Hokej Piłka nożna Piłka nożna kobiet Prasówka Stadion
Liderki tabeli rządzą niepodzielnie!
Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów z ubiegłego tygodnia, które dotyczą sekcji piłki nożnej i hokeja GieKSy. Prezentujemy najciekawsze z nich.
W ubiegłym tygodniu piłkarki zmierzyły się z wiceliderkami Czarnymi Sosnowiec. Drużyna wygrała na wyjeździe 5:0 (3:0) i z przewagą dziewięciu punktów przewodzi w tabeli. Kolejny mecz zaplanowano na na 22 marca z Pogonią Szczecin. Drużyna męska w wyjazdowym spotkaniu przegrała z Widzewem Łódź 0:1. Prasówkę po tym spotkaniu możecie przeczytać TUTAJ. Piłkarze kolejne spotkanie rozegrają po przerwie reprezentacyjnej – 30 marca na nowym stadionie z Górnikiem Zabrze.
Siatkarze 21 marca rozegrają ostatni w tym sezonie mecz z ZAKSą Kędzierzyn-Koźle w PlusLidze. Bez względu na wynik tego spotkania drużyna została zdegradowana do I ligi.
Hokeiści rozegrali trzeci i czwarty mecz półfinałowy z Unią Oświęcim. Nasza drużyna wygrała w Oświęcimiu 4:1 oraz przegrała 2:3. Kolejne spotkania zostało zaplanowane na jutro (18 marca) w Satelicie oraz w czwartek (20 marca) Oświęcimiu. Ewentualne kolejny mecz zostanie rozegrany w sobotę 22 marca w Satelicie. Rozpoczęcie najbliższego zaplanowano na godzinę 19:30.
PIŁKA NOŻNA
kobiecyfutbol.pl – Liderki tabeli rządzą niepodzielnie!
Choć mamy dopiero początek rundy wiosennej w Orlen Ekstralidze Kobiet, z pewnością można pokusić się o stwierdzenie, że wynik dzisiejszego spotkania może mieć kolosalne znaczenie dla losów mistrzostwa Polski. Zwycięstwo GKS-u Katowice sprawi, że dystans wiceliderek z Sosnowca zwiększy się do liderek tabeli na dziewięć punktów, co w końcowym rozrachunku może być niesamowicie trudne do odrobienia.
Zespół prowadzony przez Sebastiana Stemplewskiego, aby realnie myśleć o walce o mistrzostwo Polski, bezwzględnie musiał zwyciężyć w dzisiejszym spotkaniu. Komplet punktów zdobyty z liderkami z Katowice, pozwoliłby na zmniejszenie dystansu punktowego do zaledwie trzech oczek. Odrobienie tak niewielkiej straty byłoby jak najbardziej realne w dalszej części sezonu, do rozegrania bowiem pozostanie jeszcze siedem spotkań. W przypadku porażki gospodyń przewaga dziewięciopunktowa GieKSy może okazać się stratą nie do odrobienia.
Pojedynek w Sosnowcu doskonale rozpoczął się dla zespołu prowadzonego przez Karolinę Koch. Już w szóstej minucie spotkania prowadzenie swojemu zespołowi dała Klaudia Maciążka, po raz kolejny w bieżącej edycji rozgrywek zdobywając bramkę w początkowych fragmentach meczu. Niespełna kwadrans później Maciążka dała GKS-owi komfortowe, bezpieczne dwubrakowe prowadzenie, dobijając strzał Kaczor zza linii szesnastego metra. W tym momencie sytuacja sosnowiczanek była bardzo trudna, rywalki miały mecz pod kontrolą, choć do końca spotkania pozostawało jeszcze dużo czasu, dotychczasowy obrót spraw nie napawał optymizmem. W 36. minucie gry na listę strzelczyń wpisała się Kinga Kozak, asystę na swoim koncie zapisała Słowińska. Dominacja katowiczanek była w tym momencie bezdyskusyjna, co widać było zarówno na murawie, jak i na tablicy wyników. Zespół Czarnych rozbity w pierwszych czterdziestu pięciu minutach!
Po zmianie stron gry wciąż byliśmy świadkami wyraźnej przewagi GKS-u Katowice, wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazywały na to, że wynik tego pojedynku jest definitywnie rozstrzygnięty. Swoją świetną formę zespół Karoliny Koch potwierdził w 61. minucie meczu. Drugie trafienie dzisiejszego dnia zanotowała Kinga Kozak. Z wyjątkową precyzją, strzałem bez przyjęcia na bramkę zamieniła równie genialne podanie od jednej z partnerek z prawego skrzydła. Świetne, penetrujące podanie posłane w pole karne rywalek i jeszcze lepsze wykończenie akcji, przepiękne trafienie! Na dziesięć minut przed końcem regulaminowego czasu gry gościnie w dalszym ciągu kontrolowały boiskowe wydarzenia. W trzeciej doliczonej minucie gry, kropkę nad „i” postawiła Nieciąg, skutecznym strzałem głową finalizując dośrodkowanie z rzutu rożnego. GKS Katowice zdemolował ekipę z Sosnowca!
sport.pl – Oto nowy mistrz Polski? To była deklasacja, 5:0 w meczu na szczycie
Nikt nie spodziewał się, że w hicie Orlen Ekstraligi kobiet dojdzie do takiego pogromu. Wcześniejsze dwa mecze między tymi drużynami w tym sezonie były naprawdę wyrównane, ale tym razem już po pierwszej połowie można było powiedzieć, że sprawa zwycięstwa jest wyjaśniona. GKS Katowice rozbił na wyjeździe zespół Czarnych Sosnowiec aż 5:0. Dominacja katowiczanek w lidze jest wyraźna.
Mecz rundy jesiennej między „GieKSą” a Czarnymi zakończył się zwycięstwem katowiczanek 2:1. Sosnowiczanki zrewanżowały się w październiku w Pucharze Polski, wygrały 2:1. Niedzielne starcie na szczycie Orlen Ekstraligi mogło albo wiele wyjaśnić w kontekście walki o mistrzostwo Polski, albo sprawić, że właściwie do końca sezonu nic nie będzie jasne.
Zawodniczki GKS-u Katowice zaczęły strzelanie już w szóstej minucie. Przeprowadziły kontrę, którą pewnie wykończyła Klaudia Maciążka strzałem z ostrego kąta. Posłała piłkę między nogami bramkarki Czarnych. Kilkanaście minut później mogła cieszyć się z dubletu, dobijając mocny strzał z dystansu Weroniki Kaczor. Piłka spadła wtedy pod nogi Maciążki, tuż przed bramką. Spalonego w tej sytuacji nie było, defensorki Czarnych złamały linię ofsajdu.
Do przerwy mieliśmy 3:0 dla „GieKSy”. W 35. minucie na listę strzelczyń wpisała się Kinga Kozak. Świetnie pokazała się w kontrze katowiczanek, znalazła się w sytuacji sam na sam i pewnym strzałem pokonała bramkarkę zespołu z Sosnowca. Dominacja drużyny przyjezdnych była aż nadto widoczna. Gospodynie starały się zagrozić ze stałych fragmentów gry, ale brakowało dobrego strzału.
W drugiej połowie swoją drugą bramką, a czwartą dla katowiczanek zdobyła Kozak. Jej koleżanki odebrały piłkę w środku pola, a potem Maciążka posłała długie podanie w pole karne. Zagrała idealnie na wychodzącą na pozycję Kozak, która uderzyła po ziemi z pierwszej piłki. Zadała cios nokautujący w 60. minucie.
Sosnowiczanki chciały gonić przynajmniej za honorowym trafieniem, ale zostały całkowicie zdominowane przez rywalki. Katowiczanki z dużą łatwością wchodziły w pole karne, ale kilka razy powstrzymywała je Martyna Małysa.
W doliczonym czasie gry wynik ustaliła Aleksandra Nieciąg. Wpadła niepilnowana w „szesnastkę” przy rzucie rożnym i pewnie uderzyła głową.
Drużyna Czarnych kończyła mecz w osłabieniu. W 94. minucie drugą żółtą i ostatecznie czerwoną kartkę zobaczyła Nicole Kaletka. Po tym, jak reprezentantka Polski weszła wślizgiem w nogi rywalki od tyłu, sędzia nie miała innego wyjścia i musiała wyrzucić ją z boiska. Pierwszą żółtą Kaletka dostała za podcięcie Maciążki w 67. minucie.
Hit Orlen Ekstraligi kobiet zakończył się zasłużonym zwycięstwem katowiczanek aż 5:0. Wynik mógł być dużo wyższy, gdyby nie postawa Małysy. Przy bramkach „GieKSy” nie miała nic do powiedzenia, ale nie raz uratowała swój zespół w tym spotkaniu.
W tabeli Orlen Ekstraligi kobiet GKS Katowice prowadzi z kompletem 15 zwycięstw. Po zwycięstwie w hicie rozgrywek ma dziewięć punktów przewagi nad Czarnymi Sosnowiec i trzecią Pogonią Szczecin, która broni tytułu mistrzowskiego. 22 marca katowiczanki zagrają z zespołem ze Szczecina. Do końca sezonu pozostało siedem kolejek.
wkatowicach.pl – Nowe boisko z halą przy Bukowej w Katowicach. Zajęcia prowadzone przez cały rok!
Komisja przetargowa wybrała wykonawcę boiska treningowego wraz z halą pneumatyczną, które powstanie przy ul. Bukowej. Nowa infrastruktura umożliwi prowadzenie zajęć sportowych przez cały rok, niezależnie od pogody. Po uprawomocnieniu postępowania z wybranym wykonawcą zostanie podpisana umowa. Od tego momentu wykonawca będzie miał 14 miesięcy na opracowanie dokumentacji projektowej oraz realizację robót budowlanych. Wartość inwestycji wynosi niespełna 3,5 mln zł. Zadanie uzyskało dofinansowanie ze środków Funduszu Rozwoju Kultury Fizycznej.
[…] Nowe boisko do treningów będzie zlokalizowane obok istniejących już boisk treningowych przy stadionie przy ul. Bukowej 1a. Będzie wyposażone w nawierzchnię ze sztucznej trawy, system drenażu i oświetlenie zewnętrzne, a całość zostanie otoczona ogrodzeniem z piłkochwytami. Wielkość boiska to 30x62m, podczas gdy wymiary pola gry wyniosą 26x56m. Na okres jesienno-zimowy nad boiskiem będzie rozkładana specjalna hala pneumatyczna, zwana potocznie balonem, o wysokości do 9 metrów. To system trzech powłok z oplotem sieci lin stalowych, które są przytwierdzane do podłoża kotwami gruntowymi.
[…] Realizacją zadania było zainteresowanych 9 wykonawców. Spośród nich 12 marca komisja przetargowa wybrała najkorzystniejszą ofertę firmy BELLSPORT z Bytomia. Po pięciu dniach, jeśli pozostali wykonawcy nie zgłoszą odwołań, wybór się uprawomocni, a z firmą zostanie podpisana umowa na realizację zadania. Prace rozpoczną się od przygotowania dokumentacji projektowej, na co wykonawca będzie miał 5 miesięcy. Potem przyjdzie czas na roboty budowlane, które zakończą się procedurą odbiorową. Na wszystko, czyli projekt i realizację prac, firma wybrana w przetargu będzie miała łącznie 14 miesięcy.
Nowa infrastruktura zwiększy dostępność obiektów sportowych w Katowicach, umożliwiając młodym zawodnikom rozwój w profesjonalnych warunkach przez cały rok.
HOKEJ
hokej.net – Koszmar Unii w pierwszej tercji! Dublet Andersona i drugi triumf GieKSy
GKS Katowice odniósł drugie zwycięstwo w półfinale play-off. Wicemistrzowie Polski pokonali na wyjeździe Re-Plast Unię Oświęcim 4:1. Aż trzy gole strzelili w pierwszej odsłonie, a dwukrotnie sposób na Linusa Lundina znalazł Stephen Anderson.
Katowiczanie w przekroju całego meczu zaprezentowali więcej hokejowych konkretów. Byli szybsi, dokładniejsi i co najważniejsze skuteczniejsi.Z łatwością wykorzystywali potknięcia gospodarzy, a tych nie brakowało. Milowy krok w kierunku zwycięstwa uczynili już w pierwszych dwudziestu minutach, po których prowadzili 3:0. Swoje w bramce zrobił też John Murray.
Oświęcimska Hala Lodowa wypełniła się do ostatniego miejsca. Ale miejscowi kibice z pewnością nie tak wyobrażali sobie to starcie w wykonaniu ich ulubieńców. Jeśli zespół z Chemików 4 nie chce znaleźć się nad przepaścią, musi jutro zaprezentować się znacznie lepiej. Czasu jest mało.
Trener Antti Karhula tuż po rozgrzewce zmuszony był dokonać zmiany w składzie. Miejsce Sama Marklunda, narzekającego na uraz ręki zajął Adrian Prusak. 48-letni Fin zdecydował się też na trzy roszady w formacjach. W pierwszej formacji z Danielem Olssonem Trkulją i Kamilem Sadłochą zagrał Lauri Huhdanpää, a w trzecim ataku u boku Krystiana Dziubińskiego wystąpili Anton Holm i Michał Kusak.
Z kolei Jacek Płachta nie zmienił zwycięskiego składu. GieKSa zaczęła mecz dokładnie w takim zestawieniu, jak trzecią odsłonę w drugim spotkaniu półfinału. Na prawym skrzydle pierwszej formacji szalał Jean Dupuy, a Brandon Magee znalazł się w czwartym ataku.
Mistrzowie Polski przed meczem podkreślali, że na własnym lodzie muszą jeszcze lepiej zagrać w destrukcji, a w ofensywie zaprezentować wyższą skuteczność. Ich plan szybko spalił na panewce, bo w 5. minucie na prowadzenie wyszli katowiczanie.
Serię błędów w ustawieniu oświęcimian wykorzystał Stephen Anderson, który dynamicznie wjechał do oświęcimskiej tercji i pociągnął z nadgarstka. Guma odbiła się od jednego słupka, potem od drugiego i wyszła w pole. Kanadyjczyk od razu pokazywał sędziom, że krążek znalazł się w siatce, ale ci zaliczyli gola dopiero kilkadziesiąt sekund później, po analizie wideo.
Biało-niebiescy próbowali odpowiedzieć, ale uderzenie Henry’ego Karjalainena pomknęło nad poprzeczką, a strzał Kamila Sadłochy świetnie wyłapał John Murray.
De facto o losach spotkania przesądziła końcówka pierwszej odsłony, w której goście – w odstępie 31 sekund – zdobyli dwa gole. Najpierw gumę przechwycił Anderson i w sytuacji sam na sam zaskoczył Linusa Lundina uderzeniem w „piątą dziurę”. Chwilę później Jean Dupuy twardo potraktował Carla Ackereda, odebrał mu krążek i pomknął lewym skrzydłem, by wystawić jak na tacy gumę Patrykowi Wronce, który musiał tylko dopełnić formalności. Gospodarze reklamowali sędziom, że szwedzki obrońca był faulowany, ale nic nie wskórali.
Po przerwie gospodarze mocniej zabrali się do pracy, chcąc rozpocząć odrabianie strat. Nie pomogły im w tym dwa okresy gier w przewadze.
Katowiczanie podczas swojego power playu dołożyli czwartego gola. Brandon Magee dograł na prawy bulik do Santeriego Koponena, a ten huknął bez przyjęcia, nie dając żadnych szans golkiperowi mistrzów Polski.
15 sekund później mistrzowie Polski w końcu trafili do siatki. Spod linii niebieskiej kropnął Jere Vertanen, a pole widzenia Johnowi Murrayowi skutecznie ograniczył Radosław Galant.
Wielu kibiców zaczęło się w tym momencie zastanawiać, czy ich podopieczni zdołają odwrócić wynik spotkania. Ale katowiczanie dobrze się bronili i po sprawnie wyprowadzanych kontrach mogli jeszcze podwyższyć prowadzenie. Na ich drodze stanął jednak Linus Lundin.
W końcówce spotkania kibice obejrzeli kilka pojedynków pięściarsko-zapaśniczych, ale nie skutkowały one karami wyższymi.
Twardy bój i sędziowskie kontrowersje. Dublet Sadłochy i drugi triumf Unii
To był hokejowy thriller! Po twardym, zaciętym i emocjonującym meczu Re-Plast Unia Oświęcim pokonała na własnym lodzie GKS Katowice 3:2. Gola na wagę drugiego zwycięstwa w półfinałowej serii zdobył Kamil Sadłocha, który wykorzystał sytuację sam na sam z Johnem Murrayem.
Tuż po zakończeniu piątkowego spotkania wielu kibiców Unii zastanawiało się, czy zespół z Chemików 4 będzie w stanie – w tak krótkim czasie – wyczyścić głowy i poprawić swoją grę.
Debatowano też na jakie zmiany zdecyduje się trener Antti Karhula. Finalnie 48-letni Fin nie skorzystał dziś z usług Marcina Kolusza i Adriana Prusaka. Do meczowego zestawienia wrócili za to Miłosz Noworyta i Sam Marklund, a do kilku korekt doszło też w liniach ataku. W pierwszej formacji ofensywnej z Kamilem Sadłochą i Danielem Olssonem Trkulją zagrał Erik Ahopelto. Do drugiego ataku został przesunięty Lauri Huhdanpää, a w trzecim u boku Krystiana Dziubińskiego znaleźli się Sam Marklund i Anton Holm.
Jacek Płachta nie zmienił składu,a jego podopieczni przyjechali do grodu nad Sołą z zamiarem odniesienia trzeciego zwycięstwa w serii, które pozwalałoby im już we wtorek zakończyć całą rywalizację i zameldować się w finale. O takim scenariuszu oświęcimianie nie chcieli nawet słyszeć.
potkanie było bowiem wyrównane i bardzo ciasne. Ba, to był klasyczny mecz walki, pełen emocji i obfitujący w twarde starcia. Słowem – klasyka play-offowego gatunku. Szkoda jedynie, że zamiast o wyczynach hokeistów na lodzie znów głośno będzie mówić się o sędziowskich kontrowersjach.
Plan obu zespołów na ten mecz był prosty i w zasadzie można byłoby go streścić w kilku punktach. Przede wszystkim uważna gra w destrukcji i oczekiwanie na zawahanie lub błąd rywala. W przekroju całego meczu więcej z gry mieli katowiczanie i to oni stworzyli sobie więcej okazji. Lepszą skuteczność zaprezentowali za to gospodarze, napędzani głośnym dopingiem swoje publiczności.
W pierwszej odsłonie oba zespoły dwukrotnie grały w przewadze i wykorzystały po jednym takim okresie. W 8. minucie, gdy na ławce kar odpoczywał Christian Mroczkowski, Johna Murraya pokonał Jere Vertanen. Fiński obrońca przymierzył z niebieskiej w samo okienko, a katowickiemu golkiperowi pole widzenia skutecznie ograniczyli Erik Ahopelto i Lauri Huhdanpää.
GieKSa odpowiedziała cztery minuty później, a zasłużone gratulacje od swoich kolegów odebrał Marcus Kallionkieli, uderzając z przestrzeni między bulikowej po dobrym dograniu Bena Sokaya.
W drugiej odsłoniewięcej z gry mieli katowiczanie, którzy stworzyli sobie dwie znakomite okazje. Najpierw sytuacji sam na sam z Linusem Lundinem nie wykorzystał Kallionkieli, a pięć minut później krążek uderzony przez Grzegorza Pasiuta odbił się od słupka.
Niewykorzystane szanse zemściły się na gościach. W 34. minucie na indywidualną akcję zdecydował się Kamil Sadłocha, który objechał bramkę i sprytnym uderzeniem od zakrystii zaskoczył „Jaśka Murarza”. Ten gol był dla biało-niebieskich zastrzykiem zarówno nadziei, jak i pewności siebie.
Podopieczni Jacka Płachty znów rozpoczęli pogoń za wynikiem, ale urzędujący mistrzowie Polski grali ofiarnie i z poświęceniem. Ze swoich obowiązków znów dobrze wywiązywał się Lundin.
Oświęcimscy kibice ponownie wypełnili halę do ostatniego miejsca i głośnym dopingiem mobilizowali swoich podopiecznych. W 45. minucie na trybunach rozległ się jęk zawodu. Sytuacji sam na sam z Johnem Murrayem nie wykorzystał Huhdanpää. To mógł być rozstrzygający moment meczu.
Trzy minuty później doszło do kontrowersyjnej sytuacji. Henry Karjalainen został trafiony kijem w twarz przez Aleksiego Varttinena, a później zderzył się z fińskim obrońcą i z bandą. Sędziowie gry nie przerwali, a chwilę później GieKSa doprowadziła do wyrównania. Po sprawnie rozegranym kontrataku do siatki na raty trafił Dante Salituro, a oświęcimscy zawodnicy i kibice zawzięcie protestowali. Sędziowie obejrzeli tę sytuację na wideo i zaliczyli gola. Mecz rozpoczął się na nowo.
Później Sam Marklund rzucił na bandę Stephena Andersona. Po drugiej stronie lodu szwedzkiego napastnika Unii w podobny sposób zaatakował Aleksi Vartiinen i po chwili obaj zawodnicy zaciekle wymieniali ciosy. Marklund otrzymał dwie kary mniejsze: za przeszkadzanie i za ostrość, a Varttinen dwie minuty za ostrość.
Podopieczni Jacka Płachty zagrali w przewadze, ale nie zdołali jej wykorzystać. Na domiar złego – chwilę później stracili trzeciego gola. Ławkę kar opuścił Kamil Sadłocha (odsiadywał jedno z wykluczeń za Marklunda) i po podaniu Łukasza Krzemienia miał już przed sobą tylko Johna Murraya, którego zaskoczył uderzeniemz nadgarstka. Oświęcimska publiczność oszalała ze szczęścia.
Goście próbowali wrócić do gry, ale ta sztuka im się nie udała. Wpływ na to miała też kara nałożona na Johana Norberga za niesportowe zachowanie. Szwedzki defensor nie zareagował na komendy gwizdkiem wysyłane przez arbitra Krzysztofa Kozłowskiego.
W końcówce drugą sytuację sam na sam zmarnował Huhdanpää, a manewr z wycofaniem bramkarza nie przyniósł katowiczanom zamierzonego rezultatu.
Felietony Piłka nożna
Wyzerowane atuty – diagnozy brak
Szczerze mówiąc nie chce mi się pisać tego felietonu, bo myślę sobie, że znowu będę pisał to samo. Rozbieżność między wynikami meczów u siebie i na wyjeździe sięgnęła absurdu. GKS rozegrał w tym sezonie siedem meczów – u siebie wszystkie trzy wygrał, na wyjeździe wszystkie cztery przegrał. Suma tego jest taka, że z europejskich pucharów już odpadliśmy, a w lidze mamy trzy punkty po trzech kolejkach. Czyli słabo – bo to średnia mogąca nawet nie dać utrzymania.
Piszę to wielokrotnie i napiszę jeszcze raz, bo już wiele razy w przeszłości czy to piłkarze czy trenerzy obrażali się na mnie, bo coś tam skrytykowałem. Nie mówię o sytuacjach, kiedy pojechałem z koksem i tak czy inaczej kogoś nazwałem, bo za to obrazę rozumiem. Cóż, młodość (która trwa, ale już inna). Ale my nie możemy doprowadzić do zagłaskania naszej drużyny – za ekstraklasę, za kapitalną w niej postawę czy za puchary. Wszyscy wiemy gdzie byliśmy i co trener wraz z kolejnymi grupami piłkarzy w ostatnich latach nam dał i daje. Więc tu nie ma mowy o podważaniu projektu jako całości. Ale trzeba mieć w tym wszystkim krytycyzm, bo jeśli w którymkolwiek momencie ktoś uznał, że zdobyliśmy już tyle, że teraz po prostu możemy do końca kariery jechać na sukcesie – to jest to – delikatnie mówiąc duży błąd. Więc tak, doceniamy ekstraklasę, super jest jeździć na te wszystkie stadiony w najwyższej polskiej lidze. I niech ten projekt w tym kształcie, z obecnym trenerem trwa jak najdłużej.
No ale są defekty. I ta postawa na wyjazdach naprawdę każe się zastanowić nad kilkoma rzeczami. Bo to jest coś, co jakiś czas się w GieKSie powtarza, mamy powtórkę z czterech przegranych wyjazdów na początek sezonu z zeszłego roku. A w pierwszym po awansie do ekstraklasy sezonie, na wiosnę także przydarzyły się cztery wtopy z rzędu na delegacjach.
Ale to nie chodzi tylko o wyniki. Chodzi o grę, która co prawda nie zawsze ten wynik gwarantuje, a w perspektywie pewnego okresu czasu (raczej krótszego niż dłuższego) dobra gra statystycznie przynosi względnie dobre wyniki. U nas nie jest największym problemem to, że przegraliśmy cztery mecze z rzędu. Problemem jest to, że te mecze przegraliśmy zasłużenie, bo graliśmy bardzo słabo.
Wczoraj chciałem wierzyć, że jak długo ten mecz trwał, w końcu coś wciśniemy. Mecz z Motorem w naszym wykonaniu nie był aż takim paździerzem, jakie trochę razy ostatnio na wyjazdach oglądaliśmy. Przypomniał się mecz z Cracovią, kiedy wydawało się, że przy 0:0 na koniec spotkania pozostanie spory niedosyt. A rywal w końcówce nam wmontował bramkę i już nawet z remisu nie można było się „cieszyć”. Ostatecznie, choć wczoraj GieKSa nie była beznadziejna, to była jednak słaba. Tym bardziej martwi to, że naprzeciw mieliśmy drużynę mocno przeciętną, do tego skleconą naprędce po kadrowych zawirowaniach, z nowym trenerem. A my – stabilni i budowani od kilku lat – nie potrafiliśmy zrobić na tym boisku nic. Przecież, gdyby nie Ndiaye czy może jeszcze Simon, to by Pan Czubak piłkę oglądał z daleka i nie miał okazji zaprezentować swojego świetnego wykończenia. Motor był do bólu średni, ale swoim jednym czy drugim błyskiej robił różnicę.
U nas tym razem w obronie nie było „wesołego miasteczka”, choć oczywiście nie ustrzegliśmy się błędów, po których padły bramki – najpierw nieuznana, a potem już prawidłowa. Jednak w tym meczu to nie obrona była naszym głównym problemem. Tym razem było to słabe/bardzo słabe/beznadziejne rozgrywanie ataku pozycyjnego. O kontrach nawet nie mówię, bo mam wrażenie, że jak my wyprowadzamy kontrę, to zaraz jeden czy drugi nasz zawodnik się zatrzymuje, robi kółeczko, wycofuje nie wiadomo gdzie i po kontrze nici.
Od patrzenia na nasze rozegranie piłki na połowie przeciwnika oczy bolały. Sposobności mieliśmy całe mnóstwo, bo Motor bronił się nieraz dość nisko – nie desperacko w swoim polu karnym – ale mocno na swojej połowie. My graliśmy po obwodzie – to na lewo, to na prawo. I często kończyło się do słabą wrzutką, z którą rywale nie mieli problemu. Przede wszystkim więcej w tym temacie oczekiwałem od Bartosza Wolskiego, bo naprawdę zawodnik ma większe umiejętności niż to, żeby zagrać leciutką piłkę à la serwis Pawła Zagumnego w pole karne i liczyć na czysty przypadek, że akurat trafi w nią ktoś z naszych, a nie przeciwników. Dlaczego nie ma mocnych, takich soczystych wrzutek? Dlaczego nie ma jakiejś próby większej precyzji? Nie mówiąc o tym, że nasi wahadłowi też chyba mocno zapomnieli, co to znaczy żwawość na boku. Nie ma dynamicznych pojedynków 1 na 1 na skrzydle na wysokości pola karnego, wejść w to pole karne. Jest to wszystko takie miałkie i nijakie i taka była ofensywa GKS w tym meczu. Naprawę zestawiając to z pojedynkiem z Motorem z rundy wiosennej i bramek, jakie GieKSa strzelała w tamtym meczu można… dostrzec różnicę.
Ostatecznie najlepszymi okazjami GKS był strzał Ilji w słupek i sytuacja, w której Ilja gola strzelił, ale Bartosz Nowak był w tej sytuacji na spalonym. Tak, był jeszcze strzał napastnika po dośrodkowaniu oraz uderzenie Mateusza Wdowiaka w boczną siatkę. I to tyle. Motor miał swoich groźnych sytuacji więcej.
Widać też, że trener szuka optymalnego składu, ale na razie większość zawodników swoją grą nie przekonuje, by zagościć w jedenastce na stałe. W pomocy kombinujemy. Bartek Nowak ma abonament na granie, ale wychodzi na to, że Bartek Wolski również. Chcieliśmy tego duetu, czekaliśmy na to, jaki zrobią oni techniczny zamęt w tej lidze. Na razie jednak to tylko mrzonki. Nie mamy twardości w środku pola. Jeszcze do tego dokładamy Marcela, który jest ambitny, szybki, ale też nie jest to skała. Do tego wygląda na to, że wczoraj przegrał z upałem, z ręką na sercu, jak widziałem, że podciąga sobie tę koszulkę i w ogóle miałem z daleka wrażenie, że jest cały czerwony, to pomyślałem, że Rafał Górak zrobi wyjątek i ściągnie piłkarza w przerwie. Tak też się stało.
Pamiętam jak w poprzednim sezonie po Górniku Zabrze trener zapowiedział, że coś musimy zmienić w samym podejściu do spotkania i strukturze gry na wyjeździe. Choć potem przegraliśmy jeszcze z Lechią, to za chwilę gra GKS na obcych stadionach zaskoczyła. GieKSa wygrała z Lublinie, Niecieczy, w Pucharze Polski z ŁKS. Na początek roku było zwycięstwo w Lubinie. Były te mecze z Rakowem i Lechem. Czyli da się. Problem jest taki, że jak drużyna wpadnie w wyjazdową otchłań bezradności i niemocy, to trudno z niej się wykaraskać.
Najgorsze jest to, że nie widać, aby był jeden mądry, który zdiagnozował, gdzie leży problem. A to musi być głębszy problem mentalny, bo przecież u siebie ci zawodnicy – zarówno indywidualnie, jak i jako cała drużyna – potrafią przecież grać w piłkę. Co się z nimi dzieje na wyjeździe i dlaczego? Może to jest coś na etapie samego wyjazdu na mecz, podróży, hotelu, dnia meczowe na wyjeździe? Może to tam trzeba poszukać, co się takiego dzieje z piłkarzami, że opada z nich cała ta agresja, moc i siła? Może gdzieś jest zbyt duże rozluźnienie, a może to rozluźnienie jest zbyt małe? Trzeba szukać, w każdym szczególe, w każdym posiłku, w każdej minucie spędzonej w autobusie.
Przyznam, że po tym kolejnym przegranym meczu nie mam smutku, żalu czy załamki. Jest po prostu po raz kolejny irytacja i taka frustracja, bo widzę tę bezradność piłkarzy i mi się udziela. Nie ma w życiu chyba gorszego poczucia niż to, że nie ma się wpływu. A gra GKS a wyjeździe wygląda tak, jakby zawodnicy nie mieli dostępu do swoich atutów, które dają różnicę, tylko próbowali sztampowych, oklepanych i zupełnie nieefektywnych na tym poziomie rozwiązań.
I trzeba coś z tym zrobić szybko, bo wkrótce czekają nas trzy trudne wyjazdy – Zabrze, Gliwice i Lubin. Tu już po prostu obowiązkowo będzie trzeba punktować.
A na razie Wisła Płock. Dobrze, że przynajmniej u siebie te atuty nie są zablokowane. Liczymy, że i tym razem tak będzie, GieKSa swoje gole będzie strzelała i trzy punkty zdobędzie.
Piłka nożna
Górak: Brakuje nam wytrawności
Po meczu Motor Lublin – GKS Katowice wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Mariusz Misiura i Rafał Górak. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Jesteśmy rozczarowani tym, że przegraliśmy spotkanie, włącznie z powiedzeniem, że jeżeli nie możesz wygrać, to powinieneś umieć go zremisować.
Takie mam odczucia w stosunku do tego meczu. Niestety – nie jesteśmy jak na razie w stanie zagrać meczu na zero z tyłu, który dałby nam przestrzeń, żeby wywieźć z takiego spotkania remis, bo może on też nie byłby to szczyt naszych marzeń przed spotkaniem – bo przyjechaliśmy z zamiarem wygrania meczu – ale na pewno remis bardziej odwzorowywałby to, co się działo. Ale to jest nieistotne, bo ten który bramkę strzela ma tę radość, a ten, który tego nie robi – tej radości nie ma. W wielu momentach za dużo mamy rozpiętości poziomowych w spotkaniach. To mnie też trochę na razie smuci, bo powinniśmy się stać bardziej wytrawną drużyną, a tego nam brakuje. Mamy bardzo dobre momenty, kiedy gramy zgodnie z tym, co chcemy robić, a mamy też takie kiedy ta gra na różnych pozycjach w różny sposób ofensywie czy defensywie nam się łamie i powoduje bałagan, który kończy się niekiedy tak, jak się skończył przy straconej bramce. Byliśmy w posiadaniu piłki pod polem karnym przeciwnika i tej wytrawności jeszcze brakuje – tego będziemy szukać. Dziś jest masę rozczarowania i sportowej złości, ale nic tu po narzekaniu, trzeba brać się do roboty i mocno wyciągać wnioski choćby z tego, że przy czterech meczach wyjazdowych w tym sezonie cztery razy schodzimy pokonani i to nas bardzo denerwuje i jesteśmy niezadowoleni. Ale po to niekiedy takie próby są, żeby wychodzić, silniejszym. Teraz będziemy się przygotowywać do następnego spotkania, potem mamy trzy mecze z rzędu na wyjeździe. Czeka nas nie lada sprawdzian i jestem przekonany, że wyjdziemy z tego obronną ręką. Dzisiaj jest dużo złości, rozczarowania i momentów, z których z gry jesteśmy niezadowoleni.
Mariusz Misiura (trener Motoru Lublin):
Bardzo się cieszę, że wygraliśmy mecz i zdobyliśmy trzy punkty. Bo mam poczucie, że to był czwarty naprawdę dobry mecz w naszym wykonaniu i jak ten czas leci – mijają tygodnie – przygotowujesz się do czwartego spotkania, a na koncie masz jeden punkt, to zapominamy, co się wydarzyło w pierwszej czy drugiej czy trzeciej kolejce. Wydaje mi się, że drużyna zasłużyła, żeby mieć ich więcej. Wierzę, że konsekwentną pracą i procesem będziemy budować silną drużynę.
Co do meczu to wydaje mi się, że wykreowaliśmy więcej sytuacji, na pewno w pierwszej połowie, konsekwencją tego jest bramka. Powiedzieliśmy sobie w szatni, że musimy zostawić serce i charakter. 104 minuty w takim upale to szacunek dla piłkarzy. Sami państwo siedząc na trybunach czuliście gorąco i zmęczenie.
To jest coś normalnego, że w takim upale przydarzały nam się błędy, cieszę się, że nie było z tego konsekwencji w postaci gola, ale podobało nam się nasze dążenie do strzelenia bramki. Dobre zmiany, każdy z zawodników dał impuls. Bardzo się cieszę z tych trzech punktów i idziemy dalej.
Piłka nożna
Hapoel: Nowi zawodnicy pomogą drużynie?
W przerwie pomiędzy sezonami działacze Hapoelu dokonali kilku zmian w składzie. Z klubem pożegnało się pięciu zawodników i tylu samo podpisało nową umowę.
Największe nadzieje są wiązane z pochodzącym z Ghany Douglasem Owusu. 20-letni Owusu gra na pozycji napastnika, poprzednie dwa sezony grał w Super liga Srbije – najpierw w Radniku Surdulica, a przez ostatnie pół roku w Crvenie Zvezda Belgrad. W tych dwóch klubach strzelił 11 bramek i zanotował tyle samo asyst. Kontrakt z Owusu został podpisany 5 sierpnia i od razu został zgłoszony do rozgrywek Ligi Konferencji, jednak nie zagrał w meczu w Miszkolcu. Filigranowy (mierzy zaledwie 1,65 m) piłkarz jest wart 4,5 mln euro.
Hapoel podpisał także umowę z obrońcą Doronem Leidnerem. 24-latek występował w drużynie z Tel Awiwu jako junior, później „błąkał” się po Europie (Olympiakos Pireus, Austria Wiedeń, FC Zurich), by ostatecznie wrócić do Hapoela. Leidner występuje w kadrze Izraela. Jego wartość rynkowa wynosi 300 tys. euro. Doron wystąpił we wszystkich meczach pucharowych, w jednym w pełnym wymiarze, w pozostałych był zmieniany po około 60 minutach. W drugim meczu z Ludogortsem zobaczył żółtą kartkę.
Kolejnym obrońcą, który podpisał nową umowę, jest wysoki, mierzący 188 centymetrów, Chico. 27-latek przez większość kariery grał w Brazylii (Sport Recife i Novorizontino), a na początku poprzedniego sezonu został wypożyczony do Hapoelu. Przed tym sezonem związał się z klubem 3-letnią umową. Wartość rynkowa Chico oceniana jest na 1,2 mln euro. Brazylijczyk wystąpił we wszystkich meczach pucharowych. W pierwszym meczu z Ludogortsem strzelił bramkę i zobaczył żółtą kartkę.
Z kolei 24-letni Yonatan Farber gra na pozycji pomocnika i występował tylko w drużynach z Izraela. Farber mierzy 1,9 m, a jego wartość wyceniania jest na 350 tys. euro. W meczach pucharowych wystąpił tylko parę minut – w drugim meczu z Ludogortsem.
Ostatnim zawodnikiem, który dołączył do Hapoela przed sezonem, jest 19-letni Itay Shavit. Shavit jest reprezentantem Izraela U19 i gra na pozycji pomocnika. Jego wartość wyceniana jest na 150 tys. euro. Nie wystąpił w żadnym meczu pucharowym.

Najnowsze komentarze