Piłka nożna Wywiady
Okiem rywala: skrzydła będą siały spustoszenie
W nowym sezonie Ekstraklasy los rzucił GieKSę od razu na głęboką wodę, stawiając na naszej drodze wicemistrza z Częstochowy, Miedziowych (tu woda głęboka była głównie w boiskowych kałużach) i nie kryjącego ambicji Widzewa, a tuż za rogiem czeka zdobywca krajowego pucharu. Punkty zdobywać trzeba, najlepiej już przy najbliższej okazji, choć zadanie nie będzie łatwe. Na jakim etapie przebudowy jest Widzew? Gdzie tkwi jego największa siła? W co mierzy w tym sezonie? Przed sobotnim meczem o nastrojach w Sercu Łodzi opowiedział nam Bartłomiej Stańdo – Widzewiak Roku 2023, autor książki „Widzew. Reaktywacja” i redaktor serwisu sektorwidzew.pl.
W Internecie krąży zdjęcie pewnego włoskiego muru z napisem Sei bella come un gol al 90º!, to znaczy Jesteś piękna jak gol zdobyty w 90. minucie. Punkt widzenia zależy tu chyba od punktu siedzenia…
Zdecydowanie piękniejsze były trzy bramki zdobyte przez Widzew na Łazienkowskiej, w samej końcówce pamiętnego meczu z Legią, decydującego o mistrzostwie Polski sezonu 1996/97. W takich pojedynkach wykuwał się widzewski charakter, który niejednokrotnie pozwalał nam odwracać losy meczów i wygrywać. Dlatego dziś, gdy sami w ten sposób wypuszczamy zwycięstwo z rąk, jest to podwójnie bolesne. Taki jest jednak sport – raz na wozie, raz pod wozem.
Wasza porażka w Białymstoku mogła być postrzegana jako niespodzianka, skoro kilka tygodni wcześniej w sparingu odprawiliście Jagę z bagażem siedmiu goli?
Zanim odpowiem na to pytanie, jeszcze raz sięgnę do historii. W 2013 roku podczas zimowego zgrupowania w Hiszpanii Widzew brał udział w turnieju „Copa del Sol”, gdzie wygrał m. in. z norweskim Molde FK (3:1) i duńskim FC Kopenhaga (1:1, karne 8:7), a w finale jak równy z równym walczył z Szachtarem Donieck, napakowanym takimi gwiazdami jak Dario Srna, Henrich Mchitarjan czy Douglas Costa, przegrywając minimalnie 1:2. Tymczasem wiosną w Ekstraklasie prezentował się tak słabo, że ledwo się utrzymał. Dlatego sparingi, a zwłaszcza ich wyniki, nie są żadnym wyznacznikiem formy drużyny. Widzew nie wszedł najlepiej w mecz z Jagiellonią i równie kiepsko rozegrał końcówkę, co zaciemnia nieco ogólny obraz gry, moim zdaniem nawet niezłej w naszym wykonaniu. Od 25 do 90 minuty widziałem progres w porównaniu do zwycięskiego meczu z Zagłębiem, ale zabił nas brak koncentracji i błędy indywidualne.
Kibice dość jednogłośnie wskazali winnego tej porażki.
Od niedzieli trwa swego rodzaju polowanie na czarownice, którego ofiarą padł Rafał Gikiewicz, wskazywany przez kibiców jako główny winowajca porażki w Białymstoku. Jest to dość absurdalne, bo mimo że przy pierwszej bramce Giki za lekko wybił piłkę, to było jeszcze co najmniej sześciu zawodników Widzewa, którzy mogli powstrzymać atak rywala. Przy drugim golu bramkarz nie miał nic do powiedzenia, natomiast trzeci moim zdaniem w 99 procentach obciąża konto Mateusza Żyry, który miał dużo miejsca i czasu na właściwe zagranie. Podanie Gikiewicza było przecież dokładne. Myślę, że obecna sytuacja to efekt kumulacji błędów Rafała z poprzedniego sezonu, dlatego przy byle okazji na tapet wyciągana jest postawa bramkarza. Tymczasem powinno się dyskutować o innych zawodnikach, którzy powinni dawać więcej drużynie.
Wiele zmian kadrowych zaszło w poszczególnych formacjach Widzewa, sprowadzono również konkurenta dla Gikiewicza. Czy Maciej Kikolski jest w stanie go „wygryźć”?
Nie wiem, jak w tej sytuacji zachowa się Željko Sopić. Dał się poznać jako trener, który nie patrzy na nazwiska i dotychczasowe dokonania piłkarzy, a wyłącznie na aktualną dyspozycję. Przed meczem z Jagiellonią powiedział mi, że latem Gikiewicz był dużo lepszy od Kikolskiego i wygrał rywalizację o miejsce w bramce. Rafał nie miał jeszcze zbyt wielu okazji, aby się wykazać, a sytuacje z ostatniego meczu na nowo wywołały negatywne nastroje wokół niego, do tego stopnia, że 90% kibiców w ankiecie na stronie Widzewtomy.net domaga się posadzenia go na ławce. Tymczasem Gikiewicz przoduje w większości statystyk bramkarzy po dwóch pierwszych meczach.
Zmiany organizacyjne, jakie na przestrzeni ostatnich miesięcy zaszły w Łodzi, rozbudziły w was marzenia o powrocie potęgi Widzewa? To już ten moment, by wyjąć z zakamarków szaf koszulki z logo Bakomy, nazwiskiem Citki czy innych gwiazd tamtych czasów i śmielej spojrzeć w górę tabeli?
Mam wrażenie, że w całej Polsce błędnie odbierano naszą ekscytację wynikającą ze zmian na lepsze, odczytując ją jako absurdalne oczekiwania, że w ciągu kilku tygodni, na pstryknięcie palcami Widzew znów stanie się wielki. Tymczasem wydaje mi się, że ostatnie lata na tyle zahartowały kibiców Widzewa, że oderwanych od rzeczywistości oczekiwań nie ma. Dominuje radość z zachodzących zmian i nawet jeśli w tym sezonie nie uda się nic wygrać, to będziemy próbować dalej, bo mamy ambitnego właściciela, który chce nawiązać do czasów wielkiego Widzewa i nie są to tylko słowa – idą za tym czyny, a przede wszystkim pieniądze. Wymagania dla coraz droższych piłkarzy będą rosnąć, bo nie wyobrażam sobie, że staniemy się przytulnym miejscem, gdzie można dobrze zarobić bez większych oczekiwań. Budowa silnego klubu to proces, który dopiero się rozpoczyna.
Historyczne osiągnięcie naszych pucharowiczów, dające nam dodatkowe miejsce w europejskich rozgrywkach, przyszło w samą porę dla Widzewa?
Przed sezonem przewidywałbym, że możemy zająć to miejsce. Teraz mam więcej wątpliwości, bo jest jeszcze sporo niedociągnięć. O obsadzie tego miejsca zadecyduje rynek transferowy – jeśli uda nam się sprowadzić klasowego napastnika i stopera, gotowych od razu grać o najwyższe cele, to piąte miejsce będzie całkiem realne. Bez trafionych transferów na tych pozycjach o pierwszą piątkę może być ciężko.
W ostatnich latach Raków jako pierwszy przełamał ligowy duopol Legii i Lecha. Wkrótce potem dołączyła Jagiellonia, podobnie może być w przypadku Pogoni czy Cracovii. Widzew może się włączyć do tej rywalizacji?
To chyba ostatni moment, aby podpiąć się do tego pociągu. Pięć drużyn w pucharach to ogromny kapitał, który przekłada się na wzrost jakości drużyn środka tabeli, takich jak Górnik, Motor czy Widzew, które chcą wykorzystać nadarzającą się okazję. To z kolei napędza do rozwoju tych najlepszych, którzy z powodzeniem mogą nas reprezentować w Europie. Łatwiej podnosić poziom ligi, jeśli nie skupia się wokół dwóch liderów, którzy, jak na przykład w Szkocji, co tydzień grają właściwie sparingi. Możemy tylko skorzystać, jeśli liga będzie mocna swoim środkiem, do pewnego stopnia nieprzewidywalna, w przeciwieństwie do krajów, gdzie skład pucharowiczów znany jest przed sezonem.
Mając w pamięci mecz w Białymstoku, Widzew ma już napastnika numer jeden?
Raczej jeszcze szuka. Kiedy ogłaszano transfer Sebastiana Bergiera, wydawało nam się, że do zespołu szybko dołączy kolejna dziewiątka, bo ta pozycja była najsłabiej obsadzona. W tej chwili drugim napastnikiem jest Antoni Klukowski, którego jednak trudno zdefiniować jako typową dziewiątkę. Jest to piłkarz ofensywny, który może też grać tuż za napastnikiem lub na skrzydle. Dobrze prezentował się w okresie przygotowawczym i moim zdaniem zasłużył na minuty w lidze, jednak w Białymstoku Željko Sopić nie trafił ze zmianami. Z kolei Sebastian Bergier na pewno zaliczy mecz z Jagą do udanych, bo zdobył dwa gole, natomiast w samej grze jest jeszcze trochę do poprawy – kilka razy mógł zachować się lepiej w kontrataku. Mówi się, że głównym celem transferowym jest napastnik, na którego Widzew planuje wydać spore pieniądze. Dopóki go nie ma, na szpicy gra Bergier i cieszę się, że pokazał się z dobrej strony.
Przychodząc do Łodzi Bergier nie ukrywał ambicji, by powalczyć o rolę podstawowego napastnika. Czy twoim zdaniem ma na to szansę?
Od początku czy nie, Bergier swoje minuty dostanie, jeśli będzie w formie. Nie wykluczam, że w pewnych sytuacjach możemy grać dwójką napastników, dlatego nowa „dziewiątka” nie pozbawi go szans na grę. Czy jest w stanie wywalczyć miejsce w podstawowym składzie? Trudno wyrokować, skoro wciąż nie wiemy, z kim przyjdzie mu rywalizować.
Co się stało z Jakubem Łukowskim, który wyróżniał się w Koronie, natomiast nie odnalazł się w Widzewie?
Nie zgodzę się z tezą, że nie odnalazł się w Łodzi. Tuż po transferze był moim zdaniem najlepszym piłkarzem Widzewa, choć trwało to tylko około miesiąca. Łukowski nie był typem skrzydłowego, jakiego oczekiwał trener Myśliwiec – dynamicznym i przebojowym, dlatego częściej grał na pozycji numer 10. W meczu ze Stalą Mielec wchodząc z ławki zdobył wyrównującą bramkę i gdyby nie minimalny spalony, zaliczyłby asystę przy zwycięskim golu. Trafił też do siatki w Katowicach. Z kolei w ostatniej minucie meczu w Gdańsku stanął oko w oko z bramkarzem Lechii i mógł dać Widzewowi zwycięstwo, przegrał jednak ten pojedynek. Od tego momentu coś się w nim zacięło i zaczęła się obniżka formy. Szkoda, bo w rundzie jesiennej prezentował się bardzo dobrze, a wiosną był cieniem samego siebie.
Czy twoim zdaniem Rafał Górak będzie w stanie go „naprawić”?
Łukowski lubi brać na siebie ciężar gry, nie będzie się ścigał z obrońcami, ale dobrze rozgrywa, dośrodkowuje i strzela. W Widzewie oczekiwano od niego innej gry, natomiast moim zdaniem lepiej odnajdzie się na pozycji bocznego pomocnika niż typowego skrzydłowego. Więcej pożytku będzie z niego w roli „dziesiątki” w systemie gry z wahadłowymi.
Jakub Łukowski przegrał rywalizację, która z pewnością będzie u was bardzo zacięta. Który z dotychczasowych transferów wskazałbyś jako największy hit?
Z każdego ze sprowadzonych skrzydłowych kibice będą zadowoleni. W porównaniu do poprzedniego sezonu skok jakościowy na tej pozycji jest ogromny, dlatego myślę, że gra skrzydłami będzie jednym z naszych największych atutów. Niezwykłą lekkość prowadzenia piłki ma Samuel Akere, Angel Baena w zasadzie nie traci piłek, Fornalczyk jest znany ze swojej szybkości, ponadto ma w sobie dużo energii i sportowej ambicji, którą trzeba odpowiednio ukierunkować z pożytkiem dla drużyny. Mimo że w Białymstoku zagrał źle, to choćby w akcji bramkowej miał przebłyski, które pozwalają wierzyć, że może być jednym z najlepszych piłkarzy Widzewa, a kibice będą kupować koszulki z siódemką.
Masz szczególne wspomnienia z rywalizacji Widzewa z GieKSą?
Najlepiej pamiętam stosunkowo najświeższe potyczki, na przykład wygrany w Katowicach mecz w sezonie 2021/22, podczas którego doszło do ostrzelania fajerwerkami kibiców w sektorze gości. W końcówce spotkania bramkę na 2:0 zdobył pięknym strzałem Przemysław Kita. Jednak najbardziej zostanie mi w pamięci mecz z 22 listopada 2014, nie ze względu na piękne gole czy znakomitych piłkarzy, ale na fakt, że pojedynek z GKS-em był ostatnim na starym stadionie. Mimo, że czasy były wtedy parszywe – Widzew ostatecznie spadł z 1. ligi, wkrótce potem ogłosił upadłość i rozpoczęła się reaktywacja, to ten mecz do dziś przywołuje wśród wielu kibiców masę wspomnień związanych ze starym stadionem. Na boisku padł remis 1:1, ale w tamtej chwili nie miało to większego znaczenia. Kilka lat wcześniej również graliśmy razem w pierwszej lidze. Z tamtych sezonów najbardziej pamiętam naszą wygraną w Łodzi 2:1, a gola dla was pięknym szczupakiem zdobył Grzegorz Górski.
Wracając do poprzedniego sezonu, wiosną Widzew podejmował GKS w trudnym momencie, po zwolnieniu trenera Myśliwca, w środku chaosu związanego ze zmianami właścicielskimi. Porażka w tamtym spotkaniu mogła was zepchnąć niebezpiecznie blisko strefy spadkowej.
Co ciekawe, tydzień wcześniej także graliśmy z Jagiellonią i też pechowo przegraliśmy, bo byliśmy drużyną lepszą, choć to Jaga zdobyła jedyną bramkę. Mecz z GKS-em, wygrany 1:0 był małym powiewem świeżości, a z dobrej strony pokazali się zawodnicy, który wcześniej grali mniej. Dzięki temu zwycięstwu, a potem kolejnym z Piastem i Lechią, zapewniliśmy sobie spokój na finiszu rozgrywek, bo początek tego roku wyglądał fatalnie w naszym wykonaniu. Trener Czubak poukładał nasz zespół w obronie, ale nie wieszałbym psów na Danielu Myśliwcu, który ze słabszą niż obecnie kadrą robił niezłe wyniki, bo w tabeli za cały 2024 rok Widzew był siódmy. Jako przykład można podać nasz jesienny mecz, który do momentu straty bramek w końcówce pierwszej połowy był naszym najlepszym występem w całej rundzie.
Widzew wydaje się być murowanym faworytem pojedynku z GieKSą. Z jakimi oczekiwaniami zasiądziesz w sobotę na trybunach?
Jestem ciekawy, jak zaprezentujemy się na tle dobrze zorganizowanej drużyny, jaką jest GKS. Mam nadzieję, że zobaczę co najmniej jedną taką akcję jak w naszym meczu w Łodzi z 2021 roku – był to szczyt świetności Widzewa pod okiem trenera Janusza Niedźwiedzia. Tamten mecz wygraliśmy 3:1, a trzeci gol padł po najładniejszej akcji sezonu, składającej się z kilkudziesięciu podań, które wykończył Mateusz Michalski doskonałym strzałem zza pola karnego. Honorowego gola dla GieKSy zdobył wtedy Oskar Repka, który przed obecnym sezonem był blisko przeprowadzki do Widzewa. Oferta była na stole, jednak ostatecznie klub zdecydował się na pozyskanie na tę pozycję Lindona Selahiego. Wracając do sobotniego meczu, mam nadzieję, że na miarę swojego potencjału zagra Mariusz Fornalczyk, bo w meczu z Jagiellonią na pewno go nie pokazał. Spodziewam się, że nasze skrzydła będą siały spustoszenie, a Sebastian Bergier będzie wykańczać akcje kolegów. Czas działa na korzyść Widzewa – drużyna coraz lepiej się zgrywa i rozumie. Potknięcia będą się zdarzać, ale z każdym meczem powinniśmy wyglądać coraz lepiej.
Jakim wynikiem zakończy się nasz mecz?
Obstawiam 3:0 dla Widzewa jako właściwa reakcja na to, co stało się w końcówce meczu w Białymstoku.
Na koniec opowiedz, czym trzeba sobie zasłużyć na tytuł Widzewiaka Roku.
Kibice Widzewa wyróżniają w ten sposób osobę, która ich zdaniem najbardziej przyczyniła się do rozwoju widzewskiej społeczności. Jestem zaszczycony i do dziś wzruszam się na samo wspomnienie, że miałem zaszczyt odebrać to wyróżnienie. Otrzymałem statuetkę w uznaniu za książkę „Widzew. Reaktywacja”, która ukazała się w 2023 roku. Opisuje ona okres odrodzenia klubu po upadku w 2015 roku i została bardzo dobrze przyjęta przez sympatyków Widzewa. Półtora roku pracy i ponad setka rozmów z ludźmi biorącymi udział w tym procesie, pozwoliły pokazać, że Widzew jest klubem niezłomnym, niezniszczalnym. O jego sile świadczą nie tylko lata chwały, ale także zdolność do odbicia się od najgłębszego dna. Czuję, że udało mi się pokazać pozytywną stronę tej trudnej historii i to zostało docenione. Jeszcze raz dziękuję za to wyróżnienie.
Felietony Piłka nożna
Wyzerowane atuty – diagnozy brak
Szczerze mówiąc nie chce mi się pisać tego felietonu, bo myślę sobie, że znowu będę pisał to samo. Rozbieżność między wynikami meczów u siebie i na wyjeździe sięgnęła absurdu. GKS rozegrał w tym sezonie siedem meczów – u siebie wszystkie trzy wygrał, na wyjeździe wszystkie cztery przegrał. Suma tego jest taka, że z europejskich pucharów już odpadliśmy, a w lidze mamy trzy punkty po trzech kolejkach. Czyli słabo – bo to średnia mogąca nawet nie dać utrzymania.
Piszę to wielokrotnie i napiszę jeszcze raz, bo już wiele razy w przeszłości czy to piłkarze czy trenerzy obrażali się na mnie, bo coś tam skrytykowałem. Nie mówię o sytuacjach, kiedy pojechałem z koksem i tak czy inaczej kogoś nazwałem, bo za to obrazę rozumiem. Cóż, młodość (która trwa, ale już inna). Ale my nie możemy doprowadzić do zagłaskania naszej drużyny – za ekstraklasę, za kapitalną w niej postawę czy za puchary. Wszyscy wiemy gdzie byliśmy i co trener wraz z kolejnymi grupami piłkarzy w ostatnich latach nam dał i daje. Więc tu nie ma mowy o podważaniu projektu jako całości. Ale trzeba mieć w tym wszystkim krytycyzm, bo jeśli w którymkolwiek momencie ktoś uznał, że zdobyliśmy już tyle, że teraz po prostu możemy do końca kariery jechać na sukcesie – to jest to – delikatnie mówiąc duży błąd. Więc tak, doceniamy ekstraklasę, super jest jeździć na te wszystkie stadiony w najwyższej polskiej lidze. I niech ten projekt w tym kształcie, z obecnym trenerem trwa jak najdłużej.
No ale są defekty. I ta postawa na wyjazdach naprawdę każe się zastanowić nad kilkoma rzeczami. Bo to jest coś, co jakiś czas się w GieKSie powtarza, mamy powtórkę z czterech przegranych wyjazdów na początek sezonu z zeszłego roku. A w pierwszym po awansie do ekstraklasy sezonie, na wiosnę także przydarzyły się cztery wtopy z rzędu na delegacjach.
Ale to nie chodzi tylko o wyniki. Chodzi o grę, która co prawda nie zawsze ten wynik gwarantuje, a w perspektywie pewnego okresu czasu (raczej krótszego niż dłuższego) dobra gra statystycznie przynosi względnie dobre wyniki. U nas nie jest największym problemem to, że przegraliśmy cztery mecze z rzędu. Problemem jest to, że te mecze przegraliśmy zasłużenie, bo graliśmy bardzo słabo.
Wczoraj chciałem wierzyć, że jak długo ten mecz trwał, w końcu coś wciśniemy. Mecz z Motorem w naszym wykonaniu nie był aż takim paździerzem, jakie trochę razy ostatnio na wyjazdach oglądaliśmy. Przypomniał się mecz z Cracovią, kiedy wydawało się, że przy 0:0 na koniec spotkania pozostanie spory niedosyt. A rywal w końcówce nam wmontował bramkę i już nawet z remisu nie można było się „cieszyć”. Ostatecznie, choć wczoraj GieKSa nie była beznadziejna, to była jednak słaba. Tym bardziej martwi to, że naprzeciw mieliśmy drużynę mocno przeciętną, do tego skleconą naprędce po kadrowych zawirowaniach, z nowym trenerem. A my – stabilni i budowani od kilku lat – nie potrafiliśmy zrobić na tym boisku nic. Przecież, gdyby nie Ndiaye czy może jeszcze Simon, to by Pan Czubak piłkę oglądał z daleka i nie miał okazji zaprezentować swojego świetnego wykończenia. Motor był do bólu średni, ale swoim jednym czy drugim błyskiej robił różnicę.
U nas tym razem w obronie nie było „wesołego miasteczka”, choć oczywiście nie ustrzegliśmy się błędów, po których padły bramki – najpierw nieuznana, a potem już prawidłowa. Jednak w tym meczu to nie obrona była naszym głównym problemem. Tym razem było to słabe/bardzo słabe/beznadziejne rozgrywanie ataku pozycyjnego. O kontrach nawet nie mówię, bo mam wrażenie, że jak my wyprowadzamy kontrę, to zaraz jeden czy drugi nasz zawodnik się zatrzymuje, robi kółeczko, wycofuje nie wiadomo gdzie i po kontrze nici.
Od patrzenia na nasze rozegranie piłki na połowie przeciwnika oczy bolały. Sposobności mieliśmy całe mnóstwo, bo Motor bronił się nieraz dość nisko – nie desperacko w swoim polu karnym – ale mocno na swojej połowie. My graliśmy po obwodzie – to na lewo, to na prawo. I często kończyło się do słabą wrzutką, z którą rywale nie mieli problemu. Przede wszystkim więcej w tym temacie oczekiwałem od Bartosza Wolskiego, bo naprawdę zawodnik ma większe umiejętności niż to, żeby zagrać leciutką piłkę à la serwis Pawła Zagumnego w pole karne i liczyć na czysty przypadek, że akurat trafi w nią ktoś z naszych, a nie przeciwników. Dlaczego nie ma mocnych, takich soczystych wrzutek? Dlaczego nie ma jakiejś próby większej precyzji? Nie mówiąc o tym, że nasi wahadłowi też chyba mocno zapomnieli, co to znaczy żwawość na boku. Nie ma dynamicznych pojedynków 1 na 1 na skrzydle na wysokości pola karnego, wejść w to pole karne. Jest to wszystko takie miałkie i nijakie i taka była ofensywa GKS w tym meczu. Naprawę zestawiając to z pojedynkiem z Motorem z rundy wiosennej i bramek, jakie GieKSa strzelała w tamtym meczu można… dostrzec różnicę.
Ostatecznie najlepszymi okazjami GKS był strzał Ilji w słupek i sytuacja, w której Ilja gola strzelił, ale Bartosz Nowak był w tej sytuacji na spalonym. Tak, był jeszcze strzał napastnika po dośrodkowaniu oraz uderzenie Mateusza Wdowiaka w boczną siatkę. I to tyle. Motor miał swoich groźnych sytuacji więcej.
Widać też, że trener szuka optymalnego składu, ale na razie większość zawodników swoją grą nie przekonuje, by zagościć w jedenastce na stałe. W pomocy kombinujemy. Bartek Nowak ma abonament na granie, ale wychodzi na to, że Bartek Wolski również. Chcieliśmy tego duetu, czekaliśmy na to, jaki zrobią oni techniczny zamęt w tej lidze. Na razie jednak to tylko mrzonki. Nie mamy twardości w środku pola. Jeszcze do tego dokładamy Marcela, który jest ambitny, szybki, ale też nie jest to skała. Do tego wygląda na to, że wczoraj przegrał z upałem, z ręką na sercu, jak widziałem, że podciąga sobie tę koszulkę i w ogóle miałem z daleka wrażenie, że jest cały czerwony, to pomyślałem, że Rafał Górak zrobi wyjątek i ściągnie piłkarza w przerwie. Tak też się stało.
Pamiętam jak w poprzednim sezonie po Górniku Zabrze trener zapowiedział, że coś musimy zmienić w samym podejściu do spotkania i strukturze gry na wyjeździe. Choć potem przegraliśmy jeszcze z Lechią, to za chwilę gra GKS na obcych stadionach zaskoczyła. GieKSa wygrała z Lublinie, Niecieczy, w Pucharze Polski z ŁKS. Na początek roku było zwycięstwo w Lubinie. Były te mecze z Rakowem i Lechem. Czyli da się. Problem jest taki, że jak drużyna wpadnie w wyjazdową otchłań bezradności i niemocy, to trudno z niej się wykaraskać.
Najgorsze jest to, że nie widać, aby był jeden mądry, który zdiagnozował, gdzie leży problem. A to musi być głębszy problem mentalny, bo przecież u siebie ci zawodnicy – zarówno indywidualnie, jak i jako cała drużyna – potrafią przecież grać w piłkę. Co się z nimi dzieje na wyjeździe i dlaczego? Może to jest coś na etapie samego wyjazdu na mecz, podróży, hotelu, dnia meczowe na wyjeździe? Może to tam trzeba poszukać, co się takiego dzieje z piłkarzami, że opada z nich cała ta agresja, moc i siła? Może gdzieś jest zbyt duże rozluźnienie, a może to rozluźnienie jest zbyt małe? Trzeba szukać, w każdym szczególe, w każdym posiłku, w każdej minucie spędzonej w autobusie.
Przyznam, że po tym kolejnym przegranym meczu nie mam smutku, żalu czy załamki. Jest po prostu po raz kolejny irytacja i taka frustracja, bo widzę tę bezradność piłkarzy i mi się udziela. Nie ma w życiu chyba gorszego poczucia niż to, że nie ma się wpływu. A gra GKS a wyjeździe wygląda tak, jakby zawodnicy nie mieli dostępu do swoich atutów, które dają różnicę, tylko próbowali sztampowych, oklepanych i zupełnie nieefektywnych na tym poziomie rozwiązań.
I trzeba coś z tym zrobić szybko, bo wkrótce czekają nas trzy trudne wyjazdy – Zabrze, Gliwice i Lubin. Tu już po prostu obowiązkowo będzie trzeba punktować.
A na razie Wisła Płock. Dobrze, że przynajmniej u siebie te atuty nie są zablokowane. Liczymy, że i tym razem tak będzie, GieKSa swoje gole będzie strzelała i trzy punkty zdobędzie.
Piłka nożna
Górak: Brakuje nam wytrawności
Po meczu Motor Lublin – GKS Katowice wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Mariusz Misiura i Rafał Górak. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Jesteśmy rozczarowani tym, że przegraliśmy spotkanie, włącznie z powiedzeniem, że jeżeli nie możesz wygrać, to powinieneś umieć go zremisować.
Takie mam odczucia w stosunku do tego meczu. Niestety – nie jesteśmy jak na razie w stanie zagrać meczu na zero z tyłu, który dałby nam przestrzeń, żeby wywieźć z takiego spotkania remis, bo może on też nie byłby to szczyt naszych marzeń przed spotkaniem – bo przyjechaliśmy z zamiarem wygrania meczu – ale na pewno remis bardziej odwzorowywałby to, co się działo. Ale to jest nieistotne, bo ten który bramkę strzela ma tę radość, a ten, który tego nie robi – tej radości nie ma. W wielu momentach za dużo mamy rozpiętości poziomowych w spotkaniach. To mnie też trochę na razie smuci, bo powinniśmy się stać bardziej wytrawną drużyną, a tego nam brakuje. Mamy bardzo dobre momenty, kiedy gramy zgodnie z tym, co chcemy robić, a mamy też takie kiedy ta gra na różnych pozycjach w różny sposób ofensywie czy defensywie nam się łamie i powoduje bałagan, który kończy się niekiedy tak, jak się skończył przy straconej bramce. Byliśmy w posiadaniu piłki pod polem karnym przeciwnika i tej wytrawności jeszcze brakuje – tego będziemy szukać. Dziś jest masę rozczarowania i sportowej złości, ale nic tu po narzekaniu, trzeba brać się do roboty i mocno wyciągać wnioski choćby z tego, że przy czterech meczach wyjazdowych w tym sezonie cztery razy schodzimy pokonani i to nas bardzo denerwuje i jesteśmy niezadowoleni. Ale po to niekiedy takie próby są, żeby wychodzić, silniejszym. Teraz będziemy się przygotowywać do następnego spotkania, potem mamy trzy mecze z rzędu na wyjeździe. Czeka nas nie lada sprawdzian i jestem przekonany, że wyjdziemy z tego obronną ręką. Dzisiaj jest dużo złości, rozczarowania i momentów, z których z gry jesteśmy niezadowoleni.
Mariusz Misiura (trener Motoru Lublin):
Bardzo się cieszę, że wygraliśmy mecz i zdobyliśmy trzy punkty. Bo mam poczucie, że to był czwarty naprawdę dobry mecz w naszym wykonaniu i jak ten czas leci – mijają tygodnie – przygotowujesz się do czwartego spotkania, a na koncie masz jeden punkt, to zapominamy, co się wydarzyło w pierwszej czy drugiej czy trzeciej kolejce. Wydaje mi się, że drużyna zasłużyła, żeby mieć ich więcej. Wierzę, że konsekwentną pracą i procesem będziemy budować silną drużynę.
Co do meczu to wydaje mi się, że wykreowaliśmy więcej sytuacji, na pewno w pierwszej połowie, konsekwencją tego jest bramka. Powiedzieliśmy sobie w szatni, że musimy zostawić serce i charakter. 104 minuty w takim upale to szacunek dla piłkarzy. Sami państwo siedząc na trybunach czuliście gorąco i zmęczenie.
To jest coś normalnego, że w takim upale przydarzały nam się błędy, cieszę się, że nie było z tego konsekwencji w postaci gola, ale podobało nam się nasze dążenie do strzelenia bramki. Dobre zmiany, każdy z zawodników dał impuls. Bardzo się cieszę z tych trzech punktów i idziemy dalej.
Piłka nożna
Hapoel: Nowi zawodnicy pomogą drużynie?
W przerwie pomiędzy sezonami działacze Hapoelu dokonali kilku zmian w składzie. Z klubem pożegnało się pięciu zawodników i tylu samo podpisało nową umowę.
Największe nadzieje są wiązane z pochodzącym z Ghany Douglasem Owusu. 20-letni Owusu gra na pozycji napastnika, poprzednie dwa sezony grał w Super liga Srbije – najpierw w Radniku Surdulica, a przez ostatnie pół roku w Crvenie Zvezda Belgrad. W tych dwóch klubach strzelił 11 bramek i zanotował tyle samo asyst. Kontrakt z Owusu został podpisany 5 sierpnia i od razu został zgłoszony do rozgrywek Ligi Konferencji, jednak nie zagrał w meczu w Miszkolcu. Filigranowy (mierzy zaledwie 1,65 m) piłkarz jest wart 4,5 mln euro.
Hapoel podpisał także umowę z obrońcą Doronem Leidnerem. 24-latek występował w drużynie z Tel Awiwu jako junior, później „błąkał” się po Europie (Olympiakos Pireus, Austria Wiedeń, FC Zurich), by ostatecznie wrócić do Hapoela. Leidner występuje w kadrze Izraela. Jego wartość rynkowa wynosi 300 tys. euro. Doron wystąpił we wszystkich meczach pucharowych, w jednym w pełnym wymiarze, w pozostałych był zmieniany po około 60 minutach. W drugim meczu z Ludogortsem zobaczył żółtą kartkę.
Kolejnym obrońcą, który podpisał nową umowę, jest wysoki, mierzący 188 centymetrów, Chico. 27-latek przez większość kariery grał w Brazylii (Sport Recife i Novorizontino), a na początku poprzedniego sezonu został wypożyczony do Hapoelu. Przed tym sezonem związał się z klubem 3-letnią umową. Wartość rynkowa Chico oceniana jest na 1,2 mln euro. Brazylijczyk wystąpił we wszystkich meczach pucharowych. W pierwszym meczu z Ludogortsem strzelił bramkę i zobaczył żółtą kartkę.
Z kolei 24-letni Yonatan Farber gra na pozycji pomocnika i występował tylko w drużynach z Izraela. Farber mierzy 1,9 m, a jego wartość wyceniania jest na 350 tys. euro. W meczach pucharowych wystąpił tylko parę minut – w drugim meczu z Ludogortsem.
Ostatnim zawodnikiem, który dołączył do Hapoela przed sezonem, jest 19-letni Itay Shavit. Shavit jest reprezentantem Izraela U19 i gra na pozycji pomocnika. Jego wartość wyceniana jest na 150 tys. euro. Nie wystąpił w żadnym meczu pucharowym.

Najnowsze komentarze