Dołącz do nas

Hokej Piłka nożna Piłka nożna kobiet Prasówka Stadion

Liderki tabeli rządzą niepodzielnie!

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów z ubiegłego tygodnia, które dotyczą sekcji piłki nożnej i hokeja GieKSy. Prezentujemy najciekawsze z nich.

W ubiegłym tygodniu piłkarki zmierzyły się z wiceliderkami Czarnymi Sosnowiec. Drużyna wygrała na wyjeździe 5:0 (3:0) i z przewagą dziewięciu punktów przewodzi w tabeli. Kolejny mecz zaplanowano na na 22 marca z Pogonią Szczecin. Drużyna męska w wyjazdowym spotkaniu przegrała z Widzewem Łódź 0:1. Prasówkę po tym spotkaniu możecie przeczytać TUTAJ. Piłkarze kolejne spotkanie rozegrają po przerwie reprezentacyjnej – 30 marca na nowym stadionie z Górnikiem Zabrze.

Siatkarze 21 marca rozegrają ostatni w tym sezonie mecz z ZAKSą Kędzierzyn-Koźle w PlusLidze. Bez względu na wynik tego spotkania drużyna została zdegradowana do I ligi.

Hokeiści rozegrali trzeci i czwarty mecz półfinałowy z Unią Oświęcim. Nasza drużyna wygrała w Oświęcimiu 4:1 oraz przegrała 2:3. Kolejne spotkania zostało zaplanowane na jutro (18 marca) w Satelicie oraz w czwartek (20 marca) Oświęcimiu. Ewentualne kolejny mecz zostanie rozegrany w sobotę 22 marca w Satelicie. Rozpoczęcie najbliższego zaplanowano na godzinę 19:30.

PIŁKA NOŻNA

kobiecyfutbol.pl – Liderki tabeli rządzą niepodzielnie!

Choć mamy dopiero początek rundy wiosennej w Orlen Ekstralidze Kobiet, z pewnością można pokusić się o stwierdzenie, że wynik dzisiejszego spotkania może mieć kolosalne znaczenie dla losów mistrzostwa Polski. Zwycięstwo GKS-u Katowice sprawi, że dystans wiceliderek z Sosnowca zwiększy się do liderek tabeli na dziewięć punktów, co w końcowym rozrachunku może być niesamowicie trudne do odrobienia.

Zespół prowadzony przez Sebastiana Stemplewskiego, aby realnie myśleć o walce o mistrzostwo Polski, bezwzględnie musiał zwyciężyć w dzisiejszym spotkaniu. Komplet punktów zdobyty z liderkami z Katowice, pozwoliłby na zmniejszenie dystansu punktowego do zaledwie trzech oczek. Odrobienie tak niewielkiej straty byłoby jak najbardziej realne w dalszej części sezonu, do rozegrania bowiem pozostanie jeszcze siedem spotkań. W przypadku porażki gospodyń przewaga dziewięciopunktowa GieKSy może okazać się stratą nie do odrobienia.

Pojedynek w Sosnowcu doskonale rozpoczął się dla zespołu prowadzonego przez Karolinę Koch. Już w szóstej minucie spotkania prowadzenie swojemu zespołowi dała Klaudia Maciążka, po raz kolejny w bieżącej edycji rozgrywek zdobywając bramkę w początkowych fragmentach meczu. Niespełna kwadrans później Maciążka dała GKS-owi komfortowe, bezpieczne dwubrakowe prowadzenie, dobijając strzał Kaczor zza linii szesnastego metra. W tym momencie sytuacja sosnowiczanek była bardzo trudna, rywalki miały mecz pod kontrolą, choć do końca spotkania pozostawało jeszcze dużo czasu, dotychczasowy obrót spraw nie napawał optymizmem. W 36. minucie gry na listę strzelczyń wpisała się Kinga Kozak, asystę na swoim koncie zapisała Słowińska. Dominacja katowiczanek była w tym momencie bezdyskusyjna, co widać było zarówno na murawie, jak i na tablicy wyników. Zespół Czarnych rozbity w pierwszych czterdziestu pięciu minutach!

Po zmianie stron gry wciąż byliśmy świadkami wyraźnej przewagi GKS-u Katowice, wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazywały na to, że wynik tego pojedynku jest definitywnie rozstrzygnięty. Swoją świetną formę zespół Karoliny Koch potwierdził w 61. minucie meczu. Drugie trafienie dzisiejszego dnia zanotowała Kinga Kozak. Z wyjątkową precyzją, strzałem bez przyjęcia na bramkę zamieniła równie genialne podanie od jednej z partnerek z prawego skrzydła. Świetne, penetrujące podanie posłane w pole karne rywalek i jeszcze lepsze wykończenie akcji, przepiękne trafienie! Na dziesięć minut przed końcem regulaminowego czasu gry gościnie w dalszym ciągu kontrolowały boiskowe wydarzenia. W trzeciej doliczonej minucie gry, kropkę nad „i” postawiła Nieciąg, skutecznym strzałem głową finalizując dośrodkowanie z rzutu rożnego. GKS Katowice zdemolował ekipę z Sosnowca!

sport.pl – Oto nowy mistrz Polski? To była deklasacja, 5:0 w meczu na szczycie

Nikt nie spodziewał się, że w hicie Orlen Ekstraligi kobiet dojdzie do takiego pogromu. Wcześniejsze dwa mecze między tymi drużynami w tym sezonie były naprawdę wyrównane, ale tym razem już po pierwszej połowie można było powiedzieć, że sprawa zwycięstwa jest wyjaśniona. GKS Katowice rozbił na wyjeździe zespół Czarnych Sosnowiec aż 5:0. Dominacja katowiczanek w lidze jest wyraźna.

Mecz rundy jesiennej między „GieKSą” a Czarnymi zakończył się zwycięstwem katowiczanek 2:1. Sosnowiczanki zrewanżowały się w październiku w Pucharze Polski, wygrały 2:1. Niedzielne starcie na szczycie Orlen Ekstraligi mogło albo wiele wyjaśnić w kontekście walki o mistrzostwo Polski, albo sprawić, że właściwie do końca sezonu nic nie będzie jasne.

Zawodniczki GKS-u Katowice zaczęły strzelanie już w szóstej minucie. Przeprowadziły kontrę, którą pewnie wykończyła Klaudia Maciążka strzałem z ostrego kąta. Posłała piłkę między nogami bramkarki Czarnych. Kilkanaście minut później mogła cieszyć się z dubletu, dobijając mocny strzał z dystansu Weroniki Kaczor. Piłka spadła wtedy pod nogi Maciążki, tuż przed bramką. Spalonego w tej sytuacji nie było, defensorki Czarnych złamały linię ofsajdu.

Do przerwy mieliśmy 3:0 dla „GieKSy”. W 35. minucie na listę strzelczyń wpisała się Kinga Kozak. Świetnie pokazała się w kontrze katowiczanek, znalazła się w sytuacji sam na sam i pewnym strzałem pokonała bramkarkę zespołu z Sosnowca. Dominacja drużyny przyjezdnych była aż nadto widoczna. Gospodynie starały się zagrozić ze stałych fragmentów gry, ale brakowało dobrego strzału.

W drugiej połowie swoją drugą bramką, a czwartą dla katowiczanek zdobyła Kozak. Jej koleżanki odebrały piłkę w środku pola, a potem Maciążka posłała długie podanie w pole karne. Zagrała idealnie na wychodzącą na pozycję Kozak, która uderzyła po ziemi z pierwszej piłki. Zadała cios nokautujący w 60. minucie.

Sosnowiczanki chciały gonić przynajmniej za honorowym trafieniem, ale zostały całkowicie zdominowane przez rywalki. Katowiczanki z dużą łatwością wchodziły w pole karne, ale kilka razy powstrzymywała je Martyna Małysa.

W doliczonym czasie gry wynik ustaliła Aleksandra Nieciąg. Wpadła niepilnowana w „szesnastkę” przy rzucie rożnym i pewnie uderzyła głową.

Drużyna Czarnych kończyła mecz w osłabieniu. W 94. minucie drugą żółtą i ostatecznie czerwoną kartkę zobaczyła Nicole Kaletka. Po tym, jak reprezentantka Polski weszła wślizgiem w nogi rywalki od tyłu, sędzia nie miała innego wyjścia i musiała wyrzucić ją z boiska. Pierwszą żółtą Kaletka dostała za podcięcie Maciążki w 67. minucie.

Hit Orlen Ekstraligi kobiet zakończył się zasłużonym zwycięstwem katowiczanek aż 5:0. Wynik mógł być dużo wyższy, gdyby nie postawa Małysy. Przy bramkach „GieKSy” nie miała nic do powiedzenia, ale nie raz uratowała swój zespół w tym spotkaniu.

W tabeli Orlen Ekstraligi kobiet GKS Katowice prowadzi z kompletem 15 zwycięstw. Po zwycięstwie w hicie rozgrywek ma dziewięć punktów przewagi nad Czarnymi Sosnowiec i trzecią Pogonią Szczecin, która broni tytułu mistrzowskiego. 22 marca katowiczanki zagrają z zespołem ze Szczecina. Do końca sezonu pozostało siedem kolejek.

wkatowicach.pl – Nowe boisko z halą przy Bukowej w Katowicach. Zajęcia prowadzone przez cały rok!

Komisja przetargowa wybrała wykonawcę boiska treningowego wraz z halą pneumatyczną, które powstanie przy ul. Bukowej. Nowa infrastruktura umożliwi prowadzenie zajęć sportowych przez cały rok, niezależnie od pogody. Po uprawomocnieniu postępowania z wybranym wykonawcą zostanie podpisana umowa. Od tego momentu wykonawca będzie miał 14 miesięcy na opracowanie dokumentacji projektowej oraz realizację robót budowlanych. Wartość inwestycji wynosi niespełna 3,5 mln zł. Zadanie uzyskało dofinansowanie ze środków Funduszu Rozwoju Kultury Fizycznej.

[…] Nowe boisko do treningów będzie zlokalizowane obok istniejących już boisk treningowych przy stadionie przy ul. Bukowej 1a. Będzie wyposażone w nawierzchnię ze sztucznej trawy, system drenażu i oświetlenie zewnętrzne, a całość zostanie otoczona ogrodzeniem z piłkochwytami. Wielkość boiska to 30x62m, podczas gdy wymiary pola gry wyniosą 26x56m. Na okres jesienno-zimowy nad boiskiem będzie rozkładana specjalna hala pneumatyczna, zwana potocznie balonem, o wysokości do 9 metrów. To system trzech powłok z oplotem sieci lin stalowych, które są przytwierdzane do podłoża kotwami gruntowymi.

[…] Realizacją zadania było zainteresowanych 9 wykonawców. Spośród nich 12 marca komisja przetargowa wybrała najkorzystniejszą ofertę firmy BELLSPORT z Bytomia. Po pięciu dniach, jeśli pozostali wykonawcy nie zgłoszą odwołań, wybór się uprawomocni, a z firmą zostanie podpisana umowa na realizację zadania. Prace rozpoczną się od przygotowania dokumentacji projektowej, na co wykonawca będzie miał 5 miesięcy. Potem przyjdzie czas na roboty budowlane, które zakończą się procedurą odbiorową. Na wszystko, czyli projekt i realizację prac, firma wybrana w przetargu będzie miała łącznie 14 miesięcy.

Nowa infrastruktura zwiększy dostępność obiektów sportowych w Katowicach, umożliwiając młodym zawodnikom rozwój w profesjonalnych warunkach przez cały rok.

HOKEJ

hokej.net – Koszmar Unii w pierwszej tercji! Dublet Andersona i drugi triumf GieKSy

GKS Katowice odniósł drugie zwycięstwo w półfinale play-off. Wicemistrzowie Polski pokonali na wyjeździe Re-Plast Unię Oświęcim 4:1. Aż trzy gole strzelili w pierwszej odsłonie, a dwukrotnie sposób na Linusa Lundina znalazł Stephen Anderson.

Katowiczanie w przekroju całego meczu zaprezentowali więcej hokejowych konkretów. Byli szybsi, dokładniejsi i co najważniejsze skuteczniejsi.Z łatwością wykorzystywali potknięcia gospodarzy, a tych nie brakowało. Milowy krok w kierunku zwycięstwa uczynili już w pierwszych dwudziestu minutach, po których prowadzili 3:0. Swoje w bramce zrobił też John Murray.

Oświęcimska Hala Lodowa wypełniła się do ostatniego miejsca. Ale miejscowi kibice z pewnością nie tak wyobrażali sobie to starcie w wykonaniu ich ulubieńców. Jeśli zespół z Chemików 4 nie chce znaleźć się nad przepaścią, musi jutro zaprezentować się znacznie lepiej. Czasu jest mało.

Trener Antti Karhula tuż po rozgrzewce zmuszony był dokonać zmiany w składzie. Miejsce Sama Marklunda, narzekającego na uraz ręki zajął Adrian Prusak. 48-letni Fin zdecydował się też na trzy roszady w formacjach. W pierwszej formacji z Danielem Olssonem Trkulją i Kamilem Sadłochą zagrał Lauri Huhdanpää, a w trzecim ataku u boku Krystiana Dziubińskiego wystąpili Anton Holm i Michał Kusak.

Z kolei Jacek Płachta nie zmienił zwycięskiego składu. GieKSa zaczęła mecz dokładnie w takim zestawieniu, jak trzecią odsłonę w drugim spotkaniu półfinału. Na prawym skrzydle pierwszej formacji szalał Jean Dupuy, a Brandon Magee znalazł się w czwartym ataku.

Mistrzowie Polski przed meczem podkreślali, że na własnym lodzie muszą jeszcze lepiej zagrać w destrukcji, a w ofensywie zaprezentować wyższą skuteczność. Ich plan szybko spalił na panewce, bo w 5. minucie na prowadzenie wyszli katowiczanie.

Serię błędów w ustawieniu oświęcimian wykorzystał Stephen Anderson, który dynamicznie wjechał do oświęcimskiej tercji i pociągnął z nadgarstka. Guma odbiła się od jednego słupka, potem od drugiego i wyszła w pole. Kanadyjczyk od razu pokazywał sędziom, że krążek znalazł się w siatce, ale ci zaliczyli gola dopiero kilkadziesiąt sekund później, po analizie wideo.

Biało-niebiescy próbowali odpowiedzieć, ale uderzenie Henry’ego Karjalainena pomknęło nad poprzeczką, a strzał Kamila Sadłochy świetnie wyłapał John Murray.

De facto o losach spotkania przesądziła końcówka pierwszej odsłony, w której goście – w odstępie 31 sekund – zdobyli dwa gole. Najpierw gumę przechwycił Anderson i w sytuacji sam na sam zaskoczył Linusa Lundina uderzeniem w „piątą dziurę”. Chwilę później Jean Dupuy twardo potraktował Carla Ackereda, odebrał mu krążek i pomknął lewym skrzydłem, by wystawić jak na tacy gumę Patrykowi Wronce, który musiał tylko dopełnić formalności. Gospodarze reklamowali sędziom, że szwedzki obrońca był faulowany, ale nic nie wskórali.

Po przerwie gospodarze mocniej zabrali się do pracy, chcąc rozpocząć odrabianie strat. Nie pomogły im w tym dwa okresy gier w przewadze.

Katowiczanie podczas swojego power playu dołożyli czwartego gola. Brandon Magee dograł na prawy bulik do Santeriego Koponena, a ten huknął bez przyjęcia, nie dając żadnych szans golkiperowi mistrzów Polski.

15 sekund później mistrzowie Polski w końcu trafili do siatki. Spod linii niebieskiej kropnął Jere Vertanen, a pole widzenia Johnowi Murrayowi skutecznie ograniczył Radosław Galant.

Wielu kibiców zaczęło się w tym momencie zastanawiać, czy ich podopieczni zdołają odwrócić wynik spotkania. Ale katowiczanie dobrze się bronili i po sprawnie wyprowadzanych kontrach mogli jeszcze podwyższyć prowadzenie. Na ich drodze stanął jednak Linus Lundin.

W końcówce spotkania kibice obejrzeli kilka pojedynków pięściarsko-zapaśniczych, ale nie skutkowały one karami wyższymi.

Twardy bój i sędziowskie kontrowersje. Dublet Sadłochy i drugi triumf Unii

To był hokejowy thriller! Po twardym, zaciętym i emocjonującym meczu Re-Plast Unia Oświęcim pokonała na własnym lodzie GKS Katowice 3:2. Gola na wagę drugiego zwycięstwa w półfinałowej serii zdobył Kamil Sadłocha, który wykorzystał sytuację sam na sam z Johnem Murrayem.

Tuż po zakończeniu piątkowego spotkania wielu kibiców Unii zastanawiało się, czy zespół z Chemików 4 będzie w stanie – w tak krótkim czasie – wyczyścić głowy i poprawić swoją grę.

Debatowano też na jakie zmiany zdecyduje się trener Antti Karhula. Finalnie 48-letni Fin nie skorzystał dziś z usług Marcina Kolusza i Adriana Prusaka. Do meczowego zestawienia wrócili za to Miłosz Noworyta i Sam Marklund, a do kilku korekt doszło też w liniach ataku. W pierwszej formacji ofensywnej z Kamilem Sadłochą i Danielem Olssonem Trkulją zagrał Erik Ahopelto. Do drugiego ataku został przesunięty Lauri Huhdanpää, a w trzecim u boku Krystiana Dziubińskiego znaleźli się Sam Marklund i Anton Holm.

Jacek Płachta nie zmienił składu,a jego podopieczni przyjechali do grodu nad Sołą z zamiarem odniesienia trzeciego zwycięstwa w serii, które pozwalałoby im już we wtorek zakończyć całą rywalizację i zameldować się w finale. O takim scenariuszu oświęcimianie nie chcieli nawet słyszeć.

potkanie było bowiem wyrównane i bardzo ciasne. Ba, to był klasyczny mecz walki, pełen emocji i obfitujący w twarde starcia. Słowem – klasyka play-offowego gatunku. Szkoda jedynie, że zamiast o wyczynach hokeistów na lodzie znów głośno będzie mówić się o sędziowskich kontrowersjach.

Plan obu zespołów na ten mecz był prosty i w zasadzie można byłoby go streścić w kilku punktach. Przede wszystkim uważna gra w destrukcji i oczekiwanie na zawahanie lub błąd rywala. W przekroju całego meczu więcej z gry mieli katowiczanie i to oni stworzyli sobie więcej okazji. Lepszą skuteczność zaprezentowali za to gospodarze, napędzani głośnym dopingiem swoje publiczności.

W pierwszej odsłonie oba zespoły dwukrotnie grały w przewadze i wykorzystały po jednym takim okresie. W 8. minucie, gdy na ławce kar odpoczywał Christian Mroczkowski, Johna Murraya pokonał Jere Vertanen. Fiński obrońca przymierzył z niebieskiej w samo okienko, a katowickiemu golkiperowi pole widzenia skutecznie ograniczyli Erik Ahopelto i Lauri Huhdanpää.

GieKSa odpowiedziała cztery minuty później, a zasłużone gratulacje od swoich kolegów odebrał Marcus Kallionkieli, uderzając z przestrzeni między bulikowej po dobrym dograniu Bena Sokaya.

W drugiej odsłoniewięcej z gry mieli katowiczanie, którzy stworzyli sobie dwie znakomite okazje. Najpierw sytuacji sam na sam z Linusem Lundinem nie wykorzystał Kallionkieli, a pięć minut później krążek uderzony przez Grzegorza Pasiuta odbił się od słupka.

Niewykorzystane szanse zemściły się na gościach. W 34. minucie na indywidualną akcję zdecydował się Kamil Sadłocha, który objechał bramkę i sprytnym uderzeniem od zakrystii zaskoczył „Jaśka Murarza”. Ten gol był dla biało-niebieskich zastrzykiem zarówno nadziei, jak i pewności siebie.

Podopieczni Jacka Płachty znów rozpoczęli pogoń za wynikiem, ale urzędujący mistrzowie Polski grali ofiarnie i z poświęceniem. Ze swoich obowiązków znów dobrze wywiązywał się Lundin.

Oświęcimscy kibice ponownie wypełnili halę do ostatniego miejsca i głośnym dopingiem mobilizowali swoich podopiecznych. W 45. minucie na trybunach rozległ się jęk zawodu. Sytuacji sam na sam z Johnem Murrayem nie wykorzystał Huhdanpää. To mógł być rozstrzygający moment meczu.

Trzy minuty później doszło do kontrowersyjnej sytuacji. Henry Karjalainen został trafiony kijem w twarz przez Aleksiego Varttinena, a później zderzył się z fińskim obrońcą i z bandą. Sędziowie gry nie przerwali, a chwilę później GieKSa doprowadziła do wyrównania. Po sprawnie rozegranym kontrataku do siatki na raty trafił Dante Salituro, a oświęcimscy zawodnicy i kibice zawzięcie protestowali. Sędziowie obejrzeli tę sytuację na wideo i zaliczyli gola. Mecz rozpoczął się na nowo.

Później Sam Marklund rzucił na bandę Stephena Andersona. Po drugiej stronie lodu szwedzkiego napastnika Unii w podobny sposób zaatakował Aleksi Vartiinen i po chwili obaj zawodnicy zaciekle wymieniali ciosy. Marklund otrzymał dwie kary mniejsze: za przeszkadzanie i za ostrość, a Varttinen dwie minuty za ostrość.

Podopieczni Jacka Płachty zagrali w przewadze, ale nie zdołali jej wykorzystać. Na domiar złego – chwilę później stracili trzeciego gola. Ławkę kar opuścił Kamil Sadłocha (odsiadywał jedno z wykluczeń za Marklunda) i po podaniu Łukasza Krzemienia miał już przed sobą tylko Johna Murraya, którego zaskoczył uderzeniemz nadgarstka. Oświęcimska publiczność oszalała ze szczęścia.

Goście próbowali wrócić do gry, ale ta sztuka im się nie udała. Wpływ na to miała też kara nałożona na Johana Norberga za niesportowe zachowanie. Szwedzki defensor nie zareagował na komendy gwizdkiem wysyłane przez arbitra Krzysztofa Kozłowskiego.

W końcówce drugą sytuację sam na sam zmarnował Huhdanpää, a manewr z wycofaniem bramkarza nie przyniósł katowiczanom zamierzonego rezultatu.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Galeria Kibice Piłka nożna

Kibicowska galeria z wyjazdu do Zabrza

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Zapraszamy do kibicowskiej galerii z wyjazdu do Zabrza. W sektorze gości zameldował się komplet (według przyznanych biletów) – 1503 kibiców GieKSy, w tym wsparcie Banika Ostrava (15) oraz ROW Rybnik (50). Zdjęcia nadesłane przez kibiców. 

Kontynuuj czytanie

Galeria Kibice Piłka nożna

Kibicowska galeria z wyjazdu do Gliwic

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Zapraszamy do kibicowskiej galerii z wyjazdu do Gliwic, gdzie GieKSa zjawiła się w nadkomplecie, a dokładnie w 1154 osoby, w tym 6 Banik Ostrava i 1 JKS Jarosław. Zdjęcia nadesłane przez kibiców.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Igrzyska Myśliwca z katowicką obroną

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Czasem trzeba – jak to się mówi – przespać się po danym meczu. Po to, żeby podejść do niego bardziej spokojnie, znaleźć jakieś pozytywy i ogólnie nie popaść w zły nastrój. Nie pykło. Tym razem patrząc już z lekkiego dystansu, czyli sobotniego poranka, mam obraz gorszy niż bezpośrednio po meczu. Powiedzmy sobie wprost – to było fatalne spotkanie naszego zespołu.

Nie mam tym razem irytacji, tak jak po meczu z Motorem. Może z powodu dyspozycji dnia. Ale nie zespołu, tylko mojej. Ot, GieKSa pokazała swoją specyfikę od tej złej strony, ale nie jest to nic nowego, znamy to doskonale. Tym razem wyszło na minus.

To co jest niestety specyfiką tej drużyny i co (póki co) nie pozwala jej wejść na stałe do czołówki ligi to jej kompletna losowość. Abstrahując oczywiście od tej różnicy u siebie i na wyjeździe. Ale zasadniczo wygląda to tak, że co nam danego dnia wylosuje maszyna losująca, tak będzie wyglądał mecz w naszym wykonaniu. Nie ma czegoś takiego, że przed meczem ze stosunkowo dużym prawdopodobieństwem jesteśmy w stanie stwierdzić, że GieKSa zagra dobre solidne spotkanie, będzie lepsza od rywala albo przynajmniej równa, a wynik – choć to suma wielu wypadkowych – również z pewnym prawdopodobieństwem będzie korzystny. Nie. W przypadku GKS mamy wręcz orła i reszkę – jak wypadnie jedno to mamy ekipę walczącą, kapitalnie grającą w piłkę, stwarzającą zagrożenie. Jeśli drugie – drużynę bezradną i… grającą w obronie w tak kuriozalny sposób jak wczoraj. Ale jest to sposób znany. Także z tego sezonu. Jak zawieje – tak zagramy.

Zanim przejdę do obrony (dla porządku, chodzi o obronną grę całego zespołu), słówko o innych aspektach. Zapytałem trenera na konferencji o wyciąganie wniosków z rywalizacji z Piastem, przede wszystkim z jesieni z poprzedniego sezonu. Bo miałem małe déjà vu z tego meczu, gdy chyba dopiero w swoim drugim starciu jako trener Piasta przyjechał na Nową Bukową Daniel Myśliwiec. Wtedy używałem takiej metafory, że piłkarze Piasta „pobili” naszych zawodników. Bo już wtedy zameldowali się bardzo szybko w kościach naszych zawodników, którzy nie byli na to przygotowani. I goście wtedy zdominowali ten mecz fizycznością i agresją, do tego strzelili w krótkim czasie dwie bramki i było po meczu. I wczoraj mieliśmy podobny vibe Piasta, przy czym tym razem z dyscyplin olimpijskich trener Myśliwiec nie postawił na boks, tylko na sprint. Nie wiem, jakim cudem przekonał swoich piłkarzy, zwłaszcza tych zagranicznych, jaka jest waga meczu z GieKSą, ale grali oni, jakby nałykali się szaleju. Byli dzicy, z pianą na ustach, walczyli, jakby to była wojna, a nie mecz piłkarski. Tak jak mówię – tym razem objawiało się to w szybkości, pokazywaniu się na pozycję i niesamowitym parciu do przodu. Utrzymywali przy tym naprawdę dyscyplinę taktyczną, to nie były ataki chaotyczne. W tym kontekście trafiliśmy na przeciwnika niesamowicie dobrze dysponowanego.

Trener mówił po meczu, że w drugiej połowie to GKS przejął inicjatywę. No jasne, ale przecież Piast prowadził już 2:0, więc to turbodoładowanie nie było już im do niczego potrzebne. Poza tym bądźmy konsekwentni – bo narracja jest taka, że gdy my się cofamy do niskiej obrony, to jest to przemyślana taktyka, a jeśli przeciwnik – to znaczy, że ich zdominowaliśmy i rywal miał kłopoty…

No nie. Piast intencjonalnie oddał nam piłkę, może nie do końca dla siebie w sposób idealny, na co zwracał uwagę trener rywali. Ale gospodarze bardzo umiejętnie się bronili i GKS choć stworzył sobie ostatecznie dość sporo sytuacji, to trudno powiedzieć, żeby któraś z nich naprawdę była wielką szansą na zdobycie gola. Wydaje mi się, że najlepszą miał Mateusz Wdowiak w pierwszej połowie, ale i tak jednak musiał uderzać z takiej krótkiej nogi. Owszem – powinien to trafić, ale sytuacja idealna nie była. Mateusz Kowalczyk z szesnastu metrów – to też powinno zakończyć się dużo lepszym uderzeniem (znaczy nie wprost w bramkarza). Sytuacja Marcina Wasielewskiego po kapitalnym podaniu Nowaka była trudna, bo nasz zawodnik uderzał już będąc bardzo blisko bramkarza, szanse powodzenia były minimalne. Ilja po podaniu Bartka strzelał bardzo efektownie i był blisko, ale była to trudna sytuacja.

Poza tym nasze sytuacje były słabe, podwójne uderzenie Bartka nie miało też większych szans.

Jeśli chcemy porównać – naprawdę dobre szanse to miała Wisła Płock w Katowicach. Mimo, że przegrała 0:5, na początku meczu, kiedy ratował nas Ilja, a potem w drugiej połowie, gdy sam na sam wyszedł Hamulić. To są prawdziwe groźne sytuacje, a nie te, które my stworzyliśmy w Gliwicach.

Daniel Myśliwiec jak nikt inny widać zna atuty i słabości GieKSy. Nikt w tej lidze nie potrafi nas zneutralizować w taki sposób. I najwidoczniej trener wygrał ten mecz już przed meczem. Wiedział jaką taktykę przyjąć i jak nastawić swoich zawodników. I to wystarczyło. Plus dodajmy pewien aspekt układu gwiazd. Oprócz tego, że Piast był lepszy zarówno w obronie i w ataku, to trzeba powiedzieć, że absolutnie wszystko im wychodziło, a nam absolutnie nic. Takie mecze też się zdarzają.

Przede wszystkim trenerzy rywali wiedzą (i my niestety też), że gdy się nasz zespół naciśnie, to gubimy się niemożebnie. Recepta na GieKSę – wprowadzić trochę szybkości i chaosu w naszych szeregach, to prawdopodobieństwo zdobycia bramki znacząco wzrasta. Co lepsza (a nawet i nie) drużyna z tego korzysta. Na naszym tle zadziwiająco często drużyny przeciwników wyglądają na rozpędzone i grające mecz sezonu…

No ale wracając do tej defensywy. Problem mamy wielki i to nie jest tylko kwestia tylko tego sezonu. Na ten moment mamy rozegranych 10 meczów i 15 straconych bramek. To daje średnią 1,5 traconej bramki na mecz – taka sama średnia wychodzi zarówno w lidze, jak i czterech meczach pucharowych. Mamy w dziesięciu meczach tego sezony zaledwie jedno czyste konto, a w ostatnich osiemnastu spotkaniach – tylko dwukrotnie nie straciliśmy bramki.

Ale tu nie chodzi nawet o samą liczbę, bo choć jest ona spora, to nie jest jeszcze jakaś totalnie dramatyczna. Ale dramatyczny jest sposób, w jaki te bramki tracimy. I w jakich momentach czy odstępach. Patrząc na ten sezon. I rozpoczynając od meczu w Żylinie. Mieliśmy kilka fatalnych zachowań w pierwszej połowie, bramek nie traciliśmy, ale gubiliśmy się wtedy strasznie, podając do przeciwników. Natomiast z pola karnego wybić piłki nie umieliśmy i był rzut karny. Na Wiśle dwie bramki stracone w trzy minuty, a mogły być trzy w pięć czy sześć minut, ale trzecia nie została uznana. Z Radomiakiem podajemy w polu karnym prosto na nogę przeciwnika. Hapoel – wiadomo przedziwny przerzut Borjy, a potem strata Arka. W rewanżu z drużyną z Tel Awiwu jakieś uchylanie się od główek i rywal wychodzi sam na sam. Z Górnikiem w 80 sekund tracimy dwa gole. No i jedna z wisienek na torcie – mecz z Piastem.

Choć déjà vu to miałem też z Miszkolcem…

Trudno zrozumieć, co tu się wczoraj wydarzyło. To że rywale przeprowadzili kontrę to jedno. Ale jak jeden Sanca może się zatrzymać na szesnastym metrze, przekładać sobie nogę nad piłką, a nasi zawodnicy dosłownie jak tyczki – nieruchomo powbijani w ziemię. To się absolutnie nie ma prawa wydarzyć, a nawet jeśli stoją – to niech przynajmniej zasłonią bramkę. Drugi gol to zupełnie bierne zachowanie naszych zawodników – ponownie powbijanych w ziemię – i przeciwnik zza pleców trzech GieKSiarzy wbiega i bez problemu strzela bramkę. I powiem tak – do obejrzenia skrótu myślałem, że trzeci gol to po prostu czyste stadiony świata. Ale jak zobaczyłem, jak nasz kapitan uchyla się niemal do ziemi, odsłaniając tym samym drogę piłce do bramki, to sam klęknąłem. Przecież jakby Arek został spionizowany, to piłka by trafiła dokładnie w niego.

A co do tej drugiej bramki jeszcze – to przecież dosłownie dwie akcję poprzedzające – w ciągu 2-3 minut – to były wyjścia Piasta sam na sam lub niemal sam na sam – raz był spalony, a za drugim razem rzut rożny, po którym padł gol. Podania na skrzydła, takie na dobieg, nokautowały nas w tym meczu.

I tak jak trener mówi, efektywność w obronie i ataku była po stronie Piasta. Raz, że Piast był lepszy, ale dwa – że my byliśmy po prostu bardzo słabi. Nie tylko w obronie i nie tylko w wykończeniu. My sobie nie wykreowaliśmy sytuacji tak groźnych, żeby mieć większe szanse na gola. A czasu na to mieliśmy w drugiej połowie mnóstwo, kiedy Piast oddał nam piłkę.

Cóż, zdarzyło się. Dużo gorzkich słów tu padło i w węższym, ale przede wszystkim szerszym aspekcie, trzeba coś z tą grą obronną zrobić, bo tak naprawdę mamy z nią problem od samego awansu do ekstraklasy. Bywały krótkie serie – kilku meczów – kiedy nasi piłkarze wznosili się na wyżyny, notowali czyste konta, potrafili nawet 2-3 mecze z rzędu zagrać bardzo dobrze w defensywie. Ale potem znów przychodziły, kiksy, babole i niezrozumiałe zachowania. Znaczy kiksy… Co do kiksów to ja nawet nie mam pretensji. Na przykład do takiej bramki samobójczej Arka w Łodzi w Pucharze Polski. Tam to był czysty pech, coś co po prostu się zdarza. Ale jak widzę irracjonalne zachowania zawodników, to to jest już powód – czasem do wkurzenia, czasem niepokoju.

Jeśli ta drużyna chce się rozwijać, to musi poprawić defensywę. Nie możemy wiecznie liczyć na to, że Bartek Nowak da ciasteczka, a Ilja Szkurin będzie miał dzień konia. Nie możemy wiecznie liczyć na to, że strzelimy więcej bramek od przeciwnika, który nam strzela. My mamy umieć przepchnąć kolanem mecz, w którym nam się ofensywa nie układa, mamy mało sytuacji lub jesteśmy nieskuteczni – ale pakujemy tę jedną bramkę i wygrywamy, bo obrona spisała się na medal i nie dopuściła do utraty gola.

Nie jesteśmy drużyną idealną. Naprawdę, gdyby nie te aspekty, o których wspomniałem, bylibyśmy w czołówce ligi i pewnie bili się o mistrzostwo. Ale mamy swoje mankamenty i jesteśmy w takim miejscu jak jesteśmy. Nadal bardzo dobrym miejscu. Ale musimy się rozwijać.

Za tydzień ostatni z trzech meczów wyjazdowych – Lubin. Jeśli tam zapunktujemy za jeden – będzie można powiedzieć, że minimum w tym trójmeczu osiągnęliśmy. Jeśli wygramy – to będzie bardzo dobry wyjazdowy wynik. Nie ma co więc płakać nad rozlanym mlekiem, a tak jak powiedziałem – docenić też bardzo należy drużynę Piasta.

Na koniec powiem, że po meczu dziennikarz Łukasz Pawlik powiedział, że jakby kiedyś zakończył pracę w GKS trener Górak, to to byłby godny następca. Zgadzam się w stu procentach. Nie wiem, co ten szkoleniowiec w sobie ma, ale widać, że ma warsztat, gdziekolwiek nie jest to ma wyniki, potrafi z niczego zrobić coś. Do tego jest skromny, trochę cichy, a jednocześnie widać, że ma ten błysk w oku. Wydaje mi się, że to całkiem spoko człowiek, który jednocześnie swoje przeszedł, zarówno w sporcie, jak i poza nim.

Ale to teoretyczne rozważanie. Teraz trwa projekt firmowany przez Rafała Góraka i niech trwa jak najdłużej, po przysparza nam on masę radości, a GieKSa jest w tym pięknym miejscu. Tak więc dalej pracujmy nad budowaniem wielkiej GieKSy, jak trzeba to poklepmy się po plecach, a jak trzeba to solidnie opie…olmy. Ale tylko po to, by iść do przodu.

Z niecierpliwością czekamy na Lubin!

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga