Piłka nożna
Podsumowanie 5. kolejki
Bardzo miło jest podsumowywać kolejkę, w której GieKSa w końcu wygrała i to po fajnej grze. Przed GKS-em teraz ciężkie mecze, ale bez przesady, nie musimy się bać nikogo w tej lidze. Walką i dyscypliną taktyczną można wygrać z każdym. Po 5. kolejce, liderem pozostaje Flota, która odniosła kolejne zwycięstwo, znów nie tracąc przy tym gola. Jak długo potrwa ta świetna passa, zawodników trenera Nowaka? Fatalną dyspozycję w dalszym ciągu prezentują ekipy ŁKS-u, GKS Tychy i Polonii Bytom. Nie zawiódł mecz w Gdyni, gdzie dominował kolor czerwony…
Zapraszamy na tradycyjne podsumowanie ligowej kolejki.
GKS Tychy – Polonia Bytom 0:0
Tyszanie tradycyjnie już swój mecz, jako gospodarze rozgrywali w Jaworznie, na razie nie jest to dla nich szczęśliwa arena. W obecności zaledwie 800 widzów GKS, nie potrafił wygrać z bytomską młodzieżą. GKS wciąż pozostaje, więc bez wygranej, podobnie jak Polonia, która zdobyła jednak pierwszy w tym sezonie punkt. Przewagę w tym spotkaniu, mieli wprawdzie Tyszanie, jednak nic nie chciało wpaść do bramki strzeżonej przez Mikę. W 80. minucie meczu drugą żółtą, a w konsekwencji czerwoną kartkę, ujrzał piłkarz gości Martin Baran. Czy tego dnia spotkały się ze sobą dwie najsłabsze drużyny tej ligi? Wydaje się, że tak.
Miedź Legnica – Flota Świnoujście 0:2
Flota jak na razie jest nie do pokonania. Goście zaczęli od mocnego uderzenie, bowiem już w 18. minucie wyszli na prowadzenie za sprawą Chyły, który huknął z blisko 30 metrów i pokonał Ptaka. Do przerwy zawodnicy nie stworzyli już żadnej 100% sytuacji, choć w 21. minucie ładny strzał Piotra Madejskiego, obronił Kasprzik. W drugiej połowie na boisku pojawił się przymierzany do GieKSy – Wojciech Łobodziński, który ostatecznie wzmocnił „Miedziankę”. Miedź ruszyła do odrabiania strat, jednak bezskutecznie. W 60. minucie błąd Woźniczki wykorzystuje Flota i zrobiło się 2: 0, drugie trafienie zalicza Daniel Chyła. Ostatnie pół godziny, to nieskuteczne próby zmiany wyniku z jednej i drugiej strony. W 69. minucie mocny strzał Olszara wyłapał bramkarz Miedzi – Ptak, w 79. minucie Zakrzewski traci piłkę już w samym polu karnym Floty, w 82. Minucie, przed utratą kolejnej bramki uratował „Miedziankę” – Aleksander Ptak. Niepocieszeni fani miejscowych muszą pogodzić się z kolejną porażką, natomiast Flota wciąż pozostaje największą pozytywną niespodziankę ligi. Widzów: 3500
Okocimski KS Brzesko – LKS Nieciecza 1:2
Nieciecza w tym sezonie przegrywa u siebie, natomiast na wyjazdach „leje” wszystkich bez cienia zażenowania. Pierwszy kwadrans derbów ziemi Tarnowskiej przyniósł jednego gola, jego autorem piłkarz gospodarzy – Wojciech Wojcieszyński, który okazał się skutecznym egzekutorem „jedenastki”. 14. minuta meczu, a za karnego odpowiedzialny jest Pleva. Mimo, iż „Piwosze” po tym golu mieli optyczną przewagę, gola wyrównującego strzelili gracze z Niecieczy. W 26. minucie dośrodkowywał Pawlusiński, a „swojaka” zaliczył Konrad Wieczorek – defensor gospodarzy. Do przerwy remis ze wskazaniem na „Słoniki”, którzy grają mądrzej piłką, Okocimski zbyt chaotyczny. Druga połowa zaczęła się od szturmu gospodarzy, którzy nie mogli znaleźć „haka” na golkipera gości – Sebastiana Nowaka. Od 60. minuty w Brzesku grał już tylko LKS. Najpierw groźnie strzelał Jan Pawłowski, jednak uderzenie zatrzymało się na bocznej siatce, ten sam zawodnik strzelił piękną bramkę przewrotką w 65. minucie, arbiter uznał jednak, że noga napastnika była za wysoko uniesiona i gola nie ma. Podopieczni trenera Kazimierza Moskala, dopięli swego dopiero w 84. minucie, wtedy to z 18 metrów w kierunku bramki uderzył Piotr Ceglarz i piłka przy krótkim słupku wpadła do bramki. Strzelec decydujące gola mógł postawić „kropkę nad i”, jednak zmarnował dogodną sytuację w 90. minucie. Nieciecza wygrywa 3 mecz wyjazdowy w tym sezonie, Okocimski coraz bliżej strefy spadkowej. Widzów: 1000
Stomil Olsztyn – Bogdanka Łęczna 2:2
Mecz rozpoczął się od groźnego ataku Olsztynian, jednak wszystko zostało wyjaśnione przez defensywę Bogdanki. Pierwszą bramkę kibice obejrzeli już w 9. minucie, kiedy to Veljko Nikitovic strzałem z rzutu wolnego zaskoczył – Tomasza Ptaka, bramkarza gospodarzy. Chwilę później mogło być już 2: 0, tym razem Ptak popisał się skuteczną interwencją. Od tej chwili do frontalnego ataku ruszyli podopieczni trenera Zbigniewa Kaczmarka, a prawie każdą akcję rozkręcał znakomity Michał Świderski. Starania Stomilu zostały nagrodzone w 32. minucie, kiedy to do wyrównania doprowadził wspomniany już – Świderski, skutecznie dobijając „wyplutą” przez bramkarza piłkę po główce Kazimierowskiego. Olsztynianie niesieni dopingiem poszli za ciosem, w 41. minucie Tomasz Strzelec po pięknym podaniu Kalonasa, trafia na 2:1. Stomil do szatni schodził prowadząc. Drugą połowę z animuszem znów rozpoczęli miejscowi, a Litwin Kalonas nie zdołał wykorzystać sytuacji jeden na jeden z golkiperem gości. 7. minut po tym zdarzeniu, arbiter podyktował rzut karny dla Bogdanki. Do futbolówki podszedł Tomas Pesir, który trafił w słupek. Wciąż 2:1. Stomil starał się wybijać z rytmu mających przewagę gości, pragnąc utrzymać korzystny rezultat. Niestety dla Olsztynian, ta sztuka się nie udała i w 75. minucie wyrównał Szałachowski, który z 16 metrów wolejem umieścił piłkę pod poprzeczką. Gol z cyklu „stadiony świata”. W 84. minucie meczu za drugie „żółtko” z boiska wyleciał piłkarz gospodarzy Paweł Baranowski, 4. minuty później za protesty na trybuny wysłany został trener Stomilu – Zbigniew Kaczmarek, a minutę później, piłki meczowej nie wykorzystał Michał Świderski. Po emocjonującym widowisku, obie drużyny podzieliły się punktami i pozostały w dole tabeli. Widzów: 2000
GKS KATOWICE – Kolejarz Stróże 2:0
Informacje o tym spotkaniu znajdziecie w innych miejscach naszej strony. Widzów: 2300
Sandecja Nowy Sącz – Olimpia Grudziądz 2:0
Faworyzowana przed tym meczem Olimpia zawiodła w Nowym Sączu i wraca z Małopolski na tarczy. Do przerwy bez goli, choć obie drużyny solidarnie zmarnowały po jednej „setce”. Najpierw w 25. minucie spudłował piłkarz Sandecji – Szeliga, a w ostatniej akcji pierwszych trzech kwadransów meczu, pojedynek sam na sam z Cabajem przegrał Adrian Frańczak. Już 2. minuty po wznowieniu gry, w zamieszaniu podbramkowym najprzytomniej zachował się Adrian Świątek i na tablicy wyników widniał rezultat 1: 0 dla gospodarzy. Nieudacznikiem meczu śmiało można nazwać zawodnika Olimpii – Adriana Frańczaka, który w 64. minucie pojedynku, znów znalazł się „oko w oko” z Cabajem i tym razem huknął w słupek bramki Sandecji. Wszyscy znają stare piłkarskie porzekadło, że niewykorzystane okazję się mszczą. Przysłowie to, znalazło potwierdzenie w faktach, już w 67. minucie, kiedy Bartosz Szeliga ustalił wynik meczu na 2:0. W 73. minucie Wojciech Mróz, zmarnował okazję do podwyższenia na 3: 0, w sytuacji sam na sam z Michałem Wróblem, przeniósł piłkę nad poprzeczką. Do końcowego gwizdka nic ciekawego już się nie wydarzyło. 3 cenne punkty zostają na stadionie im. Ojca Władysława Augustynka w Nowym Sączu. Sandecja” ni z gruszki ni z pietruszki”, wylądowała na 4. miejscu w ligowym zestawieniu. Podopieczni trenera Asenskyego spadli na miejsce 7-dme. Widzów: 1900
Arka Gdynia – Zawisza Bydgoszcz 0:1
Emocjami z tego ligowego hitu, śmiało można by obdzielić z 6 meczów. Stadion Arki tego wieczoru zamienił się w istny „Plac Czerwony”. Ale po kolei.
Już w 3. minucie gry bliscy szczęścia byli „Arkowcy”, ni to strzał ni dośrodkowanie Piotra Tomasika, na linii bramkowej złapał Witan. Minutę później, młody Mateusz Szwoch nie udanie próbował przelobować Andrzeja Witana. Mogło być 2: 0 w 4. minuty! Na następne pół godziny piłkarze obu ekip nie przygotowali nic specjalnego dla kibiców. Dopiero w 34. minucie pierwszą naprawdę groźna okazję zmarnowali „niebiesko-czarni”- Paweł Abbot głową minimalnie obok słupka. 43. minuta mocny strzał Detlaffa, tuz obok okienka bramki Zawiszy. 45. minuta i znów ni strzał ni dośrodkowanie tym razem Zawistowskiego, o centymetry mija bramkę Arki. Mimo sytuacji, do przerwy 0:0. Druga połowa zaczęła się od mocnego uderzenia. W 48. minucie spotkania znakomicie w polu karnym Arki znalazł się Daniel Mąka, który dobił strzał Skrzyńskiego w wyprowadził Zawiszę na prowadzenie. 5. minut później, Hermes z linii bramkowej wybija strzał Szwocha, wręcz nie bywałe, że młody napastnik Arki nie doprowadził w tej sytuacji do wyrównania. W 69. minucie spotkania znakomitej okazji nie wykorzystał zawodnik gości – Jakub Wójcicki, który minął wprawdzie bramkarza Arki, lecz wyrzucił się zbytnio na prawą stronę i z ostrego kąta nie zdołał skutecznie uderzyć. W 74. minucie doświadczony Marcin Radzewicz zachował się idiotycznie i za brutalny faul, otrzymał zasłużenie czerwona kartkę. 3. minuty później znów siły się wyrównały, inteligencją nie błysnął młody Mateusz Mąka i za wybicie piłki w trybuny po gwizdku, ujrzał drugą żółtą, a w konsekwencji czerwona kartkę. W 86. minucie Zawisza grała już w 9, drugą żółtą kartkę otrzymał Masłowski. W 90. minucie Łukasz Skrzyński fauluje zdaniem sędziego Charlesa Nwaogu w polu karnym i arbiter wskazuje na 11 metr, przy okazji wyrzucając z boiska – Skrzyńskiego. Powtórki wykazały, że Nwaogu wywrócił się o własne nogi, a dopiero chwilę potem wpadł na niego Skrzyński, także karny, jak i kartka nieprawidłowe. Mimo wściekłych protestów z ławki trenera Nemeca, aby broń Boże do jedenastki nie podchodził Nwaogu, czarnoskóry zawodnik zagarnął futbolówkę i sam postanowił wymierzyć sprawiedliwość. Protesty trenera Arki okazały się jak najbardziej podstawne, gdyż Nwaogu nie trafił w światło bramki! Wściekli obaj trenerzy, załamany i uciekający przed Nemecem do szatni – Nwaogu i szaleńczy taniec radości wykartkowanego Zawiszy na środku boiska. Bardzo ważne zwycięstwo podopiecznych trenera Szatałowa, którzy w ligowej tabeli zajmują 2. miejsce. Arka przegrywa 2 mecz z rzędu. Widzów: 6774
Dolcan Ząbki – Cracovia Kraków 3:1
Nie wyszło na dobre zawodnikom trenera Stawowego, szybkie odrabianie ligowych zaległości. Tym razem szczęście opuściło „Pasy”, i faktem stała się niespodzianka w Ząbkach. Od początku atakowali gospodarze, ale udało się dopiero za trzecim razem. W 28. minucie zabójcza kontra Dolcanu, zakończona bramką Dariusza Zjawińskiego. Cracovia ospała, jakby bez mocy, stwarza za sprawą Szeligi wątpliwej jakości zagrożenie, którym był nieskuteczny strzał z 30 metrów. 3. minuty później – Patryk Koziara podwyższa na 2:0. Mimo słabej postawy Cracovii, udało się zdobyć bramkę kontaktową, tuż przed przerwą. Bramkarz Leszczyński, skosił w polu karnym – Bartłomieja Dudzica, do jedenastki podszedł Mateusz Żytko, który okazał się skutecznym egzekutorem. Na drugą połowę, zgodnie z oczekiwaniami piłkarze Cracovii wyszli lepiej zmotywowani. Już w 52. minucie strzał Bernharda, obronił – Leszczyński. Na chwilę ambicje obu ekip przycichły, lecz z letargu wybudził wszystkich – Mateusz Piątkowski, który w 66. minucie gry ustalił, jak się okazało rezultat spotkania na 3:1. W 71. minucie, mocny strzał Osolińskiego, broni – Pilarz, w 75. – Zejdler nie wykorzystał 200% okazji na zdobycie gola kontaktowego, a w 90. minucie strzał – Dudzica zatrzymał się na słupku bramki, strzeżonej przez – Rafała Leszczyńskiego. W ostatniej akcji meczu, 100% sytuację zmarnowali gospodarze, gdyż na posterunku był – Pilarz. Po emocjonującym spotkaniu, zasłużone 3 punkty trafiają na konto zespołu prowadzonego przez Roberta Podolińskiego. Craksa spada na miejsce 3, natomiast wciąż niepokonany Dolcan, jest już 6-ty. Widzów: 1000
ŁKS Łódź – Warta Poznań 0:2
Być może ten mecz miałby zupełnie inny przebieg, gdyby Jakub Więzik w 2. minucie spotkania, strzelił gola dla łodzian. Miał ku temu zaiste znakomitą okazję. Dopiero w 24. minucie pierwszy raz tak naprawdę, bramce Bodzia W, zagrozili „Warciarze”. Znany z krótkiego pobytu w Katowicach – Bartłomiej Pawłowski, przegrał jednak pojedynek z doświadczonym golkiperem. Do 41. minuty, nie wiele działo się na placu gry, wtedy jednak – Wojciech Trochim wyprowadza Wartę na prowadzenie. Katastrofalny błąd, łódzkiej defensywy, wykorzystał – Pawłowski, który znalazł się w sytuacji sam na sam z Wyparłą, Pawłowski dograł jednak do Trochima i było po sprawie. Gol do szatni, stracony na własne życzenie. 10. minut po wznowieniu rywalizacji, Trochim trafia w słupek. ŁKS zagroził Warcie, dopiero w 71. minucie, wówczas Radliński świetnie wybronił uderzenie – Papikjana. W 76. minucie meczu, rzut karny dla Warty, Grzegorz Bartczak bez trudu wykorzystał jedenastkę. Ostatni kwadrans potyczki, to żenujący poziom i zero emocji. Warta pewnie wygrywa w Łodzi z beznadziejnym ŁKS-em. Szkoda ,że nasza GieKSa grała z łodzianami, już w 1. kolejce, teraz wydaje się, że spokojnie odprawilibyśmy ich z bagażem, co najmniej 3 goli. Widzów: 1521
5. kolejka okazała się bardzo emocjonująca, sędziowie pokazali sporo czerwonych kartek i podyktowali kilka rzutów karnych. 3 razy wygrywali gospodarze, 4 razy goście, a 2 spotkania zakończyły się podziałem punktów. W sumie 20 795 widzów, obejrzało 20 goli, co daje nam średnią 2,2 gola na spotkanie i 2310 widzów na mecz.
Galeria Kibice Piłka nożna
Kibicowska galeria z wyjazdu do Gliwic
Zapraszamy do kibicowskiej galerii z wyjazdu do Gliwic, gdzie GieKSa zjawiła się w nadkomplecie, a dokładnie w 1154 osoby, w tym 6 Banik Ostrava i 1 JKS Jarosław. Zdjęcia nadesłane przez kibiców.
Felietony Piłka nożna
Opór przed rozwojem
Przed trójmeczem wyjazdowym postanowiłem sobie określić liczbę punktów i swój stosunek do potencjalnej zdobyczy. Z góry przepraszam za przekleństwa. Ale jakoś musiałem stopniować. Mając w głowie naszą indolencję we wcześniejszych wyjazdach miałem więc w głowie coś takiego:
2 punkty – ch…owe k…a minimum
3 punkty – ch…owe minimum
4 punkty – minimum
5 punktów – dobrze
6 punktów – bardzo dobrze
7 punktów – kapitalnie
9 punktów – idealnie.
Już po pierwszym z tych trzech meczów cieszyłem się, że „ch…owe minimum” osiągnęliśmy, a do minimum brakuje jednego punktu. A do „dobrze” zaledwie dwóch remisów. Co było potem wszyscy wiemy. „Ch…owe minimum” ostatecznie zostało osiągnięte, ale patrząc z perspektywy, że już na początku, a potem nie pociągnęliśmy – frustracja jest tym większa.
Naprawdę niewiele zabrakło i niewiele trzeba było zrobić, żebyśmy po meczu z Górnikiem nie musieli już wracać do tych nieszczęsnych wyjazdów i odmieniania tego słowa – w negatywnym kontekście – przez wszystkie przypadki. Gdybyśmy wczoraj choćby zremisowali po średniej grze – można by było na ten moment uznać, że jako tako wszystko wróciło do normy – tu wygrana na wyjeździe, tu porażka, tu czasem remis wpadnie. Niestety to, co działo się zarówno tydzień temu w Gliwicach, jak i wczoraj w Lubinie każe myśleć, że kapitalne skądinąd zwycięstwo w Zabrzu było jakąś niesamowitą anomalią. Tym bardziej, jeśli spojrzymy na postawę Górnika w tym sezonie. I że to był wypadek przy pracy, tylko w pozytywną stronę.
Nie chce nawet myśleć, co by było, gdybyśmy przy Roosevelta przegrali, a przecież było tego bardzo blisko. Bilans sześciu porażek w siedmiu meczach wyjazdowych to katastrofa, ale siedem na siedem to już by była karykatura. Nawet outsiderzy nie mają takich bilansów. Na szczęście w Zabrzu wygraliśmy i ten wyłom w tragicznej wyjazdowej postawie jednak się pojawił.
Liczyliśmy jednak na to, że wygrana – i to w takich okolicznościach – da drużynie przełącznik na te wyjazdy, że w końcu siłą rozpędu zespół zacznie grać na innych stadionach niż Katowice. Tym bardziej, że przeciwników mieliśmy słabszych. Choć Piast się podnosi, to całkiem niedawno przegrywał 0:4 u siebie z Wieczystą w pewnym momencie meczu. Za to Zagłębie – toporne, beznamiętne i bezjajeczne, było tą ekipą, z którą drużyna mająca aspiracje powinna sobie w tym momencie sezonu poradzić. Albo przynajmniej nie przegrać. A już na pewno nie dać się tak kompletnie zdominować.
Naprawdę trudno mi uwierzyć, że na tle naszej drużyny, toporni na co dzień przeciwnicy, wyglądają jakby byli wirtuozami piłki. Wiadomo, że z tą wirtuozerią to lekka przesada, ale z tym, że wyglądali jak drużyna dobra i szybka już nie. Jak Miedziowi męczyli bułę czy kompromitowali się w Pucharze Polski, tak zorientowawszy się, że przyjechał „wyjazdowo najlepszy” GKS Katowice, nagle zaczęli być szybcy, dynamiczni, wygrywający pojedynki, mający pomysł na grę, atakujący i stwarzający sytuacje.
Choć to tak naprawdę tylko wrażenie. Zagłębie wcale nie zagrało wybitnego meczu. Solidny i dobry tak. Ale nic szczególnego.
Powtórzę taktykę naszych przeciwników i co tam trener mówi im w szatni. Brzmi to mniej więcej tak: „Wicie kurwa, chłopacy, kurwa rozumicie, naciście, biegajcie kurwa, uderzajcie ze łba i z bara, kurwa i oni się wtedy pogubią. A potem jak kurwa kurwa strzelicie, to oddajcie im balik, bo oni kurwa nie wiedzą, co z nim zrobić i przewracają się na chałce”.
Tak widzę odprawy przedmeczowe u naszych przeciwników.
Absolutnie niepojęte jest to, jak my na wyjeździe zapominamy każdy aspekt gry w piłkę. Bo jak wspomniałem – wyniki to jedno. Można przegrać, można nawet przegrać 2-3 mecze z rzędu. Nieszczęśliwy splot okoliczności, jakiś kryzys, błąd sędziego, po prostu słabszy moment. Ale u nas to nie jest kryzys. To jest jakieś totalne odcięcie od umiejętności i mentalu. To jest tak systemowy problem, że właśnie jedno zwycięstwo w Zabrzu kompletnie nie zmienia tego obrazu.
I ostatecznie w defensywie jesteśmy ultrasłabi, a w ofensywie to my gramy toporny futbol. Pod przykrywką rozgrywania ataku pozycyjnego i specyficznej tiki taki, pierdyliarda podań wszerz boiska i kompletnego braku brania na siebie odpowiedzialności za podjęcie decyzji – o ostatnim podaniu, o pójściu jeden na jeden a wysokości pola karnego, o strzale. A jak już ktoś taką decyzję raz na jakiś czas podejmie, to jakość wykonania jest bardzo słaba.
Dobra, odwlekałem. Robię teraz krótką przerwę od pisania i oglądam skrót. Miejcie mnie w swojej opiece.
<ogląda skrót>
<idzie ochłonąć po obejrzeniu skrótu>
<z niechęcią wraca po godzinie do pisania>
Nie, po prostu nie dało się na to patrzeć. Jak już stworzyliśmy sobie najlepszą okazję, to Marcel zachował się absolutnie kuriozalnie – będąc w dobrej pozycji w polu karnym, taki rzut karny pod lekką presją, po prostu podał piłkę do bramkarza. Koszmar. Podobnie jak tracone bramki. W pierwszej sytuacji mieliśmy déjà vu z Gliwic. Czyli znów wysoko ustawiona obrona i prostopadłe podanie za plecy na skrzydło. Gdzie oczywiście nie było Wasyla, więc już byliśmy ugotowani, bo nasi obrońcy bardziej w centrum boiska nie byli w stanie nic zaradzić. Arek nie przeciął, Alan dał się wyprzedzić i mieliśmy bramkę.
Drugi gol to po pierwsze rozklepanie nas jak dzieci. Ale to jeszcze pół biedy – czasem przeciwnik zrobi na tyle dobrą akcję, że przechytrzy rywala, zdarza się. Natomiast tyle luzu, ile miał Kosidis w polu karnym w momencie, gdy dostawał podanie, to jest kolejny defensywny kryminał tego sezonu. Plus wisienka na torcie, czyli nasz kapitan, który chyba sam nie wie, co chciał w tej sytuacji zrobić. On się normalnie, najnormalniej w świecie położył się w tej akcji. Tak jakby chciał zniknąć, nie uczestniczyć w tym evencie. Nie doskok, nie blok, nawet nie markowanie czegokolwiek. On się po prostu położył na boisku. To już druga taka sytuacja, po uchyleniu się przy trzecim golu dla Piasta.
Fatalna też była sytuacja, w której jednym podaniem rywale dosłownie przeszyli całą naszą trójkę środkowych obrońców i Sypek wyszedł sam na sam.
I tutaj muszę trochę napisać o zawodnikach, bo ode mnie ze względu na jednak summa summarum fajny poprzedni sezon, puchary i całokształt ekstraklasy w wydaniu zespołu, mieli trochę parasola ochronnego. No i jak to mówią, bez osobistych wycieczek, bo ja lubię tych piłkarzy, ale wkurzają mnie niemiłosiernie czasem, no i ostatnio zawodzą. Więc panowie nie obrażajcie się, tylko po prostu… się ogarnijcie.
Zacznę od wspomnianego Arka. Nie chcę być złym prorokiem, ale to trochę wygląda tak, jakby ząb czasu trochę nadgryzł naszego kapitana. Chciałbym wierzyć, że w jego przypadku to jest tylko kryzys formy. Natomiast patrząc na postawę jednak naszej ikony tej nowej GieKSy, to w ostatnim czasie po prostu Arek Jędrych nie daje rady. Jest wolny, daje się wyprzedzać zawodnikom rywala, popełnia proste błędy, gdy piłka jest w jego pobliżu, gdy się broni, serce podchodzi do gardła. W niektórych meczach w dość prostych sytuacjach kilka razy grał na alibi (wybicie na aut), tak jakby sam dobrze wiedział, że piłka się go nie słucha. Źle się ustawia. Niestety – Arek jest w tym sezonie tak słaby jak znakomicie wykonuje rzuty karne. Ogólnie wszyscy wiemy, jak dużo dał GieKSie i jako szef na boisku – dokąd nas doprowadził. Jednak czas mija. I nie chodzi mi o to, żeby zawodnika teraz gdzieś totalnie odstawić. Jednak nie może być nietykalny, jeśli chodzi o pierwszy skład, tylko dlatego, że jest kapitanem i tak ważną postacią dla tego zespołu. Z tym tematem – piłkarsko i psychologicznie, jeśli chodzi o całą drużynę – sztab trenerski musi sobie poradzić.
Oczywiście to nie jest jedyny zawodnik, który zawodzi i absolutnie nie można z niego robić kozła ofiarnego. Bo zawala cała drużyna. Przede wszystkim boli to, że nie widać żadnego progresu, choćby w porównaniu z poprzednim sezonie. GieKSa utknęła w nie wiadomo czym, a niektórzy piłkarze wręcz zaliczyli regres.
Straszliwie zleciał z formą Marcin Wasielewski. Ten walczak, ten dzik, którego znamy z poprzednich sezonów, teraz gra tak beznamiętnie i nieefektywnie. Dodatkowo brakuje mu decyzyjności, woli – mimo że ma dobrą sytuację – gdzieś tam się obrócić i szukać Alana Czerwińskiego. O wygranych pojedynkach na boku możemy zapomnieć.
Mateusz Kowalczyk ogólnie dobrze, że wrócił do składu, lepiej go mieć niż nie mieć. Tragedii nie ma, ale to jednak nie jest to. W tej jego destrukcji i kreacji początku akcji nie ma błysku, o ile można mówić o błysku w destrukcji. Nie no – można jak najbardziej.
Borja Galan teraz jest kontuzjowany, ale przecież też totalnie zjechał z formą.
Eman Marković to mam wrażenie, że sobie krótkim fragmentem na wiosnę bardzo wysoko zawiesił poprzeczkę i sam nie wiem, jaki to jest zawodnik. Bo wtedy do czasu swojej eksplozji był ultraprzeciętny, a w tym sezonie jest bardzo słaby, nie licząc pojedynczych momentów.
Mateusz Wdowiak próbowany na wahadle też ostatecznie – jak to ktoś napisał – „przychodził jako rezerwowy Zagłębia i dalej wygląda jak rezerwowy Zagłębia”. Ja osobiście zawsze sobie dużo obiecuję, jak Mateusz wchodzi na boisko, ale na oczekiwaniach się kończy. Ciągle w niego wierzę i chciałbym go mimo wszystko zobaczyć więcej na boisku.
Marcela póki co ekstraklasa w GieKSie chyba jednak weryfikuje. Problem polega na tym, że gdy w GieKSie zaczynał, widzieliśmy zawodnika szybkiego, z potencjałem, z błyskiem, który jednak nie ma chłodnej głowy. Mieliśmy nadzieję, że jak tę głowę ustabilizuje, to będzie lepiej. Niestety teraz nawet tego potencjału nie widać. Również stał się toporny i bardzo słaby w swojej grze. I zastanawiam się, czy to przypadkiem nie jest jego poziom.
Erik Jirka od czasu, kiedy przyszedł do GKS również kompletnie nic nie wnosi. Wiele sobie obiecywałem po tym transferze, pamiętając go z Piasta. Ostatecznie próbuje jakiś szum robić na skrzydle, ale efektu z tego nie ma żadnego.
Bartek Nowak niedawno w wywiadzie w Canal Plus mówił, że chce częściej uderzać na bramkę. I tutaj wychodzi paradoks, bo ja mam wrażenie, że jakby strzelał częściej, to byłby mniej samolubny. A tak wychodzi na to, że on po prostu uwielbia szukać tych swoich podań i choć pozornie jest to gra dla zespołu, to jest to jednak bardziej… egoistyczne. Bartek naprawdę, weź uderz czasem z tego dystansu czy z pola karnego i nie szukaj na siłę podania. Technikę masz to po prostu strzelaj, a nie kombinuj. Czekamy na Twoje gole, nie tylko asysty.
Choć i tak nawet w takim żenującym meczu całego zespołu Bartek potrafił ze dwa razy świetnie obsłużyć kolegów…
Dla mnie wielkim zawodem jest Bartosz Wolski. Zdania są podzielone, jedni mówią, że gra dobrze, inni że nie. Może nawet w statystykach i analizach liczbowych wychodziłoby, jakie to Bartek ma świetne parametry, że byłoby sto odbiorów, podań progresywnych i innych badziewi. Tyle, że jakoś tego nie widać na boisku. Zawodnik jest przezroczysty, nasz środek pola nie istnieje, poza beznamiętnym przekazywaniem sobie piłki w poprzek boiska.
I tak dalej, i tak dalej, można by jeszcze mówić o np. Pau Reście, Lukasie Klemenzu itd…
Do tego wiecznie kontuzjowany Adam Zrelak, Olek Paluszek dochodzący do siebie w nieskończoność, Damian Rasak, który wraca, wraca, ale wrócić nie może.
Aha, jeszcze bramkarz Gabriel Kobylak. Meczów nie zawala, ale też nie wybrania. Sam fakt, że o nim zapomniałem trochę też mówi, że mamy bramkarza póki co przezroczystego, choć w tym przypadku akurat nie powiedziałbym, że to wada. Ale nie jest też to zaleta.
Tak naprawdę jedynym piłkarzem, który zrobił widoczny progres jest Ilja Szkurin. I tu jest kolejny niesamowity paradoks. W poprzednim sezonie, gdy widzieliśmy tę waleczną GieKSę, biorącą odpowiedzialność za różne wydarzenia boiskowe, Ilja jawił się jako ten, który nie za bardzo chce wracać, walczyć, angażować się w tę intensywną grę.
A tu nagle nastąpiło odwrócenie. Ilja się tej GieKSiarskiej gry nauczył, a reszta wygląda, jakby zapomniała. I to teraz nasz napastnik wygląda na tego, który najbardziej odpowiedzialnie pracuje. Cofa się po piłkę, próbuje rozgrywać, notuje nawet skuteczne interwencje we własnym polu karnym. Walczy z przeciwnikami w pojedynkach. Tak, Ilja zaliczył duży progres. Nie jego winą jest to, że partnerzy nie potrafią mu dostarczyć dobrej piłki do wykończenia. Ale swoich bramek już w tym sezonie i tak trochę strzelił. Naprawdę to zawodnik, do którego mam najmniej pretensji, w zasadzie to nie mam żadnych. I to cieszy. Ilja, tak trzymaj.
Tym razem trener nie mówił naokoło o efektywności czy jej braku. Powiedział wprost, co zadecydowało i że nie jest dla niego akceptowalne tak dać się zdominować. Wiadomo, że jest to konferencja prasowa i i tak jest dość dyplomatyczny, ale przynajmniej nie słyszeliśmy, że było dobrze, skoro nie było. A było fatalnie.
Jedynie nie zgodziłbym się z trenerem z tym „niefortunnym” terminarzem na początku. To znaczy wiem, że odniósł się jedynie do proporcji meczów u siebie i na wyjeździe. Ale patrząc na samych przeciwników, to schody akurat dopiero się zaczną.
No bo sorry, ale póki co graliśmy w większości z drużynami słabymi lub przeciętnymi. Motor to za chwilę będzie się dramatycznie bronił przed spadkiem, Wisła Płock czy Radomiak mają swoje problemy i w wielkiej formie nie są, Piast gra w kratkę, Zagłębie – swój głównie remisowy antyfutbol (oprócz meczu z GKS). Jeszcze takimi badziewiakami jest Cracovia, z którą nie wyobrażam sobie nie wygrać. Cracovia bowiem jest chyba jeszcze słabsza niż Zagłębie, a trener Bartosz Grzelak… nie wiem co tam robi, bo Pasy wyglądają fatalnie od jego przyjścia.
No ale przecież przed nami starcia z Rakowem, który przecież chce się odbudować i w końcu wygrał pierwszy mecz, a już na Lechu wyglądał dobrze. Zagramy niedługo z Koroną, która świetnie się spisuje w tym sezonie. Będzie Widzew, który z nową miotłą w końcu będzie chciał zacząć coś grać w tej lidze. A przecież dopiero przed nami Jagiellonia, Lech, Legia. I na koniec roku Wisła, która kto wie, czy się nie rozpędzi, bo z Jagiellonią zagrała wybitnie. Jeśli my się nie ogarniemy, to mogą nastać ciężkie czasy.
I nie możemy liczyć na te mecze u siebie. Bo statystyka i zdrowy rozsądek mówi, że prędzej pogubimy jakieś punkty na własnym stadionie niż zaczniemy regularnie je zdobywać na wyjazdach. Z prostej przyczyny – łatwiej utracić coś, co trzyma się wielkim wysiłkiem niż nagle wskoczyć na swoje wyżyny.
Czasem robimy dobrą minę do złej gry, chcemy wierzyć, że porażki czegoś będą uczyć, że wpłyną na rozwój. Rzadziej tak się wydarza, częściej jednak wnioski nie są wyciągane. Nie tylko w piłce, ale i w życiu. Taki jest świat. Dlatego też zawsze wierzę, że na przykład taka wygrana z Górnikiem będzie przełamaniem. A potem przychodzą takie „spektakle” jak z Piastem i Zagłębiem.
Jedyną moją nadzieją, której akurat się trzymam, to fakt, że w szerszym kontekście trener Górak i piłkarze z podobnych tarapatów kilkukrotnie już wyszli i potem było świetnie. Więc tu nawet nie chodzi o to, że nie mam optymizmu, bo ten u mnie nie słabnie. Ale pojawia się – myślę uzasadniona – niecierpliwość i frustracja, że po raz kolejny musimy się z czegoś wygrzebywać.
Felietony Piłka nożna
Igrzyska Myśliwca z katowicką obroną
Czasem trzeba – jak to się mówi – przespać się po danym meczu. Po to, żeby podejść do niego bardziej spokojnie, znaleźć jakieś pozytywy i ogólnie nie popaść w zły nastrój. Nie pykło. Tym razem patrząc już z lekkiego dystansu, czyli sobotniego poranka, mam obraz gorszy niż bezpośrednio po meczu. Powiedzmy sobie wprost – to było fatalne spotkanie naszego zespołu.
Nie mam tym razem irytacji, tak jak po meczu z Motorem. Może z powodu dyspozycji dnia. Ale nie zespołu, tylko mojej. Ot, GieKSa pokazała swoją specyfikę od tej złej strony, ale nie jest to nic nowego, znamy to doskonale. Tym razem wyszło na minus.
To co jest niestety specyfiką tej drużyny i co (póki co) nie pozwala jej wejść na stałe do czołówki ligi to jej kompletna losowość. Abstrahując oczywiście od tej różnicy u siebie i na wyjeździe. Ale zasadniczo wygląda to tak, że co nam danego dnia wylosuje maszyna losująca, tak będzie wyglądał mecz w naszym wykonaniu. Nie ma czegoś takiego, że przed meczem ze stosunkowo dużym prawdopodobieństwem jesteśmy w stanie stwierdzić, że GieKSa zagra dobre solidne spotkanie, będzie lepsza od rywala albo przynajmniej równa, a wynik – choć to suma wielu wypadkowych – również z pewnym prawdopodobieństwem będzie korzystny. Nie. W przypadku GKS mamy wręcz orła i reszkę – jak wypadnie jedno to mamy ekipę walczącą, kapitalnie grającą w piłkę, stwarzającą zagrożenie. Jeśli drugie – drużynę bezradną i… grającą w obronie w tak kuriozalny sposób jak wczoraj. Ale jest to sposób znany. Także z tego sezonu. Jak zawieje – tak zagramy.
Zanim przejdę do obrony (dla porządku, chodzi o obronną grę całego zespołu), słówko o innych aspektach. Zapytałem trenera na konferencji o wyciąganie wniosków z rywalizacji z Piastem, przede wszystkim z jesieni z poprzedniego sezonu. Bo miałem małe déjà vu z tego meczu, gdy chyba dopiero w swoim drugim starciu jako trener Piasta przyjechał na Nową Bukową Daniel Myśliwiec. Wtedy używałem takiej metafory, że piłkarze Piasta „pobili” naszych zawodników. Bo już wtedy zameldowali się bardzo szybko w kościach naszych zawodników, którzy nie byli na to przygotowani. I goście wtedy zdominowali ten mecz fizycznością i agresją, do tego strzelili w krótkim czasie dwie bramki i było po meczu. I wczoraj mieliśmy podobny vibe Piasta, przy czym tym razem z dyscyplin olimpijskich trener Myśliwiec nie postawił na boks, tylko na sprint. Nie wiem, jakim cudem przekonał swoich piłkarzy, zwłaszcza tych zagranicznych, jaka jest waga meczu z GieKSą, ale grali oni, jakby nałykali się szaleju. Byli dzicy, z pianą na ustach, walczyli, jakby to była wojna, a nie mecz piłkarski. Tak jak mówię – tym razem objawiało się to w szybkości, pokazywaniu się na pozycję i niesamowitym parciu do przodu. Utrzymywali przy tym naprawdę dyscyplinę taktyczną, to nie były ataki chaotyczne. W tym kontekście trafiliśmy na przeciwnika niesamowicie dobrze dysponowanego.
Trener mówił po meczu, że w drugiej połowie to GKS przejął inicjatywę. No jasne, ale przecież Piast prowadził już 2:0, więc to turbodoładowanie nie było już im do niczego potrzebne. Poza tym bądźmy konsekwentni – bo narracja jest taka, że gdy my się cofamy do niskiej obrony, to jest to przemyślana taktyka, a jeśli przeciwnik – to znaczy, że ich zdominowaliśmy i rywal miał kłopoty…
No nie. Piast intencjonalnie oddał nam piłkę, może nie do końca dla siebie w sposób idealny, na co zwracał uwagę trener rywali. Ale gospodarze bardzo umiejętnie się bronili i GKS choć stworzył sobie ostatecznie dość sporo sytuacji, to trudno powiedzieć, żeby któraś z nich naprawdę była wielką szansą na zdobycie gola. Wydaje mi się, że najlepszą miał Mateusz Wdowiak w pierwszej połowie, ale i tak jednak musiał uderzać z takiej krótkiej nogi. Owszem – powinien to trafić, ale sytuacja idealna nie była. Mateusz Kowalczyk z szesnastu metrów – to też powinno zakończyć się dużo lepszym uderzeniem (znaczy nie wprost w bramkarza). Sytuacja Marcina Wasielewskiego po kapitalnym podaniu Nowaka była trudna, bo nasz zawodnik uderzał już będąc bardzo blisko bramkarza, szanse powodzenia były minimalne. Ilja po podaniu Bartka strzelał bardzo efektownie i był blisko, ale była to trudna sytuacja.
Poza tym nasze sytuacje były słabe, podwójne uderzenie Bartka nie miało też większych szans.
Jeśli chcemy porównać – naprawdę dobre szanse to miała Wisła Płock w Katowicach. Mimo, że przegrała 0:5, na początku meczu, kiedy ratował nas Ilja, a potem w drugiej połowie, gdy sam na sam wyszedł Hamulić. To są prawdziwe groźne sytuacje, a nie te, które my stworzyliśmy w Gliwicach.
Daniel Myśliwiec jak nikt inny widać zna atuty i słabości GieKSy. Nikt w tej lidze nie potrafi nas zneutralizować w taki sposób. I najwidoczniej trener wygrał ten mecz już przed meczem. Wiedział jaką taktykę przyjąć i jak nastawić swoich zawodników. I to wystarczyło. Plus dodajmy pewien aspekt układu gwiazd. Oprócz tego, że Piast był lepszy zarówno w obronie i w ataku, to trzeba powiedzieć, że absolutnie wszystko im wychodziło, a nam absolutnie nic. Takie mecze też się zdarzają.
Przede wszystkim trenerzy rywali wiedzą (i my niestety też), że gdy się nasz zespół naciśnie, to gubimy się niemożebnie. Recepta na GieKSę – wprowadzić trochę szybkości i chaosu w naszych szeregach, to prawdopodobieństwo zdobycia bramki znacząco wzrasta. Co lepsza (a nawet i nie) drużyna z tego korzysta. Na naszym tle zadziwiająco często drużyny przeciwników wyglądają na rozpędzone i grające mecz sezonu…
No ale wracając do tej defensywy. Problem mamy wielki i to nie jest tylko kwestia tylko tego sezonu. Na ten moment mamy rozegranych 10 meczów i 15 straconych bramek. To daje średnią 1,5 traconej bramki na mecz – taka sama średnia wychodzi zarówno w lidze, jak i czterech meczach pucharowych. Mamy w dziesięciu meczach tego sezony zaledwie jedno czyste konto, a w ostatnich osiemnastu spotkaniach – tylko dwukrotnie nie straciliśmy bramki.
Ale tu nie chodzi nawet o samą liczbę, bo choć jest ona spora, to nie jest jeszcze jakaś totalnie dramatyczna. Ale dramatyczny jest sposób, w jaki te bramki tracimy. I w jakich momentach czy odstępach. Patrząc na ten sezon. I rozpoczynając od meczu w Żylinie. Mieliśmy kilka fatalnych zachowań w pierwszej połowie, bramek nie traciliśmy, ale gubiliśmy się wtedy strasznie, podając do przeciwników. Natomiast z pola karnego wybić piłki nie umieliśmy i był rzut karny. Na Wiśle dwie bramki stracone w trzy minuty, a mogły być trzy w pięć czy sześć minut, ale trzecia nie została uznana. Z Radomiakiem podajemy w polu karnym prosto na nogę przeciwnika. Hapoel – wiadomo przedziwny przerzut Borjy, a potem strata Arka. W rewanżu z drużyną z Tel Awiwu jakieś uchylanie się od główek i rywal wychodzi sam na sam. Z Górnikiem w 80 sekund tracimy dwa gole. No i jedna z wisienek na torcie – mecz z Piastem.
Choć déjà vu to miałem też z Miszkolcem…
Trudno zrozumieć, co tu się wczoraj wydarzyło. To że rywale przeprowadzili kontrę to jedno. Ale jak jeden Sanca może się zatrzymać na szesnastym metrze, przekładać sobie nogę nad piłką, a nasi zawodnicy dosłownie jak tyczki – nieruchomo powbijani w ziemię. To się absolutnie nie ma prawa wydarzyć, a nawet jeśli stoją – to niech przynajmniej zasłonią bramkę. Drugi gol to zupełnie bierne zachowanie naszych zawodników – ponownie powbijanych w ziemię – i przeciwnik zza pleców trzech GieKSiarzy wbiega i bez problemu strzela bramkę. I powiem tak – do obejrzenia skrótu myślałem, że trzeci gol to po prostu czyste stadiony świata. Ale jak zobaczyłem, jak nasz kapitan uchyla się niemal do ziemi, odsłaniając tym samym drogę piłce do bramki, to sam klęknąłem. Przecież jakby Arek został spionizowany, to piłka by trafiła dokładnie w niego.
A co do tej drugiej bramki jeszcze – to przecież dosłownie dwie akcję poprzedzające – w ciągu 2-3 minut – to były wyjścia Piasta sam na sam lub niemal sam na sam – raz był spalony, a za drugim razem rzut rożny, po którym padł gol. Podania na skrzydła, takie na dobieg, nokautowały nas w tym meczu.
I tak jak trener mówi, efektywność w obronie i ataku była po stronie Piasta. Raz, że Piast był lepszy, ale dwa – że my byliśmy po prostu bardzo słabi. Nie tylko w obronie i nie tylko w wykończeniu. My sobie nie wykreowaliśmy sytuacji tak groźnych, żeby mieć większe szanse na gola. A czasu na to mieliśmy w drugiej połowie mnóstwo, kiedy Piast oddał nam piłkę.
Cóż, zdarzyło się. Dużo gorzkich słów tu padło i w węższym, ale przede wszystkim szerszym aspekcie, trzeba coś z tą grą obronną zrobić, bo tak naprawdę mamy z nią problem od samego awansu do ekstraklasy. Bywały krótkie serie – kilku meczów – kiedy nasi piłkarze wznosili się na wyżyny, notowali czyste konta, potrafili nawet 2-3 mecze z rzędu zagrać bardzo dobrze w defensywie. Ale potem znów przychodziły, kiksy, babole i niezrozumiałe zachowania. Znaczy kiksy… Co do kiksów to ja nawet nie mam pretensji. Na przykład do takiej bramki samobójczej Arka w Łodzi w Pucharze Polski. Tam to był czysty pech, coś co po prostu się zdarza. Ale jak widzę irracjonalne zachowania zawodników, to to jest już powód – czasem do wkurzenia, czasem niepokoju.
Jeśli ta drużyna chce się rozwijać, to musi poprawić defensywę. Nie możemy wiecznie liczyć na to, że Bartek Nowak da ciasteczka, a Ilja Szkurin będzie miał dzień konia. Nie możemy wiecznie liczyć na to, że strzelimy więcej bramek od przeciwnika, który nam strzela. My mamy umieć przepchnąć kolanem mecz, w którym nam się ofensywa nie układa, mamy mało sytuacji lub jesteśmy nieskuteczni – ale pakujemy tę jedną bramkę i wygrywamy, bo obrona spisała się na medal i nie dopuściła do utraty gola.
Nie jesteśmy drużyną idealną. Naprawdę, gdyby nie te aspekty, o których wspomniałem, bylibyśmy w czołówce ligi i pewnie bili się o mistrzostwo. Ale mamy swoje mankamenty i jesteśmy w takim miejscu jak jesteśmy. Nadal bardzo dobrym miejscu. Ale musimy się rozwijać.
Za tydzień ostatni z trzech meczów wyjazdowych – Lubin. Jeśli tam zapunktujemy za jeden – będzie można powiedzieć, że minimum w tym trójmeczu osiągnęliśmy. Jeśli wygramy – to będzie bardzo dobry wyjazdowy wynik. Nie ma co więc płakać nad rozlanym mlekiem, a tak jak powiedziałem – docenić też bardzo należy drużynę Piasta.
Na koniec powiem, że po meczu dziennikarz Łukasz Pawlik powiedział, że jakby kiedyś zakończył pracę w GKS trener Górak, to to byłby godny następca. Zgadzam się w stu procentach. Nie wiem, co ten szkoleniowiec w sobie ma, ale widać, że ma warsztat, gdziekolwiek nie jest to ma wyniki, potrafi z niczego zrobić coś. Do tego jest skromny, trochę cichy, a jednocześnie widać, że ma ten błysk w oku. Wydaje mi się, że to całkiem spoko człowiek, który jednocześnie swoje przeszedł, zarówno w sporcie, jak i poza nim.
Ale to teoretyczne rozważanie. Teraz trwa projekt firmowany przez Rafała Góraka i niech trwa jak najdłużej, po przysparza nam on masę radości, a GieKSa jest w tym pięknym miejscu. Tak więc dalej pracujmy nad budowaniem wielkiej GieKSy, jak trzeba to poklepmy się po plecach, a jak trzeba to solidnie opie…olmy. Ale tylko po to, by iść do przodu.
Z niecierpliwością czekamy na Lubin!

mózG
3 września 2012 at 00:41
Błąd często powielany:
-W 86. minucie Zawisza (GRAŁ) już w 9, drugą żółtą kartkę otrzymał Masłowski
-dobił strzał Skrzyńskiego (i) wyprowadził Zawiszę na prowadzenie.
Opis ostatniego meczu do totalnej przeróbki. Szczególnie to zdanie:
„Katastrofalny błąd, łódzkiej defensywy, wykorzystał – Pawłowski, który znalazł się w sytuacji sam na sam z Wyparłą, Pawłowski dograł jednak do Trochima i było po sprawie.” W pierwszej części niepotrzebne przecinki i myślnik burzą tok rozumowania.
GieKSa jako jedyny zespół z dołu tabeli ma zwycięstwo w tej kolejce. Szkoda utraty punktów z eŁKSą bo bylibyśmy w lepszych humorach po tym zwycięstwie.
Oby chłopaki nie wyszli na mecz z Zawiszą z przekonaniem, że nie dadzą rady wygrać tego spotkania.