Piłka nożna Prasówka
Echa meczu z ROW’em w mediach
GKS Katowice odniósł pierwsze ligowe zwycięstwo w tej rundzie, pokonując na wyjeździe ROW Rybnik aż 4-0 (0-0).
Derby 1 ligi były ciekawe, oglądane przez ponad 4 tys kibiców katowickiego GKS’u (którzy szczelnie wypełnili klatkę), Banika Ostrava, Górnika Zabrze oraz ROW’u Rybnik.
3 punkty praktycznie dały GieKSie utrzymanie w lidze. Marne to pocieszenie biorąc pod uwagę, że GKS miał walczyć o awans do ekstraklasy.
Matematycznie wszystko jest możliwe więc czekamy na następne spotkania.
Przeczytajcie jednak co na temat derbów pisano w mediach.
gkskatowice.eu: Przełamanie w derbach
Po przerwie GKS ruszył do ataku i rozpoczął prawdziwe bombardowanie. Już w 50. minucie prowadzenie dał GieKSie Grzegorz Fonfara pewnym strzałem po ziemi. Znakomicie spisali się zmiennicy. Prowadzenie podwyższył trafieniem z główki wprowadzony Michał Zieliński, a egzekucji dokonał wchodzący z ławki Tomasz Wróbel, który w doliczonym czasie gry dołoży dwa trafienia po identycznych akcjach z prawej strony. ROW także miał dogodne sytuacje, ale na drodze do bramki albo stawała poprzeczka, a w 74. minucie Kamil Kostecki uderzył szczupakiem obok słupka. GKS był dzisiaj zdecydowanie skuteczniejszy i zasłużył na komplet punktów.
Dzięki zwycięstwu katowiczanie przesunęli się na szóste miejsce w tabeli (37 pkt.). Liderem jest Górnik Łęczna (47), przed GKS-em Bełchatów (44), ale oba zespoły mają jeszcze do rozegrania jedno zaległe spotkanie.
sport.fakt.pl: Gieksa gromi ROW
Przed derbowym meczem z ROW-em w katowickim klubie było nerwowo. Piłkarze wiosną grają fatalnie, więc sprawy w swoje ręce wzięli kibice. Na jednym z płotów stadionu na Bukowej wywiesili transparent o treści: „Czas rozliczeń przyjdzie wreszcie, walcie w ch… w innym mieście”.
Zawodnicy Gieksy chyba wzięli sobie to ostrzeżenie do serca, bo w Rybniku grali zupełnie inaczej niż w poprzednich spotkaniach w rundzie rewanżowej. Od pierwszej minuty grali agresywnie i starali się atakować. W końcu do siatki na początku drugiej części udało się trafić Grzegorzowi Fonfarze (31 l.). Doświadczony pomocnik świetnie wykończył akcję po dobrym zagraniu widocznego Janusza Gancarczyka (30 l.). Rezultat ustalili w końcówce rezerwowi Michał Zieliński (30 l.) oraz Tomasz Wróbel (32 l.). Ten drugi dwa razy trafił do bramki rybniczan.
sportowefakty.pl: Grzegorz Fonfara po wysokim zwycięstwie nad Energetykiem ROW: Wolałbym wygrać 1:0
GKS Katowice w Rybniku zwyciężył po raz pierwszy od siedmiu spotkań i zapisał na swoje konto premierowe trzy punkty na wiosnę. – Nasze wyniki dotychczas były bardzo słabe. W tej kolejce trafił się taki mecz, że objęliśmy prowadzenie i potem troszkę łatwiej nam się grało. Mocniej uwierzyliśmy w swoje umiejętności. Gospodarze bardziej się otworzyli, czego konsekwencją były kolejne bramki. Nie ukrywam, że bardzo cieszymy się z tej wygranej, która była nam bardzo potrzebna – tłumaczy Grzegorz Fonfara.
energetykrow.rybnik.pl: KS Energetyk ROW Rybnik – GKS Katowice 0:4 (0:0)
Druga część spotkania nie rozpoczęła się dobrze dla drużyny ROWu Rybnik. W 50 minucie spotkania Grzegorz Fonfara bez zastanowienia oddał strzał na bramkę, który zamienił na pierwszego gola dla GKSu. Parę chwil później mogło być 1:1, tyle że silny strzał Mariusza Muszalika odbił się od poprzeczki. Chwilę później przed kolejną okazją stanęli goście, tyle, że trzeźwo w bramce zachował się Antonin Buček i to dwukrotnie, po strzale Chwalibogowskiego oraz Pitrego. Kwadrans przed końcem spotkania Marek Krotofil dośrodkował piłkę wprost na głowę Kamila Kosteckiego po strzale, którego piłka minimalnie minęła słupek bramki gości. Końcówka meczu przy Gliwickiej 72 w Rybniku to istny koszmar dla naszej drużyny. W 86 minucie Zieliński bez problemów umieścił piłkę głową w siatce ROWu pokonując Bučka. 2 minuty później po groźnym faulu na Przemysławie Pitrym z czerwoną kartką opuścił boisko Maxim Potirniche. Potem było jeszcze gorzej. W 4 minutach doliczonych przez sędziego Pawła Gila egzekutorem ROWu okazała się Tomasz Wróbel, który dwukrotnie w 91 i 93 minucie pokonał bramkarza rybnickiej drużyny pieczętując zwycięstwo GieKSy. Warto podkreślić wspaniałą publiczność cały mecz dopingującą piłkarzy! Na meczu obecni byli licznie przybyli kibice GKSu Katowice. Obie drużyny natomiast wsparli kibice Górnika Zabrze. Łącznie mecz w Rybniku zobaczyło 4321 kibiców! Bardzo dziękujemy kibicom za obecność i doping!
sportowefakty.pl: Bramkarz ROW-u Rybnik: Chylę czoła przed kibicami
Przy straconych golach nie pomogli mu koledzy z obrony, którzy w kilku sytuacjach zachowali się źle. Defensorzy tydzień wcześniej zebrali pochwały za wygraną w ostatniej kolejce nad Piwoszami 3:0. – Nie wiem, czemu tak się to potoczyło. Może myśleliśmy, że to już samo pójdzie. Wszyscy widzieli, że graliśmy źle – dodaje były zawodnik Banika Ostrawa.
Antonin Bucek aż cztery razy wyjmował piłkę z bramki.
Derbowa potyczka sprawiła, że wielkoczwartkowy pojedynek oglądała rekordowa liczba widzów w tym sezonie. Oba kluby głośno dopingowali kibice zaprzyjaźnionych ekip. – Kibice byli super. Grałem w Czechach w podobnym spotkaniu i na trybuny przyszło wtedy dwa tysiące ludzi – wspomina golkiper.
sportowasilesia.com: Energetyk ROW Rybnik – GKS Katowice 0:4
Po przerwie było znacznie ciekawiej. Gancarczyk w 50 minucie gry dośrodkował z prawej strony boiska w pole karne, gdzie Fonfara przyjął piłkę i strzelając z 10 metra zdobył gola.
Rybniczanie po stracie gola ruszyli do ataku. W 60 minucie bliski szczęścia był Muszalik, ale po jego woleju z 10 metra piłka trafiła w poprzeczkę bramki GKS. W odpowiedzi Goncerz główkował i Buczek efektowną paradą z pomocą słupka obronił rybniczan przed stratą drugiej bramki. W 71 minucie Pitry z ostrego kąta strzelał w sytuacji sam na sam i bramkarz obronił na róg. W 73 minucie akcja przeniosła się na drugą stronę boiska gdzie szczupakiem z 6 metra strzelał Kostecki, ale piłka minimalnie minęła cel. W 86 minucie po wrzutce Wróbla Zieliński główkując „na krótkim słupku” z 6 metra posłał piłkę do siatki i przesądził, że katowiczanie wygrali spotkanie. Tym bardziej, że w 88 minucie Poterniche za faul na Pitrym został ukarany czerwoną kartką i rybniczanie kończyli mecz w dziesiątkę. Wykorzystali to goście i po zagraniu Zielińskiego Wróbel w sytuacji sam na sam z 12 metrów podwyższył wynik, a 2 minuty później, po zagraniu Chwalibogowskiego w takiej samej sytuacji postawił pieczęć na zwycięstwie GKS.
sportowefakty.pl: Tomasz Wróbel: Niedosyt zwycięstw był niesamowity
Przyjezdni obronną ręką wyszli także z ataków rybniczan, którzy dążyli do wyrównania. – To był dla nas ciężki moment, gdy ROW zaczął grać zdecydowanie bardziej ofensywnie i stwarzał sobie okazje. Dzięki naszej grze obronnej nie daliśmy strzelić rywalowi bramki i udało się utrzymać piłkę z przodu, czego efektem były kolejne gole. Niedosyt zwycięstw był niesamowity.
Chcieliśmy udowodnić sobie, że potrafimy grać w piłkę. Cieszę się z moich dwóch bramek i trzech punktów, które są najważniejsze – wyjaśnia gracz GieKSy.
Przed derbową potyczką w katowickim obozie nie było najweselej. – Szkoda, że ostatnie dni były nerwowe. Dla nas najważniejsze jest to, że wreszcie udało się nam wygrać. Chcieliśmy to zrobić przede wszystkim dla siebie i kibiców. To zwycięstwo będzie miało większe znaczenie, jeżeli z następnego meczu znowu przywieziemy punkty. Przyda nam się spokój nie tylko przed starciem z Dolcanem, ale w ogóle – kończy zadowolony Wróbel.
slask.sport.pl: Efektowną wygraną GKS Katowice nawiązał do czasów Jana Furtoka
GieKSa wygrała w Rybniku różnicą aż czterech goli. Kiedy ostatni raz udała jej się taka sztuka na wyjeździe? Teoretycznie miało to miejsce w 2007 r. w meczu Pucharu Polski przeciwko Podlesiance Katowice (5:0), ale tamto spotkanie miało odbyło się na neutralnym boisku (Rapid).
W meczu ligowym GKS wygrał ostatnio taką różnicą goli w 1996 r. W Zabrzu pokonał wtedy Górnika także 4:0. Jedną z bramek strzelił Jan Furtok, czyli legenda klubu z Bukowej.
Najwyższe zwycięstwo wyjazdowe GieKSy miało miejsce w jej… pierwszym meczu. W 1964 r. katowiczanie pokonali w Pucharze Polski ekipę Wyzwolenia Chorzów.
sportowefakty.pl: Kazimierz Moskal: Zwycięstwo było nam bardzo potrzebne
Recepta na triumf nie była skomplikowana, bowiem goście czterokrotnie użądlili siedemnastą w tabeli ekipę Jana Furlepy. –
Myślę, że trochę za wysokie to zwycięstwo, ale tak to właśnie bywa, kiedy strzela się jedną bramkę na wyjeździe. Później obraz gry ulega zmianie – dodaje trener GieKSy, który w wygranej nad rybniczanami upatruje pewną prawidłowość.
– Rozmawialiśmy w szatni o tym, że na jesieni pojechaliśmy do Łęcznej i przegraliśmy 0:3. Później graliśmy z Energetykiem ROW u siebie, bo mecz z Arką był przełożony i wygraliśmy. Potem rzeczywiście ruszyliśmy do przodu i wygraliśmy kilka spotkań pod rząd. To zwycięstwo będzie miało większą wartość, jeśli w środę w Ząbkach też powalczymy o punkty i coś stamtąd przywieziemy – optymistycznie kończy Moskal.
slask.sport.pl: Zwycięstwo GKS-u Katowice zacznie smakować tylko pod jednym warunkiem
GKS zagrał w Rybniku wyjątkowo skutecznie i zdobył aż cztery gole. – Zwycięstwo cieszy, ale mecz nie był łatwy. Graliśmy lepiej niż wcześniej, ale wciąż dużo było chaosu i braku konsekwencji. Na pewno ktoś powie, że lepiej było wygrać cztery mecze po 1:0 niż raz aż tak wysoko. Do przeszłości jednak nie wracamy – mówi bramkarz Łukasz Budziłek.
Jednym z bohaterów meczu był Grzegorz Fonfara, który strzelił pierwszego gola. – To był dopiero drugi mecz na wiosnę, w którym to my objęliśmy prowadzenie i nie musieliśmy gonić wyniku. Wiosna nam nie wychodzi, wyniki są fatalne. Dlatego ucieszyliśmy się z mojej bramki, bo pozwoliła nam swobodniej grać. Kamień z serca spadł nam dopiero po końcowym gwizdku. To zwycięstwo zacznie smakować, jeśli równie dobrze zagramy w kolejnym meczu – z Dolcanem Ząbki – podkreślał Fonfara.
sportowefakty.pl: Premierowe zwycięstwo GieKSy na wiosnę – relacja z meczu Energetyk ROW Rybnik – GKS Katowice
Wielkoczwartkowe derby Śląska w I lidze były pojedynkiem dwóch ekip, które w rundzie wiosennej zawodzą. Energetyk ROW Rybnik wygrał w tym roku zaledwie raz, zaś GKS Katowice pozostawał jedyną drużyną zaplecza T-Mobile Ekstraklasy, która nie zasmakowała jeszcze trzech punktów.
(…)
Pierwsze celne uderzenie GKS-u za to zakończyło się otwarciem wyniku. Janusz Gancarczyk świetnym zagraniem obsłużył
Grzegorza Fonfarę, a ten dziubnął piłkę w polu karnym gości, po czym futbolówka wtoczyła się do rybnickiej bramki.
Natychmiast na wydarzenia na boisku zareagował trener Jan Furlepa, który wysłał na plac gry Idrissę Cisse. Senegalczyk krótko po wejściu na boisko uruchomił Szymona Sobczaka, ale napastnika Energetyka uprzedził Budziłek. Chwilę przed zmianą świetną okazję na wyrównanie miał Mariusz Muszalik, ale piłka po strzale wychowanka GieKSy zatrzymała się na poprzeczce.
W odpowiedzi dobre okazje pod bramką gospodarzy mieli Grzegorz Goncerz, który trafił w słupek i Przemysław Pitry, którego uderzenie powstrzymał jednak Bucek. Chwilę później minimalnie niecelnie uderzał Kostecki, po którego strzale „szczupakiem” piłka nieznacznie minęła słupek.
Końcówka meczu należała już niepodważalnie do GieKSy, a znać o sobie dał trenerski nos Moskala. Do siatki trafili bowiem gracze, których szkoleniowiec katowiczan chwilę wcześniej wpuścił na plac gry. Wcześniej jednak z boiska wyleciał Maxim Potirniche, który wyciął równo z trawą Pitrego.
Grę w przewadze GKS zamienił ostatecznie na trzy gole. Najpierw po dograniu Tomasza Wróbla głową drugą bramkę dla katowiczan zdobył Michał Zieliński. Chwilę później „Zielu” odwdzięczył się za asystę obsłużył świetnym zagraniem Wróbla, a tuż przed końcowym gwizdkiem strzelec trzeciej bramki trafił raz jeszcze – wykorzystując dogranie Bartłomieja Chwalibogowskiego.
slask.sport.pl: Pierwsze zwycięstwo GKS-u Katowice od listopada. I to efektowne!
GieKSa przerwała wreszcie serię meczów bez zwycięstwa. Od 16 listopada nie potrafiła wygrać i w ten sposób zmarnowała szansę włączenia się do walki o awans do ekstraklasy. Po niedawnej porażce 0:3 z Arką Gdynia jasne się stało, że katowiczanie muszą teraz częściej spoglądać za siebie, bo przewaga punktowa nad grupą drużyn broniących się przed spadkiem niebezpiecznie się zmniejsza. Dlatego tak ważne jest zwycięstwo w Rybniku z Energetykiem ROW-em, który od dawna znajduje się w strefie spadkowej.
gliwicka72.pl: Derby Śląska nie dla Rybnika. ROW 0:4 GieKSa
Piłkarze ROW-u Rybnik w pojedynku derbowym z katowicką GieKSą przegrali aż 0:4. Wszystkie bramki padły w drugiej połowie meczu, a końcówka w wykonaniu rybniczan pozostawia wiele do życzenia. Co raz mniej spotkań pozostało do rozegrania a nasza sytuacja w tabeli jest fatalna.
rybnik.com.pl: Klęska w derbach Śląska! Energetyk ROW rozbity przez GKS
Kibice ROW-u liczyli na to, że w drugiej połowie podopieczni trenera Jana Furlepy zaatakują śmielej, tak jak to miało miejsce w poprzednim spotkaniu z Okocimskim. Tak się jednak nie stało, a na domiar złego już w 50. minucie gola zdobyli katowiczanie. W polu karnym piłkę dobrze przyjął Grzegorz Fonfara i precyzyjnym strzałem nie dał szans bramkarzowi ROW-u.
Chwilę później na boisku pojawił się Idrissa Cisse, który w ostatnim meczu strzelił dwie bramki. Tym razem jednak to nie był jego dzień. Bohaterem rybniczan mógł zostać Mariusz Muszalik. W 60. minucie piłka po jego strzale trafiła w poprzeczkę.
W końcówce spotkania rybniczanie odkryli się, co bezlitośnie wykorzystali katowiczanie. Katami ROW-u okazali się wprowadzeni w drugiej połowie Michał Zieliński i Tomasz Wróbel. Pierwszy z nich podwyższył prowadzenie na 2:0, a drugi dobił rybniczan w doliczonym czasie gry strzelając dwie bramki i ustalając wynik spotkania na 4:0. Tym samym po siedmiu meczach bez zwycięstwa GKS zanotował pierwszą wygraną tej wiosny. Rybniczanie natomiast przegrali ósme spotkanie w tym sezonie i nadal zajmują przedostatnie miejsce w tabeli I ligi.
(…)
Warto dodać, że na trybunach zasiadło blisko 4 i pół tysiąca kibiców. Wśród nich spora grupa fanów GKS-u i zaprzyjaźnionego Górnika Zabrze.
– Popsuliśmy dziś piłkarskie święto w Rybniku. Kibice zaprezentowali wysoki poziom dopingowania, my niestety od tego odstawaliśmy – mówił wyraźnie przybity trener ROW-u, Jan Furlepa. – Przy stanie 0:1 mocno zaryzykowaliśmy i niestety to się na nas zemściło. GKS był lepszym zespołem i wykorzystał swoje okazje. Spodziewałem się większej determinacji w grze mojego zespołu. Musimy się szybko ogarnąć, bo w środę kolejny ważny mecz – dodał.
katowice.naszemiasto.pl: Energetyk ROW Rybnik przegrał w derbach Śląska z GKS Katowice 0:4
Aż cztery bramki wbili zawodnikom z Rybnika w derbowym spotkaniu zawodnicy GKS Katowice. Wszystkie bramki padły po przerwie. Kolejno trafiali: Grzegorz Fonfara w 50 minucie i Michał Zieliński w 86 minucie. Dwa kolejne trafienia w doliczonym czasie gry zdobył dla katowiczan Tomasz Wróbel.
Schodząc do szatni rybniczanie nie kryli rozczarowania. – W dzisiejszym meczu zabrakło nam wszystkie, gry w piłkę nam zabrakło. Rywalem pokazali nam, jak w I lidze nie należy grać w piłkę – mówił po zejściu z boiska Mariusz Muszalik, zawodnik ROW-u.
– Musimy usiąść teraz w szatni i sobie pewne rzeczy we własnym gronie wyjaśnić. Kibice stworzyli dziś coś wspaniałego na trybunach, a nam jest wstyd, że tak się przed nimi zaprezentowaliśmy – podkreślał zawodnik.
I rzeczywiście. Do Rybniak przyjechała dziś nie tylko spora grupka kibiców z Katowic, ale także zaprzyjaźnieni z kibicami obu zespołów fani Górnika Zabrze, a nawet Banika Ostrawa. Kibice stworzyli na trybunach znakomitą atmosferę, godną derbowego spotkania.
Piłka nożna
Górnik Łęczna – GKS Katowice 1:0
27.10.2026 Łęczna
Górnik Łęczna – GKS Katowice 1:0
Bramki: Tkacz (32)
Górnik: Wilk – Turek, Radkowski (38. Kobryń), Kruk, Rogala (69. Quainoo), Tkacz (81. Deja), Walski, Myszkor, Akhmedov, Janaszek (69. Niewiarowski), Antkowiak (81. Korbecki)
GKS: Kikolski – Jirka (57. Galan), Olsen (57. Czerwiński), Jędrych, Klemenz, Wdowiak, Milewski, Wolski (75. Kowalczyk), Nowak, Wędrychowski (57. Bartlewicz), Szkurin (75. Kokosiński)
Ż.kartki: Myszor – Bartlewicz
Cz.kartki:
Sędzia: Paweł Malec (Łódź)
Widzów: 1333
Felietony Piłka nożna
Post scriptum do Kielc i Łęcznej
Trudno wracać myślami do dwóch ostatnich pojedynków. Wiemy, jak zagrała GieKSa i jakie wyniki osiągnęła. Nie może jednak zabraknąć tradycyjnego post scriptum. Tym razem łączonego, bo na wyjazd wybrałem się kilkudniowy. Na pierwszy mecz do Kielc dojechał Misiek, a drugi do Łęcznej – Misiek i Kazik.
1. Moja podróż rozpoczęła się już w piątek od… śniadania w Katowicach. Wiadomo, że trzeba się solidnie posilić. Tak więc z Katowic ruszyłem około godziny 12.00.
2. Droga przebiegła sprawnie i po niecałych trzech godzinach zameldowałem się w Hotelu pod Jaskółką nieopodal Kielc, w jednym z Tumlinów. Znałem to miejsce z opowieści, gdyż zatrzymują się tu czasem wędrowcy Głównego Szlaku Świętokrzyskiego.
3. Sam przemierzałem ten szlak dwa lata temu w majówkę. Wówczas po skończonym etapie w Miedzianej Górze autobusem podjechałem do hotelu Grafit. Jak się okazało, zarówno w poprzednim sezonie, jak i teraz, była to baza noclegowa drużyny.
4. Miejscówka nad zalewem Umer, robiła miłe wrażenie. Hotel to chyba jakiś rodzinny, bo w „barze” przesiadywała rodzinka gospodarzy.
5. Z okien można było podziwiać sympatyczne alpaki. Ogólnie sielanka. To był piątek, więc jeszcze nie byłem skażony przykrymi emocjami sportowymi.
6. Zaczynała się kolejka. Czas więc był śledzić poczynania ligowych rywali. Derby Lublina, czyli Motor grał z Zagłębiem. Na początku oglądałem na laptopie, ale pan chyba dziadek zaproponował, że włączy telewizor. Co uczynił.
7. W międzyczasie obiad. Befsztyk po królewsku, z cebulką, jajkiem sadzonym, frytkami i kapustą zasmażaną. Coś pięknego. Tak mi zasmakowało, że potem podczas pobytu wziąłem to jeszcze dwa razy. Na doprawienie się był krem z pieczarek z groszkiem ptysiowym.
8. Wieczorem Widzew – Górnik i kolejny brak wygranej naszego najbliższego rywala. Do tego wykartkował się Fornal, Świder chyba odniósł jakąś kontuzję. Zobaczymy.
9. No i nadeszła sobota. Śniadanie było sowite – z jajecznicą z wkładką. I tu trzeba było zdobyć kalorię, które będą spalane podczas meczu.
10. Niestety nie dostałem miejsca parkingowego, więc musiałem szukać w okolicach stadionu. Wiedziałem, że są ogólnodostępne parkingi i myślałem, że będąc niemal dwie godziny przed meczem nie będzie problemu. Nie wziąłem pod uwagę, że to ostatni weekend przed Wszystkich Świętych. Na parkingach były dzikie tłumy.
11. Musiałem kluczyć i szukać ponad pół godziny. Ostatecznie zaparkowałem na ulicy niedaleko stadionu, pod cmentarzem, na jakiejś trawie.
12. Czirliderki – podobnie jak ostatnio – miały swoją rozgrzewkę na bocznym boisku. A ja zacząłem kierować się do obiektu.
13. Akredytację odebrałem, trzeba było też sprawdzić, czy w sklepiku jest proporczyk. W poprzednim sezonie go zabrakło. Tym razem udało się – był w asortymencie, więc moja na razie niewielka kolekcja została powiększona.
14. Na stadionie byłem nieco ponad godzinę przed meczem. Ciekawe, że tym razem dojście do prasówki było z drugiej strony niż ostatnio. Ale wyjątkowo ochroniarz przepuścił mnie przez catering dla VIP-ów. Nic nie zachachmęciłem.
15. W dojściu do sektora prasowego, można było odnieść wrażenie, że zaraz się wejdzie do Lewiatana, bo taka reklama jest na stadionie, a wygląda dosłownie, jak szyld sklepu.
16. Czirliderki już oficjalnie wystąpiły, Marek Grechuta zaśpiewał i mogliśmy zacząć grać.
17. U gości wystąpił Pau Resta, były zawodnik Korony. Kibice gospodarzy chyba nie narzekali, bo to Hiszpan dał się nawinąć Menie, który strzelił zwycięską bramkę.
18. Camilo Mena to z jednej strony człowiek mocno zamieszany w awans GKS do ekstraklasy, ale też już w tej ekstraklasie całkiem konkretnie nas tępi. Raz już trafił jako zawodnik Lechii w meczu z GKS, a teraz jako piłkarz Korony.
19. Po meczu konferencja, na której było wyjątkowo dużo dziennikarzy. Każdy chciał zobaczyć debiut Roberta Kolendowicza. Ogólnie sama sala ciekawa, ciemna, ciepła, dość kameralna i schludna.
20. Rozczarowany wróciłem do auta i wróciłem na miejscówkę.
21. Niedziela upłynęła pod znakiem odpoczynku i ekstraklasy oraz oczywiście El Clasico. W tym polskim Lech wygrał na wyjeździe z Legią, a hiszpańskim Real pokonał Barcelonę.
22. Ale przynajmniej mogłem ukoić nerwy w towarzystwie alpak. Zawsze to coś, gdy nie ma wyników.
23. W poniedziałek przemieściłem się do Łęcznej. Trzy godziny drogi, trochę zadupiami. Ale jeszcze za widna byłem na Lubelszczyźnie.
24. Jeszcze udałem się na oddalony o kilometr od mojej miejscówki stadion Górnika, by zrobić nagrywkę i cyknąć parę zdjęć. Ku mojej uciesze stadion był otwarty, więc wszedłem i sobie połaziłem dookoła. Nieniepokojony przez nikogo.
25. Wieczorkiem w sushi/pizzerii pyszna picka. I jesienna herbata. Ogólnie Łęczna jest całkiem przyjemnym małym miastem. Są knajpy, sklepy, kebab, mak. Są też stosunkowo tanie noclegi. Bardzo przyjemnie.
26. Rano śniadanie i na tym skończyły się przyjemności i dobry nastrój. To znaczy jeszcze przez jakiś czas było okej, ale w pewnym momencie zaczęło się robić źle – dokładnie w momencie, jak piłkarze wyszli na boisko.
27. Na stadionie Górnika Łęczna byłem wcześniej sześć razy, ale pięć z tych meczów było przegranych. Jedynie raz GieKSa potrafiła tam wygrać, gdy w końcówce trzy razy strzeliliśmy bramkę.
28. Co ciekawe akredytacja była w formie on line. Nie dostałem plakietki, musiałem się zalogować do systemu biletowego i spoko – tam akredytacja czekała.
29. Ale musiałem czekać aż przyniosą skaner do skanowania. Na szczęśćie może trzy minuty i wszystko było załatwione.
30. Warunki do pracy przyzwoite. Prąd i widoczność spoko. Na stadion schodziły się dzieciaki ze szkół, trzeba było jakoś zbudować frekwencję. Młyn był niewielkie, kibice GKS, cali na żółto, jak zwykle dali radę.
31. Nie zabrakło pozdrowień dla Grzegorza Rogali, kibice GKS pamiętają, że ten zawodnik dał dużo naszej drużynie w drugiej i pierwszej lidze. Teraz broni barw Łęcznej.
32. Luboń, Zdzieszowice, Skierniewice, Garbarnia Kraków, Chrobry u siebie, Tarnobrzeg… To niektóre z kompromitacji, jakie GieKSa zaliczyła w Pucharze Polski w ostatnich kilkunastu latach. Teraz dołożyliśmy do tego drugoligową Łęczną. Fajny był ten puchar w poprzednim sezonie, ale wychodzi na to, że absolutnie nie są to nasze rozgrywki.
33. Po meczu zadałem trochę pytań na konferencji trenerowi, ale byłem tak rozemocjonowany, że zapomniałem włączyć nagrywanie. Z pomocą przyszli chłopacy z oficjalnej, którzy wspomogli mnie nagraniem audio. Wielkie dzięki!
34. Zadałem też pytanie asystentowi trenera gospodarzy, takiemu o aparycji Michaela Ameyawa, na co kładli nacisk i w czym widzieli szansę. To powiedział, że w tym, że obrońcy GKS są wysocy, ale mało zwrotni. Żodyn się nie spodziewał.
35. Wróciłem do auta, które miałem pod miejscówką noclegową, z kilometr od stadionu. I ruszyłem w drogę powrotną. O godzinie 22:00 byłem w domu.
Felietony Piłka nożna
Od razu humor lepszy
Wygrać z Widzewem to zawsze coś pięknego. W mojej próżności kibicowskiej co jakiś czas pojawia się jakaś drużyna, z której niepowodzeń cieszę się szczególnie. Nie chce mi się udawać tutaj jakiejś wielkiej klasy i kreować się na nie wiadomo kogo. Jako ludzkość tak mamy w swojej specyfice, że tzw. schadenfraude istnieje i jedyne, co z tym ktoś może zrobić – i wiele ludzi robi – to po prostu mydli oczy całemu światu kreując się właśnie na kogoś innego. Oczywiście zawsze lepszego, niż jest w rzeczywistości. Kibicowanie jest stosunkowo bezpiecznym miejscem, żeby realizować swoje różne ciemne uczucia. Wszelkie antagonizmy, szowinizmy to danie upustu swoim historiom i nieraz może być grubo i gorąco. Problem pojawia się, kiedy ktoś to zaczyna traktować śmiertelnie poważnie. I wiemy, że oczywiście takie osoby są. Futbol to zabawa, choć poważna. Najbardziej poważna z niepoważnych rzeczy tego świata.
Te moje radości z niepowodzeń innych nie są jednak zawsze typowe dla kibica GKS. Na przykład niespecjalnie mnie cieszą porażki czy niepowodzenia Ruchu Chorzów. Mam kompletnie do tego neutralny stosunek. No może na jakiś minimalny minusik. Ale jeśli awansowaliby do ekstraklasy i mielibyśmy się z nimi mierzyć – nie martwiłbym się z tego powodu. Może też dlatego, że nie sądzę, by awansowali.
Po pamiętnych „brudnych pazurach” takim klubem była też dla mnie Arka Gdynia. Więc fajnie było, jak po porażce z nami w barażu nie awansowali do ekstraklasy, no i szkoda, że później awans nastąpił. Ale „karencja” w moich emocjach się zakończyła i w trakcie sezonu wrócił neutralny stosunek do gdynian. Nie cieszyłem się z ich spadku jakoś szczególnie. Podobnie było z Wisłą Kraków, ale teraz widząc jak ten zespół dobrze gra i jest bardzo sensownie prowadzony – również nie mam specjalnie negatywnych odczuć. I czeka nas trudne zadanie w grudniu.
Widzew to sytuacja szczególna. Poziom zadufania łódzkich kibiców, tzw. fanbazy i przeświadczenie o swojej wielkości jest (a w zasadzie chwilowo: był) tak wielki, że po prostu miło się patrzy na to systematyczne sprowadzanie na ziemię. GieKSa w Łodzi przegrała w dwóch poprzednich sezonach i ileż to ja tam się nasłuchałem o tym, jak to Widzew zaraz zaatakuje puchary, a wręcz się będzie włączał do walki o mistrzostwo. Wydawało się, że po zwycięstwie z GKS są już dosłownie o krok od Ligi Mistrzów. Uzasadniać to miały oczywiście wielkie pieniądze i wspaniałe transfery. No bo przecież ściąganie takich piłkarzy jak Mariusz Fornalczyk, który brylował w Koronie czy Sebastian Bergier, artystów pokroju Kornviga czy Leragera, a jakiś czas temu reprezentantów – Drągowskiego, Wiśniewskiego czy Świderskiego pokazywało, że w Łodzi tworzy się prawdziwy dream team. Niestety – jak się okazało – był to tylko wet dream.
(Boże, jak ja nie lubię tego określenia, ale tu mi pasuje do gry słów).
Dlatego to zderzanie się z rzeczywistością łódzkiego klubu jest miłe dla oka. Po prostu jak ktoś cwaniakuje i uważa się za lepszego od innych i że z urzędu mu się wszystko ułoży jak w bajce, to potem przychodzi proza życia, ciężka harówa i to, że jak mawiał klasyk „nazwiska w piłce nie grają”. Pieniądze też. I w życiu również nie grają pozory. Mogą one na chwilę zaciemnić obraz, ale zawsze na końcu wybiją się po prostu prawdziwe, merytoryczne wartości.
Oczywiście obecnie te opinie są biegunowo inne, bo przecież kibice Widzewa widzą, co się dzieje. Jedno zwycięstwo w trzynastu meczach, często dość kuriozalne tracenie punktów, ich straty w końcówkach meczów (zarówno w poprzednim sezonie, jak i teraz) sprawiają, że Łodzianie znów kręcą się w okolicach strefy spadkowej. Ich szczęściem jest to, że raczej remisują niż przegrywają i te ciułane punkciki ostatecznie jednak dużo dają w kwestii pałętania się w ogonie tabeli.
Tak więc sumarycznie, jeśli ktoś uzna to moje podejście za małostkowe, proszę bardzo. Jest takie.
Oczywiście to mniej istotny aspekt sobotniego meczu. Ważniejszym miało być po prostu zwycięstwo GieKSy. Po ostatnich porażkach potrzebowaliśmy trzech punktów jak tlenu – nie tylko do tabeli, ale także dla morale zespołu i kibiców.
Przyjechał Widzew, który – no właśnie – to co napisałem o zderzaniu się z rzeczywistością to jeden aspekt. Drugim jest to, że jednak ta jedna wygrana w sezonie to też jest pewna anomalia jak na tę kadrę. Widzew nie jest przecież aż tak słaby, żeby wygrać zaledwie raz na dwanaście (stan przed meczem z GKS). Widziałem wszystkie mecze RTS w tym sezonie, oprócz tego z pierwszej kolejki z Motorem. Fakt, że Łodzianie większość meczów zremisowali też nie bierze się z niczego. Dodatkowo potrafili mieć sporo dobrych momentów w tych meczach. Ze Śląskiem grając praktycznie cały pojedynek w dziesiątkę strzelili na wyjeździe trzy bramki i byli bliscy zwycięstwa. Z Lechem toczyli bardzo wyrównany bój i klops Drągowskiego zadecydował o porażce. Zagrali bardzo dobry mecz na Legii. Ostatni u siebie z Górnikiem też był niezły.
Więc Widzew to też nie są żadne ogóry. Uważam, że stać ich na normalny środek tabeli, a może nawet minimalnie górną połówkę.
I to też goście pokazali w Katowicach. Dla GieKSy był to mecz piekielnie trudny. Nasz zespół miał pewien problem z wejściem w to spotkanie, gra była w pierwszej połowie jakaś niemrawa, nie stwarzaliśmy zagrożenia pod bramką rywala. Widzew był aktywny, potrafił wyjść spod pressingu, dobrze rozprowadzali piłkę po bokach czy prostopadle. Do tego byli dynamiczni. Ewidentnie brakowało im jakości w wykończeniu, więc po ananasach typu Akere czy Bukari, teraz kibice z Łodzi muszą patrzeć na wyczyny niejakiego Biuka.
Mieliśmy trochę szczęścia. Znów – jak ostatnio w każdym meczu – Pau Resta miał momenty nieogarnięcia i rywal stwarzał zagrożenie. Przeciwnik był jednak mocno nieskuteczny, na posterunku był też Gabriel Kobylak, który jednak trzeba powiedzieć, że jest naprawdę pewnym punktem drużyny.
Na szczęście w pewnym momencie zaczęliśmy atakować śmielej. Była ta centra z wolnego Nowaka na głowę Galana i słupek, a zaraz potem Ilja strzelał prosto w bramkarza. No i wisienka – nomen omen – pierwszej połowy, czyli kapitalna akcja bramkowa. Kacper Łukasiak zapatrzył się chyba na Bartka z Zabrza, bo zagrał na Ilję Szkurina bardzo podobną piłkę. Tym razem nasz napastnik jednak nogą, a nie głową – wyprzedził Drągowskiego i wystawił Nowakowi do pustej bramki, a nasz najlepszy zawodnik tylko dołożył nogę. Wykorzystaliśmy włoską wiedzę Przemysława Wiśniewskiego, bo jak mawia legenda, w Italii uczono go, by w takiej sytuacji stać jak słup soli i podziwiać kunszt Pana Bartosza Nowaka.
Prowadziliśmy do przerwy, choć wcale prowadzić nie musieliśmy. Dlatego ten wynik był tak bardzo cenny.
Na początku drugiej połowy, również wybronił nas strażnik Gabriel, bo niestety dalej nie ustrzegaliśmy się błędów w defensywie. Na szczęście ofensywa robiła show. Tak jak pisałem po Koronie, brakuje nam często tych soczystych dośrodkowań w pole karne. Tym razem Mateusz Kowalczyk – ponawiając atak – z powietrza kopnął piłkę na tyle mocno, że dał szansę przejścia futbolówce przez większość piłkarzy. Ta trafiła do Bartka, a ten już wiedział, co z nią zrobić. Przy wydatnej pomocy Papanikolaou piłka wpadła do bramki, a gdyby wzrok mógł zabijać, to Drągowski byłby istnym Bazyliszkiem dla Greka. Po chwili kolejną kapitalną akcję rozpoczął Nowak, Sebastian Milewski piętą odegrał do Szkurina, Ilja dwukrotnie strzelał i w zamieszaniu podbramkowym Bartek na spółkę z Kapuadim wepchnęli piłkę do siatki.
Dodam tylko jeszcze w kwestii tego dośrodkowania Kowala. Jak pisałem niedawno, jest trochę irytujące, jak Marcin Wasielewski nie decyduje się na centrę tylko ciągle szuka jakiegoś kolegi z tyłu, najczęściej Alana Czerwińskiego. Tymczasem jak Marcin już się na to dośrodkowanie zdecyduje, to wychodzą naprawdę niezłe kopnięcia. I tak było w końcówce, gdy zacentrował na głowę Szkurina. Więc zachęcałbym do większej ilości takich prób, bo jestem przekonany, że zaraz ten zawodnik może mieć asystę.
Wyniku 3:0 nie spodziewaliśmy się w najśmielszych snach, a już tym bardziej przy niezłej do tej pory przecież postawie Widzewa. Mecz układał się kapitalnie.
Niestety znów dopadł nas meltdown. Sytuacja po rzucie rożnym – cóż, zdarza się. Choć jak przyglądam się powtórkom to myślę, że Kapuadi zawiesił się na Klemenzie i można by było tę sytuację rozpatrywać. VAR jednak nie za bardzo drgnął w tej sytuacji. No a potem mieliśmy kolejny błąd Resty, czyli niekontrolowane dość odbicie głową piłki, która trafiła pod nogi Świderskiego. Fakt, że ulubieniec Jana Urbana zachował się w tej sytuacji jak rasowy snajper i strzelił kapitalnie.
Znaleźliśmy się w piekielnie ciężkim położeniu. Niby GKS Katowice nadal prowadził, ale z dużego spokoju zrobiła się nerwówka. A Widzew zyskał (miał zyskać) wiatr w żagle, wiadomo, że taki moment wpływa na psychikę bardzo dobrze. I obawiałem się, że Łodzianie z animuszem na nas ruszą, a w związku z naszymi błędami w obronie będziemy oglądać niesłychaną remontadę skutkującą utratą być może nie tylko zwycięstwa, ale nawet wszystkich punktów.
I za ten fragment do końca meczu należy się naszym zawodnikom duża pochwała. Nie spanikowali, utrzymali chłodną głowę i nie dopuszczali rywala do groźnych sytuacji strzałowych. Uważam, że od utraty drugiej bramki do końca meczu, czyli przez ok. 20 minut, to był najlepszy defensywnie moment tego meczu. A sama końcówka, czyli trzymanie piłki daleko od własnego pola karnego, to przytrzymywanie Ilji było klasowe. Widzewiacy mogli tylko krzyczeć i machać rękami, łapiąc jedną kartkę za drugą. Katowiczanie w końcówce doprowadzili gości do całkiem konkretnej frustracji. Bardzo dobrze rozegrane i można powiedzieć, że wyrównali te swoje błędy świetną grą na koniec.
Cieszy to, że znów byliśmy bardzo skuteczni z przodu. No i właśnie – dwa gole strzeliliśmy po grze bardziej bezpośredniej i prostej. Trzecia to już było rozklepanie obrony rywala. Dobrze by było, żeby te nasze działania było różnorodne, bo tak naprawdę przeciwnik zawsze będzie z tego tytułu miał więcej problemów.
O Bartku Nowaku nie ma co się rozpisywać, bo znów udowodnił, że jest wybitny.
Mamy ciągle nad czym pracować. Znów straciliśmy bramkę, znów gubiliśmy się w obronie, oprócz tej końcówki. Gdyby Widzew był bardziej ogarnięty i skuteczny, mógł w pierwszej połowie spokojnie prowadzić w tym spotkaniu. A na początku drugiej wyrównać. Skorzystaliśmy mocno z ich indolencji w ofensywie, ale też wykorzystaliśmy do maksimum ich słabość w obronie. W sumie, czy nie na tym polega piłka?
Nadal musimy się nad kilkoma postaciami zastanowić. Pau Resta naprawdę musi się ogarnąć, bo nawet jeśli w większości gra poprawnie, to i tak w każdym meczu zalicza jakieś klopsy.
Ostatnio trener wystawia w pierwszej jedenastce Marcela Wędrychowskiego. Nie sądzę, że zawodnik tę pozycję utrzyma. Niestety po raz kolejny Marcel wypadł słabo – gubił piłkę, źle podawał w dobrych sytuacjach, przewracał się. To niestety nadal nie jest ten poziom, którego byśmy oczekiwali. Nawet jak mu czasem wyjdzie jakiś mecz, to potem popada w dużą – delikatnie mówiąc – przeciętność. W przeciwieństwie do swojego kumpla Kacpra Łukasiaka, który gra coraz lepiej. Kacper jeszcze mógłby się wstrzelić w tę bramkę, bo choć nie jest to jego głównym zadaniem, to prawie w każdym meczu oddaje jakiś strzał. Na pewno dodałoby mu to jeszcze większej pewności siebie. Ale i tak jest naprawdę dobrze.
Ostatecznie GieKSa pokazała, że solą piłki są bramki i to one zadecydowały o zwycięstwie. Do maksimum nasz zespół wykorzystał swoje atuty i słabość przeciwnika.
Dzięki temu zwycięstwu ta cała nieszczęsna Łęczna, gdzieś tam lekko odeszła za mgłę. To jest dokładnie to, o czym pisałem przed meczem. Im będziemy lepiej grać i punktować, tym jakieś wcześniejsze nieudane mecze coraz bardziej będą odchodzić w niepamięć. Piłka przecież nie znosi próżni i naprawdę nietrudno jest pewne rzeczy nadrobić czy nadpisać.
Dlatego po sporej dawce krytyki, jaką dałem po ostatnich dwóch meczach, tym razem chcę powiedzieć, że zespół przysporzył mi naprawdę sporo radości i za sporo rzeczy można naszą ekipę pochwalić.
A że jeszcze dzięki GieKSie Widzew miał się z pyszna – to już miód na moje GieKSiarskie serce.
PS Zapomniałem napisać wcześniej, a nie chce mi się już wplatać w tekst. Decyzja o niepodyktowaniu rzutu karnego po ręce Wiśniewskiego to kuriozum. Domyślam się, że u siedzącego na VAR Szymona Marciniaka to jest żaden argument o chowaniu ręki, tylko pewnie, że piłka najpierw odbiła się od biodra/brzucha, zanim trafiła Wiśnię w rękę. Sytuacja o tyle absurdalna, że to była tak minimalna zmiana toru lotu, że i tak by w tę rękę dostał. A ruch ręką do piłki był i nie zmienia tego fakt, że w ostatnim momencie „niby” tę rękę cofał. Dla mnie to jest ewidentny rzut karny i nie rozumiem, dlaczego Wojciech Myć nie został nawet wezwany do monitora. Znaczy wiem. Szymon Marciniak wie wszystko najlepiej.







































marianoITALIANO
20 kwietnia 2014 at 12:18
Witam a kiedy ma zamiar zagrać Elvist ciku ?