Piłka nożna Prasówka
Media po meczu: Zagłębie wypunktowało bezbarwny GKS Katowice
Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień mediów na temat wczorajszego meczu Zagłębie Lubin – GKS Katowice 2-1 (1-0).
miedziowe.pl – Wyjątkowa oprawa oraz ważna wygrana na jubileusz
Historyczne stroje, wyjątkowa oprawa na trybunach i przede wszystkim kapitalny wynik na boisku. Podwójny jubileusz – 80-lecie Zagłębia Lubin oraz 65-lecie KGHM-u – doczekał się oprawy godnej swojej bogatej historii. Zespół Leszka Ojrzyńskiego nie zawiódł kibiców i w święto całego regionu pokonał GKS Katowice 2:1.
Sobotnie starcie miało symboliczny wymiar, bowiem to właśnie przeciwko zespołowi z Katowic przed laty rozpoczęła się historia Miedziowych na najwyższym szczeblu rozgrywkowym. Po poniedziałkowej porażce w Krakowie gospodarze mieli też coś do udowodnienia, a wyższa ranga tego spotkania wyzwoliła w nich dodatkowe pokłady energii.
Od pierwszych minut kibice oglądali Zagłębie zdeterminowane, grające ofensywnie i walczące o każdy metr murawy. Duże zagrożenie Miedziowi stwarzali zwłaszcza przy stałych fragmentach gry. Na początku meczu minimalnie pomylił się Nalepa po długim wrzucie z autu, a przed wyborną okazją stanął Kocaba, jednak po zamieszaniu w polu karnym huknął nad poprzeczką.
Gdy wydawało się, że pierwsza część zakończy się remisem, trybuny wreszcie eksplodowały z radości. Dąbrowski zainicjował akcję kapitalnym, długim podaniem na dobieg do Ćorluki, Chorwat celnie zgrał piłkę w pole karne, a Nowogoński pewnym uderzeniem dał prowadzenie swojemu zespołowi.
Po zmianie stron lubinianie nie zwalniali tempa, choć występ w jubileuszowym meczu urazem opłacił Szymczak, który musiał przedwcześnie opuścić plac gry. Z biegiem czasu goście przejęli inicjatywę, zmuszając Zagłębie do głębszej defensywy. Mimo naporu GKS-u to gospodarze wyprowadzali groźniejsze kontry – doskonałą okazję sam na sam zmarnował Sypek, a z drugiej strony uderzenie Wędrychowskiego pewnie wyłapał Alomerović.
Po chwili celny cios zadał Kosidis. W 78. minucie napastnik Miedziowych przełamał swoją półroczną serię bez gola w lidze i zimną krwią wykończył podanie od Orlikowskiego. Gospodarzom jednak nie udało się zakończyć meczu z czystym kontem. W doliczonym czasie gry Yakuba sfaulował rywala w swoim polu karnym i sędzia wskazał na wapno. Alomerović rzucił się w dobrą stronę, ale nie zdołał obronić uderzenia i mecz zakończył się wynikiem 2:1.
weszlo.com – Apelujemy o więcej jubileuszowych obchodów w Lubinie!
Mecz Zagłębia z GieKSą z trybun oglądał Jan Urban i pewnie bliski był przycięcia komara gdzieś w dwudziestej minucie. Nowaka czy Reguły i tak dodatkowo oglądać nie trzeba, wszyscy wiedzą, co obaj panowie potrafią, a na boisku nie zanosiło się raczej na fajerwerki. Tyle że gospodarze cały czas, w swoim dosyć jednostajnym rytmie, parli do gola i trochę nas ostatecznie zabawili. Prezentując się całkiem nieźle i – uwaga – długimi fragmentami prowadząc grę. Niezłe widowisko stworzyli bez większej pomocy Katowiczan, którzy na boisko wyszli chyba tylko po to, żeby powalczyć dopiero przez ostatnie trzy minuty.
Ale oddajmy, naprawdę oddajmy GieKSie, że chociaż trochę się przyłożyła i w pierwszej połowie. Był przecież do przerwy cały jeden celny strzał gości, kiedy z ostrego kąta pokonać Alomerovicia próbował Szkurin! Strzał to był w sumie sprytny i wykonany – jak na tę pozycję Białorusina – całkiem nieźle, ale… jeden? Cóż, niektórym to wystarczy.
Bo tylko raz w światło bramki trafiali też w pierwszej połowie Miedziowi, a na przerwę schodzili z prowadzeniem i całkiem wyraźną przewagą.
Mieli wszak jeszcze próbę Kocaby, którego strzał z piątego metra posłany został na wysokość czwartego piętra. Portale statystyczne odnotowały tę akcję jako „wielką szansę” i słusznie, ale piłkarz Zagłębia nie zrobił z niej żadnego użytku. Faktem jest jednak niezaprzeczalnym, że jeśli któraś drużyna robiła w tym meczu cokolwiek, by wygrać, to było nią Zagłębie.
Trochę zamieszania po stałych fragmentach, choćby wtedy, kiedy do strzału głową doszedł w dogodnej pozycji Nalepa. Odrobinę wiatru na skrzydłach, głównie po stronie Reguły, choć Nowogoński dotrzymywał mu kroku. No i widoczna motywacja do uświetnienia obchodów świętowanego dziś 80-lecia klubu.
GieKSa wyglądała niewiele lepiej niż tydzień temu z Piastem. Zagłębie? Solidne, po prostu. Ale czasem to wystarczy.
Zmiana stron nie przyniosła tego, czego najbardziej mogli się obawiać kibice Miedziowych i całe szczęście. Bo zamiast od razu schować się za podwójną gardą, Lubinianie stwierdzili, że zagrają trochę inaczej. Od razu po przerwie gospodarze wysłali zresztą bardzo wyraźny sygnał trybunom – charakterystycznymi gestami prosili o dodatkowe wsparcie i odpłacili się trzema niezłymi okazjami. Czujność Kobylaka sprawdził Ławniczak, potem mocnym strzałem po zejściu ze skrzydła popisał się Nowogoński. Niedługo później próbował Szymczak i tylko dzięki temu wzmożeniu w pięć minut dostaliśmy więcej celnych strzałów niż w całej pierwszej połowie.
Problemem tego meczu nie było więc Zagłębie. Była nim GieKSa. Ślamazarna, niezdarna i niezdolna do samodzielnego przeniesienia gry na dłużej pod bramkę Alomerovicia. Nawet gdy gospodarze w końcu oddali jej inicjatywę i sami ją zaprosili w okolice własnego pola karnego, to niewiele mieli z tego tytułu zmartwień. Albo nie mogli, albo już nie chcieli grać na zbyt dużej intensywności i z trybu ataku przeszli w tryb czekania na rywala, a ten rywal, w kolejnym meczu z rzędu, po prostu nie dojechał. Niewiele szans stworzył, z niewielu akcji dał się zapamiętać. Ma problem trener Górak.
Dość powiedzieć, że strzał Szkurina z pierwszej połowy pozostał jedynym celnym strzałem GKS-u aż do 75. minuty. Wtedy, w odpowiedzi na wcześniejszą (spapraną), świetną szansę Sypka, Alomerovicia sprawdził Wędrychowski. Wszystko po niezłej akcji Nowaka, który pozostawał cały czas największą nadzieją Katowiczan, lecz ostatecznie zagrał mecz kiepski.
I tak, przyznać wypada, że ta jedna okazja była dobra, ale… szybko o niej zapomnieliśmy.
Nie minęła chwila, a świetnym podaniem otworzył prawe skrzydło przed Orlikowskim Reguła. Boczny obrońca Miedziowych mógł spokojnie przygotować sobie dokładne dogranie w pole karne, co zresztą zrobił. W dobrym miejscu znalazł się Kosidis i nie było już czego zbierać. Bezradny Kobylak, stojący jak zamurowani jego koledzy z obrony i Zagłębie – kolejny raz dzięki prostym środkom zdobywające całkiem urodziwą bramkę.
[…] Dobrego wrażenia nie zaciera po występie Miedziowych nawet nieco przypadkowy rzut karny po faulu Jakuby i nerwowa z jego powodu końcówka rywalizacji. Ona nieco podniosła temperaturę w ostatnich minutach, ale nie sprawiła, że zapomnieliśmy o całym meczu. Udanym dla Zagłębia i, znowu, kiepskim dla ekipy z Katowic.
gol24.pl – Zagłębie wypunktowało bezbarwny GKS Katowice. Udany mecz na 80-lecie istnienia
A więc urodziny nie zostały zepsute. Zagłębie Lubin w jubileuszowym meczu z okazji swojego 80-lecia pokonało GKS Katowice, zwyciężając 2:1. Po bramce zdobyli Kamil Nowogoński i wprowadzony Michalis Kosidis. To pierwsza wygrana Miedziowych od połowy sierpnia, kiedy w derbach udało się znaleźć sposób na Śląsk Wrocław.
GKS Katowice nie był sobą. Drugi raz z rzędu przegrał. Tym razem jednak przynajmniej zdobył kontaktową bramkę. Tuż przed końcem z rzutu karnego straty o połowę zmniejszył Arkadiusz Jędrych – z rzutu karnego podyktowanego za faul na Marcinie Wasielewskim. Na wyrównanie nie starczyło ani czasu, ani pomysłu.
Co nam mówi tabela? Zagłębie z zaledwie jedną porażką w sezonie awansowało na wysokie szóste miejsce. GieKSa spadła natomiast na dziesiątą.
Trzeba przyznać, że na to zwycięstwo Zagłębie sobie zasłużyło. Prowadzenie jeszcze przed przerwą dał Kamil Nowogoński po zagraniu z prawej strony. Tak też udało się trafić po raz drugi, za sprawą Michalisa Kosidisa, gdy już dogrywał nie Josip Corluka, lecz Igor Orlikowski.
Na tę chwilę przy równej liczbie rozegranych meczów Zagłębie ma tyle samo punktów co Jagiellonia – czyli dwanaście. Prawda, że zaskakujące?
gazetawroclawska.pl – Huczne obchody i triumf Zagłębia Lubin na 80. urodziny
KGHM Zagłębie Lubin wygrało z GKS-em Katowice 2:1 w meczu 8. kolejki PKO Ekstraklasy. Miedziowi obchodzili w trakcie tego spotkania swoje 80. urodziny.
[…] Imprezę swą obecnością uświetnili Mistrzowie Polski z roku 1991 oraz 2007, oraz m.in. prezes Ekstraklasy S.A. Marcin Animucki i selekcjoner reprezentacji Polski Jan Urban. Piłkarze z kolei wyszli na to spotkanie w specjalnych, jubileuszowych strojach.
Wszystko to na oczach nowego prezesa. Dosłownie na ostatniej prostej przed sobotnią potyczką Rada Nadzorcza powołała na stanowisko prezesa Jacka Bednarza. To były piłkarz m.in. Legii Warszawa czy Pogoni Szczecin, który po karierze był telewizyjnym ekspertem i działaczem, w tym m.in. prezesem Wisły Kraków (lata 2013-2014) i dyrektorem sportowym Piasta Gliwice (2017-2018) oraz Bruk-Betu Tremalici Nieciecza. Ostatnią funkcję pełnił aż do momentu, w którym został następcą Pawła Jeża w Lubinie.
Wracając na boisko, dość niespodziewanie to właśnie gospodarze, a nie faworyzowani przed pierwszym gwizdkiem Katowiczanie byli strona przeważającą w pierwszej połowie. Udało im się to potwierdzić w 42′ minucie, kiedy to rozpędzony Josip Ćorluka posłał płaską piłkę w pole karne, a tam dopadł do niej Kamil Nowogoński, zdobywając swoją pierwszą bramkę na boiskach PKO Ekstraklasy.
Drugie 45-minut wyglądało podobnie. Wprawdzie „GieKSa” dłużej utrzymywała się przy piłce i gościła z nią na połowie Zagłębia, ale nie przekładało się to na klarowne okazje.
Czego nie zrobili goście, zrobili gospodarze. W 78′ minucie Michális Kossídis wykończył płaskie dośrodkowanie wprowadzonego na boisko chwilę wcześniej Igora Orlikowskiego, pakując piłkę do bramki obok zaskoczonego Gabriela Kobylaka.
O emocje już w doliczonym czasie gry zadbali sędziowie VAR. Wezwali Tomasza Kwiatkowskiego przed monitor, by pokazać mu starcie w polu karnym gospodarzy. Tam Starający się zablokować Marcina Wasielewskiego Ukrainiec Roman Jakuba nastąpił mu na stopę, przez co ten zaczął zwijać się z bólu. Arbiter – choć zdawał się nie być przekonany do tej decyzji – wskazał na „wapno”. Do futbolówki podszedł Arkadiusz Jędrych i strzelił bramkę kontaktową.
To było jednak wszystko, na co stać było gości w Lubinie. Zagłębie zasłużenie wygrało i uświetniło obchody 80-lecia klubu ważnym zwycięstwem.
Piłka nożna
Górnik Łęczna – GKS Katowice 1:0
27.10.2026 Łęczna
Górnik Łęczna – GKS Katowice 1:0
Bramki: Tkacz (32)
Górnik: Wilk – Turek, Radkowski (38. Kobryń), Kruk, Rogala (69. Quainoo), Tkacz (81. Deja), Walski, Myszkor, Akhmedov, Janaszek (69. Niewiarowski), Antkowiak (81. Korbecki)
GKS: Kikolski – Jirka (57. Galan), Olsen (57. Czerwiński), Jędrych, Klemenz, Wdowiak, Milewski, Wolski (75. Kowalczyk), Nowak, Wędrychowski (57. Bartlewicz), Szkurin (75. Kokosiński)
Ż.kartki: Myszor – Bartlewicz
Cz.kartki:
Sędzia: Paweł Malec (Łódź)
Widzów: 1333
Felietony Piłka nożna
Taką GieKSę chcę oglądać zawsze
Po 344 dniach GKS Katowice przegrał u siebie. Przez niemal rok Nowa Bukowa była nie do zdobycia. Jak na drużynę „aspirującą”, a nie będącą na topie, jest to wynik wybitny. Rozegrać w tym czasie 17 meczów, w których rywal nie pokonał naszego zespołu to przestrzeń całego sezonu bez porażki. A gdy dodamy do tego, że zremisować się w Katowicach udało się tylko Legii, Jagiellonii oraz Widzewowi (ale przegrał w karnych) to należy dojść do wniosku, że każdemu przeciwnikowi w Katowicach jest niebywale ciężko. Nawet jeśli strzelali oni gola czy dwa, to jedynie rozjuszali maszynę Góraka, która potrafiła wbić jeszcze więcej bramek.
Aż przyjechała Pogoń Szczecin, z którą GieKSa zaczęła budować swoją twierdzę. Jakże to był inny mecz rok temu. Wówczas GieKSa oddała rywalowi piłkę i chciała umiejętnie defensywą kontrolować spotkanie. Wtedy Pogoń miała absurdalną wręcz statystykę posiadania piłki – 77 procent. Oddali aż 27 strzałów, ale… tylko 3 celne. Nasza taktyka okazała się wówczas skuteczna, bo GKS strzelił dwie bramki jeszcze w pierwszej połowie i skutecznie neutralizując poczynania gości – wygrał to spotkanie. Wczoraj obraz był inny. Widzieliśmy GieKSę ofensywną, prącą do przodu, starającą się grać nie tylko skuteczną, ale i ładną dla oka piłkę. To Pogoń była w pozycji wyczekującej i w pewnym momencie zadała decydujący cios. Można powiedzieć, że zarówno rok temu, jak i teraz drużyny zwycięskie wygrały wyrachowaniem.
Mimo wszystko uważam, że w związku z tzw. optyczną przewagą to GieKSa była bliżej osiągnięcia korzystnego rezultatu niż Szczecinianie rok temu. Wówczas ataki Pogoni ostatecznie były w większości jałowe i oprócz tego, że często byli na naszej połowie, niewiele z tego wynikało.
GieKSa rozegrała wczoraj dobre spotkanie, a nawet uważam, że fragmentami to był bardzo dobry mecz. Zwłaszcza w pierwszej połowie zwróciłem uwagę na to, jak potrafimy kapitalnie zagrać w destrukcji, wykorzystać ten swój pressing nie tylko jako sztuka dla sztuki, ale naprawdę, by odebrać piłkę rywalowi. Bardzo ciekawie rozgrywamy krótką grę w środku boiska, również przecież będąc pod presją przeciwnika. Tu Kowal, tu Kacper, tu pomoże Bartek – i gramy gdzieś na lewe czy prawe skrzydło, zdobywając teren. Po stracie bramki to już był napór GieKSy i ciągłe zbliżanie się pod pole karne rywala.
Przeciwnika jednak mieliśmy godnego. Pogoń jest bardzo dobrze zorganizowana w swoje obronie – postawili na obronę niską i w niej bardzo skutecznie neutralizowali nasze ataki. Nie mówię, że wszystko było u nas idealnie, ale trzeba przyznać, że imponująca liczba straconych bramek Pogoni – sześć w dziesięciu meczach – nie jest dziełem przypadku i goście to wczoraj po prostu udowodnili.
Naszych ataków nie nazwałbym jałowymi. Uważam, że były dobre i dynamiczne. Brakowało natomiast trochę precyzji, a czasem decyzji. Trochę za dużo w tej końcowej fazie jest kombinacji – oczywiście, jak ta kombinacja wyjdzie, że to jest szansa na piękną, bramkową akcję. Ale nie przeplatamy właśnie tych kombinacji z próbami uderzeń. Ja wiem, że było ciasno w polu karnym, ale mimo wszystko, czasem można byłoby pokusić się o jakąś bardziej bezpośrednią próbę, na ten mityczny strzał z dystansu – i nie mam na myśli uderzenia z 25 metrów, ale jak już jesteśmy niemal na linii szesnastki, to można byłoby spróbować. Wystarczy choćby spojrzeć na wczorajsze starcie Cracovii z Legią, gdzie padły dwa podobne gole i oba zza pola karnego. U nas nie ma w ogóle takich prób.
Mimo to i mimo tej kapitalnej defensywy Pogoni, do wyrównania brakowało naprawdę niewiele. Sam ten napór naszej drużyny powoduje, że w którymś momencie jakaś piłka może przejść, nawet jakiemuś obrońcy między nogami, tu się poodbija i padnie bramka. W doliczonym czasie gry Ilja miał bardzo dobrą sytuację i minimalnie przestrzelił. Byliśmy o włos.
Nie zapominajmy też o samym początku, kiedy Borja oddał strzał, ale Cojocaru kapitalnie to wybronił. Gdybyśmy prowadzili, obraz meczu mógłby być inny.
Ten napór GieKSy – zwłaszcza po straconej bramce – był tak wielki, że chyba… czasem zapominaliśmy o obronie. Mam na myśli pójście bardzo wysoko i sytuację, w której ze dwa czy trzy razy Pogoń po prostu „wykopała” piłkę do przodu i rywale wychodzili 2 na 1 czy 2 na 2. To jest koszt aż tak bardzo ofensywnej gry. Trochę ryzykownej. Ale trzeba powiedzieć, że GKS bramki po takich kontrach nie stracił.
Piłka nożna to gra błędów i po takim błędzie Pogoń strzeliła gola. Rzeczywiście – za duża była luka pomiędzy naszymi dwoma środkowymi obrońcami, gdy Szalai zagrywał długą piłkę do Sancheza. A potem to już był indywidualny pojedynek, nie najlepsze zachowanie Pau Resty, za to Sanchez pokazał swój kunszt, zastawił się, zrobił zwód i zaraz pozostawało mu tylko wykończenie akcji.
Tak więc w tym pojedynku na styku minimalnie lepsza oraz cwańsza okazała się Pogoń. Przegraliśmy naprawdę z dobrą drużyną.
I powiem tak – bo po różnych meczach, które GieKSa przegrywała miałem różne emocje – czasem smutek, czasem żal, czasem dużą złość, jak choćby po meczu z Lubinie. Tutaj jest zupełnie inaczej. Ani wczoraj, ani dzisiaj – nie mam kompletnie negatywnych odczuć. Naprawdę byłem dumny z tej drużyny, uważam, że zrobili wszystko, by ten mecz wygrać. A że pojawiły się błędy, to mogę tylko rozłożyć ręce i powiedzieć, że taki jest sport.
Mówiąc, że zrobili wszystko, mam na myśli nie tylko „zapieprzanie”. To oczywiście było widoczne aż nadto. Ale poza tym GKS pokazał kawałek dobrej piłki i jeśli w taki sposób czasem zdarzy się przegrać mecz, to nie będę miał żadnych pretensji. Jeszcze z jednego podstawowego powodu – ta gra napawa mnie optymizmem. I dokładnie z taką postawą w starciu z rywalem, który nie ma tak żelaznej defensywy jak Pogoń – GieKSa by taki mecz wygrała lub w najgorszym przypadku zremisowała.
Więc mam prośbę. Utrzymujcie to. Wiadomo oczywiście, że taktyka jest też uzależniona od przeciwnika. Ale utrzymujcie realizowanie tej taktyki w tak rzetelny sposób jak wczoraj. I wiadomo, że można jeszcze coś dołożyć. Niech Marcel czasem strzela. Niech Bartek Nowak też czasem zdecyduje się na uderzenie. Niech Wasyl czasem po prostu dośrodkuje tą prawą nogą lub wejdzie w pole karne. Tam brakuje czasem niuansów natomiast podkład jest bardzo dobry.
Obrona dalej musi pracować, bo choć ostatnio nie gra źle, to dalej mamy zaledwie jedno czyste konto w tym sezonie. Czasem jeden błąd kosztuje tyle, ile wczoraj.
To było piękne widowisko, prawdziwy ligowy pojedynek w środku jesieni, przy jupiterach, z dopingiem kibiców gospodarzy i gości. Po prostu esencja ligowej piłki. Z dwoma bardzo dobrymi drużynami, z których jedna okazała się minimalnie lepsza.
Ostatecznie po powrocie do ekstraklasowych zmagań mamy sześć punktów w trzech meczach. Nieźle, naprawdę nieźle. Teraz mamy tydzień przerwy i za chwilę znowu zacznie się bardzo intensywny czas. Sam nie wiem, jaka jest ta Korona, bo potrafi zagrać super mecz, a potem dość mizerny. Zobaczymy, jak zagrają dziś z Lechem. No a potem włączamy się do gry o Puchar Polski i mecz z zawsze groźną Łęczną na ich zawsze trudnym terenie. I na koniec października Widzew.
Walczymy dalej!
Felietony Piłka nożna
Post scriptum do Kielc i Łęcznej
Trudno wracać myślami do dwóch ostatnich pojedynków. Wiemy, jak zagrała GieKSa i jakie wyniki osiągnęła. Nie może jednak zabraknąć tradycyjnego post scriptum. Tym razem łączonego, bo na wyjazd wybrałem się kilkudniowy. Na pierwszy mecz do Kielc dojechał Misiek, a drugi do Łęcznej – Misiek i Kazik.
1. Moja podróż rozpoczęła się już w piątek od… śniadania w Katowicach. Wiadomo, że trzeba się solidnie posilić. Tak więc z Katowic ruszyłem około godziny 12.00.
2. Droga przebiegła sprawnie i po niecałych trzech godzinach zameldowałem się w Hotelu pod Jaskółką nieopodal Kielc, w jednym z Tumlinów. Znałem to miejsce z opowieści, gdyż zatrzymują się tu czasem wędrowcy Głównego Szlaku Świętokrzyskiego.
3. Sam przemierzałem ten szlak dwa lata temu w majówkę. Wówczas po skończonym etapie w Miedzianej Górze autobusem podjechałem do hotelu Grafit. Jak się okazało, zarówno w poprzednim sezonie, jak i teraz, była to baza noclegowa drużyny.
4. Miejscówka nad zalewem Umer, robiła miłe wrażenie. Hotel to chyba jakiś rodzinny, bo w „barze” przesiadywała rodzinka gospodarzy.
5. Z okien można było podziwiać sympatyczne alpaki. Ogólnie sielanka. To był piątek, więc jeszcze nie byłem skażony przykrymi emocjami sportowymi.
6. Zaczynała się kolejka. Czas więc był śledzić poczynania ligowych rywali. Derby Lublina, czyli Motor grał z Zagłębiem. Na początku oglądałem na laptopie, ale pan chyba dziadek zaproponował, że włączy telewizor. Co uczynił.
7. W międzyczasie obiad. Befsztyk po królewsku, z cebulką, jajkiem sadzonym, frytkami i kapustą zasmażaną. Coś pięknego. Tak mi zasmakowało, że potem podczas pobytu wziąłem to jeszcze dwa razy. Na doprawienie się był krem z pieczarek z groszkiem ptysiowym.
8. Wieczorem Widzew – Górnik i kolejny brak wygranej naszego najbliższego rywala. Do tego wykartkował się Fornal, Świder chyba odniósł jakąś kontuzję. Zobaczymy.
9. No i nadeszła sobota. Śniadanie było sowite – z jajecznicą z wkładką. I tu trzeba było zdobyć kalorię, które będą spalane podczas meczu.
10. Niestety nie dostałem miejsca parkingowego, więc musiałem szukać w okolicach stadionu. Wiedziałem, że są ogólnodostępne parkingi i myślałem, że będąc niemal dwie godziny przed meczem nie będzie problemu. Nie wziąłem pod uwagę, że to ostatni weekend przed Wszystkich Świętych. Na parkingach były dzikie tłumy.
11. Musiałem kluczyć i szukać ponad pół godziny. Ostatecznie zaparkowałem na ulicy niedaleko stadionu, pod cmentarzem, na jakiejś trawie.
12. Czirliderki – podobnie jak ostatnio – miały swoją rozgrzewkę na bocznym boisku. A ja zacząłem kierować się do obiektu.
13. Akredytację odebrałem, trzeba było też sprawdzić, czy w sklepiku jest proporczyk. W poprzednim sezonie go zabrakło. Tym razem udało się – był w asortymencie, więc moja na razie niewielka kolekcja została powiększona.
14. Na stadionie byłem nieco ponad godzinę przed meczem. Ciekawe, że tym razem dojście do prasówki było z drugiej strony niż ostatnio. Ale wyjątkowo ochroniarz przepuścił mnie przez catering dla VIP-ów. Nic nie zachachmęciłem.
15. W dojściu do sektora prasowego, można było odnieść wrażenie, że zaraz się wejdzie do Lewiatana, bo taka reklama jest na stadionie, a wygląda dosłownie, jak szyld sklepu.
16. Czirliderki już oficjalnie wystąpiły, Marek Grechuta zaśpiewał i mogliśmy zacząć grać.
17. U gości wystąpił Pau Resta, były zawodnik Korony. Kibice gospodarzy chyba nie narzekali, bo to Hiszpan dał się nawinąć Menie, który strzelił zwycięską bramkę.
18. Camilo Mena to z jednej strony człowiek mocno zamieszany w awans GKS do ekstraklasy, ale też już w tej ekstraklasie całkiem konkretnie nas tępi. Raz już trafił jako zawodnik Lechii w meczu z GKS, a teraz jako piłkarz Korony.
19. Po meczu konferencja, na której było wyjątkowo dużo dziennikarzy. Każdy chciał zobaczyć debiut Roberta Kolendowicza. Ogólnie sama sala ciekawa, ciemna, ciepła, dość kameralna i schludna.
20. Rozczarowany wróciłem do auta i wróciłem na miejscówkę.
21. Niedziela upłynęła pod znakiem odpoczynku i ekstraklasy oraz oczywiście El Clasico. W tym polskim Lech wygrał na wyjeździe z Legią, a hiszpańskim Real pokonał Barcelonę.
22. Ale przynajmniej mogłem ukoić nerwy w towarzystwie alpak. Zawsze to coś, gdy nie ma wyników.
23. W poniedziałek przemieściłem się do Łęcznej. Trzy godziny drogi, trochę zadupiami. Ale jeszcze za widna byłem na Lubelszczyźnie.
24. Jeszcze udałem się na oddalony o kilometr od mojej miejscówki stadion Górnika, by zrobić nagrywkę i cyknąć parę zdjęć. Ku mojej uciesze stadion był otwarty, więc wszedłem i sobie połaziłem dookoła. Nieniepokojony przez nikogo.
25. Wieczorkiem w sushi/pizzerii pyszna picka. I jesienna herbata. Ogólnie Łęczna jest całkiem przyjemnym małym miastem. Są knajpy, sklepy, kebab, mak. Są też stosunkowo tanie noclegi. Bardzo przyjemnie.
26. Rano śniadanie i na tym skończyły się przyjemności i dobry nastrój. To znaczy jeszcze przez jakiś czas było okej, ale w pewnym momencie zaczęło się robić źle – dokładnie w momencie, jak piłkarze wyszli na boisko.
27. Na stadionie Górnika Łęczna byłem wcześniej sześć razy, ale pięć z tych meczów było przegranych. Jedynie raz GieKSa potrafiła tam wygrać, gdy w końcówce trzy razy strzeliliśmy bramkę.
28. Co ciekawe akredytacja była w formie on line. Nie dostałem plakietki, musiałem się zalogować do systemu biletowego i spoko – tam akredytacja czekała.
29. Ale musiałem czekać aż przyniosą skaner do skanowania. Na szczęśćie może trzy minuty i wszystko było załatwione.
30. Warunki do pracy przyzwoite. Prąd i widoczność spoko. Na stadion schodziły się dzieciaki ze szkół, trzeba było jakoś zbudować frekwencję. Młyn był niewielkie, kibice GKS, cali na żółto, jak zwykle dali radę.
31. Nie zabrakło pozdrowień dla Grzegorza Rogali, kibice GKS pamiętają, że ten zawodnik dał dużo naszej drużynie w drugiej i pierwszej lidze. Teraz broni barw Łęcznej.
32. Luboń, Zdzieszowice, Skierniewice, Garbarnia Kraków, Chrobry u siebie, Tarnobrzeg… To niektóre z kompromitacji, jakie GieKSa zaliczyła w Pucharze Polski w ostatnich kilkunastu latach. Teraz dołożyliśmy do tego drugoligową Łęczną. Fajny był ten puchar w poprzednim sezonie, ale wychodzi na to, że absolutnie nie są to nasze rozgrywki.
33. Po meczu zadałem trochę pytań na konferencji trenerowi, ale byłem tak rozemocjonowany, że zapomniałem włączyć nagrywanie. Z pomocą przyszli chłopacy z oficjalnej, którzy wspomogli mnie nagraniem audio. Wielkie dzięki!
34. Zadałem też pytanie asystentowi trenera gospodarzy, takiemu o aparycji Michaela Ameyawa, na co kładli nacisk i w czym widzieli szansę. To powiedział, że w tym, że obrońcy GKS są wysocy, ale mało zwrotni. Żodyn się nie spodziewał.
35. Wróciłem do auta, które miałem pod miejscówką noclegową, z kilometr od stadionu. I ruszyłem w drogę powrotną. O godzinie 22:00 byłem w domu.







































Najnowsze komentarze