Piłka nożna
Analiza formacji cz. 2 – obrońcy
Po rundzie wiosennej można powiedzieć, że formacja defensywy w GKS Katowice ustabilizowała się. Gdy przypomnimy sobie problemy obrony, a zwłaszcza jej flanek, w rundzie jesiennej, to można powiedzieć, że sztab szkoleniowy znalazł niezłe rozwiązania. Na plus dla obrońców, ale także i całego zespołu, jest liczba straconych bramek – zaledwie 11. I chociaż nasz zespół nie ustrzegł się błędów, a w końcówce sezonu nieraz dawał się zdominować, to poczynania obrońców trzeba uznać za pozytywne. Jak dawno nie było, tak teraz możemy w końcu wymienić czterech stałych podstawowych obrońców: Dominik Sadzawicki, Mateusz Kamiński, Adrian Napierała i Bartłomiej Chwalibogowski. Ta czwórka najczęściej rozpoczynała mecze i była „żelazną”. Oto jak wyglądała linia obrony w poszczególnych meczach na wiosnę (od prawej strony, w nawiasach zawodnik, który wszedł na daną pozycję w trakice meczu):
ŁKS: Sadzawicki, Kamiński, Napierała, Chwalibogowski
Warta: Sadzawicki, Kamiński, Napierała, Ratajczak (Chwalibogowski)
Cracovia: Sadzawicki, Kamiński, Napierała, Chwalibogowski
Łęczna: Sadzawicki (Czerwiński), Kamiński, Napierała, Chwalibogowski
Zawisza: Sadzawicki, Kamiński, Napierała, Chwalibogowski
Nieciecza: Sadzawicki, Kamiński, Napierała, Chwalibogowski
Flota: Sadzawicki, Kamiński, Napierała, Chwalibogowski
Polonia: Sadzawicki, Kamiński, Napierała, Chwalibogowski
Kolejarz: Sadzawicki (Czerwiński), Kowalczyk, Napierała, Chwalibogowski
Sandecja: Czerwiński, Kamiński, Napierała, Chwalibogowski
Tychy: Czerwiński, Kamiński, Cholerzyński, Chwalibogowski
Miedź: Sadzawicki, Kamiński, Cholerzyński (Kowalczyk), Chwalibogowski
Okocimski: Sadzawicki, Kamiński, Napierała, Chwalibogowski
Arka: Sadzawicki, Kamiński, Napierała, Chwalibogowski
Olimpia: Sadzawicki (Czerwiński), Kamiński (Cholerzyński), Napierała, Sobotka
Stomil: Czerwiński (Sadzawicki), Cholerzyński, Napierała, Sobotka (Chwalibogowski)
Dolcan: Sadzawicki, Kamiński, Napierała, Chwalibogowski
Stoperzy:
Tutaj żelazną dwójkę od początku rundy tworzyli Mateusz Kamiński i Adrian Napierała. Ci zawodnicy już grali ze sobą w rundzie jesiennej, co wówczas wynikało w pewnej mierze z braku piłkarzy na tę pozycję (kontuzja Beliancina, dyskwalifikacja Kowalczyka). Spisali się wówczas jednak w oczach trenera na tyle, że miejsca nie oddali, gdy wspomniani w nawiasie zawodnicy wrócili do treningów i gry. Zarówno Kowalczyk, jak i Beliancin grali więcej w rezerwach, choć temu drugiemu incydentalnie zdarzyły się występy w pierwszej drużynie.
Kamiński i Napierała stanowili trudny do przejścia monolit na początku rundy. Co prawda zwłaszcza w przypadku Kamyka – jeden poważniejszy błąd na mecz wówczas się pojawiał, ale pozostawał on bez większych konsekwencji. W pierwszych siedmiu meczach GKS stracił dwa gole, w których stoperzy nie zawinili – rykoszet na Cracovii i strzał z dystansu w Niecieczy. De facto jeśli mówić o jakiejś większej winie tej dwójki przy straconych bramkach, musimy przejść aż do końcówki rundy wiosennej. Problem w tym, że te błędy się nasiliły. W spotkaniu z Arką złe ustawienie Adriana Napierały (choć nie miał asekuracji), a przy drugim golu Mateusza Kamińskiego doprowadziły do utraty bramek. W Grudziądzu natomiast niewiarygodnie wysoko ustawiona linia obrony (ostatni zawodnik – Kamiński niemal na linii środkowej boiska) doprowadziły do tego, że jedno długie podanie rozmontowało całą naszą defensywę. W drugiej fazie wiosny trochę błędów się Napierale i Kamińskiemu zdarzały, ale jak się okazuje, były one bez większych konsekwencji. Obaj zawodnicy też mieli mecze przerwy – Napierała z powodu choroby nie wystąpił z Tychami i Miedzią, Kamiński z powodu kartek z Kolejarzem oraz już decyzją trenera ze Stomilem, a we wcześniejszym meczu z Olimpią zszedł w przerwie. O ile Napierała był pewniakiem na 100% to wspomniane dwie (a w zasadzie półtorej) niekartkowe absencje Kamyka dały sygnał, że jednak na wszelki wypadek trener szuka jakiejś alternatywy, ale oczywiście nie zmienia to mocnej pozycji zawodnika w wyjściowej jedenastce. I dodajmy, że ci zawodnicy zawsze coś ustrzelą – Napierała zdobył dwie bramki (Polonia i Okocimski), a Kamiński jedną, ale bardzo ważną, bo zwycięską z Zawiszą.
Na środku obrony występowali też Kamil Cholerzyński i Jacek Kowalczyk. Cholerzyński zastąpił chorego Napierałę z Tychami i spisał się więcej niż dobrze. W meczu z Miedzą również grał solidnie, ale w drugiej połowie przeszedł do pomocy i tam dopiero zobaczyliśmy jego możliwości. Co prawda w meczu ze Stomilem Kamil nie do końca pewnie interweniował w swoim polu karnym, ale bramka nie padła. Trzeba docenić, że z marszu wszedł na obronę w spotkaniu z Tychami i nie okazał się gorszy od Napierały czy Kamińskiego. Co do Kowalczyka to zagrał dwa mecze – cały w Stróżach i drugą połowę z Miedzią. W Stróżach zawalił gola, bo kryjąc Macieja Kowalczyka dał się jak junior odepchnąć i napastnik rywala miał praktycznie pustą bramkę. W Legnicy wszedł w ramach roszady taktycznej – czyli przesunięcia Cholerzyńskiego do pomocy i zastąpienia go w obronie właśnie Kowalczykiem. Zawodnik był nieco elektryczny, ale i tu gospodarze gola nie zdobyli, w czym duża zasługa… szczęścia.
Boczni obrońcy:
To była dość newralgiczna pozycja w rundzie jesiennej – zarówno prawa strona, jak i lewa. Na jesieni po prawej grywali Michal Farkas i Alan Czerwiński, po lewej Damian Kaciczak, Bartosz Sobotka i Bartłomiej Chwalibogowski. O ile na prawej wydawało się, że w końcówce rundy świetnie swoją szansę wykorzystał Farkas i będzie pewniakiem na wiosnę, to na lewej stronie wszyscy grali źle i to ta flanka wymagała wzmocnienia na pierwszym miejscu.
W przerwie zimowej do klubu zostali ściągnięci Dominik Sadzawicki (prawa) i Jarosław Ratajczak (lewa). Obaj dobrze spisywali się w sparingach, a Ratajczak potrafił nawet pokazać kilka bardzo dobrych wrzutek. Wydawało się, że będzie podstawowym zawodnikiem. Tymczasem w pierwszym meczu z ŁKS niespodziewanie na boisko wybiegł Chwalibogowski i miał udział przy akcji bramkowej. Tak naprawdę było widać, że trener ma spory zgryz, co zrobić, bo z jednej strony nie po to ściągał Rataja, żeby ten nie grał, z drugiej gdzieś trzeba było „upchnąć” Chwalibogowskiego. „Upchnąć”, bo inaczej nie da się nazwać wystawienia Chwaliboga na… prawej pomocy w meczu z Wartą. Ratajczak zagrał jednak pół meczu i to było na tyle, jeśli chodzi o rundę wiosenną tego piłkarza w pierwszym zespole. Na lewą obronę szybko wrócił Chwalibogowski i można śmiało powiedzieć, że była to dobra runda zawodnika i problem lewej obrony na tę chwilę zniknął. Raz zawodnik bardziej udzielał się ofensywnie, raz mniej, ale trzymał poziom. Jedynie w końcówce rundy nieco jego forma opadła, oprócz meczu z Olimpią Grudziądz, kiedy wszedł po przerwie na boisko i grał bardzo dobrze, choć to akurat było wyjątkowo w pomocy. Na lewej stronie w końcówce rundy był próbowany Bartosz Sobotka, ale grał niemrawo, przeciętnie i raczej swojej szansy nie wykorzystał.
Na prawą stronę przyszedł młody Sadza i z marszu wywalczył miejsce w podstawowym składzie. Co prawda początki były trudne i zawodnik popełniał nieco błędów, ale z każdym meczem jego gra zyskiwała na solidności, choć i błędy dalej się zdarzały, jak z Kolejarzem, kiedy gola zdobył Giesa. W meczu z Flotą pokazał też swoje drugie oblicze – zawodnika ofensywnego, gdy w końcówce szalał na prawym skrzydle, czego efektem była asysta i kilka strzałów. Piłkarz dopiero zaczyna przygodę w seniorskiej piłce, więc trudno o ideał, ale naprawdę jak na pierwszą rundę na tym szczeblu rozgrywek, to wyglądało to bardzo dobrze. Końcówka rundy to już trochę więcej błędów, także w ustawieniu, ale trudno się dziwić, skoro cała wiosna piłkarska trwała niecałe trzy miesiące. Gdy nie mógł grać Sadzawicki, jego miejsce na obronie zajmował Alan Czerwiński. Wiele napisaliśmy już na jego temat po meczach, więc tutaj nie będziemy się powtarzać i pastwić. Trener Górak straszy, że dalej będzie Alana wystawiał na prawej obronie, ale żeby tak zrobić, to przede wszystkim pewnych rzeczy musi go nauczyć. Bo gdyby w jego grze chodziło nam o jakieś błędy techniczne czy przegrane pojedynki 1 na 1, to jest moglibyśmy to przełknąć, bo to są rzeczy, które raz wyjdą, raz nie. To co jednak najbardziej raziło w jego grze to notoryczne błędy w ustawianiu, a wręcz brak tego ustawiania się. Jaskrawo to było widać w meczu w Olsztynie, gdzie gdy piłka poleciała na nasze lewe skrzydło, Alan sobie hasał w środku boiska, a na swojej pozycji był po 10 sekundach. W ten sposób trudno się dziwić, że Stomilowcy dośrodkowywali celnie aż miło, bo mieli tak wiele czasu, żeby sobie piłkę ułożyć na nodze, spojrzeć i celnie wstrzelić. Dlatego Alan na prawej obronie OK, ale niech się najpierw nauczyć trzymać swojej pozycji i bierze za nią odpowiedzialność. Ale nie w taki sposób jak w Jaworznie, kiedy rzeczywiście uciekł na swoją pozycję, ale tym samym po prostu uciekł z akcji, po której Tychy strzeliły gola. Żeby było jasne, jako zawodnika Alana się nie czepiamy, bo na pozycji prawego pomocnika mógł się podobać. I jeśli już ma grać to lepiej tam. Ale trener ściągnął go jako obrońce i zapewne tego się będzie niestety trzymał, choć na razie to Sadzawicki jest nr 1.
Podsumowanie:
Linia obrony ustabilizowała się. Sadzawicki, Kamiński, Napierała i Chwalibogowski to prawdopodobnie ci piłkarze, którzy wyjdą na pierwszą kolejkę w przyszłym sezonie. Wszyscy mieli lepsze i gorsze momenty w rundzie wiosennej, ale ogólnie trzeba powiedzieć, że cała defensywa spisała się dobrze. Przydałyby się jednak wzmocnienia – zmiennicy dla Sadzy i Chwaliboga, bo na tę chwilę takowych wartościowych nie ma, oraz dla stoperów, bo posyłanie Cholerzyńskiego do obrony, to łatanie dziury pomocnikiem. Do poprawy są indywidualne błędy, które się przydarzają obrońcom. To poprawił Chwalibogowski, który takie kiksy miał na jesieni, a wiosną już nie. Tak więc można optymistycznie patrzeć w przyszłość, ale nie można się zadowolić tym co jest, tylko cały czas poprawiać jakość poczynań defensywnych.
Galeria Kibice Piłka nożna
Kibicowska galeria z wyjazdu do Zabrza
Zapraszamy do kibicowskiej galerii z wyjazdu do Zabrza. W sektorze gości zameldował się komplet (według przyznanych biletów) – 1503 kibiców GieKSy, w tym wsparcie Banika Ostrava (15) oraz ROW Rybnik (50). Zdjęcia nadesłane przez kibiców.
Galeria Kibice Piłka nożna
Kibicowska galeria z wyjazdu do Gliwic
Zapraszamy do kibicowskiej galerii z wyjazdu do Gliwic, gdzie GieKSa zjawiła się w nadkomplecie, a dokładnie w 1154 osoby, w tym 6 Banik Ostrava i 1 JKS Jarosław. Zdjęcia nadesłane przez kibiców.
Felietony Piłka nożna
Igrzyska Myśliwca z katowicką obroną
Czasem trzeba – jak to się mówi – przespać się po danym meczu. Po to, żeby podejść do niego bardziej spokojnie, znaleźć jakieś pozytywy i ogólnie nie popaść w zły nastrój. Nie pykło. Tym razem patrząc już z lekkiego dystansu, czyli sobotniego poranka, mam obraz gorszy niż bezpośrednio po meczu. Powiedzmy sobie wprost – to było fatalne spotkanie naszego zespołu.
Nie mam tym razem irytacji, tak jak po meczu z Motorem. Może z powodu dyspozycji dnia. Ale nie zespołu, tylko mojej. Ot, GieKSa pokazała swoją specyfikę od tej złej strony, ale nie jest to nic nowego, znamy to doskonale. Tym razem wyszło na minus.
To co jest niestety specyfiką tej drużyny i co (póki co) nie pozwala jej wejść na stałe do czołówki ligi to jej kompletna losowość. Abstrahując oczywiście od tej różnicy u siebie i na wyjeździe. Ale zasadniczo wygląda to tak, że co nam danego dnia wylosuje maszyna losująca, tak będzie wyglądał mecz w naszym wykonaniu. Nie ma czegoś takiego, że przed meczem ze stosunkowo dużym prawdopodobieństwem jesteśmy w stanie stwierdzić, że GieKSa zagra dobre solidne spotkanie, będzie lepsza od rywala albo przynajmniej równa, a wynik – choć to suma wielu wypadkowych – również z pewnym prawdopodobieństwem będzie korzystny. Nie. W przypadku GKS mamy wręcz orła i reszkę – jak wypadnie jedno to mamy ekipę walczącą, kapitalnie grającą w piłkę, stwarzającą zagrożenie. Jeśli drugie – drużynę bezradną i… grającą w obronie w tak kuriozalny sposób jak wczoraj. Ale jest to sposób znany. Także z tego sezonu. Jak zawieje – tak zagramy.
Zanim przejdę do obrony (dla porządku, chodzi o obronną grę całego zespołu), słówko o innych aspektach. Zapytałem trenera na konferencji o wyciąganie wniosków z rywalizacji z Piastem, przede wszystkim z jesieni z poprzedniego sezonu. Bo miałem małe déjà vu z tego meczu, gdy chyba dopiero w swoim drugim starciu jako trener Piasta przyjechał na Nową Bukową Daniel Myśliwiec. Wtedy używałem takiej metafory, że piłkarze Piasta „pobili” naszych zawodników. Bo już wtedy zameldowali się bardzo szybko w kościach naszych zawodników, którzy nie byli na to przygotowani. I goście wtedy zdominowali ten mecz fizycznością i agresją, do tego strzelili w krótkim czasie dwie bramki i było po meczu. I wczoraj mieliśmy podobny vibe Piasta, przy czym tym razem z dyscyplin olimpijskich trener Myśliwiec nie postawił na boks, tylko na sprint. Nie wiem, jakim cudem przekonał swoich piłkarzy, zwłaszcza tych zagranicznych, jaka jest waga meczu z GieKSą, ale grali oni, jakby nałykali się szaleju. Byli dzicy, z pianą na ustach, walczyli, jakby to była wojna, a nie mecz piłkarski. Tak jak mówię – tym razem objawiało się to w szybkości, pokazywaniu się na pozycję i niesamowitym parciu do przodu. Utrzymywali przy tym naprawdę dyscyplinę taktyczną, to nie były ataki chaotyczne. W tym kontekście trafiliśmy na przeciwnika niesamowicie dobrze dysponowanego.
Trener mówił po meczu, że w drugiej połowie to GKS przejął inicjatywę. No jasne, ale przecież Piast prowadził już 2:0, więc to turbodoładowanie nie było już im do niczego potrzebne. Poza tym bądźmy konsekwentni – bo narracja jest taka, że gdy my się cofamy do niskiej obrony, to jest to przemyślana taktyka, a jeśli przeciwnik – to znaczy, że ich zdominowaliśmy i rywal miał kłopoty…
No nie. Piast intencjonalnie oddał nam piłkę, może nie do końca dla siebie w sposób idealny, na co zwracał uwagę trener rywali. Ale gospodarze bardzo umiejętnie się bronili i GKS choć stworzył sobie ostatecznie dość sporo sytuacji, to trudno powiedzieć, żeby któraś z nich naprawdę była wielką szansą na zdobycie gola. Wydaje mi się, że najlepszą miał Mateusz Wdowiak w pierwszej połowie, ale i tak jednak musiał uderzać z takiej krótkiej nogi. Owszem – powinien to trafić, ale sytuacja idealna nie była. Mateusz Kowalczyk z szesnastu metrów – to też powinno zakończyć się dużo lepszym uderzeniem (znaczy nie wprost w bramkarza). Sytuacja Marcina Wasielewskiego po kapitalnym podaniu Nowaka była trudna, bo nasz zawodnik uderzał już będąc bardzo blisko bramkarza, szanse powodzenia były minimalne. Ilja po podaniu Bartka strzelał bardzo efektownie i był blisko, ale była to trudna sytuacja.
Poza tym nasze sytuacje były słabe, podwójne uderzenie Bartka nie miało też większych szans.
Jeśli chcemy porównać – naprawdę dobre szanse to miała Wisła Płock w Katowicach. Mimo, że przegrała 0:5, na początku meczu, kiedy ratował nas Ilja, a potem w drugiej połowie, gdy sam na sam wyszedł Hamulić. To są prawdziwe groźne sytuacje, a nie te, które my stworzyliśmy w Gliwicach.
Daniel Myśliwiec jak nikt inny widać zna atuty i słabości GieKSy. Nikt w tej lidze nie potrafi nas zneutralizować w taki sposób. I najwidoczniej trener wygrał ten mecz już przed meczem. Wiedział jaką taktykę przyjąć i jak nastawić swoich zawodników. I to wystarczyło. Plus dodajmy pewien aspekt układu gwiazd. Oprócz tego, że Piast był lepszy zarówno w obronie i w ataku, to trzeba powiedzieć, że absolutnie wszystko im wychodziło, a nam absolutnie nic. Takie mecze też się zdarzają.
Przede wszystkim trenerzy rywali wiedzą (i my niestety też), że gdy się nasz zespół naciśnie, to gubimy się niemożebnie. Recepta na GieKSę – wprowadzić trochę szybkości i chaosu w naszych szeregach, to prawdopodobieństwo zdobycia bramki znacząco wzrasta. Co lepsza (a nawet i nie) drużyna z tego korzysta. Na naszym tle zadziwiająco często drużyny przeciwników wyglądają na rozpędzone i grające mecz sezonu…
No ale wracając do tej defensywy. Problem mamy wielki i to nie jest tylko kwestia tylko tego sezonu. Na ten moment mamy rozegranych 10 meczów i 15 straconych bramek. To daje średnią 1,5 traconej bramki na mecz – taka sama średnia wychodzi zarówno w lidze, jak i czterech meczach pucharowych. Mamy w dziesięciu meczach tego sezony zaledwie jedno czyste konto, a w ostatnich osiemnastu spotkaniach – tylko dwukrotnie nie straciliśmy bramki.
Ale tu nie chodzi nawet o samą liczbę, bo choć jest ona spora, to nie jest jeszcze jakaś totalnie dramatyczna. Ale dramatyczny jest sposób, w jaki te bramki tracimy. I w jakich momentach czy odstępach. Patrząc na ten sezon. I rozpoczynając od meczu w Żylinie. Mieliśmy kilka fatalnych zachowań w pierwszej połowie, bramek nie traciliśmy, ale gubiliśmy się wtedy strasznie, podając do przeciwników. Natomiast z pola karnego wybić piłki nie umieliśmy i był rzut karny. Na Wiśle dwie bramki stracone w trzy minuty, a mogły być trzy w pięć czy sześć minut, ale trzecia nie została uznana. Z Radomiakiem podajemy w polu karnym prosto na nogę przeciwnika. Hapoel – wiadomo przedziwny przerzut Borjy, a potem strata Arka. W rewanżu z drużyną z Tel Awiwu jakieś uchylanie się od główek i rywal wychodzi sam na sam. Z Górnikiem w 80 sekund tracimy dwa gole. No i jedna z wisienek na torcie – mecz z Piastem.
Choć déjà vu to miałem też z Miszkolcem…
Trudno zrozumieć, co tu się wczoraj wydarzyło. To że rywale przeprowadzili kontrę to jedno. Ale jak jeden Sanca może się zatrzymać na szesnastym metrze, przekładać sobie nogę nad piłką, a nasi zawodnicy dosłownie jak tyczki – nieruchomo powbijani w ziemię. To się absolutnie nie ma prawa wydarzyć, a nawet jeśli stoją – to niech przynajmniej zasłonią bramkę. Drugi gol to zupełnie bierne zachowanie naszych zawodników – ponownie powbijanych w ziemię – i przeciwnik zza pleców trzech GieKSiarzy wbiega i bez problemu strzela bramkę. I powiem tak – do obejrzenia skrótu myślałem, że trzeci gol to po prostu czyste stadiony świata. Ale jak zobaczyłem, jak nasz kapitan uchyla się niemal do ziemi, odsłaniając tym samym drogę piłce do bramki, to sam klęknąłem. Przecież jakby Arek został spionizowany, to piłka by trafiła dokładnie w niego.
A co do tej drugiej bramki jeszcze – to przecież dosłownie dwie akcję poprzedzające – w ciągu 2-3 minut – to były wyjścia Piasta sam na sam lub niemal sam na sam – raz był spalony, a za drugim razem rzut rożny, po którym padł gol. Podania na skrzydła, takie na dobieg, nokautowały nas w tym meczu.
I tak jak trener mówi, efektywność w obronie i ataku była po stronie Piasta. Raz, że Piast był lepszy, ale dwa – że my byliśmy po prostu bardzo słabi. Nie tylko w obronie i nie tylko w wykończeniu. My sobie nie wykreowaliśmy sytuacji tak groźnych, żeby mieć większe szanse na gola. A czasu na to mieliśmy w drugiej połowie mnóstwo, kiedy Piast oddał nam piłkę.
Cóż, zdarzyło się. Dużo gorzkich słów tu padło i w węższym, ale przede wszystkim szerszym aspekcie, trzeba coś z tą grą obronną zrobić, bo tak naprawdę mamy z nią problem od samego awansu do ekstraklasy. Bywały krótkie serie – kilku meczów – kiedy nasi piłkarze wznosili się na wyżyny, notowali czyste konta, potrafili nawet 2-3 mecze z rzędu zagrać bardzo dobrze w defensywie. Ale potem znów przychodziły, kiksy, babole i niezrozumiałe zachowania. Znaczy kiksy… Co do kiksów to ja nawet nie mam pretensji. Na przykład do takiej bramki samobójczej Arka w Łodzi w Pucharze Polski. Tam to był czysty pech, coś co po prostu się zdarza. Ale jak widzę irracjonalne zachowania zawodników, to to jest już powód – czasem do wkurzenia, czasem niepokoju.
Jeśli ta drużyna chce się rozwijać, to musi poprawić defensywę. Nie możemy wiecznie liczyć na to, że Bartek Nowak da ciasteczka, a Ilja Szkurin będzie miał dzień konia. Nie możemy wiecznie liczyć na to, że strzelimy więcej bramek od przeciwnika, który nam strzela. My mamy umieć przepchnąć kolanem mecz, w którym nam się ofensywa nie układa, mamy mało sytuacji lub jesteśmy nieskuteczni – ale pakujemy tę jedną bramkę i wygrywamy, bo obrona spisała się na medal i nie dopuściła do utraty gola.
Nie jesteśmy drużyną idealną. Naprawdę, gdyby nie te aspekty, o których wspomniałem, bylibyśmy w czołówce ligi i pewnie bili się o mistrzostwo. Ale mamy swoje mankamenty i jesteśmy w takim miejscu jak jesteśmy. Nadal bardzo dobrym miejscu. Ale musimy się rozwijać.
Za tydzień ostatni z trzech meczów wyjazdowych – Lubin. Jeśli tam zapunktujemy za jeden – będzie można powiedzieć, że minimum w tym trójmeczu osiągnęliśmy. Jeśli wygramy – to będzie bardzo dobry wyjazdowy wynik. Nie ma co więc płakać nad rozlanym mlekiem, a tak jak powiedziałem – docenić też bardzo należy drużynę Piasta.
Na koniec powiem, że po meczu dziennikarz Łukasz Pawlik powiedział, że jakby kiedyś zakończył pracę w GKS trener Górak, to to byłby godny następca. Zgadzam się w stu procentach. Nie wiem, co ten szkoleniowiec w sobie ma, ale widać, że ma warsztat, gdziekolwiek nie jest to ma wyniki, potrafi z niczego zrobić coś. Do tego jest skromny, trochę cichy, a jednocześnie widać, że ma ten błysk w oku. Wydaje mi się, że to całkiem spoko człowiek, który jednocześnie swoje przeszedł, zarówno w sporcie, jak i poza nim.
Ale to teoretyczne rozważanie. Teraz trwa projekt firmowany przez Rafała Góraka i niech trwa jak najdłużej, po przysparza nam on masę radości, a GieKSa jest w tym pięknym miejscu. Tak więc dalej pracujmy nad budowaniem wielkiej GieKSy, jak trzeba to poklepmy się po plecach, a jak trzeba to solidnie opie…olmy. Ale tylko po to, by iść do przodu.
Z niecierpliwością czekamy na Lubin!

Najnowsze komentarze