Dołącz do nas

Piłka nożna

Mózg zespołu – wyłączony

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Linia pomocy to tak naprawdę mózg zespołu. To tutaj zapadają najważniejsze decyzje boiskowe i dzieją się najważniejsze rzeczy – to co bowiem w obronie i w ataku, zazwyczaj ma swój początek właśnie w środku pola, gdzie występują zawodnicy odpowiedzialni zarówno za ofensywę, jak i defensywę. Trudno nie odnieść wrażenia, że w obecnym sezonie pomocnicy nie dali od siebie zbyt wiele i nie pomogli w grze ani obrońcom, ani napastnikom.

Piłkarzem, który rozegrał najwięcej minut jest Adrian Błąd. Zawodnik jednocześnie jest najskuteczniejszym strzelcem zespołu z czterema bramkami na koncie. Trudno jednak być zadowolonym z postawy pomocnika, po którym spodziewano się przy jego przyjściu zdecydowanie więcej. Dodatkowo piłkarz zachwycał na początku wiosny swoimi zrywami, które kończyły się bramkami. Teraz tych zrywów było jak na lekarstwo, a Adrian pogrążył się w piłkarskiej przeciętności. Nie można mu było odmówić ambicji, którą prezentował w prawie każdym spotkaniu, ale z walorami czysto piłkarskimi było krucho. Często grał niedokładnie, ale najbardziej chyba raziły jego złe decyzje, a mówiąc wprost – nadmierna ilość strzałów z nieprzygotowanych pozycji – i to często wtedy, kiedy naprawdę można było zagrać do lepiej ustawionego partnera. Zawodnik wyglądał nieraz tak, jakby chciał całemu światu udowodnić, że jest efektywny i w piłkę grać potrafi. Ktoś powie – a co było z Wigrami? Owszem, była piękna bramka, podobnie jak w Chojnicach. Wspomniana jednak ilość prób i stosunkowo niewielki efekt to za mało. Dodatkowo ciągle szwankują stałe fragmenty gry i nie mówimy tu wcale o tym nieszczęsnym karnym z Sandecją, bo to akurat się może zdarzyć każdemu. Teoretycznie od Błąda wiele zależy i jego gra ma przełożenie na postawę całego zespołu. Tak było i tym razem i niestety odzwierciedla to pozycja w tabeli.

Zadania defensywne ma Bartłomiej Poczobut. Niestety gdybyśmy mieli podsumować jego występy, to można by rzec, że odwaga pomyliła mu się z odważnikiem. A konkretniej wspomniane zadania na boisku, czyli: przerywanie akcji rywali, przecinanie, wytrącanie przeciwnika z równowagi pomyliły mu się z bezmyślnymi faulami, łapaniem głupich kartek i osłabianiem zespołu. Naprawdę 12 żółtych kartek w 17 ligowych meczach, w których grał jest bilansem fatalnym. Te 17 meczów na 21 wzięło się z tego, że w wyniku żółtek musiał pauzować aż w 4 spotkaniach. Pauza po 12. kartce otrzymanej w Tychach wyniosła już dwa mecze i jeśli piłkarz nadal nie będzie panował nad sobą, to i do dwudziestki dociągnie bijąc wszelkie rekordy w tym temacie. Tak naprawdę te kartoniki przyćmiły jego grę. A sama postawa piłkarza była przeciętna łamane na słaba. Nie jest to wirtuoz techniki, natomiast w kwestii „przecinania”, to o ile po przyjściu do GKS mógł się w tym temacie podobać, to z każdym tygodniem udowadnia, dlaczego wlecze się w ogonie pierwszej ligi. W trakcie rundy pojawiały się coraz częstsze pomyłki, na czele z golem samobójczym w meczu z Odrą Opole. Trudno sobie przypomnieć jakiś mecz, w którym moglibyśmy powiedzieć, że dzielił i rządził w destrukcji. To chyba jednak nie ten poziom.

Do miana jednej z największych transferowych pomyłek aspiruje Grzegorz Piesio. Postawa tego zawodnika jest jednak jedną wielką zagadką. Od początku sezonu zawodnik powiem spisywał się bardzo dobrze i był głównym motorem napędowym ofensywnych poczynań GKS. Jego przegląd pola, prostopadłe otwierające podania – jak choćby w meczu z Tychami – pokazywały, że jest szansa na reżysera z prawdziwego zdarzenia. Dodatkowo decydował się na techniczne uderzenia, po których piłka lądowała na obramowaniu bramki. Tak było choćby w meczu z Rakowem, kiedy to nawet mimo kiepskiej postawy, jakimś cudem można było się pokusić o remis. Niestety wkrótce Piesio zatracił absolutnie wszystkie swoje walory i przez większość rundy snuł się po boisku, zupełnie bez sensu. O otwierających podaniach już dawno zapomnieliśmy, o jakiejkolwiek efektywności z gry również. Co gorsza, piłkarz był regularnie wystawiany, mimo coraz gorszej formy. I ostatecznie stał się symbolem ofensywnego marazmu obecnego sezonu, do tego stopnia, że naprawdę trudno sobie przypomnieć coś ciekawe od powiedzmy szóstej kolejki.

Jak na razie nie zawojował tej ligi ani drużyny Kacper Tabiś. Opisywaliśmy już jego udział w końcówce rundy w obronie, jednak większość czasu spędził na boku pomocy. Zaczęło się od obiecującej zmiany z Podbeskidziem, ale gdy zagrał od pierwszej minuty w Łodzi było już słabiej. Naprawdę dobrze wyglądało to w meczu z Tychami, młody grał w polotem, potrafił jednym zwodem i balansem tak zmylić rywala, że wyrabiał sobie dobrą pozycję do dalszej akcji. Wydawało się, że może na dłużej zadomowić się na skrzydle. Niestety z tego założenia nie wyszedł trener Paszulewicz i Tabisia w Nowym Sączu wpuścił na boisko dopiero w 68. minucie. Zawodnik sam sobie nie pomógł, bo w 17 minut zobaczył dwie żółte kartki. Niestety to było w zasadzie tyle dobrego, jeśli chodzi o Tabisia. Wkrótce zawodnik sprzeciętniał i grał niektóre mecze takie, że przez dobre kilkadziesiąt minut zapominaliśmy, że jest na boisku. Niewidoczny, wręcz niewidzialny. Jak choćby w meczu z Wartą Poznań u siebie. Tabiś zatracił wszystko, czym może nie imponował, ale wzbudzał nadzieję na początku sezonu. Wkrótce cofnięto go do obrony.

Kolejnym „młodym, zdolnym”, który trafił do GKS przed sezonem był Adrian Łyszczarz. Jeden z zawodników najbardziej „zniszczonych” przez Paszulewicza. Pomocnik nie dostawał zbyt wielu szans na początku rozgrywek, ale z dobrej strony zaprezentował się w Nowym Sączu i przede wszystkim, gdy wszedł z ławki z Wigrami, jego szybkość, dynamika i branie odpowiedzialności na siebie bardzo się podobały. Po tak dobrym meczu „katowicki Kapustka” zasługiwał na pierwszy skład z Rakowem. Niestety trener uważał inaczej i dał mu zagrać tylko ogon. Potem była jeszcze tylko połowa z Jastrzębiem i za Paszulewicza już nie zagrał, choć pamiętać należy także o urazie, jakiego nabawił się na zgrupowaniu reprezentacji. Zawodnik wrócił na Puchar Polski z Pogonią, a w lidze popisał się ładnym uderzeniem w Olsztynie, które dało trzy punkty katowiczanom. Mimo wszystko, brakowało już tego błysku. Nie można mu było odmówić waleczności i nadal brania gry na siebie, nawet z tak trudnym rywalem, jak Jagiellonia. Brakowało mu jednak umiejętności czysto piłkarskich, przez co trochę wystawiał się na strzał. W końcówce rundy trener Dariusz Dudek zaczął odważniej na młodego zawodnika stawiać, ale ten nie pokazał już nic wielkiego.

Arkadiusz Woźniak, kolejny kandydujący z Piesiem do miana szrotu roku. Piękne, mądre wywiady na początek nie miały przełożenia na grę. A szkoda, bo debiut z Wigrami (wszedł w 60. minucie) miał bardzo dobry i do pełni szczęścia zabrakło tylko gola. Zawodnik świetnie wszedł w ten mecz i standardowo zachłysnęliśmy się kilkoma akcjami… zdecydowanie za wcześnie. Z Rakowem Paszulewicz uznał, że trzeba „na chama” upchnąć Woźniaka i Rumina, przez co Arkadiusz wylądował na skrzydle. Poza jednym dobrym podaniem do Rumina, zagrał bardzo słabo. I podobnie było w kolejnych meczach, gdy grał w linii pomocy. Strzelił co prawda dwie bramki, ale w sumie dały one tylko jeden punkt. Z samej gry natomiast praktycznie przez całą rundę bardzo niewiele dawał zespołowi i na ten moment, gdyby miał odejść z GKS, nikt by po nim nie płakał. Na ostatnie dwa mecze u siebie wchodził zaledwie z ławki.

No dobra, ale jeśli Piesia i Woźniaka nazwiemy szrotem, to co powiedzieć o Damianie Michaliku? Pewnie część z kibiców GieKSy zapomniała w ogóle, że w naszym klubie ktoś taki gra. Zawodnik od początku cieniował. Co prawda w Łodzi zaliczył bardzo dobrą asystę, ale z Tychami w meczu, w którym cała ofensywa spisywała się bardzo dobrze, akurat Michalik przeszedł obok meczu. W kolejnych spotkaniach wcale nie było lepiej. Zawodnik nic, absolutnie nic nie dał zespołowi. Jeszcze próbował go od pierwszy minut Paszulewicz, Dziółka wprowadzał z ławki, a u Dudka zagrał tylko dwa razy – raz z ławki, raz od pierwszej minuty w meczu z Garbarnią. I to był jego ostatni mecz w GKS, a ostatnio próżno go było szukać nawet w osiemnastce meczowej. Podobno interesowały się nim kluby z ekstraklasy. Ale to musi być nieprawda. Co się z tym zawodnikiem stało? W zasadzie jest to owiane tajemnicą.

Dominik Bronisławski, czyli Remisz pomocy. W znaczeniu takim, że trudno cokolwiek o nim powiedzieć. Zawodnik absolutnie bezbarwny, pogrążony w przeciętności, choć trzeba powiedzieć, że kilka przyzwoitych minut miał. Najpierw wchodził z ławki, ale gdy zagrał od pierwszej minuty z Wigrami, to nawet strzelił gola. Niestety w kolejnym meczy z Rakowem było bardzo słabo. Paszulewicza zawodnik nie przekonywał i po spotkaniu w Chojnicach szkoleniowiec przestał na niego stawiać. Piłkarza jeszcze próbował „odratować” trener Dziółka i nawet w wygranym meczu ze Stomilem Bronisławski grał od pierwszej minuty. Nie znalazł on natomiast uznania u Dariusza Dudka, który zdjął go po 58 minutach meczu ze Stalą i jak dotychczas, więcej go nie wystawił.

Teoretycznym pierwszym zmiennikiem Poczobuta miał być kolejny „gigant z Grudziądza” – Kamil Kurowski. A jednak Paszulewicz zaczął kombinować z Kurowskim na skrzydle, co było dość karkołomnym rozwiązaniem, choć w Nowym Sączu zawodnik zagrał dość przyzwoicie (ale nic więcej). Pierwszy raz miał zastępować Poczobuta w Częstochowie i tutaj znów poza „poprawnością” nic się nie wydarzyło. Tak wygląda cała przygoda zawodnika w GKS, nie wybija się i absolutnie nie wybije się ponad przeciętność. Nie ten rozmiar kapelusza. Ale też grzechem byłoby stwierdzić, że cokolwiek zepsuł. Typowy zawodnik na środek tabeli, więc i tak… lepiej niż GKS w niej stoi.

David Anon, czyli najbardziej niedoceniany przez trenerów piłkarz GKS. W zasadzie nie wiadomo, dlaczego, bo zawodnik w większości meczów, w których grał (najczęściej wchodził z ławki), pokazywał, że ma technikę, ma przegląd i coś z tego może być. Brakowało i brakuje bardziej zdecydowanego postawienia na Hiszpana. Jest to błąd trenerów, że wystawiają właśnie nomen omen – Błąda, przy którym Anon niejednokrotnie pokazywał się z dużo lepszej strony. Jeśli chodzi o liczby, to nie ma ich imponujących (1 gol z karnego), ale kilkukrotnie swoim dobrym boiskowym zachowaniem, dawał drużynie nadzieję, że coś z tej ofensywy może być. Apel do trenera Dudka – więcej stawiać na Anona!

Wojciech Słomka – powiedzielibyśmy „ej, dlaczego znowu trzeba opisywać tego zawodnika?”. Ano dlatego, że grał i w obronie, i w pomocy. Co do defensywy to mogliście przeczytać w poprzednim artykule, jak Słomka sobie tam nie radził. A co do pomocy? No cóż, podobnie jak w przypadku formacji obronnej – wyglądało to beznadziejnie. Na czele z ostatnim meczem, z Pogonią, w którym wszedł i na świeżości miał kilka naprawdę dobrych sytuacji wyjściowych, żeby zrobić groźną akcję. Każdą niestety koncertowo zepsuł.

Jest jeszcze w GKS taki zawodnik jak Konrad Andrzejczak. Piłkarz w sumie zagrał 22 minuty w dwóch meczach. I można sobie zadać pytanie – po kiego grzyba został ściągnięty na Bukową, jak nie dostał nawet cienia szansy?…

Na koniec wspomnijmy jeszcze zdanie o Tymoteuszu Puchaczu. Zawodnik na dwa ostatnie mecze wreszcie został ustawiony w pomocy. Zwolniony z zadań defensywnych, w końcu mógł się skupić na ofensywie. Do tego dobrze współpracujący z Mateuszem Mączyńskim. Jeśli trener Dudek utrzyma ten trend Puchacza w pomocy, może być z tego pożytek.

Jak widać po powyższych opisach – tyłka nam linia pomocy nie urwała. W większości mieliśmy dość przebrzmiałe gwiazdy ekstraklasowych i pierwszoligowych boisk, które kiedyś umiały, ale teraz nie umieją. Ilość straconych bramek obciąża głównie obrońców, ale dowodzi też, że zasieki w środku pola nie były zastawione efektywnie. Oczywiście po przejściu na piątkę obrońców, choćby liczbowo zostało to ograniczone, ale jednak grając wcześniej z piątką pomocników, wyglądało to jeszcze gorzej. Jeśli zaś chodzi o grę ofensywną, to napastnicy praktycznie nie mieli wsparcia zarówno od bocznych pomocników, jak i tych, którzy mieli rozgrywać ze środka. Cisza i posucha. Trudno się więc dziwić, że GKS strzelił tak mało bramek, bo napastnicy też byli na tyle słabi, że bez wsparcia pomocników nie byli w stanie nic zrobić…

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Piłka nożna

Górnik Łęczna – GKS Katowice 1:0

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

27.10.2026 Łęczna
Górnik Łęczna – GKS Katowice 1:0
Bramki: Tkacz (32)
Górnik: Wilk – Turek, Radkowski (38. Kobryń), Kruk, Rogala (69. Quainoo), Tkacz (81. Deja), Walski, Myszkor, Akhmedov, Janaszek (69. Niewiarowski), Antkowiak (81. Korbecki)
GKS: Kikolski – Jirka (57. Galan), Olsen (57. Czerwiński), Jędrych, Klemenz, Wdowiak, Milewski, Wolski (75. Kowalczyk), Nowak, Wędrychowski (57. Bartlewicz), Szkurin (75. Kokosiński)
Ż.kartki: Myszor – Bartlewicz
Cz.kartki: 
Sędzia: Paweł Malec (Łódź)
Widzów: 1333

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Post scriptum do Kielc i Łęcznej

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Trudno wracać myślami do dwóch ostatnich pojedynków. Wiemy, jak zagrała GieKSa i jakie wyniki osiągnęła. Nie może jednak zabraknąć tradycyjnego post scriptum. Tym razem łączonego, bo na wyjazd wybrałem się kilkudniowy. Na pierwszy mecz do Kielc dojechał Misiek, a drugi do Łęcznej – Misiek i Kazik.

1. Moja podróż rozpoczęła się już w piątek od… śniadania w Katowicach. Wiadomo, że trzeba się solidnie posilić. Tak więc z Katowic ruszyłem około godziny 12.00.

2. Droga przebiegła sprawnie i po niecałych trzech godzinach zameldowałem się w Hotelu pod Jaskółką nieopodal Kielc, w jednym z Tumlinów. Znałem to miejsce z opowieści, gdyż zatrzymują się tu czasem wędrowcy Głównego Szlaku Świętokrzyskiego.

3. Sam przemierzałem ten szlak dwa lata temu w majówkę. Wówczas po skończonym etapie w Miedzianej Górze autobusem podjechałem do hotelu Grafit. Jak się okazało, zarówno w poprzednim sezonie, jak i teraz, była to baza noclegowa drużyny.

4. Miejscówka nad zalewem Umer, robiła miłe wrażenie. Hotel to chyba jakiś rodzinny, bo w „barze” przesiadywała rodzinka gospodarzy.

5. Z okien można było podziwiać sympatyczne alpaki. Ogólnie sielanka. To był piątek, więc jeszcze nie byłem skażony przykrymi emocjami sportowymi.

6. Zaczynała się kolejka. Czas więc był śledzić poczynania ligowych rywali. Derby Lublina, czyli Motor grał z Zagłębiem. Na początku oglądałem na laptopie, ale pan chyba dziadek zaproponował, że włączy telewizor. Co uczynił.

7. W międzyczasie obiad. Befsztyk po królewsku, z cebulką, jajkiem sadzonym, frytkami i kapustą zasmażaną. Coś pięknego. Tak mi zasmakowało, że potem podczas pobytu wziąłem to jeszcze dwa razy. Na doprawienie się był krem z pieczarek z groszkiem ptysiowym.

8. Wieczorem Widzew – Górnik i kolejny brak wygranej naszego najbliższego rywala. Do tego wykartkował się Fornal, Świder chyba odniósł jakąś kontuzję. Zobaczymy.

9. No i nadeszła sobota. Śniadanie było sowite – z jajecznicą z wkładką. I tu trzeba było zdobyć kalorię, które będą spalane podczas meczu.

10. Niestety nie dostałem miejsca parkingowego, więc musiałem szukać w okolicach stadionu. Wiedziałem, że są ogólnodostępne parkingi i myślałem, że będąc niemal dwie godziny przed meczem nie będzie problemu. Nie wziąłem pod uwagę, że to ostatni weekend przed Wszystkich Świętych. Na parkingach były dzikie tłumy.

11. Musiałem kluczyć i szukać ponad pół godziny. Ostatecznie zaparkowałem na ulicy niedaleko stadionu, pod cmentarzem, na jakiejś trawie.

12. Czirliderki – podobnie jak ostatnio – miały swoją rozgrzewkę na bocznym boisku. A ja zacząłem kierować się do obiektu.

13. Akredytację odebrałem, trzeba było też sprawdzić, czy w sklepiku jest proporczyk. W poprzednim sezonie go zabrakło. Tym razem udało się – był w asortymencie, więc moja na razie niewielka kolekcja została powiększona.

14. Na stadionie byłem nieco ponad godzinę przed meczem. Ciekawe, że tym razem dojście do prasówki było z drugiej strony niż ostatnio. Ale wyjątkowo ochroniarz przepuścił mnie przez catering dla VIP-ów. Nic nie zachachmęciłem.

15. W dojściu do sektora prasowego, można było odnieść wrażenie, że zaraz się wejdzie do Lewiatana, bo taka reklama jest na stadionie, a wygląda dosłownie, jak szyld sklepu.

16. Czirliderki już oficjalnie wystąpiły, Marek Grechuta zaśpiewał i mogliśmy zacząć grać.

17. U gości wystąpił Pau Resta, były zawodnik Korony. Kibice gospodarzy chyba nie narzekali, bo to Hiszpan dał się nawinąć Menie, który strzelił zwycięską bramkę.

18. Camilo Mena to z jednej strony człowiek mocno zamieszany w awans GKS do ekstraklasy, ale też już w tej ekstraklasie całkiem konkretnie nas tępi. Raz już trafił jako zawodnik Lechii w meczu z GKS, a teraz jako piłkarz Korony.

19. Po meczu konferencja, na której było wyjątkowo dużo dziennikarzy. Każdy chciał zobaczyć debiut Roberta Kolendowicza. Ogólnie sama sala ciekawa, ciemna, ciepła, dość kameralna  i schludna.

20. Rozczarowany wróciłem do auta i wróciłem na miejscówkę.

21. Niedziela upłynęła pod znakiem odpoczynku i ekstraklasy oraz oczywiście El Clasico. W tym polskim Lech wygrał na wyjeździe z Legią, a hiszpańskim Real pokonał Barcelonę.

22. Ale przynajmniej mogłem ukoić nerwy w towarzystwie alpak. Zawsze to coś, gdy nie ma wyników.

23. W poniedziałek przemieściłem się do Łęcznej. Trzy godziny drogi, trochę zadupiami. Ale jeszcze za widna byłem na Lubelszczyźnie.

24. Jeszcze udałem się na oddalony o kilometr od mojej miejscówki stadion Górnika, by zrobić nagrywkę i cyknąć parę zdjęć. Ku mojej uciesze stadion był otwarty, więc wszedłem i sobie połaziłem dookoła. Nieniepokojony przez nikogo.

25. Wieczorkiem w sushi/pizzerii pyszna picka. I jesienna herbata. Ogólnie Łęczna jest całkiem przyjemnym małym miastem. Są knajpy, sklepy, kebab, mak. Są też stosunkowo tanie noclegi. Bardzo przyjemnie.

26. Rano śniadanie i na tym skończyły się przyjemności i dobry nastrój. To znaczy jeszcze przez jakiś czas było okej, ale w pewnym momencie zaczęło się robić źle – dokładnie w momencie, jak piłkarze wyszli na boisko.

27. Na stadionie Górnika Łęczna byłem wcześniej sześć razy, ale pięć z tych meczów było przegranych. Jedynie raz GieKSa potrafiła tam wygrać, gdy w końcówce trzy razy strzeliliśmy bramkę.

28. Co ciekawe akredytacja była w formie on line. Nie dostałem plakietki, musiałem się zalogować do systemu biletowego i spoko – tam akredytacja czekała.

29. Ale musiałem czekać aż przyniosą skaner do skanowania. Na szczęśćie może trzy minuty i wszystko było załatwione.

30. Warunki do pracy przyzwoite. Prąd i widoczność spoko. Na stadion schodziły się dzieciaki ze szkół, trzeba było jakoś zbudować frekwencję. Młyn był niewielkie, kibice GKS, cali na żółto, jak zwykle dali radę.

31. Nie zabrakło pozdrowień dla Grzegorza Rogali, kibice GKS pamiętają, że ten zawodnik dał dużo naszej drużynie w drugiej i pierwszej lidze. Teraz broni barw Łęcznej.

32. Luboń, Zdzieszowice, Skierniewice, Garbarnia Kraków, Chrobry u siebie, Tarnobrzeg… To niektóre z kompromitacji, jakie GieKSa zaliczyła w Pucharze Polski w ostatnich kilkunastu latach. Teraz dołożyliśmy do tego drugoligową Łęczną. Fajny był ten puchar w poprzednim sezonie, ale wychodzi na to, że absolutnie nie są to nasze rozgrywki.

33. Po meczu zadałem trochę pytań na konferencji trenerowi, ale byłem tak rozemocjonowany, że zapomniałem włączyć nagrywanie. Z pomocą przyszli chłopacy z oficjalnej, którzy wspomogli mnie nagraniem audio. Wielkie dzięki!

34. Zadałem też pytanie asystentowi trenera gospodarzy, takiemu o aparycji Michaela Ameyawa, na co kładli nacisk i w czym widzieli szansę. To powiedział, że w tym, że obrońcy GKS są wysocy, ale mało zwrotni. Żodyn się nie spodziewał.

35. Wróciłem do auta, które miałem pod miejscówką noclegową, z kilometr od stadionu. I ruszyłem w drogę powrotną. O godzinie 22:00 byłem w domu.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Od razu humor lepszy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Wygrać z Widzewem to zawsze coś pięknego. W mojej próżności kibicowskiej co jakiś czas pojawia się jakaś drużyna, z której niepowodzeń cieszę się szczególnie. Nie chce mi się udawać tutaj jakiejś wielkiej klasy i kreować się na nie wiadomo kogo. Jako ludzkość tak mamy w swojej specyfice, że tzw. schadenfraude istnieje i jedyne, co z tym ktoś może zrobić – i wiele ludzi robi – to po prostu mydli oczy całemu światu kreując się właśnie na kogoś innego. Oczywiście zawsze lepszego, niż jest w rzeczywistości. Kibicowanie jest stosunkowo bezpiecznym miejscem, żeby realizować swoje różne ciemne uczucia. Wszelkie antagonizmy, szowinizmy to danie upustu swoim historiom i nieraz może być grubo i gorąco. Problem pojawia się, kiedy ktoś to zaczyna traktować śmiertelnie poważnie. I wiemy, że oczywiście takie osoby są. Futbol to zabawa, choć poważna. Najbardziej poważna z niepoważnych rzeczy tego świata.

Te moje radości z niepowodzeń innych nie są jednak zawsze typowe dla kibica GKS. Na przykład niespecjalnie mnie cieszą porażki czy niepowodzenia Ruchu Chorzów. Mam kompletnie do tego neutralny stosunek. No może na jakiś minimalny minusik. Ale jeśli awansowaliby do ekstraklasy i mielibyśmy się z nimi mierzyć – nie martwiłbym się z tego powodu. Może też dlatego, że nie sądzę, by awansowali.

Po pamiętnych „brudnych pazurach” takim klubem była też dla mnie Arka Gdynia. Więc fajnie było, jak po porażce z nami w barażu nie awansowali do ekstraklasy, no i szkoda, że później awans nastąpił. Ale „karencja” w moich emocjach się zakończyła i w trakcie sezonu wrócił neutralny stosunek do gdynian. Nie cieszyłem się z ich spadku jakoś szczególnie. Podobnie było z Wisłą Kraków, ale teraz widząc jak ten zespół dobrze gra i jest bardzo sensownie prowadzony – również nie mam specjalnie negatywnych odczuć. I czeka nas trudne zadanie w grudniu.

Widzew to sytuacja szczególna. Poziom zadufania łódzkich kibiców, tzw. fanbazy i przeświadczenie o swojej wielkości jest (a w zasadzie chwilowo: był) tak wielki, że po prostu miło się patrzy na to systematyczne sprowadzanie na ziemię. GieKSa w Łodzi przegrała w dwóch poprzednich sezonach i ileż to ja tam się nasłuchałem o tym, jak to Widzew zaraz zaatakuje puchary, a wręcz się będzie włączał do walki o mistrzostwo. Wydawało się, że po zwycięstwie z GKS są już dosłownie o krok od Ligi Mistrzów. Uzasadniać to miały oczywiście wielkie pieniądze i wspaniałe transfery. No bo przecież ściąganie takich piłkarzy jak Mariusz Fornalczyk, który brylował w Koronie czy Sebastian Bergier, artystów pokroju Kornviga czy Leragera, a jakiś czas temu reprezentantów – Drągowskiego, Wiśniewskiego czy Świderskiego pokazywało, że w Łodzi tworzy się prawdziwy dream team. Niestety – jak się okazało – był to tylko wet dream.

(Boże, jak ja nie lubię tego określenia, ale tu mi pasuje do gry słów).

Dlatego to zderzanie się z rzeczywistością łódzkiego klubu jest miłe dla oka. Po prostu jak ktoś cwaniakuje i uważa się za lepszego od innych i że z urzędu mu się wszystko ułoży jak w bajce, to potem przychodzi proza życia, ciężka harówa i to, że jak mawiał klasyk „nazwiska w piłce nie grają”. Pieniądze też. I w życiu również nie grają pozory. Mogą one na chwilę zaciemnić obraz, ale zawsze na końcu wybiją się po prostu prawdziwe, merytoryczne wartości.

Oczywiście obecnie te opinie są biegunowo inne, bo przecież kibice Widzewa widzą, co się dzieje. Jedno zwycięstwo w trzynastu meczach, często dość kuriozalne tracenie punktów, ich straty w końcówkach meczów (zarówno w poprzednim sezonie, jak i teraz) sprawiają, że Łodzianie znów kręcą się w okolicach strefy spadkowej. Ich szczęściem jest to, że raczej remisują niż przegrywają i te ciułane punkciki ostatecznie jednak dużo dają w kwestii pałętania się w ogonie tabeli.

Tak więc sumarycznie, jeśli ktoś uzna to moje podejście za małostkowe, proszę bardzo. Jest takie.

Oczywiście to mniej istotny aspekt sobotniego meczu. Ważniejszym miało być po prostu zwycięstwo GieKSy. Po ostatnich porażkach potrzebowaliśmy trzech punktów jak tlenu – nie tylko do tabeli, ale także dla morale zespołu i kibiców.

Przyjechał Widzew, który – no właśnie – to co napisałem o zderzaniu się z rzeczywistością to jeden aspekt. Drugim jest to, że jednak ta jedna wygrana w sezonie to też jest pewna anomalia jak na tę kadrę. Widzew nie jest przecież aż tak słaby, żeby wygrać zaledwie raz na dwanaście (stan przed meczem z GKS). Widziałem wszystkie mecze RTS w tym sezonie, oprócz tego z pierwszej kolejki z Motorem. Fakt, że Łodzianie większość meczów zremisowali też nie bierze się z niczego. Dodatkowo potrafili mieć sporo dobrych momentów w tych meczach. Ze Śląskiem grając praktycznie cały pojedynek w dziesiątkę strzelili na wyjeździe trzy bramki i byli bliscy zwycięstwa. Z Lechem toczyli bardzo wyrównany bój i klops Drągowskiego zadecydował o porażce. Zagrali bardzo dobry mecz na Legii. Ostatni u siebie z Górnikiem też był niezły.

Więc Widzew to też nie są żadne ogóry. Uważam, że stać ich na normalny środek tabeli, a może nawet minimalnie górną połówkę.

I to też goście pokazali w Katowicach. Dla GieKSy był to mecz piekielnie trudny. Nasz zespół miał pewien problem z wejściem w to spotkanie, gra była w pierwszej połowie jakaś niemrawa, nie stwarzaliśmy zagrożenia pod bramką rywala. Widzew był aktywny, potrafił wyjść spod pressingu, dobrze rozprowadzali piłkę po bokach czy prostopadle. Do tego byli dynamiczni. Ewidentnie brakowało im jakości w wykończeniu, więc po ananasach typu Akere czy Bukari, teraz kibice z Łodzi muszą patrzeć na wyczyny niejakiego Biuka.

Mieliśmy trochę szczęścia. Znów – jak ostatnio w każdym meczu – Pau Resta miał momenty nieogarnięcia i rywal stwarzał zagrożenie. Przeciwnik był jednak mocno nieskuteczny, na posterunku był też Gabriel Kobylak, który jednak trzeba powiedzieć, że jest naprawdę pewnym punktem drużyny.

Na szczęście w pewnym momencie zaczęliśmy atakować śmielej. Była ta centra z wolnego Nowaka na głowę Galana i słupek, a zaraz potem Ilja strzelał prosto w bramkarza. No i wisienka – nomen omen – pierwszej połowy, czyli kapitalna akcja bramkowa. Kacper Łukasiak zapatrzył się chyba na Bartka z Zabrza, bo zagrał na Ilję Szkurina bardzo podobną piłkę. Tym razem nasz napastnik jednak nogą, a nie głową – wyprzedził Drągowskiego i wystawił Nowakowi do pustej bramki, a nasz najlepszy zawodnik tylko dołożył nogę. Wykorzystaliśmy włoską wiedzę Przemysława Wiśniewskiego, bo jak mawia legenda, w Italii uczono go, by w takiej sytuacji stać jak słup soli i podziwiać kunszt Pana Bartosza Nowaka.

Prowadziliśmy do przerwy, choć wcale prowadzić nie musieliśmy. Dlatego ten wynik był tak bardzo cenny.

Na początku drugiej połowy, również wybronił nas strażnik Gabriel, bo niestety dalej nie ustrzegaliśmy się błędów w defensywie. Na szczęście ofensywa robiła show. Tak jak pisałem po Koronie, brakuje nam często tych soczystych dośrodkowań w pole karne. Tym razem Mateusz Kowalczyk – ponawiając atak – z powietrza kopnął piłkę na tyle mocno, że dał szansę przejścia futbolówce przez większość piłkarzy. Ta trafiła do Bartka, a ten już wiedział, co z nią zrobić. Przy wydatnej pomocy Papanikolaou piłka wpadła do bramki, a gdyby wzrok mógł zabijać, to Drągowski byłby istnym Bazyliszkiem dla Greka. Po chwili kolejną kapitalną akcję rozpoczął Nowak, Sebastian Milewski piętą odegrał do Szkurina, Ilja dwukrotnie strzelał i w zamieszaniu podbramkowym Bartek na spółkę z Kapuadim wepchnęli piłkę do siatki.

Dodam tylko jeszcze w kwestii tego dośrodkowania Kowala. Jak pisałem niedawno, jest trochę irytujące, jak Marcin Wasielewski nie decyduje się na centrę tylko ciągle szuka jakiegoś kolegi z tyłu, najczęściej Alana Czerwińskiego. Tymczasem jak Marcin już się na to dośrodkowanie zdecyduje, to wychodzą naprawdę niezłe kopnięcia. I tak było w końcówce, gdy zacentrował na głowę Szkurina. Więc zachęcałbym do większej ilości takich prób, bo jestem przekonany, że zaraz ten zawodnik może mieć asystę.

Wyniku 3:0 nie spodziewaliśmy się w najśmielszych snach, a już tym bardziej przy niezłej do tej pory przecież postawie Widzewa. Mecz układał się kapitalnie.

Niestety znów dopadł nas meltdown. Sytuacja po rzucie rożnym – cóż, zdarza się. Choć jak przyglądam się powtórkom to myślę, że Kapuadi zawiesił się na Klemenzie i można by było tę sytuację rozpatrywać. VAR jednak nie za bardzo drgnął w tej sytuacji. No a potem mieliśmy kolejny błąd Resty, czyli niekontrolowane dość odbicie głową piłki, która trafiła pod nogi Świderskiego. Fakt, że ulubieniec Jana Urbana zachował się w tej sytuacji jak rasowy snajper i strzelił kapitalnie.

Znaleźliśmy się w piekielnie ciężkim położeniu. Niby GKS Katowice nadal prowadził, ale z dużego spokoju zrobiła się nerwówka. A Widzew zyskał (miał zyskać) wiatr w żagle, wiadomo, że taki moment wpływa na psychikę bardzo dobrze. I obawiałem się, że Łodzianie z animuszem na nas ruszą, a w związku z naszymi błędami w obronie będziemy oglądać niesłychaną remontadę skutkującą utratą być może nie tylko zwycięstwa, ale nawet wszystkich punktów.

I za ten fragment do końca meczu należy się naszym zawodnikom duża pochwała. Nie spanikowali, utrzymali chłodną głowę i nie dopuszczali rywala do groźnych sytuacji strzałowych. Uważam, że od utraty drugiej bramki do końca meczu, czyli przez ok. 20 minut, to był najlepszy defensywnie moment tego meczu. A sama końcówka, czyli trzymanie piłki daleko od własnego pola karnego, to przytrzymywanie Ilji było klasowe. Widzewiacy mogli tylko krzyczeć i machać rękami, łapiąc jedną kartkę za drugą. Katowiczanie w końcówce doprowadzili gości do całkiem konkretnej frustracji. Bardzo dobrze rozegrane i można powiedzieć, że wyrównali te swoje błędy świetną grą na koniec.

Cieszy to, że znów byliśmy bardzo skuteczni z przodu. No i właśnie – dwa gole strzeliliśmy po grze bardziej bezpośredniej i prostej. Trzecia to już było rozklepanie obrony rywala. Dobrze by było, żeby te nasze działania było różnorodne, bo tak naprawdę przeciwnik zawsze będzie z tego tytułu miał więcej problemów.

O Bartku Nowaku nie ma co się rozpisywać, bo znów udowodnił, że jest wybitny.

Mamy ciągle nad czym pracować. Znów straciliśmy bramkę, znów gubiliśmy się w obronie, oprócz tej końcówki. Gdyby Widzew był bardziej ogarnięty i skuteczny, mógł w pierwszej połowie spokojnie prowadzić w tym spotkaniu. A na początku drugiej wyrównać. Skorzystaliśmy mocno z ich indolencji w ofensywie, ale też wykorzystaliśmy do maksimum ich słabość w obronie. W sumie, czy nie na tym polega piłka?

Nadal musimy się nad kilkoma postaciami zastanowić. Pau Resta naprawdę musi się ogarnąć, bo nawet jeśli w większości gra poprawnie, to i tak w każdym meczu zalicza jakieś klopsy.

Ostatnio trener wystawia w pierwszej jedenastce Marcela Wędrychowskiego. Nie sądzę, że zawodnik tę pozycję utrzyma. Niestety po raz kolejny Marcel wypadł słabo – gubił piłkę, źle podawał w dobrych sytuacjach, przewracał się. To niestety nadal nie jest ten poziom, którego byśmy oczekiwali. Nawet jak mu czasem wyjdzie jakiś mecz, to potem popada w dużą – delikatnie mówiąc – przeciętność. W przeciwieństwie do swojego kumpla Kacpra Łukasiaka, który gra coraz lepiej. Kacper jeszcze mógłby się wstrzelić w tę bramkę, bo choć nie jest to jego głównym zadaniem, to prawie w każdym meczu oddaje jakiś strzał. Na pewno dodałoby mu to jeszcze większej pewności siebie. Ale i tak jest naprawdę dobrze.

Ostatecznie GieKSa pokazała, że solą piłki są bramki i to one zadecydowały o zwycięstwie. Do maksimum nasz zespół wykorzystał swoje atuty i słabość przeciwnika.

Dzięki temu zwycięstwu ta cała nieszczęsna Łęczna, gdzieś tam lekko odeszła za mgłę. To jest dokładnie to, o czym pisałem przed meczem. Im będziemy lepiej grać i punktować, tym jakieś wcześniejsze nieudane mecze coraz bardziej będą odchodzić w niepamięć. Piłka przecież nie znosi próżni i naprawdę nietrudno jest pewne rzeczy nadrobić czy nadpisać.

Dlatego po sporej dawce krytyki, jaką dałem po ostatnich dwóch meczach, tym razem chcę powiedzieć, że zespół przysporzył mi naprawdę sporo radości i za sporo rzeczy można naszą ekipę pochwalić.

A że jeszcze dzięki GieKSie Widzew miał się z pyszna – to już miód na moje GieKSiarskie serce.

PS Zapomniałem napisać wcześniej, a nie chce mi się już wplatać w tekst. Decyzja o niepodyktowaniu rzutu karnego po ręce Wiśniewskiego to kuriozum. Domyślam się, że u siedzącego na VAR Szymona Marciniaka to jest żaden argument o chowaniu ręki, tylko pewnie, że piłka najpierw odbiła się od biodra/brzucha, zanim trafiła Wiśnię w rękę. Sytuacja o tyle absurdalna, że to była tak minimalna zmiana toru lotu, że i tak by w tę rękę dostał. A ruch ręką do piłki był i nie zmienia tego fakt, że w ostatnim momencie „niby” tę rękę cofał. Dla mnie to jest ewidentny rzut karny i nie rozumiem, dlaczego Wojciech Myć nie został nawet wezwany do monitora. Znaczy wiem. Szymon Marciniak wie wszystko najlepiej.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga