Piłka nożna Prasówka
Media o meczu z Koroną: Kolumbijska perełka udekorowała debiut nowego trenera!
Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień mediów na temat wczorajszego meczu Korona Kielce – GKS Katowice 1-0 (0-0).
korona-kielce.pl – Jest wygrana, GieKSa pokonana!
W 12. kolejce PKO BP Ekstraklasy Korona Kielce wygrała u siebie z GKS-em Katowice 1:0. Bramkę na wagę trzech punktów w 70. minucie zdobył Camilo Mena. Złocisto-Krwiści odnotowali tym samym drugi domowy triumf w tym sezonie, a Robert Kolendowicz zwycięstwo w swoim trenerskim debiucie w Koronie!
Do przerwy nie brakowało sytuacji zarówno dla jednej, jak i drugiej strony. Przed niezwykle groźnymi sytuacjami stawali choćby Camilo Mena czy Michael Ameyaw. W sytuacji, w której najpierw niesamowitą paradą po główce Mariusza Stępińskiego popisał się Gabriel Kobylak, a później Lukas Klemenz wybijał piłkę z linii bramkowej po dobitce, GieKSę od stracenia bramki uratował jedynie cud.
Chwilę przed tym zdarzeniem o niesamowitym szczęściu mogliśmy natomiast mówić także i my. Po nierozważnym zachowaniu Wiktora Długosza i jego przewinieniu podczas stałego fragmentu gry dla gości podyktowany został rzut karny. Intencje egzekwującego go Bartosza Nowaka świetnie odczytał Xavier Dziekoński, który wyciągnął się niczym struna i świetną paradą uchronił nas od straty gola!
Po zmianie stron Koroniarze nie porzucili planu, którego celem było przechylenie szali zwycięstwa na swoją stronę za wszelką cenę. Bramka dla naszych ulubieńców wisiała w powietrzu, a z każdą kolejną upływającą minutą była ona coraz bliżej i bliżej. W końcu, po kolejnym już w tym sezonie ostatnim podaniu Wiktora Długosza, piłkę pod bramką GieKSy otrzymał Camilo Mena. Kolumbijczyk w bezczelny sposób wygrał pojedynek jeden na jednego z defensorem i strzałem z lewej nogi otworzył wynik rywalizacji w 70. minucie!
Nieustępliwość, zaangażowanie i ambicja, którą w swojej grze emanowali Koroniarze, nie tylko imponowały wszystkim zgromadzonym tego dnia na EXBUD Arenie, ale i także umożliwiły utrzymanie tak korzystnego wyniku do ostatniego gwizdka.
weszlo.com – Bartosz Nowak przegrał zakład. A razem z nim cała GieKSa
Bartosz Nowak ma szczęście, że jego pozycja w zespole jest niepodważalna i w wielu poprzednich spotkaniach był bohaterem. Gdyby ktoś inny popisał się taką nonszalancją, to mógłby mieć niewesoło u Rafała Góraka. Przy rzucie karnym zgubiła go zbyt duża pewność siebie i postanowił się założyć z Xavierem Dziekońskim. Nie wiemy, jaka była stawka, ale wiemy, że to bramkarz Korony wyszedł górą z tego pojedynku.
GKS Katowice nie miał w Kielcach zbyt wielu dobrych okazji na gola. Nie miał pomysłu, w jaki sposób przechytrzyć defensywę rywala i Xavier Dziekoński nie musiał się jakoś specjalnie uwijać. Właściwie taka naprawdę dogodna okazja była jedna. Bartosz Nowak ustawił piłkę na 11. metrze i raczej wszyscy spodziewaliśmy się, że wkrótce wyląduje w siatce. Ale cóż, ciężko nam jakkolwiek wytłumaczyć to, co się wtedy wydarzyło.
Jesteśmy w stanie zrozumieć, że komuś zdarzy się źle wykonać karnego, spudłować. Zje go presja albo po prostu coś nie wyjdzie. Bywa. Ale to co zrobił Bartosz Nowak – ciężko to inaczej nazwać – czysty idiotyzm. Założył się z Xavierem Dziekońskim, że pośle piłkę w jego prawy róg. Bramkarz Korony na chwilę przed strzałem jeszcze się upewnił, a rywal mu potwierdził.
I efekt był dokładnie taki, jakiego można było się spodziewać. Bartosz Nowak uderzył tam, gdzie zapowiadał, a Xavier Dziekoński poleciał w swoje prawo i piłkę odbił. Na dowód, że sobie tego nie wymyśliliśmy, to bramkarz Korony w rozmowie w przerwie spotkania na antenie Canal Plus dokładnie potwierdził taki przebieg wydarzeń. Dodał, że znał przeciwnika na tyle dobrze, że był pewny, że nie zostanie oszukany.
Pół biedy, gdyby to wydarzyło się przy wyniku 3:0 i do końca byłoby kilka minut. A to mógł być moment, który przesądziłby o końcowym wyniku. Nie wiemy, czy Korona po straconej bramce zdołałaby się podnieść. O tym się już jednak nie przekonany.
Można się jeszcze zastanawiać, czy do tego rzutu karnego w ogóle powinno dojść. Chwilę wcześniej faul Martina Remacle’a na rzut wolny był mocno dyskusyjny. Natomiast samo przewinienie w szesnastce było bezdyskusyjne. Wiktor Długosz przegrał pozycję z Lukasem Klemenzem i kompletnie niepotrzebnie sprowadził go do parteru.
Upiekło mu się dzięki interwencji Dziekońskiego, a w drugiej części przynajmniej częściowo się zrehabilitował. To właśnie po jego podaniu Camilo Mena wkręcił w ziemię Pau Restę i strzelił decydującego gola. Swoją drogą tym razem nie popisał się Alan Czerwiński. Gdyby dość wyraźnie nie złamał linii spalonego, to bramka zwyczajnie nie zostałaby uznana.
I uczciwie trzeba przyznać, że Korona wygrała jak najbardziej zasłużenie. Niedość, że całkowicie zneutralizowała ofensywne gwiazdy przeciwnika, to stworzyła sobie okazje, by wynik był bardziej okazały. Tyle że akurat tego popołudnia dobrze dysponowany był Gabriel Kobylak, który co najmniej dwa razy uratował swój zespół. W pierwszej części świetnie wyjął główkę Mariusza Stępińskiego, a w samej końcówce błysnął refleksem przy uderzeniu Morgana Fassbendera z kilku metrów.
Sporo pomagał mu także Lukas Klemenz, który nie tylko wywalczył rzut karny, ale pod własną bramką wykazał się równie dużą skutecznością. Przede wszystkim kapitalnie interweniował wślizgiem na linii bramkowej przy dobitce wspomnianego uderzenia Stępińskiego.
Rafał Górak może jednak żałować, że za postawą bramkarza i lidera defensywy nie poszła reszta jego zespołu. Dla Bartosza Nowaka to prawdopodobnie było najsłabsze spotkanie w tym roku. Nawet pomijając niewykorzystanego karnego, no niespecjalnie coś mu wychodziło. Kompletnie nie przypominał najlepszej wersji siebie. Pozbawiony podań Ilya Szkurin również szału nie zrobił.
Odliczając jedenastkę, GKS miał jeden celny strzał, a okazja, która mogła skończyć się golem przyszła dopiero w doliczonym czasie gry. Adam Zrelak jednak z najbliższej odległości minął się z piłką.
gol24.pl – Korona pokonała GKS Katowice. Wypożyczony za 1 mln euro Mena osłodził debiut trenera Kolendowicza
Robert Kolendowicz zaczyna trenerską przygodę w Koronie Kielce od zwycięstwa. Jego drużyna dopingowana przez ponad 11 tys. kibiców wygrała u siebie z GKS Katowice 1:0 po golu wypożyczonego za rekordowy 1 mln euro z Lechii Gdańsk skrzydłowego Camilo Meny. Wcześniej Xavier Dziekoński obronił rzut karny wykonywany przez Bartosza Nowaka.
– Trzeba docenić Menę. Te pieniądze wydane na wypożyczenie były słuszne. Pomaga w ofensywie, pomaga w defensywie – podsumował w Canal+ Sport ekspert Michał Żyro.
Korona tym meczem przerwała serię dwóch porażek. Z kolei GieKSa przegrała drugi raz z rzędu. W Kielcach dopingowało ją około 1000 kibiców. Byli w nadkomplecie.
Trzeba przyznać, że Korona zasłużyła na wygraną. Oddała więcej celnych strzałów. Lepiej wyglądała po przerwie. Wcześniej to jednak GieKSa mogła objąć prowadzenie. Rzutu karnego nie wykorzystał jednak Bartosz Nowak, którego intencje wyczuł kolega z czasów Rakowa Częstochowa, Xavier Dziekoński.
O wyniku zadecydowała więc 70 minuta. Wtedy Wiktor Długosz uruchomił Camilo Menę, który wyczuł linię spalonego, potem wykiwał ostatniego rywala na drodze i uderzył celnie słabszą (lewą) nogą po długim słupku.
cksport.pl – Kolumbijska perełka udekorowała debiut nowego trenera! Korona pokonała „GieKSę”
W 12. kolejce PKO BP Ekstraklasy Korona Kielce wygrała na Exbud Arenie z GKS-em Katowice 1:0. Gol Camilo Meny zapewnił „żółto-czerwonym” triumf w premierowym starciu pod wodzą Roberta Kolendowicza.
W porównaniu do meczu z Lechem Poznań w składzie ekipy ze stolicy województwa świętokrzyskiego doszło do jednej zmiany. Martine Remacle zastąpił kontuzjowanego Ondreja Lingra.
Pojedynek rozpoczął się od niebezpiecznej akcji Marcela Wędrychowskiego, której żaden z jego kolegów nie umiał wykorzystać. W 4. minucie zaś po dobrym rajdzie Wiktora Długosza i zagraniu do Michaela Ameyawa, reprezentant Polski oddał celny strzał który na rzut rożny sparował bramkarz gości.
Kielczanie starali się przejmować inicjatywę i nadawać ton rywalizacji, jednak obrona „żółto-zielono-czarnych” skutecznie zatrzymywała ich próby ofensywne. Po kwadransie i przebitkach w polu karnym miejscowych swoich sił z woleja spróbował Pau Resta, lecz znacząco chybił.
Podopieczni Rafała Góraka od tego momentu zaczęli dłużej utrzymywać się przy futbolówce, ale niewiele z tego wynikało. W 29. minucie celny strzał oddał Kacper Łukasiak, z którym pewnie poradził sobie Xavier Dziekoński.
Po serii niezrozumiałych decyzji arbitra i rzutach wolnych w jednej z sytuacji Wiktor Długosz nie upilnował Lukasa Klemeza i faulował go w polu karnym. Z jedenastego metra do piłki podszedł Bartosz Nowak, jednak kapitalną interwencją popisał się 23-letni bramkarz Korony!
W 42. minucie Mariusz Stępiński świetnie złożył się do główki, ale znakomicie obronił to Gabreil Kobylak, a dobitkę Kamila Jakubczyka wybił ofiarnie Klemenz. Do przerwy bramki więc nie padły.
Po zmianie stron jako pierwsi zaatakowali przyjezdni, lecz strzał Alana Czerwińskiego poszybował wysoko ponad kielecką poprzeczką. W 58. minucie Camilo Mena uprzedził Borje Galána, jednak po analizie arbitrów VAR nie podyktowano „jedenastki” dla miejscowych.
Po dziesięciu minutach dobre zagranie Wiktora Długosza wzdłuż pola karnego próbowali wykorzystać Dawid Błanik oraz Camilo Mena, lecz „GieKSa” wyszła z tej sytuacji obronną ręką. 120 sekund później Kolumbijczyk już nie znalazł sobie równych i po ograniu Pau Resty umieścił piłkę w siatce (1:0)!
dziennikzachodni.pl – Ponad tysiąc kibiców GKS Katowice dopingowało swój zespół w starciu z Koroną w Kielcach
W sobotę 24 października GKS Katowice grał na wyjeździe ligowy mecz z Koroną. Do Kielc pojechało ponad tysiąc kibiców ze Śląska, którzy na Exbud Arenie głośno dopingowali GieKSę.
W sobotnie popołudnie GKS Katowice rozgrywał wyjazdowy mecz 12. kolejki PKO BP Ekstraklasy z Koroną. Na spotkanie do Kielc wybrało się ponad tysiąc kibiców GieKSy, którzy wspierali zespół trenera Rafała Góraka.
Fani GieKSy zajęli na kieleckim stadionie miejsca w sektorze gości ulokowanym w narożniku trybun za jedną z bramek tuż obok chorągiewki wyznaczającej miejsca wykonywania rzutów rożnych.
Ubrani na żółto kibice gości zajęli wszystkie udostępnione im miejsca i prezentowali się bardzo efektownie na Exbud Arenie. Sympatycy Katowiczan wywiesili klubowe flagi i przez całe spotkanie głośno dopingowali swoją drużynę.
sportowefakty.wp.pl – Do 70. minuty było 0:0. Nagle Korona zaskoczyła GKS
W Koronie Kielce zadziałał „efekt nowej miotły”. W debiucie Roberta Kolendowicza na ławce trenerskiej gospodarze okazali się lepsi od GKS-u Katowice. Camilo Mena rozstrzygnął mecz zwycięskim golem w 70. minucie.
Piłkarze Korony Kielce zaliczyli obiecujący początek spotkania. Pierwszą szansę w sobotnim meczu miał Michael Ameyaw, który uderzeniem z dystansu przetestował Gabriela Kobylaka, a ten przeniósł piłkę nad poprzeczką.
Gospodarze stwarzali sobie sytuacje, przy czym mieli problemy z celnością strzałów. Z kolei GKS Katowice zaskoczył rywali w 36. minucie. Po rzucie wolnym Wiktor Długosz spowodował upadek Lukasa Klemenza, zaś sędzia Patryk Gryckiewicz od razu podyktował rzut karny.
Dwie minuty później do piłki ustawionej na 11. metrze podszedł Bartosz Nowak. Kapitan GKS-u zdecydował się na mocne uderzenie w lewą stronę, jednak Xavier Dziekoński wykazał się nieprawdopodobnym refleksem i sparował futbolówkę do boku.
To był sygnał ostrzegawczy dla Korony, która przed końcem pierwszej odsłony miała jeszcze wyborną okazję. Mariusz Stępiński strzałem głową zmusił Kobylaka do reakcji. Lukas Klemenz świetnie zachował się przy dobitce Kamila Jakubczyka, interweniując na linii bramkowej.
Po przerwie miejscowi również domagali się rzutu karnego po rzekomym faulu Borjy Galana na Camilo Menie. Patryk Gryckiewicz po konsultacji z VAR uznał ostatecznie, że przewinienia nie było.
W 70. minucie Wiktor Długosz uruchomił Camilo Menę na prawej flance. Kolumbijczyk zabawił się w polu karnym, złamał akcję do środka i strzałem w kierunku dalszego słupka zaskoczył Gabriela Kobylaka. Mena minimalnie uniknął spalonego, zatem gol został uznany.
Korona mogła podwoić swoje prowadzenie po stałym fragmencie gry. Kobylak był na posterunku po strzale Długosza, a następnie fatalnie spudłował Morgan Fassbender. Ostatni z nich w doliczonym czasie przegrał pojedynek z golkiperem GKS-u.
Po stronie GKS-u bliski szczęścia był Adam Zrelak. Doświadczony napastnik w samej końcówce zaprzepaścił kapitalną szansę.
eurosport.tvn24.pl – Korona Kielce pokonała GKS Katowice. Udany debiut trenera Roberta Kolendowicza, niewykorzystany rzut karny Bartosza Nowaka
Od zwycięstwa przygodę na ławce trenerskiej Korony rozpoczął Robert Kolendowicz. W sobotnim meczu 12. kolejki PKO BP Ekstraklasy Kielczanie pokonali GKS Katowice 1:0. Przyjezdni mogą żałować niewykorzystanego rzutu karnego Bartosza Nowaka. Jego strzał w świetnym stylu obronił Xavier Dziekoński.
[…] Gospodarze rozpoczęli ze sporym animuszem i dość szybko wypracowali sobie sytuację do zdobycia bramki. Michael Ameyaw uderzył tuż zza linii pola karnego pod poprzeczkę, ale Gabriel Kobylak skuteczną interwencją zażegnał niebezpieczeństwo. Korona osiągnęła sporą przewagę. Piłkarze drużyny ze stolicy regionu świętokrzyskiego wykonywali kilka rzutów rożnych, ale nie przyniosły one powodzenia. Na bramkę GKS-u strzelał też Remacle, ale piłka przeszła obok słupka. Goście odpowiedzieli po kwadransie niecelnym uderzeniem Pau Resty, byłego piłkarza Korony.
Z czasem gra się wyrównała, Katowiczanie zaczęli grać odważniej, ale defensywa gospodarzy spisywała się bez zarzutu. Oba zespoły miały problem z wykreowaniem bramkowych sytuacji. Szansę od losu otrzymali w końcu goście. Wiktor Długosz faulował we własnym polu karnym Lukasa Klemenza i sędzia Patryk Gryckiewicz wskazał na jedenasty metr. Do piłki podszedł Bartosz Nowak, uderzył silnie, ale Xavier Dziekoński wyczuł jego intencje.
Niewykorzystana sytuacja mogła na gościach bardzo szybko się zemścić. Strzał głową Mariusza Stępińskiego obronił Kobylak, a dobitkę Kamila Jakubczyka z linii bramkowej wybił Klemenz.
Przed rozpoczęciem drugiej połowy Kolendowicz zdecydował się na jedną zmianę. Za mającego już żółtą kartkę Remacle’a wszedł Simon Gustafson. Obraz gry się nie zmienił. Korona miała przewagę w posiadaniu piłki, ale niewiele z tego wynikało. Po jednej ze składnych akcji Kielczan w polu karnym zespołu z Katowic padł po starciu z Restą Camilo Mena. Arbiter nie zdecydował się jednak na podyktowanie jedenastki, a wóz VAR nie interweniował.
W 69. minucie gospodarze w końcu wyprowadzili groźną kontrę. Gości uratował Marcin Wasielewski, który uprzedził Menę. Minutę później kolumbijski piłkarz nie dał się już zatrzymać. Po podaniu Długosza strzałem w długi róg nie dał żadnych szans Kobylakowi.
Po stracie bramki GKS nie rzucił się do jakiś huraganowych ataków. Katowiczanie mieli problem ze sforsowaniem defensywy gospodarzy. Za to w 85. minucie Korona powinna zamknąć spotkanie. Najpierw Kobylak obronił strzał z bliskiej odległości Długosza, a dobitka wprowadzonego w drugiej połowie Morgana Fassbendera była niecelna. Już doliczonym czasie gry niemiecki piłkarz miał jeszcze lepszą okazję, ale bramkarz GKS-u popisał się kapitalną interwencją.
Niewykorzystane sytuacje mogły drużynę ze stolicy regionu świętokrzyskiego drogo kosztować. Zaledwie kilkadziesiąt sekund później po dośrodkowaniu piłki w pole karne Kielczan tylko Adam Zrelak wie, dlaczego nie skierował piłki do bramki.
Felietony Piłka nożna
Moje 30 lat
Obecny tydzień mija mi pod znakiem jubileuszy. Dokładnie dzisiaj mija mi 30 lat z GKS Katowice. Pomyślałem sobie, że więcej napiszę o tym w felietonie przed meczem z Pogonią Szczecin. Tym bardziej, że już w sobotę będzie kolejna okrągła rzecz – ponieważ wczorajszy pojedynek z Wieczystą był moim 699. meczem GKS Katowice. To wszystko – przyznam – robi na mnie wielkie wrażenie. To kawał życia i bardzo ważna jego część. Ale tak jak mówię – kilka słów więcej napiszę w piątkowym felietonie przedmeczowym. Ale swoją drogą – myślę sobie, że mógłbym napisać pokaźnych rozmiarów książkę, bo historii, anegdot było po prostu przez te 30 lat całe mnóstwo.
Trafiam z tymi jubileuszami na bardzo dobry czas. Zarówno w krótkim, jak i w dłuższym kontekście. Wiadomo – ostatnie 2,5 roku to pasmo radości i sukcesów. Udana walka o ekstraklasę, a potem naprawdę godne reprezentowanie klubu na piłkarskich polskich salonach. Choć bywały momenty lepsze i gorsze, to oba zakończone sezony były po tych 19 latach posuchy po prostu kapitalne. Z czego drugi dał nam Europę, co było przygodą niesamowitą i jedynie zaostrzyło apetyty na powtórkę. Jak sobie przypominam wyjazdy do Żyliny czy Miszkolca, to myślę sobie, że kurcze chciałbym to powtórzyć, że chcę więcej. A mecze u siebie ze Słowakami i Hapoelem też przecież były piłkarskim świętem.
W obecnym sezonie GieKSa nie zwalnia. Mimo swoich problemów – defensywnych czy na wyjazdach – sumarycznie notuje bardzo dobry początek sezonu. Posłuchajcie na przykład tego – w poprzednim sezonie na koniec jesieni mieliśmy 20 punktów. Teraz w połowie października mamy tych punktów 18. Czyli już za chwilę przebijemy ten zeszłoroczny dorobek. Rok temu po 10 kolejkach mieliśmy o 10 punktów mniej.
Myślałem nawet, że to może być najlepszy dorobek punktowy po 10 kolejkach za czasów drugiej kadencji trenera Góraka. Tu jednak w sezonie zakończonym awansem do pierwszej ligi GieKSa miała 20 punktów. Nie zmienia to faktu, że 6 zwycięstw w 10 meczach daje solidny dorobek nawet mimo czterech porażek. Bo grunt, że GieKSa tych meczów, których nie przegrała, nie zremisowała, tylko wygrała.
Rok temu złapaliśmy bardzo dobrą serię późną jesienią. Były wygrane z rzędu z Motorem, Koroną i Termaliką. Tamte punkty były potrzebne jak tlen i pozwoliły nie zakopać się w dole tabeli. Ostatecznie jesień skończyliśmy tuż pod kreską, ale z tego co pamiętam z tą samą liczbą punktów, co pierwsza drużyna nad nią.
Teraz GieKSa zapunktowała wcześniej, a wpływ na ten dorobek mają oczywiście trzy ostatnie mecze, w których Katowiczanie go podwoili. Rozgrywki ligowe mają tę specyfikę, że jak złapiesz serię zwycięstw, to bardzo szybko wędrujesz w górę tabeli i przede wszystkim – bardzo oddalasz się od dołu. I jak zarówno w pierwszym sezonie liczyliśmy punkty nad (albo wewnątrz) strefą spadkową, tak teraz – na tym etapie sezonu – mamy aż 10 punktów przewagi. I najzwyczajniej w świecie możemy spać spokojnie. GieKSa już nie jest żadnym kandydatem do spadku. Oczywiście czujność zawsze trzeba zachować, ale przesunęliśmy się w hierarchii i idziemy do przodu, czyli… w górę.
Wczorajszy mecz bardzo cenię. GKS miał swoje problemy, dyspozycja nie była najwyższa, a rywal pokazał się z dobrej strony. Wieczysta to nie są leszcze Stefan. Widziałem ich mecze i potrafili grać efektownie i skutecznie. Mają swoje kłopoty, próbują tę drużynę indywidualności jakoś sklecić, stąd wyniki nie do końca są takie, jakby sobie życzyli. Ale pokazali przecież swoją moc, gdy wygrali w Gliwicach czy ostatnio wysoko z Wisłą Płock. Zremisowali w Łodzi, mimo że dwukrotnie przegrywali.
I zaprezentowali swój futbol w Katowicach. Oddali więcej strzałów, także celnych, mieli większe xG. Mieliśmy trochę szczęścia, że w kapitalnych sytuacjach Semedo czy Piazon fatalnie pudłowali. Wynik był cały czas na styku.
Bardzo podobał mi się początek meczu, pierwsze pół godziny. GKS znów grał bardzo intensywnie, pressował, nie dawał specjalnie rywalowi pograć w piłkę. I co najważniejsze – strzelił gola. To jest taka mała, a jednak decydująca różnica. Mówię o porównaniu z meczami, w których niby początek jest dobry i intensywny, ale do siatki nie trafiamy i później są kłopoty. Do samych bramek zaraz przejdę, bo zasługują na osobne potraktowanie.
Po tej półgodzinie oddaliśmy piłkę i pole rywalom. Nie stwarzaliśmy sobie sytuacji, musieliśmy się skupiać na obronie. Poczytuję to trochę jako „odchorowanie” tej intensywności z Częstochowy i początku meczu z Wieczystą. I to jest kompletnie sytuacja, która ma prawo się przydarzyć i nie ma co psioczyć. Po prostu trzeba wtedy mocniej skupić się na defensywie i grać w niej skutecznie. I ostatecznie Wieczysta swoją jakością stworzyła sobie sytuacje, natomiast daleki jestem od tego, żeby negatywnie ocenić naszą grę obronną w tym meczu. Błędy oczywiście się pojawiały, ale to nie były jakieś fatalne pomyłki. Ot zwykła gra defensywna, rzetelna.
Nie ustrzegliśmy się straty bramki. Tutaj jest kwestia do poprawy, gdyż straciliśmy ją podobnie, jak dwie z Cracovią, czyli po wrzutce i z czego jeden gol z Pasami i teraz były po centrze niemal spod bocznej linii boiska. Błąd w ustawieniu? Komunikacji? To już sobie sztab z piłkarzami przeanalizują.
W piłce liczą się bramki i ta prawda wyjątkowo mocno zaistniała we wczorajszym pojedynku. I to nie były jakieś farfocle, gdzieś tam fuksem wepchnięte do bramki przeciwnika. W kluczowych momentach – gdy trzeba było – Katowiczanie dali popis techniki, kunsztu i zespołowości. Oba gole były wspaniałe. Najpierw Marcel pociągnął dynamicznie, podał do Bartka Nowaka, a ten wypatrzył swojego ulubionego Ilję Szkurina. Sposób, w jaki Ilja wbił tę bilę do łuzy był fantastyczny. To było magiczne dotknięcie, z gracją, ale przede wszystkim z pewnością i zaufaniem do swoich umiejętności. A potem Ilja włączył swoją dynamikę i kapitalnym podaniem obsłużył Borję Galana. Co zrobił Hiszpan, to ja nie wiem. Jak on wypatrzył tego Bartka, jak mu podał. Strzelanie do pustej bramki bardziej kojarzy się z podaniem poprzecznym, którym mija się bramkarza. Borja zagrał prostopadle, do tyłu, ale w taki sposób, że kapitan GieKSy miał praktycznie całą bramkę do dyspozycji, wystarczyło jedynie dołożyć nogę. Majstersztyk.
Bardzo ważne jest to, że w po tym okresie pewnej dominacji Wieczystej i po strzeleniu przez nich gola, GKS jednak ruszył po tę bramkę. I przeprowadził tę jedną, decydującą akcję. Nasz zespół w tym meczu za bardzo nie atakował. Ale gdy trzeba było – zrobił to. To jest po prostu adaptacja do warunków meczowych.
GieKSa nie będzie grać w każdym meczu tak ofensywnie i efektownie. Zdarzą się mecze lepsze i słabsze. Ale jeśli taki mecz udaje się wygrać, to ma to podwójną wartość. I najlepsze jest to, że nie mówimy tutaj o przepchnięciu meczu kolanem. Mówimy o tym, że GieKSa wygrała wspomnianym kunsztem w konkretnych dwóch akcjach. Coś pięknego.
Włożę teraz łyżkę, a może nawet dość dużą łychę dziegciu. Ale to do nas – kibiców. Abstrahując od niższej frekwencji – wiadomo poniedziałek itd. To gdy po końcowym gwizdku nagle wszyscy zaczęli się zbierać do chaty, to niestety pojawiły się smutne dla mnie obrazki. Ci z Blaszoka jeszcze jakoś zostali przytrzymani, żeby świętować z drużyną, chociaż przerzedziło się nieco. Ale gdy po radości z Blaszokiem piłkarze, jak to mają w zwyczaju, zaczęli dziękować kolejnej trybunie, to autentycznie był to… żenujący obrazek. Te trybuny były już całkowicie, ale to całkowicie puste. Naprawdę przykro patrzyło się na drużynę, która po trzecim zwycięstwie z rzędu bije brawo do pustych trybun. Ludzie, ja wiem, że poniedziałek i rano trzeba cisnąć do roboty, ale naprawdę zostać te pięć minut dłużej i podziękować drużynie za kapitalny wynik i grę w tych dwóch ostatnich meczach by po ludzku wypadało.
W sobotę mecz z Pogonią i zapowiada się fenomenalne widowisko. My mamy nadzieję, że GieKSa dalej będzie z tym swoim pazurem i dobrą formą piłkarską, ale trzeba się liczyć z tym, że i Pogoń jest w gazie. Czeka nas arcytrudne zadanie, zaryzykowałbym stwierdzenie, że najtrudniejsze u siebie w obecnym sezonie. Wiem też, że GieKSę stać na wielkie rzeczy.
Nie mam jakiegoś ciśnienia, żeby akurat z powodu mojego jubileuszu był korzystny wynik, dla mnie liczą się te liczby same w sobie, a wynik też sam w sobie, ale jakoś nie łączę tych rzeczy. Natomiast bardzo mocno będę trzymał kciuki za tę ekipę, bo tak jak pisałem wielokrotnie – są niesforni, a jednocześnie kapitalni. Nie da się nie lubić tej drużyny. I po prostu uważam, że to wielkie szczęście być kibicem GKS Katowice.
Piłka nożna
Górak: Czasem trzeba rzucić ofiarność
Po meczu wypowiedzieli się trenerzy GKS Katowice i Wieczystej – Rafał Górak i asystent Željko Kopića – Florentin Petre. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.
Florentin Petre (II trener Wieczystej):
Pierwszą połowę zaczęliśmy źle, ale ostatnie 20 minut graliśmy już swoją grę. Mieliśmy szansę, żeby coś strzelić, a po przerwie zaczęliśmy dobrze, mieliśmy dobre momenty, mogliśmy strzelić bramki. Wynik 2:1 to taki wynik niezbyt sprawiedliwy, wynik 2:2 byłby bardziej sprawiedliwy, choć to gdybanie. W ostatnich 15 minutach przycisnęliśmy, mieliśmy sporo szans na zdobycie gola, ale piłka nie zawsze wygląda tak, jak byśmy chcieli.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Trzeba oddać przeciwnikowi, graliśmy bardzo trudne spotkanie, rywal dał nam się we znaki – swoją fizycznością i umiejętnością gry w piłkę. Jestem pod wrażeniem przeciwnika i tym bardziej chylę czoła przed moim zespołem, bo zagrali bardzo dobry mecz. Chcielibyśmy być może mieć jeszcze więcej animuszu i kontroli, ale kiedy nie jesteś przy piłce to też warto tę kontrolę mieć.
Największy problem mieliśmy w 15 minutach drugiej połowy, kiedy rywal atakował już bardzo odważnie i wydawało mi się, że jak wytrzymamy jeszcze 3-5 minut, nie stracimy bramki, to odpowiemy skutecznie. Szykowaliśmy zmiany, ale ciut zabrakło mi czasu. To nie wina zawodników, którzy nie zdążyli wejść czy tych, którzy zeszli. Bardzo dobra energia wszystkich wchodzących i to mnie bardzo cieszy, bo dziś wygraliśmy zespołowością, nastawieniem i trzeba rzucić ofiarność, która może nie jest bardzo lubiana przeze mnie, ale bardzo ją doceniam, bo zawodnicy wykonywali świetną robotę w defensywie.
Naprawdę oddaję rywalowi, że spotkaliśmy się z rywalem bardzo trudnym, bardzo doceniam i szanuję te punkty.
Felietony Piłka nożna
Taką GieKSę chcę oglądać zawsze
Po 344 dniach GKS Katowice przegrał u siebie. Przez niemal rok Nowa Bukowa była nie do zdobycia. Jak na drużynę „aspirującą”, a nie będącą na topie, jest to wynik wybitny. Rozegrać w tym czasie 17 meczów, w których rywal nie pokonał naszego zespołu to przestrzeń całego sezonu bez porażki. A gdy dodamy do tego, że zremisować się w Katowicach udało się tylko Legii, Jagiellonii oraz Widzewowi (ale przegrał w karnych) to należy dojść do wniosku, że każdemu przeciwnikowi w Katowicach jest niebywale ciężko. Nawet jeśli strzelali oni gola czy dwa, to jedynie rozjuszali maszynę Góraka, która potrafiła wbić jeszcze więcej bramek.
Aż przyjechała Pogoń Szczecin, z którą GieKSa zaczęła budować swoją twierdzę. Jakże to był inny mecz rok temu. Wówczas GieKSa oddała rywalowi piłkę i chciała umiejętnie defensywą kontrolować spotkanie. Wtedy Pogoń miała absurdalną wręcz statystykę posiadania piłki – 77 procent. Oddali aż 27 strzałów, ale… tylko 3 celne. Nasza taktyka okazała się wówczas skuteczna, bo GKS strzelił dwie bramki jeszcze w pierwszej połowie i skutecznie neutralizując poczynania gości – wygrał to spotkanie. Wczoraj obraz był inny. Widzieliśmy GieKSę ofensywną, prącą do przodu, starającą się grać nie tylko skuteczną, ale i ładną dla oka piłkę. To Pogoń była w pozycji wyczekującej i w pewnym momencie zadała decydujący cios. Można powiedzieć, że zarówno rok temu, jak i teraz drużyny zwycięskie wygrały wyrachowaniem.
Mimo wszystko uważam, że w związku z tzw. optyczną przewagą to GieKSa była bliżej osiągnięcia korzystnego rezultatu niż Szczecinianie rok temu. Wówczas ataki Pogoni ostatecznie były w większości jałowe i oprócz tego, że często byli na naszej połowie, niewiele z tego wynikało.
GieKSa rozegrała wczoraj dobre spotkanie, a nawet uważam, że fragmentami to był bardzo dobry mecz. Zwłaszcza w pierwszej połowie zwróciłem uwagę na to, jak potrafimy kapitalnie zagrać w destrukcji, wykorzystać ten swój pressing nie tylko jako sztuka dla sztuki, ale naprawdę, by odebrać piłkę rywalowi. Bardzo ciekawie rozgrywamy krótką grę w środku boiska, również przecież będąc pod presją przeciwnika. Tu Kowal, tu Kacper, tu pomoże Bartek – i gramy gdzieś na lewe czy prawe skrzydło, zdobywając teren. Po stracie bramki to już był napór GieKSy i ciągłe zbliżanie się pod pole karne rywala.
Przeciwnika jednak mieliśmy godnego. Pogoń jest bardzo dobrze zorganizowana w swoje obronie – postawili na obronę niską i w niej bardzo skutecznie neutralizowali nasze ataki. Nie mówię, że wszystko było u nas idealnie, ale trzeba przyznać, że imponująca liczba straconych bramek Pogoni – sześć w dziesięciu meczach – nie jest dziełem przypadku i goście to wczoraj po prostu udowodnili.
Naszych ataków nie nazwałbym jałowymi. Uważam, że były dobre i dynamiczne. Brakowało natomiast trochę precyzji, a czasem decyzji. Trochę za dużo w tej końcowej fazie jest kombinacji – oczywiście, jak ta kombinacja wyjdzie, że to jest szansa na piękną, bramkową akcję. Ale nie przeplatamy właśnie tych kombinacji z próbami uderzeń. Ja wiem, że było ciasno w polu karnym, ale mimo wszystko, czasem można byłoby pokusić się o jakąś bardziej bezpośrednią próbę, na ten mityczny strzał z dystansu – i nie mam na myśli uderzenia z 25 metrów, ale jak już jesteśmy niemal na linii szesnastki, to można byłoby spróbować. Wystarczy choćby spojrzeć na wczorajsze starcie Cracovii z Legią, gdzie padły dwa podobne gole i oba zza pola karnego. U nas nie ma w ogóle takich prób.
Mimo to i mimo tej kapitalnej defensywy Pogoni, do wyrównania brakowało naprawdę niewiele. Sam ten napór naszej drużyny powoduje, że w którymś momencie jakaś piłka może przejść, nawet jakiemuś obrońcy między nogami, tu się poodbija i padnie bramka. W doliczonym czasie gry Ilja miał bardzo dobrą sytuację i minimalnie przestrzelił. Byliśmy o włos.
Nie zapominajmy też o samym początku, kiedy Borja oddał strzał, ale Cojocaru kapitalnie to wybronił. Gdybyśmy prowadzili, obraz meczu mógłby być inny.
Ten napór GieKSy – zwłaszcza po straconej bramce – był tak wielki, że chyba… czasem zapominaliśmy o obronie. Mam na myśli pójście bardzo wysoko i sytuację, w której ze dwa czy trzy razy Pogoń po prostu „wykopała” piłkę do przodu i rywale wychodzili 2 na 1 czy 2 na 2. To jest koszt aż tak bardzo ofensywnej gry. Trochę ryzykownej. Ale trzeba powiedzieć, że GKS bramki po takich kontrach nie stracił.
Piłka nożna to gra błędów i po takim błędzie Pogoń strzeliła gola. Rzeczywiście – za duża była luka pomiędzy naszymi dwoma środkowymi obrońcami, gdy Szalai zagrywał długą piłkę do Sancheza. A potem to już był indywidualny pojedynek, nie najlepsze zachowanie Pau Resty, za to Sanchez pokazał swój kunszt, zastawił się, zrobił zwód i zaraz pozostawało mu tylko wykończenie akcji.
Tak więc w tym pojedynku na styku minimalnie lepsza oraz cwańsza okazała się Pogoń. Przegraliśmy naprawdę z dobrą drużyną.
I powiem tak – bo po różnych meczach, które GieKSa przegrywała miałem różne emocje – czasem smutek, czasem żal, czasem dużą złość, jak choćby po meczu z Lubinie. Tutaj jest zupełnie inaczej. Ani wczoraj, ani dzisiaj – nie mam kompletnie negatywnych odczuć. Naprawdę byłem dumny z tej drużyny, uważam, że zrobili wszystko, by ten mecz wygrać. A że pojawiły się błędy, to mogę tylko rozłożyć ręce i powiedzieć, że taki jest sport.
Mówiąc, że zrobili wszystko, mam na myśli nie tylko „zapieprzanie”. To oczywiście było widoczne aż nadto. Ale poza tym GKS pokazał kawałek dobrej piłki i jeśli w taki sposób czasem zdarzy się przegrać mecz, to nie będę miał żadnych pretensji. Jeszcze z jednego podstawowego powodu – ta gra napawa mnie optymizmem. I dokładnie z taką postawą w starciu z rywalem, który nie ma tak żelaznej defensywy jak Pogoń – GieKSa by taki mecz wygrała lub w najgorszym przypadku zremisowała.
Więc mam prośbę. Utrzymujcie to. Wiadomo oczywiście, że taktyka jest też uzależniona od przeciwnika. Ale utrzymujcie realizowanie tej taktyki w tak rzetelny sposób jak wczoraj. I wiadomo, że można jeszcze coś dołożyć. Niech Marcel czasem strzela. Niech Bartek Nowak też czasem zdecyduje się na uderzenie. Niech Wasyl czasem po prostu dośrodkuje tą prawą nogą lub wejdzie w pole karne. Tam brakuje czasem niuansów natomiast podkład jest bardzo dobry.
Obrona dalej musi pracować, bo choć ostatnio nie gra źle, to dalej mamy zaledwie jedno czyste konto w tym sezonie. Czasem jeden błąd kosztuje tyle, ile wczoraj.
To było piękne widowisko, prawdziwy ligowy pojedynek w środku jesieni, przy jupiterach, z dopingiem kibiców gospodarzy i gości. Po prostu esencja ligowej piłki. Z dwoma bardzo dobrymi drużynami, z których jedna okazała się minimalnie lepsza.
Ostatecznie po powrocie do ekstraklasowych zmagań mamy sześć punktów w trzech meczach. Nieźle, naprawdę nieźle. Teraz mamy tydzień przerwy i za chwilę znowu zacznie się bardzo intensywny czas. Sam nie wiem, jaka jest ta Korona, bo potrafi zagrać super mecz, a potem dość mizerny. Zobaczymy, jak zagrają dziś z Lechem. No a potem włączamy się do gry o Puchar Polski i mecz z zawsze groźną Łęczną na ich zawsze trudnym terenie. I na koniec października Widzew.
Walczymy dalej!

Najnowsze komentarze