Dołącz do nas

Felietony Piłka nożna

Na razie tylko aspiracja

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Znów zabieranie się do pisania tego felietonu zabrało mi nieskończoność. Bo mam wrażenie, że znów w kółko będę pisał to samo. Ale może nie. Może uda się coś innego. Zobaczymy.

Tak jak pisałem przed meczem i generalnie się mówiło, ciekawi byliśmy, czy GKS w drugiej próbie stworzenia choćby mini serii wyjazdowej podoła. Gdy po raz pierwszy mieliśmy nadzieję, że to się wydarzy po wygranej z Górnikiem, przyszły przykre mecze w Gliwicach i Lubinie. Dwa tygodnie temu GKS po bardzo dobrym meczu wygrał w Częstochowie i czekaliśmy na podtrzymanie dobrej formy w Kielcach. Tym bardziej, że po Rakowie mieliśmy wygrany mecz z Wieczystą i – choć przegrany – naprawdę dobry z Pogonią. Były więc argumenty ku temu, by wierzyć, że i będącą po perturbacjach Koronę GieKSa będzie w stanie czy to pokonać, czy po prostu zagrać dobry mecz.

Ogólnie GKS jest jak Piotr Zieliński w kadrze. Z tym jerzobrzęczkowym słynnym „przeskoczeniem w głowie”. Czyli niby jest potencjał, niby wiemy, że stać go na wiele, raz na jakiś czas zagra coś spektakularnego, czasem też po prostu pokaże swoją jakość. Ale brakuje tego przeskoku na stałe. Na temat Piotra są dyskusje i w ostatnim czasie mocno jechano po tych, którzy odważyli się powiedzieć, że ostatecznie cała kariera Ziela w reprezentacji to jest zawód. Ja się zaliczam właśnie do tych. Choć wiadomo, że lepsza kadra z Zielkiem niż bez, bo przecież generalnie mamy posuchę, to jak na potencjał, który zawodnik pokazywał czy to w Napoli, czy w Interze, to w reprezentacji zaliczył bardzo dużą liczbę meczów nijakich i słabych. Na siłę próbowano i dziś próbuje się wmawiać, że ta jakość z piłką przy nodze czy bez jest widoczna. Tak, na pewno Zielu ma dobrą technikę, ustawia się, rozgrywa. Problem w kadrze jest jednak taki, że rzadko to się na coś przekłada. To tak jak z techniką. Można ją mieć, ale niespecjalnie jest użytkowa.

I tak to jest z tą GieKSą, choć statystycznie nasz zespół częściej ten swój potencjał pokazuje – oczywiście głównie u siebie. Co mam na myśli? Ano to, że znów ktoś może po wczorajszym meczu powiedzieć, że niby mecz był pod kontrolą (tak powiedział nasz bramkarz), niby mieliśmy piłkę, defensywa jako tako się spisywała, a golkiper zagrał może najlepszy mecz w GieKSie. Tylko co z tego, jeśli to wszystko było znów jałowe i beznamiętne, jak choćby w Lublinie czy przy stanie 0:2 w Gliwicach. Jaka to kontrola, jaka dobra gra, gdy mając znów piłkę przez tyle czasu kompletnie nie potrafimy stwarzać zagrożenia? Klepiemy tę piłkę bez sensu, po czym często i tak ląduje ona u naszych stoperów. Nie ma decyzji o uderzeniu, jakbyśmy mieli zakaz strzałów z dystansu. Tak, wiem, wiem, strzał musi być przygotowany, nie ma co za darmo oddawać piłki przeciwnikowi, a xG takiej próby jest mizerne. Tylko, że my nie próbujemy w ogóle – nawet mając piłkę na 16. metrze, nawet mając potencjalnie dobrą sytuację. Pisałem tydzień temu o bramkach w meczu Cracovia – Legia, a przecież wystarczy spojrzeć na tę kolejkę na gola Kacpra Urbańskiego czy zawodnika Radomiaka. Nie mówię, żeby walić bez sensu, bo też mnie irytują czasem takie nieprzygotowane próby, ale ze dwa trzy razy na mecz można spróbować. To przecież nie musi być gol, ale może bramkarz odbić piłkę, może być dobitka czy rzut rożny.

