Piłka nożna
Analiza formacji cz. 2 – obrońcy
Po rundzie wiosennej można powiedzieć, że formacja defensywy w GKS Katowice ustabilizowała się. Gdy przypomnimy sobie problemy obrony, a zwłaszcza jej flanek, w rundzie jesiennej, to można powiedzieć, że sztab szkoleniowy znalazł niezłe rozwiązania. Na plus dla obrońców, ale także i całego zespołu, jest liczba straconych bramek – zaledwie 11. I chociaż nasz zespół nie ustrzegł się błędów, a w końcówce sezonu nieraz dawał się zdominować, to poczynania obrońców trzeba uznać za pozytywne. Jak dawno nie było, tak teraz możemy w końcu wymienić czterech stałych podstawowych obrońców: Dominik Sadzawicki, Mateusz Kamiński, Adrian Napierała i Bartłomiej Chwalibogowski. Ta czwórka najczęściej rozpoczynała mecze i była „żelazną”. Oto jak wyglądała linia obrony w poszczególnych meczach na wiosnę (od prawej strony, w nawiasach zawodnik, który wszedł na daną pozycję w trakice meczu):
ŁKS: Sadzawicki, Kamiński, Napierała, Chwalibogowski
Warta: Sadzawicki, Kamiński, Napierała, Ratajczak (Chwalibogowski)
Cracovia: Sadzawicki, Kamiński, Napierała, Chwalibogowski
Łęczna: Sadzawicki (Czerwiński), Kamiński, Napierała, Chwalibogowski
Zawisza: Sadzawicki, Kamiński, Napierała, Chwalibogowski
Nieciecza: Sadzawicki, Kamiński, Napierała, Chwalibogowski
Flota: Sadzawicki, Kamiński, Napierała, Chwalibogowski
Polonia: Sadzawicki, Kamiński, Napierała, Chwalibogowski
Kolejarz: Sadzawicki (Czerwiński), Kowalczyk, Napierała, Chwalibogowski
Sandecja: Czerwiński, Kamiński, Napierała, Chwalibogowski
Tychy: Czerwiński, Kamiński, Cholerzyński, Chwalibogowski
Miedź: Sadzawicki, Kamiński, Cholerzyński (Kowalczyk), Chwalibogowski
Okocimski: Sadzawicki, Kamiński, Napierała, Chwalibogowski
Arka: Sadzawicki, Kamiński, Napierała, Chwalibogowski
Olimpia: Sadzawicki (Czerwiński), Kamiński (Cholerzyński), Napierała, Sobotka
Stomil: Czerwiński (Sadzawicki), Cholerzyński, Napierała, Sobotka (Chwalibogowski)
Dolcan: Sadzawicki, Kamiński, Napierała, Chwalibogowski
Stoperzy:
Tutaj żelazną dwójkę od początku rundy tworzyli Mateusz Kamiński i Adrian Napierała. Ci zawodnicy już grali ze sobą w rundzie jesiennej, co wówczas wynikało w pewnej mierze z braku piłkarzy na tę pozycję (kontuzja Beliancina, dyskwalifikacja Kowalczyka). Spisali się wówczas jednak w oczach trenera na tyle, że miejsca nie oddali, gdy wspomniani w nawiasie zawodnicy wrócili do treningów i gry. Zarówno Kowalczyk, jak i Beliancin grali więcej w rezerwach, choć temu drugiemu incydentalnie zdarzyły się występy w pierwszej drużynie.
Kamiński i Napierała stanowili trudny do przejścia monolit na początku rundy. Co prawda zwłaszcza w przypadku Kamyka – jeden poważniejszy błąd na mecz wówczas się pojawiał, ale pozostawał on bez większych konsekwencji. W pierwszych siedmiu meczach GKS stracił dwa gole, w których stoperzy nie zawinili – rykoszet na Cracovii i strzał z dystansu w Niecieczy. De facto jeśli mówić o jakiejś większej winie tej dwójki przy straconych bramkach, musimy przejść aż do końcówki rundy wiosennej. Problem w tym, że te błędy się nasiliły. W spotkaniu z Arką złe ustawienie Adriana Napierały (choć nie miał asekuracji), a przy drugim golu Mateusza Kamińskiego doprowadziły do utraty bramek. W Grudziądzu natomiast niewiarygodnie wysoko ustawiona linia obrony (ostatni zawodnik – Kamiński niemal na linii środkowej boiska) doprowadziły do tego, że jedno długie podanie rozmontowało całą naszą defensywę. W drugiej fazie wiosny trochę błędów się Napierale i Kamińskiemu zdarzały, ale jak się okazuje, były one bez większych konsekwencji. Obaj zawodnicy też mieli mecze przerwy – Napierała z powodu choroby nie wystąpił z Tychami i Miedzią, Kamiński z powodu kartek z Kolejarzem oraz już decyzją trenera ze Stomilem, a we wcześniejszym meczu z Olimpią zszedł w przerwie. O ile Napierała był pewniakiem na 100% to wspomniane dwie (a w zasadzie półtorej) niekartkowe absencje Kamyka dały sygnał, że jednak na wszelki wypadek trener szuka jakiejś alternatywy, ale oczywiście nie zmienia to mocnej pozycji zawodnika w wyjściowej jedenastce. I dodajmy, że ci zawodnicy zawsze coś ustrzelą – Napierała zdobył dwie bramki (Polonia i Okocimski), a Kamiński jedną, ale bardzo ważną, bo zwycięską z Zawiszą.
Na środku obrony występowali też Kamil Cholerzyński i Jacek Kowalczyk. Cholerzyński zastąpił chorego Napierałę z Tychami i spisał się więcej niż dobrze. W meczu z Miedzą również grał solidnie, ale w drugiej połowie przeszedł do pomocy i tam dopiero zobaczyliśmy jego możliwości. Co prawda w meczu ze Stomilem Kamil nie do końca pewnie interweniował w swoim polu karnym, ale bramka nie padła. Trzeba docenić, że z marszu wszedł na obronę w spotkaniu z Tychami i nie okazał się gorszy od Napierały czy Kamińskiego. Co do Kowalczyka to zagrał dwa mecze – cały w Stróżach i drugą połowę z Miedzią. W Stróżach zawalił gola, bo kryjąc Macieja Kowalczyka dał się jak junior odepchnąć i napastnik rywala miał praktycznie pustą bramkę. W Legnicy wszedł w ramach roszady taktycznej – czyli przesunięcia Cholerzyńskiego do pomocy i zastąpienia go w obronie właśnie Kowalczykiem. Zawodnik był nieco elektryczny, ale i tu gospodarze gola nie zdobyli, w czym duża zasługa… szczęścia.
Boczni obrońcy:
To była dość newralgiczna pozycja w rundzie jesiennej – zarówno prawa strona, jak i lewa. Na jesieni po prawej grywali Michal Farkas i Alan Czerwiński, po lewej Damian Kaciczak, Bartosz Sobotka i Bartłomiej Chwalibogowski. O ile na prawej wydawało się, że w końcówce rundy świetnie swoją szansę wykorzystał Farkas i będzie pewniakiem na wiosnę, to na lewej stronie wszyscy grali źle i to ta flanka wymagała wzmocnienia na pierwszym miejscu.
W przerwie zimowej do klubu zostali ściągnięci Dominik Sadzawicki (prawa) i Jarosław Ratajczak (lewa). Obaj dobrze spisywali się w sparingach, a Ratajczak potrafił nawet pokazać kilka bardzo dobrych wrzutek. Wydawało się, że będzie podstawowym zawodnikiem. Tymczasem w pierwszym meczu z ŁKS niespodziewanie na boisko wybiegł Chwalibogowski i miał udział przy akcji bramkowej. Tak naprawdę było widać, że trener ma spory zgryz, co zrobić, bo z jednej strony nie po to ściągał Rataja, żeby ten nie grał, z drugiej gdzieś trzeba było „upchnąć” Chwalibogowskiego. „Upchnąć”, bo inaczej nie da się nazwać wystawienia Chwaliboga na… prawej pomocy w meczu z Wartą. Ratajczak zagrał jednak pół meczu i to było na tyle, jeśli chodzi o rundę wiosenną tego piłkarza w pierwszym zespole. Na lewą obronę szybko wrócił Chwalibogowski i można śmiało powiedzieć, że była to dobra runda zawodnika i problem lewej obrony na tę chwilę zniknął. Raz zawodnik bardziej udzielał się ofensywnie, raz mniej, ale trzymał poziom. Jedynie w końcówce rundy nieco jego forma opadła, oprócz meczu z Olimpią Grudziądz, kiedy wszedł po przerwie na boisko i grał bardzo dobrze, choć to akurat było wyjątkowo w pomocy. Na lewej stronie w końcówce rundy był próbowany Bartosz Sobotka, ale grał niemrawo, przeciętnie i raczej swojej szansy nie wykorzystał.
Na prawą stronę przyszedł młody Sadza i z marszu wywalczył miejsce w podstawowym składzie. Co prawda początki były trudne i zawodnik popełniał nieco błędów, ale z każdym meczem jego gra zyskiwała na solidności, choć i błędy dalej się zdarzały, jak z Kolejarzem, kiedy gola zdobył Giesa. W meczu z Flotą pokazał też swoje drugie oblicze – zawodnika ofensywnego, gdy w końcówce szalał na prawym skrzydle, czego efektem była asysta i kilka strzałów. Piłkarz dopiero zaczyna przygodę w seniorskiej piłce, więc trudno o ideał, ale naprawdę jak na pierwszą rundę na tym szczeblu rozgrywek, to wyglądało to bardzo dobrze. Końcówka rundy to już trochę więcej błędów, także w ustawieniu, ale trudno się dziwić, skoro cała wiosna piłkarska trwała niecałe trzy miesiące. Gdy nie mógł grać Sadzawicki, jego miejsce na obronie zajmował Alan Czerwiński. Wiele napisaliśmy już na jego temat po meczach, więc tutaj nie będziemy się powtarzać i pastwić. Trener Górak straszy, że dalej będzie Alana wystawiał na prawej obronie, ale żeby tak zrobić, to przede wszystkim pewnych rzeczy musi go nauczyć. Bo gdyby w jego grze chodziło nam o jakieś błędy techniczne czy przegrane pojedynki 1 na 1, to jest moglibyśmy to przełknąć, bo to są rzeczy, które raz wyjdą, raz nie. To co jednak najbardziej raziło w jego grze to notoryczne błędy w ustawianiu, a wręcz brak tego ustawiania się. Jaskrawo to było widać w meczu w Olsztynie, gdzie gdy piłka poleciała na nasze lewe skrzydło, Alan sobie hasał w środku boiska, a na swojej pozycji był po 10 sekundach. W ten sposób trudno się dziwić, że Stomilowcy dośrodkowywali celnie aż miło, bo mieli tak wiele czasu, żeby sobie piłkę ułożyć na nodze, spojrzeć i celnie wstrzelić. Dlatego Alan na prawej obronie OK, ale niech się najpierw nauczyć trzymać swojej pozycji i bierze za nią odpowiedzialność. Ale nie w taki sposób jak w Jaworznie, kiedy rzeczywiście uciekł na swoją pozycję, ale tym samym po prostu uciekł z akcji, po której Tychy strzeliły gola. Żeby było jasne, jako zawodnika Alana się nie czepiamy, bo na pozycji prawego pomocnika mógł się podobać. I jeśli już ma grać to lepiej tam. Ale trener ściągnął go jako obrońce i zapewne tego się będzie niestety trzymał, choć na razie to Sadzawicki jest nr 1.
Podsumowanie:
Linia obrony ustabilizowała się. Sadzawicki, Kamiński, Napierała i Chwalibogowski to prawdopodobnie ci piłkarze, którzy wyjdą na pierwszą kolejkę w przyszłym sezonie. Wszyscy mieli lepsze i gorsze momenty w rundzie wiosennej, ale ogólnie trzeba powiedzieć, że cała defensywa spisała się dobrze. Przydałyby się jednak wzmocnienia – zmiennicy dla Sadzy i Chwaliboga, bo na tę chwilę takowych wartościowych nie ma, oraz dla stoperów, bo posyłanie Cholerzyńskiego do obrony, to łatanie dziury pomocnikiem. Do poprawy są indywidualne błędy, które się przydarzają obrońcom. To poprawił Chwalibogowski, który takie kiksy miał na jesieni, a wiosną już nie. Tak więc można optymistycznie patrzeć w przyszłość, ale nie można się zadowolić tym co jest, tylko cały czas poprawiać jakość poczynań defensywnych.
Felietony Piłka nożna
Moje 30 lat
Obecny tydzień mija mi pod znakiem jubileuszy. Dokładnie dzisiaj mija mi 30 lat z GKS Katowice. Pomyślałem sobie, że więcej napiszę o tym w felietonie przed meczem z Pogonią Szczecin. Tym bardziej, że już w sobotę będzie kolejna okrągła rzecz – ponieważ wczorajszy pojedynek z Wieczystą był moim 699. meczem GKS Katowice. To wszystko – przyznam – robi na mnie wielkie wrażenie. To kawał życia i bardzo ważna jego część. Ale tak jak mówię – kilka słów więcej napiszę w piątkowym felietonie przedmeczowym. Ale swoją drogą – myślę sobie, że mógłbym napisać pokaźnych rozmiarów książkę, bo historii, anegdot było po prostu przez te 30 lat całe mnóstwo.
Trafiam z tymi jubileuszami na bardzo dobry czas. Zarówno w krótkim, jak i w dłuższym kontekście. Wiadomo – ostatnie 2,5 roku to pasmo radości i sukcesów. Udana walka o ekstraklasę, a potem naprawdę godne reprezentowanie klubu na piłkarskich polskich salonach. Choć bywały momenty lepsze i gorsze, to oba zakończone sezony były po tych 19 latach posuchy po prostu kapitalne. Z czego drugi dał nam Europę, co było przygodą niesamowitą i jedynie zaostrzyło apetyty na powtórkę. Jak sobie przypominam wyjazdy do Żyliny czy Miszkolca, to myślę sobie, że kurcze chciałbym to powtórzyć, że chcę więcej. A mecze u siebie ze Słowakami i Hapoelem też przecież były piłkarskim świętem.
W obecnym sezonie GieKSa nie zwalnia. Mimo swoich problemów – defensywnych czy na wyjazdach – sumarycznie notuje bardzo dobry początek sezonu. Posłuchajcie na przykład tego – w poprzednim sezonie na koniec jesieni mieliśmy 20 punktów. Teraz w połowie października mamy tych punktów 18. Czyli już za chwilę przebijemy ten zeszłoroczny dorobek. Rok temu po 10 kolejkach mieliśmy o 10 punktów mniej.
Myślałem nawet, że to może być najlepszy dorobek punktowy po 10 kolejkach za czasów drugiej kadencji trenera Góraka. Tu jednak w sezonie zakończonym awansem do pierwszej ligi GieKSa miała 20 punktów. Nie zmienia to faktu, że 6 zwycięstw w 10 meczach daje solidny dorobek nawet mimo czterech porażek. Bo grunt, że GieKSa tych meczów, których nie przegrała, nie zremisowała, tylko wygrała.
Rok temu złapaliśmy bardzo dobrą serię późną jesienią. Były wygrane z rzędu z Motorem, Koroną i Termaliką. Tamte punkty były potrzebne jak tlen i pozwoliły nie zakopać się w dole tabeli. Ostatecznie jesień skończyliśmy tuż pod kreską, ale z tego co pamiętam z tą samą liczbą punktów, co pierwsza drużyna nad nią.
Teraz GieKSa zapunktowała wcześniej, a wpływ na ten dorobek mają oczywiście trzy ostatnie mecze, w których Katowiczanie go podwoili. Rozgrywki ligowe mają tę specyfikę, że jak złapiesz serię zwycięstw, to bardzo szybko wędrujesz w górę tabeli i przede wszystkim – bardzo oddalasz się od dołu. I jak zarówno w pierwszym sezonie liczyliśmy punkty nad (albo wewnątrz) strefą spadkową, tak teraz – na tym etapie sezonu – mamy aż 10 punktów przewagi. I najzwyczajniej w świecie możemy spać spokojnie. GieKSa już nie jest żadnym kandydatem do spadku. Oczywiście czujność zawsze trzeba zachować, ale przesunęliśmy się w hierarchii i idziemy do przodu, czyli… w górę.
Wczorajszy mecz bardzo cenię. GKS miał swoje problemy, dyspozycja nie była najwyższa, a rywal pokazał się z dobrej strony. Wieczysta to nie są leszcze Stefan. Widziałem ich mecze i potrafili grać efektownie i skutecznie. Mają swoje kłopoty, próbują tę drużynę indywidualności jakoś sklecić, stąd wyniki nie do końca są takie, jakby sobie życzyli. Ale pokazali przecież swoją moc, gdy wygrali w Gliwicach czy ostatnio wysoko z Wisłą Płock. Zremisowali w Łodzi, mimo że dwukrotnie przegrywali.
I zaprezentowali swój futbol w Katowicach. Oddali więcej strzałów, także celnych, mieli większe xG. Mieliśmy trochę szczęścia, że w kapitalnych sytuacjach Semedo czy Piazon fatalnie pudłowali. Wynik był cały czas na styku.
Bardzo podobał mi się początek meczu, pierwsze pół godziny. GKS znów grał bardzo intensywnie, pressował, nie dawał specjalnie rywalowi pograć w piłkę. I co najważniejsze – strzelił gola. To jest taka mała, a jednak decydująca różnica. Mówię o porównaniu z meczami, w których niby początek jest dobry i intensywny, ale do siatki nie trafiamy i później są kłopoty. Do samych bramek zaraz przejdę, bo zasługują na osobne potraktowanie.
Po tej półgodzinie oddaliśmy piłkę i pole rywalom. Nie stwarzaliśmy sobie sytuacji, musieliśmy się skupiać na obronie. Poczytuję to trochę jako „odchorowanie” tej intensywności z Częstochowy i początku meczu z Wieczystą. I to jest kompletnie sytuacja, która ma prawo się przydarzyć i nie ma co psioczyć. Po prostu trzeba wtedy mocniej skupić się na defensywie i grać w niej skutecznie. I ostatecznie Wieczysta swoją jakością stworzyła sobie sytuacje, natomiast daleki jestem od tego, żeby negatywnie ocenić naszą grę obronną w tym meczu. Błędy oczywiście się pojawiały, ale to nie były jakieś fatalne pomyłki. Ot zwykła gra defensywna, rzetelna.
Nie ustrzegliśmy się straty bramki. Tutaj jest kwestia do poprawy, gdyż straciliśmy ją podobnie, jak dwie z Cracovią, czyli po wrzutce i z czego jeden gol z Pasami i teraz były po centrze niemal spod bocznej linii boiska. Błąd w ustawieniu? Komunikacji? To już sobie sztab z piłkarzami przeanalizują.
W piłce liczą się bramki i ta prawda wyjątkowo mocno zaistniała we wczorajszym pojedynku. I to nie były jakieś farfocle, gdzieś tam fuksem wepchnięte do bramki przeciwnika. W kluczowych momentach – gdy trzeba było – Katowiczanie dali popis techniki, kunsztu i zespołowości. Oba gole były wspaniałe. Najpierw Marcel pociągnął dynamicznie, podał do Bartka Nowaka, a ten wypatrzył swojego ulubionego Ilję Szkurina. Sposób, w jaki Ilja wbił tę bilę do łuzy był fantastyczny. To było magiczne dotknięcie, z gracją, ale przede wszystkim z pewnością i zaufaniem do swoich umiejętności. A potem Ilja włączył swoją dynamikę i kapitalnym podaniem obsłużył Borję Galana. Co zrobił Hiszpan, to ja nie wiem. Jak on wypatrzył tego Bartka, jak mu podał. Strzelanie do pustej bramki bardziej kojarzy się z podaniem poprzecznym, którym mija się bramkarza. Borja zagrał prostopadle, do tyłu, ale w taki sposób, że kapitan GieKSy miał praktycznie całą bramkę do dyspozycji, wystarczyło jedynie dołożyć nogę. Majstersztyk.
Bardzo ważne jest to, że w po tym okresie pewnej dominacji Wieczystej i po strzeleniu przez nich gola, GKS jednak ruszył po tę bramkę. I przeprowadził tę jedną, decydującą akcję. Nasz zespół w tym meczu za bardzo nie atakował. Ale gdy trzeba było – zrobił to. To jest po prostu adaptacja do warunków meczowych.
GieKSa nie będzie grać w każdym meczu tak ofensywnie i efektownie. Zdarzą się mecze lepsze i słabsze. Ale jeśli taki mecz udaje się wygrać, to ma to podwójną wartość. I najlepsze jest to, że nie mówimy tutaj o przepchnięciu meczu kolanem. Mówimy o tym, że GieKSa wygrała wspomnianym kunsztem w konkretnych dwóch akcjach. Coś pięknego.
Włożę teraz łyżkę, a może nawet dość dużą łychę dziegciu. Ale to do nas – kibiców. Abstrahując od niższej frekwencji – wiadomo poniedziałek itd. To gdy po końcowym gwizdku nagle wszyscy zaczęli się zbierać do chaty, to niestety pojawiły się smutne dla mnie obrazki. Ci z Blaszoka jeszcze jakoś zostali przytrzymani, żeby świętować z drużyną, chociaż przerzedziło się nieco. Ale gdy po radości z Blaszokiem piłkarze, jak to mają w zwyczaju, zaczęli dziękować kolejnej trybunie, to autentycznie był to… żenujący obrazek. Te trybuny były już całkowicie, ale to całkowicie puste. Naprawdę przykro patrzyło się na drużynę, która po trzecim zwycięstwie z rzędu bije brawo do pustych trybun. Ludzie, ja wiem, że poniedziałek i rano trzeba cisnąć do roboty, ale naprawdę zostać te pięć minut dłużej i podziękować drużynie za kapitalny wynik i grę w tych dwóch ostatnich meczach by po ludzku wypadało.
W sobotę mecz z Pogonią i zapowiada się fenomenalne widowisko. My mamy nadzieję, że GieKSa dalej będzie z tym swoim pazurem i dobrą formą piłkarską, ale trzeba się liczyć z tym, że i Pogoń jest w gazie. Czeka nas arcytrudne zadanie, zaryzykowałbym stwierdzenie, że najtrudniejsze u siebie w obecnym sezonie. Wiem też, że GieKSę stać na wielkie rzeczy.
Nie mam jakiegoś ciśnienia, żeby akurat z powodu mojego jubileuszu był korzystny wynik, dla mnie liczą się te liczby same w sobie, a wynik też sam w sobie, ale jakoś nie łączę tych rzeczy. Natomiast bardzo mocno będę trzymał kciuki za tę ekipę, bo tak jak pisałem wielokrotnie – są niesforni, a jednocześnie kapitalni. Nie da się nie lubić tej drużyny. I po prostu uważam, że to wielkie szczęście być kibicem GKS Katowice.
Piłka nożna
Górak: Czasem trzeba rzucić ofiarność
Po meczu wypowiedzieli się trenerzy GKS Katowice i Wieczystej – Rafał Górak i asystent Željko Kopića – Florentin Petre. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.
Florentin Petre (II trener Wieczystej):
Pierwszą połowę zaczęliśmy źle, ale ostatnie 20 minut graliśmy już swoją grę. Mieliśmy szansę, żeby coś strzelić, a po przerwie zaczęliśmy dobrze, mieliśmy dobre momenty, mogliśmy strzelić bramki. Wynik 2:1 to taki wynik niezbyt sprawiedliwy, wynik 2:2 byłby bardziej sprawiedliwy, choć to gdybanie. W ostatnich 15 minutach przycisnęliśmy, mieliśmy sporo szans na zdobycie gola, ale piłka nie zawsze wygląda tak, jak byśmy chcieli.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Trzeba oddać przeciwnikowi, graliśmy bardzo trudne spotkanie, rywal dał nam się we znaki – swoją fizycznością i umiejętnością gry w piłkę. Jestem pod wrażeniem przeciwnika i tym bardziej chylę czoła przed moim zespołem, bo zagrali bardzo dobry mecz. Chcielibyśmy być może mieć jeszcze więcej animuszu i kontroli, ale kiedy nie jesteś przy piłce to też warto tę kontrolę mieć.
Największy problem mieliśmy w 15 minutach drugiej połowy, kiedy rywal atakował już bardzo odważnie i wydawało mi się, że jak wytrzymamy jeszcze 3-5 minut, nie stracimy bramki, to odpowiemy skutecznie. Szykowaliśmy zmiany, ale ciut zabrakło mi czasu. To nie wina zawodników, którzy nie zdążyli wejść czy tych, którzy zeszli. Bardzo dobra energia wszystkich wchodzących i to mnie bardzo cieszy, bo dziś wygraliśmy zespołowością, nastawieniem i trzeba rzucić ofiarność, która może nie jest bardzo lubiana przeze mnie, ale bardzo ją doceniam, bo zawodnicy wykonywali świetną robotę w defensywie.
Naprawdę oddaję rywalowi, że spotkaliśmy się z rywalem bardzo trudnym, bardzo doceniam i szanuję te punkty.
Piłka nożna Wywiady
Kowalczyk: Spodziewaliśmy się, że Raków coś zmieni
Zapraszamy do wywiadu ze strzelcem bramki na 3:1 dla oraz młodzieżowym reprezentantem Polski Mateuszem Kowalczykiem.
Pewne zwycięstwo GieKSy w Częstochowie. Wróciłeś też do zespołu po przerwie reprezentacyjnej. Jak się czułeś na boisku i jak gra ci się w masce?
Mateusz Kowalczyk: Przede wszystkim cieszy wreszcie zwycięstwo na wyjeździe, i to dosyć przekonujące. Może poza tymi pięcioma–dziesięcioma minutami pod koniec pierwszej połowy, ale poza tym było naprawdę okazale. Realizowaliśmy to, co sobie założyliśmy, więc to na pewno cieszy.
Jeśli chodzi o maskę, to myślę, że po jakimś czasie już się do niej przyzwyczaiłem. Na początku był lekki dyskomfort, ale jeśli mam strzelać gole, to mogę w tej masce zostać już do końca. Zobaczymy.
Wspomniałeś o przekonującym zwycięstwie. Opowiedz o realizacji planu na dzisiejszy mecz.
Myślę, że w Rakowie zaszły spore zmiany i chcieliśmy to wykorzystać. To jeszcze nie jest ten Raków, który oglądaliśmy wcześniej. Dużo się tam zmienia, więc staraliśmy się znaleźć na to sposób. Z boiska wydawało mi się, że chcieliśmy wykorzystywać przestrzenie w środku, a następnie przenosić grę na boki. To nam się udawało. Szkoda, że straciliśmy bramkę na 1:1, bo Raków po zdobyciu gola trochę nas przycisnął. Jednak szybka bramka w drugiej połowie pozwoliła nam ponownie kontrolować mecz i ostatecznie doprowadziła do zwycięstwa. To bardzo cieszy.
To pokazuje, że zespół wykonał dobrą pracę podczas tych trzech tygodni. Ciebie nie było, bo przebywałeś na zgrupowaniu reprezentacji, ale szybko wkomponowałeś się w drużynę. Widać, że jako kolektyw zmierzacie w dobrym kierunku?
Dokładnie. Widać, że dobrze przepracowaliśmy ten okres. Sam oglądałem na YouTubie sparing i widziałem, jak to wszystko wyglądało, więc cieszę się, że idziemy w tym kierunku. Mam nadzieję, że złapiemy stabilność, szczególnie na wyjazdach, i zaczniemy zdobywać coraz więcej punktów, żeby zapewnić sobie spokój w trakcie sezonu i utrzymać GieKSę w Ekstraklasie.
Chciałbym też zapytać o czas spędzony z reprezentacją. Był bardzo dobry mecz ze Szwecją na Arenie Katowice. Nie chcemy skupiać się na spotkaniu z Włochami, ale ostatecznie awansowaliśmy na Mistrzostwa Europy. Jak wspominasz ten okres i jak czułeś się w reprezentacji?
Nie ukrywam, że każde zgrupowanie daje mi bardzo dużo. Jako piłkarz muszę chłonąć wiedzę od trenerów. Z kolegami również dobrze się dogadujemy i mamy bardzo rodzinną atmosferę. Jeśli chodzi o mecz ze Szwecją, to było fajnie. Wydaje mi się, że mieliśmy go pod pełną kontrolą i udało się wygrać w dobrym stylu. Włochy natomiast pokazały nam trochę futbolu i dały nam lekcję. Mimo że nie wszystko poszło tak, jak zakładaliśmy, ostatecznie cieszy awans. Być może ta porażka była nam potrzebna, żeby w przyszłości, już podczas Mistrzostw Europy i meczów z kolejnymi rywalami, pamiętać o tej lekcji i wyciągnąć wnioski. Sam awans bardzo cieszy. Myślę, że większość chłopaków, a pewnie każdy, oglądała ten mecz. Nawet po awansie dzwoniliśmy do siebie i rozmawialiśmy. Bardzo się cieszę, że udało się bezpośrednio awansować na Euro.
W poniedziałek wieczorem gracie kolejny mecz. Po takim zwycięstwie energii i pozytywnego nastawienia chyba wam nie zabraknie?
Dokładnie. Specyfika terminarza jest taka, że gramy mecze w krótkich odstępach, więc czasu na regenerację jest niewiele. Myślę, że to zwycięstwo dało nam kolejny powód, żeby w dobrych humorach i z odpowiednim nastawieniem przystąpić do poniedziałkowego spotkania. Musimy jak najszybciej się zregenerować i przygotować do meczu. Gramy u siebie i liczymy na wsparcie kibiców, bo na pewno będzie nam potrzebne, żeby zdobyć trzy punkty.
Byliście zaskoczeni łatwością, z jaką przedzieraliście się w pole karne Rakowa Częstochowa? W poprzednich sezonach Raków słynął z żelaznej defensywy, a dzisiaj wyglądała ona na bardzo nieszczelną.
Nie ukrywam, że spodziewaliśmy się , że w Rakowie pojawi się sporo nowych rozwiązań. Tak jak mówiłem wcześniej, ten zespół przechodzi pewnego rodzaju przebudowę. Znajduje się chyba w jednym z trudniejszych momentów w Ekstraklasie od X lat, więc na pewno nie jest to dla niego łatwa sytuacja. Chcieliśmy to wykorzystać. Wydaje mi się, że realizacja naszego planu przebiegała zgodnie z założeniami. Rywale nie do końca wiedzieli, jak poruszać się w tej czwórce obrońców, a nasze wejścia w wolne przestrzenie i częste zmiany stron sprawiały im spore problemy. Po strzelonej bramce Raków mocno nas jednak wypchnął. Popełniliśmy kilka prostych błędów i był to trudniejszy moment spotkania. W drugiej połowie mieliśmy już mecz pod kontrolą. Oby jak najwięcej takich połów.
W gruncie rzeczy Raków stworzył sobie tylko jedną sytuację, tę Oskara Repki w samej końcówce drugiej połowy. To było bronienie wyniku po profesorsku.
Też mi się tak wydaje. Wcześniej było kilka sytuacji, w których mogliśmy zachować się lepiej, ale nie da się w stu procentach wyeliminować zagrożenia. W Rakowie również grają bardzo jakościowi piłkarze i jest to dobra drużyna. Cieszę się, że udało się wygrać ten mecz bez większych nerwów. Potrzebowaliśmy przekonującego zwycięstwa na wyjeździe, bo wcześniej mieliśmy z tym ogromne problemy. W końcu udało się to zrobić, więc po przerwie reprezentacyjnej możemy z pozytywną energią kontynuować dobrą grę w Ekstraklasie.
Wróciłeś do zespołu, w którym większość zawodników nie była powołana do reprezentacji. Czułeś po powrocie to, że jednak nie spędziłeś w klubie tych kilku tygodni?
Nie, kompletnie. Spędziłem w GieKSie już tyle czasu, że dobrze znam ten system i nie sprawiło mi to większego problemu. Cieszę się, bo widać, że chłopaki bardzo mocno przepracowali ten okres. Taktycznie nie zmienialiśmy zbyt wiele, więc wystarczyło potrenować raz czy dwa i można było wrócić do pełnych obrotów na mecz.
Na koniec potrzebuję pomocy multimedialnej. Czy planujesz po sezonie zmianę numeru?
Nie, nie, nie. Na pewno nie. Zdecydowanie. Śmiechy śmiechami, ale w życiu.

Najnowsze komentarze