Dołącz do nas

Felietony Kibice

Kupuję karnet, bo jestem najwierniejszy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Bardzo podoba mi się hasło „Najwierniejsi”, które zostało wymyślone przez klub GKS Katowice podczas przerwy zimowej. Jest to hasło przewodnie kampanii karnetowej. Oprócz tego w konkursach można było wygrać kolację z gwiazdami GieKSy, grę w kręgle, wyjście do pokoju zagadek, a kilka dni temu dołożono wisienkę na torcie – darmowe spotkanie z Rozwojem Katowice. W tym chwytliwym, i nad wyraz pasującym do trójkolorowej rzeczywistości, haśle widzę tylko jedno niebezpieczeństwo. W przypadku braku awansu, za rok będziemy musieli użyć czegoś mocniejszego. Wierni, najwierniejsi i… co dalej? Pozytywnie pierdolnięci? Miejmy jednak nadzieję, że dział marketingu nie będzie musiał się nad tym głowić.

Nudzą mnie mecze na Bukowej – są do siebie bardzo podobne. Kilka lat temu, gdy nie przyjmowaliśmy kibiców gości, to zlewały się wręcz w jedną całość. Czasem trzeba było się dłużej zastanowić, by przypomnieć sobie z kim graliśmy. Obecnie fani gości mogą pojawiać się na Bukowej, ale liga jest bardzo słaba kibicowsko i nie za często mamy okazję oglądać dobre ekipy w Katowicach. Niestety rzadko zdarzają się też dobre spotkania na boisku, choć trzeba oddać drużynie, że od przyjścia trenera Brzęczka widać większą aktywność w ataku, składne akcje i niekonwencjonalne zagrania. Nie znaczy to, że GieKSa gra cały czas pięknie i skutecznie, ale widać znaczącą poprawę. Z wyjazdami mam tak samo – są coraz bardziej podobne do siebie. Gramy już tyle lat w pierwszej lidze, że większość naszych rywali poznaliśmy na wylot. Czasem oni spadną ligę niżej, by po jakimś czasie awansować. Czasem znowu awansują, by znowu spaść. My cały czas się tutaj kisimy i rok w rok odwiedzamy praktycznie te same miasta i stadiony. Coraz więcej jest także zakazów, które blokują nam wizyty u nielicznych atrakcyjnych rywali.

Często nudzą mnie mecze, ale nie wyobrażam sobie, by w nich nie uczestniczyć. To jest już taki nawyk, wręcz obowiązek. Człowiek chodzi od wielu lat na te spotkania, marznie na wyjazdach, denerwuje się na słabą grę. Wszystko po to, by przeżyć w życiu takie chwile jak wygrana w Szczecinie w samej końcówce (przegrywaliśmy 1:3), gdy dopingowaliśmy bez koszulek w ulewnym deszczu. Chodzi się na te nudne mecze przy Bukowej, by eksplodować po bramce Krzysztofa Wołkowicza w meczu z Cracovią prowadzoną przez znienawidzonego Stawowego. Nudzi się człowiek przez większość tego czasu, ale wszystko wynagradza mu bramka dająca remis strzelona przez Adriana Napierałę w ostatniej minucie meczu ze Stalówką. To jest właśnie kibicowanie – miliony nudnych z pozoru rzeczy, by raz na jakiś czas zobaczyć coś na żywo, co inni będą oglądali potem na Youtube. Jest to trudne, bo w dzisiejszych czasach każdy żyje chwilą i chce natychmiastowych efektów. Kibicowanie uczy cierpliwości.

Bardzo podobało mi się podejście Polskiego Związku Piłki Nożnej, który w eliminacjach do Euro 2016 ustalił stałe ceny biletów na każdy mecz reprezentacji o punkty. Zaczynały się one od 100 złotych niezależnie od tego czy graliśmy z Gibraltarem, czy z aktualnymi Mistrzami Świata Niemcami. Na meczu z tą pierwszą drużyną nie było kompletu, na drugi było dużo większe zainteresowanie niż mógł pomieścić Stadion Narodowy. Można było rozwiązać to bardziej standardowo – na Gibraltar wpuszczać np. od 30 złotych, a na Niemcy od 250 złotych – wtedy mielibyśmy pewnie dwa komplety i mniejszą ilość chętnych (ze względów na koszta) na mecz z Mistrzami Świata. W założeniu PZPN podobało mi się jednak podejście, że ludzie mają przychodzić na Reprezentację Polski, a nie na naszych rywali. Nie na Niemców, Hiszpanów czy inne piłkarskie potęgi, ale na Lewandowskiego, Grosika i spółkę. Podoba mi się takie myślenie, bo tak robią wielkie kluby i reprezentacje. Innym przykładem może być np. Borussia Dortmund, która gromadziła dziesiątki tysięcy kibiców, gdy znajdowała się w dolnych rejonach tabeli. Ludzie chodzili nie ze względu na wynik, miejsce w tabeli, ale dlatego, bo grał ich klub.

Mam nadzieję, że kiedyś doczekam się takiego podejścia wśród wszystkich kibiców GieKSy – nie tylko tysiąca czy dwóch, ale kilkunastu tysięcy. Ja już wyrobiłem w sobie taki nawyk – dla mnie nie jest ważne czy jadę do Suwałk na mecz Pucharu Polski, czy do Warszawy na Legię. Jadę przede wszystkim na spotkanie GieKSy. Nie układam wyjazdów czy spotkań u siebie w kolejności od najatrakcyjniejszego do najnudniejszego. Nie miałoby to przecież sensu, bo i tak przyjdę lub pojadę na każdy z tych meczów. Na Legię chciałbym pojechać nie dlatego, że to jest Legia, ale dlatego, bo obecnie gra w Ekstraklasie. A właśnie tam widzę GieKSę. Jak w tej Ekstraklasie będą grały same Nieciecze – wtedy będę tak samo szczęśliwy jakbym miał jechać do Poznania, Warszawy czy Krakowa. Moim największym koszmarem są sny, w których zasypiam na wyjazd albo stoję w korku i nie mogę dotrzeć na Bukową. Okropieństwo! Bardziej przerażające jest jednak to, że znam więcej osób, którym się takie rzeczy śnią…

Punktem wyjścia dla kibica powinna być obecność na wszystkich domowych meczach, a dla fanatyka na wszystkich wyjazdach. Dopiero od tych progów można zaczynać rozmowę o tym kto jakim jest kibicem czy fanatykiem. Bez spełnienia tych wymagań nie można według mnie mówić o kibicu i fanatyku. Nie ma bardziej obiektywnego czynnika niż ten mierzący obecność na spotkaniach. Nie da się porównać ze sobą organizowania opraw, malowania dziecięcych buziek czy tworzenia kibicowskich grafów. Każda z tych aktywności jest ważna, ale nie da jednoznacznie osądzić, która jest najważniejsza. Obecność na meczu da się zmierzyć każdemu – fanatykowi, ale także piknikowi. Zaangażowany kibic poświęci na spotkanie i GieKSę dużo więcej czasu, niż ten spokojniejszy z trybuny głównej, ale dla klubu najważniejsze jest to, że obaj są obecni na spotkaniu.

W tym momencie pewnie większość z Was się zagotowała, że śmiem odbierać im prawo nazywania się kibicami, bo zdarza im się opuścić mecz domowy. Przede wszystkim to tylko moja definicja kibicowania – każdy może mieć swoją własną. Po drugie – chodzi mi o obecność na wszystkich spotkaniach przy Bukowej, na których każdy mógł się pojawić. Życie jest różne – są pogrzeby, wesela, narodziny dzieci, ważne egzaminy, praca, rocznice, choroby, urodziny. Każdy z nas ma własną tolerancję na różne wydarzenia – znam takich co potrafią nie pójść na wesele kolegi, by pojechać na mecz. Znam też takich, dla których świętowanie… 10 miesięcy związku z dziewczyną jest powodem do tego, by odpuścić wizytę na Bukowej. Każdy ma własne sumienie – ważne, by zaliczać wszystkie mecze, w których nie przeszkadzają nam siły wyższe. Lepiej przez dziesięć lat zaliczyć połowę spotkań przy Bukowej (np. z powodu weekendowej pracy), niż przez dwa lata chodzić na każdy mecz, a potem całkowicie odpuścić.

Karnet to wygoda – kupuje się go raz i potem nie trzeba pamiętać o zaopatrywaniu się w wejściówki na poszczególne spotkania. Poza tym jest to oszczędność cenowa, choć przy niskich kwotach za bilet na GieKSę nie robi to aż takiego wrażenia. Karnet to jednak przede wszystkim sygnał dla klubu – „ufam Wam, jestem z Wami i wierzę w… Nas”. Od 2013 roku jestem koordynatorem ds. kibicowania w klubie (tzw. SLO). Jest to licencyjny wymóg i klub musiał z kimś podpisać umowę. Pełnię tę funkcję społecznie, na zasadzie wolontariatu i nie pobieram za to żadnego wynagrodzenia (w przeciwieństwie do większości takich osób w Polsce w innych klubach). Jako pracownik klubu mógłbym wchodzić na mecze za darmo, ale nie wyobrażam sobie, by nie mieć karnetu. Jestem kibicem i fanatykiem – według powyższych definicji, więc kupuję karnet, bo i tak będę na każdym spotkaniu. Jakbym mieszkał za granicą też bym kupił karnet, by dać sygnał – „jestem z Wami”. Naprawdę nie da się lepiej pokazać, że GieKSa, to nie jacyś Oni, ale właśnie My.

Podpisuję się pod hasłem „Wszyscy na Arkę”, ale tak samo podpisałbym się pod hasłem „Wszyscy na Pogoń Siedlce”. Społeczeństwo potrzebuje jednak fajerwerków i kibice nie są wyjątkiem. Nakręcamy spotkanie z Arką, bo jest to pierwszy mecz w rundzie wiosennej i dodatkowo atrakcyjny piłkarsko oraz kibicowsko rywal. Od zawsze marzy mi się, aby na każdy mecz mobilizować się tak samo mocno (czytaj: maksymalnie), ale wiem, że jest to niemożliwe. Bylibyśmy wtedy jak maszyny, a tak samo wysoka mobilizacja wprowadziłaby po prostu marazm. Reasumując: przyłączam się do hasła „Wszyscy na Arkę”, ale jeszcze bardziej do „Najwierniejsi mają karnet’. Ja jestem najwierniejszy, a Ty?

Tekst ukazał się na stronie Zyciekibica.pl

4 komentarze
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

4 komentarze

  1. Avatar photo

    zwierzak

    24 lutego 2016 at 13:19

    Świetny tekst. 100% racji!

  2. Avatar photo

    sajmonczan

    24 lutego 2016 at 14:06

    Genialny tekst. Dawno nie przeczytałem tak dobrze napisanego tekstu.

  3. Avatar photo

    n.k.w.d.

    24 lutego 2016 at 20:21

    GrATY KOSA !

  4. Avatar photo

    siwy.jr

    27 lutego 2016 at 09:14

    Bardzo dobry tekst. KUPUJĘ KARNET

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Wyzerowane atuty – diagnozy brak

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Szczerze mówiąc nie chce mi się pisać tego felietonu, bo myślę sobie, że znowu będę pisał to samo. Rozbieżność między wynikami meczów u siebie i na wyjeździe sięgnęła absurdu. GKS rozegrał w tym sezonie siedem meczów – u siebie wszystkie trzy wygrał, na wyjeździe wszystkie cztery przegrał. Suma tego jest taka, że z europejskich pucharów już odpadliśmy, a w lidze mamy trzy punkty po trzech kolejkach. Czyli słabo – bo to średnia mogąca nawet nie dać utrzymania.

Piszę to wielokrotnie i napiszę jeszcze raz, bo już wiele razy w przeszłości czy to piłkarze czy trenerzy obrażali się na mnie, bo coś tam skrytykowałem. Nie mówię o sytuacjach, kiedy pojechałem z koksem i tak czy inaczej kogoś nazwałem, bo za to obrazę rozumiem. Cóż, młodość (która trwa, ale już inna). Ale my nie możemy doprowadzić do zagłaskania naszej drużyny – za ekstraklasę, za kapitalną w niej postawę czy za puchary. Wszyscy wiemy gdzie byliśmy i co trener wraz z kolejnymi grupami piłkarzy w ostatnich latach nam dał i daje. Więc tu nie ma mowy o podważaniu projektu jako całości. Ale trzeba mieć w tym wszystkim krytycyzm, bo jeśli w którymkolwiek momencie ktoś uznał, że zdobyliśmy już tyle, że teraz po prostu możemy do końca kariery jechać na sukcesie – to jest to – delikatnie mówiąc duży błąd. Więc tak, doceniamy ekstraklasę, super jest jeździć na te wszystkie stadiony w najwyższej polskiej lidze. I niech ten projekt w tym kształcie, z obecnym trenerem trwa jak najdłużej.

No ale są defekty. I ta postawa na wyjazdach naprawdę każe się zastanowić nad kilkoma rzeczami. Bo to jest coś, co jakiś czas się w GieKSie powtarza, mamy powtórkę z czterech przegranych wyjazdów na początek sezonu z zeszłego roku. A w pierwszym po awansie do ekstraklasy sezonie, na wiosnę także przydarzyły się cztery wtopy z rzędu na delegacjach.

Ale to nie chodzi tylko o wyniki. Chodzi o grę, która co prawda nie zawsze ten wynik gwarantuje, a w perspektywie pewnego okresu czasu (raczej krótszego niż dłuższego) dobra gra statystycznie przynosi względnie dobre wyniki. U nas nie jest największym problemem to, że przegraliśmy cztery mecze z rzędu. Problemem jest to, że te mecze przegraliśmy zasłużenie, bo graliśmy bardzo słabo.

Wczoraj chciałem wierzyć, że jak długo ten mecz trwał, w końcu coś wciśniemy. Mecz z Motorem w naszym wykonaniu nie był aż takim paździerzem, jakie trochę razy ostatnio na wyjazdach oglądaliśmy. Przypomniał się mecz z Cracovią, kiedy wydawało się, że przy 0:0 na koniec spotkania pozostanie spory niedosyt. A rywal w końcówce nam wmontował bramkę i już nawet z remisu nie można było się „cieszyć”. Ostatecznie, choć wczoraj GieKSa nie była beznadziejna, to była jednak słaba. Tym bardziej martwi to, że naprzeciw mieliśmy drużynę mocno przeciętną, do tego skleconą naprędce po kadrowych zawirowaniach, z nowym trenerem. A my – stabilni i budowani od kilku lat – nie potrafiliśmy zrobić na tym boisku nic. Przecież, gdyby nie Ndiaye czy może jeszcze Simon, to by Pan Czubak piłkę oglądał z daleka i nie miał okazji zaprezentować swojego świetnego wykończenia. Motor był do bólu średni, ale swoim jednym czy drugim błyskiej robił różnicę.

U nas tym razem w obronie nie było „wesołego miasteczka”, choć oczywiście nie ustrzegliśmy się błędów, po których padły bramki – najpierw nieuznana, a potem już prawidłowa. Jednak w tym meczu to nie obrona była naszym głównym problemem. Tym razem było to słabe/bardzo słabe/beznadziejne rozgrywanie ataku pozycyjnego. O kontrach nawet nie mówię, bo mam wrażenie, że jak my wyprowadzamy kontrę, to zaraz jeden czy drugi nasz zawodnik się zatrzymuje, robi kółeczko, wycofuje nie wiadomo gdzie i po kontrze nici.

Od patrzenia na nasze rozegranie piłki na połowie przeciwnika oczy bolały. Sposobności mieliśmy całe mnóstwo, bo Motor bronił się nieraz dość nisko – nie desperacko w swoim polu karnym – ale mocno na swojej połowie. My graliśmy po obwodzie – to na lewo, to na prawo. I często kończyło się do słabą wrzutką, z którą rywale nie mieli problemu. Przede wszystkim więcej w tym temacie oczekiwałem od Bartosza Wolskiego, bo naprawdę zawodnik ma większe umiejętności niż to, żeby zagrać leciutką piłkę à la serwis Pawła Zagumnego w pole karne i liczyć na czysty przypadek, że akurat trafi w nią ktoś z naszych, a nie przeciwników. Dlaczego nie ma mocnych, takich soczystych wrzutek? Dlaczego nie ma jakiejś próby większej precyzji? Nie mówiąc o tym, że nasi wahadłowi też chyba mocno zapomnieli, co to znaczy żwawość na boku. Nie ma dynamicznych pojedynków 1 na 1 na skrzydle na wysokości pola karnego, wejść w to pole karne. Jest to wszystko takie miałkie i nijakie i taka była ofensywa GKS w tym meczu. Naprawę zestawiając to z pojedynkiem z Motorem z rundy wiosennej i bramek, jakie GieKSa strzelała w tamtym meczu można… dostrzec różnicę.

Ostatecznie najlepszymi okazjami GKS był strzał Ilji w słupek i sytuacja, w której Ilja gola strzelił, ale Bartosz Nowak był w tej sytuacji na spalonym. Tak, był jeszcze strzał napastnika po dośrodkowaniu oraz uderzenie Mateusza Wdowiaka w boczną siatkę. I to tyle. Motor miał swoich groźnych sytuacji więcej.

Widać też, że trener szuka optymalnego składu, ale na razie większość zawodników swoją grą nie przekonuje, by zagościć w jedenastce na stałe. W pomocy kombinujemy. Bartek Nowak ma abonament na granie, ale wychodzi na to, że Bartek Wolski również. Chcieliśmy tego duetu, czekaliśmy na to, jaki zrobią oni techniczny zamęt w tej lidze. Na razie jednak to tylko mrzonki. Nie mamy twardości w środku pola. Jeszcze do tego dokładamy Marcela, który jest ambitny, szybki, ale też nie jest to skała. Do tego wygląda na to, że wczoraj przegrał z upałem, z ręką na sercu, jak widziałem, że podciąga sobie tę koszulkę i w ogóle miałem z daleka wrażenie, że jest cały czerwony, to pomyślałem, że Rafał Górak zrobi wyjątek i ściągnie piłkarza w przerwie. Tak też się stało.

Pamiętam jak w poprzednim sezonie po Górniku Zabrze trener zapowiedział, że coś musimy zmienić w samym podejściu do spotkania i strukturze gry na wyjeździe. Choć potem przegraliśmy jeszcze z Lechią, to za chwilę gra GKS na obcych stadionach zaskoczyła. GieKSa wygrała z Lublinie, Niecieczy, w Pucharze Polski z ŁKS. Na początek roku było zwycięstwo w Lubinie. Były te mecze z Rakowem i Lechem. Czyli da się. Problem jest taki, że jak drużyna wpadnie w wyjazdową otchłań bezradności i niemocy, to trudno z niej się wykaraskać.

Najgorsze jest to, że nie widać, aby był jeden mądry, który zdiagnozował, gdzie leży problem. A to musi być głębszy problem mentalny, bo przecież u siebie ci zawodnicy – zarówno indywidualnie, jak i jako cała drużyna – potrafią przecież grać w piłkę. Co się z nimi dzieje na wyjeździe i dlaczego? Może to jest coś na etapie samego wyjazdu na mecz, podróży, hotelu, dnia meczowe na wyjeździe? Może to tam trzeba poszukać, co się takiego dzieje z piłkarzami, że opada z nich cała ta agresja, moc i siła? Może gdzieś jest zbyt duże rozluźnienie, a może to rozluźnienie jest zbyt małe? Trzeba szukać, w każdym szczególe, w każdym posiłku, w każdej minucie spędzonej w autobusie.

Przyznam, że po tym kolejnym przegranym meczu nie mam smutku, żalu czy załamki. Jest po prostu po raz kolejny irytacja i taka frustracja, bo widzę tę bezradność piłkarzy i mi się udziela. Nie ma w życiu chyba gorszego poczucia niż to, że nie ma się wpływu. A gra GKS a wyjeździe wygląda tak, jakby zawodnicy nie mieli dostępu do swoich atutów, które dają różnicę, tylko próbowali sztampowych, oklepanych i zupełnie nieefektywnych na tym poziomie rozwiązań.

I trzeba coś z tym zrobić szybko, bo wkrótce czekają nas trzy trudne wyjazdy – Zabrze, Gliwice i Lubin. Tu już po prostu obowiązkowo będzie trzeba punktować.

A na razie Wisła Płock. Dobrze, że przynajmniej u siebie te atuty nie są zablokowane. Liczymy, że i tym razem tak będzie, GieKSa swoje gole będzie strzelała i trzy punkty zdobędzie.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Górak: Brakuje nam wytrawności

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po meczu Motor Lublin – GKS Katowice wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Mariusz Misiura i Rafał Górak. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.

Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Jesteśmy rozczarowani tym, że przegraliśmy spotkanie, włącznie z powiedzeniem, że jeżeli nie możesz wygrać, to powinieneś umieć go zremisować.

Takie mam odczucia w stosunku do tego meczu. Niestety – nie jesteśmy jak na razie w stanie zagrać meczu na zero z tyłu, który dałby nam przestrzeń, żeby wywieźć z takiego spotkania remis, bo może on też nie byłby to szczyt naszych marzeń przed spotkaniem – bo przyjechaliśmy z zamiarem wygrania meczu – ale na pewno remis bardziej odwzorowywałby to, co się działo. Ale to jest nieistotne, bo ten który bramkę strzela ma tę radość, a ten, który tego nie robi – tej radości nie ma. W wielu momentach za dużo mamy rozpiętości poziomowych w spotkaniach. To mnie też trochę na razie smuci, bo powinniśmy się stać bardziej wytrawną drużyną, a tego nam brakuje. Mamy bardzo dobre momenty, kiedy gramy zgodnie z tym, co chcemy robić, a mamy też takie kiedy ta gra na różnych pozycjach w różny sposób ofensywie czy defensywie nam się łamie i powoduje bałagan, który kończy się niekiedy tak, jak się skończył przy straconej bramce. Byliśmy w posiadaniu piłki pod polem karnym przeciwnika i tej wytrawności jeszcze brakuje – tego będziemy szukać. Dziś jest masę rozczarowania i sportowej złości, ale nic tu po narzekaniu, trzeba brać się do roboty i mocno wyciągać wnioski choćby z tego, że przy czterech meczach wyjazdowych w tym sezonie cztery razy schodzimy pokonani i to nas bardzo denerwuje i jesteśmy niezadowoleni. Ale po to niekiedy takie próby są, żeby wychodzić, silniejszym. Teraz będziemy się przygotowywać do następnego spotkania, potem mamy trzy mecze z rzędu na wyjeździe. Czeka nas nie lada sprawdzian i jestem przekonany, że wyjdziemy z tego obronną ręką. Dzisiaj jest dużo złości, rozczarowania i momentów, z których z gry jesteśmy niezadowoleni.

Mariusz Misiura (trener Motoru Lublin):
Bardzo się cieszę, że wygraliśmy mecz i zdobyliśmy trzy punkty. Bo mam poczucie, że to był czwarty naprawdę dobry mecz w naszym wykonaniu i jak ten czas leci – mijają tygodnie – przygotowujesz się do czwartego spotkania, a na koncie masz jeden punkt, to zapominamy, co się wydarzyło w pierwszej czy drugiej czy trzeciej kolejce.  Wydaje mi się, że drużyna zasłużyła, żeby mieć ich więcej. Wierzę, że konsekwentną pracą i procesem będziemy budować silną drużynę.

Co do meczu to wydaje mi się, że wykreowaliśmy więcej sytuacji, na pewno w pierwszej połowie, konsekwencją tego jest bramka. Powiedzieliśmy sobie w szatni, że musimy zostawić serce i charakter. 104 minuty w takim upale to szacunek dla piłkarzy. Sami państwo siedząc na trybunach czuliście gorąco i zmęczenie.

To jest coś normalnego, że w takim upale przydarzały nam się błędy, cieszę się, że nie było z tego konsekwencji w postaci gola, ale podobało nam się nasze dążenie do strzelenia bramki. Dobre zmiany, każdy z zawodników dał impuls. Bardzo się cieszę z tych trzech punktów i idziemy dalej.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Hapoel: Nowi zawodnicy pomogą drużynie?

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

W przerwie pomiędzy sezonami działacze Hapoelu dokonali kilku zmian w składzie. Z klubem pożegnało się pięciu zawodników i tylu samo podpisało nową umowę.

Największe nadzieje są wiązane z pochodzącym z Ghany Douglasem Owusu. 20-letni Owusu gra na pozycji napastnika, poprzednie dwa sezony grał w Super liga Srbije – najpierw w Radniku Surdulica, a przez ostatnie pół roku w Crvenie Zvezda Belgrad. W tych dwóch klubach strzelił 11 bramek i zanotował tyle samo asyst. Kontrakt z Owusu został podpisany 5 sierpnia i od razu został zgłoszony do rozgrywek Ligi Konferencji, jednak nie zagrał w meczu w Miszkolcu. Filigranowy (mierzy zaledwie 1,65 m) piłkarz jest wart 4,5 mln euro.

Hapoel podpisał także umowę z obrońcą Doronem Leidnerem. 24-latek występował w drużynie z Tel Awiwu jako junior, później „błąkał” się po Europie (Olympiakos Pireus, Austria Wiedeń, FC Zurich), by ostatecznie wrócić do Hapoela. Leidner występuje w kadrze Izraela. Jego wartość rynkowa wynosi 300 tys. euro. Doron wystąpił we wszystkich meczach pucharowych, w jednym w pełnym wymiarze, w pozostałych był zmieniany po około 60 minutach. W drugim meczu z Ludogortsem zobaczył żółtą kartkę.

Kolejnym obrońcą, który podpisał nową umowę, jest wysoki, mierzący 188 centymetrów, Chico. 27-latek przez większość kariery grał w Brazylii (Sport Recife i Novorizontino), a na początku poprzedniego sezonu został wypożyczony do Hapoelu. Przed tym sezonem związał się z klubem 3-letnią umową. Wartość rynkowa Chico oceniana jest na 1,2 mln euro. Brazylijczyk wystąpił we wszystkich meczach pucharowych. W pierwszym meczu z Ludogortsem strzelił bramkę i zobaczył żółtą kartkę.

Z kolei 24-letni Yonatan Farber gra na pozycji pomocnika i występował tylko w drużynach z Izraela. Farber mierzy 1,9 m, a jego wartość wyceniania jest na 350 tys. euro. W meczach pucharowych wystąpił tylko parę minut – w drugim meczu z Ludogortsem.

Ostatnim zawodnikiem, który dołączył do Hapoela przed sezonem, jest 19-letni Itay Shavit. Shavit jest reprezentantem Izraela U19 i gra na pozycji pomocnika. Jego wartość wyceniana jest na 150 tys. euro. Nie wystąpił w żadnym meczu pucharowym.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga