Piłka nożna
Najważniejsze pięć minut – reportaż z pielgrzymki z Gdańska do Gdyni
Jest 101. minuta meczu Lechia Gdańsk – Arka Gdynia. Przed chwilą w polu karnym przewrócił się Przemysław Stolc, a sędzia uznał, że jest to próba wymuszenia rzutu karnego. Kilkadziesiąt sekund później mamy jednak analizę VAR, gdzie na powtórkach… no właśnie. Cała Polska jest podzielona – był faul czy nie? Całe Katowice natomiast z zapartym tchem obserwują tę sytuację. Nie no, jak VAR, to zmiana decyzji. Na tysiąc procent. Czekam na werdykt arbitra. W końcu zdecydowanym gestem Tomasz Kwiatkowski pokazuje, że jedenastki nie było i nie będzie. Koniec meczu! Lechia wygrywa derby Trójmiasta i daje szansę awansu GKS Katowice, jeśli za tydzień piłkarze Rafała Góraka wygrają z Arką w Gdyni!
Choć nie jestem specjalnie przesądny, to zawsze bardzo lubiłem różnego rodzaju symbolikę. Nie może mnie tam zabraknąć. Ale sama obecność to mało. Trzeba coś wymyślić. Może połączyć pasję turystyczną z tym najważniejszym od niemal dwudziestu lat meczem. Jest – mam pomysł. Tak, to trzeba zrobić. Ku chwale GieKSy!
Piątek 24 maja, godz. 12:51
Cholera, miała być komfortowa podróż. Okazało się, że zamiast Pendolino podstawiony jest zwykły skład i nie ma mojego miejsca. Każą mi przejść z tobołami przez cały pociąg. W wagonie numer osiem zaduch, nie do wytrzymania. Zmierzam więc w stronę Wars-u i tam przy herbacie postanawiam przebyć daleką podróż. Podróż przez całą Polskę. Po marzenia. Marzenia wymagają poświęceń.
Przejeżdżam przez Warszawę. Panorama znad Wisły – królujący z wieżowcami Pałac Kultury i Nauki to pejzaż, który pojawia się na flagach kibiców Legii, zresztą widać go też ze stadionu… już nie pamiętam Legii czy Narodowego. Ale w każdym razie Warszawę widać z warszawskiego stadionu. Na pewno widok ten nie jest rodem z Konwiktorskiej. Stadion Polonii jest niższy i jak widać – w pierwszej lidze niewiele widać. Poza zwietrzeniem szansy na pójście oczko wyżej, które to oczko puścił do kibiców znany i lubiany Arakinho. Dwa razy.
19:50
Stoję przed dworcem Gdynia Główna. Czas jakby się tu zatrzymał. Stare budownictwo, ruchliwe rondo, linie energetyczne dla trolejbusów. Wygląda to żywcem jak lata 90. lub zdjęcia z dzisiejszych czasów z jakiegoś Kazachstanu czy innego Tadżykistanu. O tym, że jesteśmy w roku 2024 przypominają gdzieniegdzie poustawiane zielone hulajnogi czy różne marki samochodów, a nie tylko maluchy, duże fiaty czy luksusowe polonezy.
Sam wsiadam na hulajnogę i podążam na swoją miejscówkę. Niepotrzebnie kombinuję i zamiast trafić na drogę rowerową, jadę jakimiś totalnymi nierównościami. Ale przemierzam niezbędne kilometry.
Przejeżdżam obok narodowego stadionu rugby, gdzie jakaś młodzież gra w piłkę nożną. Ach, pamiętam, kiedyś podczas redakcyjnego wyjazdu usieliśmy sobie na trybunach tego obiektu i posilaliśmy się co nieco 😉
Stadion Arki jest dosłownie o krok dalej. Formalnie jest to stadion miejski, na którym swoje mecze rozgrywa Arka, ale nie chcąc się bawić we właścicielskie niuanse, a przyjmując po prostu piłkarski i kibicowski skrót myślowy – nazywać będę ten obiekt stadionem Arki (i analogicznie ten sam manewr zastosuję do stadionu Lechii). Przez lekkie prześwity widzę żółte i niebieskie chaotycznie porozkładane krzesełka. Poza tym niewiele widać, poza betonową konstrukcją, kasami czy sklepikiem klubowym. Instynktownie przejeżdżając obok chrumknęło mi się kilka razy. Oby do śmiechu i wesołego chrumkania było mi za dwa dni, kiedy będzie tu prawdziwy młyn, a oczy całej piłkarskiej Polski będą zwrócone właśnie na to miejsce.
21:10
Gdynia Orłowo. Nic tu jeszcze nie zapowiada niedzielnych emocji. Trochę osób leniwie przechadza się po molo, z którego widać w oddali zabudowania Sopotu, a jeszcze dalej 180-metrowy gdański drapacz chmur Olivia Star. Jestem tu jeszcze za widna. Molo skierowane jest na wschód, a za plecami jest wzniesienie, po słońcu więc ani widu, ani słychu, jedynie można o jego istnieniu wnioskować po kolorystyce chmur.
Podziwiam statki i kontenerowce na linii horyzontu. Największą uwagę przykuwa Galeon Lew, zabytkowy statek stylizowany na siedemnasty wiek. Statek rodem przypominający te pirackie – tutaj jednak ma pokojowe zamiary, a turyści mogą przeżyć niesamowity rejs.
Podążam w stronę klifu, do którego mam kilkaset metrów. Zwiększam wysokość. Przechodzę obok mrocznego urbexu z widokiem na morze, czyli orłowskiego sanatorium. Dla miłośników tego typu „zwiedzania” musi to być nie lada gratka.
Z klifu widoki nie są specjalnie lepsze, ale to zapewne wynika z zapadającego półmroku. Jedyną różnicą jest to, że widać molo, którego nie widać w całości z samego molo. Co chyba logiczne.
Wracam na ten efektowny pomost, gdy już jest ciemno. Włączone latarnie na tle granatowego nieba robią już zdecydowanie lepsze wrażenie. Miejsce się wyludnia, bo jest już niemal dziesiąta.
Wracam na kwaterę. Jutro czeka mnie ważna rzecz – pielgrzymka w intencji awansu GKS Katowice do ekstraklasy.
Sobota 25 maja, godz. 7:10
Przemysłowy rejon. Tylko jakieś zakłady, jakieś fabryki. A pośrodku na pustkowiu olbrzymi stadion, jakby położona złota – nie do końca równa – opona.
To tutaj sześć dni temu przy 38-tysięcznej publice odbyły się wielkie Derby Trójmiasta. Oglądałem je – podobnie jak całe Katowice – z zapartym tchem. Wszyscy na te dwie godziny staliśmy się kibicami Lechii. Wpadliśmy w szał radości, gdy Camilo Mena po indywidualnej akcji strzelił gola na 2:1, a gdy sędzia w doliczonym podszedł do ekranu VAR i sprawdzał sytuację z rzutem karnym dla Arki – ciśnienie sięgnęło zenitu. Gdy postanowił, że jedenastki nie będzie – w Katowicach zapanowała ekstaza. GKS za tydzień powalczy w Gdyni o awans.
Jestem pod stadionem Lechii. Ruszam na pielgrzymkę dziękczynno-błagalną. Dziękczynną dla Lechii, błagalną o to, co ma się wydarzyć na stadionie jej derbowego rywala. Ruszam na Olimpijską.
Jest ciepły poranek. Ludzie wychodzą z zakładów po nockach lub zmierzają na poranną zmianę. Miasto powoli budzi się do życia. Mijam blokowisko przy Marynarki Polskiej, jakiś ultrawęzeł drogowy przemieszany z jednymi i drugimi torami kolejowymi ze swoimi trakcjami. Ktoś pędzi do pociągu na stacji Gdańsk Politechnika. Do pociągu w żółto-niebieskich barwach.
8:05
Po minięciu parku im. Romualda Traugutta i Cerkwii św. Mikołaja znalazłem się przy starym stadionie Lechii. Próbuję wspiąć się na palce u stóp i przez murek dojrzeć trybuny tego malowniczo położonego – jakoby w środku lasu – obiektu. Stadion w oldschoolowym stylu, białe i zielone krzesełka, z których na krytej trybunie utworzony jest napis „Lechia”, a na odkrytej nazwa klubu jest na wielkich tablicach nad siedziskami.
Byłem tutaj w 2007 roku w pierwszym sezonie naszej pierwszoligowej tułaczki (wówczas jeszcze była to druga liga). GieKSa przegrała 0:2 m.in. po golu naszego kata Andrzeja Rybskiego. W Lechii grali również świetnie nam znani Artur Andruszczak i Paweł Pęczak, dwóch twardzieli, z którymi po meczu zrobiliśmy wywiady do „Bukowej”. Hubert Jaromin nie strzelił karnego, a Lechia – podobnie jak obecnie – wygrała ligę.
„Najważniejsze jest najbliższe pięć minut. Reszta to wyobraźnia” – taki napis widnieje na murze okalającym obiekt. Niech to będzie motto na jutro.
Z podestu na Szubienicznej Górze podziwiam Gdańsk. Niedaleko znów widać Olivia Star, kościół – żywcem przypominający ten na Dębie – i otoczenie mniejszych lub większych bloków. A przede mną góry. Wzgórza, wzniesienia. Nie mogę uwierzyć, że podczas tej trasy będę musiał zrobić tysiąc metrów w górę. To już w Świętokrzyskich było mniej. Niesamowite jak na niziny. Wkrótce z widoku nad Kaczym Dołem dostrzegam zamglone morze i statki. Jeden z nich wygląda, jakby unosił się w powietrzu. Nie jest to jeszcze miraż morski, ale całkiem niedaleko.
9:03
Mijam Teatr Leśny, Wzgórze Heweliusza, Górę Kopernika i pomnik Gutenberga. Choć Jan Heweliusz był astronomem, matematykiem i… browarnikiem, nazwisko to kojarzy mi się głównie z katastrofą promu, która miała miejsce w 1993 roku. Jestem już od jakiegoś czasu na żółtym szlaku, która to barwa zawiera się zarówno w historii GKS, jak i Arki. No dobra, wiadomo, że GKS ma złote barwy, ale w praktyce na herbie i wszelki flagach jest to kolor żółty.
W drodze rozmyślam o naszej trudnej historii ostatnich kilkunastu lat. Wracam pamięcią do czwartej ligi i sezonu bez porażki, licznych walkowerów dla nas, którymi oddały mecze kluby bojące się najazdu katowickich hord kibiców. Źródło Kromołów to nawet odwołało spotkanie kilka godzin przed jego rozpoczęciem, gdy ekipa była już gotowa do wyjazdu. Spanikowały wówczas także Tychy, co przecież w kontekście spektaklu na jesieni przy Bukowej było kuriozalne. Pamiętam losowanie w trzeciej lidze i wolny los, który dał nam awans bez gry. Wróciłem pamięcią do czasów Kazimierza Moskala, do Kluczborka, do Bytovii. Ileż to my musieliśmy wycierpieć i to w najbardziej brutalnych okolicznościach, typu gole z połowy boiska, czy bramka golkipera rywali spuszczająca nas w otchłań drugiej ligi…
10:06
Jest upalnie, znajduję się nad Brętowem. Oddaliłem się od centrum Gdańska na zachód. Warto się pomęczyć i wyprawiać modły. Jest jednak też w tym dużo relaksu i poznania nowych szlaków – w końcu nie tylko góry-góry, ale góry-nad morzem. Ma to swój klimat, jest inne powietrze i w ogóle jakoś inaczej. Dodatkowo mogę się odciąć od tego stresu związanego z jutrzejszym meczem i nade wszystko męcząc się – zapewnić sobie dobry sen. Przecież normalnie bym nie zasnął. Jedynie te cholerne komary. Rezygnuję więc z krótkich spodenek i zakłada długie, bo na nogach mam już takie bąble, że głowa mała.
Wzdłuż torów docieram do ruchliwych dróg i kolejnych blokowisk. Gubię szlak i przedzieram się pomiędzy jakimiś garażami i chaszczami.
W końców znów las i trochę wytchnienia. Wspominam swoje wizyty na Arce. Ile tego było? Wyliczam wyniki: 1:1, co Zachara zaraz strzelił minutę po golu dla Arki, 1:0 co rywale trafili w doliczonym. 2:1 dla Arki i efektowna bramka po rajdzie Kufla. 3:0 gospodarzy za Moskala, po którym kibice mieli pogadankę z piłkarzami pod sektorem. Same klęski? No nie, bo na szczęście mieliśmy jeszcze naszą wygraną 2:1, kiedy to Pitry „jak Lubański w meczu z Anglią”, co trochę na wyrost, ale wykrzyczałem do mikrofonu podczas komentarza, strzelił piękną bramkę. Czyli pięć razy na nowym stadionie, ale jeszcze we wspomnianym 2007 roku na starym obiekcie miejskim obserwowałem porażkę katowiczan 2:3. Nazbierało się tego trochę. Czyli na pojedynku Arki z GieKSą w Gdyni będę po raz siódmy.
12:08
Minąłem Głaz Borkowskiego i doświadczam stromizn. Piękna metafora wyżyn, na które wzniósł się zespół w rundzie wiosennej. A mówiąc poważnie, podejścia i zejścia są nieprawdopodobne, przypominające te w najbardziej stromych górach. Za Doliną Henrietty i Samborowo, w kierunku Głowicy. Można się nieźle zdyszeć.
Schodzę do Oliwy. Rany, jak ten Gdańsk się rozciąga. Ale już jestem niedaleko granicy z Sopotem. Trzeba chwilę odsapnąć, bo już ze dwadzieścia kilometrów za mną. Całkiem malownicza dzielnica, piękny staw. Muszę się posilić, bo zaraz kolejne wchodzenie, po licznych schodach i trudach, niczym kolejne sezony w polskiej Championship, przeplecione dwuletnim pobytem w naszej rodzimej Leauge One.
13:41
Wieża na Pachołku. Co za widoki na potężne blokowiska na Żabiance, przypominające otoczenie stadionu GKS Jastrzębie. Gdyby obiekt Lechii był tutaj, lóż VIP byłyby setki, każda z własnym cateringiem, darmowym alkoholem (po uprzednim zakupie w Żabce czy Biedrze oczywiście) i piłkarskimi emocjami.
Ale stadionu tu nie ma. Widok z blokowisk jest jedynie na Ergo Arenę. Z wieży widać natomiast doskonale wplecioną w klimat miasta Polsat Plus Arenę, czyli stadion Lechii, spod którego rozpoczynałem ten szalony marsz.
W tle morze, piękne polskie morze. Przestrzeń. W dole ceglaste dachówki zabudowań Oliwy. Po prostu nic tylko podziwiać. Wygląda to wspaniale. Podobnie jak też zaklęta w architekturze Gdańska stocznia, która gdzieś tam hen, hen daleko wtapia się w krajobraz morza.
A co jeszcze tu widzę? Falowiec – ten słynny gdański odpowiednik naszej Superjednostki. Naprawdę stąd widać wszystko. Jakby tak się jeszcze bardzo, bardzo wysilić, to gdzieś na horyzoncie majaczy awans do ekstraklasy. Gdzieś pomiędzy statkami, gdzieś pomiędzy Gdańskiem, a Gdynią. Jedyne, czego stąd nie widać, to Szwecja (taki inside joke).
15:10
Jestem nad Sopotem. Kolejny punkt widokowy, przy Glinnej Górze i Zajęczym Wzgórzu. Tym razem widzę już miasto festiwalu piosenki. Rzucam też okiem na słynne, najbardziej popularne w Polsce molo. Ruszam dalej.
W międzyczasie spoglądam, co tam ciekawego na boiskach drugiej ligi. Pogoń Siedlce już chyba nie sfrajerzy się tak, jak w poprzednich dwóch kolejkach, gdzie wystarczył im jeden punkt do awansu, a dwa razy przegrali. Hm… jeden punkt do awansu i co prawda nie trzy, ale dwie próby. Zbyt podobne, aby spać spokojnie. Do baraży wchodzą KKS Kalisz, Polonia Bytom, Stal Stalowa Wola i Chojniczanka. Multiliga drugoligowa, a wieczorem w TV ekstraklasowa to dobry przedsmak emocji, które już za 24 godziny będą naszym udziałem.
16:42
Przede mną wysoka, mega wysoka wieża w Kolibkach. Kształtem przypominająca raczej wieżę telewizyjną. Na nieszczęście jest otwarta, więc nie ma zmiłuj – muszę wejść. O ja Cię! Co za widok! Co za widok! Widać tu wszystko (oprócz Szwecji). Cudownie widać błękitne morze, pod błękitnym niebem i nad soczyście zielonymi trójmiejskimi lasami. Po prawej stronie mam Gdańsk i Sopot, po lewej w końcu, w końcu pokazała mi się Gdynia. Zmęczenie już naprawdę spore, więc perspektywa mety już wkrótce dobrze wpływa na psychikę. Fajny wieczór się szykuje z ekstraklasą… Na razie tylko jeden wieczór.
Widzę też w końcu stadion Arki. Widzę stadion Lechii. Czyli miejsce to widokowo spaja początek i koniec mojej pielgrzymki. Niesamowite widzieć oba obiekty derbowych rywali, których losy bezpośrednio powiązały się z losami GKS Katowice.
Po kilkunastu minutach schodzę z wieży i udaję się w ostatnie tego dnia leśne ostępy. Zmierzając już do Orłowa.
17:39
Wiecie, że w Gdyni jest zatrzęsienie nazw ulic honorujących inne miasta w Polsce chyba w największym stopniu? I tak się złożyło, że miejscówkę miałem w rejonie ulic śląskich, choć niestety Katowickiej nie było. Ale są tam Mysłowicka, Bytomska czy dwie, których na potrzeby tego reportażu wymieniać nie będę 😉 Ja miałem noclegi na Rybnickiej.
Nie mogłem jednak zakończyć teraz trasy, bo musiałem jeszcze dojść do prawowitej mety. Już nie tylko z wieży, ale normalnie z ulicy było widać jupitery jutrzejszej areny. Do stadionu Arki pozostawał kilometr, czułem więc już powoli pielgrzymkowy triumf.
17:55
Dotarłem! Dotarłem do stadionu Arki, czyli zrobiłem swoiste Derby Trójmiasta! 37 kilometrów marszu, ulicami i szlakami turystycznymi. Blokowiskami i górskimi lasami lub leśnymi górami. Wszystko po to, by zaczarować rzeczywistość i przyłożyć magiczną, symboliczną cegiełkę do jutrzejszego awansu.
Pod stadionem cisza i spokój, czasem ktoś przejedzie na rowerze, czasem przemknie jakiś samochód. Podążam jeszcze, żeby ponownie obejrzeć z zewnątrz stadion. To ostatnie chwile spokoju. Za moment będzie tu wielki bój z dwoma wariantami końca. Wielką euforią Gdyni i świętem lub krótkim płaczem kibiców gospodarzy i mobilizacją na jeden lub dwa mecze barażowe.
Szukam hulajnogi, którą wrócę na miejscówkę. Bye bye stadionie Arki. Do jutra!
22:00
Zadanie wykonane. Duży wysiłek włożony. Z satysfakcją można było obejrzeć multiligę ekstraklasy. Czy właśnie oglądałem zespoły, z którymi będziemy się mierzyć w przyszłym sezonie? Na przykład z Koroną, która uciekła spod wielkiego toporzyska i wygrywając na Bułgarskiej zapewniła sobie utrzymanie? Czy może będziemy mieli znów derby z Ruchem Chorzów, a po latach ponownie zagramy w Ogródku z Wartą Poznań? I brawa dla Jagi.
Dla relaksu po obiadokolacji udałem się ponownie na molo. Trzeba się wyciszyć. To dobre miejsce, zwłaszcza tak późnym wieczorem. Dobranoc. Ja się wyśpię, kibice którzy koło piątej będą mieli zbiórkę będą mieli krótką noc. Ale być może kolejnej nie będą spali w ogóle…
Niedziela 26 maja, godz. 9:30
W końcu mogłem się wyspać. Jednak po pobudce zdaję sobie sprawę, że to ten dzień. Że jak mawiał klasyk „nadszedł dzień dzisiejszy”. Dobra, trzeba coś tu wymyślić do meczu. Jakoś się zakręcić. Coś ze sobą zrobić.
11:00
Wybór padł na restaurację Serwus. Rany, w ilu miejscach można w Gdyni zjeść śniadanie. Choć w Katowicach sytuacja nieco się zmienia, są coraz to nowe bistra itd., to jeszcze kilka lat temu zjedzenie dobrego śniadania w knajpie w Kato graniczyło z cudem. Tutaj wybór miałem olbrzymi.
Jak dobrze trafiłem! To było po prostu wybitne. Jajko sadzone, kiełbaski ciemne i białe, bekon, grillowane warzywa, świeża sałatka, do tego musztarda z grubymi ziarnami gorczycy i chrzan. Jakościowo 10/10. Po prostu pychota. Zależało mi na tym, żeby się najeść, żeby później nie tracić czasu na jakieś czekanie w kolejce na wuszta. Chociaż jakbym powiedział „wuszt”, to mogłoby się niedobrze skończyć.
W każdym razie pozostają cztery godziny do meczu. Ostatnie chwile relaksu. Piłkarze pewnie w tej chwili robią to samo, kibice ciągle w drodze. Oczy piłkarskiej Polski za chwile będą w komplecie zwrócone na Gdynię.
11:40
Znów na molo. Jest piękna pogoda, choć w knajpie – siedziałem na dworze – ze dwa razy zdejmowałem i zakładałem kurtkę, bo raz słońce przygrzewało totalnie, tak że ciężko było usiedzieć, jednak gdy zawiało, robiło się konkretnie chłodno. Nad samym morzem pogoda ustabilizowana i jest po prostu bardzo przyjemnie.
Ludzie korzystają. Zastanawiam się, ilu z nich wie, że Arka gra dzisiaj tak ważny mecz. Choć przede wszystkim trzeba by się zapytać, ilu w tym miejscu to mieszkańcy Gdyni, a jaki procent to turyści. No chyba jednak miejscowi aż w takiej liczbie nie udają się na molo. Ale kto wie.
Widzę pojedyncze osoby w koszulkach Arki. Jakiś młody dorosły, jakiś dzieciak. Na razie jest to incydentalne.
Morze marzeń, ocean naszych pragnień. Dziewiętnaście lat w piłkarskim niebycie. Za kilka godzin ta gehenna może być zakończona. Może nie raz na zawsze, ale na długi czas.
13:50
Jestem gotowy. Wszystko przygotowane. Herb ucałowany. Szalik pozostaje na kwaterze, jako amulet. Ruszam.
Już ze swojej ulicy Rybnickiej widzę, że jupitery się świecą. Jest słonecznie, ale wiadomo – na potrzeby transmisji telewizyjnej. Do stadionu mam około półtora kilometra, specjalnie kwaterę załatwiłem najbliżej, jak się da. Żeby nie musieć kombinować.
Po kilku minutach jestem pod stadionem. I tu już jest żółto-niebieska fala. Rozśpiewani i ewidentnie optymistycznie nastawieni kibice Arki tłumnie zbierają się pod obiektem. Ktoś tam pozdrawia Gwardię Koszalin. Wspomniana piękna pogoda, mecz o godzinie piętnastej, w niedziele (pozdro ojciec piłkarza GieKSy Kacpra), idealne warunki na święto całej Gdyni. Potem jeszcze za dnia można przemieścić się do centrum na wielkie świętowanie.
Choć Arka nie ma tak długiej przerwy w ekstraklasie, to jednak czteroletni okres to sporo. Podobnie jak GKS, gdynianie ostatni mecz w elicie rozegrali u siebie z Górnikiem Zabrze. Od tego czasu na trzy sezony, dwa razy grali w barażach i dwa razy odpadali w półfinale u siebie – z ŁKS i Chrobrym Głogów. Spore rozczarowania. Dziś więc karta dla całej gdyńskiej społeczności musi się odwrócić. Wystarczy remis.
Jest tylko jeden problem. Po drugiej stronie jest rozpędzony przeciwnik.
14:10
Jestem już na trybunie. Całkiem sporo ludzi na pięćdziesiąt minut przed meczem. I systematycznie się zbierają. Kibice GKS też już w dużej liczbie na sektorze. Na razie jeszcze spokojnie. Na boisku pusto, oprócz bramkarzy, którzy wybiegli na rozgrzewkę.
14:22
Wybiegają katowiczanie. Kibice Arki już na wstępie nie wytrzymują ciśnienia i krzyczą „wypierdalać!”. Na szczęście sektor gości trzyma poziom i intonuje: „Jesteśmy zawsze tam, gdzie nasza GieKSa gra!”.
Po chwili ze strony gospodarzy nie jest lepiej. Gdy piłkarze Arki wybiegają na boisko, oprócz normalnego „Areczko, jesteśmy z wami” pojawia się też „Areczko, jazda z kurwami”. Kibice Arki nie mogą też powstrzymać się przed uhonorowaniem swojego kolegi motywatora z treningu gdynian, więc śpiewają jakże elokwentne „Brudne pazury, GKS brudne pazury”.
No cóż, przyzwyczailiśmy się, że jedną z głównych rzeczy, którą niektórzy kibice mają do zaoferowania są inwektywy rzucane już przed meczem lub na jego początku. Kwestia klasy.
14:35
Trzeba jednak przyznać, że wsparcie z młyna Arki dla swoich piłkarzy jest olbrzymie już na rozgrzewce, a akustyka stadionu sprawia, że jest naprawdę głośno. Trudno na ten moment powiedzieć, czy będzie to niosło piłkarzy czy raczej spęta im nogi ze względu na strach przed słynnymi już „rozliczeniami”.
Piłkarze ciągle w rozgrzewce. Po murawie przechadza się Bożydar Iwanow, który będzie ten mecz komentował w Polsacie. Marcina Feddka już nie ma – i dobrze, bo jeszcze przyniósłby piłkarzom GieKSy pecha.
Przypomina mi się newralgiczny moment sezonu, czyli rzut karny dla Arki w Katowicach przy stanie 0:1. Choć tam raczej była walka o przetrwanie, by nie zamarznąć, to jednak resztki uwagi skupione były na białe, kompletnie zaśnieżone boisko. Hubert Adamczyk nie wykorzystał jedenastki, a jego strzał świetnie wybronił Kudła. Jakież to miało znaczenie nie tylko w kontekście punktów jako takich, ale też bilansu meczów bezpośrednich. Teraz po prostu trzeba walczyć tylko o zwycięstwo.
14:40
Widać jednak pewne mankamenty. Gdy młyn krzyczy „wszyscy wstają i śpiewają”, reszta stadionu mało się kwapi. Zabawne jest też, gdy młynowy Arki krzyczy:
„My walczymy na boisku, a oni na trybunach!”
Po chwili reflektuje się:
„A nie. Odwrotnie!”
Oby takich niedociągnięć było więcej. Już i tak sytuacja została zdestabilizowana przez wyciek nagrania z treningu i falę krytyki i totalnego szyderstwa ze strony całej Polski. Przeróbki ze słynnym filmikiem były godne i dostarczyły sporo rozluźnienia dla skołatanych kibicowskich nerwów.
14:54
Za chwilę piłkarze wychodzą na boisko – już do walki o ligowe punkty. Z głośników rozlega się piosenka zespołu Dwa plus Jeden „Chodź, pomaluj mój świat”. Kibice GieKSy przebijają się:
„To my hanysy z GieKSy, nie ma od nas lepszych, za Górny Śląsk, za GKS, pójdziemy aż po życia kres!”
Piosenka zespołu z lat 70. i 80. dochodzi do refrenu, więc gdy na stadionie słychać: „Więc chodź pomaluj mój świat…” kibice Arki wskakują na niesłychany poziom decybeli:
– NA ŻÓŁTO I NA NIEBIEEEEESKOOO!!!
Mocne. Naprawdę mocne. Czuć wsparcie gospodarzy z trybun. Kibice gości równie wspierają swoich piłkarzy – jednak muszą naprawdę mocno się starać, by zagłuszyć dwanaście tysięcy sympatyków zespołu z Pomorza.
14:57
W akompaniamencie hymnu Arki „Arkowcy, Arkowcy, wielki MZKS” oraz dopingu z sektora kibiców z Katowic na boisko wychodzą piłkarze obu drużyn. Arkadiusz Jędrych wymienia się proporcami z Ołeksandrem Azackyjem. Finał pierwszej ligi – to już za chwilę. Zaraz zaczynamy wielkie widowisko, które jednym zakończy sezon, a innych zmusi do grania jeszcze dwóch (dla nich – oby dwóch!) dodatkowych meczów. Na razie jednak nikt nie myśli o barażach.
Liczy się najbliższe pięć minut. Reszta to wyobraźnia.
15:03
Pierwszy gwizdek. Gramy. Od tej pory czas mierzymy minutami meczu, a nie godziną zegarową.
3′
Ajjj, jak było gorąco. Olaf Kobacki w dogodnej sytuacji strzela tuż obok bramki Kudły. Kibice Arki łapią się za głowy, ale widząc taki początek – jeszcze wzmagają doping.
6′
Sympatycy Arki podnoszą sektorówkę. „Wasz strach, nasza siła, cały region, Arka Gdynia”. Od razu przypomina się flaga Śląska Wrocław: „Cała w cieniu, Polska Śląska”. Choć tutaj jednak nie ma śmiechu, sektorówka prezentuje się dobrze, choć jest niewielka.
12′
Sebastian Bergier strzela gola, ale od razu widać, że faul, którego dokonał jest ewidentny i sędzia bramki nie uzna, nie ma więc krzty radości z tego trafienia. Choć kibicom Arki zadrżało serce.
16′
Race i świece dymne ze strony kibiców Arki. Na razie bawią się w najlepsze.
20′
Bergier z bliska pudłuje, uderzając piłkę głową nad poprzeczką.
23′
Ponownie Kobacki, po indywidualnej akcji strzela po długim roku, ale w słupek. To kolejna kapitalna okazja gospodarzy, po której kibice w gwałtownym ruchu gremialnie chwycili się głowy.
26′
Marcin Wasielewski podaje do Adriana Błąda, ten podbiega kilkanaście metrów i kapitalnym, technicznym uderzeniem przerzuca piłkę poza zasięgiem frunącego w kosmos Pawła Lenarcika.
Ekstaza. Z tego rumoru, wyłonił się okrzyk radości z sektora gości. Brzmiał on inaczej niż zwykle – często ta radość jest taka średnia, stonowana, takie proste „jeeeest”. Teraz było inaczej. Był to odgłos autentycznej euforii.
GKS Katowice w tej chwili jest w ekstraklasie i to Arka musi gonić. Mamy to, co chcieliśmy. Mamy gola!
34′
Mateusz Mak uderza z powietrza z woleja. Niecelnie.
37′
Dokładnie w tej minucie odnotowuję pierwsze oznaki frustracji na sektorach Arki. Gra się gdynianom nie układa i poza wspomnianymi sytuacjami nie mają ich wcale. Kibice zaczynają lekko narzekać i dawać upust niezadowoleniu, choć indywidualnie. Jeśli chodzi o doping, jest on ciągły. Problemem dla Arki może być jednak to, że nie dopinguje cały stadion. Przynajmniej sektor, w którym jestem, praktycznie w ogóle, może poza pojedynczymi okrzykami.
Przerwa
Jakoś nie widzę wielkiego napięcia wśród kibiców. Może to kwestia, że to w dużej mierze pikniki, które przyszły na spotkanie po długim czasie i po prostu ewentualna porażka nie robi na nich wielkiego wrażenia?
W każdym razie przysłuchując się kibicom w kuluarach, słychać sporo narzekania na grę gospodarzy i zdań, że GKS kontroluje spotkanie. Można odnieść wrażenie, że niektórzy nie wierzą w odmienienie losów meczu.
Ja natomiast cieszę się, ale jestem cały w nerwach. Jak bardzo przydałaby się druga bramka, żeby uspokoić sytuację. A tak, wszystko zależy od jednego gola. Podobnie jak z Resovią kilka lat temu. Wtedy musieliśmy strzelić – teraz nie możemy stracić. Panowie, wytrzymajcie to!
52′
Skóra strzela, Kudła przyciąga piłkę jak magnes.
55′
Czy to jest ten moment dla Arki? Kobacki rusza sam na sam z połowy boiska, ale jednak po bokach ma asekurację rywali. Nie ma impetu i bez problemu dogania go Rogala, odbierając piłkę, którą sam przed chwilą podał do przeciwnika.
71′
Strzela Czubak i ponownie Kudła łapie. Golkiper po tym meczu powinien zyskać przydomek „Magnes”.
77′
Kibice Arki odpalają racowisko. Wygląda to efektownie.
Kozubal podaje do Bergiera, a ten z ostrego kąta trafia do siatki. GOOOOOL!!! Dwa do zera! Przez chwilę jestem przeszczęśliwy, ale… sędzia nie uznaje bramki – spalony. Tak jak w przypadku pierwszej nieuznanej bramki, wiedziałem od razu, że trafienie będzie anulowane, tak tutaj myślałem, że mamy to upragnione, dwubramkowe prowadzenie.
86′
Jak blisko ekstraklasy. Jak blisko wskoczenia na poziom, na którym nie byliśmy od dziewiętnastu lat. Stres sięga zenitu. Tak blisko, a tak daleko.
Jeszcze ten cholerny Foszmańczyk na skrzydle szaleje. No dobra, nie Foszmańczyk, ale Gaprindaszwili, który wygląda jak Foszmańczyk. Kręci, dośrodkowuje, ale Kudła jednorącz łapie tę piłkę.
90′
Sędzia dolicza pięć minut.
NAJWAŻNIEJSZE JEST NAJBLIŻSZE PIĘĆ MINUT. RESZTA TO EUFORIA.
90+3′
Marzec na skrzydło do Shibaty, ten po ziemi do Araka! Setka, Jakub strzel to, błagam, błagam! Aaajjjjjj, Arak strzela z pierwszej piłki, identycznie jak w Tychach, ale trafia prosto w Lenarcika. Rany boskie! Niechże się to nie zemści, błagam! I niech to się kończy!
90+5′
Rzut rożny dla Arki. Jakaż tu jest wrzawa, jaki hałas, jaki niesamowity tumult. Kibice Arki w tych ostatnich akcjach meczu wspierają piłkarzy z całych sił śpiewając głośne i rytmiczne „Arka gol!”. Ogłuchnąć idzie.
Przed chwilą mógł być „Arak gol”, ale teraz musimy bronić tego zwycięstwa.
Jaroszek wybija poza pole karne. Piłka znów wędruje na skrzydło do Gruzina, ale wybijamy na aut.
Jeszcze tylko jeden wrzut, przetrwać to, a wygramy.
Milewski wrzuca, ktoś tam zgrywa głową i nasz torman, Dawid Kudła łapie piłkę.
16:57:38
SĘDZIA KOŃCZY MECZ!!!!!!!!!!!!
GKS KATOWICE WYGRYWA I JEST W EKSTRAKLASIE!!!!
16:57:48
Wie już o tym cały świat, bo pojawił się news na 90minut.pl! Śniłem o tym newsie, jako głównym na portalu, z naszym herbem. W końcu się doczekałem!
Piłkarze klękają na boisku i padają sobie w ramiona, ławka wyskakuje z radości i biegnie świętować z tymi grającymi.
Rafał Górak chowa twarze w dłoniach jakby nie dowierzając, co tu właściwie się przed chwilą wydarzyło. Od razu łapie trenera w emocjach Paulina Bojarska, reporterka Polsatu.
Kibice GKS Katowice w euforii odpalają race, a „albo śmierć” może już zostać na wieki skreślone ze słynnego hasła.
I tylko kibice Arki każą „wypierdalać” spinając tym okrzykiem jako klamrą rozgrzewkę i koniec meczu.
Spiker grobowym głosem oznajmia:
„Tym samym drużyna gości zajmuje w rozgrywkach drugie miejsce i bezpośrednio awansuje do ekstraklasy. Żółto-niebieskim pozostaje rozegranie już w środę pierwszego meczu barażowego, a rywalem Arki będzie Odra Opole (…) Bardzo prosimy kibiców gości o nieużywanie środków pirotechnicznych, za chwilę odbędzie się uroczystość związana z wręczeniem drużynie gości pucharu za awans do ekstraklasy”.
17:00
Z trybun rozlega się głośne:
„Pierwsza, druga, trzecia liga, to nieważne dla nas jest, najważniejszy jest GKS, on najlepszy w Polsce jest!”
Na boisku rozstawiony jest czerwony łuk triumfalny, pod którym oficjalnie piłkarze będą świętować wywalczoną promocję.
17:02
Piłkarze przystrojeni w koszulki z napisem GieKStraklasa chwytają się za ręce i ławą ruszają biegiem pod sektor gości. Czas na świętowanie!
17:04
Dzieje się coś niesłychanego. Kibice skandują nazwisko trenera Rafała Góraka. W końcu można uhonorować trenera za ten niebywały sukces.
Podchwytują to piłkarze i triumfalnie podrzucają szkoleniowca.
Jak nam brakowało takich obrazków!
17:05
Wszyscy za bary i śpiewamy!
EKSTRAKLASA DLA KATOWIC, HEJ, HEJ!
17:07
Zabawa trwa w najlepsze:
„GKS klubem mym, już na zawsze będę z nim, więc z całych sił, śpiewamy dziś!”
Spiker kilkukrotnie i bezskutecznie nawołuje piłkarzy do zajęcia miejsca na podium w celach oficjalnych, ale oni wydają się w swojej radości z kibicami tego nie słyszeć.
Trudno nie odnieść wrażenia, że spiker po prostu nie może na to patrzeć, więc desperacko próbuje przerwać przybyszom z Katowic całą zabawę.
17:10
W końcu piłkarze podchodzą do tego łuku i tablicy z napisem „Gratulacje z okazji awansu – sezon 2023/24”. Zaczynają tańczyć, a wraz z nimi z efektownych pląsach odnajduje się prezes Krzysztof Nowak. Widać tę autentyczną radość sternika GieKSy.
Rozlewają się szampany, aż z wrażenia wspomniana tablica upada, więc podnosi ją trener wraz z Mateuszem Marcem i Sebastianem Bergierem. Jak upadek, to trzeba (się) podnieść!
Podchodzą Marcin Janicki i Wojciech Cygan. Jakże symboliczny obrazek, że dwóch byłych prezesów GieKSy, za kadencji których jednak nie otarliśmy się o awans – teraz honorują nasz klub wręczeniem pucharu.
17:11
Puchar wzniesiony do góry. Piłkarze śpiewają:
AWANS JEST NASZ!
A kibice w tym czasie?
BÓJCIE SIĘ CHAMY, DO EKSTRAKLASY WRACAMY!
Ach, ta sentymentalna przyśpiewka z 2000 roku, kiedy to GKS wywalczył poprzednią promocję. 24 lata temu.
Spiker po chwili ogłasza „koniec imprezy masowej”.
17:14
Na trybunach już dawno nie ma kibiców Arki, ale widać trochę pojedynczych osób z Katowic. Pozdrawiam osoby, z którymi zamieniłem kilka słów 🙂
Ochroniarz wyprasza mnie ze stadionu ze względu na koniec imprezy masowej. Delikatnie protestuję.
17:15
Wspólne zdjęcie piłkarzy i kibiców w akompaniamencie piosenki:
„Ajajaj, do boju Trójkolorowi! Brameczki strzelamy, trzy punkty dziś mamy, do ekstraklasy wracamy!”.
17:19
Kibice odśpiewują hymn GieKSy.
„GKS młody śląski klub, potężny i wspaniały, Trójkolorowe barwy ma, GKS nasz kochany, i chociaż młodym klubem jest, każdy mu wierny jest! Każdy mu wierny jest!”
Po chwili opuszczam obiekt.
17:27
Pod stadionem Arki kręci się jeszcze trochę osób. Do mnie zaczyna docierać, co się stało. Podczas meczu musiałem powściągnąć emocje i tłumić ich ekspresję. Spoko, mam wprawę, w czasach filmowania meczów niejednokrotnie znajdowałem się wśród kibiców rywali. Na czele ze słynnym meczem w Szczecinie wygranym 4:3, w którym – jak Boga kocham – na nagraniu słychać, jak któryś ze sfrustrowanych kibiców Pogoni krzyczy: „Kurwa, Shellu nie kręć!”.
Pojawiają się łzy w oczach. Zrobiliśmy to.
GKS Katowice w Ekstraklasie!
22:02
Minęło niemal pięć godzin. Po powrocie na kwaterę nie wiedziałem, co robić. Zaopatrzony byłem w piwo bezalkoholowe na świętowanie tego triumfu. Ale wielość rzeczy do obejrzenia, poczytania i nasycenia się doniesieniami medialnymi była tak potężna, że wiedziałem, że i tak wszystkiego teraz nie ogarnę.
Obejrzałem skrót, przejrzałem internety wzdłuż i wszerz.
W trakcie meczu śledziłem inne wyniki, więc wiedziałem, że Wisła dostała wciry i ostatecznie zajęła 10. miejsce. A oprócz Arki z Odrą, w barażu zagra Motor z Łęczną. Uff, jak dobrze, że nie my. My możemy już świętować!
Teraz po raz czwarty podczas tego wypadu jestem na molo w Orłowie. Jest już ciemno, a fale morskie i oświetlony pomost to idealne miejsce, by wyciszyć emocje. Jak dobrze.
Zapowiadane są dwie fety, jedna bezpośrednio po powrocie piłkarzy i kibiców do Katowic – pod Spodkiem około 2:30, druga o 17:00 już w świetle dziennym.
Nie będę mógł zasnąć, a pociąg mam o wcześnie rano.
Poniedziałek 27 maja, godz. 7:30
Dotarłem do dworca. Tym razem podstawili Pendolino. Zasiadam więc wygodnie na swoim miejscu, a za oknem pada deszcz. To niebo płacze nad Gdynią, choć przez poprzednie trzy dni było słońce, nawet mimo prognozowanych burz. Choć była jedna – na Olimpijskiej. Ale nie atmosferyczna.
Bye, bye Gdynia. To miejsce na mapie Polski już zawsze będzie nam się kojarzyć z wielkim sukcesem. GieKSa zrobiła coś niesamowitego. Odrobiła sześciopunktową stratę z dwóch kolejek przed końcem. Na wyjeździe, w meczu bezpośrednim. Magia.
10:35
Przejeżdżam obok Stadionu Narodowego. To, co? Może jako ekstraklasowicz powalczymy w przyszłym sezonie?
13:30
Melduję się mieście klubu ekstraklasowego – Katowicach. Z poczuciem dobrze spełnionego, symbolicznego obowiązku pielgrzymkowego. Z wdzięcznością dla GieKSy, trenera, piłkarzy, kibiców, a także oczywiście Camilo Meny i Lechii Gdańsk.
Misja Gdynia zakończona. Teraz tylko wrócić do domu, ogarnąć się i pędem na fetę pod katowickim Spodkiem!
Shellu
PS A już wkrótce zamieszczę w necie relację filmową z tejże pielgrzymki, więc jeśli komuś wpadnie w oko – to zapraszam do obejrzenia!
Edytowano: 17 czerwca na kanale Chwila Ulotna od Shella na YouTubie (subskrybuj) ukazał się film z pielgrzymki dziękczynno-błagalnej spod stadionu Lechii pod obiekt Arki, meczu w Gdyni i radości z okazji awansu GKS Katowice do Ekstrakalsy.
Felietony Piłka nożna
Kato-Miszkolc dwa bratanki – reportaż z Węgier
Swą podróż do Miszkolca rozpocząłem już dzień przed meczem. Za długo człowiek czekał na te puchary, żeby odmówić sobie przyjemności zrobienia „kontentu” daleko wykraczającego poza samą piłkę nożną. Lata jeżdżenia po ośrodkach pierwszoligowych, a przez chwilę nawet drugoligowych mogła wywołać rutynę i znudzenie. Ileż razy można było jeździć do Suwałk, Grudziądza czy Pruszkowa. Sześcio- czy siedmiokrotne wizyty w niektórych miastach (a na Arce czy w Niecieczy to i osiem razy) powodowały, że stadiony rywali znałem jak własną kieszeń.
Teraz sytuacja się odmieniła, bo mamy ekstraklasę i jest trochę nowości. To znaczy teraz dalej będą powtórki, ale nowe. Na takim Rakowie od awansu byliśmy już trzy razy, a już niedługo będzie czwarty. Taka rutyna nie zaszkodzi. Za to europejskie puchary są jedyne w swoim rodzaju, bo prawdopodobieństwo trafienia na tego samego przeciwnika jest nikłe. Dlatego są to doświadczenia unikatowe. Wymagające specjalnego potraktowania.
***
Śniadanie to najważniejszy posiłek dnia. A zwłaszcza przed podróżą. Dlatego też musiała najpierw nastąpić konsumpcja. Jeszcze chwila ogarnięcia się i w drogę na Węgry. Czekało mnie planowo ponad pięć godzin jazdy, ale wiadomo było, że z postojami wyjdzie to nieco dłużej.
Było ciepło, bardzo ciepło. Ale to była tylko przygrywka do tego, co się będzie działo na Węgrzech. Zapowiadane temperatury na środę i czwartek to 39 stopni. Grunt to dobry humor i… klimatyzacja.
Droga przebiegała spokojnie. Trochę zakorkowany wjazd na Zakopiankę, ale zupełnie bez tragedii. No i dalsza trasa. Zakopianka czy nowa Zakopianka przebiega naprawdę malowniczymi terenami, na granicy Beskidu Żywieckiego, a Beskidu Wyspowego, Makowskiego czy Gorców. Dzięki czemu podczas trasy możemy podziwiać malownicze wzgórza, z tymi rozpościerającymi się przysiółkami, domostwami. Na swoich długo czy średniodystansowych szlakach przecinałem Zakopiankę – czy to na Głównym Szlaku Beskidzkim, a także szlaku Brzeźnica – Kacwin.
W Nowym Targu było odbicie. Za miastem krótki postój na kupienie czegoś zimnego i stacyjną przekąskę. Już stąd rozciągał się piękny widok na Tatry. Tatry, które miałem od wschodniej strony objechać. Cieszyłem się na tę drogę. Tym bardziej, że w życiu tak dużo chodziłem po górach, że nieraz jadąc przez jakieś dziwne miejsca mogłem powiedzieć – byłem tutaj.
Tak było choćby, gdy przejeżdżałem przez Bukowinę Tatrzańską, przez którą przechodzi szlak Trzy Kopce – Chochołów. Przeszedłem go za drugą próbą, bo za pierwszą narzuciłem sobie zbyt duże tempo pierwszego dnia i po przejściu ponad 40 kilometrów w ulewnym deszczu poległem. Pamiętam, że dzień później GieKSa wygrała u siebie z Garbarnią 2:0. Czasy Covidowe.
Tak więc Bukowina (wcześniej Białka) czy Czarna Góra były mi dobrze znane. Ja tym czasem zbliżałem się do granicy w Jurgowie, a moim oczom ukazywały się najpiękniejsze Tatry Bielskie. Przejeżdżałem przez Zdziar. Miejscowość, w której miałem kiedyś nocleg przed wielodniowym pobytem w Tatrach Słowackich. Wówczas to ruszyłem w Tatry Bielskie właśnie – niestety na Hawrań, Murań czy Płaczliwą Skałę nie można wchodzi ze względu na rezerwat – choć jakieś gagatki wówczas miały to za nic i i tak wchodziły. Ja potem udałem się do schroniska przy Zielonym Stawie i Jagnięcy Szczyt. To byli czasy.
Jadąc autem niestety nie mogłem robić zdjęć w najbardziej efektownych momentach. Ale gdzieś tam raz czy dwa przystanąłem i udało się zrobić fotki tych majestatycznych, zielonych i trawiastych zboczy. To naprawdę jedno z moich ulubionych miejsc.
Droga przebiegała spokojnie – przez Tatrzańską Kotlinę, Tatrzańską Łomnicę i Wielką Łomnicę. Gdzieś tam kilka razy przecinałem tory, po których porusza się Elektrická, czyli kapitalna transportowa sprawa, pozwalająca poruszać się w większej części południowego krańca Tatr. Sam z niej korzystałem wielokrotnie. Wkrótce dotarłem na obrzeża Popradu, a to oznaczało, że zaraz wyjadę na autostradę.
Droga tą autostradą to była poezja. Samochodów było na niej niebywale wręcz mało. Często zdarzało się tak, że zarówno z tyłu, jak i z przodu na horyzoncie nie było ani jednego. I tak przez całe, całe minuty. Jechałem więc przez te słowackie pola, malowniczo to wyglądało, inaczej niż w Polsce. Tak więc podążałem sobie ku Węgrom.
Po drodze stwierdziłem, że jednak nie będę jechał na miejscówkę, tylko od razu na stadion na przedmeczową konferencję. W Żylinie nie dałem rady ze względu na to, że w środę jeszcze „uszczknąłem” pracę i wyjeżdżałem dopiero o dwudziestej. Tutaj z racji porannego wyjazdu, konferencja była wpisana w plan.
Zszokowałem się, gdy podczas postoju na stacji wysiadłem z auta. Wiadomo, w samochodzie klimatyzacja i człowiek się przyzwyczaja do normalnej temperatury. Po wyjściu na zewnątrz – ukrop. Niesamowity ukrop. Można było odnieść wrażenie, że im bardziej na południe, tym goręcej. W sumie – logicznie.
Dojechałem do węgierskiej granicy. Dalsza droga aż do Miszkolca, równie przyjemna, co na Słowacji. Kilkadziesiąt minut i dotarłem do miasta docelowego. Wjazd do centrum i w stronę stadionu. Odrobinę inaczej niż w Polsce, na przykład czerwone światło i zielona strzałka na wprost. Za pierwszymi dwoma razami miałem zawias. Potem już śmiało jechałem.
Dotarłem do stadionu DVTK, czyli Diósgyőri Vasgyárak Testgyakorlók Köre, bo tak nazywa się drugoligowy klub, który gra na tym obiekcie. Co ciekawe klub ma na koncie Mistrzostwo Węgier w… szachach. Dobrze znamy ten smak triumfu w krajowej lidze.
Pod stadionem byłem o 16.40, czyli pół godziny przed planowaną konferencją. Stadion wyglądał… tak jak na Google Maps. Dzisiaj coraz mniej jest tajemnic. Choć jak na Google Maps „wjedziecie” sobie na sam parking tuż przy stadionie – to zobaczycie zdjęcia sprzed kilkunastu lat, jeszcze ze starym oldchoolowym obiektem. W każdym razie prezentuje się ładnie, jest dość spory, a dzięki informacjom sprzed wyjazdu, dokładnie wiedziałem, gdzie wejść.
Tak więc podchodzę do panów ochroniarzy, jeden powoli, mozolnie, gasi papierosa i zmierza do drzwi, żeby mnie wpuścić. Otwiera je i pokazuje następne, gdzie jest sala konferencyjna. Wchodzę więc i witam się z ludźmi z oficjalnych mediów GieKSy, którzy też niedawno – dotarli na miejsce. Kręcą się tam ludzie z Hapoelu Tel Awiw, drużyna miała chwilę wcześniej trening. A ja czekam na konferencję, na której pierwotnie miał być trener i Alan Czerwiński, ale z racji lekkiego opóźnienia pojawił się tylko szkoleniowiec.
Jestem jedynym na tej konferencji oprócz chłopaków i dziewczyny z oficjalnej. Zazwyczaj było tak, że jak nie było żadnego dziennikarza na tych briefingach, to po prostu media GieKSy robiły wywiad z trenerem. Tutaj zrobiliśmy wszystko „oficjalnie”, czyli przy stole, na tle ścianki Hapoelu.
Zadaję pytanie trenerowi o Węgry, gdyż to w tym kraju zaczęła się jego historia w GKS. Pamiętne zgrupowanie w Telki, na które pojechaliśmy jako redakcja Bukowej, by je relacjonować. To było 15 lat temu, a my wówczas połączyliśmy wakacje z pracą na rzecz GieKSiarskiej społeczności. Dziwne, trudne i piękne to były czasy. Byliśmy na sparingach, m.in. GieKSa grała z Honvedem w Budapeszcie, a przed tymże sparingiem odegrano hymn Polski. Wszyscy byliśmy wtedy młodziutcy, zresztą zobaczyć możecie to na filmach poniżej. No i był kot Laszlo w ośrodku reprezentacji Węgier.
Jeszcze przed briefingiem i po nim udaję się na sektor prasowy. I tam od razu niespodzianka. Na stanowiskach są już wydrukowane kartki z nazwiskami dziennikarzy, więc mam już swoje przyporządkowane miejsce. Jest to komfort – dzień przed meczem znać już wszystkie trakty, wiedzieć, gdzie wejście, sala konferencyjna, jak wygląda prasówka. Jest to odhaczone i nie trzeba się następnego dnia stresować. Bo często na stadionach te oznaczenia są niejasne lub w ogóle jest ich brak, a ochrona zazwyczaj nic nie wie.
A tutaj – komfort. Dodatkowo sama prasówka jest na samej górze (jak wchodziłem, to jakiś gościu wywoził stół do ping ponga). Wszystko na swoim miejscu. Widok na boisko znakomity. Toteż po konferencji siadam na chwilę na „swoim” stanowisku i gdy piłkarze zaczynają trening – ja zamieszczam na stronię relację z konferencji właśnie. Zajmuje mi to wszystko z godziny, po czym kieruję się do wyjścia.
Przed stadionem spotykam jeszcze rzecznika Michała i pana Bogdana, kierowcę GieKSiarskiego autobusu. Mówimy o tym upale i problemie ze schłodzeniem w zadowalający dla pasażerów-piłkarzy sposób. Upały dają się we znaki, a schłodzić taki gabaryt, to jednak duże wyzwanie. W autobusie nadal było więc ponad 25 stopni, temperatura zatem niezbyt ciekawa do funkcjonowania. Przynajmniej zawodnicy nie musieli się te powiedzmy 7 godzin smażyć, ale jednak droga z lotniska z Koszyc do Miszkolca, no i potem transfery na stadion to jednak jest pewien czas spędzony w autobusie.
Ja wsiadam do auta i ruszam na kwaterę, do której mam kwadrans. GPS prowadzi mnie jakimiś drogami, krętymi i górskimi – bo trzeba przez jakieś wzgórze przejechać – i po drodze robię jeszcze postój w Lidlu. Przede wszystkim zaopatruję się w picie, bo w tym upale to jest obowiązek. Plus kilka rzeczy do jedzenia. Zwracają uwagę typowo węgierskie specjały w lodówkach. Salami po prostu być musi. A na półkach nie może zabraknąć węgierskich past paprykowych. Jedną taką kupuję. Bo choć wiem, że jest przeraźliwie słona (11,5 g soli na 100 g), to ma swój paprykowy klimat.
Po kilku kolejnych minutach docieram na kwaterę. Brama zamknięta, dzwonię, nikt nie wychodzi. Dzwonię na telefon – cisza. Dopiero po paru minutach wyszedł gospodarz, uff. Mówi po angielsku i to bardzo komunikatywnie. Znakomicie. Dokonujemy formalności i prowadzi mnie do pokoju. Za chwilę największa próba – czy działa klimatyzacja. To był absolutnie główny punkt przy doborze noclegu. Były bowiem lepsze lokalizacje, bliżej centrum czy stadionu. Jedno miejsce było super, ale w komentarzach pisali, że klima jest, ale nie działa. Tutaj załączam i od razu powiało przyjemnym chłodkiem. Pięknie. Jestem na miejscu. A w lodówce – półtoralitrowa, schłodzona woda mineralna.
Chwila ogarnięcia się, rzeczy do lodówki. Prysznic po podróży. No i miałem upatrzoną restaurację nieopodal, gdzie wyczytałem, że menu jest po polsku, a opinie bardzo dobre. Udaję się więc do niej na obiadokolację. Jestem już mocno głodny, bo wcześniej jadłem tylko wspomniane śniadanie i hot doga na stacji, ale to z siedem godzin temu. Idę więc do wspomnianej knajpki. Co prawda mam ochotę na jakieś węgierskie dania, ale z drugiej strony obawiam się, że leczo czy zupa gulaszowa to będzie za mało. Tym razem więc jeszcze nie kombinuję i biorę solidnego burgerasa. Co prawda tu jedna z opinii była taka, że burger mały, więc ktoś musiał dokupić sobie deser, żeby się najeść. No ale patrzę – 220 gram mięsa, więc solidny kotlet. I rzeczywiście wizualnie – przed nie jakąś wielką bułkę – sprawiało to wrażenie, że jest trochę małe, ale ostatecznie – delikatnie mówiąc – najadłem się. Było sycie i sowicie. Do tego dwie homemade ice tea. Pragnienie było duże. Mimo wielu godzin w klimie w aucie, ten upał nie pozostawał obojętny dla organizmu. Było to bardzo sympatyczne posiedzenie, na ogródku na takim podeście. Wieczorem już dało się wytrzymać.
Zabawne jest to, że gdy siedzę w tej knajpce, przychodzą… media GieKSy. Naprawdę świat jest mały. Uważam, że to miejsce na nocleg, które wybrałem, nie jest oczywistym wyborem, bo znajduje się na takich totalnych przedmieściach Miszkolca – dokładnie w dzielnicy Miskolctapolca. Szansa, że oni będą w tym samym miejscu, wybiorą tę samą knajpę była naprawdę mała. A jednak. Jeszcze potem spotykamy się po opuszczeniu lokalu.
Ja wracam na kwaterę. Przypominam sobie, że dzisiaj gra Górnik. Ale nie chce mi się odpalać laptopa. Przychodzi mi więc do głowy myśl, że może w węgierskiej telewizji leci mecz z Ferencvarosem. I tak jest w istocie, więc oglądam drugą połowę. Potem piszę jeszcze felieton przedmeczowy i czas na spanko. Jutro zapowiada się intensywny dzień.
***
Po skonsumowaniu zakupionej dzień wcześniej bułki z „wypalonym” napisem „ham and cheese”, ruszam do miasta. Patrzyłem wcześniej, jak to się układa z parkingami, płatnościami. Wybór pada na parking pod Sparem nieopodal centrum. Kilkanaście minut i koło jedenastej jestem na miejscu. Jedenastej, bo musiałem lekko odespać. Więc pobudka była przed dziewiątą.
W przeciwieństwie do Żyliny, nie mam żadnego planu zwiedzania. Jedyne cele, o których myślę to ten plac napisem Miszkolc oraz wzgórze z wieżą TV, z której jest widok na miasto. Ale to mgliste. Na początku nawet nie wiem, którędy dokładnie tam iść, dopiero po chwili patrzę na mapę.
Na razie jestem na takiej ruchliwej, głównej ulicy. Fajne jest rondko z wypukłościami na liniach rozdzielających pasy, dzięki temu żaden gagatek nie będzie jeździł, jak chce. Problem będzie wtedy, kiedy ktoś się pomyli, ale cóż – zdarza się.
Wchodzę w ulicę István Széchenyi, drogę bez samochodów, za to z tramwajami. I typowo węgierską ulicą – idę przed siebie. Miasto w czwarte o 11.00 jest jednocześnie żywe i spokojne. Jest trochę ludzi, ale nie widać absolutnie żadnej gonitwy czy napięcia. Wszystko się toczy swoim spokojnym rytmem. Powiedzielibyśmy, że to taka spokojniejsza (i schludniejsza) 3 maja. Jest trochę zieleni, trochę drzewek.
Upał jest niesamowity. W zasadzie kilka minut po wyjściu z samochodu, normalnie idąc, miałem już mokre czoło. Ale jest mimo to bardzo przyjemnie. Picie z lodówki jeszcze w plecaku jest chłodne.
Docieram do Placu Szent István, czyli Świętego Stefana. Postać ta to książę i pierwszy król węgierski, koronowany w 1000 lub 1001 roku. Zjednoczył on plemiona węgierskie i dokończył proces chrystianizacji na Węgrzech. Na jego cześć nadano też nazwę austro-węgierskiemu pancernikowi, działającemu podczas pierwszej wojny światowej i zatopionemu w 1918 roku. Co ciekawe istnieje film z zatonięcia statku, co jak na wydarzenie sprzed 108 lat jest ewenementem.
Plac jest lekką betonozą, z ładnym klombem po środku. Są też jakieś drzewka na bokach. No i napis białymi literami Miskolc. Idzie się uprażyć na tej patelni, ładnej patelni. W tle wzgórze Avas ze wspomnianą wcześniej wieżą. Robię nagrywkę do trzech razy sztuka, szybkie coś do picia i podejmuję decyzję, by już teraz ruszyć na wzgórze.
Przechodzę więc na ulicę Kálvin János. Tu już mam wrażenie lekko wyludnionego miasta. Jedynie jakiś biegacz robi sobie trening i w pewnym momencie na chodniku – dwa metry ode mnie – pada i zaczyna robić pompki. Mnie czekają teraz schodki, wejście na Avas. Według archaicznego języka „Avas” oznacza zakazany. Pochodzi ona od tego, że w dawnych czasach zakazano pasterzom wypasania owiec na wzgórzu, gdyż obawiano się o zawalenie starych piwnic z winem.
Po kilku minutach mijam protestancki kościół gotycki. Jest zamknięty, więc idę dalej i przechodzę przez cmentarz. Pochowani są tu znani ludzie z życia Miszkolca, jak Bertalan Szemere and László Palóczy. Uwagę zwracają bardzo stare nagrobki, takie wystające z ziemi tablice nagrobkowe. Niektórzy pochowani pod tymi tablicami zmarli jeszcze w XIX wieku. Robi to wrażenie.
Mija południe. Z wież kościoła biją dzwony, nieopodal wybrzmiewa jakby hejnał. Już nie po schodkach, a wąską uliczką minimalnie zwiększam wysokość. To wszystko jest bardzo blisko – nie jest to odległość od podnóża Dubni do wieży w Żylinie. Pod koniec znów jest kilkadziesiąt schodów i – jestem na górze.
Nie wiedziałem wcześniej, czy wejście na wieżę jest płatne i czy w ogóle można wchodzić. Wywnioskowałem to po zdjęciach, na których ludzie faktycznie szwendali się po balkonie. Patrzę przed siebie – są schody na wieżę. Nie ma nikogo, więc jak słowiański i staropolski zwyczaj nakazał – wchodzę.
Okazuje się, że ten „balkon” jest ogólnodostępny, po prostu wchodzi się po schodach i jest się na górze. Więcej niż jedno duże piętro nie trzeba, bo i tak jesteśmy na wzgórzu i nie ma czynników zasłaniających (drzewa). Oczom moim ukazuje się piękna panorama Miszkolca. Rzucają się czerwono-pomarańczowe dachówki większości domostw. Blokowisk jest tu stosunkowo niewiele, ale są. To nie jest wielkie miasto – choć czwarte co do wielkości na Węgrzech, to zamieszkuje je 160 tysięcy mieszkańców. Ze stosunkowo nisko położonej wieży wzrokiem obejmujemy jego zdecydowaną większość. Bez problemu można dostrzec kolejne niewielkie wzgórza i pola za miastem. Na balustradzie są tabliczki z nazwami miejscowości. Do Valenciennes, które dobrze zna Lukas Klemenz jest stąd 1303, a na przykład do Cleveland 7026 kilometrów. Są też miniaturki miszkolckich zabytków.
Widok w tej pogodzie jest bardzo ładny. Może nie tak spektakularny jak w Żylinie, ale tam to była całkiem konkretna duża góra. Tutaj ledwie pewne, acz wyraźne podwyższenie. Patrząc na zachód można dostrzec dach stadionu DVTK. Czyli podobnie jak na Słowacji – z wysokości widzę arenę wieczornych zmagań. Miła sprawa.
Co się okazuje. Piętro wyżej jest… kawiarnia. Taka przeszklona z widokiem na miasto. Dwa razy czy nawet raz nie trzeba było mnie namawiać. Śniadanie bowiem było symboliczne i już wcześniej myślałem o jedzeniu, no i nadeszła pora napić się czegoś zimnego. Wchodzę więc i zasiadam w miejscu, w którym mam przed oczami piękny pejzaż. Przeglądam menu – oprócz słodkich są sandwiche. Decyduję się na kanapkę z salami, jajkiem i serem. Do picia herbata (mimo upału) i lemoniada malinowa. Wnętrze kawiarni jest bardzo ładne i schludne. No i jest… klimatyzacja. Ludzi prawie zero, jakaś babcia z wnuczkami jedna. Bardzo przyjemnie. Czwartek godzina 12.30. Idealnie, by coś takiego zrobić. Mając w planach wieczorem mecz piłkarski.
Lemoniada jest przepyszna. Smaczna plus gazowana. Idealna na taki upał. Napawam się nią i czekam na kanapki. I kelner/barman – sympatyczny, trochę przypominający Adama Zreľáka – przynosi dosłownie kanapki. Cztery średniej wielkości właśnie z salami, plastrem jajka i kosteczkami sera a la ementaler. Pychota. To jest to, czego potrzebuję na mały głód. Aż nie chce się iść dalej, tak jest przyjemnie. W sumie spędzam na Avas godzinę.
Schodzę dalej tymi wyludnionymi drogami i znów pomiędzy ciekawymi domostwami na wzgórzu. Chcę znów zajrzeć do centrum, podobno jest tam synagoga, więc w temacie dzisiejszego spotkania. Nadal jest wyludnienie i pusto.
Gdzieś tam przejeżdża węgierska „eLka”, czyli „teTka”. Uczący się jeździć są właśnie oznaczeni literką T. Dlatego też, tak jak u nas „L” jest wplatane w nazwy szkół jazdy, jak w dobrze znanym kibicom GieKSy „Zielonym Listku”, tak tutaj widziałem szkołę, która nazywała się „Green lighT”. Jest to pomysł. „T” pochodzi od węgierskiego „tanuló”, czyli uczeń. W Polsce „L” znaczy po angielsku „learner”, czyli również uczeń właśnie.
Są tu i budki telefoniczne, ale niektóre opatrzone logiem T-Mobile. Z ławeczką w środku. Obrazki, raczej u nas niespotykane. Całkiem przypadkiem trafiam w kolejne charakterystyczne miejsce. Sympatyczny skwerek z kolejnymi siedziskami, choć głównie na betonie, więc mało kto tu siedzi w tym skwarze. Są knajpki, fontanny i rzeczka Szinva. Zwłaszcza jedna knajpka, przy wąskim przejściu ze stolikami tuż nad tą rzeczką, ma swój klimacik. Lokalista – gdyby dopiero co się nie posilił i napoił, zasiadłbym zapewne tutaj.
Jest i popularny motyw w niektórych miastach, jak na przykład w Pszczynie, czyli kolorowe parasolki nad uliczką. Tutaj kolory są jasne i stonowane – czyli jasnożółty, fioletowy czy czerwony. Być może nieco wyliniały po prostu.
Po chwili jestem na placu przed kościołem Franciszkanów. Kolejny betonowy plac z dwiema fontannami, jedną ładną, błękitną i takimi uroczymi kanalikami, którędy przepływa woda. Naprzeciw jest wspomniana synagoga. Chcę zajrzeć, ale jest zamknięta, więc odpuszczam. Wchodzę natomiast do kościoła. Mogę tylko zajrzeć przez zamknięte drzwi już w środku – do środka.
Wychodząc orientuję się, że kończy mi się trzygodzinny czas parkingu. Chcę więc przedłużyć o godzinę – będę miał wtedy jeszcze godzinę i dziesięć minut. Przedłużam no i lipa. Tamto dziesięć minut mi się skasowało i godzinę naliczyło już bez nich. Bezsens. No i to powoduje, że muszę odrobinę się pospieszyć, bo w planie mam jeszcze jeden punkt.
Idąc na północ widzę już jakieś zastępy policji w radiowozach zmierzające gdzieś tam. Czy to już pod mecz? Nie wykluczam. Jest godzina czternasta. Potem, gdy będę szedł do samochodu, będzie przejeżdżał cały autokar z policją.
Podążam więc główną ulicą mijając slalomem coraz to kolejne wylewki asfaltu. Nie wiem, kiedy je położono, wiem jedynie, że wdepnięcie w tej temperaturze mogłoby mieć opłakane skutki. Mijam jakiś starodawny, socjalistyczny moloch – niby znany u nas widok, a jednak jakiś inny. Te na Słowacji czy właśnie tutaj sprawiają wrażenie opuszczonych i totalnie zaniedbanych. Pewnie tak nie jest, ale wrażenie takie sprawia. Podobnie jak te wszechobecne węgierskie nazwy.
W ogóle węgierski język to moja trauma z dzieciństwa, gdy byłem z rodzicami na wakacjach i zgubiłem się w jakimś centrum handlowym. Jakieś babki-ekspedientki podeszły do mnie i po madziarsku zaczęły gadać. Nie wiem, czy byłem bardziej przerażony zgubieniem się czy tym dziwnym językiem, którego używają.
A zgubiłem się, bo wydawało mi się, że za którymś regałem usłyszałem motor. Więc poszedłem go szukać… Wszyscy na Motor w niedzielę!
I w końcu dochodzę. Do niepozornej ulicy, z jakimiś blokami już poza ścisłym centrum. Kompletnie niby nic. Ale nie jest to byle jaka ulica, bo nazywa się… Katowice! I tak, nie jest to przypadek – ulica ta nazwana jest na cześć naszego miasta, co zresztą uwidacznia tablica kilka metrów od klatki schodowej, przy której robię zdjęcie. Tablica z 1969 roku podpisana jest Rada Miasta Miszkolc i podkreśla przyjaźń. My mamy w Katowicach Skwer Przyjaciół z Miszkolca – ten mini park przy przystankach na Sokolskiej. Od lat wiedziałem, że to miejsce się tak nazywa, ale nigdy nie sądziłem, że do Miszkolca mnie wywieje za GieKSą.
No nic, pora iść do auta, do którego mam dwa kilometry. Idę już drugą stroną ulicy by omijać miękki asfalt. Już czuć po dniu, że zrobiło się popołudnie. Inne słońce, inne światło. Swoje się nachodziłem. Czas więc zakończyć to zwiedzanie.
W ogóle śmieszny ten węgierski język, że „sz” czyta się jak „s”. Dlatego po ulicy jeździ nie bus, tylko busz. Mijam wspomniany autokar z policją. W ogóle jak policja może się nazywać „Rendőrség”. No ludzie!
Jestem z powrotem przy Sparze. Wchodzę na szybkie zakupy, chodzi o napoje. Niestety zimnych nie uświadczysz. Z powodu suszy i niskiego poziomu Dunaju rząd zapowiadał obcięcie energii, za dostarczanie której w dużej mierze odpowiedizalna jest elektrownia w Paks. Tutaj na lodówkach pojawił się komunikat:
„Szanowni Klienci!
W związku z zaistniałą ogólnokrajową sytuacją energetyczną podjęliśmy decyzję o tymczasowym wyłączeniu tej lodówki. Bardzo przepraszamy za spowodowane niedogodności!”.
Jakoś nie do końca wierzę. W Polsce w lato na wsiach i mniejszych miastach to jest stała praktyka. Wyłączanie lodówek w lato. Typowo z oszczędności prądu, a nie jakichś kataklizmów. Zawsze chodzą tylko lodówki z piwem i poupychana jest tam wódą. Wiadomo, dlaczego, ale nie będę się powtarzał, bo już się kiedyś o tym rozpisywałem.
Wsiadam do auta i zmierzam na kwaterę. W międzyczasie kontaktują się ze mną chłopacy (cytat z Joe Pesci’ego), którzy dojeżdżają i mają godzinę z kawałkiem. Umawiamy się w knajpce Lignum, w której to właśnie cała medialna GieKSa, oficjalna i nieoficjalna stołowała się podczas tego pobytu.
Z Kazikiem i Miśkiem zamawiamy leczo. Tak, tym razem na typowo węgierskie żarcie się zdecydowałem. Przyznam, że to leczo to jest mistrzostwo świata. Dużo papryki i cebuli, ale kompletnie nie w postaci jakiejś mazi, tylko gęsto upchane warzywa. Do tego doskonała, przyprawiona kiełbaska. U nas to wrzucą gdzieś zwykłą śląską i robią z tego drogie danie. Tutaj naprawdę kiełbasa była pierwszej jakości. Nie zrozumcie mnie źle. Lubię Śląską – zwłaszcza całą w cieniu, polską Śląską. A przed meczami na nowej Bukowej jestem pierwszy do przedmeczowego giga-wuszta. No ale to jest knajpa, więc sami wicie, rozumicie.
Posilamy się, po czym chłopaki jadą jeszcze na chwilę na miasto, a ja zbieram się na kwaterę, by przebrać się i przygotować do meczu. Jest godzina siedemnasta, więc do tego emocjonującego starcia pozostają zaledwie trzy godziny.
***
Pod stadionem na dwie godziny przed meczem kręci się już trochę kibiców Hapoelu. Ubrani w swoje czerwone barwy oczekują przed obiektem na spotkanie. Nie odnotowuję jakiegoś zwiększonego policyjnego napięcia przed obiektem, kibice chodzą sobie jak chcą. Ja podjeżdżam na parking i bez problemu parkuję tuż przed prowizoryczną bramą stadionową. Spotykam ludzi z Klubu Biznesu, którzy też mają swoją ciekawą wycieczkę na to spotkanie.
Chwilę po moim przyjściu na stadion przyjeżdża autokar GieKSy z piłkarzami. Korzystam z okazji i robię kilka fotek. Nasi wyglądają, jakby mieli humory dobre. Ale co mają nie mieć – w końcu po to się gra w piłkę, by grać jak najwyżej. A dla nas, dla GKS Katowice puchary europejskie to spełnienie snów. Wychodzą więc w tej nadal gorącej temperaturze zawodnicy i kierują się do budynku. Zaraz przechodzą też sędziowie. Z tym Dechepy’m, co to wyrzucił Baloguna w lidze francuskiej i tam żadna protekcja Amerykanina nie uratowała.
Po chwili i ja wchodzę. I tu o ile przed stadionem było bardzo spokojnie, to w środku kontrola, jak na lotnisku. Choć daleki jestem nadal od stwierdzenia, że jest jakakolwiek napięta atmosfera. Po prostu technicznie trzeba przejść przez bramkę, przepuścić plecak przez „rentgen” no i tak samo w koszyczku przetransportować rzeczy z kieszeni. Potem już nawet nie przeszukiwał mnie ochroniarz, więc tak naprawdę – spokojnie się dało coś przemycić. Troszkę przerost formy nad treścią. I tak jak mówię – duży spokój w tym wszystkim. Po chwili odbieram akredytację. Również wszystko przechodzi szybko i sprawnie. Nie mogę mieć zastrzeżeń.
Jestem znów na sali konferencyjnej. Kręcą się ludzie z Hapoelu, sam nie wiem, czy oni są z klubu, czy to są dziennikarze. I po meczu będą mi się wszyscy zlewać w jedną całość. No nic, czas na pójście na trybuny. Na początku schodami, ale potem udaje mi się wykminić windę i z niej korzystam – niby tylko trzy piętra, ale znów to są takie piętra, jak na Wiśle, że niby trzy, a tak jakby sześć. Ważne było, żeby na górze była jakaś woda. Bo na Sali konferencyjnej woda była w butelkach jak z wódki. No i w sumie się kończyła. Może to była wódka.
W zachodzących promieniach słońca oczekuję na mecz. Schodzą się dziennikarze z Polski, jest Kacper Janoszka, Tadek i Rafał Musioł, potem spotykam też starego druha z GieKSy Rafała Kędziora z ekipą z TVP Sport. Oczekujemy wszyscy w napięciu na spotkanie.
Mnie zaczepia węgierski dziennikarz, który już zdążył pooglądać moje nagrywki z Miszkolca i mówi, że nikt tak nie rozpromował tego miasta. I sam mi puszcza moje własne nagrywki na swoim telefonie. Opowiada też o swoim klubie, drużyna z Miszkolca potrafiła kiedyś grać w europejskich pucharach. No i jak patrzę na „lajki” pod moimi nagrywkami, to jest masa ludzi z Węgier. Algorytm działa więc też geograficznie. Ogólnie bardzo to miłe. Kibice polscy i węgierscy potem na meczu wzajemnie się pozdrawiają.
Tak jak pisałem wcześniej – stanowiska są doskonałe. Jest WiFi, prąd, dobre, sztywne blaty, super widoczność. Nie pozostaje nic, jak tylko relacjonować mecz. Podczas rozgrzewki Hapoelu kibice z Izraela robią małe piekło. Są niesamowicie głośni i ciągle śpiewają. My czekamy na kibiców GieKSy, którzy pojawiają się na krótko przed spotkaniem.
Ostatecznie podczas meczu kibice Hapoelu nie nawiązują aż tak do tego, co na rozgrzewce. Myślałem, że będą jednak głośniejsi. Dopingują oczywiście dobrze przez cały mecz, ale nie ma tego tąpnięcia, co na początku. Kibice GieKSy natomiast – jak zwykle trzymają poziom i prowadzą doping przez całe spotkanie. Fajna jest ta poprawka „Naprzód GieKSiarze!”, bo za pierwszym razem nie wybrzmiała tak dobrze, jak za drugim.
Niestety tracimy gola już w piątej minucie. Izraelski spiker w swoim języku hebrajskim wykrzykuje radośnie ten fakt i z kibicami nazwisko strzelca Stava Turiela. Jest ta egzotyka, niezależnie czy GieKSa by traciła czy zdobywała bramki (tu tylko traciła) w tych obcych dla nas okrzykach spikera. To znak, że gramy w pucharach.

W osiemnastej minucie jest już 2:0 dla Hapoelu. Gra nam się kompletnie nie układa, popełniamy rażące błędy i nie potrafimy nic zrobić z przodu. Formalni gospodarze chcą nas zaskoczyć jeszcze bardziej i nawet mają rzut karny, który sędzia odwołuje z powodu spalonego.
W przerwie możemy tylko zastanawiać się, co zrobić, by zagrać w drugiej połowie lepiej. Na początku drugiej części gry na boisko wpada intruz i co bardzo dziwne – ochrona absolutnie nie kwapi się, by go gonić i łapać. Paraduje sobie po tym boisku i robi jakieś gesty w stronę kibiców GKS. Potem niemal spokojnie wraca na sektor, ale jednak nie udaje mu się tam wejść Ochrona chce go złapać w kilku chłopa, ten się szarpie i wyrywa, ochroniarze się przewracają. Totalny kabaret. Jeszcze z trybun wlatuje drugi jegomość – Węgier, żeby nastukać temu pierwszemu. Szamotanina prima sort. W końcu ich gdzieś tam wyprowadzają, przynajmniej tego jednego.
Ostatecznie gola już nie tracimy, ale też nie zdobywamy i przegrywamy mecz 0:2. To daje nadzieję na odrobienie strat w rewanżu. Jestem niepocieszony po fatalnym występie GieKSy, ale nadal to dopiero pierwszy mecz. Robię nagrywkę pomeczową i idę na konferencję.
Konferencja prasowa jest dziwna, jedna z najdziwniejszych, na jakich byłem. Nie ma osoby koordynującej, wszystko dzieje się totalnie samopas. Rolę tutaj powinien pełnić rzecznik prasowy gospodarzy, ale takiego chyba w ogóle tam nie było. Przychodzi więc trener Górak z Michałem Kajzerkiem i to Michał prowadzi naszą część. Trener się wypowiada, potem zadaję pytania ja i Łukasz Olkowicz. Gdy wydaje się, że ta część konferencji się skończy, pałeczkę przejmuje dziennikarka z Izraela. Najpierw zadaje pytania o piłkarzy Hapoelu, a potem o… bezpieczeństwo w Polsce.
– Dużo fanów Hapoelu i w ogóle kibiców z Izraela obawia się przyjazdu do Polski. Czy jest bezpiecznie?
– W Polsce jest bezpiecznie, bądźmy spokojni.
– Nie wie pan o czym ja mówię? (Don’t you know what I’m talking about?”
– Nie mam pojęcia.
Dziennikarka nie jest pocieszona tymi odpowiedziami i po wyjściu trenera już dosłownie pretensjonalnym tonem zadaje pytanie rzecznikowi, czy naprawdę nie wiedzą, o co jej chodzi?
To było pytanie z podszytą tezą. Czy pani dziennikarka obrała narrację o Polsce jako niebezpiecznym, rasistowskim i faszystowskim kraju? Nie wiem, ale się domyślam. Można pomyśleć sobie, że to tylko mrzonki, ale najwidoczniej taka narracja w Izraelu o Polakach po prostu ciągle funkcjonuje. Narracja, którą i Maccabi rok temu – również na Węgrzech – zaprezentowało. Przykre to. Sam mówię tej dziennikarce, że to są pomówienia i niech po prostu przyjedzie w środę do Polski i sama się przekona. Powiedziałem jej również, że jeżeli nie będzie żądnych prowokacji, to będzie spokojnie.
Pozostaje cieszyć się, że w tym pierwszym meczu nie było żadnych newralgicznych sytuacji poza kilkoma typowo piłkarskimi pozdrowieniami na trybunach. Nie liczę tego intruza na boisku, bo to nie jest coś, co można uznać za jakiś skandal obyczajowo-międzynarodowy.
Kuriozalne jest to, że na drugą część konferencji przychodzi tylko trener i zawodnik Fernando Mayembo. Nie ma wspomnianego rzecznika. Pytania i to w sporej liczbie zadaje wspomniana dziennikarka, robiąc taki mini-wywiad. Dlatego kompletnie nie rozumiemy, co tam po hebrajsku odpowiada trener. Nie ma tłumaczenia, więc wszystko jest przeznaczone tylko dla uszu Izraelczyków. Z piłkarzem pani rozmawia już po angielsku, więc tu już wszystko rozumiemy.
Ogólnie media izraelskie mają swój temperament i na sali konferencyjnej są bardzo głośni. Ciężko zebrać myśli przy swojej pracy. No ale tak jak mówię, to kwestia południowo-wschodniego temperamentu, więc trudno jakieś wielkie pretensje mieć. Jeszcze na koniec jeden z chyba fotoreporterów łamaną angielszczyzną mówił, że był w Polsce kilka razy – w Katowicach, Krakowie czy Warszawie. Mówił, że bardzo mu się podobało. Był na meczu Polska – Izrael 4:0 za Jurka Brzęczka. Pytał, czy my byliśmy w Tel Awiwie. To akurat było sympatyczne.
Chłopaki z GieKSa.pl już pojechali, ja jeszcze chwilę zostaje i kończę konferencję. Wkrótce zbieram się i idę do samochodu. Już dzień wcześniej i teraz za dnia pokonywałem trasę na miejscówkę, ale jest ona bardzo specyficzna. Trzeba przejechać znów przez to wzgórze, są jakieś zawijasy i wątpliwej jakości droga. Ale po niecałych dwudziestu minutach jestem na kwaterze.
Szkoda tego meczu. Nie tyle, że przegrany, ale że w takim stylu i bez tej jednej strzelonej bramki. Dwa gole do odrobienia to sporo, ale nie jest to niemożliwe. W pokoju odpalam sobie skrót i włosy mi stają dęba. Potem jeszcze z rozpędu piszę felieton pomeczowy.
Na tym kończy się przygoda na Węgrzech. Cokolwiek się nie działo w tym meczu i nie wydarzy w rewanżu, jestem wdzięczny drużynie za to, że takie przygody mogę przeżywać. To wspaniałe.
***
W piątek już się nieco schładza, droga powrotna trwa też niecałe sześć godzin plus pierogi w Nowym Targu. W karczmie… Zadyma. Wieczorem jestem w domu i… zaczyna się ligowa kolejka, w której akurat GKS Katowice będzie pauzować.
To był pierwszy akord tego dwumeczu. W środę gramy rewanż. Nie szczędźcie gardeł, by wspierać naszych zawodników, bo wiele razy udowodnili, że zasługują na wsparcie w trudnych chwilach. I wielokrotnie to wsparcie czyniło cuda. O awans będzie bardzo ciężko, ale jeśli to by się udało, to możemy zrobić taką remontadę, która będzie po stokroć bardziej efektowna od tej z Żyliną i będziemy pamiętać ją na całe życie. A GKS naprawdę zapisze swoją złotą historię w rozdziale „europejskie puchary”.
Felietony Piłka nożna
Wyzerowane atuty – diagnozy brak
Szczerze mówiąc nie chce mi się pisać tego felietonu, bo myślę sobie, że znowu będę pisał to samo. Rozbieżność między wynikami meczów u siebie i na wyjeździe sięgnęła absurdu. GKS rozegrał w tym sezonie siedem meczów – u siebie wszystkie trzy wygrał, na wyjeździe wszystkie cztery przegrał. Suma tego jest taka, że z europejskich pucharów już odpadliśmy, a w lidze mamy trzy punkty po trzech kolejkach. Czyli słabo – bo to średnia mogąca nawet nie dać utrzymania.
Piszę to wielokrotnie i napiszę jeszcze raz, bo już wiele razy w przeszłości czy to piłkarze czy trenerzy obrażali się na mnie, bo coś tam skrytykowałem. Nie mówię o sytuacjach, kiedy pojechałem z koksem i tak czy inaczej kogoś nazwałem, bo za to obrazę rozumiem. Cóż, młodość (która trwa, ale już inna). Ale my nie możemy doprowadzić do zagłaskania naszej drużyny – za ekstraklasę, za kapitalną w niej postawę czy za puchary. Wszyscy wiemy gdzie byliśmy i co trener wraz z kolejnymi grupami piłkarzy w ostatnich latach nam dał i daje. Więc tu nie ma mowy o podważaniu projektu jako całości. Ale trzeba mieć w tym wszystkim krytycyzm, bo jeśli w którymkolwiek momencie ktoś uznał, że zdobyliśmy już tyle, że teraz po prostu możemy do końca kariery jechać na sukcesie – to jest to – delikatnie mówiąc duży błąd. Więc tak, doceniamy ekstraklasę, super jest jeździć na te wszystkie stadiony w najwyższej polskiej lidze. I niech ten projekt w tym kształcie, z obecnym trenerem trwa jak najdłużej.
No ale są defekty. I ta postawa na wyjazdach naprawdę każe się zastanowić nad kilkoma rzeczami. Bo to jest coś, co jakiś czas się w GieKSie powtarza, mamy powtórkę z czterech przegranych wyjazdów na początek sezonu z zeszłego roku. A w pierwszym po awansie do ekstraklasy sezonie, na wiosnę także przydarzyły się cztery wtopy z rzędu na delegacjach.
Ale to nie chodzi tylko o wyniki. Chodzi o grę, która co prawda nie zawsze ten wynik gwarantuje, a w perspektywie pewnego okresu czasu (raczej krótszego niż dłuższego) dobra gra statystycznie przynosi względnie dobre wyniki. U nas nie jest największym problemem to, że przegraliśmy cztery mecze z rzędu. Problemem jest to, że te mecze przegraliśmy zasłużenie, bo graliśmy bardzo słabo.
Wczoraj chciałem wierzyć, że jak długo ten mecz trwał, w końcu coś wciśniemy. Mecz z Motorem w naszym wykonaniu nie był aż takim paździerzem, jakie trochę razy ostatnio na wyjazdach oglądaliśmy. Przypomniał się mecz z Cracovią, kiedy wydawało się, że przy 0:0 na koniec spotkania pozostanie spory niedosyt. A rywal w końcówce nam wmontował bramkę i już nawet z remisu nie można było się „cieszyć”. Ostatecznie, choć wczoraj GieKSa nie była beznadziejna, to była jednak słaba. Tym bardziej martwi to, że naprzeciw mieliśmy drużynę mocno przeciętną, do tego skleconą naprędce po kadrowych zawirowaniach, z nowym trenerem. A my – stabilni i budowani od kilku lat – nie potrafiliśmy zrobić na tym boisku nic. Przecież, gdyby nie Ndiaye czy może jeszcze Simon, to by Pan Czubak piłkę oglądał z daleka i nie miał okazji zaprezentować swojego świetnego wykończenia. Motor był do bólu średni, ale swoim jednym czy drugim błyskiej robił różnicę.
U nas tym razem w obronie nie było „wesołego miasteczka”, choć oczywiście nie ustrzegliśmy się błędów, po których padły bramki – najpierw nieuznana, a potem już prawidłowa. Jednak w tym meczu to nie obrona była naszym głównym problemem. Tym razem było to słabe/bardzo słabe/beznadziejne rozgrywanie ataku pozycyjnego. O kontrach nawet nie mówię, bo mam wrażenie, że jak my wyprowadzamy kontrę, to zaraz jeden czy drugi nasz zawodnik się zatrzymuje, robi kółeczko, wycofuje nie wiadomo gdzie i po kontrze nici.
Od patrzenia na nasze rozegranie piłki na połowie przeciwnika oczy bolały. Sposobności mieliśmy całe mnóstwo, bo Motor bronił się nieraz dość nisko – nie desperacko w swoim polu karnym – ale mocno na swojej połowie. My graliśmy po obwodzie – to na lewo, to na prawo. I często kończyło się do słabą wrzutką, z którą rywale nie mieli problemu. Przede wszystkim więcej w tym temacie oczekiwałem od Bartosza Wolskiego, bo naprawdę zawodnik ma większe umiejętności niż to, żeby zagrać leciutką piłkę à la serwis Pawła Zagumnego w pole karne i liczyć na czysty przypadek, że akurat trafi w nią ktoś z naszych, a nie przeciwników. Dlaczego nie ma mocnych, takich soczystych wrzutek? Dlaczego nie ma jakiejś próby większej precyzji? Nie mówiąc o tym, że nasi wahadłowi też chyba mocno zapomnieli, co to znaczy żwawość na boku. Nie ma dynamicznych pojedynków 1 na 1 na skrzydle na wysokości pola karnego, wejść w to pole karne. Jest to wszystko takie miałkie i nijakie i taka była ofensywa GKS w tym meczu. Naprawę zestawiając to z pojedynkiem z Motorem z rundy wiosennej i bramek, jakie GieKSa strzelała w tamtym meczu można… dostrzec różnicę.
Ostatecznie najlepszymi okazjami GKS był strzał Ilji w słupek i sytuacja, w której Ilja gola strzelił, ale Bartosz Nowak był w tej sytuacji na spalonym. Tak, był jeszcze strzał napastnika po dośrodkowaniu oraz uderzenie Mateusza Wdowiaka w boczną siatkę. I to tyle. Motor miał swoich groźnych sytuacji więcej.
Widać też, że trener szuka optymalnego składu, ale na razie większość zawodników swoją grą nie przekonuje, by zagościć w jedenastce na stałe. W pomocy kombinujemy. Bartek Nowak ma abonament na granie, ale wychodzi na to, że Bartek Wolski również. Chcieliśmy tego duetu, czekaliśmy na to, jaki zrobią oni techniczny zamęt w tej lidze. Na razie jednak to tylko mrzonki. Nie mamy twardości w środku pola. Jeszcze do tego dokładamy Marcela, który jest ambitny, szybki, ale też nie jest to skała. Do tego wygląda na to, że wczoraj przegrał z upałem, z ręką na sercu, jak widziałem, że podciąga sobie tę koszulkę i w ogóle miałem z daleka wrażenie, że jest cały czerwony, to pomyślałem, że Rafał Górak zrobi wyjątek i ściągnie piłkarza w przerwie. Tak też się stało.
Pamiętam jak w poprzednim sezonie po Górniku Zabrze trener zapowiedział, że coś musimy zmienić w samym podejściu do spotkania i strukturze gry na wyjeździe. Choć potem przegraliśmy jeszcze z Lechią, to za chwilę gra GKS na obcych stadionach zaskoczyła. GieKSa wygrała z Lublinie, Niecieczy, w Pucharze Polski z ŁKS. Na początek roku było zwycięstwo w Lubinie. Były te mecze z Rakowem i Lechem. Czyli da się. Problem jest taki, że jak drużyna wpadnie w wyjazdową otchłań bezradności i niemocy, to trudno z niej się wykaraskać.
Najgorsze jest to, że nie widać, aby był jeden mądry, który zdiagnozował, gdzie leży problem. A to musi być głębszy problem mentalny, bo przecież u siebie ci zawodnicy – zarówno indywidualnie, jak i jako cała drużyna – potrafią przecież grać w piłkę. Co się z nimi dzieje na wyjeździe i dlaczego? Może to jest coś na etapie samego wyjazdu na mecz, podróży, hotelu, dnia meczowe na wyjeździe? Może to tam trzeba poszukać, co się takiego dzieje z piłkarzami, że opada z nich cała ta agresja, moc i siła? Może gdzieś jest zbyt duże rozluźnienie, a może to rozluźnienie jest zbyt małe? Trzeba szukać, w każdym szczególe, w każdym posiłku, w każdej minucie spędzonej w autobusie.
Przyznam, że po tym kolejnym przegranym meczu nie mam smutku, żalu czy załamki. Jest po prostu po raz kolejny irytacja i taka frustracja, bo widzę tę bezradność piłkarzy i mi się udziela. Nie ma w życiu chyba gorszego poczucia niż to, że nie ma się wpływu. A gra GKS a wyjeździe wygląda tak, jakby zawodnicy nie mieli dostępu do swoich atutów, które dają różnicę, tylko próbowali sztampowych, oklepanych i zupełnie nieefektywnych na tym poziomie rozwiązań.
I trzeba coś z tym zrobić szybko, bo wkrótce czekają nas trzy trudne wyjazdy – Zabrze, Gliwice i Lubin. Tu już po prostu obowiązkowo będzie trzeba punktować.
A na razie Wisła Płock. Dobrze, że przynajmniej u siebie te atuty nie są zablokowane. Liczymy, że i tym razem tak będzie, GieKSa swoje gole będzie strzelała i trzy punkty zdobędzie.
Piłka nożna
Górak: Brakuje nam wytrawności
Po meczu Motor Lublin – GKS Katowice wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Mariusz Misiura i Rafał Górak. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Jesteśmy rozczarowani tym, że przegraliśmy spotkanie, włącznie z powiedzeniem, że jeżeli nie możesz wygrać, to powinieneś umieć go zremisować.
Takie mam odczucia w stosunku do tego meczu. Niestety – nie jesteśmy jak na razie w stanie zagrać meczu na zero z tyłu, który dałby nam przestrzeń, żeby wywieźć z takiego spotkania remis, bo może on też nie byłby to szczyt naszych marzeń przed spotkaniem – bo przyjechaliśmy z zamiarem wygrania meczu – ale na pewno remis bardziej odwzorowywałby to, co się działo. Ale to jest nieistotne, bo ten który bramkę strzela ma tę radość, a ten, który tego nie robi – tej radości nie ma. W wielu momentach za dużo mamy rozpiętości poziomowych w spotkaniach. To mnie też trochę na razie smuci, bo powinniśmy się stać bardziej wytrawną drużyną, a tego nam brakuje. Mamy bardzo dobre momenty, kiedy gramy zgodnie z tym, co chcemy robić, a mamy też takie kiedy ta gra na różnych pozycjach w różny sposób ofensywie czy defensywie nam się łamie i powoduje bałagan, który kończy się niekiedy tak, jak się skończył przy straconej bramce. Byliśmy w posiadaniu piłki pod polem karnym przeciwnika i tej wytrawności jeszcze brakuje – tego będziemy szukać. Dziś jest masę rozczarowania i sportowej złości, ale nic tu po narzekaniu, trzeba brać się do roboty i mocno wyciągać wnioski choćby z tego, że przy czterech meczach wyjazdowych w tym sezonie cztery razy schodzimy pokonani i to nas bardzo denerwuje i jesteśmy niezadowoleni. Ale po to niekiedy takie próby są, żeby wychodzić, silniejszym. Teraz będziemy się przygotowywać do następnego spotkania, potem mamy trzy mecze z rzędu na wyjeździe. Czeka nas nie lada sprawdzian i jestem przekonany, że wyjdziemy z tego obronną ręką. Dzisiaj jest dużo złości, rozczarowania i momentów, z których z gry jesteśmy niezadowoleni.
Mariusz Misiura (trener Motoru Lublin):
Bardzo się cieszę, że wygraliśmy mecz i zdobyliśmy trzy punkty. Bo mam poczucie, że to był czwarty naprawdę dobry mecz w naszym wykonaniu i jak ten czas leci – mijają tygodnie – przygotowujesz się do czwartego spotkania, a na koncie masz jeden punkt, to zapominamy, co się wydarzyło w pierwszej czy drugiej czy trzeciej kolejce. Wydaje mi się, że drużyna zasłużyła, żeby mieć ich więcej. Wierzę, że konsekwentną pracą i procesem będziemy budować silną drużynę.
Co do meczu to wydaje mi się, że wykreowaliśmy więcej sytuacji, na pewno w pierwszej połowie, konsekwencją tego jest bramka. Powiedzieliśmy sobie w szatni, że musimy zostawić serce i charakter. 104 minuty w takim upale to szacunek dla piłkarzy. Sami państwo siedząc na trybunach czuliście gorąco i zmęczenie.
To jest coś normalnego, że w takim upale przydarzały nam się błędy, cieszę się, że nie było z tego konsekwencji w postaci gola, ale podobało nam się nasze dążenie do strzelenia bramki. Dobre zmiany, każdy z zawodników dał impuls. Bardzo się cieszę z tych trzech punktów i idziemy dalej.



























































































































































































Markena
3 czerwca 2024 at 09:46
Chodź pomaluj mój swiat. Choć człowiek tyle lat się uczy nie zawsze jest mądry
Fjodor64
3 czerwca 2024 at 09:54
Shellu, ja tam nie slyszalem w relacji ze Szczecina „K***a, Shellu, nie kręc”, ino jakże uprzejmą prośbę wypowiedzianą płaczliwym tonem: „Sp***daleaj stąd, proszę…” To też było.pod Twoim adresem? 🙂
Daniel
3 czerwca 2024 at 14:28
Baaardzo długie…. i dobrze! Bo czyta się przez cały czas z bananem na twarzy! Piękna wyprawa Shellu💪
dar26ber
4 czerwca 2024 at 02:58
Shellu świetne!!!
Jestem z czasów którzy pamiętają europejskie puchary. Tułaczka po niższych ligach przez tyle lat była dla mnie katastrofą ale MAMY TO i oby jak najdłużej!!!