Dołącz do nas

Kibice

Dynamo Drezno: Jak to się zaczęło i zakończyło

Avatar photo

Opublikowany

dnia

W zinie wyjazdowym ukazała się historia kontaktów kibiców GieKSy z fanami niemieckiego Dynama Drezno. Dziś publikujemy cały tekst na łamach GieKSa.pl. Autorem jest Eric Cantona.

Kibice GieKSy, jeśli weźmiemy pod uwagę międzynarodowe znajomości, są w pewnych kryteriach ewenementem, którego polska scena kibicowska nie widziała. Od 1996 roku mieliśmy zgodę z Banikiem Ostrava, a dzięki tej przyjaźni nawiązaliśmy kontakty i utworzyliśmy układ chuligański ze słowackim Spartakiem Trnava. Mimo to w Polsce wciąż obowiązywała zasada: „Sami przeciw wszystkim”, która była naszym znakiem firmowym. Mało jest w kraju ekip, które przez ponad 20 lat z nikim z polskiego podwórka nie miały sztamy i potrafiły przez ten czas funkcjonować na dobrym poziomie.

Kilkanaście lat temu powstała nowa międzynarodowo relacja – tym razem polsko-niemiecka. Wiele osób (szczególnie z niemieckiej strony) myślało, że urodzi się z tego coś więcej. Od czego się zaczęło i jak to się zakończyło?

Preludium całej historii zaczyna się w 1997 roku. Miros, przedstawiciel Paderewy i fanatyk GieKSy, w wieku 13 lat przeprowadza się wraz z rodzicami do wschodnich Niemiec. Zamieszkał nieopodal Drezna – w Radebeul. Wyjeżdżając z Polski, nie zapomniał o swoim przywiązaniu do GieKSy, biorąc ze sobą płótno „Forever GKS”, które będzie wisiało w kolejnych latach na Rudolf-Harbig-Stadion.

.

Miros kochający piłkę nożną, zaczął uczęszczać na stadion miejscowego Dynama, a atmosfera na trybunach zaczęła go mocno fascynować. Udzielał się w młynie, dojrzewał wśród fanatyków Dynama i zaczął poznawać wszystkie ważniejsze osoby. Po czasie rozpoczął treningi, wyjazdy, wspólne imprezy, stadionowe awantury i ustawki – stał się jednym z nich, nie będąc już anonimową personą wśród chłopaków z Drezna.

Wspomnianą flagę „Forever GKS” zabrał po raz pierwszy na wyjazd do Plauen w 1999 roku. W Niemczech panował zupełnie inny klimat niż w Polsce, jeśli chodzi o wywieszanie swojego płótna na trybunach. Mając akceptację wśród swoich kolegów, nikt specjalnie nie zwracał uwagi na fanę sławiącą GKS, tym bardziej że barwy miała mocno zbliżone do Dynama.

Dynamo w tamtym okresie było „podjarane” polską sceną kibicowską, która wtedy miała swoje złote lata. Mieliśmy awantury, a flagi na naszych stadionach typu: Banditen, Fighters czy South Boys bardzo im się podobały. Międzynarodowy skrót „ACAB” jest znany w całej Europie, ale Dynamo czy FC Nurnberg woleli powiesić u siebie flagę „CHWDP” – wszystko po prostu z fascynacji polską sceną.

Zawioł, przyjaciel Mirosa, zaczął pisać z nim zin „Bad Boys”, który ujrzał przynajmniej 5 numerów, z redakcją korespondencyjną w Niemczech. Wspominam o tym tytule zina, ponieważ w późniejszych latach za prośbą Mirosa, ultrasi Dynama namalowali ręcznie znaną flagę „Bad Boys – Dumni po zwycięstwie – Wierni po porażce – Drezno”, która na żywo robiła ogromne wrażenie. Tych flag ręcznie robionych ultrasi z Drezna namalowali wiele i trzeba przyznać, że mieli spore umiejętności, bo wiele z nich do dziś powiewa na meczach Dynama.

.

Z inicjatywy Mirosa, w 2000 roku doszło do pierwszego nawiązania relacji GKS – SGD. Zaprosił on kilku fanów Dynama do Katowic, gdzie na Paderwie w swoim starym mieszkaniu, zaczęli wspólnie (wraz z fanami GKS) oglądać na VHS-e awantury oraz ustawki z udziałem chuliganów Dynama. Po czasie relacje zaczęły się polepszać, ale głównie na linii ultrasów obu grup. Wówczas oprawami na trybunach GieKSy zajmowała się ekipa Net F@ns GieKSa, która była naszą pierwszą oficjalną grupą ultras na Bukowej. Tematu z oficjalnym układem nigdy nie było, bo zgodę na to musiałaby wydać chuliganka GKS-u.

W Dreźnie było inaczej. Tam podział na grupy chuligańskie i ultras był tak wielki, że każda z frakcji mogła zawierać swoje zgody i one nie dotyczyły reszty młyna. Po prostu taki mieli klimat. Jednak nasza znajomość trwała, mimo iż nie była jakoś specjalnie pielęgnowana. Problem tkwił raczej w polskiej mentalności, gdzie nie zapomniano jeszcze krzywd wyrządzonych podczas wojen przez Niemców i Rosjan. W wielu głowach było nie do pomyślenia, żeby polski kibic nawiązywał pozytywne relacje z ekipą z tych państw. W ten sposób na Bukowej nie brakowało sceptyków Dynamo. Poza tym kolejnym bardzo ważnym czynnikiem, który nie pozwolił rozwinąć się przyjaźni z Saksończykami, był język. W tamtym czasie niewielu znało angielski, a niemieckiego prawie nikt. Zresztą u nich było podobnie (z angielskim) i to była fundamentalna przeszkoda w kontaktach obu grup.

Z czasem, po pozytywnym nastawieniu wobec siebie ultrasów, chuligani obu grup postanowili poznać się oficjalnie i tak oto jesienią 2002 roku do Drezna pojechała 17-osobowa delegacja bandy. W jej skład weszło także 2 fanów Banika, który od samego początku był sceptycznie nastawiony do Dynama. Wynikało to z tego, że kilka lat wcześniej Fan Club Cheb został obity przez Dynamo przy granicy. GieKSiarze chcieli swoim czeskim braciom pokazać, że Dynamo jest w porządku i że nie ma już żadnego ciśnienia na siebie.

Na miejscu okazało się, że spotkanie przez ulewę zostało odwołane, więc Dynamo nie pozwoliło, aby droga naszej delegacji poszła na marne i zaprosiło wszystkich do knajpy nieopodal stadionu. Znajdowała się tam już 200-osobowa ekipa fanów z Drezna. Od momentu wejścia GieKSiarzy do pubu dbali oni o to, aby nikomu z Katowic nie zabrakło najlepszego napoju kibica. Doszło nawet do sytuacji, że Dynamo chciała zorganizować walkę z jedną niemiecką chuligańską ekipą, żeby także udział w niej wzięła GieKSa. Katowiczanie jednak stanowczo odmówili ze względu na brak oficjalnego układu, nie wspominając już o zgodzie. Dynamo nie dawało za wygraną i chciało bardzo zgodę przybić tego wieczoru, polewając złocisty trunek. Jednak chuligani GieKSy po 2 godzinach goszczenia, stwierdzili, że wracają do Katowic.

Po odłożeniu decyzji Dynamo zostało oficjalnie zaproszone 18 maja 2003 roku na mecz z Wisłą Kraków, który GieKSa wygrała 1:0. Każdy GieKSiarz obecny na spotkaniu, zapewne pamięta, jaka wtedy panowała atmosfera. Niemcy przywieźli flagę „Hooligans Elbflorenz”, która wisiała na Blaszoku. Co ciekawe, flaga do dnia dzisiejszego ma zakaz bycia wieszaną na stadionie Dynama, a wiążę się to z kryminalną przeszłość grupy. Niemcy byli tak „podjarani” dopingiem i całą otoczką na Bukowej, że zaczęli nas sami od siebie traktować jako zgodę, nawet fanów Banika…

.

Chwilę później 08 czerwca 2003 roku doszło do kuriozalnej sytuacji na meczu Dynamo – Preußen Münster. W trakcie meczu został wywieszony transparent: „European Football Army”, któremu towarzyszyły herby Banika, Dynama i GieKSy…

.

Płótno nie zdobyło uznania w Ostrawie, a mówiąc krótko – strasznie wkurwiło Banik. Jeszcze bardziej zniechęciło ich do Niemców. Jak mało poważnie zachowali się tego dnia ultrasi Dynama, świadczy fakt, że pojechali sobie wtedy bez uzgodnienia do Liberca na wyjazd… Banika. Chuligani z Bazalu na ich widok raczej się nie ucieszyli i Dynamo nie zostało przywitane tak, jakby sobie tego życzyło.

Od tego momentu Banik nie chciał mieć nic wspólnego z Dynamem i gdy obydwie ekipy przyjeżdżały do Katowic, kibice GieKSy musieli ich gościć w osobnych lokalach, żeby nie trafili na siebie.

27 września 2003 roku kibice GieKSy wyruszyli do Drezna, gdzie pierwszy raz oficjalnie powiesili swoje płótna na meczu Dynamo – FC Chemnitzer. Były to flagi „GKS Katowice” oraz „VIP”.

..

Kolejnym meczem, na którym GieKSiarze zameldowali się w Dreźnie, był sparing z FC Nurnberg jesienią 2004 roku. Persona Non Grata pojawiła się z płótnem „Łowcy śmierdzieli”.

.

Następna wizyta GieKSiarzy z płótnem odbyła się jesienią 2006 roku na kibicowski hit z FC Magdeburgiem, które jest od kilkunastu lat w przyjacielskich stosunkach z Hutnikiem Kraków. GieKSa tym razem zabrała ze sobą flagę „Pierońskie Hanysy”, a delegacja liczyła 10 osób.

.

W tamtych latach fani GKS-u wielokrotnie pojawiali się w Niemczech, odwiedzając się z kibicami Dynama, jednak nie za każdym razem byli tam z flagami. Z kolei flaga „most”, czyli „Bad Boys”, po kilku wzajemnych wizytach Dynama z Mirosem na czele, została na stałe w Katowicach jako znak dobrych relacji.

Dynamo oprócz wspomnianego meczu z Wisłą wspierało GKS w Poznaniu na Pucharze Polski wiosną 2004 roku, na który pojechało 68 kibiców GieKSy (w tym 4 fanów SGD).

.

.

Kolejna ich oficjalna wizyta z płótnem „Brutal Fans Dynamo Dresden” miała miejsce na hitowym spotkaniu na poziomie czwartej ligi z GKS-em Tychy. Spotkanie odbyło się 1 października 2005 roku przy komplecie publiczności, niezliczonej liczby pirotechniki, kapitalnych opraw, 1500 fanów gości i awanturze z policją na murawie. Lepszej reklamy polskich trybun 6 fanów Dynama nie mogło sobie wymarzyć.

.

Następną datą, kiedy niemiecka delegacja zawitała do Katowic, był 18 czerwca 2006 roku, czyli baraż z BKS-em Stal Bielsko-Biała. Fani z Dynama wspólnie z 12000 kibiców GieKSy świętowali awans. Zabrali ze sobą znaną już nam flagę „Hooligans Elbflorenz”. Na płocie wisiała również podarowana wcześniej flaga „Bad Boys” oraz płótno chłopaków z Brigade Germany.

.

Jesienią 2006 roku, grając w starej trzeciej lidze, GieKSa miała do zaliczenia wyjazd do Słubic, nieopodal niemieckiej granicy. Wybrało się tam 110 GieKSiarzy. Dynamo, które chwilę wcześniej wsparł GKS na prestiżowym spotkaniu z Magdeburgiem, postanowiło się zrewanżować i przyjechało w 20 osób z flagą „1953”. Już wcześniej ze strony przyjaciół z Ostrawy, zaczynały do fanów GieKSy dochodzić niepokojące głosy, że Dynamo niejednokrotnie zabawiało się w czeskiej Pradze, nawiązując tam relacje z chuliganami Sparty – największej kosy Banika. Kibice z Drezna stanowczo się od tego odcięli, jednak widząc apogeum ciśnienia Chacharów w kierunku Niemców, GieKSa musiała zdecydować. Nie mogło być inaczej, ufając Banikowi i z szacunku dla swoich braci, z którymi w tamtym roku świętowano 10-lecie zgody, GieKSa postanowiła zakończyć relacje na linii Dynamo Drezno – GKS Katowice.

.

Miesiąc później, dokładnie 14 października 2006 roku, GieKSa grała ważny pojedynek z GKS-em Jastrzębie. Fani Dynama mocno się zmobilizowali i przyjechali w 60 osób pokazać, że zależy im bardzo na naszej relacji. Przywieźli ze sobą ogromne płótno „Sportgemeinschaft Dynamo Dresden”, które zajęło prawie pół ogrodzenia Blaszoka. Na meczu przez konflikt zarządów obu klubów odnośnie puli biletów oficjalnie nie pojawili się goście. Jednak chuligani z Jastrzębia zadbali o atrakcje na meczu. Najpierw ujawniając się na sektorze numer 6, gdzie zostali szybko obici przez GieKSę. Potem w trakcie meczu próbowali od strony parku wjechać pod kasy, ale ich akcję udaremniła policja. GieKSa oczywiście wyszła przywitać Jastrzębian, ale ostatecznie to mundurowi stali się celem. Wywiązała się duża awantura, a radiowozy zostały wywrócone do góry kołami. W tej awanturze udział brało także Dynamo, a jeden z niemieckich fanów doświadczył na własnym ciele, czym „częstuje” polska policja, dostając z gumowejkuli.

.

Wizyty Dynama w Katowicach do dziś są dobrze wspominane wśród GieKSiarzy, którzy pamiętają Niemców rozdających kalendarze, vlepki itd. z emblematami SGD przy Bukowej. Chętnie dzielili się tym co mieli i dochodziło do wymiany barw. Przywozili ze sobą również albumy ze zdjęciami, co mocno się podobało, bo takiej kolekcji można było tylko pozazdrościć. W drugą stronę też nie ma jakiejś urazy i GieKSiarze mile widziani są w Dreźnie, mimo braku oficjalnych kontaktów.

Ostatnim akcentem, było wsparcie GieKSiarzy z Brigade Germany z flagą „Brigada Silesia”, na wyjeździe Dynama w Dusseldorfie wiosną 2007 roku. Podczas wejścia naszych 7 fanów na sektor gości, cały stadion gospodarzy usłyszał „GKS! GKS! GKS!”, które z radości wykrzyczało Dynamo.

.

To był definitywny koniec relacji polsko-niemieckiej. Warto jednak wspomnieć, że ultrasi Dynama wciąż mają pozytywne relacje z polskimi kibicami. Aktualnie dobrze żyją z fanami Miedzi Legnica, z którymi utrzymują prywatne relacje.

W tej chwili Dynamo Drezno jest uważane przez wielu za najlepszą bandę w Niemczech i niech nikt nie bierze tego przez pryzmat starych czasów. Niemiecki ruch kibicowski mocno się odrodził i choć do Polaków wciąż im wiele brakuje, to na pewno nie jedni by się na nich przejechali. Fani Dynamo mają aktualnie zgody z FSV Zwickau i FK Sarajevo. Obie zgody zawarte są rzez ultrasów.

Na zakończenie chciałbym pozdrowić i podziękować Mirosowi za przedstawienie całej historii, którą niewątpliwie chciało poznać wielu kibiców GieKSy i nie tylko. Pozdrawiam Dynamo Drezno, które podobnie jak GKS Katowice, pomimo dobrej renomy kibiców w swoim kraju, musi tułać się po niższych ligach. Jednak w tym roku los się do nas uśmiechnął i mogliśmy świętować awans swoich drużyn.

Eric Cantona

4 komentarze
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

4 komentarze

  1. Avatar photo

    Roh

    29 czerwca 2021 at 17:17

    Ciekawy artykół.

    • Avatar photo

      Fabian Dynamo Dresden

      3 lipca 2021 at 23:15

      Viele schöne Erinnerungen beim Lesen dieses Textes an die Besuche in der Bukowa Straße. Eine wilde, schöne und verrückte Zeit mit vielen unvergesslichen Erlebnissen

      • Avatar photo

        Bob

        24 czerwca 2022 at 22:10

        Servus nach Dresden.
        Glaubst es wäre kein Problem mit GKS Utensilien mal ein Spiel von Dynamo, egal ob heim oder auswärts zu besuchen? Gruß

  2. Avatar photo

    1964 GKS

    1 lipca 2021 at 06:59

    Jak to mawiają nasi bracia z Ostravy : To se ne vrati

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Niezłomność i perełki

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Jak przełamywać niemoce – to właśnie tak. Jak wygrywać po raz pierwszy od pół roku na wyjeździe – to właśnie w taki sposób. Nie wymarzylibyśmy sobie lepszego scenariusza. Choć z drugiej strony… przecież coś podobnego przeżywaliśmy na otwarcie Areny Katowice. Przecież wtedy – nawet minutę później niż Ilja – Filip Szymczak strzelił zwycięskiego gola. W Zabrzu nie lubią liczby sto. Bo to dokładnie w dziesiątej doliczonej minucie nasz super-napastnik zdobył zwycięskiego gola i wprawił w euforię całe Katowice.

Historia i interpretacja pisze się przez strzelone gole. Możemy zaklinać rzeczywistość, ale nie uciekniemy od tego. Oczywiście można zagrać jeden czy dwa lepsze mecze, które się przegra. I można wtedy mówić o tendencji wznoszącej, o optymizmie, o pechu. Jednak jeśli coś powtarza się długo lub wielokrotnie, to raczej tworzy się pewna reguła.

Taką regułą są na przykład drużyny grające ładną, ofensywną piłkę, miłą dla oka, ale ostatecznie dostawającą jednego czy drugiego gonga, który decyduje o niepowodzeniu. Jeszcze za wcześnie, żeby taki wniosek wysuwać, ale prototypem takiego momentu jest dla mnie Wieczysta. Ich naprawdę niezła gra może pójść w dwie strony – albo zaczną w związku z nią punktować, albo będą tymi „wyszumiejącymi” się zawodnikami, którym brakuje pewnej dyscypliny, by osiągnąć korzystny rezultat. Takim przykładem też póki co jest Widzew. W poprzednim sezonie i teraz. Niby cisną, niby mają sytuacje, ba – strzelają sporo goli. Ale co z tych sześciu strzelonych w dwóch ostatnich meczach, gdy dały one ledwie punkt. I dwie przegrane u siebie.

Ta przydługawa dygresja dlatego, bo wynik wczorajszego meczu w oczywisty sposób determinuje patrzenie na to spotkanie. Gdyby utrzymał się wynik 2:1 dla Górnika to oczywiście powiedzielibyśmy, że był to jeden z najlepszych meczów wyjazdowych w ostatnich miesiącach. GieKSa nie pękała, grała swoją piłkę, stworzyła kilka sytuacji. Trudno jednak byłoby nie być znów zirytowanym, gdy ta dobra gra zostałaby zniweczona utratą dwóch goli w dwie minuty. A konkretniej – w 78 sekund! Absurdalna jest to sytuacja, bo przecież w tych 78 sekundach lwia część jest radość piłkarzy, więc czystej gry pozostaje minimum. Od wznowienia gry do utraty drugiego gola minęło około 40 sekund, a przecież jeszcze w tym czasie Chłań miał sytuację.

Przypomniała się Wisła Kraków. Tam co prawda było „dużo” dłużej, bo dwie stracone bramki dzieliło trzy i pół minuty. Ale i tak wszystko przecież tam też odbyło się błyskawicznie. Po utracie dwóch goli nie było czego zbierać i czasu oraz możliwości starczyło tylko na bramkę Bartlewicza. Jeśli w drugim meczu w początkowej fazie sezonu zawalilibyśmy sobie coś w przysłowiowe dwie minuty (uśredniając), to byłoby to coś więcej niż incydent.

Sytuacja zrobiła się piekielnie trudna psychicznie. Grasz na wyjeździe z wicemistrzem Polski i zdobywcą krajowego pucharu. Z drużyną, którą eksperci dokooptowali już do ścisłej czołówki ligi. Która ma za sobą 25 tysięcy kibiców, którzy nic sobie nie robią z niekorzystnego wyniku, tylko ciągle głośno wspierają swój zespół. I w ciągu tych kilku minut – począwszy od sytuacji po rzucie rożnym i zamieszania pod bramką – poziom decybeli systematycznie wzrasta. Podyktowany rzut karny. Gol Kacpra Urbańskiego. „My jesteśmy chłopcy z Zabrza” – wybrzmiewa coraz głośniej, bo jest śpiewane w pobramkowej radości. I z tej radości – w momencie gdy Josema strzela gola na 2:1 – wyłania się już absolutny ryk euforii, ryk, którego dawno nie słyszałem na polskim stadionie. Górnik momentalnie odwrócił losy meczu i dał sobie wszystko, żeby ruszyć z furią dalej.

Sprowadzenie w tym momencie tego meczu do takiego o „letniej” temperaturze było pierwszym zadaniem GieKSy. I tak to odbieram, że właśnie schłodziliśmy to spotkanie, mimo że znaleźliśmy się w fatalnej sytuacji. Oczywiście jakieś tam sytuacje jeszcze były – jak ta, gdy Jarosław Kubicki strzelał, ale ostatecznie – mimo że piłka spadła na poprzeczkę – bardzo dobrze zablokował go Pau Resta. Jednak Górnik nie poszedł za ciosem tak mocno, żeby sobie stworzyć 5-6 kolejnych sytuacji.

Tak więc schłodzenie się powiodło. A potem mieliśmy dwie podwójne zmiany i czas doliczony. Ciekawe, czy kibice Górnika plują sobie w brodę, że zadymili boisko tym zielonym czymś, bo to właśnie w tak mocno doliczonym czasie przez to GieKSa strzeliła dwie bramki.

Trzeba naprawdę docenić upór naszych zawodników. Rozgrywali tę swoją piłeczkę, a gdy była możliwość, zagrywali w pole karne. I to co było wielkim mankamentem w Lublinie, czyli niecelne, kompletnie niecelne dośrodkowania w pole karne – tym razem wykonane porządnie – dały niesamowity efekt. Kapitalne było to podanie Nowaka – choć trudno do dośrodkowanie nazwać, bo było raczej z centralnej części boiska. Ale wykończenie Ilji w tym momencie – majstersztyk. Trzeba naprawdę dobrze ułożyć głowę, żeby przy tak ostrym kącie skontrować piłkę. Pisałem niedawno o meksykańskim piłkarzu Jaredzie Borgettim, który kapitalnie układał głowę do strzału. Pisałem o tym przy okazji gola Mateusza Wdowiaka z Žiliną. Teraz Ilja oddał taki strzał, że Schulze nie miał co zbierać. Trochę to wyglądało, jak gol do pustej bramki – tak było precyzyjne. No a potem geniusz Alana, który dość zabawnie sobie przekładał piłkę na prawą nogę, ale zrobił to tylko po to, by po raz enty już zacentrować idealnie. O to w piłce chodzi – żeby zagrywać idealne zagrania, a napastnicy z tego kapitalnie korzystali. Tu zagrało i jedno i drugie. Oczywiście nie zapominamy o pierwszym golu, bo tam po raz kolejny Bartek Nowak zagrał tak niesamowitą piłkę, która minęła chyba z pięć czy sześć linii zabrzan. Eman co prawda trafił w bramkarza, ale świetnie ustawiony nasz Białorusin pewnie dołożył nogę.

Więc tradycyjnie, jeśli chodzi o Bartka.

Trenerze Urban. Ty wiesz co.

Oprócz wyniku, największym sukcesem tej drużyny jest to, że we wspomnianych niesprzyjających okolicznościach – nie złapała piłkarskiej depresji. Grali swoje, ciągle wierzyli, że mogą przynajmniej najpierw tę jedną bramkę strzelić. Po tym praktycznie nokautującym ciosie Górnika, remis nie byłby wynikiem złym. Wyjechalibyśmy z niedosytem, ale jednak z punktem. A tu nasz zespół strzelił dwa gole i wygrał to spotkanie.

Mieliśmy też w tym meczu trochę pecha i trochę szczęścia. Pecha, bo inaczej nie można nazwać spalonego w postaci pięty Ilji Szkurina w akcji, która zakończyła się golem Erika Jirki. 2:0 do przerwy to byłoby coś. I w erze przed-VARowej taki wynik po pierwszej połowie byśmy mieli. A szczęście? No jednak wydaje mi się, że Arek Jędrych faulował Prekopa na koniec pierwszej połowy, a skoro tak, jeden czy drugi sędzia mógłby rozpatrywać czerwoną kartkę. Wyszło więc na zero.

Nie będę analizował poszczególnych piłkarzy, tym zajmą się trenerzy – jedni zagrali lepiej, jedni trochę mniej, ale jako drużyna było naprawdę dobrze. Chcę tylko jeszcze pochwalić Kowala, bo wykonuje kapitalną robotę w środku boiska. Jak jeszcze zniweluje to dalsze kiwanie się, po okiwaniu dwóch przeciwników – to będzie naprawdę wielki piłkarz. On potrafi tak podziałać z piłką, że pojawia mu się przestrzeń przed nim, ale nie zawsze potrafi to dalej wykorzystać otwierającym podaniem. Ale na to przyjdzie czas. Od powrotu Mateusza na boisko, nasz środek zdecydowanie się ustabilizował.

Tym samym kończymy tę nieciekawą serię wyjazdów bez wygranej. W końcu więc na jakiś czas nie będziemy musieli na to psioczyć. GieKSa odniosła spektakularne zwycięstwo, bez dwóch zdań.

Dodatkowo przełamaliśmy to nieszczęsne Zabrze. Pamiętam to ostatnie zwycięstwo, bo byłem na tym meczu w 2003 roku, kiedy to również strzeliliśmy trzy bramki, a bohaterem był Marcin Bojarski. Pamiętam, jak rok później swoją pierwszą bramkę w GKS zdobył w deszczu przy Roosevelta Dawid Plizga, ale w doliczonym czasie gry gospodarze wyrównali. A potem mieliśmy już same wtopy i przez wiele lat nie potrafiliśmy strzelić tam bramki.

W końcu GKS wygrał też na wyjeździe przy bardzo dużej publiczności. Po awansie do ekstraklasy na tych większych stadionach dostawaliśmy w czapkę. W końcu potem wygraliśmy we Wrocławiu przy 21 tysiącach widzów. Wczoraj na meczu było ponad 27 tysięcy ludzi i również w tym aspekcie nastąpiło przełamanie.

W rundzie wiosennej mieliśmy bardzo dużo meczów, w których traciliśmy prowadzenie. Gdynia, utrata dwubramkowej przewagi z Rakowem, trzykrotnie z Lechem, także z Koroną czy Jagiellonią. W obecnym sezonie co prawda też nam się to zdarzyło z Žiliną, ale za to mecz z Górnikiem jest trzecim, w którym GKS w pewnym momencie przegrywa, a ostatecznie odnosi zwycięstwo. Tak było wcześniej z Radomiakiem i Hapoelem. To się naprawdę ceni.

No i w końcu nie straciliśmy walorów z Nowej Bukowej. Co prawda trener przyznał na konferencji, że trochę zmienili sposób gty bez piłki – rozumiem, że jest to cofnięcie się niżej. Jest to trochę ryzykowna taktyka, bo wiemy, że jak przeciwnik nas przygniecie to mamy duże problemy. Ale jeżeli nie ma zmasowanego ataku, to Katowiczanie dobrze radzą sobie w destrukcji. Przede wszystkim jednak w ofensywie dołożyliśmy ten animusz, który znamy z meczów u siebie. Akcja na 1:0 to właśnie było to, precyzja, energia i szybkość Emana, ale polecam zwrócić uwagę, jak Ilja poszedł do tej akcji. To było świetne.

W ogóle Ilja to nam wyrasta na ulubieńca katowickiej publiczności. Wygląda na to, że zawodnik poczuł ten projekt GKS Katowice, w zakresie nie tylko wykańczania akcji, ale też pracy w środku boiska. Ostatnio ta praca jest bardzo widoczna, robi kawał dobrej roboty w środku pola. A skoro tak, to sam daje kolegom okazję do tego, by potem odwdzięczyli mu się jakimś jednym czy drugim kapitalnym podaniem. Tak – powtórzę to, co pisałem już kilka razy – niech Katowice będą dla Ilji jego miejscem na piłkarskiej Ziemi.

Cieszymy się i prosimy o jeszcze. Przed nami dwa kolejne wyjazdy i trudne spotkania. Nikt nie wymaga kompletu punktów, choć byłoby to wspaniałe. Ale niech GieKSa utrzyma ten vibe z wczorajszego spotkania, a to automatycznie zwiększy prawdopodobieństwo zdobyczy punktowych.

Kontynuuj czytanie

Galeria Piłka nożna

Szkurin show w Zabrzu!

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Derby, emocje i bramka na wagę zwycięstwa w samej końcówce! GieKSa po szalonym spotkaniu pokonała Górnika Zabrze 3:2, a wszystkie trzy gole dla zdobył Ilja Szkurin. Zapraszamy do trzeciej galerii, którą przygotował dla Was Marcin.

 

 

Kontynuuj czytanie

Galeria Kibice Piłka nożna

Kibicowska galeria z wyjazdu do Zabrza

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Zapraszamy do kibicowskiej galerii z wyjazdu do Zabrza. W sektorze gości zameldował się komplet (według przyznanych biletów) – 1503 kibiców GieKSy, w tym wsparcie Banika Ostrava (15) oraz ROW Rybnik (50). Zdjęcia nadesłane przez kibiców. 

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga