Kibice
Miedź kibicowsko, jej zgody i nasze wizyty w Legnicy
Młody klub założony w 1971 roku, który w tym sezonie świętuje swoje 50-lecie. Ich największym sukcesem jest zdobycie jedynego Pucharu Polski w 1992 roku, kiedy jako ówczesny drugoligowiec pokonali po rzutach karnych faworyzowany przez wszystkich Górnik Zabrze.
Ruch kibicowski w Legnicy fani Miedzi datują oficjalnie na jesień 1988 roku, kiedy po raz pierwszy wybrali się do Kluczborka, wspierając klub w 30 osób z flagami i szalikami. Był to mecz o mistrzostwo III ligi Dolnośląskiej.
Zgody i układy Miedzi
Ich pierwszą zgodą był Górnik Wałbrzych, z którym zbratali się w tym samym roku, wspierając Górnik na wyjeździe w Lubinie. Było to podczas meczu o utrzymanie się w pierwszej lidze. Długo to jednak nie trwało, przez niechęć starszych fanów MKS-u do kibiców z Wałbrzycha. Kolejną regionalną sztamą był Dozamet Nowa Sól, z którym zgodę przybili na jedynym pucharowym meczu — z AS Monaco w 1992 roku. Przyjaźń zakończyła się w 1998 roku. W sezonie 1989/1990 na meczu Śląsk Wrocław – Wisła Kraków powstała ich sztama z WKS-em. Z wrocławianami zawsze mieli pozytywne stosunki. Kiedy jeszcze ruch kibicowski w Legnicy na dobre nie rozkwitnął, fani z Legnicy uczęszczali do Wrocławia. W późniejszych latach ta zgoda upadła, przekształciła się w układ, ale ogólnie pomimo braku kontaktów relacje pozostały pozytywne. W 2001 roku ich zgoda została ponowie przybita i w tym roku świętują 20-lecie przyjaźni.
Z dawnych zgód, które legniczanie mogą śmiało zapisać jako epizody, to z pewnością przyjaźnie z GKS-em Jastrzębie, Gryfem Słupsk i Polonią Bytom. Ich dawną daleką, ale dobrze pielęgnowaną przyjaźnią była Resovia. Podczas derbów Łodzi w 1996 roku, obie ekipy przybiły zgodę, która trwała do 2009 roku. Dobrze wspominaną zgodę mieli z ŁKS-em Łódź. Została ona zapoczątkowaną w sezonie 1989/1990. ŁKS jadący do Lubina, dostał wsparcie kilku fanów Śląska Wrocław, z którym już Rodowici Łodzianie mieli zgodę, ale na dworcu w Legnicy pojawiło się kilkudziesięciu fanów Miedzi i wspólnie wszyscy pojechali na Zagłębie. Zgoda została zakończona w 1998 roku.
W 1999 roku podczas turnieju w Legnicy związali się także układem chuligańskim z BKS-em Stal Bielsko-Biała, który trwa do dziś. Z kolei w 2019 roku z Promieniem Żary układ został przekształcony w zgodę, która ciągle trwa.
O naszej dawnej zgodzie kilka zdań
Jesienią 1989 roku nasi kibice jadący do Lubina na wyjazd, na jednym z peronów natrafili na walczącą Miedź z jednym z fan clubów Zagłębia. Dołączyli „do zabawy” i wspomogli legniczan. Od tego momentu zawiązany został układ, który po kolejnych butelkach alkoholu został w szybkim tempie przekształcony w zgodę. Ta zgoda miała typowy charakter alkoholowy, który zwłaszcza w latach 80. był czymś normalnym. W tamtych latach Miedź przybiła także zgodę z GKS-em Jastrzębie, które miało już z nami wcześniej zgodę i fani Miedzi sami stwierdzili, że ta zgoda była naciągnięta na siłę przez naszych fanów. Po roku upadła i przekształciła się z marszu w kosę. Do słynnego finału Pucharu Polski w 1992 roku, w którym nasza zgoda ostatecznie upadnie, nasze relacje były i tak dosyć słabe. GieKSa jak dawała Miedzi wsparcie, to robiła to w Jastrzębiu lub w Bytomiu, kiedy na stadionie Szombierek robili za większość w sektorze gości.
Finał Pucharu Polski – Warszawa 1992 rok
Do Warszawy wybrało się 200 kibiców Miedzi Legnica. W tej grupie obecny ŁKS Łódź i Śląsk Wrocław. Z Katowic wyruszyły 23 osoby, które jadąc w jednym pociągu z Górnikiem Zabrze, stoczyły z nimi awanturę (wtedy nasze relacje nie należały do najlepszych). Na stadionie Legia Warszawa oczywiście zajęła Żyletę, zaś oba „finałowe obozy”, zasiadły na łuku i wspierały swoje kluby. W przerwie spotkania doszło do sytuacji, w której Śląsk Wrocław z Lechią Gdańsk postanowili przy biernej postawie fanów Miedzi, „wyprowadzić” naszą delegację ze stadionu. Z kolei flagę, którą ze sobą zabraliśmy, zerwała Legia Warszawa. W ten sposób nasza zgoda dobiegła końca. Osoby, które w 1989 roku zawiązały relacje, nie były obecne na tym meczu. Co też może świadczyć, że ta zgoda miała słabą wartość i była typową pijacką znajomością.
Czasy obecne
Pomimo dawnej zgody na piłkarskiej mapie nigdy się nasze kluby nie trafiły. Dopiero jesienią 2012 roku rozegraliśmy pierwsze spotkanie ligowe, przegrywając 0:2. Mecz odbył się bez kibiców gości, przez nieczynny sektor. Fani z Legnicy po raz pierwszy do Katowic przyjechali w 2013 roku w 226 osób. Dostali wtedy 77-osobowe wsparcie od swoich układowiczów z Bielska-Białej. Była to ich najlepsza liczba w Katowicach.
Nasza pierwsza wizyta w 2013 roku nie doszła do skutku. Zakazu wyjazdowego nie otrzymaliśmy, niestety po meczu domowym Miedź Legnica – Arka Gdynia, doszło do awantury i wojewoda dolnośląski, postanowił dzień przed meczem zamknąć część trybun. Wiosną 2014 roku mogliśmy się pierwszy raz w historii pojawić w Legnicy. Zapotrzebowanie było ogromne i dzięki staraniom Stowarzyszenia Kibiców GKS-u Katowice „SK 1964” oraz wyrozumiałości zarządu Miedzi, mogliśmy pokazać się w 674 osoby (w tym: 40 Górnik, 15 JKS i 7 Banik), prezentując oprawę „Szaleńcy z Bukowej”. Do dziś jest to nasza najlepsza liczba przy Orła Białego.
Nasze liczby w Legnicy:
Wiosna 2014 – 674
Jesień 2014 – 240
Wiosna 2016 – 337
Jesień 2016 – 616
Jesień 2017 – 278
Eric Cantona
Felietony Piłka nożna
Wyzerowane atuty – diagnozy brak
Szczerze mówiąc nie chce mi się pisać tego felietonu, bo myślę sobie, że znowu będę pisał to samo. Rozbieżność między wynikami meczów u siebie i na wyjeździe sięgnęła absurdu. GKS rozegrał w tym sezonie siedem meczów – u siebie wszystkie trzy wygrał, na wyjeździe wszystkie cztery przegrał. Suma tego jest taka, że z europejskich pucharów już odpadliśmy, a w lidze mamy trzy punkty po trzech kolejkach. Czyli słabo – bo to średnia mogąca nawet nie dać utrzymania.
Piszę to wielokrotnie i napiszę jeszcze raz, bo już wiele razy w przeszłości czy to piłkarze czy trenerzy obrażali się na mnie, bo coś tam skrytykowałem. Nie mówię o sytuacjach, kiedy pojechałem z koksem i tak czy inaczej kogoś nazwałem, bo za to obrazę rozumiem. Cóż, młodość (która trwa, ale już inna). Ale my nie możemy doprowadzić do zagłaskania naszej drużyny – za ekstraklasę, za kapitalną w niej postawę czy za puchary. Wszyscy wiemy gdzie byliśmy i co trener wraz z kolejnymi grupami piłkarzy w ostatnich latach nam dał i daje. Więc tu nie ma mowy o podważaniu projektu jako całości. Ale trzeba mieć w tym wszystkim krytycyzm, bo jeśli w którymkolwiek momencie ktoś uznał, że zdobyliśmy już tyle, że teraz po prostu możemy do końca kariery jechać na sukcesie – to jest to – delikatnie mówiąc duży błąd. Więc tak, doceniamy ekstraklasę, super jest jeździć na te wszystkie stadiony w najwyższej polskiej lidze. I niech ten projekt w tym kształcie, z obecnym trenerem trwa jak najdłużej.
No ale są defekty. I ta postawa na wyjazdach naprawdę każe się zastanowić nad kilkoma rzeczami. Bo to jest coś, co jakiś czas się w GieKSie powtarza, mamy powtórkę z czterech przegranych wyjazdów na początek sezonu z zeszłego roku. A w pierwszym po awansie do ekstraklasy sezonie, na wiosnę także przydarzyły się cztery wtopy z rzędu na delegacjach.
Ale to nie chodzi tylko o wyniki. Chodzi o grę, która co prawda nie zawsze ten wynik gwarantuje, a w perspektywie pewnego okresu czasu (raczej krótszego niż dłuższego) dobra gra statystycznie przynosi względnie dobre wyniki. U nas nie jest największym problemem to, że przegraliśmy cztery mecze z rzędu. Problemem jest to, że te mecze przegraliśmy zasłużenie, bo graliśmy bardzo słabo.
Wczoraj chciałem wierzyć, że jak długo ten mecz trwał, w końcu coś wciśniemy. Mecz z Motorem w naszym wykonaniu nie był aż takim paździerzem, jakie trochę razy ostatnio na wyjazdach oglądaliśmy. Przypomniał się mecz z Cracovią, kiedy wydawało się, że przy 0:0 na koniec spotkania pozostanie spory niedosyt. A rywal w końcówce nam wmontował bramkę i już nawet z remisu nie można było się „cieszyć”. Ostatecznie, choć wczoraj GieKSa nie była beznadziejna, to była jednak słaba. Tym bardziej martwi to, że naprzeciw mieliśmy drużynę mocno przeciętną, do tego skleconą naprędce po kadrowych zawirowaniach, z nowym trenerem. A my – stabilni i budowani od kilku lat – nie potrafiliśmy zrobić na tym boisku nic. Przecież, gdyby nie Ndiaye czy może jeszcze Simon, to by Pan Czubak piłkę oglądał z daleka i nie miał okazji zaprezentować swojego świetnego wykończenia. Motor był do bólu średni, ale swoim jednym czy drugim błyskiej robił różnicę.
U nas tym razem w obronie nie było „wesołego miasteczka”, choć oczywiście nie ustrzegliśmy się błędów, po których padły bramki – najpierw nieuznana, a potem już prawidłowa. Jednak w tym meczu to nie obrona była naszym głównym problemem. Tym razem było to słabe/bardzo słabe/beznadziejne rozgrywanie ataku pozycyjnego. O kontrach nawet nie mówię, bo mam wrażenie, że jak my wyprowadzamy kontrę, to zaraz jeden czy drugi nasz zawodnik się zatrzymuje, robi kółeczko, wycofuje nie wiadomo gdzie i po kontrze nici.
Od patrzenia na nasze rozegranie piłki na połowie przeciwnika oczy bolały. Sposobności mieliśmy całe mnóstwo, bo Motor bronił się nieraz dość nisko – nie desperacko w swoim polu karnym – ale mocno na swojej połowie. My graliśmy po obwodzie – to na lewo, to na prawo. I często kończyło się do słabą wrzutką, z którą rywale nie mieli problemu. Przede wszystkim więcej w tym temacie oczekiwałem od Bartosza Wolskiego, bo naprawdę zawodnik ma większe umiejętności niż to, żeby zagrać leciutką piłkę à la serwis Pawła Zagumnego w pole karne i liczyć na czysty przypadek, że akurat trafi w nią ktoś z naszych, a nie przeciwników. Dlaczego nie ma mocnych, takich soczystych wrzutek? Dlaczego nie ma jakiejś próby większej precyzji? Nie mówiąc o tym, że nasi wahadłowi też chyba mocno zapomnieli, co to znaczy żwawość na boku. Nie ma dynamicznych pojedynków 1 na 1 na skrzydle na wysokości pola karnego, wejść w to pole karne. Jest to wszystko takie miałkie i nijakie i taka była ofensywa GKS w tym meczu. Naprawę zestawiając to z pojedynkiem z Motorem z rundy wiosennej i bramek, jakie GieKSa strzelała w tamtym meczu można… dostrzec różnicę.
Ostatecznie najlepszymi okazjami GKS był strzał Ilji w słupek i sytuacja, w której Ilja gola strzelił, ale Bartosz Nowak był w tej sytuacji na spalonym. Tak, był jeszcze strzał napastnika po dośrodkowaniu oraz uderzenie Mateusza Wdowiaka w boczną siatkę. I to tyle. Motor miał swoich groźnych sytuacji więcej.
Widać też, że trener szuka optymalnego składu, ale na razie większość zawodników swoją grą nie przekonuje, by zagościć w jedenastce na stałe. W pomocy kombinujemy. Bartek Nowak ma abonament na granie, ale wychodzi na to, że Bartek Wolski również. Chcieliśmy tego duetu, czekaliśmy na to, jaki zrobią oni techniczny zamęt w tej lidze. Na razie jednak to tylko mrzonki. Nie mamy twardości w środku pola. Jeszcze do tego dokładamy Marcela, który jest ambitny, szybki, ale też nie jest to skała. Do tego wygląda na to, że wczoraj przegrał z upałem, z ręką na sercu, jak widziałem, że podciąga sobie tę koszulkę i w ogóle miałem z daleka wrażenie, że jest cały czerwony, to pomyślałem, że Rafał Górak zrobi wyjątek i ściągnie piłkarza w przerwie. Tak też się stało.
Pamiętam jak w poprzednim sezonie po Górniku Zabrze trener zapowiedział, że coś musimy zmienić w samym podejściu do spotkania i strukturze gry na wyjeździe. Choć potem przegraliśmy jeszcze z Lechią, to za chwilę gra GKS na obcych stadionach zaskoczyła. GieKSa wygrała z Lublinie, Niecieczy, w Pucharze Polski z ŁKS. Na początek roku było zwycięstwo w Lubinie. Były te mecze z Rakowem i Lechem. Czyli da się. Problem jest taki, że jak drużyna wpadnie w wyjazdową otchłań bezradności i niemocy, to trudno z niej się wykaraskać.
Najgorsze jest to, że nie widać, aby był jeden mądry, który zdiagnozował, gdzie leży problem. A to musi być głębszy problem mentalny, bo przecież u siebie ci zawodnicy – zarówno indywidualnie, jak i jako cała drużyna – potrafią przecież grać w piłkę. Co się z nimi dzieje na wyjeździe i dlaczego? Może to jest coś na etapie samego wyjazdu na mecz, podróży, hotelu, dnia meczowe na wyjeździe? Może to tam trzeba poszukać, co się takiego dzieje z piłkarzami, że opada z nich cała ta agresja, moc i siła? Może gdzieś jest zbyt duże rozluźnienie, a może to rozluźnienie jest zbyt małe? Trzeba szukać, w każdym szczególe, w każdym posiłku, w każdej minucie spędzonej w autobusie.
Przyznam, że po tym kolejnym przegranym meczu nie mam smutku, żalu czy załamki. Jest po prostu po raz kolejny irytacja i taka frustracja, bo widzę tę bezradność piłkarzy i mi się udziela. Nie ma w życiu chyba gorszego poczucia niż to, że nie ma się wpływu. A gra GKS a wyjeździe wygląda tak, jakby zawodnicy nie mieli dostępu do swoich atutów, które dają różnicę, tylko próbowali sztampowych, oklepanych i zupełnie nieefektywnych na tym poziomie rozwiązań.
I trzeba coś z tym zrobić szybko, bo wkrótce czekają nas trzy trudne wyjazdy – Zabrze, Gliwice i Lubin. Tu już po prostu obowiązkowo będzie trzeba punktować.
A na razie Wisła Płock. Dobrze, że przynajmniej u siebie te atuty nie są zablokowane. Liczymy, że i tym razem tak będzie, GieKSa swoje gole będzie strzelała i trzy punkty zdobędzie.
Piłka nożna
Górak: Brakuje nam wytrawności
Po meczu Motor Lublin – GKS Katowice wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Mariusz Misiura i Rafał Górak. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Jesteśmy rozczarowani tym, że przegraliśmy spotkanie, włącznie z powiedzeniem, że jeżeli nie możesz wygrać, to powinieneś umieć go zremisować.
Takie mam odczucia w stosunku do tego meczu. Niestety – nie jesteśmy jak na razie w stanie zagrać meczu na zero z tyłu, który dałby nam przestrzeń, żeby wywieźć z takiego spotkania remis, bo może on też nie byłby to szczyt naszych marzeń przed spotkaniem – bo przyjechaliśmy z zamiarem wygrania meczu – ale na pewno remis bardziej odwzorowywałby to, co się działo. Ale to jest nieistotne, bo ten który bramkę strzela ma tę radość, a ten, który tego nie robi – tej radości nie ma. W wielu momentach za dużo mamy rozpiętości poziomowych w spotkaniach. To mnie też trochę na razie smuci, bo powinniśmy się stać bardziej wytrawną drużyną, a tego nam brakuje. Mamy bardzo dobre momenty, kiedy gramy zgodnie z tym, co chcemy robić, a mamy też takie kiedy ta gra na różnych pozycjach w różny sposób ofensywie czy defensywie nam się łamie i powoduje bałagan, który kończy się niekiedy tak, jak się skończył przy straconej bramce. Byliśmy w posiadaniu piłki pod polem karnym przeciwnika i tej wytrawności jeszcze brakuje – tego będziemy szukać. Dziś jest masę rozczarowania i sportowej złości, ale nic tu po narzekaniu, trzeba brać się do roboty i mocno wyciągać wnioski choćby z tego, że przy czterech meczach wyjazdowych w tym sezonie cztery razy schodzimy pokonani i to nas bardzo denerwuje i jesteśmy niezadowoleni. Ale po to niekiedy takie próby są, żeby wychodzić, silniejszym. Teraz będziemy się przygotowywać do następnego spotkania, potem mamy trzy mecze z rzędu na wyjeździe. Czeka nas nie lada sprawdzian i jestem przekonany, że wyjdziemy z tego obronną ręką. Dzisiaj jest dużo złości, rozczarowania i momentów, z których z gry jesteśmy niezadowoleni.
Mariusz Misiura (trener Motoru Lublin):
Bardzo się cieszę, że wygraliśmy mecz i zdobyliśmy trzy punkty. Bo mam poczucie, że to był czwarty naprawdę dobry mecz w naszym wykonaniu i jak ten czas leci – mijają tygodnie – przygotowujesz się do czwartego spotkania, a na koncie masz jeden punkt, to zapominamy, co się wydarzyło w pierwszej czy drugiej czy trzeciej kolejce. Wydaje mi się, że drużyna zasłużyła, żeby mieć ich więcej. Wierzę, że konsekwentną pracą i procesem będziemy budować silną drużynę.
Co do meczu to wydaje mi się, że wykreowaliśmy więcej sytuacji, na pewno w pierwszej połowie, konsekwencją tego jest bramka. Powiedzieliśmy sobie w szatni, że musimy zostawić serce i charakter. 104 minuty w takim upale to szacunek dla piłkarzy. Sami państwo siedząc na trybunach czuliście gorąco i zmęczenie.
To jest coś normalnego, że w takim upale przydarzały nam się błędy, cieszę się, że nie było z tego konsekwencji w postaci gola, ale podobało nam się nasze dążenie do strzelenia bramki. Dobre zmiany, każdy z zawodników dał impuls. Bardzo się cieszę z tych trzech punktów i idziemy dalej.
Piłka nożna
Hapoel: Nowi zawodnicy pomogą drużynie?
W przerwie pomiędzy sezonami działacze Hapoelu dokonali kilku zmian w składzie. Z klubem pożegnało się pięciu zawodników i tylu samo podpisało nową umowę.
Największe nadzieje są wiązane z pochodzącym z Ghany Douglasem Owusu. 20-letni Owusu gra na pozycji napastnika, poprzednie dwa sezony grał w Super liga Srbije – najpierw w Radniku Surdulica, a przez ostatnie pół roku w Crvenie Zvezda Belgrad. W tych dwóch klubach strzelił 11 bramek i zanotował tyle samo asyst. Kontrakt z Owusu został podpisany 5 sierpnia i od razu został zgłoszony do rozgrywek Ligi Konferencji, jednak nie zagrał w meczu w Miszkolcu. Filigranowy (mierzy zaledwie 1,65 m) piłkarz jest wart 4,5 mln euro.
Hapoel podpisał także umowę z obrońcą Doronem Leidnerem. 24-latek występował w drużynie z Tel Awiwu jako junior, później „błąkał” się po Europie (Olympiakos Pireus, Austria Wiedeń, FC Zurich), by ostatecznie wrócić do Hapoela. Leidner występuje w kadrze Izraela. Jego wartość rynkowa wynosi 300 tys. euro. Doron wystąpił we wszystkich meczach pucharowych, w jednym w pełnym wymiarze, w pozostałych był zmieniany po około 60 minutach. W drugim meczu z Ludogortsem zobaczył żółtą kartkę.
Kolejnym obrońcą, który podpisał nową umowę, jest wysoki, mierzący 188 centymetrów, Chico. 27-latek przez większość kariery grał w Brazylii (Sport Recife i Novorizontino), a na początku poprzedniego sezonu został wypożyczony do Hapoelu. Przed tym sezonem związał się z klubem 3-letnią umową. Wartość rynkowa Chico oceniana jest na 1,2 mln euro. Brazylijczyk wystąpił we wszystkich meczach pucharowych. W pierwszym meczu z Ludogortsem strzelił bramkę i zobaczył żółtą kartkę.
Z kolei 24-letni Yonatan Farber gra na pozycji pomocnika i występował tylko w drużynach z Izraela. Farber mierzy 1,9 m, a jego wartość wyceniania jest na 350 tys. euro. W meczach pucharowych wystąpił tylko parę minut – w drugim meczu z Ludogortsem.
Ostatnim zawodnikiem, który dołączył do Hapoela przed sezonem, jest 19-letni Itay Shavit. Shavit jest reprezentantem Izraela U19 i gra na pozycji pomocnika. Jego wartość wyceniana jest na 150 tys. euro. Nie wystąpił w żadnym meczu pucharowym.





Jan Jan
25 lutego 2026 at 10:04
Po pierwsze ruch kibicowski na Miedziance na dobre narodził się wiosną 1988 roku podczas meczu z Kuźnią Jawor a pierwszym zorganizowanym wyjazdem kiboli Miedzianki był wyjazd do Kluczborka na tamtejszy KKS w sile około 30 osób który nie przypominał zakładowych autokarów niczym wycieczek na grzybobranie.Co do finału z 1992 roku ludzie tacy jak ja którzy w 1989 roku zawierali zgode z Katowicami byli nie obecni na finale co do mojej osoby z powodu bycia na poligonie wojskowym czyli powołaniu do wojska.Nie były to czasy komórek i możności zlokalizowania się tak aby czmychnąć z poligonu.Sklad który zawierał zgode z Katowicami był obecny w 1992 roku na rezerwach Ruchu Chorzów podczas meczu pucharowego Miedzianki i na tym meczu została przeprowadzona rozmowa która nic nie dała z tego powodu że nie byliśmy obecni na finale z takich a nie innych przyczyn.I nie traktuje tego jako pijackiej zgody.Zastanawialem się dlaczego kibice Katowic nie niepokojeni przez gospodarzy bujali się po stadionie Ruchu a dopiero jakieś dwa lata temu dowiedziałem się z filmu dokumentalnego o kibicach Katowic wyświetlanego na YouTube że w tamtych latach 90-93 Katowice miały układ chuligański z Ruchem Chorzów.
Jan Jan
25 lutego 2026 at 20:19
Zdjęcie flagi Miedzianki i Katowic podczas wyjazdowego naszego meczu w Pszowie 1992 rok 22 sierpnia gdzie meldujemy się w śladowej liczbie a także Gieksa nas wspomaga w śladowej liczbie.Ale najbardziej mnie zastanawia jak to się stało że Katowice wspimagają nas po meczu finału Pucharu Polski z Górnikiem Zabrze w Warszawie 24 czerwca 1992 roku a stwierdzili oo tym finale że zgoda na linii Katowice-Miedzianka zakończa swoją żywotność,może ktoś z Gieksy mi odpowie na to pytanie.Pozdrawiam Anglika z Gieksy ze starych czasów i niech ziemia lekką będzie Maksowi gdzie w ostatnim czasie dowiedziałem się o jego śmierci.