, wszystko dzieje się totalnie samopas. Rolę tutaj powinien pełnić rzecznik prasowy gospodarzy, ale takiego chyba w ogóle tam nie było. Przychodzi więc trener Górak z Michałem Kajzerkiem i to Michał prowadzi naszą część. Trener się wypowiada, potem zadaję pytania ja i Łukasz Olkowicz. Gdy wydaje się, że ta część konferencji się skończy, pałeczkę przejmuje dziennikarka z Izraela. Najpierw zadaje pytania o piłkarzy Hapoelu, a potem o… bezpieczeństwo w Polsce.

– Dużo fanów Hapoelu i w ogóle kibiców z Izraela obawia się przyjazdu do Polski. Czy jest bezpiecznie?

– W Polsce jest bezpiecznie, bądźmy spokojni.

– Nie wie pan o czym ja mówię? (Don’t you know what I’m talking about?”

– Nie mam pojęcia.

Dziennikarka nie jest pocieszona tymi odpowiedziami i po wyjściu trenera już dosłownie pretensjonalnym tonem zadaje pytanie rzecznikowi, czy naprawdę nie wiedzą, o co jej chodzi?

To było pytanie z podszytą tezą. Czy pani dziennikarka obrała narrację o Polsce jako niebezpiecznym, rasistowskim i faszystowskim kraju? Nie wiem, ale się domyślam. Można pomyśleć sobie, że to tylko mrzonki, ale najwidoczniej taka narracja w Izraelu o Polakach po prostu ciągle funkcjonuje. Narracja, którą i Maccabi rok temu – również na Węgrzech – zaprezentowało. Przykre to. Sam mówię tej dziennikarce, że to są pomówienia i niech po prostu przyjedzie w środę do Polski i sama się przekona. Powiedziałem jej również, że jeżeli nie będzie żądnych prowokacji, to będzie spokojnie.

Pozostaje cieszyć się, że w tym pierwszym meczu nie było żadnych newralgicznych sytuacji poza kilkoma typowo piłkarskimi pozdrowieniami na trybunach. Nie liczę tego intruza na boisku, bo to nie jest coś, co można uznać za jakiś skandal obyczajowo-międzynarodowy.

Kuriozalne jest to, że na drugą część konferencji przychodzi tylko trener i zawodnik Fernando Mayembo. Nie ma wspomnianego rzecznika. Pytania i to w sporej liczbie zadaje wspomniana dziennikarka, robiąc taki mini-wywiad. Dlatego kompletnie nie rozumiemy, co tam po hebrajsku odpowiada trener. Nie ma tłumaczenia, więc wszystko jest przeznaczone tylko dla uszu Izraelczyków. Z piłkarzem pani rozmawia już po angielsku, więc tu już wszystko rozumiemy.

Ogólnie media izraelskie mają swój temperament i na sali konferencyjnej są bardzo głośni. Ciężko zebrać myśli przy swojej pracy. No ale tak jak mówię, to kwestia południowo-wschodniego temperamentu, więc trudno jakieś wielkie pretensje mieć. Jeszcze na koniec jeden z chyba fotoreporterów łamaną angielszczyzną mówił, że był w Polsce kilka razy – w Katowicach, Krakowie czy Warszawie. Mówił, że bardzo mu się podobało. Był na meczu Polska – Izrael 4:0 za Jurka Brzęczka. Pytał, czy my byliśmy w Tel Awiwie. To akurat było sympatyczne.

Chłopaki z GieKSa.pl już pojechali, ja jeszcze chwilę zostaje i kończę konferencję. Wkrótce zbieram się i idę do samochodu. Już dzień wcześniej i teraz za dnia pokonywałem trasę na miejscówkę, ale jest ona bardzo specyficzna. Trzeba przejechać znów przez to wzgórze, są jakieś zawijasy i wątpliwej jakości droga. Ale po niecałych dwudziestu minutach jestem na kwaterze.

Szkoda tego meczu. Nie tyle, że przegrany, ale że w takim stylu i bez tej jednej strzelonej bramki. Dwa gole do odrobienia to sporo, ale nie jest to niemożliwe. W pokoju odpalam sobie skrót i włosy mi stają dęba. Potem jeszcze z rozpędu piszę felieton pomeczowy.

Na tym kończy się przygoda na Węgrzech. Cokolwiek się nie działo w tym meczu i nie wydarzy w rewanżu, jestem wdzięczny drużynie za to, że takie przygody mogę przeżywać. To wspaniałe.

***

W piątek już się nieco schładza, droga powrotna trwa też niecałe sześć godzin plus pierogi w Nowym Targu. W karczmie… Zadyma. Wieczorem jestem w domu i… zaczyna się ligowa kolejka, w której akurat GKS Katowice będzie pauzować.

To był pierwszy akord tego dwumeczu. W środę gramy rewanż. Nie szczędźcie gardeł, by wspierać naszych zawodników, bo wiele razy udowodnili, że zasługują na wsparcie w trudnych chwilach. I wielokrotnie to wsparcie czyniło cuda. O awans będzie bardzo ciężko, ale jeśli to by się udało, to możemy zrobić taką remontadę, która będzie po stokroć bardziej efektowna od tej z Żyliną i będziemy pamiętać ją na całe życie. A GKS naprawdę zapisze swoją złotą historię w rozdziale „europejskie puchary”.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Wyzerowane atuty – diagnozy brak

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Szczerze mówiąc nie chce mi się pisać tego felietonu, bo myślę sobie, że znowu będę pisał to samo. Rozbieżność między wynikami meczów u siebie i na wyjeździe sięgnęła absurdu. GKS rozegrał w tym sezonie siedem meczów – u siebie wszystkie trzy wygrał, na wyjeździe wszystkie cztery przegrał. Suma tego jest taka, że z europejskich pucharów już odpadliśmy, a w lidze mamy trzy punkty po trzech kolejkach. Czyli słabo – bo to średnia mogąca nawet nie dać utrzymania.

Piszę to wielokrotnie i napiszę jeszcze raz, bo już wiele razy w przeszłości czy to piłkarze czy trenerzy obrażali się na mnie, bo coś tam skrytykowałem. Nie mówię o sytuacjach, kiedy pojechałem z koksem i tak czy inaczej kogoś nazwałem, bo za to obrazę rozumiem. Cóż, młodość (która trwa, ale już inna). Ale my nie możemy doprowadzić do zagłaskania naszej drużyny – za ekstraklasę, za kapitalną w niej postawę czy za puchary. Wszyscy wiemy gdzie byliśmy i co trener wraz z kolejnymi grupami piłkarzy w ostatnich latach nam dał i daje. Więc tu nie ma mowy o podważaniu projektu jako całości. Ale trzeba mieć w tym wszystkim krytycyzm, bo jeśli w którymkolwiek momencie ktoś uznał, że zdobyliśmy już tyle, że teraz po prostu możemy do końca kariery jechać na sukcesie – to jest to – delikatnie mówiąc duży błąd. Więc tak, doceniamy ekstraklasę, super jest jeździć na te wszystkie stadiony w najwyższej polskiej lidze. I niech ten projekt w tym kształcie, z obecnym trenerem trwa jak najdłużej.

No ale są defekty. I ta postawa na wyjazdach naprawdę każe się zastanowić nad kilkoma rzeczami. Bo to jest coś, co jakiś czas się w GieKSie powtarza, mamy powtórkę z czterech przegranych wyjazdów na początek sezonu z zeszłego roku. A w pierwszym po awansie do ekstraklasy sezonie, na wiosnę także przydarzyły się cztery wtopy z rzędu na delegacjach.

Ale to nie chodzi tylko o wyniki. Chodzi o grę, która co prawda nie zawsze ten wynik gwarantuje, a w perspektywie pewnego okresu czasu (raczej krótszego niż dłuższego) dobra gra statystycznie przynosi względnie dobre wyniki. U nas nie jest największym problemem to, że przegraliśmy cztery mecze z rzędu. Problemem jest to, że te mecze przegraliśmy zasłużenie, bo graliśmy bardzo słabo.

Wczoraj chciałem wierzyć, że jak długo ten mecz trwał, w końcu coś wciśniemy. Mecz z Motorem w naszym wykonaniu nie był aż takim paździerzem, jakie trochę razy ostatnio na wyjazdach oglądaliśmy. Przypomniał się mecz z Cracovią, kiedy wydawało się, że przy 0:0 na koniec spotkania pozostanie spory niedosyt. A rywal w końcówce nam wmontował bramkę i już nawet z remisu nie można było się „cieszyć”. Ostatecznie, choć wczoraj GieKSa nie była beznadziejna, to była jednak słaba. Tym bardziej martwi to, że naprzeciw mieliśmy drużynę mocno przeciętną, do tego skleconą naprędce po kadrowych zawirowaniach, z nowym trenerem. A my – stabilni i budowani od kilku lat – nie potrafiliśmy zrobić na tym boisku nic. Przecież, gdyby nie Ndiaye czy może jeszcze Simon, to by Pan Czubak piłkę oglądał z daleka i nie miał okazji zaprezentować swojego świetnego wykończenia. Motor był do bólu średni, ale swoim jednym czy drugim błyskiej robił różnicę.

U nas tym razem w obronie nie było „wesołego miasteczka”, choć oczywiście nie ustrzegliśmy się błędów, po których padły bramki – najpierw nieuznana, a potem już prawidłowa. Jednak w tym meczu to nie obrona była naszym głównym problemem. Tym razem było to słabe/bardzo słabe/beznadziejne rozgrywanie ataku pozycyjnego. O kontrach nawet nie mówię, bo mam wrażenie, że jak my wyprowadzamy kontrę, to zaraz jeden czy drugi nasz zawodnik się zatrzymuje, robi kółeczko, wycofuje nie wiadomo gdzie i po kontrze nici.

Od patrzenia na nasze rozegranie piłki na połowie przeciwnika oczy bolały. Sposobności mieliśmy całe mnóstwo, bo Motor bronił się nieraz dość nisko – nie desperacko w swoim polu karnym – ale mocno na swojej połowie. My graliśmy po obwodzie – to na lewo, to na prawo. I często kończyło się do słabą wrzutką, z którą rywale nie mieli problemu. Przede wszystkim więcej w tym temacie oczekiwałem od Bartosza Wolskiego, bo naprawdę zawodnik ma większe umiejętności niż to, żeby zagrać leciutką piłkę à la serwis Pawła Zagumnego w pole karne i liczyć na czysty przypadek, że akurat trafi w nią ktoś z naszych, a nie przeciwników. Dlaczego nie ma mocnych, takich soczystych wrzutek? Dlaczego nie ma jakiejś próby większej precyzji? Nie mówiąc o tym, że nasi wahadłowi też chyba mocno zapomnieli, co to znaczy żwawość na boku. Nie ma dynamicznych pojedynków 1 na 1 na skrzydle na wysokości pola karnego, wejść w to pole karne. Jest to wszystko takie miałkie i nijakie i taka była ofensywa GKS w tym meczu. Naprawę zestawiając to z pojedynkiem z Motorem z rundy wiosennej i bramek, jakie GieKSa strzelała w tamtym meczu można… dostrzec różnicę.

Ostatecznie najlepszymi okazjami GKS był strzał Ilji w słupek i sytuacja, w której Ilja gola strzelił, ale Bartosz Nowak był w tej sytuacji na spalonym. Tak, był jeszcze strzał napastnika po dośrodkowaniu oraz uderzenie Mateusza Wdowiaka w boczną siatkę. I to tyle. Motor miał swoich groźnych sytuacji więcej.

Widać też, że trener szuka optymalnego składu, ale na razie większość zawodników swoją grą nie przekonuje, by zagościć w jedenastce na stałe. W pomocy kombinujemy. Bartek Nowak ma abonament na granie, ale wychodzi na to, że Bartek Wolski również. Chcieliśmy tego duetu, czekaliśmy na to, jaki zrobią oni techniczny zamęt w tej lidze. Na razie jednak to tylko mrzonki. Nie mamy twardości w środku pola. Jeszcze do tego dokładamy Marcela, który jest ambitny, szybki, ale też nie jest to skała. Do tego wygląda na to, że wczoraj przegrał z upałem, z ręką na sercu, jak widziałem, że podciąga sobie tę koszulkę i w ogóle miałem z daleka wrażenie, że jest cały czerwony, to pomyślałem, że Rafał Górak zrobi wyjątek i ściągnie piłkarza w przerwie. Tak też się stało.

Pamiętam jak w poprzednim sezonie po Górniku Zabrze trener zapowiedział, że coś musimy zmienić w samym podejściu do spotkania i strukturze gry na wyjeździe. Choć potem przegraliśmy jeszcze z Lechią, to za chwilę gra GKS na obcych stadionach zaskoczyła. GieKSa wygrała z Lublinie, Niecieczy, w Pucharze Polski z ŁKS. Na początek roku było zwycięstwo w Lubinie. Były te mecze z Rakowem i Lechem. Czyli da się. Problem jest taki, że jak drużyna wpadnie w wyjazdową otchłań bezradności i niemocy, to trudno z niej się wykaraskać.

Najgorsze jest to, że nie widać, aby był jeden mądry, który zdiagnozował, gdzie leży problem. A to musi być głębszy problem mentalny, bo przecież u siebie ci zawodnicy – zarówno indywidualnie, jak i jako cała drużyna – potrafią przecież grać w piłkę. Co się z nimi dzieje na wyjeździe i dlaczego? Może to jest coś na etapie samego wyjazdu na mecz, podróży, hotelu, dnia meczowe na wyjeździe? Może to tam trzeba poszukać, co się takiego dzieje z piłkarzami, że opada z nich cała ta agresja, moc i siła? Może gdzieś jest zbyt duże rozluźnienie, a może to rozluźnienie jest zbyt małe? Trzeba szukać, w każdym szczególe, w każdym posiłku, w każdej minucie spędzonej w autobusie.

Przyznam, że po tym kolejnym przegranym meczu nie mam smutku, żalu czy załamki. Jest po prostu po raz kolejny irytacja i taka frustracja, bo widzę tę bezradność piłkarzy i mi się udziela. Nie ma w życiu chyba gorszego poczucia niż to, że nie ma się wpływu. A gra GKS a wyjeździe wygląda tak, jakby zawodnicy nie mieli dostępu do swoich atutów, które dają różnicę, tylko próbowali sztampowych, oklepanych i zupełnie nieefektywnych na tym poziomie rozwiązań.

I trzeba coś z tym zrobić szybko, bo wkrótce czekają nas trzy trudne wyjazdy – Zabrze, Gliwice i Lubin. Tu już po prostu obowiązkowo będzie trzeba punktować.

A na razie Wisła Płock. Dobrze, że przynajmniej u siebie te atuty nie są zablokowane. Liczymy, że i tym razem tak będzie, GieKSa swoje gole będzie strzelała i trzy punkty zdobędzie.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Górak: Brakuje nam wytrawności

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po meczu Motor Lublin – GKS Katowice wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Mariusz Misiura i Rafał Górak. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.

Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Jesteśmy rozczarowani tym, że przegraliśmy spotkanie, włącznie z powiedzeniem, że jeżeli nie możesz wygrać, to powinieneś umieć go zremisować.

Takie mam odczucia w stosunku do tego meczu. Niestety – nie jesteśmy jak na razie w stanie zagrać meczu na zero z tyłu, który dałby nam przestrzeń, żeby wywieźć z takiego spotkania remis, bo może on też nie byłby to szczyt naszych marzeń przed spotkaniem – bo przyjechaliśmy z zamiarem wygrania meczu – ale na pewno remis bardziej odwzorowywałby to, co się działo. Ale to jest nieistotne, bo ten który bramkę strzela ma tę radość, a ten, który tego nie robi – tej radości nie ma. W wielu momentach za dużo mamy rozpiętości poziomowych w spotkaniach. To mnie też trochę na razie smuci, bo powinniśmy się stać bardziej wytrawną drużyną, a tego nam brakuje. Mamy bardzo dobre momenty, kiedy gramy zgodnie z tym, co chcemy robić, a mamy też takie kiedy ta gra na różnych pozycjach w różny sposób ofensywie czy defensywie nam się łamie i powoduje bałagan, który kończy się niekiedy tak, jak się skończył przy straconej bramce. Byliśmy w posiadaniu piłki pod polem karnym przeciwnika i tej wytrawności jeszcze brakuje – tego będziemy szukać. Dziś jest masę rozczarowania i sportowej złości, ale nic tu po narzekaniu, trzeba brać się do roboty i mocno wyciągać wnioski choćby z tego, że przy czterech meczach wyjazdowych w tym sezonie cztery razy schodzimy pokonani i to nas bardzo denerwuje i jesteśmy niezadowoleni. Ale po to niekiedy takie próby są, żeby wychodzić, silniejszym. Teraz będziemy się przygotowywać do następnego spotkania, potem mamy trzy mecze z rzędu na wyjeździe. Czeka nas nie lada sprawdzian i jestem przekonany, że wyjdziemy z tego obronną ręką. Dzisiaj jest dużo złości, rozczarowania i momentów, z których z gry jesteśmy niezadowoleni.

Mariusz Misiura (trener Motoru Lublin):
Bardzo się cieszę, że wygraliśmy mecz i zdobyliśmy trzy punkty. Bo mam poczucie, że to był czwarty naprawdę dobry mecz w naszym wykonaniu i jak ten czas leci – mijają tygodnie – przygotowujesz się do czwartego spotkania, a na koncie masz jeden punkt, to zapominamy, co się wydarzyło w pierwszej czy drugiej czy trzeciej kolejce.  Wydaje mi się, że drużyna zasłużyła, żeby mieć ich więcej. Wierzę, że konsekwentną pracą i procesem będziemy budować silną drużynę.

Co do meczu to wydaje mi się, że wykreowaliśmy więcej sytuacji, na pewno w pierwszej połowie, konsekwencją tego jest bramka. Powiedzieliśmy sobie w szatni, że musimy zostawić serce i charakter. 104 minuty w takim upale to szacunek dla piłkarzy. Sami państwo siedząc na trybunach czuliście gorąco i zmęczenie.

To jest coś normalnego, że w takim upale przydarzały nam się błędy, cieszę się, że nie było z tego konsekwencji w postaci gola, ale podobało nam się nasze dążenie do strzelenia bramki. Dobre zmiany, każdy z zawodników dał impuls. Bardzo się cieszę z tych trzech punktów i idziemy dalej.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga