Hokej Piłka nożna kobiet Prasówka Siatkówka
Tygodniowy przegląd mediów: Grad goli i mnóstwo emocji
Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów z ostatniego tygodnia, które dotyczą sekcji piłki nożnej, siatkówki oraz hokeja GieKSy. Prezentujemy, naszym zdaniem, najciekawsze z nich.
Piłkarki Orlen Ekstraligi po przerwie reprezentacyjna wróciły na boiska. Nasze Panie rozegrały wyjazdowe spotkanie z Pogonią Tczew w którym wygrały 4:3 (3:1). Kolejny mecz zespół rozegra w Katowicach z Rekordem Bielsko-Biała. Mecz rozpocznie się o godzinie 14:00, w piątek, szóstego października. Mistrzynie Polski prowadzą w tabeli ligowej, bez straty punktu. Piłkarze w ostatnim tygodniu rozegrali dwa spotkania, niestety oba przegrali. W środę w ramach rozgrywek Pucharu Polski ulegli Górnikowi 0:4 (0:2). W sobotę w spotkaniu ligowym ulegli Odrze Opole 0:1 (0:0). Prasówki na tematy tych spotkań znajdziecie odpowiednio TUTAJ i TUTAJ. Kolejne spotkania drużyna rozegra na Bukowej, w niedzielę ósmego października, początek zaplanowano na godzinę 18:00.
Siatkarze przygotowują się do startu rozgrywek PlusLigi, w ubiegłym tygodniu zespół wziął udział w mini turnieju w Lubinie. W pierwszym meczu zespół wygrał z Wartą Zawiercie 3:0, w drugim przegrał z Norwidem Częstochowa 1:2. Ostatecznie drużyna zajęła drugie miejsce w turnieju. Na najbliższy piątek i sobotę zaplanowano sparingi ze Skrą Bełchatów.
W trzech rozegranych meczach ligowych hokeiści odnieśli komplet zwycięstw: z Podhalem 5:4 (po dogrywce), z Energą Toruń 3:2 oraz z Zagłębiem 6:4. W rozpoczętym tygodniu zespół rozegra dwa domowe spotkania, we wtorek z GKS-em Tychy oraz w piątek z Podhalem. Spotkania rozpoczną się o godzinie 18:30. Nasz zespół przewodzi w ligowej tabeli, do tej pory nie zaznał goryczy porażki.
PIŁKA NOŻNA
kobiecyfutbol.pl – Wspaniały pościg za rywalkami walecznej Pogoni!
Pogoń Dekpol Tczew w tym sezonie gra ze zmiennym szczęściem, jednak na spotkanie z aktualnymi mistrzyniami Polski z pewnością wyjdzie niesamowicie zmotywowana. Przerwanie zwycięskiej passy katowiczanek byłoby nie lada wyczynem! GKS Katowice jest jedyną drużyną, która na swoim koncie ma komplet zwycięstw i dzisiaj podopieczne Karoliny Koch z pewnością zrobią wszystko, aby seria trwała nadal.
Spotkanie w Tczewie rozpoczęło się w samo południe wraz z pierwszym gwizdkiem sędzi Eweliny-Fiodorczuk-Sipko. Chwilę po rozpoczęciu gry odnotować mogliśmy pierwszy celny strzał na bramkę w wykonaniu zawodniczek z Katowic. Po kilku kolejnych minutach, które upływały raczej w spokojnym tempie z obu stron, niespodziewanie na prowadzenie wyszły zawodniczki KS Pogoni Dekpol Tczew! Podopieczne Mateusza Sroki w 11. minucie spotkania po trafieniu Magdaleny Sobal były na prowadzeniu! Miejmy nadzieję, że szybko strzelona bramka przez gospodynie dzisiejszego pojedynku, nakręci to spotkanie i będziemy świadkami pasjonującego widowiska. GKS Katowice wziął się mocno do pracy, czego efektem były dwa strzały na bramkę Adriany Banaszkiewicz oddane w kolejnych dziesięciu minutach, były to wprawdzie strzały niecelne, ale z pewnością można było je odczytać jako prognostyk dobrej gry. Aktualne mistrzynie Polski doprowadziły do wyrównania w 24. minucie spotkania po bramce Nikoli Brzęczek, która potwierdza swoją bardzo dobrą formę w bieżącej edycji rozgrywek. W 27. minucie gry gospodynie dzisiejszego spotkania dwukrotnie próbowały swoich sił, uderzając na bramkę Kingi Seweryn. Za pierwszym razem strzał został zablokowany, dobitka okazała się wprawdzie celna, ale nie był to strzał, który mógłby pokonać golkiperkę GKS-u.
W ciągu kolejnych stu osiemdziesięciu sekund zespół prowadzony przez Karolinę Koch również odpowiedział dwoma uderzeniami na bramkę Adriany Banaszkiewicz, z czego jedno uderzenie było celne. W 32. minucie gry na prowadzenie wyszedł zespół z Katowic za sprawą trafienia Dżesiki Jaszek! Kolejne dziesięć minut spotkania to okres mniej ciekawej gry z obu stron, żaden z zespołów nie potrafił stworzyć realnego zagrożenia pod bramką rywalek. Bardzo mocnym akcentem pierwsze czterdzieści pięć minut zakończyły zawodniczki Karoliny Koch! W drugiej minucie doliczonego czasu gry na dwubramkowe prowadzenie swój zespół wyprowadziła Aleksandra Nieciąg! Wymarzony zakończenie pierwszej połowy dla GKS-u, bardzo twardy orzech do zgryzienia dla Mateusza Sroki i jego zespołu.
Na drugą połowę zarówno Mateusz Sroka, jak i Karolina Koch desygnowali do gry zespoły w wyjściowych zestawieniach. Pierwsze pięć minut po gwizdku Eweliny Fiodorczuk-Sipko rozpoczynającym drugą odsłonę to raczej spokojna gra z obu stron. W 50. minucie spotkania jedna z zawodniczek Pogoni Dekpol Tczew dopuściła się przewinienia we własnym polu karnym i przed szansą podwyższenia prowadzenia stanął GKS Katowice. Do wykonania rzutu karnego podeszła Marlena Hajduk i bezbłędnie swoją szansę wykorzystała! Przy wyniku 1:4 sprawa zwycięstwa w tym spotkaniu wydawała się definitywnie rozstrzygnięta, choć przed nami jeszcze około czterdzieści minut gry.
W 56. minucie spotkania gospodynie dzisiejszego pojedynku miały swoją okazję na drugie trafienie po rzucie rożnym, piłka, mimo celnego strzału, nie znalazła jednak drogi do siatki. W 62. minucie ponownie tczewianki sprawdziły dzisiejszą dyspozycję w bramce Kingi Seweryn, jej forma nie budziła jednak żadnych zastrzeżeń, na koncie miejscowych wciąż widniała tylko jedna bramka. W 67. minucie meczu kolejną próbę podjęła zawodniczki Pogoni, dwa z rzędu uderzenia na bramkę Kingi Seweryn zostały jednak skutecznie zablokowane przez katowiczanki. Należy pochwalić piłkarki z Tczewa za bardzo ambitną grę i fantastyczną sportową walkę, pomimo niekorzystnego wyniku, nie zwiesiły głów, walczyły dalej o każdą piłkę. Wielkie brawa!
GieKSa przy tak korzystnym rezultacie nie forsowała szczególnie wysokiego tempa, sezon jest długi i siły trzeba umiejętnie rozkładać na wszystkie spotkania, 4:1 z pewnością satysfakcjonowało zarówno Karolinę Koch, jak i cały zespół. W 75. minucie gry strzał katowiczanek na bramkę Adriany Banaszkiewicz został zablokowany. Spokojne, wydawać by się mogło, prowadzenie zespołu z Katowic zostało poważnie zachwiane po wejściu na plac gry Wiktorii Rybickiej, która w 76. minucie zmieniła Barbarę Wierzbińską. Ta zmiana to był prawdziwy strzał w dziesiątkę Mateusza Sroki. Zaledwie dwie minut od pojawienia się na placu gry, Wiktoria Rybicka ustrzeliła dublet, mało tego! Dwie bramki zaaplikowała przyjezdnym w ciągu jednej minuty! Niesamowita historia! W ciągu sześćdziesięciu sekund tczewianki z 1:4 doskoczyły do rywalek na dystans jednej bramki, przegrywały zaledwie 3:4, a przed nami jeszcze kilkanaście minut spotkania! Ciężko jest mówić o tym, że GieKSa zlekceważyła rywalki pewnie prowadząc, ale z pewnością w szeregi aktualnych mistrzyń Polski wkradło się rozprężenie, chwila nieuwagi i trzy punkty mogą wymknąć się spod kontroli. Do końcowego gwizdka sędzi Eweliny Fiodorczuk-Sipko wynik nie uległ już zmianie i GKS Katowice notuje piąte kolejne zwycięstwo w sezonie 2023/2024 Orlen Ekstraligi.
Po niesamowitym, efektownym pojedynku w Tczewie miejscowa Pogoń przegrywa 3:4 z aktualnymi mistrzyniami Polski, GKS-em Katowice. Wysokie prowadzenie katowiczanek nieco uśpiło ich czujność i niewiele zabrakło, a remontada Pogoni zakończyłaby się powodzeniem. Oby więcej takich spotkań w Orlen Ekstralidze!
SIATKÓWKA
siatka.org – Katowiczanie i częstochowianie wygrywają w Lubinie
Przygotowania do rozpoczęcia nowego sezonu PlusLigi nabierają tempa. W Lubinie GKS Katowice pokonał Aluron CMC Wartę Zawiercie, a Norwid Częstochow
[…] Okres sparingowy na dobre nabrał tempa, a plusligowe drużyny regularnie sprawdzają swoją formę w meczach kontrolnych. W Lubinie rozgrywany jest turniej, gdzie w stawce, obok podopiecznych Pawła Ruska, znaleźli się – Aluron CMC Warta Zawiercie, Norwid Częstochowa oraz GKS Katowice. W ramach meczów półfinałowych zawiercianie mierzyli się z katowiczanami, a Cuprum Lubin z beniaminkiem z Częstochowy.
Jurajscy Rycerze do Lubina pojechali w osłabieniu – z powodu choroby do Lubina nie pojechał Bartosz Kwolek, a jego miejsce zajął Mateusz Wilczyński. Młodziutki zawodnik na co dzień reprezentuje barwy Aluron CMC Wybicki Kielce. Mecz z GKS-em Katowice fragmentami miał bardzo wyrównany przebieg, jednak końcówki należały właśnie do podopiecznych Grzegorza Słabego, którzy 30 września zagrają z Norwidem Częstochowa w finale turnieju. Natomiast zawiercianie o 13:00 rozpoczną zmagania o III miejsce, a ich rywalem będą siatkarze z Dolnego Śląska.
Częstochowianie najlepsi w Lubinie, trzecie miejsce dla zawiercian
Beniaminek Plusligi – Exact Systems Hemarpol Norwid Częstochowa wygrał turniej towarzyski w Lubinie. W finale częstochowianie pokonali GKS Katowice. Mecz zakończył się nietypowym wynikiem 2:1, ponieważ sztaby umówiły się na rozegranie trzech setów. Aluron CMC Warta Zawiercie w meczu o trzecie miejsce wygrała z gospodarzami – Cuprum Lubin 3:1.
[…] GKS po raz drugi w ostatnim czasie musiał uznać wyższość częstochowian. Po wyrównanym początku spotkania w Lubinie szybko do głosu doszli siatkarze Norwida. Chociaż po asie Mateusza Borkowskiego częstochowianie odskoczyli na 11:9, interwencja trenera Słabego pomogła GKS-owi wrócić do gry. Skutecznie grali katowiccy środkowi. GKS-owi w dalszej fazie seta zdarzył się przestój. Chociaż w końcówce katowiczanie ponownie wyrównali (18:18), decydujące akcje należały do częstochowian. Skutecznie punktował Damian Kogut. Po blokach katowiczanie prowadzili 5:2 w drugim secie. GKS walczył w obronie i wyprowadzał kolejne kontrataki. Dopiero błędy katowiczan i sprytne zagranie Byrona Keturakisa pozwoliły Norwidowi wyjść na prowadzenie 19:18. Mimo czasu dla trenera Słabego, końcówka ułożyła się po myśli częstochowian. Zagranie Oskara Espelanda dało zwycięstwo częstochowianom.
Z wysokiego c po zagrywkach Wiktora Mielczarka i Piotra Fenoszyna w trzecią partię weszli katowiczanie (10:5). Katowiczanie dobrze radzili sobie w przyjęciu i skutecznie punktowali w ataku. Mimo wyraźnej przewagi GKS nie tracił koncentracji. Częstochowianie nie mieli argumentów, by zatrzymać rozpędzonych rywali. Chociaż po asie Koguta beniaminek przedłużył jeszcze grę, błąd tego zawodnika zamknął spotkanie.
finał: Exact Systems Hemarpol Częstochowa – GKS Katowice 2:1 (25:22, 25:22, 23:25)
HOKEJ
hokej.net – GieKSa wciąż niepokonana. Zadecydowała dogrywka
Mecz rozgrywany awansem z 18. kolejki TAURON Hokej Ligi padł łupem GKS-u Katowice, który wygrał 5:4 po dogrywce z PZU Podhalem Nowy Targ. Decydujące trafienie zdobył Ben Sokay.
W drużynie Podhala zadebiutował pozyskany w ostatnich dniach ukraiński obrońca Filip Pangiełow Jułdaszew. Po dłuższej przerwie spowodowanej kontuzją do gry wrócił też Kanadyjczyk Phil Kiss.
Bohaterem pierwszej tercji był Grzegorz Pasiut. Kapitan przyjezdnych zdobył bowiem w tej odsłonie oba gole dla swojej drużyny. Najpierw w 4. minucie trafił w „okienko” bramki Podhala, a w 15. minucie zmienił tor lotu krążka po strzale Macieja Kruczka. W międzyczasie z gola cieszyli się gospodarze po tym jak Damian Kapica z najbliższej odległości pokonał Johna Murraya.
W drugiej tercji znów to gości wyprowadzili pierwszy cios. Po świetnie rozegranej grze w liczebnej przewadze, na listę strzelców, w 29. minucie, wpisał się Santeri Kaponen. Riposta gospodarzy była błyskawiczna. Po 27 sekundach odpowiedział kapitalnym uderzeniem Michael Cichy. „Szarotki” poszły za ciosem i po upływie kolejnych 65. sekund wyrównały stan meczu na 3:3, po tym jak Filip Wielkiewicz tuż przed katowicką bramką dołożył łopatkę kija do strzału Dmitrija Zalamaya.
Efektem dobrej gry nowotarżan w pierwszych minutach tercji trzeciej był gol zdobyty w 44. minucie przez Zalamaya, który popisał się świetną, indywidualną akcją. W kolejnych fragmentach posypały się kary z obu stron. Gospodarze przez pewien czas mieli nawet na lodzie o dwóch zawodników więcej, ale wykorzystać tego nie zdołali. Za to w 53. minucie kiedy na ławce kar odpoczywał jeden z graczy Podhala do remisu 4:4 doprowadził Joona Monto.
Regulaminowy czas gry ostatecznie rozstrzygnięcia nie przyniósł. W 3. minucie dogrywki wygraną przyjezdnym zapewnił z kolei Ben Sokay.
GieKSa zwycięża w meczu na szczycie
Siódme ligowe zwycięstwo odnieśli hokeiści GKS-u Katowice. Mistrzowie Polski w wyjazdowym spotkaniu pokonali KH Energę Toruń 3:2. Mecz prowadzony był w szybkim tempie, obie strony stwarzały sobie dogodne sytuacje strzeleckie, a na głównych aktorów piątkowego spektaklu wyrośli bramkarze obu zespołów.
Spotkanie rozpoczęło się od wzajemnego badania sił z obu stron. Torunianie grali agresywnym pressingiem, który przynosił korzyści w postaci odbioru krążka w tercji GKS-u. W 5. minucie obronie mistrzów Polski „urwał się” Patryk Kogut, który błyskawicznie pomknął na bramkę Kielera, katowiczanie ratując się z opresji, przekroczyli przepisy, czego skutkiem było pierwsze w tym spotkaniu wykluczenie nałożone na Błażeja Chodora. Gospodarze rozgrywając swoją przewagę nie potrafili zamknąć GieKSy we własnej tercji, nie ustrzegli się również niedokładności, które skutkowały przeniesieniem akcji pod ich własną bramkę. W 10. minucie podaniem zza bramki został obsłużony stojący przed bramką Kielera Mirko Djumić i ostatecznie z najbliższej odległości udało mu się wrzucić krążek do bramki gości. Zdobyta bramka ożywiła wydarzenia na lodzie, podopieczni Jacka Płachty próbowali szybko odpowiedzieć na bramkę torunian, jednak nie zdołali w żaden sposób zaskoczyć obrony gospodarzy. Najlepszą sytuację do wyrównania wyniku miał w 18. minucie Sam Marklund, który szybkim strzałem z nadgarstka uderzył w poprzeczkę.
Wraz z początkiem drugiej odsłony spotkanie nabrało rumieńców. Torunianie zagościli w tercji GKS-u jednak nie potrafili wypracować sobie dogodnej okazji do oddania strzału. Katowiczanie odpowiedzieli błyskawicznie, wrzucając wyższy bieg. Zaowocowało to wykreowaniem w przeciągu trzech minut kolejnych dogodnych sytuacjami do wyrównania, jednak świetną dyspozycję w bramce prezentował Markus Ekholm Rosén. W 26. minucie na ławkę kar sędziowie oddelegowali Dienisa Fjodorvsa. Torunianie zdołali wybronić ataki katowiczan, a opuszczający ławkę kar Łotysz dopadł do krążka i samemu pognał na bramkę gości, dochodząc do świetnej sytuacji, jednak Michał Kieler genialną interwencją zatrzymał toruńskiego napastnika. Torunianie chwilę później za sprawą strzału z dystansu Jaworskiego mogli podwyższyć wynik. Brak skuteczności gospodarzy został bardzo szybko skarcony. Trójkową akcje wyprowadzili mistrzowie Polski. Swoją dobrą pozycję przed bramką Rosena zasygnalizował Kacper Maciaś, który otrzymał krążek od Grzegorza Pasiuta i doprowadził do wyrównania. Minutę później katowiczanie zapuścili kolejną trójkową akcję, która rozpracowała defensywę torunian i za sprawą Bena Sokaya wyszli na prowadzenie. Tercja przebiegała w szybkim tempie, obie strony szukały swoich szans na zdobycie bramek. Dobrą dyspozycję potwierdzali bramkarze po obu stronach tafli.
Na początku trzeciej tercji zagościliśmy pod bramką Michała Kielera, jednak pierwsze sekundy nie przyniosły bezpośredniego zagrożenia bramkowego. W 44. minucie jęk zawodu przeszył trybuny, gdy po strzale torunian, słupek wyręczył interweniującego Michała Kielera. W 47. minucie ożywiły się nadzieje na wyrównanie wyniku, Daniła Larionovs pomknął indywidualnie na bramkę Kielera, ale kolejny raz nie dał się zaskoczyć 28-letni bramkarz, odbijając uderzenie parkanami. W 50. minucie zagościliśmy w tercji gospodarzy. Najpierw w charakterystyczny dla siebie sposób, z prawego bulika próbował Pasiut, a krążek odbity po barku Ekholma Roséna zatrzymał się na słupku. Chwilę później z niebieskiej linii uderzał Aleksi Varttinen, krążek przeszedł przez walczących przed bramką zawodników i ostatecznie wpadł do bramki. Sędziowie zdecydowali się przeanalizować zapis video, jednak nie dopatrzyli się przewinienia ze strony katowiczan i przypisali trafienie na konto Olli Issakki. Ostatnie dziesięć minut spotkania przebiegało na wzajemnej wymianie ciosów, krążek szybko wędrował z tercji do tercji. W 59. minucie Juha Nurminen podjął decyzję o wycofaniu bramkarza. Na pięć sekund przed końcem spotkania torunianie wykorzystali przewagę zawodnika w polu zdobyciem kontaktowego trafienia za sprawą Riku Tiainena. Był to jednak ostatni akcent tego spotkania, na doprowadzenie do wyrównania gospodarzom zabrakło czasu.
Grad goli i mnóstwo emocji. GieKSa wciąż niepokonana!
Świetne widowisko stworzyli zawodnicy GKS-u Katowice oraz Zagłębia Sosnowiec. Trzy punkty ostatecznie padły łupem mistrzów Polski, którzy wygrali po emocjonującym spotkaniu 6:4.
Już od pierwszego bulika było jasne, że czeka nas twarde, prowadzone w wysokiej intensywności spotkanie. Drużyny dążyły do przejęcia krążka mocnym pressingiem. W 4. minucie goście popełnili błąd w rozegraniu we własnej tercji.Do bezpańskiego krążka pierwszy dopadł Olli Iisakka, który nie zastanawiając się długo, zerknął tylko, jak jest ustawiony Spěšný, a następnie technicznym uderzeniem z nadgarstka nie dał szans czeskiemu golkiperowi. Zdobyta bramka zachęciła mistrzów Polski do szukania sobie kolejnych sytuacji bramkowych. W 6. minucie na ławkę kar sędziowie oddelegowali Michał Bernackiego. GieKSa od pierwszego wznowienia ruszyła do ataku w przewadze. W 7. minucie Santeri Koponen udowodnił jak świetnym dysponuje uderzeniem i zaskoczył zasłoniętego przez Hampusa Olssona Patrika Spěšnego, wyprowadzając GKS na dwubramkowe prowadzenie. Goście nie zamierzali składać broni. W 10. minucie grając w osłabieniu zdołali wyprowadzić kontrę którą wykończył Dominik Nahunko, zdobywając kontaktowe trafienie. Dwie minuty później na indywidualne wykończenie akcji zdecydował się Nikita Bucenko, który precyzyjnym strzałem od słupka wyrównał rywalizację. Do końca pierwszej tercji stroną nieznacznie przeważającą pozostawał GKS Katowice. W drużynie gości aktywny pozostawał Bucenko, który dawał się we znaki defensywie mistrzów Polski.
Wraz z początkiem drugiej odsłony GKS Katowice przyspieszył swoje poczynania ofensywne. Goście zostali zamknięci we własnej tercji i zmuszeni do ciężkiej pracy w defensywie. Krótkie wypady do tercji katowickiej pozwalały jedynie na wymianę formacji , jednak nie zarysowywały groźniejszych ataków. W 26. minucie podopieczni Piotra Sarnika stanęli przed pierwszą możliwością gry w przewadze, dopiero w ostatnich sekundach zdołali zamknąć GieKSe, na stworzenie realnego zagrożenia zwyczajnie zabrakło im czasu. Po uzupełnieniu formacji na lodzie krążek wędrował od tercji do tercji. Z biegiem upływu czasu GKS zaczynał znów dochodzić do głosu, pracując coraz mocniej na Patriku Spěšným. Opór gości został w końcu przełamany w 37. minucie. Krążek trafił do Joony Monto, który widząc swoją dogodną pozycję pokusił się o uderzenie i przy prawym słupku umieścił krążek w bramce Zagłębia.
Emocji nie zabrakło już z początku trzeciej odsłony gry. W 43. minucie Jakub Šaurwrzucił krążek na bramkę Johna Murraya. Doszło do sporego zamieszania, w którym najlepiej odnalazł się Roman Szturc umieszczając gumę w siatce. Sędziowie podjęli decyzję o analizie wideo, która zajęła arbitrom blisko 5 minut. Ostatecznie nie dopatrzyli się oni nieprawidłowości w zdobyciu bramki, zaliczając trafienie. Odpowiedź mistrzów Polski przyszła wraz z 48. minutą spotkania. Koronkowym rozegraniem popisali się Monto oraz Iisakka. Krążek ostatecznie trafił do Santeriego Koponena, a ten pewnym wykończeniem pokonał Spěšnego, który nie zdążył przesunąć się za krążkiem. 30 sekund było dane cieszyć się zebranym w „Satelicie” kibicom z prowadzenia GieKSy. Chwilę po wznowieniu gry Nikita Bucenko zdobywa swoją drugą bramkę wyrównując wynik spotkania. W 50. minucie karą mniejszą dwóch minut został ukarany Riley Stadel. GKS skrzętnie skorzystał z przewagi za sprawą Sama Marklunda, który został autorem piątego trafienia. Na minutę oraz 36 sekund przed końcem spotkania Piotr Sarnik zadecydował o wycofaniu z bramki Patrika Spesnego. Zagłębie nie zdołało jednak wykorzystać przewagi, co więcej do pustej bramki trafił Bartosz Fraszko ustalając wynik spotkania na 6:4.
Felietony Piłka nożna
Wyzerowane atuty – diagnozy brak
Szczerze mówiąc nie chce mi się pisać tego felietonu, bo myślę sobie, że znowu będę pisał to samo. Rozbieżność między wynikami meczów u siebie i na wyjeździe sięgnęła absurdu. GKS rozegrał w tym sezonie siedem meczów – u siebie wszystkie trzy wygrał, na wyjeździe wszystkie cztery przegrał. Suma tego jest taka, że z europejskich pucharów już odpadliśmy, a w lidze mamy trzy punkty po trzech kolejkach. Czyli słabo – bo to średnia mogąca nawet nie dać utrzymania.
Piszę to wielokrotnie i napiszę jeszcze raz, bo już wiele razy w przeszłości czy to piłkarze czy trenerzy obrażali się na mnie, bo coś tam skrytykowałem. Nie mówię o sytuacjach, kiedy pojechałem z koksem i tak czy inaczej kogoś nazwałem, bo za to obrazę rozumiem. Cóż, młodość (która trwa, ale już inna). Ale my nie możemy doprowadzić do zagłaskania naszej drużyny – za ekstraklasę, za kapitalną w niej postawę czy za puchary. Wszyscy wiemy gdzie byliśmy i co trener wraz z kolejnymi grupami piłkarzy w ostatnich latach nam dał i daje. Więc tu nie ma mowy o podważaniu projektu jako całości. Ale trzeba mieć w tym wszystkim krytycyzm, bo jeśli w którymkolwiek momencie ktoś uznał, że zdobyliśmy już tyle, że teraz po prostu możemy do końca kariery jechać na sukcesie – to jest to – delikatnie mówiąc duży błąd. Więc tak, doceniamy ekstraklasę, super jest jeździć na te wszystkie stadiony w najwyższej polskiej lidze. I niech ten projekt w tym kształcie, z obecnym trenerem trwa jak najdłużej.
No ale są defekty. I ta postawa na wyjazdach naprawdę każe się zastanowić nad kilkoma rzeczami. Bo to jest coś, co jakiś czas się w GieKSie powtarza, mamy powtórkę z czterech przegranych wyjazdów na początek sezonu z zeszłego roku. A w pierwszym po awansie do ekstraklasy sezonie, na wiosnę także przydarzyły się cztery wtopy z rzędu na delegacjach.
Ale to nie chodzi tylko o wyniki. Chodzi o grę, która co prawda nie zawsze ten wynik gwarantuje, a w perspektywie pewnego okresu czasu (raczej krótszego niż dłuższego) dobra gra statystycznie przynosi względnie dobre wyniki. U nas nie jest największym problemem to, że przegraliśmy cztery mecze z rzędu. Problemem jest to, że te mecze przegraliśmy zasłużenie, bo graliśmy bardzo słabo.
Wczoraj chciałem wierzyć, że jak długo ten mecz trwał, w końcu coś wciśniemy. Mecz z Motorem w naszym wykonaniu nie był aż takim paździerzem, jakie trochę razy ostatnio na wyjazdach oglądaliśmy. Przypomniał się mecz z Cracovią, kiedy wydawało się, że przy 0:0 na koniec spotkania pozostanie spory niedosyt. A rywal w końcówce nam wmontował bramkę i już nawet z remisu nie można było się „cieszyć”. Ostatecznie, choć wczoraj GieKSa nie była beznadziejna, to była jednak słaba. Tym bardziej martwi to, że naprzeciw mieliśmy drużynę mocno przeciętną, do tego skleconą naprędce po kadrowych zawirowaniach, z nowym trenerem. A my – stabilni i budowani od kilku lat – nie potrafiliśmy zrobić na tym boisku nic. Przecież, gdyby nie Ndiaye czy może jeszcze Simon, to by Pan Czubak piłkę oglądał z daleka i nie miał okazji zaprezentować swojego świetnego wykończenia. Motor był do bólu średni, ale swoim jednym czy drugim błyskiej robił różnicę.
U nas tym razem w obronie nie było „wesołego miasteczka”, choć oczywiście nie ustrzegliśmy się błędów, po których padły bramki – najpierw nieuznana, a potem już prawidłowa. Jednak w tym meczu to nie obrona była naszym głównym problemem. Tym razem było to słabe/bardzo słabe/beznadziejne rozgrywanie ataku pozycyjnego. O kontrach nawet nie mówię, bo mam wrażenie, że jak my wyprowadzamy kontrę, to zaraz jeden czy drugi nasz zawodnik się zatrzymuje, robi kółeczko, wycofuje nie wiadomo gdzie i po kontrze nici.
Od patrzenia na nasze rozegranie piłki na połowie przeciwnika oczy bolały. Sposobności mieliśmy całe mnóstwo, bo Motor bronił się nieraz dość nisko – nie desperacko w swoim polu karnym – ale mocno na swojej połowie. My graliśmy po obwodzie – to na lewo, to na prawo. I często kończyło się do słabą wrzutką, z którą rywale nie mieli problemu. Przede wszystkim więcej w tym temacie oczekiwałem od Bartosza Wolskiego, bo naprawdę zawodnik ma większe umiejętności niż to, żeby zagrać leciutką piłkę à la serwis Pawła Zagumnego w pole karne i liczyć na czysty przypadek, że akurat trafi w nią ktoś z naszych, a nie przeciwników. Dlaczego nie ma mocnych, takich soczystych wrzutek? Dlaczego nie ma jakiejś próby większej precyzji? Nie mówiąc o tym, że nasi wahadłowi też chyba mocno zapomnieli, co to znaczy żwawość na boku. Nie ma dynamicznych pojedynków 1 na 1 na skrzydle na wysokości pola karnego, wejść w to pole karne. Jest to wszystko takie miałkie i nijakie i taka była ofensywa GKS w tym meczu. Naprawę zestawiając to z pojedynkiem z Motorem z rundy wiosennej i bramek, jakie GieKSa strzelała w tamtym meczu można… dostrzec różnicę.
Ostatecznie najlepszymi okazjami GKS był strzał Ilji w słupek i sytuacja, w której Ilja gola strzelił, ale Bartosz Nowak był w tej sytuacji na spalonym. Tak, był jeszcze strzał napastnika po dośrodkowaniu oraz uderzenie Mateusza Wdowiaka w boczną siatkę. I to tyle. Motor miał swoich groźnych sytuacji więcej.
Widać też, że trener szuka optymalnego składu, ale na razie większość zawodników swoją grą nie przekonuje, by zagościć w jedenastce na stałe. W pomocy kombinujemy. Bartek Nowak ma abonament na granie, ale wychodzi na to, że Bartek Wolski również. Chcieliśmy tego duetu, czekaliśmy na to, jaki zrobią oni techniczny zamęt w tej lidze. Na razie jednak to tylko mrzonki. Nie mamy twardości w środku pola. Jeszcze do tego dokładamy Marcela, który jest ambitny, szybki, ale też nie jest to skała. Do tego wygląda na to, że wczoraj przegrał z upałem, z ręką na sercu, jak widziałem, że podciąga sobie tę koszulkę i w ogóle miałem z daleka wrażenie, że jest cały czerwony, to pomyślałem, że Rafał Górak zrobi wyjątek i ściągnie piłkarza w przerwie. Tak też się stało.
Pamiętam jak w poprzednim sezonie po Górniku Zabrze trener zapowiedział, że coś musimy zmienić w samym podejściu do spotkania i strukturze gry na wyjeździe. Choć potem przegraliśmy jeszcze z Lechią, to za chwilę gra GKS na obcych stadionach zaskoczyła. GieKSa wygrała z Lublinie, Niecieczy, w Pucharze Polski z ŁKS. Na początek roku było zwycięstwo w Lubinie. Były te mecze z Rakowem i Lechem. Czyli da się. Problem jest taki, że jak drużyna wpadnie w wyjazdową otchłań bezradności i niemocy, to trudno z niej się wykaraskać.
Najgorsze jest to, że nie widać, aby był jeden mądry, który zdiagnozował, gdzie leży problem. A to musi być głębszy problem mentalny, bo przecież u siebie ci zawodnicy – zarówno indywidualnie, jak i jako cała drużyna – potrafią przecież grać w piłkę. Co się z nimi dzieje na wyjeździe i dlaczego? Może to jest coś na etapie samego wyjazdu na mecz, podróży, hotelu, dnia meczowe na wyjeździe? Może to tam trzeba poszukać, co się takiego dzieje z piłkarzami, że opada z nich cała ta agresja, moc i siła? Może gdzieś jest zbyt duże rozluźnienie, a może to rozluźnienie jest zbyt małe? Trzeba szukać, w każdym szczególe, w każdym posiłku, w każdej minucie spędzonej w autobusie.
Przyznam, że po tym kolejnym przegranym meczu nie mam smutku, żalu czy załamki. Jest po prostu po raz kolejny irytacja i taka frustracja, bo widzę tę bezradność piłkarzy i mi się udziela. Nie ma w życiu chyba gorszego poczucia niż to, że nie ma się wpływu. A gra GKS a wyjeździe wygląda tak, jakby zawodnicy nie mieli dostępu do swoich atutów, które dają różnicę, tylko próbowali sztampowych, oklepanych i zupełnie nieefektywnych na tym poziomie rozwiązań.
I trzeba coś z tym zrobić szybko, bo wkrótce czekają nas trzy trudne wyjazdy – Zabrze, Gliwice i Lubin. Tu już po prostu obowiązkowo będzie trzeba punktować.
A na razie Wisła Płock. Dobrze, że przynajmniej u siebie te atuty nie są zablokowane. Liczymy, że i tym razem tak będzie, GieKSa swoje gole będzie strzelała i trzy punkty zdobędzie.
Felietony Piłka nożna
A jak Nowa Bukowa – to koncert
Żodyn się nie spodziewoł – żodyn. Że GKS Katowice na swoim boisku znów zagra bardzo dobry mecz. No dobra, ale żarty na bok. Bo mimo tych serii u siebie czy na wyjeździe – nigdy nie ma gwarancji, że u siebie stracimy w końcu jakieś punkty. Tak samo, jak nie jest przecież pewne, że na wyjeździe przegramy. Każde serie mają swój koniec i może to się wydarzyć w zupełnie dowolnym momencie. Dlatego trzeba było być czujnym przed meczem z Wisłą Płock i w żadnym stopniu nie przypisywać sobie trzech punktów przed pierwszym gwizdkiem tylko dlatego, że tak nakazuje statystyka.
Natomiast nie spodziewałem się, że GieKSa zagra aż tak dobrze. A wcale wynik nie musiał taki być. Bo to Wisła pierwsza w tym meczu zaatakowała i stworzyła sobie kilka bardzo groźnych sytuacji w pierwszych dziesięciu minutach meczu. Warto tu naprawdę zwrócić uwagę na pracę Ilji Szkurina w defensywie. To właśnie Ilja był naszym kluczowym obrońcą w tym momencie meczu, dwukrotnie stając na linii toru lotu piłki zmierzającej w światło bramki. To tylko pokazało coś – co mam wrażenie, że od kilku meczów jest obecne – że Ilja coraz lepiej pracuje na boisku i jak widać, także w destrukcji może być efektywny.
No i Wisła się w tej pierwszej połowie wyszumiała. Potem grała już tylko GieKSa. Pierwszą wisienką była bramka Emana Markovića. Emana, który póki co w tym sezonie nie notował udanych występów. Tutaj popisał się pięknym, precyzyjnym uderzeniem, trafiając w okienko bramki Leszczyńskiego. Ale cała akcja była kapitalna, bo przecież Eman przemieścił się z prawej strony boiska na lewą, rozprowadził tę akcję, a potem z pierwszej piłki pograł z Borją. Wszystko w tej akcji zagrało idealne. Potem Eman już grał bardzo dobrze, tak jakby coś mu się odblokowało. Był szybki, dynamiczny i dochodził do kolejnych sytuacji. Szkoda, że w tej, gdy minął bramkarza, nie podciął piłki i Halind-Sangré zdołał ją wybić.
Rzut karny. Absurdalna historia dla GKS Katowice. Mieliśmy dwie jedenastki na wyjeździe z Puszczą, potem na Rakowie w pierwszym sezonie w ekstraklasie. W poprzednich rozgrywkach w lidze mieliśmy… jedną jedenastkę w meczu z Górnikiem. I dopiero teraz przyszedł rzut karny. To, o cieszy – to że Arek Jędrych tak pewnie ją wykonał, podobnie zresztą jak z Hapoelem. Różnie to z tymi karnymi kapitana w przeszłości było, ale te dwa ostatnie były kliniczne.
Wisła przypuściła atak w drugiej połowie. Płocczanie zaczęli dominować, nabijali stałe fragmenty gry, kotłowało się pod naszym polem karnym, ale nie tak groźnie jak w pierwszej połowie. No i mieli tę sytuację sam na sam Hamulića. I choć piłka być może nie leciała w światło bramki, to Mateusz Kowalczyk nie mógł o tym wiedzieć. Instynktownie pobiegł ratować tę sytuację i w spektakularny sposób wybił piłkę. Przy czym Kowal rozegrał świetny mecz i można jedynie powiedzieć, że… brakowało go. Brakowało właśnie tej wyrobniczej, twardej pracy w środku pola we wcześniejszych meczach. Tutaj jego praca była nieoceniona i pokazała, że musimy ciągle szukać tego balansu w środku pomiędzy technikami, a ludźmi od czarnej roboty. Bo to oni są podstawą dla technicznych zawodników, nie odwrotnie. Tak jak dobrą drużynę buduje się od tyłu, tak i w środku pola wszystko zaczyna się od neutralizowania ataków przeciwnika.
I wtedy ci artyści mogą grać. Jak Bartosz Nowak, który po ostatnich słabszych występach, wczoraj znów błysnął. Trzy asysty w drugiej połowie to było coś, co pokazuje, że on to ciągle ma. Dośrodkowanie z rzutu rożnego w punkt, a przecież odchodzącą piłkę jest nieco trudniej zagrać. Potem szybka reakcja po podaniu Sekulskiego, minięcie bramkarza i wypatrzenie Ilji w polu karnym. W końcu asysta do Jakuba Kokosińskiego. Znów Bartek zgłosił akces nie wiadomo gdzie, ale nie będę się na ten temat rozpisywał, bo już masa nerwów poszło na jednego trenera, który jest selekcjonerem.
GKS się otrząsnął z tej przewagi Wisły i właśnie swoje kolejne bramki strzelał. Wyszło tak, że Pau Resta miał tylko dołożyć głowę do tej zagranej z rzutu rożnego piłki i Hiszpan zaliczył swoje pierwsze trafienie w GKS. Bardzo cieszy bramka Ilji – i jak mówimy, że GieKSa u siebie wygrywa, to nie sposób pominąć wkładu Białorusina, bo przecież w każdym z tych czterech meczów strzelił bramkę. I sama jego gra jest po prostu coraz lepsza. Należy mu kibicować, bo możemy mieć mnóstwo radości z jego poczynań.
No i ta kolejna wisienka na torcie. Gdy sędzia Tomasz Kwiatkowski pokazał, że dolicza zaledwie jedną minutę – taki standard „światowych” sędziów przy wysokim wyniku – pomyślałem, że szkoda, że tak krótko. A w końcówce tej jednej minuty, w absolutnie ostatniej akcji meczu młody napastnik strzelił swojego gola i patrząc na szerszy kontekst, to wspaniała sprawa, bo to dołożony kolejny pozytywny punkcik do tego meczu, całej drużyny, psychiki zespołu. Takie rzeczy naprawdę cieszą, tym bardziej, że gola zdobywa wychowanek, co przecież u nas od wielu lat się nie zdarzyło.
Naprawdę dobrą drużynę, jaką jest Wisła Płock, wypunktowaliśmy. To nie był słaby przeciwnik. To GieKSa była po prostu tak skuteczna w swojej grze. Nie dość, że udało się zachować pierwsze czyste kontro w sezonie (bardzo dobra gra Gabriela Kobylaka), to jeszcze strzelaliśmy bramki, a sytuacji było kilka więcej. Ale z tych klarownych większość wykorzystaliśmy.
Ostatnie tak wysokie zwycięstwo GKS odniósł we wspomnianym meczu z Puszczą w Krakowie w 2024 roku. Wówczas pokonaliśmy rywali 6:0. Żeby poszukać ostatniej wygranej w ekstraklasie u siebie pięcioma bramkami, musimy cofnąć się 33 lata wstecz do marca 1993 i pojedynku z Szombierkami, które GKS wygrał też 5:0. Historia dzieje się na naszych oczach.
A Wisła Płock nie lubi Nowej Bukowej, oj nie lubi. Zagrali tu trzeci mecz w ciągu roku i zainkasowali bagaż 10 bramek. Najpierw w Pucharze Polski GKS wygrał 4:2, w lidze w poprzednim sezonie było 1:0, a teraz 5:0. Rafał Leszczyński w meczu pucharowym nie grał, więc zainkasował u nas sześć bramek. To i tak lepiej niż Filip Majchrowicz, który w trzech spotkaniach na Nowej Bukowej przyjął osiem gongów.
Teraz wypada mieć nadzieję, że wajcha w końcu została przestawiona i na wyjeździe GKS zagra przynajmniej w połowie to samo, co u siebie. To już będzie dużo. A zadanie za tydzień wydaje się najtrudniejsze pod kątem wyjazdów, bo jedziemy na wybitnie nieprzyjazny dla siebie teraz, gdzie od ponad 20 lat bramki nie strzeliliśmy i przegraliśmy wszystko. Okazja wydaje się więc idealna, żeby ten schemat zmienić. Mówiłem to przed meczem z Wisłą i mówię teraz – GieKSę stać na wielkie rzeczy. Trzeba po prostu mieć do nich dostęp. U siebie mamy, na wyjeździe póki co nie. Ale liga jest długa.
Trzy wyjazdy, na których będą się kolejne rozdziały historii tego sezonu zapisywać. Myślę, że czekają nas ekscytujące spotkania i GieKSa w końcu w nich zapunktuje na tyle, że wszyscy będziemy zadowoleni.
I wszystkiego najlepszego dla Wasyla, który miał wczoraj urodziny. I dla Bartka Nowaka, który ma jutro. I w sumie dla Matiego Wdowiaka, bo ma za cztery dni. I dla Ilji, bo miał tydzień temu. Spojrzałem sobie na roczniki. Ilja – rocznik ’99. Boże, jacy wy jesteście młodzi… Sto lat Panowie!
Piłka nożna
Górak: Brakuje nam wytrawności
Po meczu Motor Lublin – GKS Katowice wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Mariusz Misiura i Rafał Górak. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Jesteśmy rozczarowani tym, że przegraliśmy spotkanie, włącznie z powiedzeniem, że jeżeli nie możesz wygrać, to powinieneś umieć go zremisować.
Takie mam odczucia w stosunku do tego meczu. Niestety – nie jesteśmy jak na razie w stanie zagrać meczu na zero z tyłu, który dałby nam przestrzeń, żeby wywieźć z takiego spotkania remis, bo może on też nie byłby to szczyt naszych marzeń przed spotkaniem – bo przyjechaliśmy z zamiarem wygrania meczu – ale na pewno remis bardziej odwzorowywałby to, co się działo. Ale to jest nieistotne, bo ten który bramkę strzela ma tę radość, a ten, który tego nie robi – tej radości nie ma. W wielu momentach za dużo mamy rozpiętości poziomowych w spotkaniach. To mnie też trochę na razie smuci, bo powinniśmy się stać bardziej wytrawną drużyną, a tego nam brakuje. Mamy bardzo dobre momenty, kiedy gramy zgodnie z tym, co chcemy robić, a mamy też takie kiedy ta gra na różnych pozycjach w różny sposób ofensywie czy defensywie nam się łamie i powoduje bałagan, który kończy się niekiedy tak, jak się skończył przy straconej bramce. Byliśmy w posiadaniu piłki pod polem karnym przeciwnika i tej wytrawności jeszcze brakuje – tego będziemy szukać. Dziś jest masę rozczarowania i sportowej złości, ale nic tu po narzekaniu, trzeba brać się do roboty i mocno wyciągać wnioski choćby z tego, że przy czterech meczach wyjazdowych w tym sezonie cztery razy schodzimy pokonani i to nas bardzo denerwuje i jesteśmy niezadowoleni. Ale po to niekiedy takie próby są, żeby wychodzić, silniejszym. Teraz będziemy się przygotowywać do następnego spotkania, potem mamy trzy mecze z rzędu na wyjeździe. Czeka nas nie lada sprawdzian i jestem przekonany, że wyjdziemy z tego obronną ręką. Dzisiaj jest dużo złości, rozczarowania i momentów, z których z gry jesteśmy niezadowoleni.
Mariusz Misiura (trener Motoru Lublin):
Bardzo się cieszę, że wygraliśmy mecz i zdobyliśmy trzy punkty. Bo mam poczucie, że to był czwarty naprawdę dobry mecz w naszym wykonaniu i jak ten czas leci – mijają tygodnie – przygotowujesz się do czwartego spotkania, a na koncie masz jeden punkt, to zapominamy, co się wydarzyło w pierwszej czy drugiej czy trzeciej kolejce. Wydaje mi się, że drużyna zasłużyła, żeby mieć ich więcej. Wierzę, że konsekwentną pracą i procesem będziemy budować silną drużynę.
Co do meczu to wydaje mi się, że wykreowaliśmy więcej sytuacji, na pewno w pierwszej połowie, konsekwencją tego jest bramka. Powiedzieliśmy sobie w szatni, że musimy zostawić serce i charakter. 104 minuty w takim upale to szacunek dla piłkarzy. Sami państwo siedząc na trybunach czuliście gorąco i zmęczenie.
To jest coś normalnego, że w takim upale przydarzały nam się błędy, cieszę się, że nie było z tego konsekwencji w postaci gola, ale podobało nam się nasze dążenie do strzelenia bramki. Dobre zmiany, każdy z zawodników dał impuls. Bardzo się cieszę z tych trzech punktów i idziemy dalej.

Najnowsze komentarze