Dołącz do nas

Felietony Piłka nożna

Po prostu znakomici

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Jak widać trener miał rację z tym „wyciąganiem dobrego” po meczu z Legią. Rzeczywiście, w Warszawie mieliśmy dobrą grę i zalążki dobrej formy. Czekaliśmy z utęsknieniem na sobotę, by zobaczyć, czy ten trend się utrzyma.

Utrzymał się. I to jak!

GieKSa zagrała znakomite spotkanie, jedno z najlepszych od powrotu do ekstraklasy. Znów w naszej ekipie widzieliśmy rzeczy tak znane z poprzedniego sezonu – agresję, ambicję, ale też pomysł na grę i narzucenie swoich warunków. Arka była bezradna prawie przez cały mecz. Pomijając ten zryw w końcówce pierwszej połowy, goście – dowodzeni przecież przez aspirującego do miana trenerskiego stratega, Dawida Szwargę – nie potrafili zrobić na boisku kompletnie nic. Zostali po prostu zdominowani przez GieKSę, a nasz trener pokazał swojemu byłemu szkoleniowemu podopiecznemu, że jeszcze musi sporo się uczyć. Nie piszę tego z przekąsem, bo Dawida Szwarga ma łeb na karku i zapewne sobie w swoim rozwoju trenerskim poradzi, ale jeszcze kilka takich gorzkich pigułek musi przełknąć. Nie ma bowiem chyba nic gorszego dla trenera, jak utrata kilku bramek w meczu po stałych fragmentach gry. To są piłkarskie szachy, w dobie kładzenia nacisku na taktykę i próby zneutralizowania rywala w grze, to właśnie stałe fragmenty są często tym, co przeważa szalę.

Zanim jednak do nich przejdziemy, naprawdę doceńmy postawę GieKSy na boisku jako taką. W końcu – w piątej kolejce – mieliśmy zespół, który ma umiejętności i jakość, ale przede wszystkim w tę jakość wierzy. Bo w takiej Łodzi niby byliśmy sporo przy piłce, ale tam nie było ani przekonania, ani ikry. Z Legią już to przekonanie było, ale przeciwnik był mocny i miał bardzo dobrego bramkarza. A jak nam się pojawiła już GieKSa w pełnej krasie, to mogliśmy tylko podziwiać i cieszyć się, że jednak ta jakość w drużynie jest – i teraz kwestia jest tylko taka, czy ją trener i piłkarze wydobędą czy nie. Gorzej by było, jakbyśmy mieli po prostu słabą drużynę. Wtedy każdy punkt traktowalibyśmy jak dar z niebios. Z Arką tak nie było – GieKSa po prostu pokazała to, co ma najlepsze.

Naprawdę trudno zrozumieć, co się stało z tymi stałymi fragmentami. Trener nie zgadza się z opiniami, że po rzutach rożnych Bartosza Nowaka nie było żadnego zagrożenia. No okej, trener widzi więcej i inaczej rozpatruje pewne kwestie. Powiedzmy więc tak, że dla laika czy zwykłego dziennikarza, czy kibica nie było widać większego zagrożenia. W postaci jakichś strzałów, jakiejś główki bezpośrednio po kornerze. Natomiast wczoraj mieliśmy po prostu drugą skrajność. To co nasi zawodnicy wyprawiali ze stałymi fragmentami, to było wzorcowe. Wspomniany Bartosz Nowak zamieniał wszystko w złoto, co wykonywał wolnego czy rożnego, to zaraz z tego była sytuacja bramkowa. Przecież i Arkadiusz Jędrych mógł w drugiej połowie po takim kornerze strzelić bramkę. Świetną asystę Bartek zanotował do Lukasa Klemenza. Ale naprawdę z jego strony było zagrożenie. Naprawdę w tym sezonie, jak GieKSie nie szło, to zawodnik był jedynym, który strzelał gole. Teraz gra taki mecz, że palce lizać. Jakkolwiek w poprzednim sezonie przeplatał czasami kapitalne zagrania (z których były bramki) z grą, która nie do końca nas zadowalała, to na ten moment jest naprawdę super.

Wróciliśmy też do bezpośredniego sprawiania zagrożenia po wrzutach z autu. Nieraz się zastanawiałem, dlaczego od tego odeszliśmy, gdy przecież na jesieni w poprzednim sezonie to dawało bramki i groźne sytuacje. Teraz zaczęliśmy od tego, że Mateusz Kowalczyk mocno, płasko wrzuca piłkę z autu i z marszu mieliśmy dwie sytuacje bramkowe, a po jednej padł gol. Potem zresztą mieliśmy powtórkę. Zgarnianie drugich piłek po takich wrzutach (czy rogach) to przecież też jest potężny atut. Przypomina się choćby gol z poprzedniego sezonu z Pogonią, gdy Kuusk zagrywał do Jędrycha, a ten zdobył bramkę. Wszystko nogą, nie głową. To ciągle jest siła.

To, co zwraca uwagę, to też bezceremonialne wstrzeliwanie piłek w pole bramkowe czy tuż przed nie – w Warszawie takie zagranie zrobił Nowak i wtedy Kacper Łukasiak miał doskonałą sytuację, teraz Kowalczyk to powtórzył i padła bramka. Tu się nie ma czasem co ceregielić, taktyka taktyką, ale mocne wstrzelenie w pobliże bramki znacząco zwiększa prawdopodobieństwo jej zdobycia. I z tego założenia najwidoczniej wychodzi GKS. Takie trochę założenie, że piłka nożna to prosta gra. Więc programujmy, ile trzeba, ale w niektórych sytuacjach mała aferka nie zawadzi.

Niesamowite, że w tak dobrym meczu aż trzy bramki zdobyli środkowi obrońcy. Nie sposób nie wspomnieć o kolejnym bohaterze meczu – Lukasie Klemenzie. Wiadomo, że nieraz piłkarza krytykujemy za poczynania obronne, ale to, jak się znalazł w obu sytuacjach bramkowych, było klasowe. Najpierw z totalną determinacją przepchał się przez wszystkich (nawet przepchał Zrelaka) i dobijał swój własny strzał – choć tak naprawdę już przy pierwszym piłka znalazła się w bramce. Drugi gol tu już było perfekcyjne uderzenie i perfekcyjny strzał. A nie zapominajmy, że chwilę wcześniej też miał okazję i piłka po jego uderzeniu dwa razy zatańczyła na poprzeczce. Co tu dużo gadać – brawo Lukas!

Zawodnik zastąpił po pierwszej połowie Alana Czerwińskiego, który zgłosił uraz, ale mimo to, zawodnik zdążył jeszcze zaliczyć bardzo dobre otwierające podanie do Adama Zrelaka. Końcówka poprzedniego sezonu była bardzo dobra w wykonaniu Alana w ofensywie, więc przypomniał sobie swoje zagrania z tamtych rozgrywek do Bergiera czy Repki.

A Adam Zrelak? O panie. Chłop wrócił i z wysokiego C nam się pokazał. Już od początku meczu jego waleczność, wywieranie presji na przeciwniku pokazywało, że z tej gry będzie pożytek. Był aktywny, widoczny, wyraźny i przede wszystkim silny. A gdy już dostał piłkę w polu karnym i uderzył z półobrotu z woleja, a piłka, odbijając się od poprzeczki, wpadła do bramki, wzbudził zachwyt katowickich kibiców. Swoją drogą niesamowita jest ta sympatia i życzliwość wobec tego piłkarza. Mimo że często bywa tak, że nowy zawodnik, gdy szybko odniesie kontuzję i przez wiele miesięcy go nie ma, nie jest darzony wielką estymą, to w przypadku Słowaka jest dokładnie odwrotnie – wszyscy wyczekiwaliśmy na jego powrót. Nie strzelił przecież dla GKS wielu bramek, ale mimo to pamiętamy Gliwice czy Warszawę z poprzedniego roku, ale też samą grę piłkarza. Cieszy bardzo, że wrócił do zdrowia i tego zdrowia mu życzymy, bo jeśli ono będzie, z napastnika będziemy mieli masę pożytku i radości.

Nie zapominajmy też o czarnej robocie wykonywanej w środku boiska. W końcu swoje zagrał Kacper Łukasiak i dzięki temu również mieliśmy mnóstwo spokoju w tyłach.

Kapitalnie, że taki mecz się zdarzył. Jakkolwiek najważniejsze są punkty, to optymizm wlany w serca kibiców GKS po takim meczu był czymś chyba jeszcze bardziej wartościowym niż trzy oczka dopisane do tabeli. Ta radość trybun, znowu ta synergia, o której niegdyś mówił trener, była widoczna. To była fantastyczna sobota na Nowej Bukowej.

I nie zapominajmy – Arka to nie są leszcze, Stefan. Ta drużyna przecież dwa tygodnie temu nie dała sobie strzelić gola na Łazienkowskiej. W końcu wygrali mecz u siebie. Nie będą możnym tej ligi, ale nie wydaje się, że będą dramatycznie walczyć o utrzymanie. A już na pewno wiele drużyn nie strzeli jej tylu goli i jakbym miał obstawiać – to może być jedyny taki mecz. Doceniajmy więc tym bardziej ten triumf.

Jakże w odmiennych nastrojach do swoich derbów przystąpią obie ekipy. Arka z Lechią za tydzień rozegra derby pod tytułem „strzał w dziesiątkę”, bo gdynianie przyjęli cztery bramki, a Lechia sześć. Obie ekipy więc będą chciały w tym szczególnym meczu zmazać swoje plamy, a do tego Arka ma swoje porachunki z Camilo Meną i spółką z przedostatniej kolejki sezonu pierwszej ligi.

GieKSa natomiast do starcia przy Roosevelta przystąpi w dobrych nastrojach i w Śląskim Klasyku będziemy mogli się znów pasjonować tą odwieczną rywalizacją. Rok temu w Zabrzu było 3:0 dla Górnika. Zdążyliśmy już się u siebie zrewanżować Górnikowi na inaugurację Areny Katowice. Ale teraz – przy jeszcze większej publiczności i kilkutysięcznej rzeszy fanów GieKSy – extra by było zaprezentować się tam o niebo lepiej niż w poprzednim sezonie.

 

1 Komentarz
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

1 Komentarz

  1. Avatar photo

    Maks

    17 sierpnia 2025 at 15:12

    Bez względu na wynik potrzebujemy jeszcze dwóch dobrych napastników

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Wyzerowane atuty – diagnozy brak

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Szczerze mówiąc nie chce mi się pisać tego felietonu, bo myślę sobie, że znowu będę pisał to samo. Rozbieżność między wynikami meczów u siebie i na wyjeździe sięgnęła absurdu. GKS rozegrał w tym sezonie siedem meczów – u siebie wszystkie trzy wygrał, na wyjeździe wszystkie cztery przegrał. Suma tego jest taka, że z europejskich pucharów już odpadliśmy, a w lidze mamy trzy punkty po trzech kolejkach. Czyli słabo – bo to średnia mogąca nawet nie dać utrzymania.

Piszę to wielokrotnie i napiszę jeszcze raz, bo już wiele razy w przeszłości czy to piłkarze czy trenerzy obrażali się na mnie, bo coś tam skrytykowałem. Nie mówię o sytuacjach, kiedy pojechałem z koksem i tak czy inaczej kogoś nazwałem, bo za to obrazę rozumiem. Cóż, młodość (która trwa, ale już inna). Ale my nie możemy doprowadzić do zagłaskania naszej drużyny – za ekstraklasę, za kapitalną w niej postawę czy za puchary. Wszyscy wiemy gdzie byliśmy i co trener wraz z kolejnymi grupami piłkarzy w ostatnich latach nam dał i daje. Więc tu nie ma mowy o podważaniu projektu jako całości. Ale trzeba mieć w tym wszystkim krytycyzm, bo jeśli w którymkolwiek momencie ktoś uznał, że zdobyliśmy już tyle, że teraz po prostu możemy do końca kariery jechać na sukcesie – to jest to – delikatnie mówiąc duży błąd. Więc tak, doceniamy ekstraklasę, super jest jeździć na te wszystkie stadiony w najwyższej polskiej lidze. I niech ten projekt w tym kształcie, z obecnym trenerem trwa jak najdłużej.

No ale są defekty. I ta postawa na wyjazdach naprawdę każe się zastanowić nad kilkoma rzeczami. Bo to jest coś, co jakiś czas się w GieKSie powtarza, mamy powtórkę z czterech przegranych wyjazdów na początek sezonu z zeszłego roku. A w pierwszym po awansie do ekstraklasy sezonie, na wiosnę także przydarzyły się cztery wtopy z rzędu na delegacjach.

Ale to nie chodzi tylko o wyniki. Chodzi o grę, która co prawda nie zawsze ten wynik gwarantuje, a w perspektywie pewnego okresu czasu (raczej krótszego niż dłuższego) dobra gra statystycznie przynosi względnie dobre wyniki. U nas nie jest największym problemem to, że przegraliśmy cztery mecze z rzędu. Problemem jest to, że te mecze przegraliśmy zasłużenie, bo graliśmy bardzo słabo.

Wczoraj chciałem wierzyć, że jak długo ten mecz trwał, w końcu coś wciśniemy. Mecz z Motorem w naszym wykonaniu nie był aż takim paździerzem, jakie trochę razy ostatnio na wyjazdach oglądaliśmy. Przypomniał się mecz z Cracovią, kiedy wydawało się, że przy 0:0 na koniec spotkania pozostanie spory niedosyt. A rywal w końcówce nam wmontował bramkę i już nawet z remisu nie można było się „cieszyć”. Ostatecznie, choć wczoraj GieKSa nie była beznadziejna, to była jednak słaba. Tym bardziej martwi to, że naprzeciw mieliśmy drużynę mocno przeciętną, do tego skleconą naprędce po kadrowych zawirowaniach, z nowym trenerem. A my – stabilni i budowani od kilku lat – nie potrafiliśmy zrobić na tym boisku nic. Przecież, gdyby nie Ndiaye czy może jeszcze Simon, to by Pan Czubak piłkę oglądał z daleka i nie miał okazji zaprezentować swojego świetnego wykończenia. Motor był do bólu średni, ale swoim jednym czy drugim błyskiej robił różnicę.

U nas tym razem w obronie nie było „wesołego miasteczka”, choć oczywiście nie ustrzegliśmy się błędów, po których padły bramki – najpierw nieuznana, a potem już prawidłowa. Jednak w tym meczu to nie obrona była naszym głównym problemem. Tym razem było to słabe/bardzo słabe/beznadziejne rozgrywanie ataku pozycyjnego. O kontrach nawet nie mówię, bo mam wrażenie, że jak my wyprowadzamy kontrę, to zaraz jeden czy drugi nasz zawodnik się zatrzymuje, robi kółeczko, wycofuje nie wiadomo gdzie i po kontrze nici.

Od patrzenia na nasze rozegranie piłki na połowie przeciwnika oczy bolały. Sposobności mieliśmy całe mnóstwo, bo Motor bronił się nieraz dość nisko – nie desperacko w swoim polu karnym – ale mocno na swojej połowie. My graliśmy po obwodzie – to na lewo, to na prawo. I często kończyło się do słabą wrzutką, z którą rywale nie mieli problemu. Przede wszystkim więcej w tym temacie oczekiwałem od Bartosza Wolskiego, bo naprawdę zawodnik ma większe umiejętności niż to, żeby zagrać leciutką piłkę à la serwis Pawła Zagumnego w pole karne i liczyć na czysty przypadek, że akurat trafi w nią ktoś z naszych, a nie przeciwników. Dlaczego nie ma mocnych, takich soczystych wrzutek? Dlaczego nie ma jakiejś próby większej precyzji? Nie mówiąc o tym, że nasi wahadłowi też chyba mocno zapomnieli, co to znaczy żwawość na boku. Nie ma dynamicznych pojedynków 1 na 1 na skrzydle na wysokości pola karnego, wejść w to pole karne. Jest to wszystko takie miałkie i nijakie i taka była ofensywa GKS w tym meczu. Naprawę zestawiając to z pojedynkiem z Motorem z rundy wiosennej i bramek, jakie GieKSa strzelała w tamtym meczu można… dostrzec różnicę.

Ostatecznie najlepszymi okazjami GKS był strzał Ilji w słupek i sytuacja, w której Ilja gola strzelił, ale Bartosz Nowak był w tej sytuacji na spalonym. Tak, był jeszcze strzał napastnika po dośrodkowaniu oraz uderzenie Mateusza Wdowiaka w boczną siatkę. I to tyle. Motor miał swoich groźnych sytuacji więcej.

Widać też, że trener szuka optymalnego składu, ale na razie większość zawodników swoją grą nie przekonuje, by zagościć w jedenastce na stałe. W pomocy kombinujemy. Bartek Nowak ma abonament na granie, ale wychodzi na to, że Bartek Wolski również. Chcieliśmy tego duetu, czekaliśmy na to, jaki zrobią oni techniczny zamęt w tej lidze. Na razie jednak to tylko mrzonki. Nie mamy twardości w środku pola. Jeszcze do tego dokładamy Marcela, który jest ambitny, szybki, ale też nie jest to skała. Do tego wygląda na to, że wczoraj przegrał z upałem, z ręką na sercu, jak widziałem, że podciąga sobie tę koszulkę i w ogóle miałem z daleka wrażenie, że jest cały czerwony, to pomyślałem, że Rafał Górak zrobi wyjątek i ściągnie piłkarza w przerwie. Tak też się stało.

Pamiętam jak w poprzednim sezonie po Górniku Zabrze trener zapowiedział, że coś musimy zmienić w samym podejściu do spotkania i strukturze gry na wyjeździe. Choć potem przegraliśmy jeszcze z Lechią, to za chwilę gra GKS na obcych stadionach zaskoczyła. GieKSa wygrała z Lublinie, Niecieczy, w Pucharze Polski z ŁKS. Na początek roku było zwycięstwo w Lubinie. Były te mecze z Rakowem i Lechem. Czyli da się. Problem jest taki, że jak drużyna wpadnie w wyjazdową otchłań bezradności i niemocy, to trudno z niej się wykaraskać.

Najgorsze jest to, że nie widać, aby był jeden mądry, który zdiagnozował, gdzie leży problem. A to musi być głębszy problem mentalny, bo przecież u siebie ci zawodnicy – zarówno indywidualnie, jak i jako cała drużyna – potrafią przecież grać w piłkę. Co się z nimi dzieje na wyjeździe i dlaczego? Może to jest coś na etapie samego wyjazdu na mecz, podróży, hotelu, dnia meczowe na wyjeździe? Może to tam trzeba poszukać, co się takiego dzieje z piłkarzami, że opada z nich cała ta agresja, moc i siła? Może gdzieś jest zbyt duże rozluźnienie, a może to rozluźnienie jest zbyt małe? Trzeba szukać, w każdym szczególe, w każdym posiłku, w każdej minucie spędzonej w autobusie.

Przyznam, że po tym kolejnym przegranym meczu nie mam smutku, żalu czy załamki. Jest po prostu po raz kolejny irytacja i taka frustracja, bo widzę tę bezradność piłkarzy i mi się udziela. Nie ma w życiu chyba gorszego poczucia niż to, że nie ma się wpływu. A gra GKS a wyjeździe wygląda tak, jakby zawodnicy nie mieli dostępu do swoich atutów, które dają różnicę, tylko próbowali sztampowych, oklepanych i zupełnie nieefektywnych na tym poziomie rozwiązań.

I trzeba coś z tym zrobić szybko, bo wkrótce czekają nas trzy trudne wyjazdy – Zabrze, Gliwice i Lubin. Tu już po prostu obowiązkowo będzie trzeba punktować.

A na razie Wisła Płock. Dobrze, że przynajmniej u siebie te atuty nie są zablokowane. Liczymy, że i tym razem tak będzie, GieKSa swoje gole będzie strzelała i trzy punkty zdobędzie.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Górak: Brakuje nam wytrawności

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po meczu Motor Lublin – GKS Katowice wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Mariusz Misiura i Rafał Górak. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.

Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Jesteśmy rozczarowani tym, że przegraliśmy spotkanie, włącznie z powiedzeniem, że jeżeli nie możesz wygrać, to powinieneś umieć go zremisować.

Takie mam odczucia w stosunku do tego meczu. Niestety – nie jesteśmy jak na razie w stanie zagrać meczu na zero z tyłu, który dałby nam przestrzeń, żeby wywieźć z takiego spotkania remis, bo może on też nie byłby to szczyt naszych marzeń przed spotkaniem – bo przyjechaliśmy z zamiarem wygrania meczu – ale na pewno remis bardziej odwzorowywałby to, co się działo. Ale to jest nieistotne, bo ten który bramkę strzela ma tę radość, a ten, który tego nie robi – tej radości nie ma. W wielu momentach za dużo mamy rozpiętości poziomowych w spotkaniach. To mnie też trochę na razie smuci, bo powinniśmy się stać bardziej wytrawną drużyną, a tego nam brakuje. Mamy bardzo dobre momenty, kiedy gramy zgodnie z tym, co chcemy robić, a mamy też takie kiedy ta gra na różnych pozycjach w różny sposób ofensywie czy defensywie nam się łamie i powoduje bałagan, który kończy się niekiedy tak, jak się skończył przy straconej bramce. Byliśmy w posiadaniu piłki pod polem karnym przeciwnika i tej wytrawności jeszcze brakuje – tego będziemy szukać. Dziś jest masę rozczarowania i sportowej złości, ale nic tu po narzekaniu, trzeba brać się do roboty i mocno wyciągać wnioski choćby z tego, że przy czterech meczach wyjazdowych w tym sezonie cztery razy schodzimy pokonani i to nas bardzo denerwuje i jesteśmy niezadowoleni. Ale po to niekiedy takie próby są, żeby wychodzić, silniejszym. Teraz będziemy się przygotowywać do następnego spotkania, potem mamy trzy mecze z rzędu na wyjeździe. Czeka nas nie lada sprawdzian i jestem przekonany, że wyjdziemy z tego obronną ręką. Dzisiaj jest dużo złości, rozczarowania i momentów, z których z gry jesteśmy niezadowoleni.

Mariusz Misiura (trener Motoru Lublin):
Bardzo się cieszę, że wygraliśmy mecz i zdobyliśmy trzy punkty. Bo mam poczucie, że to był czwarty naprawdę dobry mecz w naszym wykonaniu i jak ten czas leci – mijają tygodnie – przygotowujesz się do czwartego spotkania, a na koncie masz jeden punkt, to zapominamy, co się wydarzyło w pierwszej czy drugiej czy trzeciej kolejce.  Wydaje mi się, że drużyna zasłużyła, żeby mieć ich więcej. Wierzę, że konsekwentną pracą i procesem będziemy budować silną drużynę.

Co do meczu to wydaje mi się, że wykreowaliśmy więcej sytuacji, na pewno w pierwszej połowie, konsekwencją tego jest bramka. Powiedzieliśmy sobie w szatni, że musimy zostawić serce i charakter. 104 minuty w takim upale to szacunek dla piłkarzy. Sami państwo siedząc na trybunach czuliście gorąco i zmęczenie.

To jest coś normalnego, że w takim upale przydarzały nam się błędy, cieszę się, że nie było z tego konsekwencji w postaci gola, ale podobało nam się nasze dążenie do strzelenia bramki. Dobre zmiany, każdy z zawodników dał impuls. Bardzo się cieszę z tych trzech punktów i idziemy dalej.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Hapoel: Nowi zawodnicy pomogą drużynie?

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

W przerwie pomiędzy sezonami działacze Hapoelu dokonali kilku zmian w składzie. Z klubem pożegnało się pięciu zawodników i tylu samo podpisało nową umowę.

Największe nadzieje są wiązane z pochodzącym z Ghany Douglasem Owusu. 20-letni Owusu gra na pozycji napastnika, poprzednie dwa sezony grał w Super liga Srbije – najpierw w Radniku Surdulica, a przez ostatnie pół roku w Crvenie Zvezda Belgrad. W tych dwóch klubach strzelił 11 bramek i zanotował tyle samo asyst. Kontrakt z Owusu został podpisany 5 sierpnia i od razu został zgłoszony do rozgrywek Ligi Konferencji, jednak nie zagrał w meczu w Miszkolcu. Filigranowy (mierzy zaledwie 1,65 m) piłkarz jest wart 4,5 mln euro.

Hapoel podpisał także umowę z obrońcą Doronem Leidnerem. 24-latek występował w drużynie z Tel Awiwu jako junior, później „błąkał” się po Europie (Olympiakos Pireus, Austria Wiedeń, FC Zurich), by ostatecznie wrócić do Hapoela. Leidner występuje w kadrze Izraela. Jego wartość rynkowa wynosi 300 tys. euro. Doron wystąpił we wszystkich meczach pucharowych, w jednym w pełnym wymiarze, w pozostałych był zmieniany po około 60 minutach. W drugim meczu z Ludogortsem zobaczył żółtą kartkę.

Kolejnym obrońcą, który podpisał nową umowę, jest wysoki, mierzący 188 centymetrów, Chico. 27-latek przez większość kariery grał w Brazylii (Sport Recife i Novorizontino), a na początku poprzedniego sezonu został wypożyczony do Hapoelu. Przed tym sezonem związał się z klubem 3-letnią umową. Wartość rynkowa Chico oceniana jest na 1,2 mln euro. Brazylijczyk wystąpił we wszystkich meczach pucharowych. W pierwszym meczu z Ludogortsem strzelił bramkę i zobaczył żółtą kartkę.

Z kolei 24-letni Yonatan Farber gra na pozycji pomocnika i występował tylko w drużynach z Izraela. Farber mierzy 1,9 m, a jego wartość wyceniania jest na 350 tys. euro. W meczach pucharowych wystąpił tylko parę minut – w drugim meczu z Ludogortsem.

Ostatnim zawodnikiem, który dołączył do Hapoela przed sezonem, jest 19-letni Itay Shavit. Shavit jest reprezentantem Izraela U19 i gra na pozycji pomocnika. Jego wartość wyceniana jest na 150 tys. euro. Nie wystąpił w żadnym meczu pucharowym.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga