Hokej Prasówka Siatkówka Stadion Szachy
Wielosekcyjny przegląd doniesień mass mediów z ubiegłego tygodnia: Łopaty poszły w ruch!
Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów, które obejmują informacje z ubiegłego tygodnia dotyczące sekcji piłki nożnej, siatkówki, hokeja oraz szachów GieKSy.
Piłkarki pauzowały ze względu na przygotowania reprezentacji Polski do spotkań eliminacji Mistrzostwa Świata. Następny mecz nasze Panie rozegrają u siebie w ostatni weekend października z Medykiem Konin. Piłkarze rozegrali w minionym tygodniu jedno spotkanie w ramach Fortuna I Liga z Skrą Częstochowa. GieKSa zremisowała 0:0. Prasówkę po tym meczu znajdziecie TUTAJ. Oficjalnie rozpoczęto budowę nowego stadionu GieKSy przy ulicy Upadowej.
W trzeciej kolejce PlusLigi siatkarze przegrali 1:3 z Aluron CMC Warta Zawiercie. Kolejny mecz drużyna zagra w piątek z beniaminkiem w LUK Lublin, na wyjeździe.
Hokeiści rozegrali dwa mecze: w czwartek w Katowicach przegrali z Zagłębiem Sosnowiec 0:2. W niedzielę zespół wygrał z jednym z pretendentów do Mistrzostwa Polski JKH GKS Jastrzębie 5:2. Nasza drużyna jest w dalszym ciągu liderem rozgrywek z przewagą dwóch punktów nad KH Energa Toruń.
PIŁKA NOŻNA
infokatowice.pl – Dzisiaj rozpoczęła się symboliczna budowa stadionu miejskiego w Katowicach. Wyciętych zostanie około 500 drzew
Dzisiaj rozpoczęła się symboliczna budowa stadionu miejskiego w Katowicach. Wyciętych zostanie około 500 drzew. Prezydent Katowic wraz z przedstawicielami NDI oraz kibiców wbił pierwszą łopatę na budowie obiektu. Powstanie stadion na 15 tys. miejsc, hala sportowa i zaplecze treningowe.
„Jestem przekonany, że ten obiekt stanie się kolejną wizytówką miasta. Uważam, że stadion wpisze się w krajobraz Katowic i stanie się rozpoznawalny. Będzie widoczny z autostrady A4” – mówi Marcin Krupa prezydent Katowic. „Chcemy by był to obiekt funkcjonalny, skrojony na miarę potrzeb Katowic ale przede wszystkim nowoczesny i dobrze wkomponowany w miasto – dodaje prezydent, który podkreśla – niewątpliwym atutem realizacji inwestycji w tym miejscu jest możliwość rewitalizacji kolejnego obszaru naszego miasta” – dodaje.
[…] Inwestycja została podzielona na dwa etapy. Pierwszy z nich, realizowany przez NDI, to budowa stadionu, hali widowiskowo-sportowej, oraz placu głównego, dwóch pełnowymiarowych boisk szkoleniowych i parkingów dla autokarów i samochodów osobowych. Rozpocznie się także zagospodarowanie terenu wokół stadionu wraz z budową dróg, chodników i tras rowerowych.
„Wbicie pierwszej łopaty jest zawsze symbolicznym wydarzeniem na budowie” – mówi Małgorzata Winiarek Gajewska, Prezes Grupy NDI. „Cieszymy się na rozpoczęcie budowy Stadionu Miejskiego w Katowicach i możliwość kontynuacji współpracy z samorządem Katowic. Zrealizowaliśmy dla Miasta przebudowę Centrum w strefie Rondo-Rynek, a niedawno zakończyliśmy budowę dwóch basenów w Brynowie i Szopienicach. Budujemy ważny węzeł drogowy DK 81/86. Dla naszego oddziału NDI Południe 2021 rok jest szczególnie ważny ponieważ oddział obchodzi 10 lecie swojego istnienia i rozpoczęcie budowy tak ciekawego obiektu z pewnością umocni jego pozycję na Śląsku” – dodaje prezes NDI.
Działka pod inwestycje kosztowała 302 tys. zł.
„Jako Katowiczanin, którym jestem z pokolenia na pokolenie, cieszę się że miasto rozpoczyna budowę obiektu, z którego mam nadzieję, wszyscy będziemy niedługo dumni. Stadionu i hali, z której korzystać będziemy wszyscy mieszkający w Katowicac”h – powiedział Piotr Koszecki prezes Stowarzyszenia Kibiców “SK 1964”. „ Moją obecność tutaj odbieram jako uhonorowanie dla wszystkich kibiców GieKSy, którzy przez te wszystkie lata robili wszystko, by ten stadion powstał” – dodaje.
Pierwszy etap inwestycji obejmujący budowę stadionu, hali sportowej, dwóch boisk treningowych, miejsc parkingowych oraz niezbędnej infrastruktury drogowej – zgodnie z harmonogramem powinien zakończyć się z końcem sierpnia 2024 r. W ramach drugiego etapu budowy kompleksu, do istniejących już wtedy obiektów, dołączą 4 dodatkowe boiska treningowe, pole do praktyki bramkarskiej, dodatkowe drogi i miejsca parkingowe. Pierwsza faza inwestycji kosztować będzie ok. 205 mln zł, natomiast druga szacowana na podstawie kosztorysu inwestorskiego – ok. 42 mln zł. Finansowanie budowy kompleksu sportowego będzie pochodziło z budżetu miasta oraz ew. obligacji.
sportdziennik.com – Łopaty poszły w ruch!
Choć niejeden kibic GieKSy stracił już nadzieję, dzisiaj dokonało się: na katowickiej Załęskiej Hałdzie wbita została symboliczna łopata pod budowę kompleksu sportowego z 15-tysięcznym stadionem i 3-tysięczną halą! Kosztować będzie 205 mln zł, budowa potrwa co najmniej 3 lata.
Chłodny, ale suchy poranek 14 października 2021 roku przejdzie do historii Katowic i GKS-u. Dzisiaj na Załęskiej Hałdzie, przy ulicy Upadowej, w sąsiedztwie autostrady A4, rozpoczęła się budowa nowego stadionu, który wejdzie w skład kompleksu sportowego. Obok 15-tysięcznika, tworzyć go będzie 3-tysięczna hala, boiska treningowe i niezbędna infrastruktura towarzysząca. Tu, gdzie dziś jest „ściernisko”, za niecałe 3 lata – 31 sierpnia 2024, jak przewiduje umowa – gotowy do użytku będzie nowy dom dla GieKSy i nowa wizytówka stolicy Górnego Śląska.
Symboliczne pierwsze łopaty w miejscu, gdzie zlokalizowany będzie środek boiska, wbili dzisiaj prezydent miasta Marcin Krupa, prezes stowarzyszenia kibiców „SK 1964” Piotr Koszecki oraz Małgorzata Winiarek-Gajewska prezes firmy NDI, która zbuduje obiekt za 205 milionów złotych brutto, bo na tyle opiewa wartość kontraktu.
[…] W ostatnich latach mieli oni prawo zwątpić, że dożyją takiego dnia, czego kumulacją był medialny spór z projektantem, firmą RS Architekci, która niecałe 2 lata temu przedstawiła kosztorys inwestorski rażąco przekraczający założony przez miasto budżet. Wystarczył kwartał, by strony zamiast przekrzykiwać się w prasie, dogadały się i podzieliły projekt na dwie fazy. Realizacja tej pierwszej właśnie się zaczęła. Ta druga – obejmująca kolejne boiska treningowe, infrastrukturę towarzyszącą – na razie pozostaje planem na dalszą przyszłość. Jej koszt szacowany jest wstępnie na 42 mln zł.
Na razie GKS zostaje przy Bukowej, ale zyskał piękną perspektywę wyprowadzki do nowego domu, który będzie służył nie tylko piłkarzom, bo również siatkarzom.
[…] 14 893 WIDZÓW – taką pojemność będzie mieć dokładnie nowy katowicki stadion. Sektor gości pomieści 773 osoby.
2792 MIEJSCA to z kolei pojemność hali sportowej
205 MILIONÓW ZŁOTYCH brutto kosztować będzie budowa kompleksu
252 MIEJSCA POSTOJOWE dla aut znajdą się na parkingu. 11 miejsc przewidziano dla autobusów.
dziennikzachodni.pl – Dlaczego na rozpoczęciu budowy stadionu nie było prezesa GKS Katowice? Znamy odpowiedź
Na inauguracji budowy nowego stadionu GKS Katowice przemawiali prezydent miasta Marcin Krupa, prezes realizującej inwestycję Grupy NDI Małgorzata Winiarek-Gajewska oraz prezes Stowarzyszenia Kibiców „SK 1964” Piotr Koszecki. Dlaczego nie było szefa klubu z Bukowej Marka Szczerbowskiego?
To była zastanawiająca nieobecność. Na wyczekiwanym od wielu lat rozpoczęciu budowy nowego stadionu GKS Katowice nie pojawił się prezes Marek Szczerbowski. Z klubu pojawiła się za to ekipa medialna oraz grupa kibiców. Ich przedstawiciel Piotr Koszecki przemawiał obok prezydenta miasta Marcina Krupy i prezes zarządu Grupy NDI Małgorzaty Winiarek-Gajewskiej.
Dlaczego władze klubu nie były reprezentowane w takim momencie? Zapytaliśmy o to prezydenta Katowic.
– Popełniliśmy faux pas, zapomnieliśmy zaprosić władze klubu. Uświadomiłem to sobie wchodząc na podest, z którego przemawialiśmy… Wtedy zorientowałem się, że nie ma z nami nikogo z klubu. Ale nie wiem, może prezes jest na urlopie? Nie wiem, naprawdę, jak to się stało – przyznał Marcin Krupa.
SIATKÓWKA
sportdziennik.com – Zawiercianie oddali tylko seta
Silny zespół Aluron CMC Warty Zawiercie kroczy od zwycięstw do zwycięstwa. „Jurajscy rycerze” do tej pory pozwolili swoim rywalom na wygranie po jednym secie w każdym meczu. Podopieczni trenera Igora Kolakovicia mają wysokie aspiracje w tym sezonie i do końca będzie trwała walka o czołową „4”.
Thomas Rousseaux od początku tygodnia zaczął trenować, zaś w Zawierciu pojawił się już w wyjściowym składzie. I nie zawiódł oczekiwań i zaprezentował niezłe umiejętności, ale z meczu na mecz powinno być lepiej. Duet Rousseaux – Jakub Szymański świetnie się uzupełniali, ale jego koledzy również wznieśli się na wyżyny swoich umiejętności. Stąd też w 1. secie katowiczanie od stanu 15:15 wypracowali 4 „oczka” przewagi i skrzętnie jej pilnowali. Jakub Jarosz był nieuchwytny dla rywali, a ponadto katowiczanie stawiali solidne zasieki. Wygrana tej odsłony nie było zaskoczeniem, bo goście prezentowali równą grę i popełnili znacznie mniej błędów.
W zespole Warty pod koniec 1. seta w roli rozgrywającego pojawił się Maximiliano Cavanna, zastępując Miguela Tavaresa. Z kolei Mateusz Malinowski wszedł za Dawida Konarskiego na pozycję atakującego. W 2. odsłonie przy stanie 4:6 na parkiecie zamiast Facundo Contego pojawił się Piotr Orczyk. To była niezwykle trafna decyzja, bo wzmocnił siłę ataku, ale przede wszystkim uspokoił przyjęcie. Ste rozstrzygnął się w samej końcówce. Gospodarze doprowadzili do remisu 20:20, za chwilę Malinowski popisał się asem serwisowym. Udany atak Orczyka i dwa autowe ataki Szymańskiego oraz punkt Urosa Kovacevicia zakończył tę partię.
A kolejna była nieudana w wykonaniu gości, choć początkowo wynik oscylował wokół remisu. Jednak gospodarze z każdą akcją nabierali pewności. Po błędzie Piotra Haina objęli prowadzenie 16:12 i skrzętnie je powiększali. Trener Grzegorz Słaby dokonywał zmian na pozycjach, ale niewiele wskórał. Serbski przyjmujący grał równo przez całe spotkanie, a do niego dołączyli Orczyk z Malinowskim. Gospodarze 4. seta rozpoczęli w imponującym stylu, bo od prowadzenia 5:0 i 8:2, ale trener Słaby dokonał zmiany. Miejsce Ma’a na rozegraniu ponownie zajął Jakub Nowosielski i goście zaczęli odrabiać straty. Niemal do samego kończyła się twarda walka, ale znów w końcowych fragmentach gospodarze byli dokładniejsi i zdołali doprowadzić do wygrania seta. Tym samym gospodarze sprawili prezent prezesowi klubu, który obchodził urodziny.
Aluron CMC Warta Zawiercie – GKS Katowice 3:1 (21:25, 25:20, 25:19, 25:21)
HOKEJ
sportdziennik.pl – Zagłębie Sosnowiec utarło nosa liderowi
Sosnowiczanie niezwykle cenny komplet punktów zdobyli w pełni zasłużenie.
[…] Od pierwszego gwizdka uwidoczniła się spora przewaga gospodarzy, lecz nie została udokumentowana. Patryk Wronka 2-krotnie znalazł się w dogodnej sytuacji, ale nie zdołał posłać krążka do bramki. Z kolei Anthon Eriksson w 17 min trafił w słupek. Katowiczanie 2 razy grali w osłabieniu, jednak bez większego kłopotu się obronili. Goście w obu przypadkach grali zbyt nerwowo i chaotycznie, by poważnie zagrozić bramce Johna Murraya.
Sosnowiczanie zdecydowanie lepiej zaprezentowali w 2. odsłonie i zaczęli śmiało atakować i katowicki bramkarz musiał się wykazać refleksem. Gdy w 23:58 min do boksu kar powędrował Mateusz Rompkowski, goście uzyskali prowadzenie. Martin Przygodzki odważnie wjechał w tercję rywala i podał do podążającego za nim Jarosława Rzeszutki. Ten błyskawicznie uderzył i Murray nie miał żadnych szans. Sosnowiczanie jeszcze kilka minut grali jak równy z równym, ale potem znów zarysowała się przewaga gospodarzy. Bartosz Fraszko i Grzegorz Pasiut mieli wręcz idealne sytuacje do zdobyci goli, ale po raz kolejny górą był Kotuła.
Goście mieli trudne momenty gdy na ławie kar najpierw przebywał Tomasz Kozłowski, a potem Armen Choperia, jednak zdołali się wybronić. Na 1,7 sek. przed przerwą sędzia liniowy dostrzegł 6 sosnowiczan na lodzie i Zagłębie otrzymało karę techniczną. Trener Klich, były sędzia, nie szczędził gorzkich słów pod adresem swoich byłych kolegów, ale hokeiści Zagłębia zaczynali ostatnią tercję w osłabieniu.
Wybronili osłabienie i rozpoczął się twardy bój. Jedni i drudzy już nie kalkulowali i szukali swoich szans na zdobycie gola. Obaj bramkarze byli nie do pokonania. Im bliżej końca gospodarze grali niezwykle nerwowo. Na niespełna 2 min przed końcem trener Płachta wycofał bramkarza i Martin Przygodzki posłał krążek do pustej bramki. Hokeiści Zagłębia odnieśli sensacyjne zwycięstwo, ale w pełni zasłużone, bo zagrali z niezwykłą ambicją.
Aż leciały iskry…
Katowiczanie w czwartek dość nieoczekiwanie przegrali z Zagłębiem 0:2. Z kolei obrońcy tytułu mistrzowskiego wygrali na własnym lodzie z GKS-em Tychy.
Tym razem rolę się odwróciły. Katowiczanie na własnym lodzie pewnie wygrali, bo wykazali się znacznie lepszą skutecznością. W meczach czołowych drużyn trudno wytypować zwycięzcę.
Jastrzębianie pojawili się w Katowicach w nieco uszczuplonym gronie. Zabrakło Rusłana Baszirowa, który został zawieszony za bójkę w meczu z Tychami. Z kolei Mateusz Bryk, czołowy defensor zespołu, ma kłopoty z kolanem i dzisiaj będzie diagnoza jak długo będzie pauzował. Jednak te nieobecności podziałały na drużynę mobilizująco i zespół JKH GKS-u szybko prowadzenie po akcji braci Łukasza i Radosława Nalewajków.
Zdecydowanie lepiej powinni się zachować obrońcy gospodarzy, bo dopuścili do strzału lewoskrzydłowego gości. Ta strata gola sprawiła, że gospodarze zwiększyli tempo akcji i groźne ataki sunęły na bramkę Michała Kielera. Gdy Maciej Urbanowicz w boksie kar Bartosz Fraszko wyrównał. Natomiast Fin Joona Monto wyprowadził gospodarzy na prowadzenie. Kieler miał problemy z opanowaniem krążka i Monto go przechwycił i skierował do siatki. Ta pierwsza odsłona mogła się podobać, bo oba zespoły się nie oszczędzały.
Gospodarze w 2. tercji osiągnęli przewagę i stworzyli wiele okazji do zdobycia. Patryk Wronka nie skierował krążka do pustej bramki (29 min), zaś Fraszko tuż przed końcową syreną był sam na sam z Kielerem, ale spudłował. Jednak międzyczasie gospodarze 3 razy posyłali do siatki rywali. Mathias Lehtonen, jako jeden z grupy specjalnej, wykorzystał przewagę, zaś potem Fraszko i Mateusz Bepierszcz w odstępie zaledwie 16 sek. podwyższyli wynik meczu. Goście odpowiedzieli jednym trafieniem, ale przebywali zdecydowanie mniej w strefie rywala.
W 44 min Igor Smal zaatakował Horzelskiego i to był atak na głowę. A po chwili wywiązała się bójka z Witalisem Pawłowsem. Obaj zakończyli udział w tym meczu. To starcie podgrzało atmosferę nie tyko na lodzie, ale również na trybunach. Oba zespoły za wszelką cenę chciały zmienić wynik meczu, ale tym razem obyło się bez bramek.
SZACHY
rmf24.pl – Jan-Krzysztof Duda odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi. „Nikt nie osiąga sukcesu sam”
Prezydent Andrzej Duda odznaczył arcymistrza szachowego Jana-Krzysztofa Dudę Złotym Krzyżem Zasługi za wybitne osiągnięcia sportowe i promowanie Polski na arenie międzynarodowej. Odznaczenia otrzymali także członkowie jego sztabu. Uroczystość odbyła się w Pałacu Prezydenckim w Warszawie.
Na początku sierpnia arcymistrz Duda, po wygranej w półfinale z mistrzem świata Magnusem Carlsenem i w finale z Rosjaninem Siergiejem Karjakinem, został pierwszym w historii polskim triumfatorem turnieju o Puchar Świata w szachach. Sukces ten dał mu prawo uczestnictwa w przyszłorocznym turnieju kandydatów, który wyłoni przeciwnika mistrza świata w walce o tytuł.
Wielce szanowni odznaczeni, drogi Team-Duda. Zawsze mówię do Piotra Dudy, panie Janie-Krzysztofie, że trzeba solidarności. Że góra z górą się nie zejdzie, Duda z Dudą – zawsze. Ogromnie się cieszę, że ten wspaniały sukces, który udało się państwu osiągnąć, mogę dzisiaj w imieniu Rzeczpospolitej podkreślić jeszcze poprzez nadanie naszemu arcymistrzowi i państwu, jego współpracownikom, tych odznaczeń. Sukces jest rzeczywiście ogromny, chociaż pan Jan-Krzysztof jest jeszcze bardzo młody. To największy sukces od czasów naszych wielkich mistrzów, którzy reprezentowali Polskę jeszcze przed drugą wojną światową, zdobywali drużynowo złote medale na olimpiadzie szachowej w Hamburgu w 1930 roku. Pana kariera, pana rozwój jest niesamowity. Puchar Świata i wcześniejsze kolejne laury są znaczące. Chcielibyśmy i tego życzymy, żeby zajął pan pierwsze miejsce w świecie – powiedział Andrzej Duda.
[…] Jan-Krzysztof Duda urodził się 26 kwietnia 1998 r. w Krakowie. W szachy gra od piątego roku życia. Zdobył m.in. tytuł mistrza świata do lat 10 (w 2008 roku), mistrza Europy do lat 14 (2012). Od 2013 roku jest arcymistrzem. W 2014 r. wywalczył złoty medal ME w szachach szybkich, a w 2018 został wicemistrzem świata w szachach błyskawicznych. W barwach reprezentacji Polski wywalczył brązowe medale w ubiegłorocznej olimpiadzie szachowej online oraz w drużynowych mistrzostwach świata w Chanty-Mansyjsku (2017).
W październiku 2020 roku podczas turnieju w Stavanger wygrał z mistrzem świata Carlsenem, przerywając jego serię 125 partii klasycznych bez porażki. Obecnie klasyfikowany jest na 15. miejscu w rankingu FIDE.
Dzisiaj Złotymi Krzyżami Zasługi odznaczeni zostali także członkowie jego sztabu z krakowskiej AWF, której studentem jest 23-letni arcymistrz: dr hab. Małgorzata Siekańska, zajmująca się psychologią sportu, dr Kordian Lach, koordynujący przygotowania fizyczne utalentowanego szachisty oraz Adam Dzwonkowski, szef Duda-Team, który podziękował w imieniu odznaczonych i pokrótce przypomniał karierę szachisty z Wieliczki.
Zaczęła się ona tak naprawdę… w kościele, kiedy mama wysłuchała przypowieści o talentach. Przez następne 18 lat Janek udowadniał wielokrotnie, że pokłady jego talentu są chyba większe niż soli w kopalni w Wieliczce, gdzie mieszka. Pracując z nim, mamy nadzieję, że to jest dopiero początek jego wspaniałej kariery – podkreślił Dzwonkowski.
W 2016 roku Duda został odznaczony przez Prezydenta RP Srebrnym Krzyżem Zasługi za osiągnięcia sportowe i popularyzację dyscypliny, a dwa lata później odebrał Puchar Prezydenta dla najlepszego szachisty kraju w roku stulecia odzyskania przez Polskę niepodległości.
Prezydent Andrzej Duda i jego małżonka Agata Kornhauser-Duda otrzymali od odznaczonych unikatową figurkę konia szachowego, wyrzeźbioną w soli z kopalni w Wieliczce.
sport.interia.pl – Jan-Krzysztof Duda – szachowy Robert Lewandowski
– Szachista, który ćmi papierosa, zapada się w fotel i leniwie przesuwa figury, to obraz z krzywego zwierciadła. Stereotyp krzywdzący, który nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Szachista to dziś także atleta – mówi Interii Kordian Lach, trener odpowiadający za przygotowanie fizyczne arcymistrza Jana-Krzysztofa Dudy.
[…] Ma pan pod ręką niezłego nauczyciela. Nie każdy może liczyć na porady jednego z najlepszych szachistów świata.
– To ja jestem po to, by pomagać Jankowi, a nie odwrotnie. Znam szachy na takim poziomie, że doradzać nie musi mi arcymistrz. Czasem zastanawiam się, czy nauka gry w szachy nie powinna zostać wprowadzona do programu szkół podstawowych. Choćby dla tych dzieci, które nie mogą ćwiczyć na lekcjach wychowania fizycznego. Jako pracownik AWF w Krakowie uważam, że taka szachowa specjalizacja dla nauczycieli WF-u na uczelniach mogłaby powstać. Dałaby to nauczycielom narzędzie do zaangażowania tych, którzy nie ćwiczą. Sport jest wciąż w Polsce mocno niedoceniany. A przecież w czasach, gdy oknem na świat jest dla nas ekran komputera, mamy głęboki deficyt ruchu. Trzeba się ruszać, choćby po to, żeby mieć potem siłę przed tym komputerem wysiedzieć wiele godzin.
Jak Jan-Krzysztof Duda na przykład?
– Partia szachowa trwa czasem pięć godzin. Rywale poddani są ekstremalnemu wysiłkowi intelektualnemu i fizycznemu. Ktoś słaby tego nie wytrzyma. Nie wysiedzi, straci koncentrację i przegra. Rozumieją to dziś wszyscy szachiści. A ci z topu przede wszystkim.
[…] Jak Janek trafił do pana?
– To był, zdaje się, pomysł jego ówczesnego trenera Leszka Ostrowskiego, mamy Wiesławy Dudy i Adama Dzwonkowskiego, który czuwał nad rozwojem Janka. Zdawali sobie sprawę, że turnieje szachowe to bardzo duży wysiłek, nie tylko intelektualny, ale i fizyczny. Janek chodził wtedy do gimnazjum. To był ostatni moment, by wypracować u niego nawyk i potrzebę ruchu. Musiał się wzmocnić. Być silny. Siedzenie przez 5-6 godzin przy szachownicy nadweręża mięśnie posturalne, nie mówiąc o tym, że zawodnik musi mieć sprawny umysł. Kiedy człowiek jest wyczerpany fizycznie, przestaje myśleć sprawnie i logicznie. Pamięć go zawodzi.
Trener Janka Kamil Mitoń opowiadał, że w finale Pucharu Świata w Soczi Janek pokonał Sergieja Karjakina, bo lepiej fizycznie zniósł trudy trzech tygodni zaciętej rywalizacji. W półfinale ograł mistrza świata Magnusa Carlsena, także dlatego, że był od niego mniej zmęczony. Wychodzi na to, że szachista musi być silny fizycznie.
– Widziałem migawki z finału z Soczi i Rosjanina, który padał na twarz ze zmęczenia. Tak, szachista światowej czołówki musi być sprawny i silny. Gdyby Janek nie zaczął trenować pływania i biegania jako nastolatek, a tylko rozwijał swój umysł przy szachownicy, w pewnym momencie kariery mogłoby mu czegoś zabraknąć. Mógłby poczuć zmęczenie. W człowieku musi istnieć harmonia między ciałem i umysłem.
Janek się nie buntował? Musiał się uczyć, grać w szachy, a tu jeszcze kazali mu biegać i pływać. Czy on miał normalne dzieciństwo?
– Najważniejsze było to, żeby zdobyć jego zaufanie do współpracy. Tak jak mieli jego zaufanie pan Ostrowski, czy Dzwonkowski. Oni przekonali go do treningu fizycznego, ale ja też chciałem, żeby Janek poczuł, jaki jest w tym sens. W szkole miał indywidualny tok nauczania, trening szachowy to praca z trenerem. Wokół Janka nie było wielu ludzi, nie otaczał go tłum rówieśników. Był wtedy dość zamknięty w sobie. Trzeba było do niego dotrzeć. Nie chciałem, żeby cokolwiek robił na siłę. I chyba udało się. Stworzyliśmy wokół niego zgrany team. A czy miał dzieciństwo jak inni? Miał inne. Dlatego jest tu, gdzie jest.
[…] Gdyby pan miał opowiedzieć o atutach Janka…
– … to nasz wywiad trwałby jeszcze długo. Motywacyjnie Janek jest fenomenem, który porównałbym do samego Roberta Lewandowskiego. Często trenerzy szukają nowinek, zachwycają się jakimiś przełomowymi metodami, tymczasem u podstaw sukcesu w sporcie jest pracowitość, systematyczność i konsekwencja. Świadomość, że nie ma drogi na skróty, że trzeba przejść jakąś drogę krok po kroku. To wymaga poświęcenia. Nie każdy jest na to gotowy. Było pewnie w polskiej piłce paru graczy, którzy, można by uważać, że byli bardziej utalentowani niż Lewandowski, ale dokonali innych wyborów. Ktoś woli skoczyć na piwo z kolegami, co nie jest grzechem. Ale ktoś inny w tym czasie idzie do siłowni lub robi dodatkowy trening. Umie znaleźć przyjemność w tym, czemu się poświęcił. Imprezy to przyjemności łatwe i szybkie. Nad innymi trzeba się napracować i nie są pewne. Jedna kontuzja potrafi przekreślić szanse sportowca. Ale te inne przyjemności mogą przynosić wiele satysfakcji. To kwestia motywacji. Ja nazwałbym Janka „szachowym Lewandowskim” właśnie ze względy na motywację do sportu. Wybitne jednostki potrafią się poświęcić. I zaryzykować.
Galeria Kibice Piłka nożna
Kibicowska galeria z wyjazdu do Gliwic
Zapraszamy do kibicowskiej galerii z wyjazdu do Gliwic, gdzie GieKSa zjawiła się w nadkomplecie, a dokładnie w 1154 osoby, w tym 6 Banik Ostrava i 1 JKS Jarosław. Zdjęcia nadesłane przez kibiców.
Felietony Piłka nożna
Opór przed rozwojem
Przed trójmeczem wyjazdowym postanowiłem sobie określić liczbę punktów i swój stosunek do potencjalnej zdobyczy. Z góry przepraszam za przekleństwa. Ale jakoś musiałem stopniować. Mając w głowie naszą indolencję we wcześniejszych wyjazdach miałem więc w głowie coś takiego:
2 punkty – ch…owe k…a minimum
3 punkty – ch…owe minimum
4 punkty – minimum
5 punktów – dobrze
6 punktów – bardzo dobrze
7 punktów – kapitalnie
9 punktów – idealnie.
Już po pierwszym z tych trzech meczów cieszyłem się, że „ch…owe minimum” osiągnęliśmy, a do minimum brakuje jednego punktu. A do „dobrze” zaledwie dwóch remisów. Co było potem wszyscy wiemy. „Ch…owe minimum” ostatecznie zostało osiągnięte, ale patrząc z perspektywy, że już na początku, a potem nie pociągnęliśmy – frustracja jest tym większa.
Naprawdę niewiele zabrakło i niewiele trzeba było zrobić, żebyśmy po meczu z Górnikiem nie musieli już wracać do tych nieszczęsnych wyjazdów i odmieniania tego słowa – w negatywnym kontekście – przez wszystkie przypadki. Gdybyśmy wczoraj choćby zremisowali po średniej grze – można by było na ten moment uznać, że jako tako wszystko wróciło do normy – tu wygrana na wyjeździe, tu porażka, tu czasem remis wpadnie. Niestety to, co działo się zarówno tydzień temu w Gliwicach, jak i wczoraj w Lubinie każe myśleć, że kapitalne skądinąd zwycięstwo w Zabrzu było jakąś niesamowitą anomalią. Tym bardziej, jeśli spojrzymy na postawę Górnika w tym sezonie. I że to był wypadek przy pracy, tylko w pozytywną stronę.
Nie chce nawet myśleć, co by było, gdybyśmy przy Roosevelta przegrali, a przecież było tego bardzo blisko. Bilans sześciu porażek w siedmiu meczach wyjazdowych to katastrofa, ale siedem na siedem to już by była karykatura. Nawet outsiderzy nie mają takich bilansów. Na szczęście w Zabrzu wygraliśmy i ten wyłom w tragicznej wyjazdowej postawie jednak się pojawił.
Liczyliśmy jednak na to, że wygrana – i to w takich okolicznościach – da drużynie przełącznik na te wyjazdy, że w końcu siłą rozpędu zespół zacznie grać na innych stadionach niż Katowice. Tym bardziej, że przeciwników mieliśmy słabszych. Choć Piast się podnosi, to całkiem niedawno przegrywał 0:4 u siebie z Wieczystą w pewnym momencie meczu. Za to Zagłębie – toporne, beznamiętne i bezjajeczne, było tą ekipą, z którą drużyna mająca aspiracje powinna sobie w tym momencie sezonu poradzić. Albo przynajmniej nie przegrać. A już na pewno nie dać się tak kompletnie zdominować.
Naprawdę trudno mi uwierzyć, że na tle naszej drużyny, toporni na co dzień przeciwnicy, wyglądają jakby byli wirtuozami piłki. Wiadomo, że z tą wirtuozerią to lekka przesada, ale z tym, że wyglądali jak drużyna dobra i szybka już nie. Jak Miedziowi męczyli bułę czy kompromitowali się w Pucharze Polski, tak zorientowawszy się, że przyjechał „wyjazdowo najlepszy” GKS Katowice, nagle zaczęli być szybcy, dynamiczni, wygrywający pojedynki, mający pomysł na grę, atakujący i stwarzający sytuacje.
Choć to tak naprawdę tylko wrażenie. Zagłębie wcale nie zagrało wybitnego meczu. Solidny i dobry tak. Ale nic szczególnego.
Powtórzę taktykę naszych przeciwników i co tam trener mówi im w szatni. Brzmi to mniej więcej tak: „Wicie kurwa, chłopacy, kurwa rozumicie, naciście, biegajcie kurwa, uderzajcie ze łba i z bara, kurwa i oni się wtedy pogubią. A potem jak kurwa kurwa strzelicie, to oddajcie im balik, bo oni kurwa nie wiedzą, co z nim zrobić i przewracają się na chałce”.
Tak widzę odprawy przedmeczowe u naszych przeciwników.
Absolutnie niepojęte jest to, jak my na wyjeździe zapominamy każdy aspekt gry w piłkę. Bo jak wspomniałem – wyniki to jedno. Można przegrać, można nawet przegrać 2-3 mecze z rzędu. Nieszczęśliwy splot okoliczności, jakiś kryzys, błąd sędziego, po prostu słabszy moment. Ale u nas to nie jest kryzys. To jest jakieś totalne odcięcie od umiejętności i mentalu. To jest tak systemowy problem, że właśnie jedno zwycięstwo w Zabrzu kompletnie nie zmienia tego obrazu.
I ostatecznie w defensywie jesteśmy ultrasłabi, a w ofensywie to my gramy toporny futbol. Pod przykrywką rozgrywania ataku pozycyjnego i specyficznej tiki taki, pierdyliarda podań wszerz boiska i kompletnego braku brania na siebie odpowiedzialności za podjęcie decyzji – o ostatnim podaniu, o pójściu jeden na jeden a wysokości pola karnego, o strzale. A jak już ktoś taką decyzję raz na jakiś czas podejmie, to jakość wykonania jest bardzo słaba.
Dobra, odwlekałem. Robię teraz krótką przerwę od pisania i oglądam skrót. Miejcie mnie w swojej opiece.
<ogląda skrót>
<idzie ochłonąć po obejrzeniu skrótu>
<z niechęcią wraca po godzinie do pisania>
Nie, po prostu nie dało się na to patrzeć. Jak już stworzyliśmy sobie najlepszą okazję, to Marcel zachował się absolutnie kuriozalnie – będąc w dobrej pozycji w polu karnym, taki rzut karny pod lekką presją, po prostu podał piłkę do bramkarza. Koszmar. Podobnie jak tracone bramki. W pierwszej sytuacji mieliśmy déjà vu z Gliwic. Czyli znów wysoko ustawiona obrona i prostopadłe podanie za plecy na skrzydło. Gdzie oczywiście nie było Wasyla, więc już byliśmy ugotowani, bo nasi obrońcy bardziej w centrum boiska nie byli w stanie nic zaradzić. Arek nie przeciął, Alan dał się wyprzedzić i mieliśmy bramkę.
Drugi gol to po pierwsze rozklepanie nas jak dzieci. Ale to jeszcze pół biedy – czasem przeciwnik zrobi na tyle dobrą akcję, że przechytrzy rywala, zdarza się. Natomiast tyle luzu, ile miał Kosidis w polu karnym w momencie, gdy dostawał podanie, to jest kolejny defensywny kryminał tego sezonu. Plus wisienka na torcie, czyli nasz kapitan, który chyba sam nie wie, co chciał w tej sytuacji zrobić. On się normalnie, najnormalniej w świecie położył się w tej akcji. Tak jakby chciał zniknąć, nie uczestniczyć w tym evencie. Nie doskok, nie blok, nawet nie markowanie czegokolwiek. On się po prostu położył na boisku. To już druga taka sytuacja, po uchyleniu się przy trzecim golu dla Piasta.
Fatalna też była sytuacja, w której jednym podaniem rywale dosłownie przeszyli całą naszą trójkę środkowych obrońców i Sypek wyszedł sam na sam.
I tutaj muszę trochę napisać o zawodnikach, bo ode mnie ze względu na jednak summa summarum fajny poprzedni sezon, puchary i całokształt ekstraklasy w wydaniu zespołu, mieli trochę parasola ochronnego. No i jak to mówią, bez osobistych wycieczek, bo ja lubię tych piłkarzy, ale wkurzają mnie niemiłosiernie czasem, no i ostatnio zawodzą. Więc panowie nie obrażajcie się, tylko po prostu… się ogarnijcie.
Zacznę od wspomnianego Arka. Nie chcę być złym prorokiem, ale to trochę wygląda tak, jakby ząb czasu trochę nadgryzł naszego kapitana. Chciałbym wierzyć, że w jego przypadku to jest tylko kryzys formy. Natomiast patrząc na postawę jednak naszej ikony tej nowej GieKSy, to w ostatnim czasie po prostu Arek Jędrych nie daje rady. Jest wolny, daje się wyprzedzać zawodnikom rywala, popełnia proste błędy, gdy piłka jest w jego pobliżu, gdy się broni, serce podchodzi do gardła. W niektórych meczach w dość prostych sytuacjach kilka razy grał na alibi (wybicie na aut), tak jakby sam dobrze wiedział, że piłka się go nie słucha. Źle się ustawia. Niestety – Arek jest w tym sezonie tak słaby jak znakomicie wykonuje rzuty karne. Ogólnie wszyscy wiemy, jak dużo dał GieKSie i jako szef na boisku – dokąd nas doprowadził. Jednak czas mija. I nie chodzi mi o to, żeby zawodnika teraz gdzieś totalnie odstawić. Jednak nie może być nietykalny, jeśli chodzi o pierwszy skład, tylko dlatego, że jest kapitanem i tak ważną postacią dla tego zespołu. Z tym tematem – piłkarsko i psychologicznie, jeśli chodzi o całą drużynę – sztab trenerski musi sobie poradzić.
Oczywiście to nie jest jedyny zawodnik, który zawodzi i absolutnie nie można z niego robić kozła ofiarnego. Bo zawala cała drużyna. Przede wszystkim boli to, że nie widać żadnego progresu, choćby w porównaniu z poprzednim sezonie. GieKSa utknęła w nie wiadomo czym, a niektórzy piłkarze wręcz zaliczyli regres.
Straszliwie zleciał z formą Marcin Wasielewski. Ten walczak, ten dzik, którego znamy z poprzednich sezonów, teraz gra tak beznamiętnie i nieefektywnie. Dodatkowo brakuje mu decyzyjności, woli – mimo że ma dobrą sytuację – gdzieś tam się obrócić i szukać Alana Czerwińskiego. O wygranych pojedynkach na boku możemy zapomnieć.
Mateusz Kowalczyk ogólnie dobrze, że wrócił do składu, lepiej go mieć niż nie mieć. Tragedii nie ma, ale to jednak nie jest to. W tej jego destrukcji i kreacji początku akcji nie ma błysku, o ile można mówić o błysku w destrukcji. Nie no – można jak najbardziej.
Borja Galan teraz jest kontuzjowany, ale przecież też totalnie zjechał z formą.
Eman Marković to mam wrażenie, że sobie krótkim fragmentem na wiosnę bardzo wysoko zawiesił poprzeczkę i sam nie wiem, jaki to jest zawodnik. Bo wtedy do czasu swojej eksplozji był ultraprzeciętny, a w tym sezonie jest bardzo słaby, nie licząc pojedynczych momentów.
Mateusz Wdowiak próbowany na wahadle też ostatecznie – jak to ktoś napisał – „przychodził jako rezerwowy Zagłębia i dalej wygląda jak rezerwowy Zagłębia”. Ja osobiście zawsze sobie dużo obiecuję, jak Mateusz wchodzi na boisko, ale na oczekiwaniach się kończy. Ciągle w niego wierzę i chciałbym go mimo wszystko zobaczyć więcej na boisku.
Marcela póki co ekstraklasa w GieKSie chyba jednak weryfikuje. Problem polega na tym, że gdy w GieKSie zaczynał, widzieliśmy zawodnika szybkiego, z potencjałem, z błyskiem, który jednak nie ma chłodnej głowy. Mieliśmy nadzieję, że jak tę głowę ustabilizuje, to będzie lepiej. Niestety teraz nawet tego potencjału nie widać. Również stał się toporny i bardzo słaby w swojej grze. I zastanawiam się, czy to przypadkiem nie jest jego poziom.
Erik Jirka od czasu, kiedy przyszedł do GKS również kompletnie nic nie wnosi. Wiele sobie obiecywałem po tym transferze, pamiętając go z Piasta. Ostatecznie próbuje jakiś szum robić na skrzydle, ale efektu z tego nie ma żadnego.
Bartek Nowak niedawno w wywiadzie w Canal Plus mówił, że chce częściej uderzać na bramkę. I tutaj wychodzi paradoks, bo ja mam wrażenie, że jakby strzelał częściej, to byłby mniej samolubny. A tak wychodzi na to, że on po prostu uwielbia szukać tych swoich podań i choć pozornie jest to gra dla zespołu, to jest to jednak bardziej… egoistyczne. Bartek naprawdę, weź uderz czasem z tego dystansu czy z pola karnego i nie szukaj na siłę podania. Technikę masz to po prostu strzelaj, a nie kombinuj. Czekamy na Twoje gole, nie tylko asysty.
Choć i tak nawet w takim żenującym meczu całego zespołu Bartek potrafił ze dwa razy świetnie obsłużyć kolegów…
Dla mnie wielkim zawodem jest Bartosz Wolski. Zdania są podzielone, jedni mówią, że gra dobrze, inni że nie. Może nawet w statystykach i analizach liczbowych wychodziłoby, jakie to Bartek ma świetne parametry, że byłoby sto odbiorów, podań progresywnych i innych badziewi. Tyle, że jakoś tego nie widać na boisku. Zawodnik jest przezroczysty, nasz środek pola nie istnieje, poza beznamiętnym przekazywaniem sobie piłki w poprzek boiska.
I tak dalej, i tak dalej, można by jeszcze mówić o np. Pau Reście, Lukasie Klemenzu itd…
Do tego wiecznie kontuzjowany Adam Zrelak, Olek Paluszek dochodzący do siebie w nieskończoność, Damian Rasak, który wraca, wraca, ale wrócić nie może.
Aha, jeszcze bramkarz Gabriel Kobylak. Meczów nie zawala, ale też nie wybrania. Sam fakt, że o nim zapomniałem trochę też mówi, że mamy bramkarza póki co przezroczystego, choć w tym przypadku akurat nie powiedziałbym, że to wada. Ale nie jest też to zaleta.
Tak naprawdę jedynym piłkarzem, który zrobił widoczny progres jest Ilja Szkurin. I tu jest kolejny niesamowity paradoks. W poprzednim sezonie, gdy widzieliśmy tę waleczną GieKSę, biorącą odpowiedzialność za różne wydarzenia boiskowe, Ilja jawił się jako ten, który nie za bardzo chce wracać, walczyć, angażować się w tę intensywną grę.
A tu nagle nastąpiło odwrócenie. Ilja się tej GieKSiarskiej gry nauczył, a reszta wygląda, jakby zapomniała. I to teraz nasz napastnik wygląda na tego, który najbardziej odpowiedzialnie pracuje. Cofa się po piłkę, próbuje rozgrywać, notuje nawet skuteczne interwencje we własnym polu karnym. Walczy z przeciwnikami w pojedynkach. Tak, Ilja zaliczył duży progres. Nie jego winą jest to, że partnerzy nie potrafią mu dostarczyć dobrej piłki do wykończenia. Ale swoich bramek już w tym sezonie i tak trochę strzelił. Naprawdę to zawodnik, do którego mam najmniej pretensji, w zasadzie to nie mam żadnych. I to cieszy. Ilja, tak trzymaj.
Tym razem trener nie mówił naokoło o efektywności czy jej braku. Powiedział wprost, co zadecydowało i że nie jest dla niego akceptowalne tak dać się zdominować. Wiadomo, że jest to konferencja prasowa i i tak jest dość dyplomatyczny, ale przynajmniej nie słyszeliśmy, że było dobrze, skoro nie było. A było fatalnie.
Jedynie nie zgodziłbym się z trenerem z tym „niefortunnym” terminarzem na początku. To znaczy wiem, że odniósł się jedynie do proporcji meczów u siebie i na wyjeździe. Ale patrząc na samych przeciwników, to schody akurat dopiero się zaczną.
No bo sorry, ale póki co graliśmy w większości z drużynami słabymi lub przeciętnymi. Motor to za chwilę będzie się dramatycznie bronił przed spadkiem, Wisła Płock czy Radomiak mają swoje problemy i w wielkiej formie nie są, Piast gra w kratkę, Zagłębie – swój głównie remisowy antyfutbol (oprócz meczu z GKS). Jeszcze takimi badziewiakami jest Cracovia, z którą nie wyobrażam sobie nie wygrać. Cracovia bowiem jest chyba jeszcze słabsza niż Zagłębie, a trener Bartosz Grzelak… nie wiem co tam robi, bo Pasy wyglądają fatalnie od jego przyjścia.
No ale przecież przed nami starcia z Rakowem, który przecież chce się odbudować i w końcu wygrał pierwszy mecz, a już na Lechu wyglądał dobrze. Zagramy niedługo z Koroną, która świetnie się spisuje w tym sezonie. Będzie Widzew, który z nową miotłą w końcu będzie chciał zacząć coś grać w tej lidze. A przecież dopiero przed nami Jagiellonia, Lech, Legia. I na koniec roku Wisła, która kto wie, czy się nie rozpędzi, bo z Jagiellonią zagrała wybitnie. Jeśli my się nie ogarniemy, to mogą nastać ciężkie czasy.
I nie możemy liczyć na te mecze u siebie. Bo statystyka i zdrowy rozsądek mówi, że prędzej pogubimy jakieś punkty na własnym stadionie niż zaczniemy regularnie je zdobywać na wyjazdach. Z prostej przyczyny – łatwiej utracić coś, co trzyma się wielkim wysiłkiem niż nagle wskoczyć na swoje wyżyny.
Czasem robimy dobrą minę do złej gry, chcemy wierzyć, że porażki czegoś będą uczyć, że wpłyną na rozwój. Rzadziej tak się wydarza, częściej jednak wnioski nie są wyciągane. Nie tylko w piłce, ale i w życiu. Taki jest świat. Dlatego też zawsze wierzę, że na przykład taka wygrana z Górnikiem będzie przełamaniem. A potem przychodzą takie „spektakle” jak z Piastem i Zagłębiem.
Jedyną moją nadzieją, której akurat się trzymam, to fakt, że w szerszym kontekście trener Górak i piłkarze z podobnych tarapatów kilkukrotnie już wyszli i potem było świetnie. Więc tu nawet nie chodzi o to, że nie mam optymizmu, bo ten u mnie nie słabnie. Ale pojawia się – myślę uzasadniona – niecierpliwość i frustracja, że po raz kolejny musimy się z czegoś wygrzebywać.
Felietony Piłka nożna
Igrzyska Myśliwca z katowicką obroną
Czasem trzeba – jak to się mówi – przespać się po danym meczu. Po to, żeby podejść do niego bardziej spokojnie, znaleźć jakieś pozytywy i ogólnie nie popaść w zły nastrój. Nie pykło. Tym razem patrząc już z lekkiego dystansu, czyli sobotniego poranka, mam obraz gorszy niż bezpośrednio po meczu. Powiedzmy sobie wprost – to było fatalne spotkanie naszego zespołu.
Nie mam tym razem irytacji, tak jak po meczu z Motorem. Może z powodu dyspozycji dnia. Ale nie zespołu, tylko mojej. Ot, GieKSa pokazała swoją specyfikę od tej złej strony, ale nie jest to nic nowego, znamy to doskonale. Tym razem wyszło na minus.
To co jest niestety specyfiką tej drużyny i co (póki co) nie pozwala jej wejść na stałe do czołówki ligi to jej kompletna losowość. Abstrahując oczywiście od tej różnicy u siebie i na wyjeździe. Ale zasadniczo wygląda to tak, że co nam danego dnia wylosuje maszyna losująca, tak będzie wyglądał mecz w naszym wykonaniu. Nie ma czegoś takiego, że przed meczem ze stosunkowo dużym prawdopodobieństwem jesteśmy w stanie stwierdzić, że GieKSa zagra dobre solidne spotkanie, będzie lepsza od rywala albo przynajmniej równa, a wynik – choć to suma wielu wypadkowych – również z pewnym prawdopodobieństwem będzie korzystny. Nie. W przypadku GKS mamy wręcz orła i reszkę – jak wypadnie jedno to mamy ekipę walczącą, kapitalnie grającą w piłkę, stwarzającą zagrożenie. Jeśli drugie – drużynę bezradną i… grającą w obronie w tak kuriozalny sposób jak wczoraj. Ale jest to sposób znany. Także z tego sezonu. Jak zawieje – tak zagramy.
Zanim przejdę do obrony (dla porządku, chodzi o obronną grę całego zespołu), słówko o innych aspektach. Zapytałem trenera na konferencji o wyciąganie wniosków z rywalizacji z Piastem, przede wszystkim z jesieni z poprzedniego sezonu. Bo miałem małe déjà vu z tego meczu, gdy chyba dopiero w swoim drugim starciu jako trener Piasta przyjechał na Nową Bukową Daniel Myśliwiec. Wtedy używałem takiej metafory, że piłkarze Piasta „pobili” naszych zawodników. Bo już wtedy zameldowali się bardzo szybko w kościach naszych zawodników, którzy nie byli na to przygotowani. I goście wtedy zdominowali ten mecz fizycznością i agresją, do tego strzelili w krótkim czasie dwie bramki i było po meczu. I wczoraj mieliśmy podobny vibe Piasta, przy czym tym razem z dyscyplin olimpijskich trener Myśliwiec nie postawił na boks, tylko na sprint. Nie wiem, jakim cudem przekonał swoich piłkarzy, zwłaszcza tych zagranicznych, jaka jest waga meczu z GieKSą, ale grali oni, jakby nałykali się szaleju. Byli dzicy, z pianą na ustach, walczyli, jakby to była wojna, a nie mecz piłkarski. Tak jak mówię – tym razem objawiało się to w szybkości, pokazywaniu się na pozycję i niesamowitym parciu do przodu. Utrzymywali przy tym naprawdę dyscyplinę taktyczną, to nie były ataki chaotyczne. W tym kontekście trafiliśmy na przeciwnika niesamowicie dobrze dysponowanego.
Trener mówił po meczu, że w drugiej połowie to GKS przejął inicjatywę. No jasne, ale przecież Piast prowadził już 2:0, więc to turbodoładowanie nie było już im do niczego potrzebne. Poza tym bądźmy konsekwentni – bo narracja jest taka, że gdy my się cofamy do niskiej obrony, to jest to przemyślana taktyka, a jeśli przeciwnik – to znaczy, że ich zdominowaliśmy i rywal miał kłopoty…
No nie. Piast intencjonalnie oddał nam piłkę, może nie do końca dla siebie w sposób idealny, na co zwracał uwagę trener rywali. Ale gospodarze bardzo umiejętnie się bronili i GKS choć stworzył sobie ostatecznie dość sporo sytuacji, to trudno powiedzieć, żeby któraś z nich naprawdę była wielką szansą na zdobycie gola. Wydaje mi się, że najlepszą miał Mateusz Wdowiak w pierwszej połowie, ale i tak jednak musiał uderzać z takiej krótkiej nogi. Owszem – powinien to trafić, ale sytuacja idealna nie była. Mateusz Kowalczyk z szesnastu metrów – to też powinno zakończyć się dużo lepszym uderzeniem (znaczy nie wprost w bramkarza). Sytuacja Marcina Wasielewskiego po kapitalnym podaniu Nowaka była trudna, bo nasz zawodnik uderzał już będąc bardzo blisko bramkarza, szanse powodzenia były minimalne. Ilja po podaniu Bartka strzelał bardzo efektownie i był blisko, ale była to trudna sytuacja.
Poza tym nasze sytuacje były słabe, podwójne uderzenie Bartka nie miało też większych szans.
Jeśli chcemy porównać – naprawdę dobre szanse to miała Wisła Płock w Katowicach. Mimo, że przegrała 0:5, na początku meczu, kiedy ratował nas Ilja, a potem w drugiej połowie, gdy sam na sam wyszedł Hamulić. To są prawdziwe groźne sytuacje, a nie te, które my stworzyliśmy w Gliwicach.
Daniel Myśliwiec jak nikt inny widać zna atuty i słabości GieKSy. Nikt w tej lidze nie potrafi nas zneutralizować w taki sposób. I najwidoczniej trener wygrał ten mecz już przed meczem. Wiedział jaką taktykę przyjąć i jak nastawić swoich zawodników. I to wystarczyło. Plus dodajmy pewien aspekt układu gwiazd. Oprócz tego, że Piast był lepszy zarówno w obronie i w ataku, to trzeba powiedzieć, że absolutnie wszystko im wychodziło, a nam absolutnie nic. Takie mecze też się zdarzają.
Przede wszystkim trenerzy rywali wiedzą (i my niestety też), że gdy się nasz zespół naciśnie, to gubimy się niemożebnie. Recepta na GieKSę – wprowadzić trochę szybkości i chaosu w naszych szeregach, to prawdopodobieństwo zdobycia bramki znacząco wzrasta. Co lepsza (a nawet i nie) drużyna z tego korzysta. Na naszym tle zadziwiająco często drużyny przeciwników wyglądają na rozpędzone i grające mecz sezonu…
No ale wracając do tej defensywy. Problem mamy wielki i to nie jest tylko kwestia tylko tego sezonu. Na ten moment mamy rozegranych 10 meczów i 15 straconych bramek. To daje średnią 1,5 traconej bramki na mecz – taka sama średnia wychodzi zarówno w lidze, jak i czterech meczach pucharowych. Mamy w dziesięciu meczach tego sezony zaledwie jedno czyste konto, a w ostatnich osiemnastu spotkaniach – tylko dwukrotnie nie straciliśmy bramki.
Ale tu nie chodzi nawet o samą liczbę, bo choć jest ona spora, to nie jest jeszcze jakaś totalnie dramatyczna. Ale dramatyczny jest sposób, w jaki te bramki tracimy. I w jakich momentach czy odstępach. Patrząc na ten sezon. I rozpoczynając od meczu w Żylinie. Mieliśmy kilka fatalnych zachowań w pierwszej połowie, bramek nie traciliśmy, ale gubiliśmy się wtedy strasznie, podając do przeciwników. Natomiast z pola karnego wybić piłki nie umieliśmy i był rzut karny. Na Wiśle dwie bramki stracone w trzy minuty, a mogły być trzy w pięć czy sześć minut, ale trzecia nie została uznana. Z Radomiakiem podajemy w polu karnym prosto na nogę przeciwnika. Hapoel – wiadomo przedziwny przerzut Borjy, a potem strata Arka. W rewanżu z drużyną z Tel Awiwu jakieś uchylanie się od główek i rywal wychodzi sam na sam. Z Górnikiem w 80 sekund tracimy dwa gole. No i jedna z wisienek na torcie – mecz z Piastem.
Choć déjà vu to miałem też z Miszkolcem…
Trudno zrozumieć, co tu się wczoraj wydarzyło. To że rywale przeprowadzili kontrę to jedno. Ale jak jeden Sanca może się zatrzymać na szesnastym metrze, przekładać sobie nogę nad piłką, a nasi zawodnicy dosłownie jak tyczki – nieruchomo powbijani w ziemię. To się absolutnie nie ma prawa wydarzyć, a nawet jeśli stoją – to niech przynajmniej zasłonią bramkę. Drugi gol to zupełnie bierne zachowanie naszych zawodników – ponownie powbijanych w ziemię – i przeciwnik zza pleców trzech GieKSiarzy wbiega i bez problemu strzela bramkę. I powiem tak – do obejrzenia skrótu myślałem, że trzeci gol to po prostu czyste stadiony świata. Ale jak zobaczyłem, jak nasz kapitan uchyla się niemal do ziemi, odsłaniając tym samym drogę piłce do bramki, to sam klęknąłem. Przecież jakby Arek został spionizowany, to piłka by trafiła dokładnie w niego.
A co do tej drugiej bramki jeszcze – to przecież dosłownie dwie akcję poprzedzające – w ciągu 2-3 minut – to były wyjścia Piasta sam na sam lub niemal sam na sam – raz był spalony, a za drugim razem rzut rożny, po którym padł gol. Podania na skrzydła, takie na dobieg, nokautowały nas w tym meczu.
I tak jak trener mówi, efektywność w obronie i ataku była po stronie Piasta. Raz, że Piast był lepszy, ale dwa – że my byliśmy po prostu bardzo słabi. Nie tylko w obronie i nie tylko w wykończeniu. My sobie nie wykreowaliśmy sytuacji tak groźnych, żeby mieć większe szanse na gola. A czasu na to mieliśmy w drugiej połowie mnóstwo, kiedy Piast oddał nam piłkę.
Cóż, zdarzyło się. Dużo gorzkich słów tu padło i w węższym, ale przede wszystkim szerszym aspekcie, trzeba coś z tą grą obronną zrobić, bo tak naprawdę mamy z nią problem od samego awansu do ekstraklasy. Bywały krótkie serie – kilku meczów – kiedy nasi piłkarze wznosili się na wyżyny, notowali czyste konta, potrafili nawet 2-3 mecze z rzędu zagrać bardzo dobrze w defensywie. Ale potem znów przychodziły, kiksy, babole i niezrozumiałe zachowania. Znaczy kiksy… Co do kiksów to ja nawet nie mam pretensji. Na przykład do takiej bramki samobójczej Arka w Łodzi w Pucharze Polski. Tam to był czysty pech, coś co po prostu się zdarza. Ale jak widzę irracjonalne zachowania zawodników, to to jest już powód – czasem do wkurzenia, czasem niepokoju.
Jeśli ta drużyna chce się rozwijać, to musi poprawić defensywę. Nie możemy wiecznie liczyć na to, że Bartek Nowak da ciasteczka, a Ilja Szkurin będzie miał dzień konia. Nie możemy wiecznie liczyć na to, że strzelimy więcej bramek od przeciwnika, który nam strzela. My mamy umieć przepchnąć kolanem mecz, w którym nam się ofensywa nie układa, mamy mało sytuacji lub jesteśmy nieskuteczni – ale pakujemy tę jedną bramkę i wygrywamy, bo obrona spisała się na medal i nie dopuściła do utraty gola.
Nie jesteśmy drużyną idealną. Naprawdę, gdyby nie te aspekty, o których wspomniałem, bylibyśmy w czołówce ligi i pewnie bili się o mistrzostwo. Ale mamy swoje mankamenty i jesteśmy w takim miejscu jak jesteśmy. Nadal bardzo dobrym miejscu. Ale musimy się rozwijać.
Za tydzień ostatni z trzech meczów wyjazdowych – Lubin. Jeśli tam zapunktujemy za jeden – będzie można powiedzieć, że minimum w tym trójmeczu osiągnęliśmy. Jeśli wygramy – to będzie bardzo dobry wyjazdowy wynik. Nie ma co więc płakać nad rozlanym mlekiem, a tak jak powiedziałem – docenić też bardzo należy drużynę Piasta.
Na koniec powiem, że po meczu dziennikarz Łukasz Pawlik powiedział, że jakby kiedyś zakończył pracę w GKS trener Górak, to to byłby godny następca. Zgadzam się w stu procentach. Nie wiem, co ten szkoleniowiec w sobie ma, ale widać, że ma warsztat, gdziekolwiek nie jest to ma wyniki, potrafi z niczego zrobić coś. Do tego jest skromny, trochę cichy, a jednocześnie widać, że ma ten błysk w oku. Wydaje mi się, że to całkiem spoko człowiek, który jednocześnie swoje przeszedł, zarówno w sporcie, jak i poza nim.
Ale to teoretyczne rozważanie. Teraz trwa projekt firmowany przez Rafała Góraka i niech trwa jak najdłużej, po przysparza nam on masę radości, a GieKSa jest w tym pięknym miejscu. Tak więc dalej pracujmy nad budowaniem wielkiej GieKSy, jak trzeba to poklepmy się po plecach, a jak trzeba to solidnie opie…olmy. Ale tylko po to, by iść do przodu.
Z niecierpliwością czekamy na Lubin!

Lipa
18 października 2021 at 10:41
Prezesik taka figura i ważna postać, że nawet jego ziomki z urzędu miasta o nim zapomnieli.. ????????
W dodatku oficjalnie się do tego przyznali.
Jest jebniecie. Haha