Z drugiej strony próbujemy wrzutek i tu akurat bym powiedział, że są one nieprzygotowane. Słabe, takie zawiesiny lecące pół godziny, podobne właśnie chyba do meczu z Piastem. Czy naprawdę tej piłki nie da się tak wstrzelić, żeby to dośrodkowanie było bardziej soczyste, a obrońcy mieli większy problem z wybiciem? Nasze dośrodkowania są jak miękka dłoń podawana podczas przywitania, tzw. śnięta ryba. Nawet jak piłka dojdzie do głowy naszego zawodnika, to piłka ma w sobie tak małą energię kinetyczną, z której skorzystałby potencjalny strzelec. To jest czysta fizyka. Nie nadajemy mocy, czystej fizycznej mocy naszej grze, a w taki sposób trudno o sytuacje.

Naprawdę, jeśli mówimy, że gorąco pod bramką Dziekońskiego było tylko przy rzucie karnym oraz w doliczonym czasie gry, gdy do piłki dochodził Adam Zrelak, to w taki sposób meczu nie da się nie tylko wygrać, ale i zremisować. Jeszcze ten Pau Resta, który przecież dostaje od Klemenza idealną piłkę po stałym fragmencie – praktycznie sam na sam – kopie ją z pierwszej bez sensu. Ja rozumiem, że to jest stoper i nie jest to jego naturalne środowisko, no ale wymagałbym trochę pomyślunku, bo przecież to była kapitalna okazja, a nie doszło do nawet cienia groźnego strzału.

Nie da się tak zremisować. Mówiliśmy już o tym kilkukrotnie, w naszym przypadku gra na zero z przodu nie przyniesie nawet punktu, bo my w ogóle nie gramy na zero z tyłu. Na szesnaście meczów w tym sezonie, czyste konto zachowaliśmy tylko raz. W dwudziestu czterech ostatnich meczach – tylko dwa razy. Dla porównania – w styczniu i marcu mieliśmy dwa razy taką sytuację, że w dwóch meczach z rzędu nie traciliśmy gola…

No ale trudno o czyste konto, kiedy znów traci się tak prostą bramkę. Zrelak dość niechlujnie zagrywa do Nowaka, tracimy piłkę. W sposób niezrozumiały i absurdalny ustawia się kompletnie niekontrolujący sytuacji Borja, zostawiając całe skrzydło wiadomo przecież jak szybkiemu Menie. Potem mamy sytuację, w której dokładnie wiemy, jak się Kolumbijczyk zachowa, czyli, że będzie mijał Restę krótkim zwodem i strzelał w długi róg – mimo to nasz stoper się na to nabiera. Bramka banalna, ale też trochę typowa dla naszej drużyny.

Generalnie nasza obrona nie grała jakoś źle w tym meczu, ale zawsze nam się musi jakiś taki prosty błąd czy seria błędów przydarzyć. Abstrahując od tego – Korona była bardziej zdeterminowana, stworzyła sobie kilka kapitalnych okazji, z których obronną ręką wychodzili bądź to Kobylak, bądź spektakularnie interweniujący Lukas Klemenz. Jak kogoś miałbym pochwalić za wczorajszy mecz, to właśnie tę dwójkę.

Można zagrać taki mecz w obronie z błędem i stracić bramkę. Ale właśnie wtedy do gry musi wejść ofensywa. Tak jak wspomniałem – wczoraj była wybitnie jałowa. Próbowaliśmy ratować się zmianami, ale one nie wniosły nic. Mateusz Wdowiak na boku zepsuł wszystko, co miał, pozostali też niewiele wnieśli, coś próbował Bartlewicz. Arek Jędrych jako napastnik to ciekawa propozycja, ale taki manewr a la Adrian Napierała u Roberta Moskala uda się może raz na dwadzieścia. Chętniej bym widział duet napastników Zrelak – Szkurin. A jak wprowadzać Arka, to jednak na swoją nominalną pozycję. I nawet nie mówię, że Arek coś zmaścił, bo widać było, że jest tam aktywny i próbuje, ale nie wiem, czy tędy droga. To pewnego rodzaju hm… ekstrawagancja.

Rzut karny to osobna historia. Bartek jest tak kapitalnym zawodnikiem, że przecież też – jak każdy piłkarz na świecie – ma prawo nie trafić nawet z jedenastki. Kibice dyskutują o tych gierkach psychologicznych z Dziekońskim. Że to nie powinno tak wyglądać itd. Ja tam się nie wypowiadam. Jedno po prostu w tej sytuacji wyszło, że Xavier ten pojedynek mentalny po prostu wygrał.

Przed meczem pisałem o tym, że GieKSa aspiruje do tego, by być kimś więcej niż drużyną środka tabeli. Ale tu jest właśnie słowo klucz – „aspiruje”. Jeden czy drugi dobry mecz nie przesuną naszej drużyny w tej hierarchii. Przesunie ją trend i konsekwencja. To, że wygraliśmy na Rakowie 4:1 jeszcze nie świadczy o tym, że skoczyliśmy na wyższy poziom wtajemniczenia. Takich meczów trzeba rozegrać kilka, kilkanaście, cały sezon. Nie może być tak, że po jednej wygranej znów wracamy do marazmu z Gliwic, Lubina, Lublina czy Miszkolca.

No nic – jedziemy dalej. Przed nami kolejny mecz wyjazdowy – już pojutrze. I o ile w lidze nie ma meczów łatwych i jeśli chodzi o wynik, to zawsze należy się liczyć z porażką, to w Łęcznej absolutnym obowiązkiem jest zwycięstwo. Tu nie ma w ogóle o czym gadać. Musimy postawić na Puchar Polski, tak jak w poprzednim sezonie. Gramy do tego z drugoligowcem, więc naprawdę po tych naszych kompromitacjach z wielu lat z drużynami z niższych lig, po tych wtopach ekstraklasowiczów w tym sezonie – musimy być przygotowani na to, że jak choć o 10 procent odpuścimy, to zdeterminowany rywal może to wykorzystać. My po prostu mamy wyjść jako drużyna z ekstraklasy i pokazać czym się różni poziom najwyższej klasy rozgrywkowej od trzeciej.

Ja jestem spokojny o ten mecz, mamy przecież swoją historię niedawną ze Skierniewic. Wierzę po prostu w to, że nie popełnimy tamtych błędów. Musimy się strzec też przed głupotami, typu czerwona kartka wtedy Oskara Repki.

Więc po prostu krótka krytyka za mecz w Kielcach, kolejne zero punktów dopisane, a teraz głowa do góry i dalej robimy swoje, bo i tak więcej ostatnio mamy dobrych meczów niż niedobrych. Ale też mamy serię dwóch przegranych bez zdobytego gola.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Moje 30 lat

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Obecny tydzień mija mi pod znakiem jubileuszy. Dokładnie dzisiaj mija mi 30 lat z GKS Katowice. Pomyślałem sobie, że więcej napiszę o tym w felietonie przed meczem z Pogonią Szczecin. Tym bardziej, że już w sobotę będzie kolejna okrągła rzecz – ponieważ wczorajszy pojedynek z Wieczystą był moim 699. meczem GKS Katowice. To wszystko – przyznam – robi na mnie wielkie wrażenie. To kawał życia i bardzo ważna jego część. Ale tak jak mówię – kilka słów więcej napiszę w piątkowym felietonie przedmeczowym. Ale swoją drogą – myślę sobie, że mógłbym napisać pokaźnych rozmiarów książkę, bo historii, anegdot  było po prostu przez te 30 lat całe mnóstwo.

Trafiam z tymi jubileuszami na bardzo dobry czas. Zarówno w krótkim, jak i w dłuższym kontekście. Wiadomo – ostatnie 2,5 roku to pasmo radości i sukcesów. Udana walka o ekstraklasę, a potem naprawdę godne reprezentowanie klubu na piłkarskich polskich salonach. Choć bywały momenty lepsze i gorsze, to oba zakończone sezony były po tych 19 latach posuchy po prostu kapitalne. Z czego drugi dał nam Europę, co było przygodą niesamowitą i jedynie zaostrzyło apetyty na powtórkę. Jak sobie przypominam wyjazdy do Żyliny czy Miszkolca, to myślę sobie, że kurcze chciałbym to powtórzyć, że chcę więcej. A mecze u siebie ze Słowakami i Hapoelem też przecież były piłkarskim świętem.

W obecnym sezonie GieKSa nie zwalnia. Mimo swoich problemów – defensywnych czy na wyjazdach – sumarycznie notuje bardzo dobry początek sezonu. Posłuchajcie na przykład tego – w poprzednim sezonie na koniec jesieni mieliśmy 20 punktów. Teraz w połowie października mamy tych punktów 18. Czyli już za chwilę przebijemy ten zeszłoroczny dorobek. Rok temu po 10 kolejkach mieliśmy o 10 punktów mniej.

Myślałem nawet, że to może być najlepszy dorobek punktowy po 10 kolejkach za czasów drugiej kadencji trenera Góraka. Tu jednak w sezonie zakończonym awansem do pierwszej ligi GieKSa miała 20 punktów. Nie zmienia to faktu, że 6 zwycięstw w 10 meczach daje solidny dorobek nawet mimo czterech porażek. Bo grunt, że GieKSa tych meczów, których nie przegrała, nie zremisowała, tylko wygrała.

Rok temu złapaliśmy bardzo dobrą serię późną jesienią. Były wygrane z rzędu z Motorem, Koroną i Termaliką. Tamte punkty były potrzebne jak tlen i pozwoliły nie zakopać się w dole tabeli. Ostatecznie jesień skończyliśmy tuż pod kreską, ale z tego co pamiętam z tą samą liczbą punktów, co pierwsza drużyna nad nią.

Teraz GieKSa zapunktowała wcześniej, a wpływ na ten dorobek mają oczywiście trzy ostatnie mecze, w których Katowiczanie go podwoili. Rozgrywki ligowe mają tę specyfikę, że jak złapiesz serię zwycięstw, to bardzo szybko wędrujesz w górę tabeli i przede wszystkim – bardzo oddalasz się od dołu. I jak zarówno w pierwszym sezonie liczyliśmy punkty nad (albo wewnątrz) strefą spadkową, tak teraz – na tym etapie sezonu – mamy aż 10 punktów przewagi. I najzwyczajniej w świecie możemy spać spokojnie. GieKSa już nie jest żadnym kandydatem do spadku. Oczywiście czujność zawsze trzeba zachować, ale przesunęliśmy się w hierarchii i idziemy do przodu, czyli… w górę.

Wczorajszy mecz bardzo cenię. GKS miał swoje problemy, dyspozycja nie była najwyższa, a rywal pokazał się z dobrej strony. Wieczysta to nie są leszcze Stefan. Widziałem ich mecze i potrafili grać efektownie i skutecznie. Mają swoje kłopoty, próbują tę drużynę indywidualności jakoś sklecić, stąd wyniki nie do końca są takie, jakby sobie życzyli. Ale pokazali przecież swoją moc, gdy wygrali w Gliwicach czy ostatnio wysoko z Wisłą Płock. Zremisowali w Łodzi, mimo że dwukrotnie przegrywali.

I zaprezentowali swój futbol w Katowicach. Oddali więcej strzałów, także celnych, mieli większe xG. Mieliśmy trochę szczęścia, że w kapitalnych sytuacjach Semedo czy Piazon fatalnie pudłowali. Wynik był cały czas na styku.

Bardzo podobał mi się początek meczu, pierwsze pół godziny. GKS znów grał bardzo intensywnie, pressował, nie dawał specjalnie rywalowi pograć w piłkę. I co najważniejsze – strzelił gola. To jest taka mała, a jednak decydująca różnica. Mówię o porównaniu z meczami, w których niby początek jest dobry i intensywny, ale do siatki nie trafiamy i później są kłopoty. Do samych bramek zaraz przejdę, bo zasługują na osobne potraktowanie.

Po tej półgodzinie oddaliśmy piłkę i pole rywalom. Nie stwarzaliśmy sobie sytuacji, musieliśmy się skupiać na obronie. Poczytuję to trochę jako „odchorowanie” tej intensywności z Częstochowy i początku meczu z Wieczystą. I to jest kompletnie sytuacja, która ma prawo się przydarzyć i nie ma co psioczyć. Po prostu trzeba wtedy mocniej skupić się na defensywie i grać w niej skutecznie. I ostatecznie Wieczysta swoją jakością stworzyła sobie sytuacje, natomiast daleki jestem od tego, żeby negatywnie ocenić naszą grę obronną w tym meczu. Błędy oczywiście się pojawiały, ale to nie były jakieś fatalne pomyłki. Ot zwykła gra defensywna, rzetelna.

Nie ustrzegliśmy się straty bramki. Tutaj jest kwestia do poprawy, gdyż straciliśmy ją podobnie, jak dwie z Cracovią, czyli po wrzutce i z czego jeden gol z Pasami i teraz były po centrze niemal spod bocznej linii boiska. Błąd w ustawieniu? Komunikacji? To już sobie sztab z piłkarzami przeanalizują.

W piłce liczą się bramki i ta prawda wyjątkowo mocno zaistniała we wczorajszym pojedynku. I to nie były jakieś farfocle, gdzieś tam fuksem wepchnięte do bramki przeciwnika. W kluczowych momentach – gdy trzeba było – Katowiczanie dali popis techniki, kunsztu i zespołowości. Oba gole były wspaniałe. Najpierw Marcel pociągnął dynamicznie, podał do Bartka Nowaka, a ten wypatrzył swojego ulubionego Ilję Szkurina. Sposób, w jaki Ilja wbił tę bilę do łuzy był fantastyczny. To było magiczne dotknięcie, z gracją, ale przede wszystkim z pewnością i zaufaniem do swoich umiejętności. A potem Ilja włączył swoją dynamikę i kapitalnym podaniem obsłużył Borję Galana. Co zrobił Hiszpan, to ja nie wiem. Jak on wypatrzył tego Bartka, jak mu podał. Strzelanie do pustej bramki bardziej kojarzy się z podaniem poprzecznym, którym mija się bramkarza. Borja zagrał prostopadle, do tyłu, ale w taki sposób, że kapitan GieKSy miał praktycznie całą bramkę do dyspozycji, wystarczyło jedynie dołożyć nogę. Majstersztyk.

Bardzo ważne jest to, że w po tym okresie pewnej dominacji Wieczystej i po strzeleniu przez nich gola, GKS jednak ruszył po tę bramkę. I przeprowadził tę jedną, decydującą akcję. Nasz zespół w tym meczu za bardzo nie atakował. Ale gdy trzeba było – zrobił to. To jest po prostu adaptacja do warunków meczowych.

GieKSa nie będzie grać w każdym meczu tak ofensywnie i efektownie. Zdarzą się mecze lepsze i słabsze. Ale jeśli taki mecz udaje się wygrać, to ma to podwójną wartość. I najlepsze jest to, że nie mówimy tutaj o przepchnięciu meczu kolanem. Mówimy o tym, że GieKSa wygrała wspomnianym kunsztem w konkretnych dwóch akcjach. Coś pięknego.

Włożę teraz łyżkę, a może nawet dość dużą łychę dziegciu. Ale to do nas – kibiców. Abstrahując od niższej frekwencji – wiadomo poniedziałek itd. To gdy po końcowym gwizdku nagle wszyscy zaczęli się zbierać do chaty, to niestety pojawiły się smutne dla mnie obrazki. Ci z Blaszoka jeszcze jakoś zostali przytrzymani, żeby świętować z drużyną, chociaż przerzedziło się nieco. Ale gdy po radości z Blaszokiem piłkarze, jak to mają w zwyczaju, zaczęli dziękować kolejnej trybunie, to autentycznie był to… żenujący obrazek. Te trybuny były już całkowicie, ale to całkowicie puste. Naprawdę przykro patrzyło się na drużynę, która po trzecim zwycięstwie z rzędu bije brawo do pustych trybun. Ludzie, ja wiem, że poniedziałek i rano trzeba cisnąć do roboty, ale naprawdę zostać te pięć minut dłużej i podziękować drużynie za kapitalny wynik i grę w tych dwóch ostatnich meczach by po ludzku wypadało.

W sobotę mecz z Pogonią i zapowiada się fenomenalne widowisko. My mamy nadzieję, że GieKSa dalej będzie z tym swoim pazurem i dobrą formą piłkarską, ale trzeba się liczyć z tym, że i Pogoń jest w gazie. Czeka nas arcytrudne zadanie, zaryzykowałbym stwierdzenie, że najtrudniejsze u siebie w obecnym sezonie. Wiem też, że GieKSę stać na wielkie rzeczy.

Nie mam jakiegoś ciśnienia, żeby akurat z powodu mojego jubileuszu był korzystny wynik, dla mnie liczą się te liczby same w sobie, a wynik też sam w sobie, ale jakoś nie łączę tych rzeczy. Natomiast bardzo mocno będę trzymał kciuki za tę ekipę, bo tak jak pisałem wielokrotnie – są niesforni, a jednocześnie kapitalni. Nie da się nie lubić tej drużyny. I po prostu uważam, że to wielkie szczęście być kibicem GKS Katowice.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Górak: Czasem trzeba rzucić ofiarność

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po meczu wypowiedzieli się trenerzy GKS Katowice i Wieczystej – Rafał Górak i asystent Željko Kopića – Florentin Petre. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.

Florentin Petre (II trener Wieczystej):
Pierwszą połowę zaczęliśmy źle, ale ostatnie 20 minut graliśmy już swoją grę. Mieliśmy szansę, żeby coś strzelić, a po przerwie zaczęliśmy dobrze, mieliśmy dobre momenty, mogliśmy strzelić bramki. Wynik 2:1 to taki wynik niezbyt sprawiedliwy, wynik 2:2 byłby bardziej sprawiedliwy, choć to gdybanie. W ostatnich 15 minutach przycisnęliśmy, mieliśmy sporo szans na zdobycie gola, ale piłka nie zawsze wygląda tak, jak byśmy chcieli.

Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Trzeba oddać przeciwnikowi, graliśmy bardzo trudne spotkanie, rywal dał nam się we znaki – swoją fizycznością i umiejętnością gry w piłkę. Jestem pod wrażeniem przeciwnika i tym bardziej chylę czoła przed moim zespołem, bo zagrali bardzo dobry mecz. Chcielibyśmy być może mieć jeszcze więcej animuszu i kontroli, ale kiedy nie jesteś przy piłce to też warto tę kontrolę mieć.

Największy problem mieliśmy w 15 minutach drugiej połowy, kiedy rywal atakował już bardzo odważnie i wydawało mi się, że jak wytrzymamy jeszcze 3-5 minut, nie stracimy bramki, to odpowiemy skutecznie. Szykowaliśmy zmiany, ale ciut zabrakło mi czasu. To nie wina zawodników, którzy nie zdążyli wejść czy tych, którzy zeszli. Bardzo dobra energia wszystkich wchodzących i to mnie bardzo cieszy, bo dziś wygraliśmy zespołowością, nastawieniem i trzeba rzucić ofiarność, która może nie jest bardzo lubiana przeze mnie, ale bardzo ją doceniam, bo zawodnicy wykonywali świetną robotę w defensywie.

Naprawdę oddaję rywalowi, że spotkaliśmy się z rywalem bardzo trudnym, bardzo doceniam i szanuję te punkty.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Taką GieKSę chcę oglądać zawsze

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po 344 dniach GKS Katowice przegrał u siebie. Przez niemal rok Nowa Bukowa była nie do zdobycia. Jak na drużynę „aspirującą”, a nie będącą na topie, jest to wynik wybitny. Rozegrać w tym czasie 17 meczów, w których rywal nie pokonał naszego zespołu to przestrzeń całego sezonu bez porażki. A gdy dodamy do tego, że zremisować się w Katowicach udało się tylko Legii, Jagiellonii oraz Widzewowi (ale przegrał w karnych) to należy dojść do wniosku, że każdemu przeciwnikowi w Katowicach jest niebywale ciężko. Nawet jeśli strzelali oni gola czy dwa, to jedynie rozjuszali maszynę Góraka, która potrafiła wbić jeszcze więcej bramek.

Aż przyjechała Pogoń Szczecin, z którą GieKSa zaczęła budować swoją twierdzę. Jakże to był inny mecz rok temu. Wówczas GieKSa oddała rywalowi piłkę i chciała umiejętnie defensywą kontrolować spotkanie. Wtedy Pogoń miała absurdalną wręcz statystykę posiadania piłki – 77 procent. Oddali aż 27 strzałów, ale… tylko 3 celne. Nasza taktyka okazała się wówczas skuteczna, bo GKS strzelił dwie bramki jeszcze w pierwszej połowie i skutecznie neutralizując poczynania gości – wygrał to spotkanie. Wczoraj obraz był inny. Widzieliśmy GieKSę ofensywną, prącą do przodu, starającą się grać nie tylko skuteczną, ale i ładną dla oka piłkę. To Pogoń była w pozycji wyczekującej i w pewnym momencie zadała decydujący cios. Można powiedzieć, że zarówno rok temu, jak i teraz drużyny zwycięskie wygrały wyrachowaniem.

Mimo wszystko uważam, że w związku z tzw. optyczną przewagą to GieKSa była bliżej osiągnięcia korzystnego rezultatu niż Szczecinianie rok temu. Wówczas ataki Pogoni ostatecznie były w większości jałowe i oprócz tego, że często byli na naszej połowie, niewiele z tego wynikało.

GieKSa rozegrała wczoraj dobre spotkanie, a nawet uważam, że fragmentami to był bardzo dobry mecz. Zwłaszcza w pierwszej połowie zwróciłem uwagę na to, jak potrafimy kapitalnie zagrać w destrukcji, wykorzystać ten swój pressing nie tylko jako sztuka dla sztuki, ale naprawdę, by odebrać piłkę rywalowi. Bardzo ciekawie rozgrywamy krótką grę w środku boiska, również przecież będąc pod presją przeciwnika. Tu Kowal, tu Kacper, tu pomoże Bartek – i gramy gdzieś na lewe czy prawe skrzydło, zdobywając teren. Po stracie bramki to już był napór GieKSy i ciągłe zbliżanie się pod pole karne rywala.

Przeciwnika jednak mieliśmy godnego. Pogoń jest bardzo dobrze zorganizowana w swoje obronie – postawili na obronę niską i w niej bardzo skutecznie neutralizowali nasze ataki. Nie mówię, że wszystko było u nas idealnie, ale trzeba przyznać, że imponująca liczba straconych bramek Pogoni – sześć w dziesięciu meczach – nie jest dziełem przypadku i goście to wczoraj po prostu udowodnili.

Naszych ataków nie nazwałbym jałowymi. Uważam, że były dobre i dynamiczne. Brakowało natomiast trochę precyzji, a czasem decyzji. Trochę za dużo w tej końcowej fazie jest kombinacji – oczywiście, jak ta kombinacja wyjdzie, że to jest szansa na piękną, bramkową akcję. Ale nie przeplatamy właśnie tych kombinacji z próbami uderzeń. Ja wiem, że było ciasno w polu karnym, ale mimo wszystko, czasem można byłoby pokusić się o jakąś bardziej bezpośrednią próbę, na ten mityczny strzał z dystansu – i nie mam na myśli uderzenia z 25 metrów, ale jak  już jesteśmy niemal na linii szesnastki, to można byłoby spróbować. Wystarczy choćby spojrzeć na wczorajsze starcie Cracovii z Legią, gdzie padły dwa podobne gole i oba zza pola karnego. U nas nie ma w ogóle takich prób.

Mimo to i mimo tej kapitalnej defensywy Pogoni, do wyrównania brakowało naprawdę niewiele. Sam ten napór naszej drużyny powoduje, że w którymś momencie jakaś piłka może przejść, nawet jakiemuś obrońcy między nogami, tu się poodbija i padnie bramka. W doliczonym czasie gry Ilja miał bardzo dobrą sytuację i minimalnie przestrzelił. Byliśmy o włos.

Nie zapominajmy też o samym początku, kiedy Borja oddał strzał, ale Cojocaru kapitalnie to wybronił. Gdybyśmy prowadzili, obraz meczu mógłby być inny.

Ten napór GieKSy – zwłaszcza po straconej bramce – był tak wielki, że chyba… czasem zapominaliśmy o obronie. Mam na myśli pójście bardzo wysoko i sytuację, w której ze dwa czy trzy razy Pogoń po prostu „wykopała” piłkę do przodu i rywale wychodzili 2 na 1 czy 2 na 2. To jest koszt aż tak bardzo ofensywnej gry. Trochę ryzykownej. Ale trzeba powiedzieć, że GKS bramki po takich kontrach nie stracił.

Piłka nożna to gra błędów i po takim błędzie Pogoń strzeliła gola. Rzeczywiście – za duża była luka pomiędzy naszymi dwoma środkowymi obrońcami, gdy Szalai zagrywał długą piłkę do Sancheza. A potem to już był indywidualny pojedynek, nie najlepsze zachowanie Pau Resty, za to Sanchez pokazał swój kunszt, zastawił się, zrobił zwód i zaraz pozostawało mu tylko wykończenie akcji.

Tak więc w tym pojedynku na styku minimalnie lepsza oraz cwańsza okazała się Pogoń. Przegraliśmy naprawdę z dobrą drużyną.

I powiem tak – bo po różnych meczach, które GieKSa przegrywała miałem różne emocje – czasem smutek, czasem żal, czasem dużą złość, jak choćby po meczu z Lubinie. Tutaj jest zupełnie inaczej. Ani wczoraj, ani dzisiaj – nie mam kompletnie negatywnych odczuć. Naprawdę byłem dumny z tej drużyny, uważam, że zrobili wszystko, by ten mecz wygrać. A że pojawiły się błędy, to mogę tylko rozłożyć ręce i powiedzieć, że taki jest sport.

Mówiąc, że zrobili wszystko, mam na myśli nie tylko „zapieprzanie”. To oczywiście było widoczne aż nadto. Ale poza tym GKS pokazał kawałek dobrej piłki i jeśli w taki sposób czasem zdarzy się przegrać mecz, to nie będę miał żadnych pretensji. Jeszcze z jednego podstawowego powodu – ta gra napawa mnie optymizmem. I dokładnie z taką postawą w starciu z rywalem, który nie ma tak żelaznej defensywy jak Pogoń – GieKSa by taki mecz wygrała lub w najgorszym przypadku zremisowała.

Więc mam prośbę. Utrzymujcie to. Wiadomo oczywiście, że taktyka jest też uzależniona od przeciwnika. Ale utrzymujcie realizowanie tej taktyki w tak rzetelny sposób jak wczoraj. I wiadomo, że można jeszcze coś dołożyć. Niech Marcel czasem strzela. Niech Bartek Nowak też czasem zdecyduje się na uderzenie. Niech Wasyl czasem po prostu dośrodkuje tą prawą nogą lub wejdzie w pole karne. Tam brakuje czasem niuansów natomiast podkład jest bardzo dobry.

Obrona dalej musi pracować, bo choć ostatnio nie gra źle, to dalej mamy zaledwie jedno czyste konto w tym sezonie. Czasem jeden błąd kosztuje tyle, ile wczoraj.

To było piękne widowisko, prawdziwy ligowy pojedynek w środku jesieni, przy jupiterach, z dopingiem kibiców gospodarzy i gości. Po prostu esencja ligowej piłki. Z dwoma bardzo dobrymi drużynami, z których jedna okazała się minimalnie lepsza.

Ostatecznie po powrocie do ekstraklasowych zmagań mamy sześć punktów w trzech meczach. Nieźle, naprawdę nieźle. Teraz mamy tydzień przerwy i za chwilę znowu zacznie się bardzo intensywny czas. Sam nie wiem, jaka jest ta Korona, bo potrafi zagrać super mecz, a potem dość mizerny. Zobaczymy, jak zagrają dziś z Lechem. No a potem włączamy się do gry o Puchar Polski i mecz z zawsze groźną Łęczną na ich zawsze trudnym terenie. I na koniec października Widzew.

Walczymy dalej!

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga