Dołącz do nas

Piłka nożna

Mózg zespołu – wyłączony

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Linia pomocy to tak naprawdę mózg zespołu. To tutaj zapadają najważniejsze decyzje boiskowe i dzieją się najważniejsze rzeczy – to co bowiem w obronie i w ataku, zazwyczaj ma swój początek właśnie w środku pola, gdzie występują zawodnicy odpowiedzialni zarówno za ofensywę, jak i defensywę. Trudno nie odnieść wrażenia, że w obecnym sezonie pomocnicy nie dali od siebie zbyt wiele i nie pomogli w grze ani obrońcom, ani napastnikom.

Piłkarzem, który rozegrał najwięcej minut jest Adrian Błąd. Zawodnik jednocześnie jest najskuteczniejszym strzelcem zespołu z czterema bramkami na koncie. Trudno jednak być zadowolonym z postawy pomocnika, po którym spodziewano się przy jego przyjściu zdecydowanie więcej. Dodatkowo piłkarz zachwycał na początku wiosny swoimi zrywami, które kończyły się bramkami. Teraz tych zrywów było jak na lekarstwo, a Adrian pogrążył się w piłkarskiej przeciętności. Nie można mu było odmówić ambicji, którą prezentował w prawie każdym spotkaniu, ale z walorami czysto piłkarskimi było krucho. Często grał niedokładnie, ale najbardziej chyba raziły jego złe decyzje, a mówiąc wprost – nadmierna ilość strzałów z nieprzygotowanych pozycji – i to często wtedy, kiedy naprawdę można było zagrać do lepiej ustawionego partnera. Zawodnik wyglądał nieraz tak, jakby chciał całemu światu udowodnić, że jest efektywny i w piłkę grać potrafi. Ktoś powie – a co było z Wigrami? Owszem, była piękna bramka, podobnie jak w Chojnicach. Wspomniana jednak ilość prób i stosunkowo niewielki efekt to za mało. Dodatkowo ciągle szwankują stałe fragmenty gry i nie mówimy tu wcale o tym nieszczęsnym karnym z Sandecją, bo to akurat się może zdarzyć każdemu. Teoretycznie od Błąda wiele zależy i jego gra ma przełożenie na postawę całego zespołu. Tak było i tym razem i niestety odzwierciedla to pozycja w tabeli.

Zadania defensywne ma Bartłomiej Poczobut. Niestety gdybyśmy mieli podsumować jego występy, to można by rzec, że odwaga pomyliła mu się z odważnikiem. A konkretniej wspomniane zadania na boisku, czyli: przerywanie akcji rywali, przecinanie, wytrącanie przeciwnika z równowagi pomyliły mu się z bezmyślnymi faulami, łapaniem głupich kartek i osłabianiem zespołu. Naprawdę 12 żółtych kartek w 17 ligowych meczach, w których grał jest bilansem fatalnym. Te 17 meczów na 21 wzięło się z tego, że w wyniku żółtek musiał pauzować aż w 4 spotkaniach. Pauza po 12. kartce otrzymanej w Tychach wyniosła już dwa mecze i jeśli piłkarz nadal nie będzie panował nad sobą, to i do dwudziestki dociągnie bijąc wszelkie rekordy w tym temacie. Tak naprawdę te kartoniki przyćmiły jego grę. A sama postawa piłkarza była przeciętna łamane na słaba. Nie jest to wirtuoz techniki, natomiast w kwestii „przecinania”, to o ile po przyjściu do GKS mógł się w tym temacie podobać, to z każdym tygodniem udowadnia, dlaczego wlecze się w ogonie pierwszej ligi. W trakcie rundy pojawiały się coraz częstsze pomyłki, na czele z golem samobójczym w meczu z Odrą Opole. Trudno sobie przypomnieć jakiś mecz, w którym moglibyśmy powiedzieć, że dzielił i rządził w destrukcji. To chyba jednak nie ten poziom.

Do miana jednej z największych transferowych pomyłek aspiruje Grzegorz Piesio. Postawa tego zawodnika jest jednak jedną wielką zagadką. Od początku sezonu zawodnik powiem spisywał się bardzo dobrze i był głównym motorem napędowym ofensywnych poczynań GKS. Jego przegląd pola, prostopadłe otwierające podania – jak choćby w meczu z Tychami – pokazywały, że jest szansa na reżysera z prawdziwego zdarzenia. Dodatkowo decydował się na techniczne uderzenia, po których piłka lądowała na obramowaniu bramki. Tak było choćby w meczu z Rakowem, kiedy to nawet mimo kiepskiej postawy, jakimś cudem można było się pokusić o remis. Niestety wkrótce Piesio zatracił absolutnie wszystkie swoje walory i przez większość rundy snuł się po boisku, zupełnie bez sensu. O otwierających podaniach już dawno zapomnieliśmy, o jakiejkolwiek efektywności z gry również. Co gorsza, piłkarz był regularnie wystawiany, mimo coraz gorszej formy. I ostatecznie stał się symbolem ofensywnego marazmu obecnego sezonu, do tego stopnia, że naprawdę trudno sobie przypomnieć coś ciekawe od powiedzmy szóstej kolejki.

Jak na razie nie zawojował tej ligi ani drużyny Kacper Tabiś. Opisywaliśmy już jego udział w końcówce rundy w obronie, jednak większość czasu spędził na boku pomocy. Zaczęło się od obiecującej zmiany z Podbeskidziem, ale gdy zagrał od pierwszej minuty w Łodzi było już słabiej. Naprawdę dobrze wyglądało to w meczu z Tychami, młody grał w polotem, potrafił jednym zwodem i balansem tak zmylić rywala, że wyrabiał sobie dobrą pozycję do dalszej akcji. Wydawało się, że może na dłużej zadomowić się na skrzydle. Niestety z tego założenia nie wyszedł trener Paszulewicz i Tabisia w Nowym Sączu wpuścił na boisko dopiero w 68. minucie. Zawodnik sam sobie nie pomógł, bo w 17 minut zobaczył dwie żółte kartki. Niestety to było w zasadzie tyle dobrego, jeśli chodzi o Tabisia. Wkrótce zawodnik sprzeciętniał i grał niektóre mecze takie, że przez dobre kilkadziesiąt minut zapominaliśmy, że jest na boisku. Niewidoczny, wręcz niewidzialny. Jak choćby w meczu z Wartą Poznań u siebie. Tabiś zatracił wszystko, czym może nie imponował, ale wzbudzał nadzieję na początku sezonu. Wkrótce cofnięto go do obrony.

Kolejnym „młodym, zdolnym”, który trafił do GKS przed sezonem był Adrian Łyszczarz. Jeden z zawodników najbardziej „zniszczonych” przez Paszulewicza. Pomocnik nie dostawał zbyt wielu szans na początku rozgrywek, ale z dobrej strony zaprezentował się w Nowym Sączu i przede wszystkim, gdy wszedł z ławki z Wigrami, jego szybkość, dynamika i branie odpowiedzialności na siebie bardzo się podobały. Po tak dobrym meczu „katowicki Kapustka” zasługiwał na pierwszy skład z Rakowem. Niestety trener uważał inaczej i dał mu zagrać tylko ogon. Potem była jeszcze tylko połowa z Jastrzębiem i za Paszulewicza już nie zagrał, choć pamiętać należy także o urazie, jakiego nabawił się na zgrupowaniu reprezentacji. Zawodnik wrócił na Puchar Polski z Pogonią, a w lidze popisał się ładnym uderzeniem w Olsztynie, które dało trzy punkty katowiczanom. Mimo wszystko, brakowało już tego błysku. Nie można mu było odmówić waleczności i nadal brania gry na siebie, nawet z tak trudnym rywalem, jak Jagiellonia. Brakowało mu jednak umiejętności czysto piłkarskich, przez co trochę wystawiał się na strzał. W końcówce rundy trener Dariusz Dudek zaczął odważniej na młodego zawodnika stawiać, ale ten nie pokazał już nic wielkiego.

Arkadiusz Woźniak, kolejny kandydujący z Piesiem do miana szrotu roku. Piękne, mądre wywiady na początek nie miały przełożenia na grę. A szkoda, bo debiut z Wigrami (wszedł w 60. minucie) miał bardzo dobry i do pełni szczęścia zabrakło tylko gola. Zawodnik świetnie wszedł w ten mecz i standardowo zachłysnęliśmy się kilkoma akcjami… zdecydowanie za wcześnie. Z Rakowem Paszulewicz uznał, że trzeba „na chama” upchnąć Woźniaka i Rumina, przez co Arkadiusz wylądował na skrzydle. Poza jednym dobrym podaniem do Rumina, zagrał bardzo słabo. I podobnie było w kolejnych meczach, gdy grał w linii pomocy. Strzelił co prawda dwie bramki, ale w sumie dały one tylko jeden punkt. Z samej gry natomiast praktycznie przez całą rundę bardzo niewiele dawał zespołowi i na ten moment, gdyby miał odejść z GKS, nikt by po nim nie płakał. Na ostatnie dwa mecze u siebie wchodził zaledwie z ławki.

No dobra, ale jeśli Piesia i Woźniaka nazwiemy szrotem, to co powiedzieć o Damianie Michaliku? Pewnie część z kibiców GieKSy zapomniała w ogóle, że w naszym klubie ktoś taki gra. Zawodnik od początku cieniował. Co prawda w Łodzi zaliczył bardzo dobrą asystę, ale z Tychami w meczu, w którym cała ofensywa spisywała się bardzo dobrze, akurat Michalik przeszedł obok meczu. W kolejnych spotkaniach wcale nie było lepiej. Zawodnik nic, absolutnie nic nie dał zespołowi. Jeszcze próbował go od pierwszy minut Paszulewicz, Dziółka wprowadzał z ławki, a u Dudka zagrał tylko dwa razy – raz z ławki, raz od pierwszej minuty w meczu z Garbarnią. I to był jego ostatni mecz w GKS, a ostatnio próżno go było szukać nawet w osiemnastce meczowej. Podobno interesowały się nim kluby z ekstraklasy. Ale to musi być nieprawda. Co się z tym zawodnikiem stało? W zasadzie jest to owiane tajemnicą.

Dominik Bronisławski, czyli Remisz pomocy. W znaczeniu takim, że trudno cokolwiek o nim powiedzieć. Zawodnik absolutnie bezbarwny, pogrążony w przeciętności, choć trzeba powiedzieć, że kilka przyzwoitych minut miał. Najpierw wchodził z ławki, ale gdy zagrał od pierwszej minuty z Wigrami, to nawet strzelił gola. Niestety w kolejnym meczy z Rakowem było bardzo słabo. Paszulewicza zawodnik nie przekonywał i po spotkaniu w Chojnicach szkoleniowiec przestał na niego stawiać. Piłkarza jeszcze próbował „odratować” trener Dziółka i nawet w wygranym meczu ze Stomilem Bronisławski grał od pierwszej minuty. Nie znalazł on natomiast uznania u Dariusza Dudka, który zdjął go po 58 minutach meczu ze Stalą i jak dotychczas, więcej go nie wystawił.

Teoretycznym pierwszym zmiennikiem Poczobuta miał być kolejny „gigant z Grudziądza” – Kamil Kurowski. A jednak Paszulewicz zaczął kombinować z Kurowskim na skrzydle, co było dość karkołomnym rozwiązaniem, choć w Nowym Sączu zawodnik zagrał dość przyzwoicie (ale nic więcej). Pierwszy raz miał zastępować Poczobuta w Częstochowie i tutaj znów poza „poprawnością” nic się nie wydarzyło. Tak wygląda cała przygoda zawodnika w GKS, nie wybija się i absolutnie nie wybije się ponad przeciętność. Nie ten rozmiar kapelusza. Ale też grzechem byłoby stwierdzić, że cokolwiek zepsuł. Typowy zawodnik na środek tabeli, więc i tak… lepiej niż GKS w niej stoi.

David Anon, czyli najbardziej niedoceniany przez trenerów piłkarz GKS. W zasadzie nie wiadomo, dlaczego, bo zawodnik w większości meczów, w których grał (najczęściej wchodził z ławki), pokazywał, że ma technikę, ma przegląd i coś z tego może być. Brakowało i brakuje bardziej zdecydowanego postawienia na Hiszpana. Jest to błąd trenerów, że wystawiają właśnie nomen omen – Błąda, przy którym Anon niejednokrotnie pokazywał się z dużo lepszej strony. Jeśli chodzi o liczby, to nie ma ich imponujących (1 gol z karnego), ale kilkukrotnie swoim dobrym boiskowym zachowaniem, dawał drużynie nadzieję, że coś z tej ofensywy może być. Apel do trenera Dudka – więcej stawiać na Anona!

Wojciech Słomka – powiedzielibyśmy „ej, dlaczego znowu trzeba opisywać tego zawodnika?”. Ano dlatego, że grał i w obronie, i w pomocy. Co do defensywy to mogliście przeczytać w poprzednim artykule, jak Słomka sobie tam nie radził. A co do pomocy? No cóż, podobnie jak w przypadku formacji obronnej – wyglądało to beznadziejnie. Na czele z ostatnim meczem, z Pogonią, w którym wszedł i na świeżości miał kilka naprawdę dobrych sytuacji wyjściowych, żeby zrobić groźną akcję. Każdą niestety koncertowo zepsuł.

Jest jeszcze w GKS taki zawodnik jak Konrad Andrzejczak. Piłkarz w sumie zagrał 22 minuty w dwóch meczach. I można sobie zadać pytanie – po kiego grzyba został ściągnięty na Bukową, jak nie dostał nawet cienia szansy?…

Na koniec wspomnijmy jeszcze zdanie o Tymoteuszu Puchaczu. Zawodnik na dwa ostatnie mecze wreszcie został ustawiony w pomocy. Zwolniony z zadań defensywnych, w końcu mógł się skupić na ofensywie. Do tego dobrze współpracujący z Mateuszem Mączyńskim. Jeśli trener Dudek utrzyma ten trend Puchacza w pomocy, może być z tego pożytek.

Jak widać po powyższych opisach – tyłka nam linia pomocy nie urwała. W większości mieliśmy dość przebrzmiałe gwiazdy ekstraklasowych i pierwszoligowych boisk, które kiedyś umiały, ale teraz nie umieją. Ilość straconych bramek obciąża głównie obrońców, ale dowodzi też, że zasieki w środku pola nie były zastawione efektywnie. Oczywiście po przejściu na piątkę obrońców, choćby liczbowo zostało to ograniczone, ale jednak grając wcześniej z piątką pomocników, wyglądało to jeszcze gorzej. Jeśli zaś chodzi o grę ofensywną, to napastnicy praktycznie nie mieli wsparcia zarówno od bocznych pomocników, jak i tych, którzy mieli rozgrywać ze środka. Cisza i posucha. Trudno się więc dziwić, że GKS strzelił tak mało bramek, bo napastnicy też byli na tyle słabi, że bez wsparcia pomocników nie byli w stanie nic zrobić…

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Niezłomność i perełki

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Jak przełamywać niemoce – to właśnie tak. Jak wygrywać po raz pierwszy od pół roku na wyjeździe – to właśnie w taki sposób. Nie wymarzylibyśmy sobie lepszego scenariusza. Choć z drugiej strony… przecież coś podobnego przeżywaliśmy na otwarcie Areny Katowice. Przecież wtedy – nawet minutę później niż Ilja – Filip Szymczak strzelił zwycięskiego gola. W Zabrzu nie lubią liczby sto. Bo to dokładnie w dziesiątej doliczonej minucie nasz super-napastnik zdobył zwycięskiego gola i wprawił w euforię całe Katowice.

Historia i interpretacja pisze się przez strzelone gole. Możemy zaklinać rzeczywistość, ale nie uciekniemy od tego. Oczywiście można zagrać jeden czy dwa lepsze mecze, które się przegra. I można wtedy mówić o tendencji wznoszącej, o optymizmie, o pechu. Jednak jeśli coś powtarza się długo lub wielokrotnie, to raczej tworzy się pewna reguła.

Taką regułą są na przykład drużyny grające ładną, ofensywną piłkę, miłą dla oka, ale ostatecznie dostawającą jednego czy drugiego gonga, który decyduje o niepowodzeniu. Jeszcze za wcześnie, żeby taki wniosek wysuwać, ale prototypem takiego momentu jest dla mnie Wieczysta. Ich naprawdę niezła gra może pójść w dwie strony – albo zaczną w związku z nią punktować, albo będą tymi „wyszumiejącymi” się zawodnikami, którym brakuje pewnej dyscypliny, by osiągnąć korzystny rezultat. Takim przykładem też póki co jest Widzew. W poprzednim sezonie i teraz. Niby cisną, niby mają sytuacje, ba – strzelają sporo goli. Ale co z tych sześciu strzelonych w dwóch ostatnich meczach, gdy dały one ledwie punkt. I dwie przegrane u siebie.

Ta przydługawa dygresja dlatego, bo wynik wczorajszego meczu w oczywisty sposób determinuje patrzenie na to spotkanie. Gdyby utrzymał się wynik 2:1 dla Górnika to oczywiście powiedzielibyśmy, że był to jeden z najlepszych meczów wyjazdowych w ostatnich miesiącach. GieKSa nie pękała, grała swoją piłkę, stworzyła kilka sytuacji. Trudno jednak byłoby nie być znów zirytowanym, gdy ta dobra gra zostałaby zniweczona utratą dwóch goli w dwie minuty. A konkretniej – w 78 sekund! Absurdalna jest to sytuacja, bo przecież w tych 78 sekundach lwia część jest radość piłkarzy, więc czystej gry pozostaje minimum. Od wznowienia gry do utraty drugiego gola minęło około 40 sekund, a przecież jeszcze w tym czasie Chłań miał sytuację.

Przypomniała się Wisła Kraków. Tam co prawda było „dużo” dłużej, bo dwie stracone bramki dzieliło trzy i pół minuty. Ale i tak wszystko przecież tam też odbyło się błyskawicznie. Po utracie dwóch goli nie było czego zbierać i czasu oraz możliwości starczyło tylko na bramkę Bartlewicza. Jeśli w drugim meczu w początkowej fazie sezonu zawalilibyśmy sobie coś w przysłowiowe dwie minuty (uśredniając), to byłoby to coś więcej niż incydent.

Sytuacja zrobiła się piekielnie trudna psychicznie. Grasz na wyjeździe z wicemistrzem Polski i zdobywcą krajowego pucharu. Z drużyną, którą eksperci dokooptowali już do ścisłej czołówki ligi. Która ma za sobą 25 tysięcy kibiców, którzy nic sobie nie robią z niekorzystnego wyniku, tylko ciągle głośno wspierają swój zespół. I w ciągu tych kilku minut – począwszy od sytuacji po rzucie rożnym i zamieszania pod bramką – poziom decybeli systematycznie wzrasta. Podyktowany rzut karny. Gol Kacpra Urbańskiego. „My jesteśmy chłopcy z Zabrza” – wybrzmiewa coraz głośniej, bo jest śpiewane w pobramkowej radości. I z tej radości – w momencie gdy Josema strzela gola na 2:1 – wyłania się już absolutny ryk euforii, ryk, którego dawno nie słyszałem na polskim stadionie. Górnik momentalnie odwrócił losy meczu i dał sobie wszystko, żeby ruszyć z furią dalej.

Sprowadzenie w tym momencie tego meczu do takiego o „letniej” temperaturze było pierwszym zadaniem GieKSy. I tak to odbieram, że właśnie schłodziliśmy to spotkanie, mimo że znaleźliśmy się w fatalnej sytuacji. Oczywiście jakieś tam sytuacje jeszcze były – jak ta, gdy Jarosław Kubicki strzelał, ale ostatecznie – mimo że piłka spadła na poprzeczkę – bardzo dobrze zablokował go Pau Resta. Jednak Górnik nie poszedł za ciosem tak mocno, żeby sobie stworzyć 5-6 kolejnych sytuacji.

Tak więc schłodzenie się powiodło. A potem mieliśmy dwie podwójne zmiany i czas doliczony. Ciekawe, czy kibice Górnika plują sobie w brodę, że zadymili boisko tym zielonym czymś, bo to właśnie w tak mocno doliczonym czasie przez to GieKSa strzeliła dwie bramki.

Trzeba naprawdę docenić upór naszych zawodników. Rozgrywali tę swoją piłeczkę, a gdy była możliwość, zagrywali w pole karne. I to co było wielkim mankamentem w Lublinie, czyli niecelne, kompletnie niecelne dośrodkowania w pole karne – tym razem wykonane porządnie – dały niesamowity efekt. Kapitalne było to podanie Nowaka – choć trudno do dośrodkowanie nazwać, bo było raczej z centralnej części boiska. Ale wykończenie Ilji w tym momencie – majstersztyk. Trzeba naprawdę dobrze ułożyć głowę, żeby przy tak ostrym kącie skontrować piłkę. Pisałem niedawno o meksykańskim piłkarzu Jaredzie Borgettim, który kapitalnie układał głowę do strzału. Pisałem o tym przy okazji gola Mateusza Wdowiaka z Žiliną. Teraz Ilja oddał taki strzał, że Schulze nie miał co zbierać. Trochę to wyglądało, jak gol do pustej bramki – tak było precyzyjne. No a potem geniusz Alana, który dość zabawnie sobie przekładał piłkę na prawą nogę, ale zrobił to tylko po to, by po raz enty już zacentrować idealnie. O to w piłce chodzi – żeby zagrywać idealne zagrania, a napastnicy z tego kapitalnie korzystali. Tu zagrało i jedno i drugie. Oczywiście nie zapominamy o pierwszym golu, bo tam po raz kolejny Bartek Nowak zagrał tak niesamowitą piłkę, która minęła chyba z pięć czy sześć linii zabrzan. Eman co prawda trafił w bramkarza, ale świetnie ustawiony nasz Białorusin pewnie dołożył nogę.

Więc tradycyjnie, jeśli chodzi o Bartka.

Trenerze Urban. Ty wiesz co.

Oprócz wyniku, największym sukcesem tej drużyny jest to, że we wspomnianych niesprzyjających okolicznościach – nie złapała piłkarskiej depresji. Grali swoje, ciągle wierzyli, że mogą przynajmniej najpierw tę jedną bramkę strzelić. Po tym praktycznie nokautującym ciosie Górnika, remis nie byłby wynikiem złym. Wyjechalibyśmy z niedosytem, ale jednak z punktem. A tu nasz zespół strzelił dwa gole i wygrał to spotkanie.

Mieliśmy też w tym meczu trochę pecha i trochę szczęścia. Pecha, bo inaczej nie można nazwać spalonego w postaci pięty Ilji Szkurina w akcji, która zakończyła się golem Erika Jirki. 2:0 do przerwy to byłoby coś. I w erze przed-VARowej taki wynik po pierwszej połowie byśmy mieli. A szczęście? No jednak wydaje mi się, że Arek Jędrych faulował Prekopa na koniec pierwszej połowy, a skoro tak, jeden czy drugi sędzia mógłby rozpatrywać czerwoną kartkę. Wyszło więc na zero.

Nie będę analizował poszczególnych piłkarzy, tym zajmą się trenerzy – jedni zagrali lepiej, jedni trochę mniej, ale jako drużyna było naprawdę dobrze. Chcę tylko jeszcze pochwalić Kowala, bo wykonuje kapitalną robotę w środku boiska. Jak jeszcze zniweluje to dalsze kiwanie się, po okiwaniu dwóch przeciwników – to będzie naprawdę wielki piłkarz. On potrafi tak podziałać z piłką, że pojawia mu się przestrzeń przed nim, ale nie zawsze potrafi to dalej wykorzystać otwierającym podaniem. Ale na to przyjdzie czas. Od powrotu Mateusza na boisko, nasz środek zdecydowanie się ustabilizował.

Tym samym kończymy tę nieciekawą serię wyjazdów bez wygranej. W końcu więc na jakiś czas nie będziemy musieli na to psioczyć. GieKSa odniosła spektakularne zwycięstwo, bez dwóch zdań.

Dodatkowo przełamaliśmy to nieszczęsne Zabrze. Pamiętam to ostatnie zwycięstwo, bo byłem na tym meczu w 2003 roku, kiedy to również strzeliliśmy trzy bramki, a bohaterem był Marcin Bojarski. Pamiętam, jak rok później swoją pierwszą bramkę w GKS zdobył w deszczu przy Roosevelta Dawid Plizga, ale w doliczonym czasie gry gospodarze wyrównali. A potem mieliśmy już same wtopy i przez wiele lat nie potrafiliśmy strzelić tam bramki.

W końcu GKS wygrał też na wyjeździe przy bardzo dużej publiczności. Po awansie do ekstraklasy na tych większych stadionach dostawaliśmy w czapkę. W końcu potem wygraliśmy we Wrocławiu przy 21 tysiącach widzów. Wczoraj na meczu było ponad 27 tysięcy ludzi i również w tym aspekcie nastąpiło przełamanie.

W rundzie wiosennej mieliśmy bardzo dużo meczów, w których traciliśmy prowadzenie. Gdynia, utrata dwubramkowej przewagi z Rakowem, trzykrotnie z Lechem, także z Koroną czy Jagiellonią. W obecnym sezonie co prawda też nam się to zdarzyło z Žiliną, ale za to mecz z Górnikiem jest trzecim, w którym GKS w pewnym momencie przegrywa, a ostatecznie odnosi zwycięstwo. Tak było wcześniej z Radomiakiem i Hapoelem. To się naprawdę ceni.

No i w końcu nie straciliśmy walorów z Nowej Bukowej. Co prawda trener przyznał na konferencji, że trochę zmienili sposób gty bez piłki – rozumiem, że jest to cofnięcie się niżej. Jest to trochę ryzykowna taktyka, bo wiemy, że jak przeciwnik nas przygniecie to mamy duże problemy. Ale jeżeli nie ma zmasowanego ataku, to Katowiczanie dobrze radzą sobie w destrukcji. Przede wszystkim jednak w ofensywie dołożyliśmy ten animusz, który znamy z meczów u siebie. Akcja na 1:0 to właśnie było to, precyzja, energia i szybkość Emana, ale polecam zwrócić uwagę, jak Ilja poszedł do tej akcji. To było świetne.

W ogóle Ilja to nam wyrasta na ulubieńca katowickiej publiczności. Wygląda na to, że zawodnik poczuł ten projekt GKS Katowice, w zakresie nie tylko wykańczania akcji, ale też pracy w środku boiska. Ostatnio ta praca jest bardzo widoczna, robi kawał dobrej roboty w środku pola. A skoro tak, to sam daje kolegom okazję do tego, by potem odwdzięczyli mu się jakimś jednym czy drugim kapitalnym podaniem. Tak – powtórzę to, co pisałem już kilka razy – niech Katowice będą dla Ilji jego miejscem na piłkarskiej Ziemi.

Cieszymy się i prosimy o jeszcze. Przed nami dwa kolejne wyjazdy i trudne spotkania. Nikt nie wymaga kompletu punktów, choć byłoby to wspaniałe. Ale niech GieKSa utrzyma ten vibe z wczorajszego spotkania, a to automatycznie zwiększy prawdopodobieństwo zdobyczy punktowych.

Kontynuuj czytanie

Galeria Piłka nożna

Szkurin show w Zabrzu!

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Derby, emocje i bramka na wagę zwycięstwa w samej końcówce! GieKSa po szalonym spotkaniu pokonała Górnika Zabrze 3:2, a wszystkie trzy gole dla zdobył Ilja Szkurin. Zapraszamy do trzeciej galerii, którą przygotował dla Was Marcin.

 

 

Kontynuuj czytanie

Galeria Kibice Piłka nożna

Kibicowska galeria z wyjazdu do Zabrza

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Zapraszamy do kibicowskiej galerii z wyjazdu do Zabrza. W sektorze gości zameldował się komplet (według przyznanych biletów) – 1503 kibiców GieKSy, w tym wsparcie Banika Ostrava (15) oraz ROW Rybnik (50). Zdjęcia nadesłane przez kibiców. 

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga