Felietony Piłka nożna
Nieoczywisty pięcioślad
Jaką poczuliśmy ulgę po tym spotkaniu… GieKSa wygrała bardzo ważny mecz, pierwszy mecz wyjazdowy w tym sezonie. A spotkanie mogło się przecież potoczyć bardzo różnie. Przeżywaliśmy różne stany emocjonalne: od euforii, poprzez dużą złość, rozczarowanie i niepewność, skończywszy na radości i spokoju.
Jedno jest pewne. Z GieKSą nudzić się nie możemy. Czterdzieści goli, o których mówi trener Rafał Górak, a które padły w meczach z udziałem GKS Katowice to naprawdę duża liczba. A przecież możemy do tego dodać jeszcze sześć bramek w meczu Pucharu Polski. Kibice naszego klubu mogli oglądać już niemal pół setki goli, a przecież wydaje się, że sezon rozpoczął się tak niedawno.
Brzmi niewiarygodnie, ale GKS zdobył w jednym meczu trzy razy więcej punktów niż w poprzednim okienku międzyreprezentacyjnym. Naprawdę jeśli spojrzeć na poprzednie cztery kolejki, punktowo było dramatycznie. To, że teraz – już w pierwszej kolejce po kadrze – katowiczanie zdobyli trzy oczka, jest bezcenne. Co tu dużo mówić, mieliśmy już trochę nóż na gardle. I podobnie jak w poprzednim sezonie – w trudnej sytuacji GKS znów się podniósł i odniósł przekonujące i bardzo ważne zwycięstwo.
Tak jak napisałem – nie musiało tak być. Początek był znakomity. Podobnie jak w poprzednim sezonie w Lublinie, GKS zaczął atakować już w początkowej fazie meczu. I wtedy, i wczoraj pierwszą akcję ofensywną goście przeprowadzili już w pierwszej minucie. Szybko też zdobyliśmy gola – wtedy w ósmej minucie Bergier, teraz w dziewiątej Borja Galan. Potem scenariusz był trochę inny, ale też… trochę podobny. Chociaż gdy Adam Zrelak zdobył Najemskim drugą bramkę, mieliśmy prawo myśleć i wymagać, że mecz będzie dość spokojny. GKS jednak zawsze musi nam zapewnić emocje i przyspieszone tętno. Swoją drogą – gdy przed meczem Arkadiusz Najemski dostawał okolicznościową antyramę za setny mecz w Motorze, a spiker akurat czytał składy i kompletnie zlał ten temat, pomyślałem, że to dobry znak. I faktycznie zawodnik uczcił ten jubileusz, zdobywając ręką samobója. Dzięki Arek!
Naprawdę trudno zrozumieć, co się z GieKSą w tym momencie stało. Jak można prowadzić 2:0, będąc drużyną o dwie klasy lepszą, i tak oddać pole i momentalnie cofnąć się niemal w swoją szesnastkę? Trener Stolarski mówił, że zeszło z nich ciśnienie i zagrali najlepszy fragment w sezonie. Ale to GieKSa – w sobie tylko znany sposób, ale też niezaprzeczalnie w swoim nielogicznym stylu – doprowadziła ten mecz do granicy. Szybkie dwie bramki Motoru i tak naprawdę raczej mogliśmy się obawiać kolejnych trafień rozpędzonego Motoru…
I wtedy cały na biało, a konkretnie na żółto wjechał on… Jakub Łabojko. Tu możemy złożyć drugie i szczególne podziękowania. Zawodnik w doliczonym czasie gry, gdy jego drużyna była rozpędzona, zarobił kompletnie bezsensowną drugą żółtą kartkę i mimo bardzo ciężkiej sytuacji, dał dużo tlenu naszej drużynie.
Na szczęście GKS wziął się do roboty momentalnie po rozpoczęciu drugiej połowy. W końcu znów do głosu zaczęły dochodzić nasze dziewiątki. Najpierw kapitalną podcinkę Bartosza Nowaka wykorzystał Zrelak i już bezdyskusyjnie swoim autorstwem trafił do siatki. GieKSa już nie popełniła tego błędu z pierwszej połowy, choć raz czy dwa było gorąco pod naszą bramką. Rafał Strączek w tym meczu trochę grał w siatkówkę – pewnie ze względu na ulewny deszcz. Nie wiem, czy to był dobry wybór, bo obie bramki padły po jego rękawicach. A po przerwie, gdy jeden z rywali uderzył Marcina Wasielewskiego, po dośrodkowaniu golkiper wybijał niepewnie. Z drugiej strony Rafał zaliczył też dwie kapitalne interwencje na linii. A przy pierwszym golu – co by nie mówić – Czubak przecież mu przeszkadzał w niedozwolony sposób i trudno zrozumieć, dlaczego nawet nie było specjalnie VAR-u w tej sytuacji.
Druga połowa to jednak był mały koncert GKS. W pełnych składach mogło to by się różnie potoczyć i o zwycięstwo byłoby bardzo trudno. Natomiast tak jak mówi trener – grę w przewadze trzeba umieć wykorzystać i ten prezent od Łabojki katowiczanie znakomicie przekuli na swoją korzyść. Rządzili na tym boisku, strzelili trzy bramki, a przecież były jeszcze kolejne sytuacje.
Bardzo dobre wejście miał Ilja Szkurin, który zdobył dwie bramki, choć mógł mieć klasycznego hat-tricka, gdyby wykorzystał sytuację sam na sam. Pierwsze skrzypce grał Bartek Nowak, ten zawodnik ma naprawdę fenomenalne umiejętności – jego przegląd pola i technika są na najwyższym poziomie. Panie trenerze Janie Urbanie – proszę Nowaka powołać do kadry, bo ten piłkarz może dać naszej reprezentacji bardzo dużo, szczególnie, gdy środek drużyny narodowej jest obecnie… dość słaby.
Druga asysta Nowaka była świetna, a przecież po chwili znów zawodnik wypuszczał Szkurina. To, co cieszy, to bardzo dobre ostatnie podania, które zaliczyli też wprowadzeni Marcel Wędrychowski i Sebastian Milewski. Było więc więcej zawodników, którzy zanotowali liczby i to bardzo cieszy. To znaczy Sebastian zaliczył asystę, Marcel mógł, gdyby Ilja trafił w dwustuprocentowej sytuacji…
W poprzednim sezonie Mateusz Stolarski był – jak to nazwał komentator Canal Plus Rafał Dębiński – „niedopieszczony”, gdy żalił się, że chwalona w początkowej fazie sezonu jest GieKSa, a Motor nie. Rywalizacja beniaminków była na dobrym poziomie, taka korespondencyjna walka, elektryzująca kibiców. I choć Rafał Górak często mówi, że różne kwestie w artykułach czy wypowiedziach dziennikarzy czy kibiców to publicystyka, a piłkarze i sztab zajmują się sprawami czysto piłkarskimi i szkoleniowymi to… nie omieszkał wspomnieć o tym, że w poprzednim sezonie nie udało mu się z Motorem wygrać, a teraz odniósł zwycięstwo. Piłka to emocje, koloryt, różne historie i smaczki i w końcu wygrana z Motorem w ekstraklasie jest czymś, co też w aspekcie takich szpileczek i właśnie pewnej rywalizacji pozasportowej jest czymś… bardzo fajnym.
Przede wszystkim jednak najważniejsze są punkty. GKS wygrywając ten mecz tak wysoko, przeskoczył Motor w tabeli. Wiadomo, że na koniec sezonu liczą się mecze bezpośrednie, ale w jego trakcie najczęściej uwzględniane są bramki z całego sezonu. A GieKSa zdobywając kilka w drugiej połowie, przeskoczyła w tym aspekcie lublinian. Mentalnie – kolejna kapitalna rzecz.
GieKSa nadal jest w trudnej sytuacji, ale ta sytuacja jest już dużo lepsza niż przed tym meczem. Przede wszystkim wydostaliśmy się ze strefy spadkowej, doskoczyliśmy do kilku drużyn i w zależności od ich wyników w tej kolejce, możemy być w bardzo bliskim kontakcie. W perspektywie meczu z Koroną, meczu u siebie, jest to bardzo istotne.
Nadal trzeba punktować i to częściej punktować za trzy. Jeśli udałoby się w kolejnych spotkaniach wygrać przynajmniej dwa, na kolejną przerwę reprezentacyjną będziemy już w stosunkowo dużym komforcie. Ale nawet wczorajsze spotkanie pokazało, że o każde zwycięstwo w tej lidze jest i będzie piekielnie trudno.
Swoją drogą… pięć bramek na wyjeździe to jest naprawdę coś. W poprzednim sezonie sześć goli katowiczanie strzelili w Krakowie Puszczy Niepołomice. Poza tym takich liczb nie mamy… no może jeszcze te cztery… też na Cracovii Cracovii. Dokładnie pięć goli ostatnio GKS strzelił u siebie Wiśle Kraków w pamiętnym meczu. Nie mamy co się tej ofensywy wstydzić. Bartosz Nowak to jest magik, odblokowali się napastnicy, czego chcieć więcej? No może jak zwykle… lepszej obrony.
Na razie cieszmy się tym zwycięstwem i możliwością spokojnego oglądania meczów w tej kolejce. To jest kompletna rzadkość w tym sezonie. Warto więc celebrować te trzy punkty. A piłkarze i trenerzy niech odpoczną po dobrej robocie w Lublinie i od poniedziałku pracują, eliminują mankamenty i rozpracowują Koronę Jacka Zielińskiego.
Felietony Piłka nożna
Wyzerowane atuty – diagnozy brak
Szczerze mówiąc nie chce mi się pisać tego felietonu, bo myślę sobie, że znowu będę pisał to samo. Rozbieżność między wynikami meczów u siebie i na wyjeździe sięgnęła absurdu. GKS rozegrał w tym sezonie siedem meczów – u siebie wszystkie trzy wygrał, na wyjeździe wszystkie cztery przegrał. Suma tego jest taka, że z europejskich pucharów już odpadliśmy, a w lidze mamy trzy punkty po trzech kolejkach. Czyli słabo – bo to średnia mogąca nawet nie dać utrzymania.
Piszę to wielokrotnie i napiszę jeszcze raz, bo już wiele razy w przeszłości czy to piłkarze czy trenerzy obrażali się na mnie, bo coś tam skrytykowałem. Nie mówię o sytuacjach, kiedy pojechałem z koksem i tak czy inaczej kogoś nazwałem, bo za to obrazę rozumiem. Cóż, młodość (która trwa, ale już inna). Ale my nie możemy doprowadzić do zagłaskania naszej drużyny – za ekstraklasę, za kapitalną w niej postawę czy za puchary. Wszyscy wiemy gdzie byliśmy i co trener wraz z kolejnymi grupami piłkarzy w ostatnich latach nam dał i daje. Więc tu nie ma mowy o podważaniu projektu jako całości. Ale trzeba mieć w tym wszystkim krytycyzm, bo jeśli w którymkolwiek momencie ktoś uznał, że zdobyliśmy już tyle, że teraz po prostu możemy do końca kariery jechać na sukcesie – to jest to – delikatnie mówiąc duży błąd. Więc tak, doceniamy ekstraklasę, super jest jeździć na te wszystkie stadiony w najwyższej polskiej lidze. I niech ten projekt w tym kształcie, z obecnym trenerem trwa jak najdłużej.
No ale są defekty. I ta postawa na wyjazdach naprawdę każe się zastanowić nad kilkoma rzeczami. Bo to jest coś, co jakiś czas się w GieKSie powtarza, mamy powtórkę z czterech przegranych wyjazdów na początek sezonu z zeszłego roku. A w pierwszym po awansie do ekstraklasy sezonie, na wiosnę także przydarzyły się cztery wtopy z rzędu na delegacjach.
Ale to nie chodzi tylko o wyniki. Chodzi o grę, która co prawda nie zawsze ten wynik gwarantuje, a w perspektywie pewnego okresu czasu (raczej krótszego niż dłuższego) dobra gra statystycznie przynosi względnie dobre wyniki. U nas nie jest największym problemem to, że przegraliśmy cztery mecze z rzędu. Problemem jest to, że te mecze przegraliśmy zasłużenie, bo graliśmy bardzo słabo.
Wczoraj chciałem wierzyć, że jak długo ten mecz trwał, w końcu coś wciśniemy. Mecz z Motorem w naszym wykonaniu nie był aż takim paździerzem, jakie trochę razy ostatnio na wyjazdach oglądaliśmy. Przypomniał się mecz z Cracovią, kiedy wydawało się, że przy 0:0 na koniec spotkania pozostanie spory niedosyt. A rywal w końcówce nam wmontował bramkę i już nawet z remisu nie można było się „cieszyć”. Ostatecznie, choć wczoraj GieKSa nie była beznadziejna, to była jednak słaba. Tym bardziej martwi to, że naprzeciw mieliśmy drużynę mocno przeciętną, do tego skleconą naprędce po kadrowych zawirowaniach, z nowym trenerem. A my – stabilni i budowani od kilku lat – nie potrafiliśmy zrobić na tym boisku nic. Przecież, gdyby nie Ndiaye czy może jeszcze Simon, to by Pan Czubak piłkę oglądał z daleka i nie miał okazji zaprezentować swojego świetnego wykończenia. Motor był do bólu średni, ale swoim jednym czy drugim błyskiej robił różnicę.
U nas tym razem w obronie nie było „wesołego miasteczka”, choć oczywiście nie ustrzegliśmy się błędów, po których padły bramki – najpierw nieuznana, a potem już prawidłowa. Jednak w tym meczu to nie obrona była naszym głównym problemem. Tym razem było to słabe/bardzo słabe/beznadziejne rozgrywanie ataku pozycyjnego. O kontrach nawet nie mówię, bo mam wrażenie, że jak my wyprowadzamy kontrę, to zaraz jeden czy drugi nasz zawodnik się zatrzymuje, robi kółeczko, wycofuje nie wiadomo gdzie i po kontrze nici.
Od patrzenia na nasze rozegranie piłki na połowie przeciwnika oczy bolały. Sposobności mieliśmy całe mnóstwo, bo Motor bronił się nieraz dość nisko – nie desperacko w swoim polu karnym – ale mocno na swojej połowie. My graliśmy po obwodzie – to na lewo, to na prawo. I często kończyło się do słabą wrzutką, z którą rywale nie mieli problemu. Przede wszystkim więcej w tym temacie oczekiwałem od Bartosza Wolskiego, bo naprawdę zawodnik ma większe umiejętności niż to, żeby zagrać leciutką piłkę à la serwis Pawła Zagumnego w pole karne i liczyć na czysty przypadek, że akurat trafi w nią ktoś z naszych, a nie przeciwników. Dlaczego nie ma mocnych, takich soczystych wrzutek? Dlaczego nie ma jakiejś próby większej precyzji? Nie mówiąc o tym, że nasi wahadłowi też chyba mocno zapomnieli, co to znaczy żwawość na boku. Nie ma dynamicznych pojedynków 1 na 1 na skrzydle na wysokości pola karnego, wejść w to pole karne. Jest to wszystko takie miałkie i nijakie i taka była ofensywa GKS w tym meczu. Naprawę zestawiając to z pojedynkiem z Motorem z rundy wiosennej i bramek, jakie GieKSa strzelała w tamtym meczu można… dostrzec różnicę.
Ostatecznie najlepszymi okazjami GKS był strzał Ilji w słupek i sytuacja, w której Ilja gola strzelił, ale Bartosz Nowak był w tej sytuacji na spalonym. Tak, był jeszcze strzał napastnika po dośrodkowaniu oraz uderzenie Mateusza Wdowiaka w boczną siatkę. I to tyle. Motor miał swoich groźnych sytuacji więcej.
Widać też, że trener szuka optymalnego składu, ale na razie większość zawodników swoją grą nie przekonuje, by zagościć w jedenastce na stałe. W pomocy kombinujemy. Bartek Nowak ma abonament na granie, ale wychodzi na to, że Bartek Wolski również. Chcieliśmy tego duetu, czekaliśmy na to, jaki zrobią oni techniczny zamęt w tej lidze. Na razie jednak to tylko mrzonki. Nie mamy twardości w środku pola. Jeszcze do tego dokładamy Marcela, który jest ambitny, szybki, ale też nie jest to skała. Do tego wygląda na to, że wczoraj przegrał z upałem, z ręką na sercu, jak widziałem, że podciąga sobie tę koszulkę i w ogóle miałem z daleka wrażenie, że jest cały czerwony, to pomyślałem, że Rafał Górak zrobi wyjątek i ściągnie piłkarza w przerwie. Tak też się stało.
Pamiętam jak w poprzednim sezonie po Górniku Zabrze trener zapowiedział, że coś musimy zmienić w samym podejściu do spotkania i strukturze gry na wyjeździe. Choć potem przegraliśmy jeszcze z Lechią, to za chwilę gra GKS na obcych stadionach zaskoczyła. GieKSa wygrała z Lublinie, Niecieczy, w Pucharze Polski z ŁKS. Na początek roku było zwycięstwo w Lubinie. Były te mecze z Rakowem i Lechem. Czyli da się. Problem jest taki, że jak drużyna wpadnie w wyjazdową otchłań bezradności i niemocy, to trudno z niej się wykaraskać.
Najgorsze jest to, że nie widać, aby był jeden mądry, który zdiagnozował, gdzie leży problem. A to musi być głębszy problem mentalny, bo przecież u siebie ci zawodnicy – zarówno indywidualnie, jak i jako cała drużyna – potrafią przecież grać w piłkę. Co się z nimi dzieje na wyjeździe i dlaczego? Może to jest coś na etapie samego wyjazdu na mecz, podróży, hotelu, dnia meczowe na wyjeździe? Może to tam trzeba poszukać, co się takiego dzieje z piłkarzami, że opada z nich cała ta agresja, moc i siła? Może gdzieś jest zbyt duże rozluźnienie, a może to rozluźnienie jest zbyt małe? Trzeba szukać, w każdym szczególe, w każdym posiłku, w każdej minucie spędzonej w autobusie.
Przyznam, że po tym kolejnym przegranym meczu nie mam smutku, żalu czy załamki. Jest po prostu po raz kolejny irytacja i taka frustracja, bo widzę tę bezradność piłkarzy i mi się udziela. Nie ma w życiu chyba gorszego poczucia niż to, że nie ma się wpływu. A gra GKS a wyjeździe wygląda tak, jakby zawodnicy nie mieli dostępu do swoich atutów, które dają różnicę, tylko próbowali sztampowych, oklepanych i zupełnie nieefektywnych na tym poziomie rozwiązań.
I trzeba coś z tym zrobić szybko, bo wkrótce czekają nas trzy trudne wyjazdy – Zabrze, Gliwice i Lubin. Tu już po prostu obowiązkowo będzie trzeba punktować.
A na razie Wisła Płock. Dobrze, że przynajmniej u siebie te atuty nie są zablokowane. Liczymy, że i tym razem tak będzie, GieKSa swoje gole będzie strzelała i trzy punkty zdobędzie.
Piłka nożna
Górak: Brakuje nam wytrawności
Po meczu Motor Lublin – GKS Katowice wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Mariusz Misiura i Rafał Górak. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Jesteśmy rozczarowani tym, że przegraliśmy spotkanie, włącznie z powiedzeniem, że jeżeli nie możesz wygrać, to powinieneś umieć go zremisować.
Takie mam odczucia w stosunku do tego meczu. Niestety – nie jesteśmy jak na razie w stanie zagrać meczu na zero z tyłu, który dałby nam przestrzeń, żeby wywieźć z takiego spotkania remis, bo może on też nie byłby to szczyt naszych marzeń przed spotkaniem – bo przyjechaliśmy z zamiarem wygrania meczu – ale na pewno remis bardziej odwzorowywałby to, co się działo. Ale to jest nieistotne, bo ten który bramkę strzela ma tę radość, a ten, który tego nie robi – tej radości nie ma. W wielu momentach za dużo mamy rozpiętości poziomowych w spotkaniach. To mnie też trochę na razie smuci, bo powinniśmy się stać bardziej wytrawną drużyną, a tego nam brakuje. Mamy bardzo dobre momenty, kiedy gramy zgodnie z tym, co chcemy robić, a mamy też takie kiedy ta gra na różnych pozycjach w różny sposób ofensywie czy defensywie nam się łamie i powoduje bałagan, który kończy się niekiedy tak, jak się skończył przy straconej bramce. Byliśmy w posiadaniu piłki pod polem karnym przeciwnika i tej wytrawności jeszcze brakuje – tego będziemy szukać. Dziś jest masę rozczarowania i sportowej złości, ale nic tu po narzekaniu, trzeba brać się do roboty i mocno wyciągać wnioski choćby z tego, że przy czterech meczach wyjazdowych w tym sezonie cztery razy schodzimy pokonani i to nas bardzo denerwuje i jesteśmy niezadowoleni. Ale po to niekiedy takie próby są, żeby wychodzić, silniejszym. Teraz będziemy się przygotowywać do następnego spotkania, potem mamy trzy mecze z rzędu na wyjeździe. Czeka nas nie lada sprawdzian i jestem przekonany, że wyjdziemy z tego obronną ręką. Dzisiaj jest dużo złości, rozczarowania i momentów, z których z gry jesteśmy niezadowoleni.
Mariusz Misiura (trener Motoru Lublin):
Bardzo się cieszę, że wygraliśmy mecz i zdobyliśmy trzy punkty. Bo mam poczucie, że to był czwarty naprawdę dobry mecz w naszym wykonaniu i jak ten czas leci – mijają tygodnie – przygotowujesz się do czwartego spotkania, a na koncie masz jeden punkt, to zapominamy, co się wydarzyło w pierwszej czy drugiej czy trzeciej kolejce. Wydaje mi się, że drużyna zasłużyła, żeby mieć ich więcej. Wierzę, że konsekwentną pracą i procesem będziemy budować silną drużynę.
Co do meczu to wydaje mi się, że wykreowaliśmy więcej sytuacji, na pewno w pierwszej połowie, konsekwencją tego jest bramka. Powiedzieliśmy sobie w szatni, że musimy zostawić serce i charakter. 104 minuty w takim upale to szacunek dla piłkarzy. Sami państwo siedząc na trybunach czuliście gorąco i zmęczenie.
To jest coś normalnego, że w takim upale przydarzały nam się błędy, cieszę się, że nie było z tego konsekwencji w postaci gola, ale podobało nam się nasze dążenie do strzelenia bramki. Dobre zmiany, każdy z zawodników dał impuls. Bardzo się cieszę z tych trzech punktów i idziemy dalej.
Piłka nożna
Hapoel: Nowi zawodnicy pomogą drużynie?
W przerwie pomiędzy sezonami działacze Hapoelu dokonali kilku zmian w składzie. Z klubem pożegnało się pięciu zawodników i tylu samo podpisało nową umowę.
Największe nadzieje są wiązane z pochodzącym z Ghany Douglasem Owusu. 20-letni Owusu gra na pozycji napastnika, poprzednie dwa sezony grał w Super liga Srbije – najpierw w Radniku Surdulica, a przez ostatnie pół roku w Crvenie Zvezda Belgrad. W tych dwóch klubach strzelił 11 bramek i zanotował tyle samo asyst. Kontrakt z Owusu został podpisany 5 sierpnia i od razu został zgłoszony do rozgrywek Ligi Konferencji, jednak nie zagrał w meczu w Miszkolcu. Filigranowy (mierzy zaledwie 1,65 m) piłkarz jest wart 4,5 mln euro.
Hapoel podpisał także umowę z obrońcą Doronem Leidnerem. 24-latek występował w drużynie z Tel Awiwu jako junior, później „błąkał” się po Europie (Olympiakos Pireus, Austria Wiedeń, FC Zurich), by ostatecznie wrócić do Hapoela. Leidner występuje w kadrze Izraela. Jego wartość rynkowa wynosi 300 tys. euro. Doron wystąpił we wszystkich meczach pucharowych, w jednym w pełnym wymiarze, w pozostałych był zmieniany po około 60 minutach. W drugim meczu z Ludogortsem zobaczył żółtą kartkę.
Kolejnym obrońcą, który podpisał nową umowę, jest wysoki, mierzący 188 centymetrów, Chico. 27-latek przez większość kariery grał w Brazylii (Sport Recife i Novorizontino), a na początku poprzedniego sezonu został wypożyczony do Hapoelu. Przed tym sezonem związał się z klubem 3-letnią umową. Wartość rynkowa Chico oceniana jest na 1,2 mln euro. Brazylijczyk wystąpił we wszystkich meczach pucharowych. W pierwszym meczu z Ludogortsem strzelił bramkę i zobaczył żółtą kartkę.
Z kolei 24-letni Yonatan Farber gra na pozycji pomocnika i występował tylko w drużynach z Izraela. Farber mierzy 1,9 m, a jego wartość wyceniania jest na 350 tys. euro. W meczach pucharowych wystąpił tylko parę minut – w drugim meczu z Ludogortsem.
Ostatnim zawodnikiem, który dołączył do Hapoela przed sezonem, jest 19-letni Itay Shavit. Shavit jest reprezentantem Izraela U19 i gra na pozycji pomocnika. Jego wartość wyceniana jest na 150 tys. euro. Nie wystąpił w żadnym meczu pucharowym.

Najnowsze komentarze