Kibice
Zagłębie Sosnowiec kibicowsko
Zagłębie Sosnowiec jest jednym z najstarszych klubów w Polsce, który swój początek datuje na 1906 rok. Sosnowiczanie mieli swoją dekadę między 1955 a 1965 rokiem, kiedy trzykrotnie zdobyli wicemistrzostwo, trzykrotnie brązowy medal i dwukrotnie triumfowali w Pucharze Polski. Jeszcze w latach 70. piłkarze Zagłębia ponownie spróbowali walki o mistrzostwo Polski, ale ostatecznie zajęli drugie miejsce. Oprócz tego wygrali dwukrotnie Puchar Polski i mają łącznie cztery takie tytuły w swojej gablocie.
Trochę historii
Będąc najlepszym klubem w Zagłębiu Dąbrowskim w latach ostatnich wymienionych sukcesów, pojawili się pierwsi zorganizowani fani Zagłębia. Już wtedy przez wątki historyczne relacja między całym Zagłębiem a resztą śląskich klubów (Górnik Zabrze, Polonia Bytom czy Ruch Chorzów), sprawiły, że mecze miały swój klimat, choć nie można było go nazwać „derbowym”.
Nasza historia piłkarskich spotkań jest naprawdę bardzo długa. Od samego początku, gdy pojawiliśmy się na piłkarskiej mapie Polski, debiutując w ekstraklasie od 1965 roku do praktycznie do 1991/1992 roku rywalizowaliśmy ze sobą non stop (nie tylko na murawie).
W sezonie 1992/1993 piłkarze Zagłębia zanotowali kolejny spadek i klub został rozwiązany. Był to bardzo smutny dzień dla kibiców Zagłębia, ponieważ nie posiadali swojego klubu. Podczas meczu CKS Czeladź – Ruch Radzionków, fani Zagłębia wykopali wielki dół na murawie na znak wycofania ich klubu z ligi, ponieważ ich miejsce zajęły właśnie Cidry. Gdy pracownicy klubu zakopali wykopalisko i mecz miał się rozpocząć, kibice Zagłębia tym razem wpadli na murawę i sprawili, że spotkanie się nie odbyło.
Znikając na dwa lata z piłkarskiej mapy Polski z nudów i przez brak udziału na meczach piłkarskich, zaczęli uczęszczać na mecze hokeja i koszykówki odbywające się w Sosnowcu, wypatrując czy nie przyjeżdżają inni kibice do ich miasta. Od sezonu 1994/1995 fani Zagłębia wrócili na trybuny. Na bazie rozwiązanej młodzieżowej drużyny Zagłębia, powstał zespół MOSiR Sosnowiec, ale dla Zagłębia była to okazja do powrotu na trybuny i jeżdżenia za swoim klubem. Zespół co prawda gra na poziomie 5. ligi, jednak nie przeszkadzało im to robić najazdów do lokalnych miejscowości.
Aktualne i byłe zgody i układy Zagłębia Sosnowiec
BKS Stal Bielsko-Biała – jest to zgoda powstała w 1982 roku i obecnie jest jedną z najdłuższych i najlepiej pielęgnowanych sztam w Polsce, która nigdy nie miała „przestoju”.
Legia Warszawa – zgoda powstała w 1970 roku i gdyby nie dwukrotne przestoje, byłaby to jedna z najdłużej trwających zgód w Polsce. Pierwsze zerwanie nastąpiło na samym początku lat 80., a drugie pod koniec tej samej dekady. W 1991 roku graliśmy w Piotrkowie Trybunalskim finał Pucharu Polski z Legią Warszawa, na którym pojawiło się po 2000 głów z każdej ze stron. Był to dosyć ciekawy mecz pod kątem kibicowskim, ponieważ Legia z Zagłębiem odnowiła zgodę, która w tym roku świętuje 30-lecie, z kolei wśród naszej załogi obecna była delegacja… GKS-u Tychy i… Ruchu Chorzów. Takie były to czasy, dziś dla młodego fana GieKSy jest to nieprawdopodobne.
Olimpia Elbląg – zgoda została zapoczątkowana w latach 80. i nigdy nie została zerwana, jednak przez brak kontaktów „wygasła”. Po odnowieniu kontaktów Legii z Olimpią ponownie Zagłębie z Olimpią także wróciło do starych czasów i zgoda trwa do dnia dzisiejszego.
Czuwaj Przemyśl – układ chuligański od 2018 roku.
Jest jeszcze kilka ekip, z którymi mają pozytywne relacje, jednak ciężko o precyzyjną nazwę w dzisiejszych czasach, bo niektóre „układy” (zwłaszcza WRWE) wyglądają jak zgody. Dobre relacje mają z Beskidem Andrychów, ADO Den Haag (rodzina Legii) i od niedawna ze Slavią Praga, wraz z którą stoczyli ustawkę przeciw z Banikowi i GieKSie.
Dawne zgody: Góral Żywiec, Lechia Gdańsk, ŁKS Łódź, Motor Lublin, Polonia Bytom, Resovia Rzeszów, Śląsk Wrocław, Unia Oświęcim, Widzew Łódź, Wisła Kraków.
Pogoń Szczecin potrzebuje osobnego rozdziału, ponieważ Blaszok wiele razy intonował „Legia, Pogoń, Zagłębie…”. Pozytywne relacje między Zagłębiem a Pogonią także nastąpiły w latach 80. – oczywiście mostem przyjaźni była warszawska Legia. W sezonie 1994/1995 została odnowiona zgoda Legia – Pogoń, więc legioniści postanowili „pilotować” ponowne przybicie zgody (kwiecień 1995) Pogoni z Zagłębiem. Jak wszyscy potem przyznawali, zostało to zrobione na siłę. Momentem przełomowym kończącym zgodę Szczecin – Sosnowiec było (według kibiców Zagłębia) wykrojenie z flagi Zawiszy Bydgoszcz przez Zagłębie, które przywłaszczyła sobie Pogoń jako swoją zdobycz. W kolejnych latach, po wykrojeniu flagi „FC Jaworzno” przez Zagłębie w czasach „nowożytnych”, nienawiść między obiema ekipami wskoczyła na wyższy poziom i do dziś mimo ogromnej odległości obu miast, kosa jest potężna. Doszło nawet do sytuacji, że Zagłębie pofatygowało się aż do Szczecina, gdzie… morsowała Pogoń i skroiła ich z flagi.
Nasze mecze
Jak wspominałem, Zagłębie do 1992 roku mocno z nami rywalizowało. Pierwszą datą, którą mam ze wspomnień starej gwardii, kiedy na Stadionie Ludowym zameldowali się fani GieKSy, była jesień 1984 rok. Obecnych było wtedy 250 naszych fanów. Były to jednak nasze początki organizacji na trybunach.
Jesienią 1989 roku do Sosnowca wybrało się aż 1500 fanów GieKSy. Na stadionie fani Zagłębia wówczas wystawili 500-osobowy młyn i fani GKS-u Katowice wiedli prym na trybunach. Podczas powrotu jadąca na hokej do Katowic Polonia Bytom napotkała kilku fanów GieKSy wystawionych na przynętę. Po gonitwie za GieKSiarzami przywitał ich komitet powitalny w liczbie półtora tysiąca fanów GieKSy. Resztę sami znacie.
Nasza ostatnia wizyta na stadionie Zagłębia miała miejsce aż 30 lat temu. Jesienią 1991 roku wybrało się również 1500 kibiców GieKSy.
W latach 90. nasze „mecze” przeniosły się na hale, gdzie ekipy regularnie widywały się na hokeju i przy każdych nadarzających się okazjach dochodziło do awantur.
Głównymi „spektaklami” były jednak mecze z Legią Warszawa, którą Zagłębie zawsze wspierało przy meczach z GKS-em Katowice.
W późniejszych latach, kiedy ostatecznie spadliśmy z ekstraklasy, lądując w odpowiedniku 4. ligi, walka z Zagłębiem to już typowe zasadzki i starcia o wpływy w poszczególnych miejscowościach. Z jednej i z drugiej strony, wielokrotnie dochodziło do ataków na trasie, czy niekiedy walki na ubitej ziemi. Żebym zdążył wyliczyć wszystkie incydenty na linii GKS – Zagłębie do dnia dzisiejszego, mecz musiałby być rozegrany w listopadzie.
W 2015 roku nadeszła okazja do pierwszego meczu od 23 lat. W sierpniu został rozegrany nasz mecz przy pełnym stadionie, Blaszok zaprezentował znakomitą oprawę, sporej ilości pirotechnikę i oczywiście konkretne wsparcie wokalne. Piłkarze nie udźwignęli presji, co stawało się w tamtym okresie już normą. Zagłębie pomimo otrzymania 409 biletów, sprawiło, że do sektora gości weszło ostatecznie 500 osób. W tej liczbie znajdowało się: 70 BKS Stal Bielsko-Biała, 30 Legia Warszawa, 17 Czuwaj Przemyśl i 9 Olimpia Elbląg. W trakcie spotkania, kiedy Blaszok odpalił piro, race zaczęły lądować w sektorze Zagłębia, które zaczęło je nam „oddawać”. Obie zwaśniony strony próbowały sforsować płot, ale do niczego nie doszło.
Wiosną 2017 roku oczywistym było i tak się stało, że na wniosek wojewody, mecz został rozegrany bez naszej obecności. Jesienią tego samego roku ponownie mecz odbył się w Sosnowcu i nikt już nie miał złudzeń, że pojawimy się w sektorze gości. Wiosną 2018 roku pomimo nieobecności Zagłębia, stadion został wypełniony przez kolejną próbę walki o ekstraklasę, a towarzyszyła temu oprawa „Zawieszeni w czasoprzestrzeni”. Piłkarze wygrali 1:0 i myśleliśmy, to będzie „ten sezon”, ale ostatecznie to… Zagłębie mogło świętować upragniony awans do ekstraklasy.
Do zobaczenia na Blaszoku!
Eric Cantona
Felietony Piłka nożna
Wyzerowane atuty – diagnozy brak
Szczerze mówiąc nie chce mi się pisać tego felietonu, bo myślę sobie, że znowu będę pisał to samo. Rozbieżność między wynikami meczów u siebie i na wyjeździe sięgnęła absurdu. GKS rozegrał w tym sezonie siedem meczów – u siebie wszystkie trzy wygrał, na wyjeździe wszystkie cztery przegrał. Suma tego jest taka, że z europejskich pucharów już odpadliśmy, a w lidze mamy trzy punkty po trzech kolejkach. Czyli słabo – bo to średnia mogąca nawet nie dać utrzymania.
Piszę to wielokrotnie i napiszę jeszcze raz, bo już wiele razy w przeszłości czy to piłkarze czy trenerzy obrażali się na mnie, bo coś tam skrytykowałem. Nie mówię o sytuacjach, kiedy pojechałem z koksem i tak czy inaczej kogoś nazwałem, bo za to obrazę rozumiem. Cóż, młodość (która trwa, ale już inna). Ale my nie możemy doprowadzić do zagłaskania naszej drużyny – za ekstraklasę, za kapitalną w niej postawę czy za puchary. Wszyscy wiemy gdzie byliśmy i co trener wraz z kolejnymi grupami piłkarzy w ostatnich latach nam dał i daje. Więc tu nie ma mowy o podważaniu projektu jako całości. Ale trzeba mieć w tym wszystkim krytycyzm, bo jeśli w którymkolwiek momencie ktoś uznał, że zdobyliśmy już tyle, że teraz po prostu możemy do końca kariery jechać na sukcesie – to jest to – delikatnie mówiąc duży błąd. Więc tak, doceniamy ekstraklasę, super jest jeździć na te wszystkie stadiony w najwyższej polskiej lidze. I niech ten projekt w tym kształcie, z obecnym trenerem trwa jak najdłużej.
No ale są defekty. I ta postawa na wyjazdach naprawdę każe się zastanowić nad kilkoma rzeczami. Bo to jest coś, co jakiś czas się w GieKSie powtarza, mamy powtórkę z czterech przegranych wyjazdów na początek sezonu z zeszłego roku. A w pierwszym po awansie do ekstraklasy sezonie, na wiosnę także przydarzyły się cztery wtopy z rzędu na delegacjach.
Ale to nie chodzi tylko o wyniki. Chodzi o grę, która co prawda nie zawsze ten wynik gwarantuje, a w perspektywie pewnego okresu czasu (raczej krótszego niż dłuższego) dobra gra statystycznie przynosi względnie dobre wyniki. U nas nie jest największym problemem to, że przegraliśmy cztery mecze z rzędu. Problemem jest to, że te mecze przegraliśmy zasłużenie, bo graliśmy bardzo słabo.
Wczoraj chciałem wierzyć, że jak długo ten mecz trwał, w końcu coś wciśniemy. Mecz z Motorem w naszym wykonaniu nie był aż takim paździerzem, jakie trochę razy ostatnio na wyjazdach oglądaliśmy. Przypomniał się mecz z Cracovią, kiedy wydawało się, że przy 0:0 na koniec spotkania pozostanie spory niedosyt. A rywal w końcówce nam wmontował bramkę i już nawet z remisu nie można było się „cieszyć”. Ostatecznie, choć wczoraj GieKSa nie była beznadziejna, to była jednak słaba. Tym bardziej martwi to, że naprzeciw mieliśmy drużynę mocno przeciętną, do tego skleconą naprędce po kadrowych zawirowaniach, z nowym trenerem. A my – stabilni i budowani od kilku lat – nie potrafiliśmy zrobić na tym boisku nic. Przecież, gdyby nie Ndiaye czy może jeszcze Simon, to by Pan Czubak piłkę oglądał z daleka i nie miał okazji zaprezentować swojego świetnego wykończenia. Motor był do bólu średni, ale swoim jednym czy drugim błyskiej robił różnicę.
U nas tym razem w obronie nie było „wesołego miasteczka”, choć oczywiście nie ustrzegliśmy się błędów, po których padły bramki – najpierw nieuznana, a potem już prawidłowa. Jednak w tym meczu to nie obrona była naszym głównym problemem. Tym razem było to słabe/bardzo słabe/beznadziejne rozgrywanie ataku pozycyjnego. O kontrach nawet nie mówię, bo mam wrażenie, że jak my wyprowadzamy kontrę, to zaraz jeden czy drugi nasz zawodnik się zatrzymuje, robi kółeczko, wycofuje nie wiadomo gdzie i po kontrze nici.
Od patrzenia na nasze rozegranie piłki na połowie przeciwnika oczy bolały. Sposobności mieliśmy całe mnóstwo, bo Motor bronił się nieraz dość nisko – nie desperacko w swoim polu karnym – ale mocno na swojej połowie. My graliśmy po obwodzie – to na lewo, to na prawo. I często kończyło się do słabą wrzutką, z którą rywale nie mieli problemu. Przede wszystkim więcej w tym temacie oczekiwałem od Bartosza Wolskiego, bo naprawdę zawodnik ma większe umiejętności niż to, żeby zagrać leciutką piłkę à la serwis Pawła Zagumnego w pole karne i liczyć na czysty przypadek, że akurat trafi w nią ktoś z naszych, a nie przeciwników. Dlaczego nie ma mocnych, takich soczystych wrzutek? Dlaczego nie ma jakiejś próby większej precyzji? Nie mówiąc o tym, że nasi wahadłowi też chyba mocno zapomnieli, co to znaczy żwawość na boku. Nie ma dynamicznych pojedynków 1 na 1 na skrzydle na wysokości pola karnego, wejść w to pole karne. Jest to wszystko takie miałkie i nijakie i taka była ofensywa GKS w tym meczu. Naprawę zestawiając to z pojedynkiem z Motorem z rundy wiosennej i bramek, jakie GieKSa strzelała w tamtym meczu można… dostrzec różnicę.
Ostatecznie najlepszymi okazjami GKS był strzał Ilji w słupek i sytuacja, w której Ilja gola strzelił, ale Bartosz Nowak był w tej sytuacji na spalonym. Tak, był jeszcze strzał napastnika po dośrodkowaniu oraz uderzenie Mateusza Wdowiaka w boczną siatkę. I to tyle. Motor miał swoich groźnych sytuacji więcej.
Widać też, że trener szuka optymalnego składu, ale na razie większość zawodników swoją grą nie przekonuje, by zagościć w jedenastce na stałe. W pomocy kombinujemy. Bartek Nowak ma abonament na granie, ale wychodzi na to, że Bartek Wolski również. Chcieliśmy tego duetu, czekaliśmy na to, jaki zrobią oni techniczny zamęt w tej lidze. Na razie jednak to tylko mrzonki. Nie mamy twardości w środku pola. Jeszcze do tego dokładamy Marcela, który jest ambitny, szybki, ale też nie jest to skała. Do tego wygląda na to, że wczoraj przegrał z upałem, z ręką na sercu, jak widziałem, że podciąga sobie tę koszulkę i w ogóle miałem z daleka wrażenie, że jest cały czerwony, to pomyślałem, że Rafał Górak zrobi wyjątek i ściągnie piłkarza w przerwie. Tak też się stało.
Pamiętam jak w poprzednim sezonie po Górniku Zabrze trener zapowiedział, że coś musimy zmienić w samym podejściu do spotkania i strukturze gry na wyjeździe. Choć potem przegraliśmy jeszcze z Lechią, to za chwilę gra GKS na obcych stadionach zaskoczyła. GieKSa wygrała z Lublinie, Niecieczy, w Pucharze Polski z ŁKS. Na początek roku było zwycięstwo w Lubinie. Były te mecze z Rakowem i Lechem. Czyli da się. Problem jest taki, że jak drużyna wpadnie w wyjazdową otchłań bezradności i niemocy, to trudno z niej się wykaraskać.
Najgorsze jest to, że nie widać, aby był jeden mądry, który zdiagnozował, gdzie leży problem. A to musi być głębszy problem mentalny, bo przecież u siebie ci zawodnicy – zarówno indywidualnie, jak i jako cała drużyna – potrafią przecież grać w piłkę. Co się z nimi dzieje na wyjeździe i dlaczego? Może to jest coś na etapie samego wyjazdu na mecz, podróży, hotelu, dnia meczowe na wyjeździe? Może to tam trzeba poszukać, co się takiego dzieje z piłkarzami, że opada z nich cała ta agresja, moc i siła? Może gdzieś jest zbyt duże rozluźnienie, a może to rozluźnienie jest zbyt małe? Trzeba szukać, w każdym szczególe, w każdym posiłku, w każdej minucie spędzonej w autobusie.
Przyznam, że po tym kolejnym przegranym meczu nie mam smutku, żalu czy załamki. Jest po prostu po raz kolejny irytacja i taka frustracja, bo widzę tę bezradność piłkarzy i mi się udziela. Nie ma w życiu chyba gorszego poczucia niż to, że nie ma się wpływu. A gra GKS a wyjeździe wygląda tak, jakby zawodnicy nie mieli dostępu do swoich atutów, które dają różnicę, tylko próbowali sztampowych, oklepanych i zupełnie nieefektywnych na tym poziomie rozwiązań.
I trzeba coś z tym zrobić szybko, bo wkrótce czekają nas trzy trudne wyjazdy – Zabrze, Gliwice i Lubin. Tu już po prostu obowiązkowo będzie trzeba punktować.
A na razie Wisła Płock. Dobrze, że przynajmniej u siebie te atuty nie są zablokowane. Liczymy, że i tym razem tak będzie, GieKSa swoje gole będzie strzelała i trzy punkty zdobędzie.
Piłka nożna
Górak: Brakuje nam wytrawności
Po meczu Motor Lublin – GKS Katowice wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Mariusz Misiura i Rafał Górak. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Jesteśmy rozczarowani tym, że przegraliśmy spotkanie, włącznie z powiedzeniem, że jeżeli nie możesz wygrać, to powinieneś umieć go zremisować.
Takie mam odczucia w stosunku do tego meczu. Niestety – nie jesteśmy jak na razie w stanie zagrać meczu na zero z tyłu, który dałby nam przestrzeń, żeby wywieźć z takiego spotkania remis, bo może on też nie byłby to szczyt naszych marzeń przed spotkaniem – bo przyjechaliśmy z zamiarem wygrania meczu – ale na pewno remis bardziej odwzorowywałby to, co się działo. Ale to jest nieistotne, bo ten który bramkę strzela ma tę radość, a ten, który tego nie robi – tej radości nie ma. W wielu momentach za dużo mamy rozpiętości poziomowych w spotkaniach. To mnie też trochę na razie smuci, bo powinniśmy się stać bardziej wytrawną drużyną, a tego nam brakuje. Mamy bardzo dobre momenty, kiedy gramy zgodnie z tym, co chcemy robić, a mamy też takie kiedy ta gra na różnych pozycjach w różny sposób ofensywie czy defensywie nam się łamie i powoduje bałagan, który kończy się niekiedy tak, jak się skończył przy straconej bramce. Byliśmy w posiadaniu piłki pod polem karnym przeciwnika i tej wytrawności jeszcze brakuje – tego będziemy szukać. Dziś jest masę rozczarowania i sportowej złości, ale nic tu po narzekaniu, trzeba brać się do roboty i mocno wyciągać wnioski choćby z tego, że przy czterech meczach wyjazdowych w tym sezonie cztery razy schodzimy pokonani i to nas bardzo denerwuje i jesteśmy niezadowoleni. Ale po to niekiedy takie próby są, żeby wychodzić, silniejszym. Teraz będziemy się przygotowywać do następnego spotkania, potem mamy trzy mecze z rzędu na wyjeździe. Czeka nas nie lada sprawdzian i jestem przekonany, że wyjdziemy z tego obronną ręką. Dzisiaj jest dużo złości, rozczarowania i momentów, z których z gry jesteśmy niezadowoleni.
Mariusz Misiura (trener Motoru Lublin):
Bardzo się cieszę, że wygraliśmy mecz i zdobyliśmy trzy punkty. Bo mam poczucie, że to był czwarty naprawdę dobry mecz w naszym wykonaniu i jak ten czas leci – mijają tygodnie – przygotowujesz się do czwartego spotkania, a na koncie masz jeden punkt, to zapominamy, co się wydarzyło w pierwszej czy drugiej czy trzeciej kolejce. Wydaje mi się, że drużyna zasłużyła, żeby mieć ich więcej. Wierzę, że konsekwentną pracą i procesem będziemy budować silną drużynę.
Co do meczu to wydaje mi się, że wykreowaliśmy więcej sytuacji, na pewno w pierwszej połowie, konsekwencją tego jest bramka. Powiedzieliśmy sobie w szatni, że musimy zostawić serce i charakter. 104 minuty w takim upale to szacunek dla piłkarzy. Sami państwo siedząc na trybunach czuliście gorąco i zmęczenie.
To jest coś normalnego, że w takim upale przydarzały nam się błędy, cieszę się, że nie było z tego konsekwencji w postaci gola, ale podobało nam się nasze dążenie do strzelenia bramki. Dobre zmiany, każdy z zawodników dał impuls. Bardzo się cieszę z tych trzech punktów i idziemy dalej.
Piłka nożna
Hapoel: Nowi zawodnicy pomogą drużynie?
W przerwie pomiędzy sezonami działacze Hapoelu dokonali kilku zmian w składzie. Z klubem pożegnało się pięciu zawodników i tylu samo podpisało nową umowę.
Największe nadzieje są wiązane z pochodzącym z Ghany Douglasem Owusu. 20-letni Owusu gra na pozycji napastnika, poprzednie dwa sezony grał w Super liga Srbije – najpierw w Radniku Surdulica, a przez ostatnie pół roku w Crvenie Zvezda Belgrad. W tych dwóch klubach strzelił 11 bramek i zanotował tyle samo asyst. Kontrakt z Owusu został podpisany 5 sierpnia i od razu został zgłoszony do rozgrywek Ligi Konferencji, jednak nie zagrał w meczu w Miszkolcu. Filigranowy (mierzy zaledwie 1,65 m) piłkarz jest wart 4,5 mln euro.
Hapoel podpisał także umowę z obrońcą Doronem Leidnerem. 24-latek występował w drużynie z Tel Awiwu jako junior, później „błąkał” się po Europie (Olympiakos Pireus, Austria Wiedeń, FC Zurich), by ostatecznie wrócić do Hapoela. Leidner występuje w kadrze Izraela. Jego wartość rynkowa wynosi 300 tys. euro. Doron wystąpił we wszystkich meczach pucharowych, w jednym w pełnym wymiarze, w pozostałych był zmieniany po około 60 minutach. W drugim meczu z Ludogortsem zobaczył żółtą kartkę.
Kolejnym obrońcą, który podpisał nową umowę, jest wysoki, mierzący 188 centymetrów, Chico. 27-latek przez większość kariery grał w Brazylii (Sport Recife i Novorizontino), a na początku poprzedniego sezonu został wypożyczony do Hapoelu. Przed tym sezonem związał się z klubem 3-letnią umową. Wartość rynkowa Chico oceniana jest na 1,2 mln euro. Brazylijczyk wystąpił we wszystkich meczach pucharowych. W pierwszym meczu z Ludogortsem strzelił bramkę i zobaczył żółtą kartkę.
Z kolei 24-letni Yonatan Farber gra na pozycji pomocnika i występował tylko w drużynach z Izraela. Farber mierzy 1,9 m, a jego wartość wyceniania jest na 350 tys. euro. W meczach pucharowych wystąpił tylko parę minut – w drugim meczu z Ludogortsem.
Ostatnim zawodnikiem, który dołączył do Hapoela przed sezonem, jest 19-letni Itay Shavit. Shavit jest reprezentantem Izraela U19 i gra na pozycji pomocnika. Jego wartość wyceniana jest na 150 tys. euro. Nie wystąpił w żadnym meczu pucharowym.












Najnowsze komentarze