Dołącz do nas

Siatkówka

[WYWIAD] Trzy sety z Grzegorzem Słabym – Set 1: Zagraliśmy tak jak… planowaliśmy!

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Pierwszy rok siatkarskiej GieKSy już za nami, więc najwyższa pora na podsumowanie sezonu przez trenera GKS-u. Zapraszam na ciekawą lekturę, a dziś część pierwsza…

 

Jesteśmy już kilka dni po ostatnim meczu, zdobyliście mistrzostwo ligi, na dodatek jako beniaminek, oswoił się już Pan z tą myślą?

– No jasne, że się oswoiłem, fajne uczucie wygrać tę ligę. Powiedzmy sobie szczerze, że był to nasz cel od początku do końca, wiedzieliśmy, że stać nas na to żeby to zrobić. Natomiast podstawą było zrobienie tej pierwszej czwórki, w momencie kiedy osiągnęliśmy pierwszą czwórkę no to, nawet nie trzeba było mówić w szatni o tym, że naszym następnym celem jest wygranie ligi, bo każdy to rozumiał doskonale. Cieszymy się, że cele które przedstawił przed nami zarząd klubu i cele które postawiliśmy sami przed sobą, udało się zrealizować.

Jak świętowaliście sukces?

– Chłopcy pewnie zebrali się tam na jakąś imprezę, ja powiem szczerze, że z rodziną spędziłem wieczór po meczu finałowym. Wiadomo, że tak jak większość zespołów świętowaliśmy. Najbardziej nam się podobało świętowanie wspólnie na hali, bo nie dość że gramy dla siebie, to przede wszystkim gramy dla kibiców. Rewelacyjne w tym wszystkim było to, że tak się poukładały te mecze, chociaż tego nie planowaliśmy, że mogliśmy świętować w Katowicach. Raz, to jest fajnie, że razem z rodzinami jesteśmy, a dwa, że z własnymi kibicami, którzy chodzili cały sezon na nasze mecze.

Wielu sympatyków drużyny zastanawiało się, dlaczego w play offie w słabszej dyspozycji był nasz najlepiej punktujący siatkarz rundy zasadniczej, Jan Król, aż w końcu posadził go Pan na ławce?

– Trzeba powiedzieć sobie szczerze, że szczyty formy były tak planowane, żebyśmy najlepiej grali w tej pierwszej fazie play-offów, gdzie wpierw graliśmy ze Siedlcami, a potem ze Szczecinem. Wiedzieliśmy też o tym, że w tych finałach będziemy lecieć też na takich już oparach. Janek grał cały sezon bardzo dobrze, ale nie jest możliwe, aby w sezonie nie przychodziły jakieś delikatne kryzysy formy. Karol Butryn trenował wzorowo przez cały ten okres i gdzieś ta szansa dla Karola musiała nadejść i nadeszła w finałach. Cały sezon walczył o to, żeby wyjść na to boisko. Janek swoją grą w zasadzie nie pozwalał mu na to, aby się na tym boisku pokazał publiczności. Gdzieś tam te zmiany dokonywaliśmy podwójne czasami, ale dostał swoją szansę w finale, bo Janek miał też problem delikatny z plecami i po prostu troszeczkę słabiej w tym okresie wyglądał. Karol wyglądał dobrze więc skorzystaliśmy z jego usług, tym bardziej, że wiele zespołów też się nastawia na jakiegoś konkretnego gracza drużyny przeciwnej, nas też te zespoły rozpisują. Myślę, że dużą niewiadomą dla SMS-u Spała na początku mógł być Karol Butryn, bo tych meczów nie rozegrał aż tak dużo i nie mieli aż takiej ilości materiałów do przeanalizowania z grą tego zawodnika, jakby mieli z Jankiem Królem. Natomiast tak jak mówię, po to mieliśmy dwóch równorzędnych atakujących, żeby oni się uzupełniali. Uzupełnili się w najważniejszym momencie, bo była taka potrzeba i zespół potrzebował tego. Zagrał Karol i wywiązał się ze swoich zadań znakomicie, a trzeba przypomnieć, że on ma tylko 23 lata, za dużo jeszcze nie pograł, ale pokazał się z super strony. Bardzo się cieszymy, że tak to zafunkcjonowało, Janek pociągnął wózek, praktycznie aż do finału, a w finale pałeczkę od niego przejął Karol i dokończył dzieła. Fajnie, że tak wyszło.

A nie jest łatwo przecież wejść nagle do składu, kiedy wcześniej cały sezon spędziło się w kwadracie dla rezerwowych, a to co zagrał w finałowym meczu decydującym, to po prostu mistrzostwo świata.

– Jest to bardzo ciężkie, wiadomo, że on tam też jakieś szanse swojej gry dostawał, ale było tego mało, no nie ma co się oszukiwać. Jak pyka, to się tego nie tyka, a nam pykało przez cały sezon dość dobrze, więc zmian w zespole zbyt dużo w trakcie sezonu nie było. Natomiast widzieliśmy w jakiej dyspozycji Karol był na treningach, w bardzo dobrej formie przez większość sezonu i wiedzieliśmy jak nadejdzie taki moment, że będzie konieczność dokonania zmiany, to on spokojnie podoła zadaniu. Cieszy mnie bardzo, że on wytrzymał to przede wszystkim psychicznie, bo to jest najważniejsze. To, że umiejętności i motorykę ma niesamowitą, jeżeli chodzi o skoczność i siłę, to wiedzieliśmy i że z tym będzie dobrze, natomiast udźwignąć w takim momencie ciężar grania i zakończyć tak jak zakończył finałowy mecz asem, to tylko czapki z głów. To znaczy, że jemu głowa podaje, albo nie myśli w tych najważniejszych momentach zbyt dużo i wie co ma robić, poszedł strzelił asa, super sprawa, tylko bić brawo.

Jak ogólnie oceni Pan postawę drużyny w play-offie?

– Uważam, że drużyna zagrała tak jak się tego spodziewaliśmy, jak planowaliśmy. Najważniejsze były te pierwsze mecze, czyli Siedlce wyjazd, to też taka na początku była niewiadoma, bo nie wiedzieliśmy dokładnie jak oni zagrają, my wiedzieliśmy jak się zaprezentujemy, bo byliśmy w dobrej formie i że jedziemy tam po zwycięstwo. A Siedlce grały w tym momencie w kratkę raz dobrze, a raz gorzej, raz wygrywały, a raz przegrywały. Cieszyliśmy się już bardzo po tej pierwszej rundzie play-off, że zrealizowaliśmy cel, który postawił przed nami klub, natomiast potem jak już dostaliśmy Szczecin i graliśmy te pierwsze dwa mecze u siebie, to widzieliśmy na treningach, że ta dyspozycja jest utrzymywana na dobrym poziomie i jakichś większych obaw nie mieliśmy, bo graliśmy w tym momencie naprawdę dobrą siatkówkę. Uważam, że mieliśmy takie dwa okresy, kiedy graliśmy naprawdę dobrą siatkówkę, mecze z Siedlcami i Szczecinem w play-offie i chyba tam był taki okres w styczniu, gdzie wygraliśmy u siebie 3:1 z Suwałkami, potem wygraliśmy też u siebie ze Szczecinem 3:1, tam naprawdę i fizycznie wyglądaliśmy rewelacyjnie bo kopaliśmy na zagrywce i tu było podobnie. Jak doszliśmy do finału ze Spałą, to już było widać, że wszystko tak już troszeczkę usiadło i powiem szczerze, że jak po meczach w Katowicach było 1:1, to ja się cieszyłem, bo mogliśmy równie dobrze drugi mecz przegrać, w czwartym secie goniliśmy wynik i to nam się na szczęście udało. Ten finał mógł się różnie potoczyć, bo nasza gra już wtedy dość mocno falowała i nie wyglądało to ciekawie. Wiedzieliśmy natomiast, że po to cały sezon się wspinaliśmy w rundzie zasadniczej, że jak wrócimy do Katowic i ten finał będzie u nas, no to chłopcy na tej adrenalinie i dla tej publiczności która nas poniosła i której w imieniu własnym i zawodników chciałbym też podziękować, że jesteśmy w stanie to zrobić, fajnie, że tak to się skończyło.

A jak Pan oceni samą rundę zasadniczą, w której ponieśliście tylko pięć porażek?

– Wynik bardzo dobry, ja uważam, że dość szybko złapaliśmy wiatr w żagle, bo wyglądaliśmy bardzo dobrze tuż przed ligą i te dwa tygodnie jak graliśmy tam sparingi różne, czy tam z Lokomotiwem Charków czy z innymi uznanymi zespołami klasy europejskiej i graliśmy z nimi na równo i nawet wygrywaliśmy, więc ta forma od początku ligi była dość dobra i nagle przyszło takie załamanie po czterech wygranych meczach, gdzie mieliśmy serię trzech porażek. Wtedy to nie wyglądało za różowo, bo mimo wszystko każdy liczył tu na wynik i każdy wiedział po co ten zespół był tworzony i te trzy porażki w tamtym momencie nas mocno zabolały. Odbudowaliśmy się od razu chyba w środę w meczu z Kętami i potem jak już poszło, to poszło z grubej rury, bo tam mieliśmy serię zwycięstw dość długą. Natomiast zaczęliśmy grać dobrą siatkówkę w tym momencie, wygraliśmy 3:2 w Krakowie i potem 3:2 w Spale i to wszystko ruszyło. Złapaliśmy taki fajny rytm grania, bo graliśmy tak środa-sobota, środa-sobota w tamtym okresie, gdzie kończył się mecz i już przygotowywaliśmy się do następnego, nam to bardzo pasowało, taka intensywność grania. I w Pucharze Polski przeszliśmy wszystkich rywali w tej fazie wstępnej bez problemu i to w fajnym rytmie szło, że mieliśmy dwa treningi-mecz i dwa treningi-mecz, tam dzień przerwy potem znowu i tak się to dobrze toczyło. Jesteśmy mega zadowoleni, bo wygraliśmy 32 spotkania, 5 spotkań w zasadniczym przegraliśmy, 2 w play-offach i 1 z Resovią czyli 8 meczy przegraliśmy ze 40 spotkań no to wynik jest rewelacyjny. Ja uważam, że w tym sezonie, ten zespół nie mógł osiągnąć nic więcej, chociaż jak pamiętam, chłopcy potem się śmiali, że brakło gdzieś tam żebyśmy powalczyli z Resovią, no ale to już było wiadomo czego by od nas ludzie nie oczekiwali i sami od siebie. Sezon był rewelacyjny, spełnienie marzeń, no bo co można zrobić więcej, wygrać rundę zasadniczą, wygrać ligę, być w ćwierćfinale Pucharu Polski i odpaść dopiero z mistrzem Polski. Przed sezonem jakby nam ktoś powiedział, że taki będziemy mieć wynik, to każdy z nas brałby to w ciemno i teraz należy się tylko cieszyć, że nam się to tak wszystko poukładało.

Z jakiego elementu siatkarskiego rzemiosła jest Pan zadowolony szczególnie, biorąc pod uwagę cały sezon.

– Wiadomo tę fazę break-point mieliśmy bardzo dobrą, bo kopaliśmy na zagrywce, zespół był ukierunkowany, żeby na zagrywce było duże ryzyko. Przecież w kadrze tej z trzynastu zawodników, tylko Kornel Przystał grał flota, ale grał też takiego agresywnego z rotacją, więc praktycznie wszyscy grali zagrywkę z wyskoku. Musieliśmy nad tym elementem pracować w szczególności, tak aby nie tracić tego rytmu na zagrywce, bo jak wiadomo, że jak jest ryzyko duże na zagrywce to często zdarzają się serie psutych serwisów, które wytrącają zespół z grania. Natomiast my tą zagrywką ustawialiśmy sobie wielokrotnie przeciwnika, gdzieś ktoś musiał grać często na wysokich piłkach albo oddawał nam punkt bezpośrednio po przyjęciu. Z zagrywki jesteśmy bardzo zadowoleni, no a na przestrzeni całego sezonu, to granie po przyjęciu mieliśmy dość stabilne, czyli dość szybko udawało się nam robić przejście przy własnym przyjęciu. W siatkówce jest wszystko zależne od dwóch elementów, od zagrywki i od przyjęcia, bo jak zagrywkę mieliśmy dobrą to automatycznie pojawiała się nam relacja blok-obrona, a w szczególności obrona. Zawsze mieliśmy praktycznie większą ilość piłek obronionych niż drużyna przeciwna, natomiast jeżeli chodzi o przyjęcie zagrywki to jak dostarczyliśmy tylko piłkę rozgrywającemu do siatki, czy to był Fijałek czy Jurkojć, to też byliśmy przekonani o tym, że sobie poradzimy. Gdybym miał powiedzieć na jakie najważniejsze elementy chcielibyśmy zwrócić uwagę, no to właśnie zagrywka i przyjęcie. Wiadomo jak się nie ma dobrej zagrywki, to nie ma się dobrego przyjęcia, bo tą zagrywką ćwiczy się na treningu przyjęcie, więc jak na treningu dysponowaliśmy mocnym strzałem z zagrywki, to wiadomo, że nasi przyjmujący też się przyzwyczajali do zagrywki agresywnej, która może sprawić problem każdemu przyjmującemu. Gdy na treningu nie ma zagrywki, to przyjęcia też się nie będzie miało w meczu, jak ktoś zagra zdecydowanie mocniej, więc ten element zagrywka-przyjęcie to była podstawa naszego grania, bo to też jest podstawa gry w siatkówkę i na to kładliśmy największy nacisk.

A który element wymaga poprawy i widzi Pan w nim tkwiące rezerwy.

– Każdy, każdy, to nie można tak powiedzieć, który nie wymaga, a który wymaga, bo były mecze w których bardzo dobrze funkcjonował nam blok, a zagrywka nie funkcjonowała aż tak dobrze, a były też mecze na odwrót. Powiem szczerze, że mieliśmy też problem z atakiem w pewnym momencie, w niektórych meczach przegrywaliśmy skutecznością ataku na piłce wysokiej i na błędach własnych w ataku. Tu na pewno jest pole do manewru, żeby grać troszkę mądrzej na tych wysokich piłkach, myślę, że właśnie tutaj są te rezerwy, ale nie ma co się tu wdawać w szczegóły, bo to każdy mecz jest inny.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Dokąd zmierzacie Szoszoni?

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po 23 latach GKS Katowice wraca do Europy. Niezwykłym faktem jest to, że trafiając na tak bliskiego geograficznie rywala jak MŠK Žilina, GieKSa zagra w pucharach z przeciwnikiem oddalonym zaledwie jedną czwartą odległości od miejsca, w którym te puchary drużyna sobie w lidze zapewniła. Jeśli Baltika Kaliningrad nie wywalczyła kiedyś pucharów w ostatniej serii gier z Łucz Energią Władywostok, to zapewne próżno szukać takiej sytuacji w annałach europejskiej piłki.

W lidze wyjazd 150 kilometrów kwalifikujemy jako nie najbliższy, ale bliski. Przecież to mniej niż choćby do Wrocławia, a przecież tam to jest szast prast i jest się na miejscu. Tak więc logistycznie wypadło dla GKS idealnie – brak konieczności lotu, a i dla kibica jest to wycieczka bardzo łatwa. Pamiętajcie tylko, że jeśli będziecie przekraczać granice w Zwardoniu, to odcinek autostrady D3 (Skalite – Svrčinovec) jest zamknięty i trzeba jechać wioseczkami i miasteczkami m.in. przez Oszczadnicę. Wiadomo – jeśli chodzi o przygodę dla kibiców, to lepszy byłby Hajduk, ale przygody zostawmy sobie po prostu na następne rundy.

MŠK Žilina to drugi po Slovanie Bratysława najbardziej utytułowany klub Słowacji. Został założony w 1908 roku pod węgierską – w wyniku madziaryzacji – nazwą Zsolnai Testgyakorlók Köre (Klub Gimnastyczny w Żilinie). Później nazwa zmieniana była kilkukrotnie, choć w latach 1919-1948 była bliska obecnej – ŠK Žilina. Zresztą tak samo nazywał się w latach 1990-1995 i właśnie wtedy dodana została literka „M”, czyli „Miejski”. Pierwsze sukcesy klub odniósł w latach 1928 i 1929 w nieoficjalnych rozgrywkach zdobywając Mistrzostwo Słowacji. To był czas, kiedy istniała Czechosłowacja i był okres, w którym najlepsze drużyny słowackie grały w fazie play-off o mistrzostwo łączonego kraju. W omawianych latach nie miało to jednak miejsca.

W lidze czechosłowackiej zespół grał przez 30 sezonów, a najwyższym miejscem z tamtego czasu było czwarte w sezonie 1946/47. Wielkimi zgłoskami zapisał się początek lat 60. W pierwszej w historii edycji Pucharu Czechosłowacji ówczesne Dynamo Żilina dotarło aż do finału, gdzie w Ołomuńcu uległo praskiej Dukli 0:3. Jako, że Dukla zdobyła mistrzostwo, Słowacy dostali przepustkę do Pucharu Zdobywców Pucharów. Tam to zrobili niemałą furorę, dochodząc aż do ćwierćfinału, choć były to czasy, że aby dotrzeć na ten szczebel wystarczyło przejść… jedną rundę.

W dwumeczu Żilina trafiła na grecki Olympiakos. W pierwszym meczu w Pireusie goście mimo dwukrotnego tracenia prowadzenia, w 87. minucie jednak dopięli swego, gdy Julius David po raz trzeci trafił do siatki. W rewanżu Słowacy wygrali 1:0 po golu Vladimira Pisarika.

Prawdziwa bomba miała miejsce w ćwierćfinale. Dynamo trafiło na broniącą pucharu Fiorentinę i w pierwszym meczu to właśnie klub z Żiliny sensacyjnie wygrał to spotkanie 3:2, wprawiając w osłupienie byłego wicemistrza świata, węgierskiego trenera Nandora Hidegkutiego, mającego swego czasu swój epizod na ławce w… Stali Rzeszów. W rewanżu jednak faworyt odrobił straty i wygrał 2:0.

Ciekawostka! Bramkarzem Żiliny w tych spotkaniach był zawodnik nazywający się… František Plach. Tak, to nie przypadek – był to dziadek obecnego golkipera Piasta Gliwice, mającego to samo imię, co świadczy, że była to persona poważana i szanowana w rodzinie. Kontuzjowanemu od marca wnukowi słynnego dziadka życzmy dobrej rekonwalescencji i dalszego dochodzenia do siebie po marcowym urazie kolana.

W nowożytnej historii, czyli grze już w stricte w lidze słowackiej – po rozpadzie Czechosłowacji – MŠK Žilina odniosła sporo sukcesów. Siedmiokrotnie zdobyli mistrzostwo, choć pięć z tych tytułów przypadło na pierwszą dekadę XXI wieku. Dodatkowo dwukrotnie zdobyli Puchar Słowacji i cztery razy byli finalistą. To właśnie zdobycie pucharu w tym roku dało piłkarzom Pavola Staňo przepustkę do kwalifikacji Ligi Europy.

Pavol Staňo to postać w polskiej piłce aż nadto znana. Jako piłkarz rozegrał aż 243 mecze w ekstraklasie i zdobył 23 bramki. Występował w Polonii Bytom, Jagiellonii, Koronie, Podbeskidziu i Termalice.

W XXI wieku Słowacy zagrali niezliczoną ilość spotkań w europejskich pucharach. Raz nawet awansowali do Ligi Mistrzów, gdy w decydujących bojach dwukrotnie wygrali ze Spartą Praga, ale w grupie już poszło im fatalnie – przegrali wszystkie sześć meczów, a z Marsylią polegli u siebie aż 0:7. Jeśli chodzi o pojedynczy mecz to na pewno słowaccy kibice wspominają triumf na Villa Park w 2008 roku, kiedy to niedoceniany przybysz z Europy środkowej wygrał z Aston Villa 2:1, co oklaskiwał z ławki trenerskiej dobrze znany w Polsce Dusan Radolsky. Co ciekawe Żilina, która teraz przecież przegrała dwumecz z Hajdukiem, wyeliminowała Chorwatów w 2009 roku w eliminacjach do Ligi Europy. Z ciekawszych wyników na uwagę zasługuje zwycięstwo z luksemburskim Dudelange… 5:4 oraz niesamowita końcówka dwumeczu z Worskłą Połtawa z 2015 roku. Żilina w pierwszym spotkaniu wygrała 2:0, taki sam wynik, tyle że na korzyść Ukraińców był po 90 minutach rewanżu. W dogrywce Worskła strzeliła na 3:0, ale w doliczonym czasie goście ze Słowacji zdołali strzelić gola dającego awans – wtedy jeszcze bramki na wyjeździe były premiowane. Potem Żilina nawet wygrała pierwszy mecz z Athletikiem Bilbao 3:2 (przegrywając 0:2 do przerwy!), ale w rewanżu Baskowie ugrali 1:0.

W poprzednim sezonie doszło w końcu do starcia MŠK Žilina z polskim klubem, mianowicie Rakowem Częstochowa. Medaliki nie zostawiły złudzeń Słowakom wygrywając 3:0 u siebie i 3:1 na wyjeździe. W dwumeczu tym debiutował w europejskich pucharach Oskar Repka, dla którego pierwsze starcie było dopiero drugim meczem w ogóle w barwach Rakowa, po inauguracji przeciw GKS Katowice. Choć proforma dodajmy, że w 1997 roku Żilina zmierzyła się w Pucharze Intertoto z Odrą Wodzisław, a było to o tyle ciekawe, że teoretycznie niemająca szans na Puchar UEFA Odra została właśnie zgłoszona do rozgrywek „Pucharu Lata”. Intertoto odbywało się wówczas jeszcze w trakcie trwania poprzedzającego sezonu i na finiszu ligi wodzisławianie jednak do Pucharu UEFA się dostali – kosztem GieKSy. Odra zremisowała z Żiliną 0:0, a trenerem gości było – co za zaskoczenie – Dusan Radolsky.

1 maja 2026 MŠK Žilina zdobyła swój trzeci Puchar Słowacji. W rozegranym u siebie, czyli na Stadioniem pod Dubnom, drużyna wygrała z FC Košice 3:1. Bramki zdobyli Michal Fasko, Filip Kasa i Marko Roginić. Tym samym trofeum wróciło do Żiliny po 14 latach. Co ciekawe z rywalem z Koszyc zespół zmierzy się w pierwszej kolejce nowego sezonu i pojedynek ten odbędzie się pomiędzy dwoma meczami z GKS Katowice.

Przez lata przewinęło się przez ten klub wielu nie tylko znanych zawodników, ale przede wszystkim znanych nam – polskim kibicom. Z racji bliskości do polskiej granicy, wielu słowackich zawodników czy trenerów mieliśmy okazję gościć na terytorium naszego kraju, ale przecież też Polacy zaznaczyli swój ślad w klubie spod Małej Fatry.

Obecnie barw słowackiego klubu broni Fabian Bzdyl, młodzian z Cracovii, który jednak nie miał okazji zagrać na Nowej Bukowej w przegranym przez Pasy 1:2 meczu. W przeszłości w Żilinie grał jeszcze Dawid Kurminowski i robił tam niemałą furorę – strzelając w 52 meczach aż 27 bramek i mając na koncie tytuł króla strzelców w sezonie 2020/21 z 19 trafieniami na koncie. No i największa obecnie gwiazda Jakub Kiwior, który z Železiarne Podbrezová trafił właśnie do Żiliny i rozegrał tam 50 meczów. Dobre występy zaowocowały transferem do Spezii, a potem piłkarz zdobył kontrakt życia w Arsenalu. Obecnie broni barw FC Porto.

A piłkarze, którzy grali w Żilinie oraz w polskich rozgrywkach: Aleš Besta strzelił nam kiedyś bramkę w meczu Górnika z GieKSą, gdy rozpoczynała się i umacniała ówczesna zgoda, a na Roosevelta, na starym jeszcze stadionie, przy 20 tysiącach kibiców mieliśmy piłkarskie święto. W Polsce grali lub grają przecież Wahan Biczachczjan, Roman Gergel, Ľubomír Guldan, Róbert Jež, Dušan Kuciak, Samuel i Patrik Mrázowie, Ján Mucha, Róbert Pich, František Plach, Ivan Trabalik czy Kristian Vallo.

Zdecydowanie największą karierę w światowej piłce zrobił Milan Škrinjar, reprezentant Słowacji, wychowanek tego klubu, który rozegrał niemal dwieście meczów w Interze Mediolan, a grał też w PSG. Zawodnik obecnie gra w Fenerbahçe i sposobi się do gry o Ligę Mistrzów z Górnikiem Zabrze. Polscy kibice mogą pamiętać Stanislava Sestaka, który niegdyś w Bratysławie w dwie minuty strzelił dwie bramki reprezentacji Polski w eliminacjach do Mundialu 2010 odwracają losy spotkania. No i oczywiście Martin Dúbravka, wieloletni bramkarz Newcastle United. Ostatnio grał w Burnley, a pod koniec czerwca został ogłoszony zawodnikiem Tottenhamu.

MŠK Žilina ma też powiązania z GieKSą. Jedno przeszłe, jedno obecne. Oliver Praznovsky grał w GKS przez dwa sezony. Miał lepsze i gorsze momenty, ale w formie był zawodnikiem bardzo solidnym. Katowicki Senderos strzelił cztery bramki dla naszego zespołu. Potem m.in. przez cztery lata grał w Chrobrym Głogów. No i obecny zawodnik – Marko Roginić. Chorwat w GieKSie był przez półtora sezonu i rozegrał 43 mecze zdobywając zawrotne 3 bramki – przeciw ŁKS, Łęcznej i Tychom – co ciekawe wszystkie na wyjeździe. Potem właśnie trafił do zespołu z Lubelszczyzny.

Nazwa stadionu MŠK Žilina wprost nawiązuje do wzgórza Dubeň znajdującego się nieopodal – po drugiej stronie rzeki Wag, a widocznego z samego obiektu. Analogicznie więc z wieży widokowej na górze tejże, widać stadion, jak i całą piękną panoramę miasta. Na tym jednak widoki się nie kończą, gdyż Żilina znajduje się nieopodal Małej Fatry ze swoimi wysokimi szczytami i bardzo wymagającymi podejściami na Wielki Krywań, Stoh czy Wielki Rozsutec, szpizczastą górę widoczną świetnie choćby z naszej Magurki Radziechowskiej w Beskidzie Żywieckim. Swoją drogą obiekt ten tak do złudzenia przypomina stadion Górnika Łęczna, że wspomniany Roginić, gdy zmieniał barwy klubowe musiał mieć w głowie niezłe zamieszanie i zastanowienie, czy aby na pewno transfer doszedł do skutku i nadal nie dźwięczyły mu w głowie tony głosu Krzysztofa Cugowskiego.

Drużyna i trenerzy Żiliny mieli duże aspiracje przed meczami z Hajdukiem. Pavol Staňo zapowiadał, że zespół chce grać swoją i odważną piłkę. Czy jednak te słowa mogły się ziścić? Piłkarze ze Słowacji w Splicie nie zaprezentowali się najlepiej, choć mimo to mieli swoje stuprocentowe okazje, których nie wykorzystali Hranica i Roginić, a jeden z obrońców Hajduka nieomal zaliczył „estońską sztuczkę”, bo bramkarz znajdował się za światłem bramki, ale po przeciwległej stronie i podanie do pustaka… minimalnie minęło lewy słupek. Tak, chorwacki obrońca zrobił to co należy, czyli nie zagrał w światło bramki, ale serce kibicom Torcidy podeszło do gardła, a nasi południowi sąsiedzi mieli nadzieję. Märtenowi Kuuskowi życzymy wszystkiego dobrego w barwach Dumy Stolicy!

Fani z Żiliny nie byli pocieszeni. W sieci pojawiło się utyskiwanie na postawę zespołu w tym meczu, ale też kibice zwracali uwagę na szerszy kontekst, czyli zarówno brak wzmocnień, jak i kontynuację słabej gry z końcówki poprzedniego sezonu.

„Kpiną jest to, że na Europę nie zostało wystawione ani jedno wzmocnienie, ale to nie jest niespodzianka w ostatnich latach”

„Wynik z przebiegu meczu powinien brzmieć 6:1. Zero obrony”

„Możemy się cieszyć, że z tak nędzną grą, mamy taki wynik. Z drużyny, która miała tytuł w garści, zajęliśmy czwarte miejsce na wiosnę, a puchar był cudem”

„Strasznie słaby występ wczoraj. Atak to katastrofa, Roginič i Faško wypadli z formy, czuję się jakbyśmy ich tam nie mieli”

„Žilina = obolałe oczy, nieszczęście”.

Trudno się dziwić frustracji kibiców, bo rzeczywiście – mimo, że drużyna awansowała do pucharów, to wiosna do dobrych nie należała. Sezon zasadniczy (22 kolejki) Żilina zakończyła na 3. miejscu z sześciopunktową stratą do lidera. Bilans 11-7-4 nie wyglądał najgorzej. Grupa mistrzowska to jednak były cztery zwycięstwa i sześć porażek. W ostatnich pięciu kolejkach sezonu drużyna przegrała czterokrotnie. To skutkowało wypadnięciem poza podium i strefę pucharów, dlatego tak ważne było zdobycie Pucharu Słowacji.

Patrząc na składy z meczu z Rakowem sprzed roku, widać, że w zespole doszło do kilku przetasowań. W pierwszym meczu grało czterech, a w drugim pięciu zawodników, których już w klubie nie ma. Przede wszystkim odszedł młody, zdolny Ghańczyk Samuel Gidi, który trafi do Cincinati i w Major Leauge Soccer rozegrał już (na raty – 2 pobyty) 23 mecze, grając m.in. przeciw takim gwiazdom jak Leo Messi. To była ważna postać, bo w Żilinie zawodnik rozegrał ponad sto meczów. No ale odeszli też tacy piłkarze jak Ľubomír Belko (Viking), Samuel Kopásek (Pardubice, a dosłownie wczoraj wypożyczony do Lechii Gdańsk), Adrián Kaprálik (Holstein Kiel) czy Dávid Ďuriš (Rosenborg).

Popularni Szoszoni kilka lat temu nie mogli być jednak pewni, że ich klub nadal będzie znajdował się na piłkarskiej mapie Słowacji. Krótko bowiem po ogłoszeniu w Europie pandemii, trzy tygodnie po przerwaniu rozgrywek – MŠK Žilina ogłosiła komunikat z enigmatycznym określeniem „postawienia klubu w stan likwidacji”. Powodem była fatalna sytuacja finansowa. Klub w związku z nią chciał obciąć siedemnastu najlepiej zarabiającym piłkarzom aż 80 procent pensji, na co zawodnicy nie chcieli przystać, choć byli gotowi na zrzeczenie się pewnej części wynagrodzenia. W związku z odmową piłkarze dostawali wypowiedzenia. Problem polegał na tym, że klub nie ogłaszał bankructwa, chciał po prostu ogarnąć finanse – sportowo w przypadku powrotu do rozgrywek, drużyna miałaby do nich przystąpić, tylko grając juniorami, ewentualnie tymi, którzy zgodziliby się na drastyczną obniżkę apanaży i zostali w klubie. Nasi Kurminowski i Kiwior byli wówczas młodymi zawodnikami, więc ich tak drastyczna obniżka pensji nie dotyczyła i w klubie zostali. Jednym z tych, który odszedł był obecny bramkarz Piasta Gliwice, który trafił do klubu w obliczu kontuzji Placha – Dominik Holec, który sam głośno wyrażał swoje niezadowolenie z tej 80-procentowej obniżki. Natomiast, że stara miłość nie rdzewieje pokazali inni zawodnicy, którzy wówczas rzeczywiście z klubu odeszli, ale dziś po kilku latach znów bronią barw MŠK Žilina – jak choćby Filip Kasa czy kapitan Miroslav Kacer.

A dlaczego w ogóle MŠK Žilina to Szoszoni? Przydomek i maskotka nawiązują do grupy plemion indiańskich. Plemiona te zamieszkujące m.in. tereny dzisiejszych stanów Wyoming i Idaho, zajmowały się głównie łowiectwem i zbieractwem. Ich głównym pożywieniem były orzeszki piniowe, ale ci, którzy mieli zdolność polowania, próbowali zdobyć zające wielkouche, ale także sarny, bizony czy antylopy. Była to grupa uboga, wedle relacji amerykańskich i brytyjskich traperów nie stanowili mocnej siły w tym regionie. Dodatkowo dochodziło do starć i nieporozumień ze względu na wybijanie przez traperów populacji bobra, która to była dla Szoszonów m.in. źródłem odzieży. Rząd USA próbował ogarnąć sytuację, stworzyć rezerwaty i dostarczać im środki na przetrwanie, ale wyglądało to różnie, a na pewno dość szorstko i dochodziło na tym tle do wielu nieporozumień.

Co ciekawe nie tylko amerykańskie, ale i afrykańskie wątki dotyczą naszego najbliższego rywala. W 2018 roku założono bowiem w Ghanie filię MŠK Žilina, mianowicie MŠK Žilina Africa FC. Klub zlokalizowany jest w Labadi na przedmieściach Akry i występuje na trzecim poziomie rozgrywkowym. W zakończonym sezonie zespół w czterozespołowej grupie play-off o awans zajął trzecie miejsce, w niefortunnym układzie punktów 6-6-6-0 (Czesław Michniewicz na Euro U-21 nie lubi tego). Drużyna wygrała dwa mecze i jeden przegrała, ale bilans bramkowy 2:2 nie pozwolił wywalczyć awansu na zaplecze. Między klubem-matką, a ghańską filią rzadko dochodziło do wymian piłkarzy, ale wspomniany wcześniej Samuel Gidi był właśnie tą perełką wyłowioną z afrykańskiego kraju. Zawodnik przyjął słowackie obywatelstwo i zagrał sześć meczów w młodzieżówce.

Swoją drogą nazwy trzecioligowych ghańskich drużyn są… specyficzne. True Life, Prestige, Immigration, Ghana Army, Third World, Still Believe, John Paintsil czy Mobile Phone People raczej przywołują skojarzenia z rozgrywek Red Boxa lub innych lig szóstek. Dla młodszych i niewtajemniczonych kibiców przypomnę, że np. John Painstil to po prostu były reprezentant Ghany w piłce nożnej, uczestnik Mundialu w 2006. Natomiast jeśli chodzi o filię lub (?) fancluby (?) to można tam znaleźć także choćby… Schalke 04 czy Besiktas Berlin.

Wróćmy do dwumeczu z Hajdukiem. W rewanżu Żilina zaczęła grać, ale… zbyt późno. Kiedy Van Hoorenbeeck strzelał dla gości bramkę do szatni, wydawało się, że wszystko jest pozamiatane. Pogoń Żiliny zakończyła się strzeleniem dwóch bramek, z czego tej drugiej w doliczonym czasie gry. Na więcej nie starczyło czasu. Pierwszą bramkę dla gospodarzy zdobył Roginić, natomiast dwukrotnie zawodnik ten tak szpetnie zmarnował stuprocentowe sytuacje, że naprawdę trudno się dziwić komentarzowi jednego z fanów zespołu: „Ale ten chłopak to drewno!”.

Kibice zwracali uwagę na dobrą postawę w drugiej połowie.

„Gdyby grali tak, jak przez ostatnie 30 minut to skończyłoby się 4:1”

„Dlaczego od początku nie grał Bzdyl?”.

Prawda. Fabian zastąpił kapitana Miroslav Káčera i wniósł mnóstwo ożywienia dla gry zespołu. Wypracował drugiego gola.

Kapitan zespołu Miroslav Káčer powiedział, że ma nadzieję, że w kolejne rundzie z tych sytuacji, które sobie wykreują, bramki będą już strzelać. Obrona GKS musi się więc mieć na baczności.

Bardzo ciekawy komentarz zawarł jeden z kibiców, który patrzy na szerszy kontekst:

„Po zwycięstwie w Pucharze Słowacji pan Antošík zapowiadał: „Tym razem chcemy odnieść sukces w Europie. Sprowadzimy dwóch nowych zawodników!”. Tymczasem znów zamieniliście to w przedsięwzięcie czysto biznesowe. Wystawialiście do gry piłkarzy, których chcieliście sprzedać. Z Polakami też odpadniecie, a potem nastąpi kolejna wyprzedaż – dokładnie tak jak ostatnim razem. Czy dziwi was, że cała Żylina i okolice kompletnie nie interesują się waszą drużyną piłkarską?”.

To daje obraz, że kibice są niezadowoleni nie tylko z braku wzmocnień, ale z permanentnych osłabień, ba – niektórzy przewidują odejścia zawodników jeszcze przed dwumeczem z GieKSą. Ktoś inny napisał:

„Tak jak w zeszłym roku, tak i teraz Polacy wygnają nas z europejskich pucharów”

Całość pokazuje, że mimo triumfu w krajowym pucharze, nastroje kibiców w kontekście kilku ostatnich lat najlepsze nie są. Systematyczne porażki w pierwszych rundach europejskich pucharów są dla żilinian frustrujące. Mają oni nadzieję na przejście GKS, jednak zdania są podzielone – jedni uważają rewanżowy mecz z Hajdukiem za dobry prognostyk, inni mają dość sporo defetyzmu i przewidują porażkę.

Czy Adam Zreľák zagra przeciw swoim rodakom to zawsze jest niewiadoma, ale w przeszłości miał już tę okazję. W barwach Rużomberoka strzelił przeciwko Żilinie gola i zaliczył asystę.

Dla GKS Katowice europejskie puchary to wielka niewiadoma. Dodatkowo Katowiczanie nie trafiają na amatorów z San Marino czy Andory, jak to kiedyś bywało w przypadku polskich drużyn we wczesnych fazach. Trafiamy na drużynę z regionu, niesłabą i też nieprzesadnie mocną. Wydaje się, że liga słowacka jest nieco słabsza od polskiej, co by dawało pewną przewagę naszej drużynie. Z drugiej strony rywale są na europejskiej arenie dość ograni. Nie ma więc chyba co dywagować, kto jest faworytem tej potyczki. Na pewno rywal jest w zasięgu, a dwumecz Rakowa z poprzedniego roku wyraźnie to pokazał.

Źródła:
Wikipedia PL
Wikipedia EN
https://igol.pl/msk-zilina-likwidacja-co-oznacza/
Transfermarkt
https://sciezkimojegoswiata.pl/2020/09/26/vyhliadkova-veza-duben-czyli-wieza-widokowa-w-zylinie/
90minut.pl
https://www.mskzilina.sk/
Facebook – MŠK Žilina
Foto: https://img.uefa.com/imgml/stadium/uw/65053.jpg

Kontynuuj czytanie

Hokej Podcasty

Wywiad z Bartoszem Fraszko

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Hokeiści GieKSy już za kilkanaście dni powrócą na lód, by rozpocząć przygotowania do sezonu 2026/27. Korzystając z przerwy – Wierzba spotkał się z Bartoszem Fraszko na godzinną rozmowę.

Dajcie znać, jak Wam się podobał odcinek. Prosimy także o pomoc w wypromowaniu podcastu poprzez lajki, udostępnienia, oceny w aplikacjach itd. Nie obrazimy się także na dyskusję w komentarzach. Z góry dzięki!

Możesz nas wesprzeć finansowo (odsłuchanie kosztuje 5 zeta, a komentowanie 19,64 ;)):

Konto:
Santander
87 1090 1186 0000 0001 2146 9533
SK 1964
ul. Bukowa 1a, 40-108 Katowice
Tytułem: Podcast hokej

PAY PAL:
E-mail: [email protected]
Tytułem: Podcast hokej

Posłuchaj archiwalne podcasty:

Z klepy

Jesteśmy dostępni także na Spotify:.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Bliżej Żiliny

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Hajduk Split wygrał w pierwszym meczu pierwszej rundy eliminacji Ligi Europy z MSK Żilina 2:0. Przegrany tego dwumeczu będzie rywalem GKS Katowice w II rundzie eliminacji Ligi Konferencji.

Pierwszą bramkę zdobył w 22. minucie Roko Brajković, pięknym technicznym strzałem z kilkunastu metrów pokonując Jakuba Badzgona. Drugie trafienie zaliczył Dalisson, który przeprowadził indywidualną akcję i płaskim strzałem zza pola karnego podwyższył prowadzenie swojego zespołu.

Hajduk był zespołem dominującym i stworzył sobie jeszcze kilka sytuacji, jednak Żilina również miała swoje okazje – m.in. znakomitych sytuacji sam na sam nie wykorzystali Timotij Hranica i Marko Roginić.

Rewanż odbędzie się w czwartek 16 lipca o 20:30 w Żilinie.

Pierwszy mecz drugiej rundy eliminacji Ligi Konferencji GKS Katowice rozegra na wyjeździe 23 lipca.

Hajduk Split – MSK Żilina 2:0
Bramki: Brajković (22), Dalisson (49).
Hajduk: Silić – Acapandie, Maresić, Van Horenbeeck, Hrgović, Brajković (79. Hodak), Pajaziti, Pukstas, Dalisson (79. Del Moral), Melnjak (73. Huram), Sego (86. Livaja).
Żilina: Badzgon – Paliscak, Kasa (63. Minarik), Narimanidze, Hranica (82. Datko), Kaceer (71. Adang), Bzdyl, Kasko (63. Ilko), Kosa (63. Florea), Bari, Roginić.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga