Piłka nożna
Podsumowanie 5. kolejki
Bardzo miło jest podsumowywać kolejkę, w której GieKSa w końcu wygrała i to po fajnej grze. Przed GKS-em teraz ciężkie mecze, ale bez przesady, nie musimy się bać nikogo w tej lidze. Walką i dyscypliną taktyczną można wygrać z każdym. Po 5. kolejce, liderem pozostaje Flota, która odniosła kolejne zwycięstwo, znów nie tracąc przy tym gola. Jak długo potrwa ta świetna passa, zawodników trenera Nowaka? Fatalną dyspozycję w dalszym ciągu prezentują ekipy ŁKS-u, GKS Tychy i Polonii Bytom. Nie zawiódł mecz w Gdyni, gdzie dominował kolor czerwony…
Zapraszamy na tradycyjne podsumowanie ligowej kolejki.
GKS Tychy – Polonia Bytom 0:0
Tyszanie tradycyjnie już swój mecz, jako gospodarze rozgrywali w Jaworznie, na razie nie jest to dla nich szczęśliwa arena. W obecności zaledwie 800 widzów GKS, nie potrafił wygrać z bytomską młodzieżą. GKS wciąż pozostaje, więc bez wygranej, podobnie jak Polonia, która zdobyła jednak pierwszy w tym sezonie punkt. Przewagę w tym spotkaniu, mieli wprawdzie Tyszanie, jednak nic nie chciało wpaść do bramki strzeżonej przez Mikę. W 80. minucie meczu drugą żółtą, a w konsekwencji czerwoną kartkę, ujrzał piłkarz gości Martin Baran. Czy tego dnia spotkały się ze sobą dwie najsłabsze drużyny tej ligi? Wydaje się, że tak.
Miedź Legnica – Flota Świnoujście 0:2
Flota jak na razie jest nie do pokonania. Goście zaczęli od mocnego uderzenie, bowiem już w 18. minucie wyszli na prowadzenie za sprawą Chyły, który huknął z blisko 30 metrów i pokonał Ptaka. Do przerwy zawodnicy nie stworzyli już żadnej 100% sytuacji, choć w 21. minucie ładny strzał Piotra Madejskiego, obronił Kasprzik. W drugiej połowie na boisku pojawił się przymierzany do GieKSy – Wojciech Łobodziński, który ostatecznie wzmocnił „Miedziankę”. Miedź ruszyła do odrabiania strat, jednak bezskutecznie. W 60. minucie błąd Woźniczki wykorzystuje Flota i zrobiło się 2: 0, drugie trafienie zalicza Daniel Chyła. Ostatnie pół godziny, to nieskuteczne próby zmiany wyniku z jednej i drugiej strony. W 69. minucie mocny strzał Olszara wyłapał bramkarz Miedzi – Ptak, w 79. minucie Zakrzewski traci piłkę już w samym polu karnym Floty, w 82. Minucie, przed utratą kolejnej bramki uratował „Miedziankę” – Aleksander Ptak. Niepocieszeni fani miejscowych muszą pogodzić się z kolejną porażką, natomiast Flota wciąż pozostaje największą pozytywną niespodziankę ligi. Widzów: 3500
Okocimski KS Brzesko – LKS Nieciecza 1:2
Nieciecza w tym sezonie przegrywa u siebie, natomiast na wyjazdach „leje” wszystkich bez cienia zażenowania. Pierwszy kwadrans derbów ziemi Tarnowskiej przyniósł jednego gola, jego autorem piłkarz gospodarzy – Wojciech Wojcieszyński, który okazał się skutecznym egzekutorem „jedenastki”. 14. minuta meczu, a za karnego odpowiedzialny jest Pleva. Mimo, iż „Piwosze” po tym golu mieli optyczną przewagę, gola wyrównującego strzelili gracze z Niecieczy. W 26. minucie dośrodkowywał Pawlusiński, a „swojaka” zaliczył Konrad Wieczorek – defensor gospodarzy. Do przerwy remis ze wskazaniem na „Słoniki”, którzy grają mądrzej piłką, Okocimski zbyt chaotyczny. Druga połowa zaczęła się od szturmu gospodarzy, którzy nie mogli znaleźć „haka” na golkipera gości – Sebastiana Nowaka. Od 60. minuty w Brzesku grał już tylko LKS. Najpierw groźnie strzelał Jan Pawłowski, jednak uderzenie zatrzymało się na bocznej siatce, ten sam zawodnik strzelił piękną bramkę przewrotką w 65. minucie, arbiter uznał jednak, że noga napastnika była za wysoko uniesiona i gola nie ma. Podopieczni trenera Kazimierza Moskala, dopięli swego dopiero w 84. minucie, wtedy to z 18 metrów w kierunku bramki uderzył Piotr Ceglarz i piłka przy krótkim słupku wpadła do bramki. Strzelec decydujące gola mógł postawić „kropkę nad i”, jednak zmarnował dogodną sytuację w 90. minucie. Nieciecza wygrywa 3 mecz wyjazdowy w tym sezonie, Okocimski coraz bliżej strefy spadkowej. Widzów: 1000
Stomil Olsztyn – Bogdanka Łęczna 2:2
Mecz rozpoczął się od groźnego ataku Olsztynian, jednak wszystko zostało wyjaśnione przez defensywę Bogdanki. Pierwszą bramkę kibice obejrzeli już w 9. minucie, kiedy to Veljko Nikitovic strzałem z rzutu wolnego zaskoczył – Tomasza Ptaka, bramkarza gospodarzy. Chwilę później mogło być już 2: 0, tym razem Ptak popisał się skuteczną interwencją. Od tej chwili do frontalnego ataku ruszyli podopieczni trenera Zbigniewa Kaczmarka, a prawie każdą akcję rozkręcał znakomity Michał Świderski. Starania Stomilu zostały nagrodzone w 32. minucie, kiedy to do wyrównania doprowadził wspomniany już – Świderski, skutecznie dobijając „wyplutą” przez bramkarza piłkę po główce Kazimierowskiego. Olsztynianie niesieni dopingiem poszli za ciosem, w 41. minucie Tomasz Strzelec po pięknym podaniu Kalonasa, trafia na 2:1. Stomil do szatni schodził prowadząc. Drugą połowę z animuszem znów rozpoczęli miejscowi, a Litwin Kalonas nie zdołał wykorzystać sytuacji jeden na jeden z golkiperem gości. 7. minut po tym zdarzeniu, arbiter podyktował rzut karny dla Bogdanki. Do futbolówki podszedł Tomas Pesir, który trafił w słupek. Wciąż 2:1. Stomil starał się wybijać z rytmu mających przewagę gości, pragnąc utrzymać korzystny rezultat. Niestety dla Olsztynian, ta sztuka się nie udała i w 75. minucie wyrównał Szałachowski, który z 16 metrów wolejem umieścił piłkę pod poprzeczką. Gol z cyklu „stadiony świata”. W 84. minucie meczu za drugie „żółtko” z boiska wyleciał piłkarz gospodarzy Paweł Baranowski, 4. minuty później za protesty na trybuny wysłany został trener Stomilu – Zbigniew Kaczmarek, a minutę później, piłki meczowej nie wykorzystał Michał Świderski. Po emocjonującym widowisku, obie drużyny podzieliły się punktami i pozostały w dole tabeli. Widzów: 2000
GKS KATOWICE – Kolejarz Stróże 2:0
Informacje o tym spotkaniu znajdziecie w innych miejscach naszej strony. Widzów: 2300
Sandecja Nowy Sącz – Olimpia Grudziądz 2:0
Faworyzowana przed tym meczem Olimpia zawiodła w Nowym Sączu i wraca z Małopolski na tarczy. Do przerwy bez goli, choć obie drużyny solidarnie zmarnowały po jednej „setce”. Najpierw w 25. minucie spudłował piłkarz Sandecji – Szeliga, a w ostatniej akcji pierwszych trzech kwadransów meczu, pojedynek sam na sam z Cabajem przegrał Adrian Frańczak. Już 2. minuty po wznowieniu gry, w zamieszaniu podbramkowym najprzytomniej zachował się Adrian Świątek i na tablicy wyników widniał rezultat 1: 0 dla gospodarzy. Nieudacznikiem meczu śmiało można nazwać zawodnika Olimpii – Adriana Frańczaka, który w 64. minucie pojedynku, znów znalazł się „oko w oko” z Cabajem i tym razem huknął w słupek bramki Sandecji. Wszyscy znają stare piłkarskie porzekadło, że niewykorzystane okazję się mszczą. Przysłowie to, znalazło potwierdzenie w faktach, już w 67. minucie, kiedy Bartosz Szeliga ustalił wynik meczu na 2:0. W 73. minucie Wojciech Mróz, zmarnował okazję do podwyższenia na 3: 0, w sytuacji sam na sam z Michałem Wróblem, przeniósł piłkę nad poprzeczką. Do końcowego gwizdka nic ciekawego już się nie wydarzyło. 3 cenne punkty zostają na stadionie im. Ojca Władysława Augustynka w Nowym Sączu. Sandecja” ni z gruszki ni z pietruszki”, wylądowała na 4. miejscu w ligowym zestawieniu. Podopieczni trenera Asenskyego spadli na miejsce 7-dme. Widzów: 1900
Arka Gdynia – Zawisza Bydgoszcz 0:1
Emocjami z tego ligowego hitu, śmiało można by obdzielić z 6 meczów. Stadion Arki tego wieczoru zamienił się w istny „Plac Czerwony”. Ale po kolei.
Już w 3. minucie gry bliscy szczęścia byli „Arkowcy”, ni to strzał ni dośrodkowanie Piotra Tomasika, na linii bramkowej złapał Witan. Minutę później, młody Mateusz Szwoch nie udanie próbował przelobować Andrzeja Witana. Mogło być 2: 0 w 4. minuty! Na następne pół godziny piłkarze obu ekip nie przygotowali nic specjalnego dla kibiców. Dopiero w 34. minucie pierwszą naprawdę groźna okazję zmarnowali „niebiesko-czarni”- Paweł Abbot głową minimalnie obok słupka. 43. minuta mocny strzał Detlaffa, tuz obok okienka bramki Zawiszy. 45. minuta i znów ni strzał ni dośrodkowanie tym razem Zawistowskiego, o centymetry mija bramkę Arki. Mimo sytuacji, do przerwy 0:0. Druga połowa zaczęła się od mocnego uderzenia. W 48. minucie spotkania znakomicie w polu karnym Arki znalazł się Daniel Mąka, który dobił strzał Skrzyńskiego w wyprowadził Zawiszę na prowadzenie. 5. minut później, Hermes z linii bramkowej wybija strzał Szwocha, wręcz nie bywałe, że młody napastnik Arki nie doprowadził w tej sytuacji do wyrównania. W 69. minucie spotkania znakomitej okazji nie wykorzystał zawodnik gości – Jakub Wójcicki, który minął wprawdzie bramkarza Arki, lecz wyrzucił się zbytnio na prawą stronę i z ostrego kąta nie zdołał skutecznie uderzyć. W 74. minucie doświadczony Marcin Radzewicz zachował się idiotycznie i za brutalny faul, otrzymał zasłużenie czerwona kartkę. 3. minuty później znów siły się wyrównały, inteligencją nie błysnął młody Mateusz Mąka i za wybicie piłki w trybuny po gwizdku, ujrzał drugą żółtą, a w konsekwencji czerwona kartkę. W 86. minucie Zawisza grała już w 9, drugą żółtą kartkę otrzymał Masłowski. W 90. minucie Łukasz Skrzyński fauluje zdaniem sędziego Charlesa Nwaogu w polu karnym i arbiter wskazuje na 11 metr, przy okazji wyrzucając z boiska – Skrzyńskiego. Powtórki wykazały, że Nwaogu wywrócił się o własne nogi, a dopiero chwilę potem wpadł na niego Skrzyński, także karny, jak i kartka nieprawidłowe. Mimo wściekłych protestów z ławki trenera Nemeca, aby broń Boże do jedenastki nie podchodził Nwaogu, czarnoskóry zawodnik zagarnął futbolówkę i sam postanowił wymierzyć sprawiedliwość. Protesty trenera Arki okazały się jak najbardziej podstawne, gdyż Nwaogu nie trafił w światło bramki! Wściekli obaj trenerzy, załamany i uciekający przed Nemecem do szatni – Nwaogu i szaleńczy taniec radości wykartkowanego Zawiszy na środku boiska. Bardzo ważne zwycięstwo podopiecznych trenera Szatałowa, którzy w ligowej tabeli zajmują 2. miejsce. Arka przegrywa 2 mecz z rzędu. Widzów: 6774
Dolcan Ząbki – Cracovia Kraków 3:1
Nie wyszło na dobre zawodnikom trenera Stawowego, szybkie odrabianie ligowych zaległości. Tym razem szczęście opuściło „Pasy”, i faktem stała się niespodzianka w Ząbkach. Od początku atakowali gospodarze, ale udało się dopiero za trzecim razem. W 28. minucie zabójcza kontra Dolcanu, zakończona bramką Dariusza Zjawińskiego. Cracovia ospała, jakby bez mocy, stwarza za sprawą Szeligi wątpliwej jakości zagrożenie, którym był nieskuteczny strzał z 30 metrów. 3. minuty później – Patryk Koziara podwyższa na 2:0. Mimo słabej postawy Cracovii, udało się zdobyć bramkę kontaktową, tuż przed przerwą. Bramkarz Leszczyński, skosił w polu karnym – Bartłomieja Dudzica, do jedenastki podszedł Mateusz Żytko, który okazał się skutecznym egzekutorem. Na drugą połowę, zgodnie z oczekiwaniami piłkarze Cracovii wyszli lepiej zmotywowani. Już w 52. minucie strzał Bernharda, obronił – Leszczyński. Na chwilę ambicje obu ekip przycichły, lecz z letargu wybudził wszystkich – Mateusz Piątkowski, który w 66. minucie gry ustalił, jak się okazało rezultat spotkania na 3:1. W 71. minucie, mocny strzał Osolińskiego, broni – Pilarz, w 75. – Zejdler nie wykorzystał 200% okazji na zdobycie gola kontaktowego, a w 90. minucie strzał – Dudzica zatrzymał się na słupku bramki, strzeżonej przez – Rafała Leszczyńskiego. W ostatniej akcji meczu, 100% sytuację zmarnowali gospodarze, gdyż na posterunku był – Pilarz. Po emocjonującym spotkaniu, zasłużone 3 punkty trafiają na konto zespołu prowadzonego przez Roberta Podolińskiego. Craksa spada na miejsce 3, natomiast wciąż niepokonany Dolcan, jest już 6-ty. Widzów: 1000
ŁKS Łódź – Warta Poznań 0:2
Być może ten mecz miałby zupełnie inny przebieg, gdyby Jakub Więzik w 2. minucie spotkania, strzelił gola dla łodzian. Miał ku temu zaiste znakomitą okazję. Dopiero w 24. minucie pierwszy raz tak naprawdę, bramce Bodzia W, zagrozili „Warciarze”. Znany z krótkiego pobytu w Katowicach – Bartłomiej Pawłowski, przegrał jednak pojedynek z doświadczonym golkiperem. Do 41. minuty, nie wiele działo się na placu gry, wtedy jednak – Wojciech Trochim wyprowadza Wartę na prowadzenie. Katastrofalny błąd, łódzkiej defensywy, wykorzystał – Pawłowski, który znalazł się w sytuacji sam na sam z Wyparłą, Pawłowski dograł jednak do Trochima i było po sprawie. Gol do szatni, stracony na własne życzenie. 10. minut po wznowieniu rywalizacji, Trochim trafia w słupek. ŁKS zagroził Warcie, dopiero w 71. minucie, wówczas Radliński świetnie wybronił uderzenie – Papikjana. W 76. minucie meczu, rzut karny dla Warty, Grzegorz Bartczak bez trudu wykorzystał jedenastkę. Ostatni kwadrans potyczki, to żenujący poziom i zero emocji. Warta pewnie wygrywa w Łodzi z beznadziejnym ŁKS-em. Szkoda ,że nasza GieKSa grała z łodzianami, już w 1. kolejce, teraz wydaje się, że spokojnie odprawilibyśmy ich z bagażem, co najmniej 3 goli. Widzów: 1521
5. kolejka okazała się bardzo emocjonująca, sędziowie pokazali sporo czerwonych kartek i podyktowali kilka rzutów karnych. 3 razy wygrywali gospodarze, 4 razy goście, a 2 spotkania zakończyły się podziałem punktów. W sumie 20 795 widzów, obejrzało 20 goli, co daje nam średnią 2,2 gola na spotkanie i 2310 widzów na mecz.
Felietony Piłka nożna
Niezłomność i perełki
Jak przełamywać niemoce – to właśnie tak. Jak wygrywać po raz pierwszy od pół roku na wyjeździe – to właśnie w taki sposób. Nie wymarzylibyśmy sobie lepszego scenariusza. Choć z drugiej strony… przecież coś podobnego przeżywaliśmy na otwarcie Areny Katowice. Przecież wtedy – nawet minutę później niż Ilja – Filip Szymczak strzelił zwycięskiego gola. W Zabrzu nie lubią liczby sto. Bo to dokładnie w dziesiątej doliczonej minucie nasz super-napastnik zdobył zwycięskiego gola i wprawił w euforię całe Katowice.
Historia i interpretacja pisze się przez strzelone gole. Możemy zaklinać rzeczywistość, ale nie uciekniemy od tego. Oczywiście można zagrać jeden czy dwa lepsze mecze, które się przegra. I można wtedy mówić o tendencji wznoszącej, o optymizmie, o pechu. Jednak jeśli coś powtarza się długo lub wielokrotnie, to raczej tworzy się pewna reguła.
Taką regułą są na przykład drużyny grające ładną, ofensywną piłkę, miłą dla oka, ale ostatecznie dostawającą jednego czy drugiego gonga, który decyduje o niepowodzeniu. Jeszcze za wcześnie, żeby taki wniosek wysuwać, ale prototypem takiego momentu jest dla mnie Wieczysta. Ich naprawdę niezła gra może pójść w dwie strony – albo zaczną w związku z nią punktować, albo będą tymi „wyszumiejącymi” się zawodnikami, którym brakuje pewnej dyscypliny, by osiągnąć korzystny rezultat. Takim przykładem też póki co jest Widzew. W poprzednim sezonie i teraz. Niby cisną, niby mają sytuacje, ba – strzelają sporo goli. Ale co z tych sześciu strzelonych w dwóch ostatnich meczach, gdy dały one ledwie punkt. I dwie przegrane u siebie.
Ta przydługawa dygresja dlatego, bo wynik wczorajszego meczu w oczywisty sposób determinuje patrzenie na to spotkanie. Gdyby utrzymał się wynik 2:1 dla Górnika to oczywiście powiedzielibyśmy, że był to jeden z najlepszych meczów wyjazdowych w ostatnich miesiącach. GieKSa nie pękała, grała swoją piłkę, stworzyła kilka sytuacji. Trudno jednak byłoby nie być znów zirytowanym, gdy ta dobra gra zostałaby zniweczona utratą dwóch goli w dwie minuty. A konkretniej – w 78 sekund! Absurdalna jest to sytuacja, bo przecież w tych 78 sekundach lwia część jest radość piłkarzy, więc czystej gry pozostaje minimum. Od wznowienia gry do utraty drugiego gola minęło około 40 sekund, a przecież jeszcze w tym czasie Chłań miał sytuację.
Przypomniała się Wisła Kraków. Tam co prawda było „dużo” dłużej, bo dwie stracone bramki dzieliło trzy i pół minuty. Ale i tak wszystko przecież tam też odbyło się błyskawicznie. Po utracie dwóch goli nie było czego zbierać i czasu oraz możliwości starczyło tylko na bramkę Bartlewicza. Jeśli w drugim meczu w początkowej fazie sezonu zawalilibyśmy sobie coś w przysłowiowe dwie minuty (uśredniając), to byłoby to coś więcej niż incydent.
Sytuacja zrobiła się piekielnie trudna psychicznie. Grasz na wyjeździe z wicemistrzem Polski i zdobywcą krajowego pucharu. Z drużyną, którą eksperci dokooptowali już do ścisłej czołówki ligi. Która ma za sobą 25 tysięcy kibiców, którzy nic sobie nie robią z niekorzystnego wyniku, tylko ciągle głośno wspierają swój zespół. I w ciągu tych kilku minut – począwszy od sytuacji po rzucie rożnym i zamieszania pod bramką – poziom decybeli systematycznie wzrasta. Podyktowany rzut karny. Gol Kacpra Urbańskiego. „My jesteśmy chłopcy z Zabrza” – wybrzmiewa coraz głośniej, bo jest śpiewane w pobramkowej radości. I z tej radości – w momencie gdy Josema strzela gola na 2:1 – wyłania się już absolutny ryk euforii, ryk, którego dawno nie słyszałem na polskim stadionie. Górnik momentalnie odwrócił losy meczu i dał sobie wszystko, żeby ruszyć z furią dalej.
Sprowadzenie w tym momencie tego meczu do takiego o „letniej” temperaturze było pierwszym zadaniem GieKSy. I tak to odbieram, że właśnie schłodziliśmy to spotkanie, mimo że znaleźliśmy się w fatalnej sytuacji. Oczywiście jakieś tam sytuacje jeszcze były – jak ta, gdy Jarosław Kubicki strzelał, ale ostatecznie – mimo że piłka spadła na poprzeczkę – bardzo dobrze zablokował go Pau Resta. Jednak Górnik nie poszedł za ciosem tak mocno, żeby sobie stworzyć 5-6 kolejnych sytuacji.
Tak więc schłodzenie się powiodło. A potem mieliśmy dwie podwójne zmiany i czas doliczony. Ciekawe, czy kibice Górnika plują sobie w brodę, że zadymili boisko tym zielonym czymś, bo to właśnie w tak mocno doliczonym czasie przez to GieKSa strzeliła dwie bramki.
Trzeba naprawdę docenić upór naszych zawodników. Rozgrywali tę swoją piłeczkę, a gdy była możliwość, zagrywali w pole karne. I to co było wielkim mankamentem w Lublinie, czyli niecelne, kompletnie niecelne dośrodkowania w pole karne – tym razem wykonane porządnie – dały niesamowity efekt. Kapitalne było to podanie Nowaka – choć trudno do dośrodkowanie nazwać, bo było raczej z centralnej części boiska. Ale wykończenie Ilji w tym momencie – majstersztyk. Trzeba naprawdę dobrze ułożyć głowę, żeby przy tak ostrym kącie skontrować piłkę. Pisałem niedawno o meksykańskim piłkarzu Jaredzie Borgettim, który kapitalnie układał głowę do strzału. Pisałem o tym przy okazji gola Mateusza Wdowiaka z Žiliną. Teraz Ilja oddał taki strzał, że Schulze nie miał co zbierać. Trochę to wyglądało, jak gol do pustej bramki – tak było precyzyjne. No a potem geniusz Alana, który dość zabawnie sobie przekładał piłkę na prawą nogę, ale zrobił to tylko po to, by po raz enty już zacentrować idealnie. O to w piłce chodzi – żeby zagrywać idealne zagrania, a napastnicy z tego kapitalnie korzystali. Tu zagrało i jedno i drugie. Oczywiście nie zapominamy o pierwszym golu, bo tam po raz kolejny Bartek Nowak zagrał tak niesamowitą piłkę, która minęła chyba z pięć czy sześć linii zabrzan. Eman co prawda trafił w bramkarza, ale świetnie ustawiony nasz Białorusin pewnie dołożył nogę.
Więc tradycyjnie, jeśli chodzi o Bartka.
Trenerze Urban. Ty wiesz co.
Oprócz wyniku, największym sukcesem tej drużyny jest to, że we wspomnianych niesprzyjających okolicznościach – nie złapała piłkarskiej depresji. Grali swoje, ciągle wierzyli, że mogą przynajmniej najpierw tę jedną bramkę strzelić. Po tym praktycznie nokautującym ciosie Górnika, remis nie byłby wynikiem złym. Wyjechalibyśmy z niedosytem, ale jednak z punktem. A tu nasz zespół strzelił dwa gole i wygrał to spotkanie.
Mieliśmy też w tym meczu trochę pecha i trochę szczęścia. Pecha, bo inaczej nie można nazwać spalonego w postaci pięty Ilji Szkurina w akcji, która zakończyła się golem Erika Jirki. 2:0 do przerwy to byłoby coś. I w erze przed-VARowej taki wynik po pierwszej połowie byśmy mieli. A szczęście? No jednak wydaje mi się, że Arek Jędrych faulował Prekopa na koniec pierwszej połowy, a skoro tak, jeden czy drugi sędzia mógłby rozpatrywać czerwoną kartkę. Wyszło więc na zero.
Nie będę analizował poszczególnych piłkarzy, tym zajmą się trenerzy – jedni zagrali lepiej, jedni trochę mniej, ale jako drużyna było naprawdę dobrze. Chcę tylko jeszcze pochwalić Kowala, bo wykonuje kapitalną robotę w środku boiska. Jak jeszcze zniweluje to dalsze kiwanie się, po okiwaniu dwóch przeciwników – to będzie naprawdę wielki piłkarz. On potrafi tak podziałać z piłką, że pojawia mu się przestrzeń przed nim, ale nie zawsze potrafi to dalej wykorzystać otwierającym podaniem. Ale na to przyjdzie czas. Od powrotu Mateusza na boisko, nasz środek zdecydowanie się ustabilizował.
Tym samym kończymy tę nieciekawą serię wyjazdów bez wygranej. W końcu więc na jakiś czas nie będziemy musieli na to psioczyć. GieKSa odniosła spektakularne zwycięstwo, bez dwóch zdań.
Dodatkowo przełamaliśmy to nieszczęsne Zabrze. Pamiętam to ostatnie zwycięstwo, bo byłem na tym meczu w 2003 roku, kiedy to również strzeliliśmy trzy bramki, a bohaterem był Marcin Bojarski. Pamiętam, jak rok później swoją pierwszą bramkę w GKS zdobył w deszczu przy Roosevelta Dawid Plizga, ale w doliczonym czasie gry gospodarze wyrównali. A potem mieliśmy już same wtopy i przez wiele lat nie potrafiliśmy strzelić tam bramki.
W końcu GKS wygrał też na wyjeździe przy bardzo dużej publiczności. Po awansie do ekstraklasy na tych większych stadionach dostawaliśmy w czapkę. W końcu potem wygraliśmy we Wrocławiu przy 21 tysiącach widzów. Wczoraj na meczu było ponad 27 tysięcy ludzi i również w tym aspekcie nastąpiło przełamanie.
W rundzie wiosennej mieliśmy bardzo dużo meczów, w których traciliśmy prowadzenie. Gdynia, utrata dwubramkowej przewagi z Rakowem, trzykrotnie z Lechem, także z Koroną czy Jagiellonią. W obecnym sezonie co prawda też nam się to zdarzyło z Žiliną, ale za to mecz z Górnikiem jest trzecim, w którym GKS w pewnym momencie przegrywa, a ostatecznie odnosi zwycięstwo. Tak było wcześniej z Radomiakiem i Hapoelem. To się naprawdę ceni.
No i w końcu nie straciliśmy walorów z Nowej Bukowej. Co prawda trener przyznał na konferencji, że trochę zmienili sposób gty bez piłki – rozumiem, że jest to cofnięcie się niżej. Jest to trochę ryzykowna taktyka, bo wiemy, że jak przeciwnik nas przygniecie to mamy duże problemy. Ale jeżeli nie ma zmasowanego ataku, to Katowiczanie dobrze radzą sobie w destrukcji. Przede wszystkim jednak w ofensywie dołożyliśmy ten animusz, który znamy z meczów u siebie. Akcja na 1:0 to właśnie było to, precyzja, energia i szybkość Emana, ale polecam zwrócić uwagę, jak Ilja poszedł do tej akcji. To było świetne.
W ogóle Ilja to nam wyrasta na ulubieńca katowickiej publiczności. Wygląda na to, że zawodnik poczuł ten projekt GKS Katowice, w zakresie nie tylko wykańczania akcji, ale też pracy w środku boiska. Ostatnio ta praca jest bardzo widoczna, robi kawał dobrej roboty w środku pola. A skoro tak, to sam daje kolegom okazję do tego, by potem odwdzięczyli mu się jakimś jednym czy drugim kapitalnym podaniem. Tak – powtórzę to, co pisałem już kilka razy – niech Katowice będą dla Ilji jego miejscem na piłkarskiej Ziemi.
Cieszymy się i prosimy o jeszcze. Przed nami dwa kolejne wyjazdy i trudne spotkania. Nikt nie wymaga kompletu punktów, choć byłoby to wspaniałe. Ale niech GieKSa utrzyma ten vibe z wczorajszego spotkania, a to automatycznie zwiększy prawdopodobieństwo zdobyczy punktowych.
Galeria Piłka nożna
Szkurin show w Zabrzu!
Derby, emocje i bramka na wagę zwycięstwa w samej końcówce! GieKSa po szalonym spotkaniu pokonała Górnika Zabrze 3:2, a wszystkie trzy gole dla zdobył Ilja Szkurin. Zapraszamy do trzeciej galerii, którą przygotował dla Was Marcin.
Galeria Kibice Piłka nożna
Kibicowska galeria z wyjazdu do Zabrza
Zapraszamy do kibicowskiej galerii z wyjazdu do Zabrza. W sektorze gości zameldował się komplet (według przyznanych biletów) – 1503 kibiców GieKSy, w tym wsparcie Banika Ostrava (15) oraz ROW Rybnik (50). Zdjęcia nadesłane przez kibiców.

mózG
3 września 2012 at 00:41
Błąd często powielany:
-W 86. minucie Zawisza (GRAŁ) już w 9, drugą żółtą kartkę otrzymał Masłowski
-dobił strzał Skrzyńskiego (i) wyprowadził Zawiszę na prowadzenie.
Opis ostatniego meczu do totalnej przeróbki. Szczególnie to zdanie:
„Katastrofalny błąd, łódzkiej defensywy, wykorzystał – Pawłowski, który znalazł się w sytuacji sam na sam z Wyparłą, Pawłowski dograł jednak do Trochima i było po sprawie.” W pierwszej części niepotrzebne przecinki i myślnik burzą tok rozumowania.
GieKSa jako jedyny zespół z dołu tabeli ma zwycięstwo w tej kolejce. Szkoda utraty punktów z eŁKSą bo bylibyśmy w lepszych humorach po tym zwycięstwie.
Oby chłopaki nie wyszli na mecz z Zawiszą z przekonaniem, że nie dadzą rady wygrać tego spotkania.