Felietony Piłka nożna
Defensywny kunszt futbolu
Po meczu z Cracovią napisałem felieton pt. „Defensywna aberracja futbolu”. Minęły dwa miesiące i tym razem mogę zrobić dokładnie na odwrót. GKS Katowice w obronie wczoraj zagrał mecz wybitny. Co prawda wynikało to z pewnych mankamentów, do których zaraz przejdziemy, ale nie da się ukryć, że w destrukcji mieliśmy prawdziwą ucztę, choć zawsze, jeśli chodzi o tego typu mecz swojej drużyny, to jest to okupione dużo większym stresem niż przyglądanie się ofensywnym poczynaniom zespołu.
Choć Pogoń summa summarum nie zadowala swoich kibiców w tym sezonie, to też trudno powiedzieć, że kilku powodów do radości im nie dała. Zespół potrafił wysoko wygrać z Motorem czy na Widzewie. Pokonali u siebie Raków i Cracovię. Wygrali na Legii, zremisowali na Lechu. Rozgromili Zagłębie Lubin. Są w 1/8 finału Pucharu Polski. Tak – mimo punktowo dość słabej – jak na Portowców – jesieni – mieliśmy wczoraj do czynienia z drużyną przecież nie-ułomków. Z Mistrzem Świata Mendym, z wiecznie młodym kapitalnym Grosikiem, no i tymi wszystkimi bardzo solidnymi przecież Ulvestadami czy Wahlqvistami oraz młodymi, zdolnymi Przyborkami.
Tak jak trener powiedział na konferencji, jak Pogoń się rozpędzi i złapie luz, to jest nie do zatrzymania. Nawet w przegranym meczu z Jagiellonią, to białostoczanie mieli masę szczęścia, bo przecież nawałnica Pogoni była niebywała. Od czasu przyjścia trenera Thomasberga szczecinianie złapali dobry rytm i weszli szczebelek wyżej, jeśli chodzi o formę w tym sezonie.
À propos Benjamina Mendyego. Nowa Bukowa pisze swoją fantastyczną historię i w tak krótki czasie Francuz okazał się już drugim Mistrzem Świata, który poległ na naszym nowym stadionie. Jak żegnaliśmy się z Bukową oprawą „schodzili stąd przyszli Mistrzowie Świata”, tak w Katowicach już i Lukas Podolski i Mendy właśnie, którzy to wznosili to najcenniejsze piłkarskie trofeum i mają w swoim dorobku największy piłkarski sukces w tej dyscyplinie sportu, znają również i smak porażki z GieKSą w jej nowym domu.
Drżeliśmy przed meczem, czy mecz się odbędzie. Informacje o mgle w okolicach godziny 17-18 sugerowały, że katowiczanie mogą zanotować drugi z rzędu pusty przelot ligowy. To by było istne kuriozum – miesiąc bez spotkania w lidze, dwa pojedynki przełożone i konieczność grania kolejnych zaległości – czy to na wiosnę czy jeszcze w grudniu. Była to bardzo nieciekawa perspektywa. Na szczęście im bliżej godziny 20.15, tym warunki były coraz to lepsze. Zagraliśmy bez większych problemów.
Dobrze, że GKS strzelił tak szybko bramkę, bo dzięki temu – mimo sporego naporu Pogoni w dalszej fazie pierwszej połowy – mieliśmy przewagę, która dawała nam… przewagę. W tym przypadku stwierdzenie, że pierwszy gol trochę „ustawił mecz” jest zasadne. Zupełnie nie wiadomo, jakby to spotkanie wyglądało, gdyby dłużej utrzymywał się wynik 0:0.
Potem GieKSa musiała swoje wycierpieć, oj musiała. Zastanawiałem się, w jakim stopniu tak głębokie cofnięcie się wynikało z mniej lub bardziej, ale planu na ten mecz, a w jakim stopniu wynikało z pewnej utraty kontroli nad spotkaniem. Trener Górak potwierdził, że zbyt nisko się cofaliśmy i przyznam, że… kamień spadł mi z serca. Bo z reguły sama taktyka oparta na tak bardzo niskiej obronie, to raczej proszenie się o problemy niż gwarancja sukcesu. Więc jeśli po prostu nasza drużyna trochę nie zapanowała nad pierwszą połową taktycznie, to dobrze, że przynajmniej nie było to zamierzone. Dodatkowo po skorygowaniu tej kwestii w przerwie, w drugiej połowie wyglądało to już lepiej. GieKSa nadal była w defensywie, ale już nie tak głębokiej. I z minuty na minutę, Pogoń była coraz bardziej bezradna.
Nie zapanowała… jak to brzmi. No właśnie, bo Pogoń była bardzo długo w pobliżu naszej szesnastki, próbowała swój atak pozycyjny rozegrać, oddała trochę strzałów. I z tego „niezapanowania” wyszła doskonała kontra, w której Adam Zrelak i Bartek Nowak pokazali – nie pierwszy raz – swój kunszt. Znów to GieKSa była jak wytrawny pięściarz – wyczekała, wyczekała i zadała mocny cios, po którym Portowcy byli już na linach, choć jeszcze nie na deskach.
W przerwie trener gości wprowadził Juwarę i Mukairiego i wydawało się, że ta żwawość Pogoni jeszcze się zwiększy. Choć ci piłkarze są chimeryczni i nieraz brakuje im głowy, to jednak wprowadzają dużo życia do ekipy ze Szczecina. Na szczęście tym razem nie dali wielkiej wartości i po przerwie goście byli już bardziej zrezygnowani niż wcześniej.
I tu dochodzimy do sedna tego spotkania. Nieraz trener mówił bowiem, że te nasze cofnięcia się wynikały z fazy meczu, z tego, że po prostu tak się czasem dzieje, że przez jakiś moment jedna drużyna ma przewagę, potem druga. Normalka, wiadomo, choć nie do końca mi to pasowało, bo czasem miałem wrażenie, że właśnie zbyt głęboko wchodzimy w nasze pole karne. Że właśnie trochę tracimy kontrolę nad meczem i to nie jest takie pewne bronienie się nisko, tylko raczej… obrona Częstochowy. Szkoleniowiec zwracał uwagę, że kwestią nie jest cofnięcie się, tylko umiejętne bronienie w takiej sytuacji. No i wczoraj w związku z tym mieliśmy wisienkę na torcie w tym meczu.
Bo w tej obronie niskiej nasz zespół spisał się kapitalnie. Wybronił wszystko. W zasadzie przypomina mi się jeden tylko błąd, w pierwszej minucie drugiej połowy, gdzie ponabijali się trochę Lukas Klemenz z Alanem Czerwińskim. Ale i tak zaasekurował świetnie Rafał Strączek, a chwilę później Jesse Bosch. Ogólnie jednak wszyscy zagrali jak profesorowie, do tego waleczni profesorowie. Ilość bloków, wślizgów, tych szybkich doskoków, reakcji była wielka. Tak – Pogoń za dużo oddała strzałów, bo aż 27. Ale celnych tylko 3. Trzy! To naprawdę znamienne. Z tej liczby strzałów wyszła jakaś chorobliwie niska statystyka xG, bo tylko około 1,5. Czyli mówimy o strzałach z nieprzygotowanych pozycji, takich, które mają niewielkie ryzyko, że do bramki wpadną. Każdy z naszych obrońców swoje zadanie wykonał świetnie. A do tego był wspomniany Strączek, który po niepewnej grze na przedpolu w pierwszych swoich meczach, tym razem zagrał kapitalnie. Co miał obronić, to obronił, to tego kilka piąstkowań i wyłapań piłki. Bardzo pewny punkt naszej drużyny. Jedynie na mały minus nokaut Martena Kuuska, ale to wynikało z sytuacji boiskowej i mamy nadzieję, że nasz Estończyk wróci szybko do gry.
Naprawdę nasi zawodnicy odebrali chyba trochę chęć Portowcom do gry w piłkę. Bo ileż można starać się i starać, gdy napotyka się na taki mur nie do przejścia. W zasadzie ostatecznie bardzo klarownej sytuacji Pogoń nie miała. Po strzał Biegańskiego, choć ładny, to jednak z dystansu. Podobnie strzały z daleka wybronione przez Strączka. Przy wyścigu do piłki z Juwarą, to był właśnie… wyścig, który wygrał nasz golkiper. Efektem tego wszystkiego – kolejny mecz na zero z tyłu.
Cała gra obronna naszej drużyny się poprawiła, czego najbardziej wymiernym efektem są mecze na zero z tyłu. Jeżeli mieliśmy łącznie z poprzednim sezonem chyba z szesnaście spotkań z rzędu ze straconym golem, a teraz w czterech ostatnich meczach ligowych – trzy z czystym kontem, to wiedz, że coś się dzieje. Coś dobrego. Nie ma już tych kiksów, fatalnych zachowań, błędów skutkujących utratą bramki. Jest pewna, solidna gra, która daje punkty.
Wiadomo, że mogłoby być lepiej. To zbyt duże cofnięcie się mogło wynikać, chociażby z tego, że dużo lepiej można było wyprowadzać piłkę, nie tracić jej tak szybko i tym samym oddalać grę od szesnastki. A tak to wiadomo – Pogoń rozpędzona, zaraz odzyskuje piłkę, a to zawsze napędza drużyny przeciwne. Z tym że ta wredna GieKSa nie chciała się dać złamać i ciągle, przez pełne 90 minut, rzetelnie wykonywała swoje obowiązki w defensywie. Mowa nie tylko o obrońcach, bo przecież Jesse Bosch też czyścił aż miło.
Piłka nożna to gra na bramki. A te strzelała GieKSa. Wspomniałem o drugim golu, ale przecież pierwszy też był piękny, kapitalne, dopracowane dośrodkowanie Galana, wyprzedzenie Zrelaka i kontrująca piłka, przy której Cojocaru mógł tylko stać i podziwiać. Prosty środek, a jakże skuteczny. Coś jak gol Borjy w Lublinie po dośrodkowaniu Alana Czerwińskiego. Aha, à propos Alanów – doceńmy także tego drugiego, który zmienił pierwszego, czyli Alana Bróda. Zawodnik wszedł w końcówce meczu i dostosował się poziomem do reszty zespołu. Wykonała kawał dobrej roboty w końcówce meczu i także dzięki niemu nie musieliśmy do końca drżeć o korzystny wynik.
Odetchnęliśmy. Po wcześniejszych sobotnich meczach GKS znalazł się w strefie spadkowej. Porażka z Piastem i odwołanie meczu z Jagiellonią spowodowały deficyt punktowy. Teraz zdobyliśmy już drugą dziesiątkę oczek i tym samym jesteśmy w niemal identycznym położeniu punktowym jak rok temu. Natomiast mimo tego, że to, jak punktuje dół tabeli to jakaś anomalia, to nadal sumarycznie jest to średnia 1 punktu na mecz. Czyli na ten moment utrzymanie na koniec sezonu dałoby 35 punktów. Cały czas niezmiennie zakładam, że całkowicie pewne utrzymanie to 38 oczek. Więc z prostego rachunku wynika, że potrzebujemy jeszcze sześciu zwycięstw. Choć arytmetyka mówi, że moglibyśmy nie wygrać już żadnego meczu do końca sezonu i się utrzymać – przy bilansie… 0-18-0 😉
Przed nami intensywna końcówka. W czwartek Jagiellonia w Pucharze Polski, a potem wyjazdowy Raków. Trzeba mierzyć wysoko, bo są ku temu podstawy. O częstochowianach będziemy myśleć później. Teraz czas skupić się na Jadze i utrzeć im nosa za zeszłotygodniową niedzielę.
Felietony Piłka nożna
Wyzerowane atuty – diagnozy brak
Szczerze mówiąc nie chce mi się pisać tego felietonu, bo myślę sobie, że znowu będę pisał to samo. Rozbieżność między wynikami meczów u siebie i na wyjeździe sięgnęła absurdu. GKS rozegrał w tym sezonie siedem meczów – u siebie wszystkie trzy wygrał, na wyjeździe wszystkie cztery przegrał. Suma tego jest taka, że z europejskich pucharów już odpadliśmy, a w lidze mamy trzy punkty po trzech kolejkach. Czyli słabo – bo to średnia mogąca nawet nie dać utrzymania.
Piszę to wielokrotnie i napiszę jeszcze raz, bo już wiele razy w przeszłości czy to piłkarze czy trenerzy obrażali się na mnie, bo coś tam skrytykowałem. Nie mówię o sytuacjach, kiedy pojechałem z koksem i tak czy inaczej kogoś nazwałem, bo za to obrazę rozumiem. Cóż, młodość (która trwa, ale już inna). Ale my nie możemy doprowadzić do zagłaskania naszej drużyny – za ekstraklasę, za kapitalną w niej postawę czy za puchary. Wszyscy wiemy gdzie byliśmy i co trener wraz z kolejnymi grupami piłkarzy w ostatnich latach nam dał i daje. Więc tu nie ma mowy o podważaniu projektu jako całości. Ale trzeba mieć w tym wszystkim krytycyzm, bo jeśli w którymkolwiek momencie ktoś uznał, że zdobyliśmy już tyle, że teraz po prostu możemy do końca kariery jechać na sukcesie – to jest to – delikatnie mówiąc duży błąd. Więc tak, doceniamy ekstraklasę, super jest jeździć na te wszystkie stadiony w najwyższej polskiej lidze. I niech ten projekt w tym kształcie, z obecnym trenerem trwa jak najdłużej.
No ale są defekty. I ta postawa na wyjazdach naprawdę każe się zastanowić nad kilkoma rzeczami. Bo to jest coś, co jakiś czas się w GieKSie powtarza, mamy powtórkę z czterech przegranych wyjazdów na początek sezonu z zeszłego roku. A w pierwszym po awansie do ekstraklasy sezonie, na wiosnę także przydarzyły się cztery wtopy z rzędu na delegacjach.
Ale to nie chodzi tylko o wyniki. Chodzi o grę, która co prawda nie zawsze ten wynik gwarantuje, a w perspektywie pewnego okresu czasu (raczej krótszego niż dłuższego) dobra gra statystycznie przynosi względnie dobre wyniki. U nas nie jest największym problemem to, że przegraliśmy cztery mecze z rzędu. Problemem jest to, że te mecze przegraliśmy zasłużenie, bo graliśmy bardzo słabo.
Wczoraj chciałem wierzyć, że jak długo ten mecz trwał, w końcu coś wciśniemy. Mecz z Motorem w naszym wykonaniu nie był aż takim paździerzem, jakie trochę razy ostatnio na wyjazdach oglądaliśmy. Przypomniał się mecz z Cracovią, kiedy wydawało się, że przy 0:0 na koniec spotkania pozostanie spory niedosyt. A rywal w końcówce nam wmontował bramkę i już nawet z remisu nie można było się „cieszyć”. Ostatecznie, choć wczoraj GieKSa nie była beznadziejna, to była jednak słaba. Tym bardziej martwi to, że naprzeciw mieliśmy drużynę mocno przeciętną, do tego skleconą naprędce po kadrowych zawirowaniach, z nowym trenerem. A my – stabilni i budowani od kilku lat – nie potrafiliśmy zrobić na tym boisku nic. Przecież, gdyby nie Ndiaye czy może jeszcze Simon, to by Pan Czubak piłkę oglądał z daleka i nie miał okazji zaprezentować swojego świetnego wykończenia. Motor był do bólu średni, ale swoim jednym czy drugim błyskiej robił różnicę.
U nas tym razem w obronie nie było „wesołego miasteczka”, choć oczywiście nie ustrzegliśmy się błędów, po których padły bramki – najpierw nieuznana, a potem już prawidłowa. Jednak w tym meczu to nie obrona była naszym głównym problemem. Tym razem było to słabe/bardzo słabe/beznadziejne rozgrywanie ataku pozycyjnego. O kontrach nawet nie mówię, bo mam wrażenie, że jak my wyprowadzamy kontrę, to zaraz jeden czy drugi nasz zawodnik się zatrzymuje, robi kółeczko, wycofuje nie wiadomo gdzie i po kontrze nici.
Od patrzenia na nasze rozegranie piłki na połowie przeciwnika oczy bolały. Sposobności mieliśmy całe mnóstwo, bo Motor bronił się nieraz dość nisko – nie desperacko w swoim polu karnym – ale mocno na swojej połowie. My graliśmy po obwodzie – to na lewo, to na prawo. I często kończyło się do słabą wrzutką, z którą rywale nie mieli problemu. Przede wszystkim więcej w tym temacie oczekiwałem od Bartosza Wolskiego, bo naprawdę zawodnik ma większe umiejętności niż to, żeby zagrać leciutką piłkę à la serwis Pawła Zagumnego w pole karne i liczyć na czysty przypadek, że akurat trafi w nią ktoś z naszych, a nie przeciwników. Dlaczego nie ma mocnych, takich soczystych wrzutek? Dlaczego nie ma jakiejś próby większej precyzji? Nie mówiąc o tym, że nasi wahadłowi też chyba mocno zapomnieli, co to znaczy żwawość na boku. Nie ma dynamicznych pojedynków 1 na 1 na skrzydle na wysokości pola karnego, wejść w to pole karne. Jest to wszystko takie miałkie i nijakie i taka była ofensywa GKS w tym meczu. Naprawę zestawiając to z pojedynkiem z Motorem z rundy wiosennej i bramek, jakie GieKSa strzelała w tamtym meczu można… dostrzec różnicę.
Ostatecznie najlepszymi okazjami GKS był strzał Ilji w słupek i sytuacja, w której Ilja gola strzelił, ale Bartosz Nowak był w tej sytuacji na spalonym. Tak, był jeszcze strzał napastnika po dośrodkowaniu oraz uderzenie Mateusza Wdowiaka w boczną siatkę. I to tyle. Motor miał swoich groźnych sytuacji więcej.
Widać też, że trener szuka optymalnego składu, ale na razie większość zawodników swoją grą nie przekonuje, by zagościć w jedenastce na stałe. W pomocy kombinujemy. Bartek Nowak ma abonament na granie, ale wychodzi na to, że Bartek Wolski również. Chcieliśmy tego duetu, czekaliśmy na to, jaki zrobią oni techniczny zamęt w tej lidze. Na razie jednak to tylko mrzonki. Nie mamy twardości w środku pola. Jeszcze do tego dokładamy Marcela, który jest ambitny, szybki, ale też nie jest to skała. Do tego wygląda na to, że wczoraj przegrał z upałem, z ręką na sercu, jak widziałem, że podciąga sobie tę koszulkę i w ogóle miałem z daleka wrażenie, że jest cały czerwony, to pomyślałem, że Rafał Górak zrobi wyjątek i ściągnie piłkarza w przerwie. Tak też się stało.
Pamiętam jak w poprzednim sezonie po Górniku Zabrze trener zapowiedział, że coś musimy zmienić w samym podejściu do spotkania i strukturze gry na wyjeździe. Choć potem przegraliśmy jeszcze z Lechią, to za chwilę gra GKS na obcych stadionach zaskoczyła. GieKSa wygrała z Lublinie, Niecieczy, w Pucharze Polski z ŁKS. Na początek roku było zwycięstwo w Lubinie. Były te mecze z Rakowem i Lechem. Czyli da się. Problem jest taki, że jak drużyna wpadnie w wyjazdową otchłań bezradności i niemocy, to trudno z niej się wykaraskać.
Najgorsze jest to, że nie widać, aby był jeden mądry, który zdiagnozował, gdzie leży problem. A to musi być głębszy problem mentalny, bo przecież u siebie ci zawodnicy – zarówno indywidualnie, jak i jako cała drużyna – potrafią przecież grać w piłkę. Co się z nimi dzieje na wyjeździe i dlaczego? Może to jest coś na etapie samego wyjazdu na mecz, podróży, hotelu, dnia meczowe na wyjeździe? Może to tam trzeba poszukać, co się takiego dzieje z piłkarzami, że opada z nich cała ta agresja, moc i siła? Może gdzieś jest zbyt duże rozluźnienie, a może to rozluźnienie jest zbyt małe? Trzeba szukać, w każdym szczególe, w każdym posiłku, w każdej minucie spędzonej w autobusie.
Przyznam, że po tym kolejnym przegranym meczu nie mam smutku, żalu czy załamki. Jest po prostu po raz kolejny irytacja i taka frustracja, bo widzę tę bezradność piłkarzy i mi się udziela. Nie ma w życiu chyba gorszego poczucia niż to, że nie ma się wpływu. A gra GKS a wyjeździe wygląda tak, jakby zawodnicy nie mieli dostępu do swoich atutów, które dają różnicę, tylko próbowali sztampowych, oklepanych i zupełnie nieefektywnych na tym poziomie rozwiązań.
I trzeba coś z tym zrobić szybko, bo wkrótce czekają nas trzy trudne wyjazdy – Zabrze, Gliwice i Lubin. Tu już po prostu obowiązkowo będzie trzeba punktować.
A na razie Wisła Płock. Dobrze, że przynajmniej u siebie te atuty nie są zablokowane. Liczymy, że i tym razem tak będzie, GieKSa swoje gole będzie strzelała i trzy punkty zdobędzie.
Piłka nożna
Górak: Brakuje nam wytrawności
Po meczu Motor Lublin – GKS Katowice wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Mariusz Misiura i Rafał Górak. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Jesteśmy rozczarowani tym, że przegraliśmy spotkanie, włącznie z powiedzeniem, że jeżeli nie możesz wygrać, to powinieneś umieć go zremisować.
Takie mam odczucia w stosunku do tego meczu. Niestety – nie jesteśmy jak na razie w stanie zagrać meczu na zero z tyłu, który dałby nam przestrzeń, żeby wywieźć z takiego spotkania remis, bo może on też nie byłby to szczyt naszych marzeń przed spotkaniem – bo przyjechaliśmy z zamiarem wygrania meczu – ale na pewno remis bardziej odwzorowywałby to, co się działo. Ale to jest nieistotne, bo ten który bramkę strzela ma tę radość, a ten, który tego nie robi – tej radości nie ma. W wielu momentach za dużo mamy rozpiętości poziomowych w spotkaniach. To mnie też trochę na razie smuci, bo powinniśmy się stać bardziej wytrawną drużyną, a tego nam brakuje. Mamy bardzo dobre momenty, kiedy gramy zgodnie z tym, co chcemy robić, a mamy też takie kiedy ta gra na różnych pozycjach w różny sposób ofensywie czy defensywie nam się łamie i powoduje bałagan, który kończy się niekiedy tak, jak się skończył przy straconej bramce. Byliśmy w posiadaniu piłki pod polem karnym przeciwnika i tej wytrawności jeszcze brakuje – tego będziemy szukać. Dziś jest masę rozczarowania i sportowej złości, ale nic tu po narzekaniu, trzeba brać się do roboty i mocno wyciągać wnioski choćby z tego, że przy czterech meczach wyjazdowych w tym sezonie cztery razy schodzimy pokonani i to nas bardzo denerwuje i jesteśmy niezadowoleni. Ale po to niekiedy takie próby są, żeby wychodzić, silniejszym. Teraz będziemy się przygotowywać do następnego spotkania, potem mamy trzy mecze z rzędu na wyjeździe. Czeka nas nie lada sprawdzian i jestem przekonany, że wyjdziemy z tego obronną ręką. Dzisiaj jest dużo złości, rozczarowania i momentów, z których z gry jesteśmy niezadowoleni.
Mariusz Misiura (trener Motoru Lublin):
Bardzo się cieszę, że wygraliśmy mecz i zdobyliśmy trzy punkty. Bo mam poczucie, że to był czwarty naprawdę dobry mecz w naszym wykonaniu i jak ten czas leci – mijają tygodnie – przygotowujesz się do czwartego spotkania, a na koncie masz jeden punkt, to zapominamy, co się wydarzyło w pierwszej czy drugiej czy trzeciej kolejce. Wydaje mi się, że drużyna zasłużyła, żeby mieć ich więcej. Wierzę, że konsekwentną pracą i procesem będziemy budować silną drużynę.
Co do meczu to wydaje mi się, że wykreowaliśmy więcej sytuacji, na pewno w pierwszej połowie, konsekwencją tego jest bramka. Powiedzieliśmy sobie w szatni, że musimy zostawić serce i charakter. 104 minuty w takim upale to szacunek dla piłkarzy. Sami państwo siedząc na trybunach czuliście gorąco i zmęczenie.
To jest coś normalnego, że w takim upale przydarzały nam się błędy, cieszę się, że nie było z tego konsekwencji w postaci gola, ale podobało nam się nasze dążenie do strzelenia bramki. Dobre zmiany, każdy z zawodników dał impuls. Bardzo się cieszę z tych trzech punktów i idziemy dalej.
Piłka nożna
Hapoel: Nowi zawodnicy pomogą drużynie?
W przerwie pomiędzy sezonami działacze Hapoelu dokonali kilku zmian w składzie. Z klubem pożegnało się pięciu zawodników i tylu samo podpisało nową umowę.
Największe nadzieje są wiązane z pochodzącym z Ghany Douglasem Owusu. 20-letni Owusu gra na pozycji napastnika, poprzednie dwa sezony grał w Super liga Srbije – najpierw w Radniku Surdulica, a przez ostatnie pół roku w Crvenie Zvezda Belgrad. W tych dwóch klubach strzelił 11 bramek i zanotował tyle samo asyst. Kontrakt z Owusu został podpisany 5 sierpnia i od razu został zgłoszony do rozgrywek Ligi Konferencji, jednak nie zagrał w meczu w Miszkolcu. Filigranowy (mierzy zaledwie 1,65 m) piłkarz jest wart 4,5 mln euro.
Hapoel podpisał także umowę z obrońcą Doronem Leidnerem. 24-latek występował w drużynie z Tel Awiwu jako junior, później „błąkał” się po Europie (Olympiakos Pireus, Austria Wiedeń, FC Zurich), by ostatecznie wrócić do Hapoela. Leidner występuje w kadrze Izraela. Jego wartość rynkowa wynosi 300 tys. euro. Doron wystąpił we wszystkich meczach pucharowych, w jednym w pełnym wymiarze, w pozostałych był zmieniany po około 60 minutach. W drugim meczu z Ludogortsem zobaczył żółtą kartkę.
Kolejnym obrońcą, który podpisał nową umowę, jest wysoki, mierzący 188 centymetrów, Chico. 27-latek przez większość kariery grał w Brazylii (Sport Recife i Novorizontino), a na początku poprzedniego sezonu został wypożyczony do Hapoelu. Przed tym sezonem związał się z klubem 3-letnią umową. Wartość rynkowa Chico oceniana jest na 1,2 mln euro. Brazylijczyk wystąpił we wszystkich meczach pucharowych. W pierwszym meczu z Ludogortsem strzelił bramkę i zobaczył żółtą kartkę.
Z kolei 24-letni Yonatan Farber gra na pozycji pomocnika i występował tylko w drużynach z Izraela. Farber mierzy 1,9 m, a jego wartość wyceniania jest na 350 tys. euro. W meczach pucharowych wystąpił tylko parę minut – w drugim meczu z Ludogortsem.
Ostatnim zawodnikiem, który dołączył do Hapoela przed sezonem, jest 19-letni Itay Shavit. Shavit jest reprezentantem Izraela U19 i gra na pozycji pomocnika. Jego wartość wyceniana jest na 150 tys. euro. Nie wystąpił w żadnym meczu pucharowym.

Najnowsze komentarze