Felietony Klub
Marketing w GKS Katowice
Dziś zapraszamy do kolejnego felietonu Leszka Góreckiego, który w swoim ostatnim tekście (tutaj) pochylił się nad organizację w klubie GKS Katowice. Dziś na tapet wziął marketing. Kolejny raz jest bardzo obszernie. Przypominamy także, że czekamy na Waszą twórczość na mailu gieksainfo[at]gmail.com.
Wracam do Was z nowym tekstem, tym razem nie będzie on o boiskowych sprawach, a o tym, czym GKS mógł się chwalić, czyli marketing. Moje teksty, mimo że mogą urazić pewne osoby odpowiedzialne za omawiane przeze mnie zagadnienia, mają zupełnie odwrotny cel. Ja, jak i cała społeczność, chciałbym dla naszego klubu jak najlepiej! Czasem inny punkt widzenia, może pozwolić spojrzeć z innej perspektywy. Wobec tego zapraszam do lektury. Wierzę, chociaż mam coraz mniej na to dowodów, że w klubie są osoby umiejące spojrzeć krytycznie na swoje działania i nie blokować się w żaden sposób na pomysły z zewnątrz.
Marketing w obecnym świecie czy to biznesu, czy to sportu jest rzeczą nieodzowną, a często nawet priorytetową, bo wiadomo, że jak cię widzą, tak cię piszą. W biznesie oczywistą sprawą jest, że duże koncerny „jadą” na marketingu i renomie bardziej niż na samej jakości produktu, bo pewnie każdy z nas spotkał się z produktem czy usługą dużej marki o średniej jakości i dużo droższym niż lokalny odpowiednik. Sport szeroko rozumiany też nie może przejść obojętnie obok tego tematu. Tournée klubów pokroju Barcelony, Manchesteru, Realu czy PSG po USA, Australii czy dalekim wschodzie, to nic innego jak właśnie sprzedawanie marki na innych rynkach niż tych, na których działają na co dzień. Wyżej wymienione kluby mają kibiców na całym świecie, a podróże w tamte strony to przede wszystkim okazja do zarobienia dużej kasy, pośrednio przez sprzedaż koszulek, gadżetów itd. lub bezpośrednio otrzymując spore kwoty za organizacje obozów w danym miejscu. Wyjątkiem tutaj może być Australia, do której angielskie kluby latają ze względu na swoich fanów, potomków angielskich kolonizatorów. O innych aspektach tej dziedziny myślę, że też nie ma co się zbytnio rozpisywać, bo tam każda z koszulek na dany sezon ma swoją kampanię, kolekcja sprzętu dla piłkarzy jest przedstawiana jako ciuch life stylowy, żeby zachęcić do jak największych zakupów. Szereg akcji świątecznych, urodzinowych czy charytatywnych robiony jest z ogromnym rozmachem i przywiązuję się do nich ogromną wagę.
Światowy sport i wielkie kluby to wydaje się jednak odległa kraina. Szczególnie gdy spojrzymy na to z perspektywy polskiego, a zwłaszcza katowickiego podwórka. No, ale czy faktycznie? Tutaj oczywiście nie można spojrzeć jednoznacznie, ponieważ trudno oczekiwać, że GKS Katowice grający od 18 lat w pierwszej lidze, w dodatku z dwuletnią przerwą na trzeci poziom rozgrywkowy, pojedzie na tournée po Azji. Natomiast wiele pomysłów niewymagających dużej kasy, można, a wręcz powinno się wykorzystywać w naszych realiach. Wiele dobrego mówiło się latami o marketingu w GieKSie. Warto zadać pytanie, czy słusznie? Ocenie poddam tutaj okres pocentrozapowy, gdyż właśnie wtedy dobrze mówiło się o tym zagadnieniu zwłaszcza w czasie obecności wiceprezesa, a później prezesa, Marcina Janickiego.
Marketing, a GKS
Warto zadać sobie pytanie, co ma dać klubowi sportowemu marketing? Pierwsze myśli to na pewno sponsorzy zarówno ci duzi, jak i mniejsi, budowanie frekwencji, ponadto oczywiście budowa świadomości marki, obecność w social mediach czy w szeroko pojętej przestrzeni publicznej. Jak to faktycznie z tym jest? A może jednak raczej było, ponieważ sporo rzeczy zostało zaoranych przez prezesa Szczerbowskiego. No i cóż może się narażę, ale warto postawić pytanie, czy jego decyzje były słuszne? Jak wiemy, patrzył on na te sprawy w sposób zero-jedynkowy, i jeśli widział, że coś nie przynosi korzyści to, to ciął. Oczywiście marketing to wartość nie do policzenia, a bardziej zobaczenia (co też w wielu przypadkach da się przeliczyć na kliki, lajki, wyświetlenia, subskrypcje itd.). Natomiast należy spojrzeć czy działania marketingowe przełożyły się bezpośrednio na frekwencje? Czy przyciągnęły do klubu sponsorów, co pozwoliło się w jakimś stopniu uniezależnić się od łaski Urzędu Miasta?
Niestety, ale obydwie odpowiedzi na to pytanie są negatywne. Frekwencja przy Bukowej wyraźnie spadła i utrzymuje się na wstydliwie niskim poziomie, tylko od święta wypełniając trybuny. O hali w Szopienicach nie ma co wspominać, bo jak na Mekkę polskiej, a w zasadzie to i światowej siatkówki, jaką jest Spodek, to najmniejsza frekwencja w lidze już zupełną porażką. Jedynie na hokeju hala wygląda przyzwoicie, ale tutaj potwierdza się, że najlepszym marketingiem są wyniki, a poza tym ilość miejsc na lodowisku jest śmiesznie niska, przez co nie wymaga specjalnych starań o kibiców. Piłka kobiet to dosyć specyficzna dyscyplina, skierowana często do innego widza niż piłka mężczyzn czy hokej. W każdym razie w sezonie mistrzowskim stadion solidnie zapełnił się tylko raz – na meczu, który mógł zadecydować o zdobyciu Mistrzostwa Polski. W kolejnym sezonie również nie widać zbyt dużej zmiany.
Jeśli chodzi o sponsorów, to trudno oczekiwać, by osoby odpowiedzialne za akcje z dzieciakami, brały udział z poważnymi podmiotami w sprawie sponsoringu za duże kwoty, natomiast dział sprzedaży, jak to fachowo nazywa się w naszym klubie, to też działania z zakresu marketingu, a osoby za to odpowiedzialne to zazwyczaj marketingowcy z wykształcenia. Oczywiście należy pamiętać o umowie sponsorskiej z AASA, co niewątpliwie było sukcesem, ale to jeden poważny sponsor całkowicie z zewnątrz, który trafił do klubu do czasu STS-u w obecnym roku. Oczywiście zazwyczaj „na klacie” pojawiało się logo jakiejś firmy, ale zazwyczaj były to firmy powiązanego z Urzędem Miasta. Gdy spojrzymy na zespoły siatkarskiej Plus Ligi, to koszulki meczowe przypominają słupy reklamowe, niestety w naszym przypadku wygląda to słabo. Bandy reklamowe też nie są wypełnione w jakiejś ogromnej ilości. W piłce kobiecej podczas transmitowanych meczów w TVP Sport klub również nie potrafi postarać się o większą od standardowej ilości reklam na bandach LED – koszt takiej reklamy jest relatywnie niski w porównaniu do ilości odbiorców.
Wiele akcji przeprowadzonych przez dział marketingu to naprawdę świetna robota. Ponadto wiele z nich trwa cały czas, mimo zmieniających się ludzi odpowiedzialnych za marketing. Zagraj na Bukowej – ta wieloletnia akcja okazała się rewelacyjna pod wieloma względami, o szczegółach nie ma co pisać, przez 10 lat każdy ją poznał. Oby wróciła! Rozdawanie prezentów mikołajkowych przez sportowców w Centrum Zdrowia Dziecka, super sprawa dla dzieciaków w szpitalu, wielokrotne spotkania w szkołach, przedszkolach, regularna obecność na rozpoczęciu roku szkolnego, stanowisko podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego, akcje w Centrum Krwiodawstwa.
Sami widzicie, że wiele z tych akcji to nie jest potężny koszt, a bardziej pomysł i działanie. Wiadomo, że wypada rozdać jakieś gadżety, czy słodki upominek, ale na takie akcje fundusze muszą się znaleźć, a i o darczyńców też łatwo. Ten tekst nie powstałby, gdyby było tak dobrze, jak wszystkie te akcje, które wymieniłem. Myślę, że potencjał klubu jako marki jest zdecydowanie większy, potencjał ten zwiększa się ze względu na wielosekcyjność, Katowice jako miasto to również wartość dodana, z jednej strony górniczy charakter, z drugiej miasto zmienia się w nowoczesną metropolię. Dlatego ten tekst będzie bardziej o rezerwach, szansach czy możliwościach, które są, bądź których ktoś mógł nie wykorzystać, jak należy. Co mam na myśli? Przeczytajcie sami.
Głośne nazwiska
Wykorzystanie głośnych nazwisk w promocji klubu. Jak ważne są duże nazwiska wywodzące się z klubu, bądź jemu kibicujące wiedzą w naszych zaprzyjaźnionych klubach: w Zabrzu – Podolski, w Ostravie – Milan Baros, Marek Jankulovski, czy David Pastrnak (gracz NHL), w Trnavie – Martin Skrtel. W Rozwoju Katowice regularnie mogą przywoływać nazwisko Arkadiusza Milika. Szombierki Bytom to Jakub Kamiński – tam za dużo marketingowo z tego jeszcze nie korzystają, bo to też klub o ograniczonych strukturach, ale za to mają korzyść finansową z jego transferu. Jeśli ekipa filmowa Premier League przyjeżdża do Zabrza, przeprowadza rozmowy z Lukasem, trenerem i nagrywa trening i obiekty klubowe, to chyba wystarczająco mówi, ile takie nazwisko daje klubowi. Wartość marketingowa samych klików jest ogromna, a co dopiero gdy odpowiednio się to wykorzysta. Nie wszyscy jednak potrafią korzystać z wizerunku takich osób. Konkretnym tego przykładem będzie Kamil Glik i GKS Jastrzębie, niewiele wspólnych działań tych dwóch stron widać, mimo że Kamil deklaruje się jako kibic Jastrzębian. Oczywiście takich nazwisk na próżno szukać w otoczeniu naszego klubu, bo niewielu naszych wychowanków gra w Ekstraklasie, o reprezentacji czy zagranicznych klubach, nie wspominając. Natomiast czy faktycznie nie ma nikogo, kto mógłby pomóc wypromować klub za granicą?
Pomyślmy… Fajnym przykładem może być tutaj Tomasz Zdebel, podobnie jak Jan Furtok dużo bardziej kojarzony jest w Niemczech niż w Polsce, bo tam spędził praktycznie całą karierę. No ale skąd wyjechał młodziutko wówczas Zdebel? Z Katowic, a dokładnie z GKS-u. Czy kibicuje naszemu klubowi? Oddajmy głos samemu zainteresowanemu: Pochodzę z Katowic, tam się urodziłem, chodziłem do szkoły i grałem w piłkę. To ostatnie stało się dla mnie bardzo ważne. Moim pierwszym klubem był Rozwój, oczywiście jeszcze trampkarskie czasy. Gdy tylko nadarzyła się okazja, przeniosłem się do GKS-u Katowice. Wtedy GieKSa liczyła się w Polsce, miała świetnych, szybkich i dobrych technicznie piłkarzy. Trudno było się nie zachwycać Jankiem Furtokiem albo Markiem Koniarkiem. Cała liga czuła przed nimi respekt, a my, chłopaki z trampkarskich drużyn, patrzyliśmy w tych charakternych gości, jak w święte obrazki. Szanowałem ich, ale największym idolem był dla mnie Andrzej Rudy. Pamiętam taki mecz na Stadionie Śląskim w Pucharze UEFA, GieKSa grała z Glasgow Rangers (2:4). Stałem za bramką i podawałem piłki. Byłem zachwycony, że z tak bliska mogę oglądać znakomitych piłkarzy, ale przede wszystkim widziałem Rudego, właściwie nie spuszczałem go z oka (źródło).
Oczywiście nie jest to jasna deklaracja, że GKS-owi kibicuje, natomiast wspominając o tym i pamiętając dość szczegółowo odległe czasy, można założyć, że może tak być.
Kolejny przykład jest podobny do powyższego. Eugen Polański — wrzucony do worka farbowanych lisów Franciszka Smudy na EURO 2012, chyba nieco przesadnie, bo urodził się w Polsce, posługiwał się językiem polskim. Co łączy go z GieKSą? Jakiś czas temu trafiłem na wypowiedź tego wtedy jeszcze zawodnika Hoffenheim: Jestem z Katowic i lubię GKS. Kiedyś śledziłem ich wyniki regularnie, jak byłem piłkarzem Borussii Mönchengladbach. Kumplowałem się wówczas z Czechem Vaclavem Sverkosem, były graczem Baniku Ostrawa. GKS z Banikiem mają zgodę, ich kibice się lubią. Razem kibicowaliśmy swoim drużynom. Dziś robię to rzadziej, ale włączę czasem Internet, żeby zobaczyć, co się dzieje z drużyną.
Kibicom Sverkosa przedstawiać nie trzeba, bo to wielki kibic Banika, ma tatuaż z herbami GieKSy i Banika. Można łatwo zweryfikować te słowa, a najlepiej zaprosić ich wspólnie.
Niedawno mieliśmy okazję oglądać transfer Sonny’ego Kittela do Rakowa, w jednym z wywiadów powiedział, że jego mama i dziadkowie są z Katowic i możemy założyć, że w Katowicach bywał – oczywiście to też nie oznacza, że sympatyzuje GieKSie (źródło).
W każdym razie te trzy przypadki można spróbować wykorzystać do promocji, budowania społeczności i to bez większych nakładów finansowych. Jakim kosztem stricte finansowym jest wysłanie listu, a w nim koszulki meczowej, miejskiego wydana słynnej gry Monopoly i zaproszenia na mecz? Oczywiście umówić się przy tym na rozmowę, poproszenie o wrzucenie jakiejś fotki na prywatne social media? Ja bym to zrobił w momencie przeczytania, czy wysłuchania takiego wywiadu. Musimy pamiętać o tym, że Niemcy lubią gadżety piłkarskie, a nasze koszulki zazwyczaj są ładne i wpadają w oko. A nóż któryś z niemieckich kolekcjonerów zechce takie coś kupić? Nie wspominając nawet o potencjalnych followersach itd. Czy jest szansa, żeby odwiedzili Katowice i stadion GKS? Skoro Martin Max przyjechał na jubileusz Rodła Górniki (Górniki to malutka dzielnica Bytomia), ściągając przy tym stare legendy Schalke 04, to myślę, że mamy warunki, żeby pomyśleć o takich gościach – zwłaszcza w perspektywie otwarcia nowego stadionu.
Skupiłem się tutaj na piłce nożnej a GKS to także zapasy, hokej i siatkówka. Czy przy tych dyscyplinach jest, gdzie uderzyć, żeby skorzystać ze słynnych nazwisk? Oczywiście, że tak.
Przez 2 lata naszych barw bronił Matias Lehtonen — każdy kibic docenia umiejętności tego hokeisty, przecież mocno przyczynił się do dwóch Mistrzostw Polski, ale to i tak niewiele przy karierze jego brata Mikko. Starszy z braci jest dwukrotnym mistrzem świata (2019, 2022) oraz mistrzem olimpijskim. To duża sprawa w hokejowych warunkach. Czy można być ten wątek mocniej pociągnąć przez nasze media? Myślę, że tak skoro była nawet okazja do rywalizacji dwóch braci w hokejowej Lidze Mistrzów. Aż prosiło się wtedy o dłuższą, nieco ekskluzywną rozmowę z dwoma hokeistami. Matthias Płachta, syn Jacka naszego trenera, to znów w hokejowym świecie poważne nazwisko – gwiazda DEL – hokejowej Bundesligi, do tego srebrny medalista Igrzysk Olimpijskich w 2018, a także uczestnik Mistrzostw Świata elity. W przypadku gdy jego ojciec jest naszym trener z dużymi sukcesami, pochodzi Katowic i to nasz człowiek, to logicznym wydaje się, żeby wykorzystać te powiązania, bo do tej pory niczego takiego nie było. Zostając w wątku hokeja, to chyba każdy z nas widział Davida Pastrnaka z Boston Bruins w koszulce GieKSa&Banik na wyjeździe w Pradze. Fajnym przykładem, jak można pewne rzeczy wykorzystać, to obecność Jaromira Jagra na finale play-off w 2022 roku. Rzucił pierwszy krążek, otrzymał koszulkę, do tego jakiś gadżet i… wystarczy. Od takich rzeczy można zaczynać.
Kiedy myślimy o siatkówce i Katowicach to pierwsza rzecz, jaka z tym się kojarzy to oczywiście Spodek, Mekka siatkówki. Myślę, że miejscy włodarze liczyli na to, że siatkarska GieKSa będzie przedłużeniem tego, co w Spodku dzieje się podczas meczów reprezentacji. Jak bardzo przestrzelone to były rokowania, świadczy to, że na hali w Szopienicach wieje wiatr, a większa ilość widzów jest wtedy, gdy przyjadą kibice gości z Kędzierzyna, Zawiercia czy Jastrzębia. Mecze GieKSy w Spodku zdarzają się od święta i to niestety dosłownie (jak w Wielkanoc), zazwyczaj z mało medialnymi rywalami. W każdym razie znów możemy zapytać: czy jest kogo wykorzystać, żeby zrobiło się bardziej medialnie? Obecnym kapitanem naszej drużyny jest Jakub Jarosz — wielokrotny reprezentant Polski z sukcesami, a ja śledzący dosyć regularnie social media klubowe, nie pamiętam jakiejś obszernej rozmowy z tym siatkarzem. Mam na myśli tutaj rozmowę szerszą i dłuższą aniżeli omówienie spotkania, okresu przygotowawczego itd. Ponadto jest Grzegorz Kosok, wychowanek naszego klubu, co prawda w piłce nożnej, natomiast to również świętujący sukcesy w lidze czy reprezentacji siatkarz, który też mógłby poopowiadać o siatkówce, o mieście, klubie itd.
Zapasy swego czasu to była wizytówka naszego klubu, regularni olimpijczycy, a także medaliści, to zawodnicy naszego klubu. Andrzej Supron to srebrny medalista z Moskwy, ponadto wielokrotny medalista Mistrzostw Świata, Europy i Polski. Zapaśnik ten to bardzo medialna postać i, co warte podkreślenia, często pojawia się przy okazji promocji zapaśniczego GKS-u, wręcza nagrody na zawodach. Robi to często w naszym dresie i zawsze ciepło wypowiada się o naszym klubie – świetnie! O to w tym chodzi.
Jak powyżej można przeczytać, wiele jest punktów zaczepienia, z których trzeba próbować korzystać. Jasną sprawą jest, że nie każdy będzie zainteresowany, ale tego się nie dowiemy, dopóki nie spróbujemy.
Imprezy międzynarodowe
Przejdźmy dalej, bo przecież jako klub mieliśmy okazje organizować imprezy międzynarodowe na naszych arenach. Europejskie puchary w hokeju i piłce kobiet to kolejna sprawa, którą można było odpowiednio wykorzystać, żeby pokazać się za granicami kraju jako drużyna, miasto, kibice i organizacja.
Hokejowa Liga Mistrzów
Szansa została zaprzepaszczona na samym początku, kiedy nie podjęto starań organizacji spotkań w Spodku. Hala na pewno przyciągnęłaby wielu fanów hokeja, którzy przyszliby dla samej dyscypliny, a przy odpowiedniej mobilizacji byłaby w stanie wypełnić się dosyć mocno. Finalnie skończyło się na Jantorze, który wiadomo, gdzie się znajduje. Osobną sprawą był bojkot, który spowodował, że hala nie była wypełniona ani razu w 100 proc., nie mówiąc o zyskach, bo ciężko o nie, kiedy 1/3 biletów została rozdana, a obowiązkowo na mecze musiały stawić się drużyny piłkarzy, piłkarek i siatkarzy. Pamiętajmy też, że taki turniej to koszt sam w sobie, do którego federacja nie dokłada. Klub oczywiście próbował stworzyć atmosferę święta, ale klimat był przy tym ciężki, więc rewelacji być nie mogło. Natomiast też nie uważam, by zalewała nas jakaś niesamowita liczba materiałów promujących wydarzenie. Wydano kilka gadżetów okolicznościowych, jak kubki, mini koszulki, mini kije, wyroby szalopodobne (sam nie wiem, jak to coś nazwać), a także smycze, które raczej wykorzystywane były do akredytacji czy identyfikatorów podczas imprez, a nie codziennego noszenia. Wydano również napoje typu energy-drink. Zabrakło zwykłych koszulek, a przede wszystkim programów meczowych poświęconych całemu turniejowi CHL w formie skarbu kibica, z tabelami do wpisywania wyników, zdjęciami drużyn, kadr zespołów i po prostu ciekawostek. Takie wydania często wartość zyskują po latach. Czy to był zbyt duży koszt? Z pewnością nie, a potencjalni sponsorzy czy partnerzy do takie wydawnictwa na pewno by się znaleźli.
Sprawa Ligi Mistrzów została na starcie przegrana przez brak gry w Spodku, co znacząco mogłoby pomóc w tym, żeby i w tym roku Mistrz Polski grał w CHL. Reszta działań to wykorzystanie tego, co pozostało, natomiast brakowało tutaj fachowego podejścia do zagadnienia.
Turniej eliminacyjny kobiecej Ligi Mistrzów
Od bardzo dawna nie było nam dane gościć europejskich pucharów przy Bukowej. Czy ktokolwiek po słynnym eurowpierdolu (być może pierwszym w historii kraju) z Cementarnicą Skopje, spodziewał się, że kolejna taka szansa przyjdzie za 20 lat, a w dodatku będzie to drużyna kobiet? Dodatkowym bodźcem do śledzenia tego wydarzenia było także to, że najprawdopodobniej to ostatnia szansa na międzynarodowe widowisko na Bukowej. Jeśli chodzi o organizacje, to na pewno było łatwiej, z tego względu, że UEFA wykładała środki, a Bukowa też nie wymagała dodatkowych inwestycji. Zasady turnieju zakładały cztery mecze. O aspektach sportowych nie ma co się rozpisywać, bo nie tego dotyczy ten tekst.
Całe to wydarzenie można ocenić dwojako. Opinia zewnętrzna ocenia to całkiem dobrze, chwaląc otoczkę, promocję wydarzenia — ilość akcji, klipów, ulotek, bannerów czy reklam był naprawdę spory. Filmik w języku angielskim z Nicole Zając, jako lektorem, to również super sprawa, bo jej biegłość w posługiwaniu się tym językiem wyszła w tym przypadku bardzo dobrze. Piłkarki bywały na rynku czy na meczach piłkarzy rozdając zaproszenia na mecz. Klub uznał, że to odpowiedni czas, żeby na mecze piłkarek wprowadzić bilety. Cena 10 zł była tutaj jak najbardziej na miejscu. Na spotkaniu z Anderlechtem było nas 1965. Organizacja samego turnieju również wypadła dobrze, były punkty gastronomiczne na meczach. Fajnie opakowano to w mediach klubowych, były transmisje z kilku kamer, dwóch komentatorów. Co do gadżetów okolicznościowych klub nie mógł za bardzo podziałać ze względu na brak możliwości użycia oficjalnego logo Champions League.
Sama frekwencja to średni wynik — osoby odpowiedzialne za promocję wydarzenia z klubu uważały, że być może potrzebne będzie otwarcie Blaszoka. Można było liczyć na dużo lepszy wynik, gdyby odpowiednio zmobilizowano kibiców, skoro ci raptem kilka dni wcześniej potrafili pojechać do Bielska-Białej w ponad 3000 osób. Nie udało się pobić rekordu frekwencji na klubowym meczu piłki nożnej kobiet w Polsce, a to już porażka. Miejmy na uwadze, że to mogła być jedna z ostatnich szans na bicie takiego rekordu. Pogoń Szczecin ma dużo większe zaplecze kibicowskie niż my, Lech Poznań powoli wspina się po szczeblach ligowych, a w ich przypadku kilka tysięcy nie będzie większym problemem. Zwieńczeniem imprezy były obszerne kulisy z całego turnieju. Podsumowując — impreza została bardzo fajnie opakowana, natomiast w mojej ocenie promocja skupiła się bardziej na eksponowaniu miasta czy klubu niż samego turnieju w postaci meczów piłkarskich. Podobnie jak w przypadku hokejowej Ligi Mistrzów zabrakło programu turniejowego z kadrami zespołów i rysem historycznym. Brak wydania w formie papierowej to jedno, ale na próżno było szukać kadr zespołów na klubowych socialach. Wideo poturniejowe było obszerne, ale też praktycznie nie było tam rozmów z zawodniczkami drużyn przyjezdnych, a to też wypadałoby w takie materiały wrzucić.
Puchar Kontynentalny
O organizacji samego turnieju niestety nie możemy nic napisać, bo klub ani miasto nie zdecydowały się na organizację imprezę. Jak mantrę powtarza się, że w Spodku taka impreza jest ciężka do zorganizowania, bo trzeba sprawę załatwić odpowiednio wcześniej ze względu na napięty terminarz. Koszt takiej zabawy również nie jest mały. W każdym razie chciałoby się, żeby miasto poszło czasem Va Banque i zdecydowało się zarezerwować Spodek w odpowiednim terminie i podjęło się organizacji takiego turnieju w Katowicach. Jak już przy samym turnieju jesteśmy, jak najbardziej należy pochwalić obecność klubu w Cortinie. GieKSik chodzący po mieście i częstujący śląskimi słodyczami, rozdawano broszury promujące miasto i widać było, że robiło to wrażenie na mieszkańcach włoskiego kurortu. Turniej finałowy odbył się w walijskim Cardiff. Nasz klub zgłosił kandydaturę i co ciekawe wyznaczono do tego Satelitę, natomiast brak oficjalnej wzmianki o chęci kandydatury wiele mówił o „staraniach”.
Mecz pucharowy z Górnikiem Zabrze
To wydarzenie to zdecydowanie mniejsza skala wydarzenia, niż te powyższe, ale widownia, która była, a raczej powinna być, powoduje, że mecz ten znalazł miejsce w tym zestawieniu. Brak kompletu na takim meczu to bardzo duży kamień do ogródka osób za to odpowiedzialnych. Oczywiście, pora meczu nie była idealna, bo 21.00 dla ludzi, którzy pracują od 6:00 kolejnego dnia, równała się urwaniem części nocy. Ale to jednak mecz derbowy, do tego z naszą zgodą. Nie dopisali również goście, bo ich liczba też nie była żadną rewelacją, ale patrzmy na siebie. Klipy i posty promujące ten mecz, mimo że wykonane dobrze, wypuszczane zostały dopiero w poniedziałek na 2 (!) dni przed meczem, a przecież poprzedni mecz u siebie graliśmy w piątek, 12 (!) dni wcześniej z Zagłębiem Sosnowiec. Tak naprawdę od soboty klub powinien był ruszyć ze wzmożoną promocją tego spotkania. Była orkiestra górnicza, fajnie wpisująca się w historię obydwu klubów. Polityka biletowa na to spotkanie to też sporo błędów. Bilety w pakiecie de facto okazały się dwoma biletami kupionymi razem, bez żadnej promocji cenowej. Wejście na Blaszok w cenie biletów na Trybunę Główną — sami przyznacie, że można było to zrobić lepiej. W efekcie wielu ludzi bardzo mocno żyjących klubem nie czuło klimatu zbliżającego się święta. Dla kibiców Górnika czekał dodatkowy punkt cateringowy w okolicach sektora 6, co należy pochwalić. Niestety nie mieli, gdzie usiąść, a i na to miejsca by przecież wystarczyło. Bez komentarza pozostawię fotkę rzecznika prasowego z Janem Urbanem i żartem o liczbie meczów w La Liga. Przegraliśmy 0-4 w meczu derbowym, a część ludzi chyba zapomniała, że mimo zgody takie mecze chcemy wygrywać…
Social Media
Dużym zainteresowaniem cieszą się klubowe media. Dotyczy to zarówno naszego klubu, jak i większości klubów sportowych w zasadzie na całym świecie. Spójrzmy więc, jak wygląda to na naszym podwórku. Klub jest bardzo aktywny w sieci — wspólne konto na YouTube i Instagramie, oddzielne konta dla sekcji na Twitterze (X) i Facebooku. Pomysł ten uważam za całkiem rozsądny, ponieważ kibic szukający informacji o konkretnej sekcji ma wszystko w jednym miejscu. Co do YouTube wspólne konto pozwala na większy zasięg filmów. Instagram to głównie zdjęcia i relacje, więc rozdzielanie kont dla każdego zespołu mijałoby się z celem.
Facebook, Instagram czy Twitter prowadzony jest na dobrym poziomie. Ilość i częstotliwość postów jest regularna, ale też nie nachalna, posty są stosunkowo czytelne i treściwe. Grafiki uważam, że przygotowywane są na wysokim poziomie. Mamy odniesienia do meczów historycznych, przypomnienia o urodzinach naszych legend. W tygodniu przypominane są ciekawe wydarzenia z weekendu. Bardzo fajnym pomysłem jest przygotowanie grafik jako motywów przewodnich na topowe mecze jak derby z Ruchem czy Górnikiem. Podobnie do tego ma się kwestia profili sekcji. Piłka nożna to kolor żółty, siatkówka – zielony, hokej znów na czarno. Do czego można, a w zasadzie należy się przyczepić, to ostatnimi tygodniami wkurzająca wręcz liczba postów reklamujących sklep czy ofertę tego sklepu. Uważam, że sklep powinien mieć osobny profil, a na sportowych profilach od czasu do czasu mógłby znaleźć się odnośnik. Na pewno nie w takiej liczbie, jak ma to miejsce obecnie. Często wrzucane są też krótkie klipy z treningów, jednak dobór tych filmików mógłby być lepszy — wybrać bardziej dynamiczne ujęcia, gdzie padają bramki, są parady bramkarzy, a nie rozgrzewka. Galerie z meczów wrzucane są regularnie, a jakość ich również stoi na wysokim poziomie, dzięki czemu Instagram wygląda bardzo dobrze. Bywa wesoło, bywa poważnie, jak dla mnie wszystko jest na odpowiednim poziomie, relacje również przyciągają. Działalność na Twitterze to tak naprawdę skrócona długość postów z Facebooka, bo taka też jest specyfika tego portalu. Brakuje krótkich form wyjaśniających daną sytuację, np. dla uspokojenia opinii publicznej. Przykładem niech będzie tutaj komunikacja podczas zimowych kolejek z Arką i Miedzią. Nie każdy wie, w jaki sposób działa podgrzewana murawa, co dzięki niej można zyskać, a z czym sobie nie poradzi. Myślę, że gdyby klub wrzucił odpowiednią informację, ucięłoby się spekulacje, domysły.
Zwieńczeniem mediów społecznościowych naszego klubu jest oczywiście profil na YouTube. Uważam, że ilość i jakość przygotowywanych filmów to dobry poziom na tle tego, co możemy oglądać w polskich mediach klubowych. Zerkam od czasu do czasu na kanały YouTube innych zespołów, jak chociażby Górnika Zabrze i porównując ich klipy do naszych, to wypadamy lepiej. Oczywiście każdy ma swój odrębny styl, natomiast patrząc pod kątem jakości ujęć i montażu, to jest naprawdę dobrze. Coraz więcej jest ciekawych pomysłów na kulisy meczowe, jak np. w poprzednich sezonach pokazanie przygotowania do meczów poprzez fizjoterapeutów czy kierowników piłki nożnej, hokeja. Kibic mógł zobaczyć, jak wygląda tło tego, co widzimy na tafli czy boisku. Filmy z kulisami zdobycia mistrzostwa przez hokeistów czy piłkarki, to też naprawdę kapitalna robota i oglądało się to świetnie. Natomiast nie byłbym sobą, gdybym do czegoś się nie doczepił. O samej jakości tych klipów można wypowiadać się tylko i wyłącznie bardzo dobrze, ale w mojej ocenie można doczepić się do treści samych klipów. Widoczny jest brak rozeznania, znajomości ludzi związanych z dyscypliną czy nawet samej dyscypliny, ale też samego czucia tego, w którą stronę poprowadzić rozmowę. Podczas meczu z Wisłą Płock rzecznik rozmawiał z dziennikarzem z Japonii o Shibacie, aż się prosiło, żeby wspomnieć, że mamy w klubie hokeistę z tego samego kraju. Przykładem tego może być rozmowa z jednym z kibiców przed meczem piłkarzy, którym okazał się Jacek Furtok – syn Jana. Niestety rozmowa wyglądała tak, że… nie zdawano sobie sprawy, z kim się rozmawia. Brakuje rozmów z naszymi byłymi zawodnikami, gdy gramy z obecnymi drużynami. Przyjechał Bartłomiej Spałek – fizjoterapeuta Górnika, syn naszego wieloletniego fizjo – Wojciecha, a przede wszystkim nasz kibic, a nikt z nim nie porozmawiał. W tym samym meczu grał także Paweł Olkowski, który seniorską karierę rozpoczynał w Katowicach. Takich okoliczności jest naprawdę dużo, a takich rozmów niestety nie ma. Fajnym pomysłem jest obecny format kulis hokejowych, jako rozmów z zawodnikiem jako tło samego meczu, tyle że te rozmowy są miałkie, niewiele w nich hokejowych smaczków, a pytania są dość standardowe. Igora Smala należało wypytać o jego przygodę w Szwecji, bo wiemy, co to oznacza w świecie hokeja, nie mówiąc już o tym, że można było go zapytać o wyjazd z kibicami do Bielska. Jak wyżej napisałem — w obecnym sezonie mamy nie lada gratkę w postaci dwóch Japończyków w klubie —Shun Shibata i Shigeki Hitosato. Przecież to samograj — możliwości nagrania wspólnego wywiadu, przygotowania tradycyjnego sushi itd. Finalnie skończyło się na… jednej fotce, bo Hitosato przyszedł na mecz piłkarzy i sam zszedł na murawę, by zapoznać się z piłkarzem. Skoro można wykorzystać Christiana Alemana do tworzenia filmów opisujących nasz stadion, co stoi na przeszkodzie na szerszy materiał z naszymi dwoma sportowcami z kraju Kwitnącej Wiśni? A przecież chyba każdy z nas wie, jak pozytywny oddźwięk może mieć taki materiał w samej Japonii, a to znów lajki, wyświetlenia itd.
Osobną kwestią są wywiady przeprowadzane przez rzecznika czy inne osoby za to odpowiedzialne. Pytania są formułowane w taki sposób, że albo od razu sugerują odpowiedzieć, albo pytany musi sam wydedukować, o co został zapytany. Ponadto są to pytania najbardziej oczywiste, jakie można by zadać, np. „wygraliśmy 1-0, co możesz powiedzieć o spotkaniu?” Ręce opadają… Część kibiców zrezygnowała z oglądania takich rozmów, bo są nudne i przewidywalne. Co gorsze mam wrażenie, że i sami rozmówcy nie za bardzo chcą odpowiadać. Kolejną kwestią, którą warto przemyśleć to podcasty. Klub ma sporo zawodników, by stworzyć cykl dłuższych rozmów, które kibic mógłby sobie odtwarzać w dowolnym momencie, bez potrzeby patrzenia w ekran, jak ma to miejsce w kulisowych rozmowach.
Koszulki meczowe
W tekście wspominałem już o koszulkach meczowych. Śmiało możemy stwierdzić, że zazwyczaj trykoty przygotowane są bardzo starannie. Szczególnie te hokejowe charakteryzują się świetnymi pomysłami, a co warte dodatkowego podkreślenia, to nawiązanie do historycznych strojów, tradycji naszego klubu czy miasta. Dzieje się tutaj naprawdę dużo, więc nic tylko przyklasnąć. Piłkarki grają w takich samych modelach, co piłkarze, co też wygląda dobrze. W piłkarskich koszulkach jest sporo pomysłu, mieszanie między pasiakami a koszulkami jednolitymi, pojawiają się nowe elementy, odnośniki do tradycji, ale co najważniejsze nie ma w tym wszystkim przesady i zawsze jest przygotowane to zgodnie z barwami. Kapitalnym pomysłem i wykonaniem okazały się ostatnie koszulki na derby z Ruchem, nawiązujące do rywalizacji w finale Pucharze Polski z Niebieskimi.
GieKSik
Chyba każdy pamięta, jak latami mówiło się o braku maskotki klubowej. Ktoś wpadł na pomysł by taką maskotką była postać trochę podobna do bohaterów bajki Bolek i Lolek. Wybór padł na GieKSika. Mimo obaw pomysł okazał się strzałem w dziesiątkę. Uśmiechnięta buzia powoduje sporo radości wśród dzieciaków, a i dorosły też się uśmiechnie. Oczywiście wypełnienie tej maskotki przez lata się zmieniało. Natomiast osoby, które robiły to zazwyczaj też dobrze się w tej roli czuły, co przekładało się na pełen obraz GieKSika. Maskotkę widać przy większości wydarzeń, tworzone są maskotki, koszulki i różne gadżety z tym związane. Zazwyczaj ubiera też koszulkę zgodnie z meczem danej sekcji, a gdy trzeba to garnitur. Dzisiaj już nikt nie wyobraża sobie, by mogło go kiedyś zabraknąć. Dużą wtopą ze strony marketingu był GieKSik bez koszulki w Bielsku. Wyszło to fatalnie. Myślę, że wiele osób ze mną się zgodzi, że lepiej by było, gdyby nie było go wcale. W myśl zasady — jak coś robisz, rób to dobrze. O obecności tego dżentelmena we Włoszech pisałem powyżej – ubiór też był odpowiedni.
Podsumowanie
Marketing w naszym klubie ma już określoną renomę, przez co i wymagania kibiców są coraz większe. Po rządach poprzedniego prezesa, który wyciął cały dział, czas na odbudowę i pobudkę ze snu zimowego. Podstawy są solidne, a materiału i narzędzi do pracy też nie brakuje. Wchodzimy w rok z bardzo dużym wydarzeniem w historii klubu. Pracujmy od dziś, aby zapełnić nowy stadion. Czas ucieka bardzo szybko, a działań nie ma zbyt wiele. Choć nie można nie zauważyć pewnej odwilży w postaci nowych osób w dziale marketingu.
Chciałbym, żeby ktoś przemyślał temat wspólnej burzy mózgów z kibicami. Sympatycy naszego klubu odwiedzają hale, stadiony czy lodowiska w Europie. Ktoś inny być może interesuje się takimi zagadnieniami i ma wiele pomysłów, które warto wprowadzić również w Katowicach. Może warto wprowadzić jakiś panel w dowolnej formie, by podsyłać pomysły do osób za to odpowiedzialnych?
Pozdrowienia!
Leszek Górecki
Felietony Piłka nożna
Kato-Miszkolc dwa bratanki – reportaż z Węgier
Swą podróż do Miszkolca rozpocząłem już dzień przed meczem. Za długo człowiek czekał na te puchary, żeby odmówić sobie przyjemności zrobienia „kontentu” daleko wykraczającego poza samą piłkę nożną. Lata jeżdżenia po ośrodkach pierwszoligowych, a przez chwilę nawet drugoligowych mogła wywołać rutynę i znudzenie. Ileż razy można było jeździć do Suwałk, Grudziądza czy Pruszkowa. Sześcio- czy siedmiokrotne wizyty w niektórych miastach (a na Arce czy w Niecieczy to i osiem razy) powodowały, że stadiony rywali znałem jak własną kieszeń.
Teraz sytuacja się odmieniła, bo mamy ekstraklasę i jest trochę nowości. To znaczy teraz dalej będą powtórki, ale nowe. Na takim Rakowie od awansu byliśmy już trzy razy, a już niedługo będzie czwarty. Taka rutyna nie zaszkodzi. Za to europejskie puchary są jedyne w swoim rodzaju, bo prawdopodobieństwo trafienia na tego samego przeciwnika jest nikłe. Dlatego są to doświadczenia unikatowe. Wymagające specjalnego potraktowania.
***
Śniadanie to najważniejszy posiłek dnia. A zwłaszcza przed podróżą. Dlatego też musiała najpierw nastąpić konsumpcja. Jeszcze chwila ogarnięcia się i w drogę na Węgry. Czekało mnie planowo ponad pięć godzin jazdy, ale wiadomo było, że z postojami wyjdzie to nieco dłużej.
Było ciepło, bardzo ciepło. Ale to była tylko przygrywka do tego, co się będzie działo na Węgrzech. Zapowiadane temperatury na środę i czwartek to 39 stopni. Grunt to dobry humor i… klimatyzacja.
Droga przebiegała spokojnie. Trochę zakorkowany wjazd na Zakopiankę, ale zupełnie bez tragedii. No i dalsza trasa. Zakopianka czy nowa Zakopianka przebiega naprawdę malowniczymi terenami, na granicy Beskidu Żywieckiego, a Beskidu Wyspowego, Makowskiego czy Gorców. Dzięki czemu podczas trasy możemy podziwiać malownicze wzgórza, z tymi rozpościerającymi się przysiółkami, domostwami. Na swoich długo czy średniodystansowych szlakach przecinałem Zakopiankę – czy to na Głównym Szlaku Beskidzkim, a także szlaku Brzeźnica – Kacwin.
W Nowym Targu było odbicie. Za miastem krótki postój na kupienie czegoś zimnego i stacyjną przekąskę. Już stąd rozciągał się piękny widok na Tatry. Tatry, które miałem od wschodniej strony objechać. Cieszyłem się na tę drogę. Tym bardziej, że w życiu tak dużo chodziłem po górach, że nieraz jadąc przez jakieś dziwne miejsca mogłem powiedzieć – byłem tutaj.
Tak było choćby, gdy przejeżdżałem przez Bukowinę Tatrzańską, przez którą przechodzi szlak Trzy Kopce – Chochołów. Przeszedłem go za drugą próbą, bo za pierwszą narzuciłem sobie zbyt duże tempo pierwszego dnia i po przejściu ponad 40 kilometrów w ulewnym deszczu poległem. Pamiętam, że dzień później GieKSa wygrała u siebie z Garbarnią 2:0. Czasy Covidowe.
Tak więc Bukowina (wcześniej Białka) czy Czarna Góra były mi dobrze znane. Ja tym czasem zbliżałem się do granicy w Jurgowie, a moim oczom ukazywały się najpiękniejsze Tatry Bielskie. Przejeżdżałem przez Zdziar. Miejscowość, w której miałem kiedyś nocleg przed wielodniowym pobytem w Tatrach Słowackich. Wówczas to ruszyłem w Tatry Bielskie właśnie – niestety na Hawrań, Murań czy Płaczliwą Skałę nie można wchodzi ze względu na rezerwat – choć jakieś gagatki wówczas miały to za nic i i tak wchodziły. Ja potem udałem się do schroniska przy Zielonym Stawie i Jagnięcy Szczyt. To byli czasy.
Jadąc autem niestety nie mogłem robić zdjęć w najbardziej efektownych momentach. Ale gdzieś tam raz czy dwa przystanąłem i udało się zrobić fotki tych majestatycznych, zielonych i trawiastych zboczy. To naprawdę jedno z moich ulubionych miejsc.
Droga przebiegała spokojnie – przez Tatrzańską Kotlinę, Tatrzańską Łomnicę i Wielką Łomnicę. Gdzieś tam kilka razy przecinałem tory, po których porusza się Elektrická, czyli kapitalna transportowa sprawa, pozwalająca poruszać się w większej części południowego krańca Tatr. Sam z niej korzystałem wielokrotnie. Wkrótce dotarłem na obrzeża Popradu, a to oznaczało, że zaraz wyjadę na autostradę.
Droga tą autostradą to była poezja. Samochodów było na niej niebywale wręcz mało. Często zdarzało się tak, że zarówno z tyłu, jak i z przodu na horyzoncie nie było ani jednego. I tak przez całe, całe minuty. Jechałem więc przez te słowackie pola, malowniczo to wyglądało, inaczej niż w Polsce. Tak więc podążałem sobie ku Węgrom.
Po drodze stwierdziłem, że jednak nie będę jechał na miejscówkę, tylko od razu na stadion na przedmeczową konferencję. W Żylinie nie dałem rady ze względu na to, że w środę jeszcze „uszczknąłem” pracę i wyjeżdżałem dopiero o dwudziestej. Tutaj z racji porannego wyjazdu, konferencja była wpisana w plan.
Zszokowałem się, gdy podczas postoju na stacji wysiadłem z auta. Wiadomo, w samochodzie klimatyzacja i człowiek się przyzwyczaja do normalnej temperatury. Po wyjściu na zewnątrz – ukrop. Niesamowity ukrop. Można było odnieść wrażenie, że im bardziej na południe, tym goręcej. W sumie – logicznie.
Dojechałem do węgierskiej granicy. Dalsza droga aż do Miszkolca, równie przyjemna, co na Słowacji. Kilkadziesiąt minut i dotarłem do miasta docelowego. Wjazd do centrum i w stronę stadionu. Odrobinę inaczej niż w Polsce, na przykład czerwone światło i zielona strzałka na wprost. Za pierwszymi dwoma razami miałem zawias. Potem już śmiało jechałem.
Dotarłem do stadionu DVTK, czyli Diósgyőri Vasgyárak Testgyakorlók Köre, bo tak nazywa się drugoligowy klub, który gra na tym obiekcie. Co ciekawe klub ma na koncie Mistrzostwo Węgier w… szachach. Dobrze znamy ten smak triumfu w krajowej lidze.
Pod stadionem byłem o 16.40, czyli pół godziny przed planowaną konferencją. Stadion wyglądał… tak jak na Google Maps. Dzisiaj coraz mniej jest tajemnic. Choć jak na Google Maps „wjedziecie” sobie na sam parking tuż przy stadionie – to zobaczycie zdjęcia sprzed kilkunastu lat, jeszcze ze starym oldchoolowym obiektem. W każdym razie prezentuje się ładnie, jest dość spory, a dzięki informacjom sprzed wyjazdu, dokładnie wiedziałem, gdzie wejść.
Tak więc podchodzę do panów ochroniarzy, jeden powoli, mozolnie, gasi papierosa i zmierza do drzwi, żeby mnie wpuścić. Otwiera je i pokazuje następne, gdzie jest sala konferencyjna. Wchodzę więc i witam się z ludźmi z oficjalnych mediów GieKSy, którzy też niedawno – dotarli na miejsce. Kręcą się tam ludzie z Hapoelu Tel Awiw, drużyna miała chwilę wcześniej trening. A ja czekam na konferencję, na której pierwotnie miał być trener i Alan Czerwiński, ale z racji lekkiego opóźnienia pojawił się tylko szkoleniowiec.
Jestem jedynym na tej konferencji oprócz chłopaków i dziewczyny z oficjalnej. Zazwyczaj było tak, że jak nie było żadnego dziennikarza na tych briefingach, to po prostu media GieKSy robiły wywiad z trenerem. Tutaj zrobiliśmy wszystko „oficjalnie”, czyli przy stole, na tle ścianki Hapoelu.
Zadaję pytanie trenerowi o Węgry, gdyż to w tym kraju zaczęła się jego historia w GKS. Pamiętne zgrupowanie w Telki, na które pojechaliśmy jako redakcja Bukowej, by je relacjonować. To było 15 lat temu, a my wówczas połączyliśmy wakacje z pracą na rzecz GieKSiarskiej społeczności. Dziwne, trudne i piękne to były czasy. Byliśmy na sparingach, m.in. GieKSa grała z Honvedem w Budapeszcie, a przed tymże sparingiem odegrano hymn Polski. Wszyscy byliśmy wtedy młodziutcy, zresztą zobaczyć możecie to na filmach poniżej. No i był kot Laszlo w ośrodku reprezentacji Węgier.
Jeszcze przed briefingiem i po nim udaję się na sektor prasowy. I tam od razu niespodzianka. Na stanowiskach są już wydrukowane kartki z nazwiskami dziennikarzy, więc mam już swoje przyporządkowane miejsce. Jest to komfort – dzień przed meczem znać już wszystkie trakty, wiedzieć, gdzie wejście, sala konferencyjna, jak wygląda prasówka. Jest to odhaczone i nie trzeba się następnego dnia stresować. Bo często na stadionach te oznaczenia są niejasne lub w ogóle jest ich brak, a ochrona zazwyczaj nic nie wie.
A tutaj – komfort. Dodatkowo sama prasówka jest na samej górze (jak wchodziłem, to jakiś gościu wywoził stół do ping ponga). Wszystko na swoim miejscu. Widok na boisko znakomity. Toteż po konferencji siadam na chwilę na „swoim” stanowisku i gdy piłkarze zaczynają trening – ja zamieszczam na stronię relację z konferencji właśnie. Zajmuje mi to wszystko z godziny, po czym kieruję się do wyjścia.
Przed stadionem spotykam jeszcze rzecznika Michała i pana Bogdana, kierowcę GieKSiarskiego autobusu. Mówimy o tym upale i problemie ze schłodzeniem w zadowalający dla pasażerów-piłkarzy sposób. Upały dają się we znaki, a schłodzić taki gabaryt, to jednak duże wyzwanie. W autobusie nadal było więc ponad 25 stopni, temperatura zatem niezbyt ciekawa do funkcjonowania. Przynajmniej zawodnicy nie musieli się te powiedzmy 7 godzin smażyć, ale jednak droga z lotniska z Koszyc do Miszkolca, no i potem transfery na stadion to jednak jest pewien czas spędzony w autobusie.
Ja wsiadam do auta i ruszam na kwaterę, do której mam kwadrans. GPS prowadzi mnie jakimiś drogami, krętymi i górskimi – bo trzeba przez jakieś wzgórze przejechać – i po drodze robię jeszcze postój w Lidlu. Przede wszystkim zaopatruję się w picie, bo w tym upale to jest obowiązek. Plus kilka rzeczy do jedzenia. Zwracają uwagę typowo węgierskie specjały w lodówkach. Salami po prostu być musi. A na półkach nie może zabraknąć węgierskich past paprykowych. Jedną taką kupuję. Bo choć wiem, że jest przeraźliwie słona (11,5 g soli na 100 g), to ma swój paprykowy klimat.
Po kilku kolejnych minutach docieram na kwaterę. Brama zamknięta, dzwonię, nikt nie wychodzi. Dzwonię na telefon – cisza. Dopiero po paru minutach wyszedł gospodarz, uff. Mówi po angielsku i to bardzo komunikatywnie. Znakomicie. Dokonujemy formalności i prowadzi mnie do pokoju. Za chwilę największa próba – czy działa klimatyzacja. To był absolutnie główny punkt przy doborze noclegu. Były bowiem lepsze lokalizacje, bliżej centrum czy stadionu. Jedno miejsce było super, ale w komentarzach pisali, że klima jest, ale nie działa. Tutaj załączam i od razu powiało przyjemnym chłodkiem. Pięknie. Jestem na miejscu. A w lodówce – półtoralitrowa, schłodzona woda mineralna.
Chwila ogarnięcia się, rzeczy do lodówki. Prysznic po podróży. No i miałem upatrzoną restaurację nieopodal, gdzie wyczytałem, że menu jest po polsku, a opinie bardzo dobre. Udaję się więc do niej na obiadokolację. Jestem już mocno głodny, bo wcześniej jadłem tylko wspomniane śniadanie i hot doga na stacji, ale to z siedem godzin temu. Idę więc do wspomnianej knajpki. Co prawda mam ochotę na jakieś węgierskie dania, ale z drugiej strony obawiam się, że leczo czy zupa gulaszowa to będzie za mało. Tym razem więc jeszcze nie kombinuję i biorę solidnego burgerasa. Co prawda tu jedna z opinii była taka, że burger mały, więc ktoś musiał dokupić sobie deser, żeby się najeść. No ale patrzę – 220 gram mięsa, więc solidny kotlet. I rzeczywiście wizualnie – przed nie jakąś wielką bułkę – sprawiało to wrażenie, że jest trochę małe, ale ostatecznie – delikatnie mówiąc – najadłem się. Było sycie i sowicie. Do tego dwie homemade ice tea. Pragnienie było duże. Mimo wielu godzin w klimie w aucie, ten upał nie pozostawał obojętny dla organizmu. Było to bardzo sympatyczne posiedzenie, na ogródku na takim podeście. Wieczorem już dało się wytrzymać.
Zabawne jest to, że gdy siedzę w tej knajpce, przychodzą… media GieKSy. Naprawdę świat jest mały. Uważam, że to miejsce na nocleg, które wybrałem, nie jest oczywistym wyborem, bo znajduje się na takich totalnych przedmieściach Miszkolca – dokładnie w dzielnicy Miskolctapolca. Szansa, że oni będą w tym samym miejscu, wybiorą tę samą knajpę była naprawdę mała. A jednak. Jeszcze potem spotykamy się po opuszczeniu lokalu.
Ja wracam na kwaterę. Przypominam sobie, że dzisiaj gra Górnik. Ale nie chce mi się odpalać laptopa. Przychodzi mi więc do głowy myśl, że może w węgierskiej telewizji leci mecz z Ferencvarosem. I tak jest w istocie, więc oglądam drugą połowę. Potem piszę jeszcze felieton przedmeczowy i czas na spanko. Jutro zapowiada się intensywny dzień.
***
Po skonsumowaniu zakupionej dzień wcześniej bułki z „wypalonym” napisem „ham and cheese”, ruszam do miasta. Patrzyłem wcześniej, jak to się układa z parkingami, płatnościami. Wybór pada na parking pod Sparem nieopodal centrum. Kilkanaście minut i koło jedenastej jestem na miejscu. Jedenastej, bo musiałem lekko odespać. Więc pobudka była przed dziewiątą.
W przeciwieństwie do Żyliny, nie mam żadnego planu zwiedzania. Jedyne cele, o których myślę to ten plac napisem Miszkolc oraz wzgórze z wieżą TV, z której jest widok na miasto. Ale to mgliste. Na początku nawet nie wiem, którędy dokładnie tam iść, dopiero po chwili patrzę na mapę.
Na razie jestem na takiej ruchliwej, głównej ulicy. Fajne jest rondko z wypukłościami na liniach rozdzielających pasy, dzięki temu żaden gagatek nie będzie jeździł, jak chce. Problem będzie wtedy, kiedy ktoś się pomyli, ale cóż – zdarza się.
Wchodzę w ulicę István Széchenyi, drogę bez samochodów, za to z tramwajami. I typowo węgierską ulicą – idę przed siebie. Miasto w czwarte o 11.00 jest jednocześnie żywe i spokojne. Jest trochę ludzi, ale nie widać absolutnie żadnej gonitwy czy napięcia. Wszystko się toczy swoim spokojnym rytmem. Powiedzielibyśmy, że to taka spokojniejsza (i schludniejsza) 3 maja. Jest trochę zieleni, trochę drzewek.
Upał jest niesamowity. W zasadzie kilka minut po wyjściu z samochodu, normalnie idąc, miałem już mokre czoło. Ale jest mimo to bardzo przyjemnie. Picie z lodówki jeszcze w plecaku jest chłodne.
Docieram do Placu Szent István, czyli Świętego Stefana. Postać ta to książę i pierwszy król węgierski, koronowany w 1000 lub 1001 roku. Zjednoczył on plemiona węgierskie i dokończył proces chrystianizacji na Węgrzech. Na jego cześć nadano też nazwę austro-węgierskiemu pancernikowi, działającemu podczas pierwszej wojny światowej i zatopionemu w 1918 roku. Co ciekawe istnieje film z zatonięcia statku, co jak na wydarzenie sprzed 108 lat jest ewenementem.
Plac jest lekką betonozą, z ładnym klombem po środku. Są też jakieś drzewka na bokach. No i napis białymi literami Miskolc. Idzie się uprażyć na tej patelni, ładnej patelni. W tle wzgórze Avas ze wspomnianą wcześniej wieżą. Robię nagrywkę do trzech razy sztuka, szybkie coś do picia i podejmuję decyzję, by już teraz ruszyć na wzgórze.
Przechodzę więc na ulicę Kálvin János. Tu już mam wrażenie lekko wyludnionego miasta. Jedynie jakiś biegacz robi sobie trening i w pewnym momencie na chodniku – dwa metry ode mnie – pada i zaczyna robić pompki. Mnie czekają teraz schodki, wejście na Avas. Według archaicznego języka „Avas” oznacza zakazany. Pochodzi ona od tego, że w dawnych czasach zakazano pasterzom wypasania owiec na wzgórzu, gdyż obawiano się o zawalenie starych piwnic z winem.
Po kilku minutach mijam protestancki kościół gotycki. Jest zamknięty, więc idę dalej i przechodzę przez cmentarz. Pochowani są tu znani ludzie z życia Miszkolca, jak Bertalan Szemere and László Palóczy. Uwagę zwracają bardzo stare nagrobki, takie wystające z ziemi tablice nagrobkowe. Niektórzy pochowani pod tymi tablicami zmarli jeszcze w XIX wieku. Robi to wrażenie.
Mija południe. Z wież kościoła biją dzwony, nieopodal wybrzmiewa jakby hejnał. Już nie po schodkach, a wąską uliczką minimalnie zwiększam wysokość. To wszystko jest bardzo blisko – nie jest to odległość od podnóża Dubni do wieży w Żylinie. Pod koniec znów jest kilkadziesiąt schodów i – jestem na górze.
Nie wiedziałem wcześniej, czy wejście na wieżę jest płatne i czy w ogóle można wchodzić. Wywnioskowałem to po zdjęciach, na których ludzie faktycznie szwendali się po balkonie. Patrzę przed siebie – są schody na wieżę. Nie ma nikogo, więc jak słowiański i staropolski zwyczaj nakazał – wchodzę.
Okazuje się, że ten „balkon” jest ogólnodostępny, po prostu wchodzi się po schodach i jest się na górze. Więcej niż jedno duże piętro nie trzeba, bo i tak jesteśmy na wzgórzu i nie ma czynników zasłaniających (drzewa). Oczom moim ukazuje się piękna panorama Miszkolca. Rzucają się czerwono-pomarańczowe dachówki większości domostw. Blokowisk jest tu stosunkowo niewiele, ale są. To nie jest wielkie miasto – choć czwarte co do wielkości na Węgrzech, to zamieszkuje je 160 tysięcy mieszkańców. Ze stosunkowo nisko położonej wieży wzrokiem obejmujemy jego zdecydowaną większość. Bez problemu można dostrzec kolejne niewielkie wzgórza i pola za miastem. Na balustradzie są tabliczki z nazwami miejscowości. Do Valenciennes, które dobrze zna Lukas Klemenz jest stąd 1303, a na przykład do Cleveland 7026 kilometrów. Są też miniaturki miszkolckich zabytków.
Widok w tej pogodzie jest bardzo ładny. Może nie tak spektakularny jak w Żylinie, ale tam to była całkiem konkretna duża góra. Tutaj ledwie pewne, acz wyraźne podwyższenie. Patrząc na zachód można dostrzec dach stadionu DVTK. Czyli podobnie jak na Słowacji – z wysokości widzę arenę wieczornych zmagań. Miła sprawa.
Co się okazuje. Piętro wyżej jest… kawiarnia. Taka przeszklona z widokiem na miasto. Dwa razy czy nawet raz nie trzeba było mnie namawiać. Śniadanie bowiem było symboliczne i już wcześniej myślałem o jedzeniu, no i nadeszła pora napić się czegoś zimnego. Wchodzę więc i zasiadam w miejscu, w którym mam przed oczami piękny pejzaż. Przeglądam menu – oprócz słodkich są sandwiche. Decyduję się na kanapkę z salami, jajkiem i serem. Do picia herbata (mimo upału) i lemoniada malinowa. Wnętrze kawiarni jest bardzo ładne i schludne. No i jest… klimatyzacja. Ludzi prawie zero, jakaś babcia z wnuczkami jedna. Bardzo przyjemnie. Czwartek godzina 12.30. Idealnie, by coś takiego zrobić. Mając w planach wieczorem mecz piłkarski.
Lemoniada jest przepyszna. Smaczna plus gazowana. Idealna na taki upał. Napawam się nią i czekam na kanapki. I kelner/barman – sympatyczny, trochę przypominający Adama Zreľáka – przynosi dosłownie kanapki. Cztery średniej wielkości właśnie z salami, plastrem jajka i kosteczkami sera a la ementaler. Pychota. To jest to, czego potrzebuję na mały głód. Aż nie chce się iść dalej, tak jest przyjemnie. W sumie spędzam na Avas godzinę.
Schodzę dalej tymi wyludnionymi drogami i znów pomiędzy ciekawymi domostwami na wzgórzu. Chcę znów zajrzeć do centrum, podobno jest tam synagoga, więc w temacie dzisiejszego spotkania. Nadal jest wyludnienie i pusto.
Gdzieś tam przejeżdża węgierska „eLka”, czyli „teTka”. Uczący się jeździć są właśnie oznaczeni literką T. Dlatego też, tak jak u nas „L” jest wplatane w nazwy szkół jazdy, jak w dobrze znanym kibicom GieKSy „Zielonym Listku”, tak tutaj widziałem szkołę, która nazywała się „Green lighT”. Jest to pomysł. „T” pochodzi od węgierskiego „tanuló”, czyli uczeń. W Polsce „L” znaczy po angielsku „learner”, czyli również uczeń właśnie.
Są tu i budki telefoniczne, ale niektóre opatrzone logiem T-Mobile. Z ławeczką w środku. Obrazki, raczej u nas niespotykane. Całkiem przypadkiem trafiam w kolejne charakterystyczne miejsce. Sympatyczny skwerek z kolejnymi siedziskami, choć głównie na betonie, więc mało kto tu siedzi w tym skwarze. Są knajpki, fontanny i rzeczka Szinva. Zwłaszcza jedna knajpka, przy wąskim przejściu ze stolikami tuż nad tą rzeczką, ma swój klimacik. Lokalista – gdyby dopiero co się nie posilił i napoił, zasiadłbym zapewne tutaj.
Jest i popularny motyw w niektórych miastach, jak na przykład w Pszczynie, czyli kolorowe parasolki nad uliczką. Tutaj kolory są jasne i stonowane – czyli jasnożółty, fioletowy czy czerwony. Być może nieco wyliniały po prostu.
Po chwili jestem na placu przed kościołem Franciszkanów. Kolejny betonowy plac z dwiema fontannami, jedną ładną, błękitną i takimi uroczymi kanalikami, którędy przepływa woda. Naprzeciw jest wspomniana synagoga. Chcę zajrzeć, ale jest zamknięta, więc odpuszczam. Wchodzę natomiast do kościoła. Mogę tylko zajrzeć przez zamknięte drzwi już w środku – do środka.
Wychodząc orientuję się, że kończy mi się trzygodzinny czas parkingu. Chcę więc przedłużyć o godzinę – będę miał wtedy jeszcze godzinę i dziesięć minut. Przedłużam no i lipa. Tamto dziesięć minut mi się skasowało i godzinę naliczyło już bez nich. Bezsens. No i to powoduje, że muszę odrobinę się pospieszyć, bo w planie mam jeszcze jeden punkt.
Idąc na północ widzę już jakieś zastępy policji w radiowozach zmierzające gdzieś tam. Czy to już pod mecz? Nie wykluczam. Jest godzina czternasta. Potem, gdy będę szedł do samochodu, będzie przejeżdżał cały autokar z policją.
Podążam więc główną ulicą mijając slalomem coraz to kolejne wylewki asfaltu. Nie wiem, kiedy je położono, wiem jedynie, że wdepnięcie w tej temperaturze mogłoby mieć opłakane skutki. Mijam jakiś starodawny, socjalistyczny moloch – niby znany u nas widok, a jednak jakiś inny. Te na Słowacji czy właśnie tutaj sprawiają wrażenie opuszczonych i totalnie zaniedbanych. Pewnie tak nie jest, ale wrażenie takie sprawia. Podobnie jak te wszechobecne węgierskie nazwy.
W ogóle węgierski język to moja trauma z dzieciństwa, gdy byłem z rodzicami na wakacjach i zgubiłem się w jakimś centrum handlowym. Jakieś babki-ekspedientki podeszły do mnie i po madziarsku zaczęły gadać. Nie wiem, czy byłem bardziej przerażony zgubieniem się czy tym dziwnym językiem, którego używają.
A zgubiłem się, bo wydawało mi się, że za którymś regałem usłyszałem motor. Więc poszedłem go szukać… Wszyscy na Motor w niedzielę!
I w końcu dochodzę. Do niepozornej ulicy, z jakimiś blokami już poza ścisłym centrum. Kompletnie niby nic. Ale nie jest to byle jaka ulica, bo nazywa się… Katowice! I tak, nie jest to przypadek – ulica ta nazwana jest na cześć naszego miasta, co zresztą uwidacznia tablica kilka metrów od klatki schodowej, przy której robię zdjęcie. Tablica z 1969 roku podpisana jest Rada Miasta Miszkolc i podkreśla przyjaźń. My mamy w Katowicach Skwer Przyjaciół z Miszkolca – ten mini park przy przystankach na Sokolskiej. Od lat wiedziałem, że to miejsce się tak nazywa, ale nigdy nie sądziłem, że do Miszkolca mnie wywieje za GieKSą.
No nic, pora iść do auta, do którego mam dwa kilometry. Idę już drugą stroną ulicy by omijać miękki asfalt. Już czuć po dniu, że zrobiło się popołudnie. Inne słońce, inne światło. Swoje się nachodziłem. Czas więc zakończyć to zwiedzanie.
W ogóle śmieszny ten węgierski język, że „sz” czyta się jak „s”. Dlatego po ulicy jeździ nie bus, tylko busz. Mijam wspomniany autokar z policją. W ogóle jak policja może się nazywać „Rendőrség”. No ludzie!
Jestem z powrotem przy Sparze. Wchodzę na szybkie zakupy, chodzi o napoje. Niestety zimnych nie uświadczysz. Z powodu suszy i niskiego poziomu Dunaju rząd zapowiadał obcięcie energii, za dostarczanie której w dużej mierze odpowiedizalna jest elektrownia w Paks. Tutaj na lodówkach pojawił się komunikat:
„Szanowni Klienci!
W związku z zaistniałą ogólnokrajową sytuacją energetyczną podjęliśmy decyzję o tymczasowym wyłączeniu tej lodówki. Bardzo przepraszamy za spowodowane niedogodności!”.
Jakoś nie do końca wierzę. W Polsce w lato na wsiach i mniejszych miastach to jest stała praktyka. Wyłączanie lodówek w lato. Typowo z oszczędności prądu, a nie jakichś kataklizmów. Zawsze chodzą tylko lodówki z piwem i poupychana jest tam wódą. Wiadomo, dlaczego, ale nie będę się powtarzał, bo już się kiedyś o tym rozpisywałem.
Wsiadam do auta i zmierzam na kwaterę. W międzyczasie kontaktują się ze mną chłopacy (cytat z Joe Pesci’ego), którzy dojeżdżają i mają godzinę z kawałkiem. Umawiamy się w knajpce Lignum, w której to właśnie cała medialna GieKSa, oficjalna i nieoficjalna stołowała się podczas tego pobytu.
Z Kazikiem i Miśkiem zamawiamy leczo. Tak, tym razem na typowo węgierskie żarcie się zdecydowałem. Przyznam, że to leczo to jest mistrzostwo świata. Dużo papryki i cebuli, ale kompletnie nie w postaci jakiejś mazi, tylko gęsto upchane warzywa. Do tego doskonała, przyprawiona kiełbaska. U nas to wrzucą gdzieś zwykłą śląską i robią z tego drogie danie. Tutaj naprawdę kiełbasa była pierwszej jakości. Nie zrozumcie mnie źle. Lubię Śląską – zwłaszcza całą w cieniu, polską Śląską. A przed meczami na nowej Bukowej jestem pierwszy do przedmeczowego giga-wuszta. No ale to jest knajpa, więc sami wicie, rozumicie.
Posilamy się, po czym chłopaki jadą jeszcze na chwilę na miasto, a ja zbieram się na kwaterę, by przebrać się i przygotować do meczu. Jest godzina siedemnasta, więc do tego emocjonującego starcia pozostają zaledwie trzy godziny.
***
Pod stadionem na dwie godziny przed meczem kręci się już trochę kibiców Hapoelu. Ubrani w swoje czerwone barwy oczekują przed obiektem na spotkanie. Nie odnotowuję jakiegoś zwiększonego policyjnego napięcia przed obiektem, kibice chodzą sobie jak chcą. Ja podjeżdżam na parking i bez problemu parkuję tuż przed prowizoryczną bramą stadionową. Spotykam ludzi z Klubu Biznesu, którzy też mają swoją ciekawą wycieczkę na to spotkanie.
Chwilę po moim przyjściu na stadion przyjeżdża autokar GieKSy z piłkarzami. Korzystam z okazji i robię kilka fotek. Nasi wyglądają, jakby mieli humory dobre. Ale co mają nie mieć – w końcu po to się gra w piłkę, by grać jak najwyżej. A dla nas, dla GKS Katowice puchary europejskie to spełnienie snów. Wychodzą więc w tej nadal gorącej temperaturze zawodnicy i kierują się do budynku. Zaraz przechodzą też sędziowie. Z tym Dechepy’m, co to wyrzucił Baloguna w lidze francuskiej i tam żadna protekcja Amerykanina nie uratowała.
Po chwili i ja wchodzę. I tu o ile przed stadionem było bardzo spokojnie, to w środku kontrola, jak na lotnisku. Choć daleki jestem nadal od stwierdzenia, że jest jakakolwiek napięta atmosfera. Po prostu technicznie trzeba przejść przez bramkę, przepuścić plecak przez „rentgen” no i tak samo w koszyczku przetransportować rzeczy z kieszeni. Potem już nawet nie przeszukiwał mnie ochroniarz, więc tak naprawdę – spokojnie się dało coś przemycić. Troszkę przerost formy nad treścią. I tak jak mówię – duży spokój w tym wszystkim. Po chwili odbieram akredytację. Również wszystko przechodzi szybko i sprawnie. Nie mogę mieć zastrzeżeń.
Jestem znów na sali konferencyjnej. Kręcą się ludzie z Hapoelu, sam nie wiem, czy oni są z klubu, czy to są dziennikarze. I po meczu będą mi się wszyscy zlewać w jedną całość. No nic, czas na pójście na trybuny. Na początku schodami, ale potem udaje mi się wykminić windę i z niej korzystam – niby tylko trzy piętra, ale znów to są takie piętra, jak na Wiśle, że niby trzy, a tak jakby sześć. Ważne było, żeby na górze była jakaś woda. Bo na Sali konferencyjnej woda była w butelkach jak z wódki. No i w sumie się kończyła. Może to była wódka.
W zachodzących promieniach słońca oczekuję na mecz. Schodzą się dziennikarze z Polski, jest Kacper Janoszka, Tadek i Rafał Musioł, potem spotykam też starego druha z GieKSy Rafała Kędziora z ekipą z TVP Sport. Oczekujemy wszyscy w napięciu na spotkanie.
Mnie zaczepia węgierski dziennikarz, który już zdążył pooglądać moje nagrywki z Miszkolca i mówi, że nikt tak nie rozpromował tego miasta. I sam mi puszcza moje własne nagrywki na swoim telefonie. Opowiada też o swoim klubie, drużyna z Miszkolca potrafiła kiedyś grać w europejskich pucharach. No i jak patrzę na „lajki” pod moimi nagrywkami, to jest masa ludzi z Węgier. Algorytm działa więc też geograficznie. Ogólnie bardzo to miłe. Kibice polscy i węgierscy potem na meczu wzajemnie się pozdrawiają.
Tak jak pisałem wcześniej – stanowiska są doskonałe. Jest WiFi, prąd, dobre, sztywne blaty, super widoczność. Nie pozostaje nic, jak tylko relacjonować mecz. Podczas rozgrzewki Hapoelu kibice z Izraela robią małe piekło. Są niesamowicie głośni i ciągle śpiewają. My czekamy na kibiców GieKSy, którzy pojawiają się na krótko przed spotkaniem.
Ostatecznie podczas meczu kibice Hapoelu nie nawiązują aż tak do tego, co na rozgrzewce. Myślałem, że będą jednak głośniejsi. Dopingują oczywiście dobrze przez cały mecz, ale nie ma tego tąpnięcia, co na początku. Kibice GieKSy natomiast – jak zwykle trzymają poziom i prowadzą doping przez całe spotkanie. Fajna jest ta poprawka „Naprzód GieKSiarze!”, bo za pierwszym razem nie wybrzmiała tak dobrze, jak za drugim.
Niestety tracimy gola już w piątej minucie. Izraelski spiker w swoim języku hebrajskim wykrzykuje radośnie ten fakt i z kibicami nazwisko strzelca Stava Turiela. Jest ta egzotyka, niezależnie czy GieKSa by traciła czy zdobywała bramki (tu tylko traciła) w tych obcych dla nas okrzykach spikera. To znak, że gramy w pucharach.

W osiemnastej minucie jest już 2:0 dla Hapoelu. Gra nam się kompletnie nie układa, popełniamy rażące błędy i nie potrafimy nic zrobić z przodu. Formalni gospodarze chcą nas zaskoczyć jeszcze bardziej i nawet mają rzut karny, który sędzia odwołuje z powodu spalonego.
W przerwie możemy tylko zastanawiać się, co zrobić, by zagrać w drugiej połowie lepiej. Na początku drugiej części gry na boisko wpada intruz i co bardzo dziwne – ochrona absolutnie nie kwapi się, by go gonić i łapać. Paraduje sobie po tym boisku i robi jakieś gesty w stronę kibiców GKS. Potem niemal spokojnie wraca na sektor, ale jednak nie udaje mu się tam wejść Ochrona chce go złapać w kilku chłopa, ten się szarpie i wyrywa, ochroniarze się przewracają. Totalny kabaret. Jeszcze z trybun wlatuje drugi jegomość – Węgier, żeby nastukać temu pierwszemu. Szamotanina prima sort. W końcu ich gdzieś tam wyprowadzają, przynajmniej tego jednego.
Ostatecznie gola już nie tracimy, ale też nie zdobywamy i przegrywamy mecz 0:2. To daje nadzieję na odrobienie strat w rewanżu. Jestem niepocieszony po fatalnym występie GieKSy, ale nadal to dopiero pierwszy mecz. Robię nagrywkę pomeczową i idę na konferencję.
Konferencja prasowa jest dziwna, jedna z najdziwniejszych, na jakich byłem. Nie ma osoby koordynującej, wszystko dzieje się totalnie samopas. Rolę tutaj powinien pełnić rzecznik prasowy gospodarzy, ale takiego chyba w ogóle tam nie było. Przychodzi więc trener Górak z Michałem Kajzerkiem i to Michał prowadzi naszą część. Trener się wypowiada, potem zadaję pytania ja i Łukasz Olkowicz. Gdy wydaje się, że ta część konferencji się skończy, pałeczkę przejmuje dziennikarka z Izraela. Najpierw zadaje pytania o piłkarzy Hapoelu, a potem o… bezpieczeństwo w Polsce.
– Dużo fanów Hapoelu i w ogóle kibiców z Izraela obawia się przyjazdu do Polski. Czy jest bezpiecznie?
– W Polsce jest bezpiecznie, bądźmy spokojni.
– Nie wie pan o czym ja mówię? (Don’t you know what I’m talking about?”
– Nie mam pojęcia.
Dziennikarka nie jest pocieszona tymi odpowiedziami i po wyjściu trenera już dosłownie pretensjonalnym tonem zadaje pytanie rzecznikowi, czy naprawdę nie wiedzą, o co jej chodzi?
To było pytanie z podszytą tezą. Czy pani dziennikarka obrała narrację o Polsce jako niebezpiecznym, rasistowskim i faszystowskim kraju? Nie wiem, ale się domyślam. Można pomyśleć sobie, że to tylko mrzonki, ale najwidoczniej taka narracja w Izraelu o Polakach po prostu ciągle funkcjonuje. Narracja, którą i Maccabi rok temu – również na Węgrzech – zaprezentowało. Przykre to. Sam mówię tej dziennikarce, że to są pomówienia i niech po prostu przyjedzie w środę do Polski i sama się przekona. Powiedziałem jej również, że jeżeli nie będzie żądnych prowokacji, to będzie spokojnie.
Pozostaje cieszyć się, że w tym pierwszym meczu nie było żadnych newralgicznych sytuacji poza kilkoma typowo piłkarskimi pozdrowieniami na trybunach. Nie liczę tego intruza na boisku, bo to nie jest coś, co można uznać za jakiś skandal obyczajowo-międzynarodowy.
Kuriozalne jest to, że na drugą część konferencji przychodzi tylko trener i zawodnik Fernando Mayembo. Nie ma wspomnianego rzecznika. Pytania i to w sporej liczbie zadaje wspomniana dziennikarka, robiąc taki mini-wywiad. Dlatego kompletnie nie rozumiemy, co tam po hebrajsku odpowiada trener. Nie ma tłumaczenia, więc wszystko jest przeznaczone tylko dla uszu Izraelczyków. Z piłkarzem pani rozmawia już po angielsku, więc tu już wszystko rozumiemy.
Ogólnie media izraelskie mają swój temperament i na sali konferencyjnej są bardzo głośni. Ciężko zebrać myśli przy swojej pracy. No ale tak jak mówię, to kwestia południowo-wschodniego temperamentu, więc trudno jakieś wielkie pretensje mieć. Jeszcze na koniec jeden z chyba fotoreporterów łamaną angielszczyzną mówił, że był w Polsce kilka razy – w Katowicach, Krakowie czy Warszawie. Mówił, że bardzo mu się podobało. Był na meczu Polska – Izrael 4:0 za Jurka Brzęczka. Pytał, czy my byliśmy w Tel Awiwie. To akurat było sympatyczne.
Chłopaki z GieKSa.pl już pojechali, ja jeszcze chwilę zostaje i kończę konferencję. Wkrótce zbieram się i idę do samochodu. Już dzień wcześniej i teraz za dnia pokonywałem trasę na miejscówkę, ale jest ona bardzo specyficzna. Trzeba przejechać znów przez to wzgórze, są jakieś zawijasy i wątpliwej jakości droga. Ale po niecałych dwudziestu minutach jestem na kwaterze.
Szkoda tego meczu. Nie tyle, że przegrany, ale że w takim stylu i bez tej jednej strzelonej bramki. Dwa gole do odrobienia to sporo, ale nie jest to niemożliwe. W pokoju odpalam sobie skrót i włosy mi stają dęba. Potem jeszcze z rozpędu piszę felieton pomeczowy.
Na tym kończy się przygoda na Węgrzech. Cokolwiek się nie działo w tym meczu i nie wydarzy w rewanżu, jestem wdzięczny drużynie za to, że takie przygody mogę przeżywać. To wspaniałe.
***
W piątek już się nieco schładza, droga powrotna trwa też niecałe sześć godzin plus pierogi w Nowym Targu. W karczmie… Zadyma. Wieczorem jestem w domu i… zaczyna się ligowa kolejka, w której akurat GKS Katowice będzie pauzować.
To był pierwszy akord tego dwumeczu. W środę gramy rewanż. Nie szczędźcie gardeł, by wspierać naszych zawodników, bo wiele razy udowodnili, że zasługują na wsparcie w trudnych chwilach. I wielokrotnie to wsparcie czyniło cuda. O awans będzie bardzo ciężko, ale jeśli to by się udało, to możemy zrobić taką remontadę, która będzie po stokroć bardziej efektowna od tej z Żyliną i będziemy pamiętać ją na całe życie. A GKS naprawdę zapisze swoją złotą historię w rozdziale „europejskie puchary”.
Felietony Piłka nożna
Wyzerowane atuty – diagnozy brak
Szczerze mówiąc nie chce mi się pisać tego felietonu, bo myślę sobie, że znowu będę pisał to samo. Rozbieżność między wynikami meczów u siebie i na wyjeździe sięgnęła absurdu. GKS rozegrał w tym sezonie siedem meczów – u siebie wszystkie trzy wygrał, na wyjeździe wszystkie cztery przegrał. Suma tego jest taka, że z europejskich pucharów już odpadliśmy, a w lidze mamy trzy punkty po trzech kolejkach. Czyli słabo – bo to średnia mogąca nawet nie dać utrzymania.
Piszę to wielokrotnie i napiszę jeszcze raz, bo już wiele razy w przeszłości czy to piłkarze czy trenerzy obrażali się na mnie, bo coś tam skrytykowałem. Nie mówię o sytuacjach, kiedy pojechałem z koksem i tak czy inaczej kogoś nazwałem, bo za to obrazę rozumiem. Cóż, młodość (która trwa, ale już inna). Ale my nie możemy doprowadzić do zagłaskania naszej drużyny – za ekstraklasę, za kapitalną w niej postawę czy za puchary. Wszyscy wiemy gdzie byliśmy i co trener wraz z kolejnymi grupami piłkarzy w ostatnich latach nam dał i daje. Więc tu nie ma mowy o podważaniu projektu jako całości. Ale trzeba mieć w tym wszystkim krytycyzm, bo jeśli w którymkolwiek momencie ktoś uznał, że zdobyliśmy już tyle, że teraz po prostu możemy do końca kariery jechać na sukcesie – to jest to – delikatnie mówiąc duży błąd. Więc tak, doceniamy ekstraklasę, super jest jeździć na te wszystkie stadiony w najwyższej polskiej lidze. I niech ten projekt w tym kształcie, z obecnym trenerem trwa jak najdłużej.
No ale są defekty. I ta postawa na wyjazdach naprawdę każe się zastanowić nad kilkoma rzeczami. Bo to jest coś, co jakiś czas się w GieKSie powtarza, mamy powtórkę z czterech przegranych wyjazdów na początek sezonu z zeszłego roku. A w pierwszym po awansie do ekstraklasy sezonie, na wiosnę także przydarzyły się cztery wtopy z rzędu na delegacjach.
Ale to nie chodzi tylko o wyniki. Chodzi o grę, która co prawda nie zawsze ten wynik gwarantuje, a w perspektywie pewnego okresu czasu (raczej krótszego niż dłuższego) dobra gra statystycznie przynosi względnie dobre wyniki. U nas nie jest największym problemem to, że przegraliśmy cztery mecze z rzędu. Problemem jest to, że te mecze przegraliśmy zasłużenie, bo graliśmy bardzo słabo.
Wczoraj chciałem wierzyć, że jak długo ten mecz trwał, w końcu coś wciśniemy. Mecz z Motorem w naszym wykonaniu nie był aż takim paździerzem, jakie trochę razy ostatnio na wyjazdach oglądaliśmy. Przypomniał się mecz z Cracovią, kiedy wydawało się, że przy 0:0 na koniec spotkania pozostanie spory niedosyt. A rywal w końcówce nam wmontował bramkę i już nawet z remisu nie można było się „cieszyć”. Ostatecznie, choć wczoraj GieKSa nie była beznadziejna, to była jednak słaba. Tym bardziej martwi to, że naprzeciw mieliśmy drużynę mocno przeciętną, do tego skleconą naprędce po kadrowych zawirowaniach, z nowym trenerem. A my – stabilni i budowani od kilku lat – nie potrafiliśmy zrobić na tym boisku nic. Przecież, gdyby nie Ndiaye czy może jeszcze Simon, to by Pan Czubak piłkę oglądał z daleka i nie miał okazji zaprezentować swojego świetnego wykończenia. Motor był do bólu średni, ale swoim jednym czy drugim błyskiej robił różnicę.
U nas tym razem w obronie nie było „wesołego miasteczka”, choć oczywiście nie ustrzegliśmy się błędów, po których padły bramki – najpierw nieuznana, a potem już prawidłowa. Jednak w tym meczu to nie obrona była naszym głównym problemem. Tym razem było to słabe/bardzo słabe/beznadziejne rozgrywanie ataku pozycyjnego. O kontrach nawet nie mówię, bo mam wrażenie, że jak my wyprowadzamy kontrę, to zaraz jeden czy drugi nasz zawodnik się zatrzymuje, robi kółeczko, wycofuje nie wiadomo gdzie i po kontrze nici.
Od patrzenia na nasze rozegranie piłki na połowie przeciwnika oczy bolały. Sposobności mieliśmy całe mnóstwo, bo Motor bronił się nieraz dość nisko – nie desperacko w swoim polu karnym – ale mocno na swojej połowie. My graliśmy po obwodzie – to na lewo, to na prawo. I często kończyło się do słabą wrzutką, z którą rywale nie mieli problemu. Przede wszystkim więcej w tym temacie oczekiwałem od Bartosza Wolskiego, bo naprawdę zawodnik ma większe umiejętności niż to, żeby zagrać leciutką piłkę à la serwis Pawła Zagumnego w pole karne i liczyć na czysty przypadek, że akurat trafi w nią ktoś z naszych, a nie przeciwników. Dlaczego nie ma mocnych, takich soczystych wrzutek? Dlaczego nie ma jakiejś próby większej precyzji? Nie mówiąc o tym, że nasi wahadłowi też chyba mocno zapomnieli, co to znaczy żwawość na boku. Nie ma dynamicznych pojedynków 1 na 1 na skrzydle na wysokości pola karnego, wejść w to pole karne. Jest to wszystko takie miałkie i nijakie i taka była ofensywa GKS w tym meczu. Naprawę zestawiając to z pojedynkiem z Motorem z rundy wiosennej i bramek, jakie GieKSa strzelała w tamtym meczu można… dostrzec różnicę.
Ostatecznie najlepszymi okazjami GKS był strzał Ilji w słupek i sytuacja, w której Ilja gola strzelił, ale Bartosz Nowak był w tej sytuacji na spalonym. Tak, był jeszcze strzał napastnika po dośrodkowaniu oraz uderzenie Mateusza Wdowiaka w boczną siatkę. I to tyle. Motor miał swoich groźnych sytuacji więcej.
Widać też, że trener szuka optymalnego składu, ale na razie większość zawodników swoją grą nie przekonuje, by zagościć w jedenastce na stałe. W pomocy kombinujemy. Bartek Nowak ma abonament na granie, ale wychodzi na to, że Bartek Wolski również. Chcieliśmy tego duetu, czekaliśmy na to, jaki zrobią oni techniczny zamęt w tej lidze. Na razie jednak to tylko mrzonki. Nie mamy twardości w środku pola. Jeszcze do tego dokładamy Marcela, który jest ambitny, szybki, ale też nie jest to skała. Do tego wygląda na to, że wczoraj przegrał z upałem, z ręką na sercu, jak widziałem, że podciąga sobie tę koszulkę i w ogóle miałem z daleka wrażenie, że jest cały czerwony, to pomyślałem, że Rafał Górak zrobi wyjątek i ściągnie piłkarza w przerwie. Tak też się stało.
Pamiętam jak w poprzednim sezonie po Górniku Zabrze trener zapowiedział, że coś musimy zmienić w samym podejściu do spotkania i strukturze gry na wyjeździe. Choć potem przegraliśmy jeszcze z Lechią, to za chwilę gra GKS na obcych stadionach zaskoczyła. GieKSa wygrała z Lublinie, Niecieczy, w Pucharze Polski z ŁKS. Na początek roku było zwycięstwo w Lubinie. Były te mecze z Rakowem i Lechem. Czyli da się. Problem jest taki, że jak drużyna wpadnie w wyjazdową otchłań bezradności i niemocy, to trudno z niej się wykaraskać.
Najgorsze jest to, że nie widać, aby był jeden mądry, który zdiagnozował, gdzie leży problem. A to musi być głębszy problem mentalny, bo przecież u siebie ci zawodnicy – zarówno indywidualnie, jak i jako cała drużyna – potrafią przecież grać w piłkę. Co się z nimi dzieje na wyjeździe i dlaczego? Może to jest coś na etapie samego wyjazdu na mecz, podróży, hotelu, dnia meczowe na wyjeździe? Może to tam trzeba poszukać, co się takiego dzieje z piłkarzami, że opada z nich cała ta agresja, moc i siła? Może gdzieś jest zbyt duże rozluźnienie, a może to rozluźnienie jest zbyt małe? Trzeba szukać, w każdym szczególe, w każdym posiłku, w każdej minucie spędzonej w autobusie.
Przyznam, że po tym kolejnym przegranym meczu nie mam smutku, żalu czy załamki. Jest po prostu po raz kolejny irytacja i taka frustracja, bo widzę tę bezradność piłkarzy i mi się udziela. Nie ma w życiu chyba gorszego poczucia niż to, że nie ma się wpływu. A gra GKS a wyjeździe wygląda tak, jakby zawodnicy nie mieli dostępu do swoich atutów, które dają różnicę, tylko próbowali sztampowych, oklepanych i zupełnie nieefektywnych na tym poziomie rozwiązań.
I trzeba coś z tym zrobić szybko, bo wkrótce czekają nas trzy trudne wyjazdy – Zabrze, Gliwice i Lubin. Tu już po prostu obowiązkowo będzie trzeba punktować.
A na razie Wisła Płock. Dobrze, że przynajmniej u siebie te atuty nie są zablokowane. Liczymy, że i tym razem tak będzie, GieKSa swoje gole będzie strzelała i trzy punkty zdobędzie.
Piłka nożna
Górak: Brakuje nam wytrawności
Po meczu Motor Lublin – GKS Katowice wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Mariusz Misiura i Rafał Górak. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Jesteśmy rozczarowani tym, że przegraliśmy spotkanie, włącznie z powiedzeniem, że jeżeli nie możesz wygrać, to powinieneś umieć go zremisować.
Takie mam odczucia w stosunku do tego meczu. Niestety – nie jesteśmy jak na razie w stanie zagrać meczu na zero z tyłu, który dałby nam przestrzeń, żeby wywieźć z takiego spotkania remis, bo może on też nie byłby to szczyt naszych marzeń przed spotkaniem – bo przyjechaliśmy z zamiarem wygrania meczu – ale na pewno remis bardziej odwzorowywałby to, co się działo. Ale to jest nieistotne, bo ten który bramkę strzela ma tę radość, a ten, który tego nie robi – tej radości nie ma. W wielu momentach za dużo mamy rozpiętości poziomowych w spotkaniach. To mnie też trochę na razie smuci, bo powinniśmy się stać bardziej wytrawną drużyną, a tego nam brakuje. Mamy bardzo dobre momenty, kiedy gramy zgodnie z tym, co chcemy robić, a mamy też takie kiedy ta gra na różnych pozycjach w różny sposób ofensywie czy defensywie nam się łamie i powoduje bałagan, który kończy się niekiedy tak, jak się skończył przy straconej bramce. Byliśmy w posiadaniu piłki pod polem karnym przeciwnika i tej wytrawności jeszcze brakuje – tego będziemy szukać. Dziś jest masę rozczarowania i sportowej złości, ale nic tu po narzekaniu, trzeba brać się do roboty i mocno wyciągać wnioski choćby z tego, że przy czterech meczach wyjazdowych w tym sezonie cztery razy schodzimy pokonani i to nas bardzo denerwuje i jesteśmy niezadowoleni. Ale po to niekiedy takie próby są, żeby wychodzić, silniejszym. Teraz będziemy się przygotowywać do następnego spotkania, potem mamy trzy mecze z rzędu na wyjeździe. Czeka nas nie lada sprawdzian i jestem przekonany, że wyjdziemy z tego obronną ręką. Dzisiaj jest dużo złości, rozczarowania i momentów, z których z gry jesteśmy niezadowoleni.
Mariusz Misiura (trener Motoru Lublin):
Bardzo się cieszę, że wygraliśmy mecz i zdobyliśmy trzy punkty. Bo mam poczucie, że to był czwarty naprawdę dobry mecz w naszym wykonaniu i jak ten czas leci – mijają tygodnie – przygotowujesz się do czwartego spotkania, a na koncie masz jeden punkt, to zapominamy, co się wydarzyło w pierwszej czy drugiej czy trzeciej kolejce. Wydaje mi się, że drużyna zasłużyła, żeby mieć ich więcej. Wierzę, że konsekwentną pracą i procesem będziemy budować silną drużynę.
Co do meczu to wydaje mi się, że wykreowaliśmy więcej sytuacji, na pewno w pierwszej połowie, konsekwencją tego jest bramka. Powiedzieliśmy sobie w szatni, że musimy zostawić serce i charakter. 104 minuty w takim upale to szacunek dla piłkarzy. Sami państwo siedząc na trybunach czuliście gorąco i zmęczenie.
To jest coś normalnego, że w takim upale przydarzały nam się błędy, cieszę się, że nie było z tego konsekwencji w postaci gola, ale podobało nam się nasze dążenie do strzelenia bramki. Dobre zmiany, każdy z zawodników dał impuls. Bardzo się cieszę z tych trzech punktów i idziemy dalej.

























































































































Pablo1983
3 lutego 2024 at 07:06
Powiem tak zrobiłeś artykuł na 10 minut czytania co kompletnie nie trzyma się dupy i w większości jest słaby.Jestem 35 lat kibicem Gieksy za każdym razem na meczu u siebie (nie licząc ostatnie pół roku bo stwierdziłem jak jest górak nie zobaczą mnie tam).Piszesz o frekwencji a jaka ma być jak widzisz piłkarzyków koło 30 co mają wszystko w dupie…do tego klub podnosi ceny biletów na tzw mecze VIP tłumacząc się że to jest wina organizora i policji.Teraz płacisz 30 zł jedziesz oglądasz drużynę której nie dość że się nie chcę to po prostu umiejętnościami jest za słaba.Chcesz się napić piwa i zjeść to jak chcesz usiąść to patrzysz na toy toy i ludzi wokół i to pakiet za 30 zł.Na sam koniec 25 lat temu nie trzeba było reklamy wizerunkowej tego klubu bo wystarczyło jechać i zobaczyć Ledwonia Krzysia Maciejewskiego Borawskiego itd to umierali za ten klub…
dzbanek
16 lutego 2024 at 11:25
Fajny artykul.
Widac,ze cos sie zmienia na plus w marketingu,jednakże poziom gry też musi się zmienić na lepszy bo bez tego dobijemy do pewnego poziomu(niekoniecznie wysokiego) i to bedzie koniec calej zabawy.