Felietony Kibice Klub
Czy Marek Szczerbowski „zwija” klub od środka?
891 dni. Ponad dwa lata Marek Szczerbowski rządzi GKS-em Katowice. I ciężko nie odnieść wrażenia, że jest to czas zmarnowany. Nie chodzi nawet o brak wyników sekcji piłkarskiej, bo do tego kibice GieKSy niestety już się przyzwyczaili (także za wcześniejszych prezesów). Mamy na myśli całkowity brak pomysłu na prowadzenie klubu oraz zabicie medialno-biznesowo-wizerunkowej otoczki wokół GieKSy. Postaramy się pokazać Wam, jak od ponad dwóch lat Marek Szczerbowski “zwija” GKS od środka, a w dodatku zdaje się (może celowo?) nie zauważać problemu.
26 sierpnia 2019 roku Szczerbowski został wybrany nowym prezesem GKS-u. Na jego pierwszy kontakt z mediami i kibicami czekaliśmy jednak do 10 września. Prezes tłumaczył to chęcią spotkania w pierwszej kolejności z legendami klubu, zawodnikami, pracownikami, kibicami i sponsorami. Wtedy wydawało się to racjonalne – nowy prezes dał sobie czas żeby na pytania dziennikarzy nie odpowiadać ogólnikami, tylko konkretami. Jednak już wtedy konkretów zabrakło…
Prezes mówił wówczas o powołaniu specjalnego zespołu ds. nowego stadionu, na którego czele stanął wychwalany przez niego Grzegorz Górski, pracownik klubu odpowiedzialny za organizację imprez i bezpieczeństwo. Z końcem 2021 roku Grzegorz Górski przestał pracować w klubie, a efektów (ani nawet jakichkolwiek śladów) pracy tego zespołu nie widać do dziś. Warto natomiast przypomnieć, że Marek Szczerbowski nakreślił nam taką wizję: “Zespół składa się z kilkunastu osób, specjalistów różnych dziedzin, zaproszeni do tego zespołu zostali dyrektorzy wszystkich sekcji sportowych, specjaliści od spraw marketingu, specjaliści od spraw funkcjonowania systemów”. Co prawda budowa stadionu ruszyła w październiku 2021 roku, jednak na jej uroczystą inaugurację prezesa Szczerbowskiego, sternika klubu, dla którego w głównej mierze ten stadion jest budowany, nie zaproszono. Symbolicznego wbicia pierwszej łopaty wraz z Prezydentem Miasta dokonał prezes Stowarzyszenia Kibiców GKS-u Katowice “SK 1964” – Piotr Koszecki. Z biegiem lat, denerwując się na opieszałość naszych urzędników, obserwowaliśmy, jak rosną obiekty piłkarskie w całej Polsce. Ciężko jednak w pamięci znaleźć drugi tak kuriozalny przypadek, by prezes klubu nawet nie został zaproszony na taką uroczystość. Jak to świadczy o jego powadze – zostawiamy Wam to do przemyślenia. Być może to sam prezes nie lubi takich uroczystości, bo przecież nie pojawił się również na odsłonięciu muralu Jana Furtoka w centrum miasta…
Na wspomnianej wcześniej konferencji prezes Szczerbowski opowiadał jeszcze o tworzeniu programu zapraszającego na mecze dzieci i rodziców z akademii, kąciku legend klubu, planach sportowych i paru mniej istotnych rzeczach. Po czasie można śmiało napisać, że było to typowe “wodolejstwo”, a prawie nic z tych planów i pomysłów nie przerodziło się w rzeczywiste działanie.
Po konferencji prasowej mieliśmy w klubie szereg… zwolnień. Pożegnano się z medialną twarzą klubu, rzecznikiem prasowym – Maurycym Sklorzem, pracę po kilkunastu latach spędzonych w dziale marketingu straciła również ceniona na GieKSie Olga Bieganowska. Szczerbowski zwolnił także kamerzystów, osoby z działu biletów, a czystki dotknęły całej administracji. Sposób tych pożegnań pozostawiał sporo do życzenia. Szczerbowski pozbył się z klubu również Bartosza Malaki. Możecie go kojarzyć z tego, że od 2017 roku w GieKSie dobrze wykonywał swoją pracę na stanowisku kierownika ds. sprzedaży, a obecnie z sukcesami (TUTAJ) pracuje u jednego z największych polskich bukmacherów – SuperBecie. Zwolnienia i zmiany tłumaczone były spadkiem do II ligi i związaną z tym przymusową redukcją kosztów. Czas jednak pokazał, że nie da się prowadzić w optymalny sposób wielosekcyjnego klubu z tak uszczuploną kadrą. Widać to nawet w tak małych rzeczach, jak przyklejenie na hali w Szopienicach starego loga jednego ze sponsorów siatkarskiej ligi na start sezonu, za co w ramach regulaminu grozi kara umowna.
W atmosferze skandalu opisywanego przez większość mediów sportowych w Polsce Szczerbowski rozwiązywał również umowy z hokeistami oraz siatkarzami. Wszystko to miało miejsce na początku 2020 roku, kiedy to pandemia koronawirusa nabierała realnych kształtów i budziła największy niepokój. “Skandal w PlusLidze! “To nie negocjacje, a szantaż”” – tak TVP SPORT opisywał sposób rozstania klubu z siatkarzem GieKSy Dustinem Wattenem. Z kolei były trener siatkarzy Dariusz Daszkiewicz o zwolnieniu z pracy dowiedział się… poprzez email.
Warto zaznaczyć, że są jednak i tacy, którzy w klubie zaliczyli szybkie awanse. Justyna Zaręba, przez lata klubowa sekretarka, pracuje obecnie w GKS-ie jako dyrektor i jest odpowiedzialna za bezpieczeństwo oraz organizację imprez. Wcześniej prezes zmienił jej nazwę stanowiska na “kierownik biura zarządu”, przy czym warto zaznaczyć, że w owym biurze pracowała tylko… ona. Została więc kierownikiem jednoosobowego biura, czyli samej siebie. Po “awansie” Zaręby, Szczerbowski na stanowisko asystentki biura zarządu zatrudnił starą znajomą – Violettę Kubik, która razem z nim zasiadała w zarządzie KS Kolejarz Katowice.
Michał Fortuński. Czy ktoś z Was kojarzy to nazwisko? Zapewne nie, chociaż powinniście. Fortuński, znajomy Szczerbowskiego, były rzecznik prasowy partii SLD w Sosnowcu, zatrudniony został w klubie na stanowisku dyrektora działu marketingu, komunikacji i sprzedaży. Niestety przez rok pracy nie zdążył spotkać się z przedstawicielami Klubu Biznesu czy zająć sponsorami. Fortuński zasłynął tym, że poszedł na dwa tygodnie urlopu w najgorętszym okresie, tuż przed startem nowego sezonu. Z jego większych sukcesów można odnotować jedynie to że… podniósł ceny pakietów sponsorskich po spadku do II ligi. Ciężko o większy wyczyn, szkoda że w kategorii „absurd roku”. Nie dziwi to jednak, biorąc pod uwagę że nie miał on wcześniej ze sportem nic wspólnego. Rok pracy bez żadnych efektów, oprócz wysłania przelewów z konta klubu na konto „dyrektora”.
Obecny sternik GieKSy wielokrotnie w kwestiach zmian kadrowych i zwolnień zasłaniał się poszukiwaniem oszczędności. Sprawdźmy jednak, jak wyglądają fakty:
Liczba zatrudnionych w spółce GKS GieKSa Katowice S.A.:
2018 (Janicki) – 128 + 18 (inne + umowa o pracę)*
2019 (Janicki, Szczerbowski)- 156 + 24
2020 (Szczerbowski) – 153 + 20
2021 (Szczerbowski) – 158 + 15
* – bez hokeja
Szczerbowski nie pojawiał i nie pojawia się w mediach, przez ponad dwa lata udzielił kilku wywiadów, nie widać go w klubowej telewizji. Jego zachowanie przekłada się niestety na Klub Biznesu oraz całe otoczenie wokół GKS-u.
Prezes próbował szukać oszczędności nawet w tak absurdalny sposób, jak zamykanie sektora 1 na trybunie głównej. Czy uprzykrzanie życia kibicom którzy od lat stale chodzącym na ten sektor było warte więcej, niż te kilkadziesiąt złotych wydane na ochroniarza, który musiał stać na tym sektorze?
Być może zabrakło w klubie kogoś, kto wypisałby wówczas w tej kwestii legendarną już “kartę sprawy”. Karta sprawy to dokument, który Szczerbowski wprowadził w klubie, w teorii aby mieć potwierdzenie każdej decyzji. Nie trzeba mieć doktoratu, by wiedzieć, że klub sportowy rządzi się własnymi prawami i trybem działań. Jeśli nie mogliście wyrobić sobie karty kibica (bo fizycznie ich nie było) lub też nie dało się w Blaszoku wydrukować biletu, bo brakło papieru, możecie być pewni, że winni za to byli dyrektor, główna księgowa i radca prawny, ponieważ każda karta sprawy musi posiadać podpis tych trzech osób. Bez tego ciężko cokolwiek załatwić, nawet jeśli czas nagli.
Biznes i marketing to działki, które za prezesury Marka Szczerbowskiego zostały w klubie CAŁKOWICIE położone. Po zwolnieniach pracowników tych działów nie zatrudniono nikogo (dobrego) w ich miejsce, co po powrocie kibiców na trybuny widać coraz bardziej z każdym kolejnym dniem.
Klub Biznesu, a raczej jego brak. Jeśli jesteś właścicielem firmy lub pracujesz w dziale marketingu jakiejś korporacji i chciałbyś zainwestować pieniądze w GKS, to musisz się… napracować. Po wejściu na oficjalną stronę klubu nie znajdziesz bowiem żadnej zakładki z ofertą dla potencjalnych sponsorów, żadnej rozpiski proponowanych pakietów sponsorskich oraz osób do kontaktu w tej kwestii. Oczywiście to wszystko ma przełożenie na liczbę partnerów biznesowych klubu, która jest po prostu żenująca. Był czas, kiedy w Klubie Biznesu, na najniższym poziomie nazywanym “Przyjacielem GieKSy” było ponad 50 firm, do tego dochodziły firmy mające wykupione większe pakiety. 50 firm, które przelewają co miesiąc na konto klubu 196,40 złotych, finalnie w ujęciu rocznym wnosiły do niego ponad 117 000 złotych. Oczywiście koniec końców jest to kwota marginalna w funkcjonowaniu tak dużego, wielosekcyjnego klubu, jednak wówczas otoczka wokół GKS-u była zupełnie inna. Brakowało nam jedynie sukcesu sportowego. Dziś nasza rzeczywistość to prezes, który na spotkaniu z miejską Komisją Kultury i Sportu mówi:
„Ilość środka innego niż dotacyjny w dużej mierze uzależniona jest od tej działalności podmiotów, spółek prawa handlowego, ale działających w obszarze działalności publicznej” (…) Żeby myśleć o zewnętrznych środkach to bardziej trzeba myśleć o inwestorze niż o sponsorze”.
Jaki można wysnuć z tego wniosek? Ciężko odebrać to inaczej niż: “No moglibyśmy coś robić, ale nam się nie chce”. Warto w tym momencie odnotować, że jest jeden malutki plus tej sytuacji i nieumiejętności Marka Szczerbowskiego w budowaniu relacji i pozyskiwaniu sponsorów. Otóż firmy niegdyś zrzeszone w Klubie Biznesu, aktywnie wsparły kilka akcji organizowanych przez Stowarzyszenie Kibiców – między innymi rozdawanie gadżetów z okazji Dnia Dziecka czy działania związane z rocznicowymi obchodami na Kopalni Wujek. Były już Klub Biznesu zorganizował również… pożegnanie wieloletniego hokeisty GKS-u Mikołaja Łopuskiego. Prezesowi Szczerbowskiemu nie w smak było zaproszenie na mecz popularnego “Łopucha”, który przez kontuzję musiał zakończyć karierę w momencie, gdy trybuny pozostawały zamknięte dla publiczności. Według władz klubu nasz były kapitan nie zasłużył na uroczyste pożegnanie z kibicami…
Kolejnym kamyczkiem rzucanym do ogródka prezesury Marka Szczerbowskiego w GKS-ie jest fakt, że wciąż jako jedyny liczący się klub w regionie (i co więcej: na szczeblu centralnym), nie współpracujemy z żadnym bukmacherem. Może Was to zdziwić, ponieważ Stowarzyszenie Kibiców „SK 1964” współpracuje z firmą SuperBet, a sponsorem II ligi był eWinner. Nie jest to przypadek, natomiast jest to bardzo wyraźny wyznacznik podejścia prezesa do tematu sponsorów. Była na stole poważna oferta od jednego z bukmacherów, jednak prezes Szczerbowski uznał, że oferowana kwota jest zbyt niska. Koniec końców firma znalazła uznanie u konkurencyjnego klubu – ligę wyżej, za podobne pieniądze…
Jednak tematem, który najbardziej podważa jakąkolwiek wartość prezesury Szczerbowskiego, jest marketing, a raczej jego brak. Mówimy o człowieku, który na katowickiej Akademii Wychowania Fizycznego wykładał takie przedmioty jak: “zarządzanie i marketing”, “zarządzanie kulturą fizyczną”, “organizacja imprez sportowych” czy “nauki o organizacji”. Naprawdę ciężko pojąć, jak człowiek mający teoretyczną wiedzę, może tak bardzo jej nie wykorzystywać w zarządzanym przez siebie, podobno “ukochanym” klubie. Bo powiedzmy sobie szczerze, jak dziś wygląda rzeczywistość marketingowa wokół GKS-u? Promocja spotkań? Brak. Programy dla mieszkańców? Brak. Programy dla rodziców dzieci z akademii? Brak. Działania społeczne? Brak. Aktywności dla kibiców na meczach? Brak. Akcje na mieście? Brak. Jedyne do czego nie można się przyczepić to klubowa telewizja, która pod względem jakości, szybkości, realizacji i ilości wykonywanych materiałów działa dobrze. Szczerbowski postanowił, że klub nie będzie również prowadził już sprzedaży… koszulek meczowych. Wszystkie obowiązki w tym zakresie przejęli kibice prowadzący sklep “Blaszok”.
Te wszystkie braki szczególnie widoczne były podczas organizowanego przez kibiców meczu przyjaźni z Banikiem Ostrava. Kibicom GieKSy udało się zorganizować większą liczbę miejsc gastronomicznych, dmuchańce i atrakcje dla dzieci, DJ-a z muzyką na żywo, ale przede wszystkim – darmowe zaproszenia dla dzieci do 13-ego roku życia. Z zaproszenia skorzystało ponad 500 (!) dzieciaków. Co zrobił klub na kolejne mecze? Otóż nic. Akcja nie była kontynuowana, sektor rodzinny nie oferuje żadnych atrakcji, nie ma żadnej walki o ściągnięcie kibica ponownie na stadion czy halę. A do tego naprawdę nie trzeba wielkich pieniędzy czy akcji – koszt dmuchawców dla dzieci razem z transportem zamknął się w 700 złotych. Czy to aż taki problem, by taka strefa zabaw była na trybunie głównej przed każdym meczem?
W czerwcu 2021 roku drużyna GieKSy awansowała do I ligi po dwóch latach spędzonych w lidze II. Sukces być może nie najwyższych lotów, ale jednak sukces. Mecz promowany był hasłem “wszyscy na żółto”. Niezapomnianym widokiem będzie dla nas Marek Szczerbowski, samotnie świętujący awans w… szarej koszulce. Mimo wszystko był to moment, że prezes klubu powinien siedzieć ze sponsorami czy lokalnymi politykami. No ale skoro loża VIP nawet na takim meczu świeciła pustkami…
Wydawało się jednak, że mimo wszystko awans może być motorem napędowym do rozwoju marketingu i promocji GieKSy. Na co jednak dał przyzwolenie prezes? Na to, aby sprzedaży karnetów nie rozpoczynać na drugi dzień po awansie, kiedy euforia wśród kibiców była spora, a liczba publikacji o GieKSie znacząco większa. Prezes dał również przyzwolenie na to, by podczas pierwszego meczu w I lidze, w idealnym terminie, z dobrym przeciwnikiem, ponad 100 osób odbiło się od kas stadionu. Zamiast zachęcać kibiców, by wrócili na Bukową; pokazać że po awansie znów jest na Bukowej fajnie i mamy dobrą drużynę, zamknięto kasy i nie prowadzono sprzedaży biletów w dniu meczu. Powód? Oczywiście covid. To nic, że WSZYSTKIE inne kluby obchodziły te przepisy na różne (legalne) sposoby, byle tylko wpuścić jak najwięcej kibiców. U nas postawiono na olewactwo i minimalizm, jak w KAŻDEJ innej kwestii. Nie była to jedyna wpadka podczas tamtego (i wielu innych) spotkania – na mecz nie wpuszczono autem na stadion legendy klubu Pawła Glucka oraz posiadającego wejściówkę VIP niepełnosprawnego kibica z Holandii; na sektorze rodzinnym walał się gruz z rozsypujących się schodów, a kibiców w nowym sezonie powitały brudne krzesełka na Blaszoku. O wszystkim pisaliśmy TUTAJ.
Obecny sternik GieKSy wielokrotnie podkreślał, że zależy mu na budowaniu programów długofalowych, które będą przyszłych kibiców wychowywać. Już pomijając fakt, że taki program powinno się realizować w akademii z naszymi juniorami i ich rodzicami, to spójrzmy na fakty. Przygotowywanym przez wiele miesięcy, sztandarowym projektem Marka Szczerbowskiego jest “Serduszko GieKSy” – akcja polegająca na regularnych wizytach przedstawicieli klubu (na razie głównie jednej z trenerek) w miejskich przedszkolach. Program fajny, potrzebny, ale umówmy się – akcje na takim poziomie były realizowane przez klub i przede wszystkim kibiców w poprzednich latach z dużo większym rozmachem. Wystarczy porównać chociażby z “Zagraj na Bukowej” – ile lokalizacji brało udział, jaka była oprawa medialna, jak wyglądały finały. Naprawdę to, że jedna z trenerek akademii pójdzie na godzinę do przedszkola pobawić się z dziećmi, to nie jest żaden rewolucyjny program ani wielkie osiągnięcie. Chociaż być może w Kolejarzu Katowice albo na pustym Stadionie Śląskim zrobiłoby to na kimś wrażenie.
Te i wiele innych działań pokazują, że w tym klubie nie ma po prostu dobrego gospodarza. Kogoś, kto z miłości do GieKSy lub czystej chęci rozwoju zawodowego, żyłby tym klubem co najmniej tak, jak żyją nim na co dzień kibice. Jak wielką GieKSę ma budować ktoś, kto pozwala na to, by hokejowe przedszkole na Murckach współpracowało z Naprzodem, a nie GKS-em; ktoś, kto pozwala by rezygnować ze szkolenia młodych siatkarzy i oddawać ich do dużo mniejszego katowickiego klubu siatkarskiego; ktoś, kto pozwala by koszulki meczowe były dostępne w sprzedaży dopiero po miesiącach od debiutu; ktoś, kto poodnosi sobie pensję w momencie, gdy ucina ją sportowcom oraz pracownikom; ktoś, kto na stanowisku prezesa z niejasnych powodów (po atrakcyjnie cenie i bez wiedzy głównego właściciela) wykupuje akcje klubu, stając się jednocześnie jego współwłaścicielem; ktoś, kto pozwala, by likwidowano filię południe akademii piłkarskiej?
Akademia i jej rozwój to jest w ogóle osobna historia. Lata zaniedbań, brak spójnej wizji, mianowanie na prezesa swojego kolegi – Łukasza Czopika – obecnie już wiceprezesa całego klubu. Wcześniej Czopik pełnił funkcję prezesa zarządu Spółki Górnośląskiego Przedsiębiorstwa Wodociągów. Był także silnie związany ze środowiskiem politycznym w regionie. Z jakich działań po blisko dwóch latach zasłynął Czopik na Bukowej? Jeśli kojarzycie jakieś sukcesy jego lub prezesa Szczerbowskiego to dajcie znać. My kojarzymy go jedynie z tego, że zorganizował juniorom w akademii pierwszą edycję “Turnieju o Puchar Prezesa Łukasza Czopika”. Trzeba mieć bardzo wysokie „ego”, żeby postawić się przed Furtokiem, Jojką, Piekarczykiem czy Górnikiem…
Frekwencja – temat, o którym Marek Szczerbowski chętnie zabierał głos. Kilka miesięcy temu w jednym z wywiadów stwierdził nawet, że kiedy analizuje dane z systemu biletowego, to widzi, że frekwencja rośnie. Jak wielki jest to absurd, to widzą wszyscy, którzy chodzą na Bukową. Ograniczenia pandemiczne oraz gra zakończona brakiem awansu do I ligi sprawiły, że frekwencja na Bukowej była niższa niż w poprzednich latach. No i fakty: trzy mecze z największą frekwencją za prezesury Marka Szczerbowskiego: Elana, Zagłębie Sosnowiec i Banik Ostrava. Trzy mecze, podczas których o frekwencji zadecydowała kibicowska mobilizacja. Na meczach hokeja trwa obecnie rywalizacja dzielnic – każda dzielnica lub FC odpowiada za dane spotkanie i atmosferę na nim. Dzięki temu na każdym meczu jest grupa kibiców, która powiedzmy sobie szczerze – raczej nie pojawia się regularnie w Satelicie. Dzięki temu na każdym meczu jest doping, oprawy, coś się dzieje. Pomysł ten zaproponowali i realizują kibice GieKSy. Jaka była klubowa alternatywa dla tego pomysłu? Żadna. Promocja spotkań naszych hokeistów, pomimo dobrych wyników, była zerowa.
W próbach bronienia prezesury Szczerbowskiego często pada argument, że zrobił to czego wymagał od niego właściciel – uciął koszta, awansował do I ligi, hokeiści wrócili do walki o większe cele. Kibicom jednak ciężko nie odnieść wrażenia, że są to ponad dwa stracone lata. Klub nie idzie w żadnym aspekcie do przodu, nie jest liderem w żadnej dziedzinie nie tylko w Polsce, ale nawet w regionie. Widzimy marketingowy i organizacyjny zjazd z każdym kolejnym miesiącem. Można było uciąć koszta i zrobić awans, ale całą otoczkę realizować z pieniędzy pozyskanych od sponsorów, z biletów itd. Naprawdę się da, trzeba tylko chcieć.
2022 rok Szczerbowski i Czopik również rozpoczęli “z wysokiego C” – na gali Złote Buki nowy wiceprezes określił wiceprezydenta miasta mianem “dobrodzieja”, prawdopodobnie nie odczuwając przy tym żadnego wstydu, że na sali trudno było wypatrzyć przedstawicieli sponsorów klubu. Wstydu nasz nowy zarząd nie odczuł również przy zorganizowaniu przez klub żenującej licytacji okazjonalnych koszulek hokejowych poświęconych pamięci tragedii na “KWK WUJEK”. Hokeiści nie mogli (wzorem piłkarzy) po meczu z Podhalem rzucić koszulek w trybuny, gdyż te miały zostać zlicytowane. Okazało się jednak, że pieniądze z licytacji zostaną przekazane na… działalność sekcji hokeja. Rozumiecie? Koszt koszulek na 40. rocznicę obchodów pacyfikacji sfinansują kibice, a nie klub, którego prezes tak dumnie prężył się na konferencji. Kibice na same obchody związane z pamięcią o pacyfikacji wydali ponad 10 tysięcy złotych i… jeszcze mają zapłacić za koszulki hokeistów. Bo przecież 43 miliony złotych w 13 miesięcy z miasta to za mało. Koszt koszulek, z którymi tak ochoczo do zdjęć pozował prezes Szczerbowski, ostatecznie ponieśli kibice GKS-u. Po burzy w komentarzach klub przekazał fanom na licytację ostatnie 4 koszulki. Gdy zorientowano się, że kibice swoją licytację prowadzą na rzecz byłego hokeisty GieKSy, który ma chore dziecko, klub postanowił… zaapelować do kibiców o pomoc. Oczywiście pieniędzy z licytacji “na sekcję hokeja” (ani żadnych innych) przekazać się nie dało.
Dobrze wiecie, że nigdy nie byliśmy fanami załatwiania takich spraw w sposób otwarty (czekaliśmy ponad dwa lata, choć przez cały ten czas widzieliśmy, że nic dobrego z tego nie będzie), jednak mamy poczucie – jako środowisko kibiców GieKSy – że doszliśmy do ściany. Nie ma w klubie kompetentnego gospodarza, który starałby się prowadzić GKS w dobrym kierunku, miał jakąś długofalową wizję i pomysł. Klub obecnie w niczym nie jest liderem w regionie, nie mówiąc o Polsce. Organizacyjnie jest kilka poziomów niżej niż przed przyjściem Szczerbowskiego i jego ludzi i ciężko wypatrywać jakichkolwiek pozytywów. Za około 30 miesięcy mamy rozegrać pierwszy mecz na nowym stadionie, rozpocząć nowy etap w historii GieKSy – oby prezesem był wówczas ktoś, kto wie że warto szukać sponsorów, a nad zapełnieniem tego stadionu trzeba zacząć pracować dużo, dużo wcześniej…
Kibice GKS Katowice
Felietony Piłka nożna
Kato-Miszkolc dwa bratanki – reportaż z Węgier
Swą podróż do Miszkolca rozpocząłem już dzień przed meczem. Za długo człowiek czekał na te puchary, żeby odmówić sobie przyjemności zrobienia „kontentu” daleko wykraczającego poza samą piłkę nożną. Lata jeżdżenia po ośrodkach pierwszoligowych, a przez chwilę nawet drugoligowych mogła wywołać rutynę i znudzenie. Ileż razy można było jeździć do Suwałk, Grudziądza czy Pruszkowa. Sześcio- czy siedmiokrotne wizyty w niektórych miastach (a na Arce czy w Niecieczy to i osiem razy) powodowały, że stadiony rywali znałem jak własną kieszeń.
Teraz sytuacja się odmieniła, bo mamy ekstraklasę i jest trochę nowości. To znaczy teraz dalej będą powtórki, ale nowe. Na takim Rakowie od awansu byliśmy już trzy razy, a już niedługo będzie czwarty. Taka rutyna nie zaszkodzi. Za to europejskie puchary są jedyne w swoim rodzaju, bo prawdopodobieństwo trafienia na tego samego przeciwnika jest nikłe. Dlatego są to doświadczenia unikatowe. Wymagające specjalnego potraktowania.
***
Śniadanie to najważniejszy posiłek dnia. A zwłaszcza przed podróżą. Dlatego też musiała najpierw nastąpić konsumpcja. Jeszcze chwila ogarnięcia się i w drogę na Węgry. Czekało mnie planowo ponad pięć godzin jazdy, ale wiadomo było, że z postojami wyjdzie to nieco dłużej.
Było ciepło, bardzo ciepło. Ale to była tylko przygrywka do tego, co się będzie działo na Węgrzech. Zapowiadane temperatury na środę i czwartek to 39 stopni. Grunt to dobry humor i… klimatyzacja.
Droga przebiegała spokojnie. Trochę zakorkowany wjazd na Zakopiankę, ale zupełnie bez tragedii. No i dalsza trasa. Zakopianka czy nowa Zakopianka przebiega naprawdę malowniczymi terenami, na granicy Beskidu Żywieckiego, a Beskidu Wyspowego, Makowskiego czy Gorców. Dzięki czemu podczas trasy możemy podziwiać malownicze wzgórza, z tymi rozpościerającymi się przysiółkami, domostwami. Na swoich długo czy średniodystansowych szlakach przecinałem Zakopiankę – czy to na Głównym Szlaku Beskidzkim, a także szlaku Brzeźnica – Kacwin.
W Nowym Targu było odbicie. Za miastem krótki postój na kupienie czegoś zimnego i stacyjną przekąskę. Już stąd rozciągał się piękny widok na Tatry. Tatry, które miałem od wschodniej strony objechać. Cieszyłem się na tę drogę. Tym bardziej, że w życiu tak dużo chodziłem po górach, że nieraz jadąc przez jakieś dziwne miejsca mogłem powiedzieć – byłem tutaj.
Tak było choćby, gdy przejeżdżałem przez Bukowinę Tatrzańską, przez którą przechodzi szlak Trzy Kopce – Chochołów. Przeszedłem go za drugą próbą, bo za pierwszą narzuciłem sobie zbyt duże tempo pierwszego dnia i po przejściu ponad 40 kilometrów w ulewnym deszczu poległem. Pamiętam, że dzień później GieKSa wygrała u siebie z Garbarnią 2:0. Czasy Covidowe.
Tak więc Bukowina (wcześniej Białka) czy Czarna Góra były mi dobrze znane. Ja tym czasem zbliżałem się do granicy w Jurgowie, a moim oczom ukazywały się najpiękniejsze Tatry Bielskie. Przejeżdżałem przez Zdziar. Miejscowość, w której miałem kiedyś nocleg przed wielodniowym pobytem w Tatrach Słowackich. Wówczas to ruszyłem w Tatry Bielskie właśnie – niestety na Hawrań, Murań czy Płaczliwą Skałę nie można wchodzi ze względu na rezerwat – choć jakieś gagatki wówczas miały to za nic i i tak wchodziły. Ja potem udałem się do schroniska przy Zielonym Stawie i Jagnięcy Szczyt. To byli czasy.
Jadąc autem niestety nie mogłem robić zdjęć w najbardziej efektownych momentach. Ale gdzieś tam raz czy dwa przystanąłem i udało się zrobić fotki tych majestatycznych, zielonych i trawiastych zboczy. To naprawdę jedno z moich ulubionych miejsc.
Droga przebiegała spokojnie – przez Tatrzańską Kotlinę, Tatrzańską Łomnicę i Wielką Łomnicę. Gdzieś tam kilka razy przecinałem tory, po których porusza się Elektrická, czyli kapitalna transportowa sprawa, pozwalająca poruszać się w większej części południowego krańca Tatr. Sam z niej korzystałem wielokrotnie. Wkrótce dotarłem na obrzeża Popradu, a to oznaczało, że zaraz wyjadę na autostradę.
Droga tą autostradą to była poezja. Samochodów było na niej niebywale wręcz mało. Często zdarzało się tak, że zarówno z tyłu, jak i z przodu na horyzoncie nie było ani jednego. I tak przez całe, całe minuty. Jechałem więc przez te słowackie pola, malowniczo to wyglądało, inaczej niż w Polsce. Tak więc podążałem sobie ku Węgrom.
Po drodze stwierdziłem, że jednak nie będę jechał na miejscówkę, tylko od razu na stadion na przedmeczową konferencję. W Żylinie nie dałem rady ze względu na to, że w środę jeszcze „uszczknąłem” pracę i wyjeżdżałem dopiero o dwudziestej. Tutaj z racji porannego wyjazdu, konferencja była wpisana w plan.
Zszokowałem się, gdy podczas postoju na stacji wysiadłem z auta. Wiadomo, w samochodzie klimatyzacja i człowiek się przyzwyczaja do normalnej temperatury. Po wyjściu na zewnątrz – ukrop. Niesamowity ukrop. Można było odnieść wrażenie, że im bardziej na południe, tym goręcej. W sumie – logicznie.
Dojechałem do węgierskiej granicy. Dalsza droga aż do Miszkolca, równie przyjemna, co na Słowacji. Kilkadziesiąt minut i dotarłem do miasta docelowego. Wjazd do centrum i w stronę stadionu. Odrobinę inaczej niż w Polsce, na przykład czerwone światło i zielona strzałka na wprost. Za pierwszymi dwoma razami miałem zawias. Potem już śmiało jechałem.
Dotarłem do stadionu DVTK, czyli Diósgyőri Vasgyárak Testgyakorlók Köre, bo tak nazywa się drugoligowy klub, który gra na tym obiekcie. Co ciekawe klub ma na koncie Mistrzostwo Węgier w… szachach. Dobrze znamy ten smak triumfu w krajowej lidze.
Pod stadionem byłem o 16.40, czyli pół godziny przed planowaną konferencją. Stadion wyglądał… tak jak na Google Maps. Dzisiaj coraz mniej jest tajemnic. Choć jak na Google Maps „wjedziecie” sobie na sam parking tuż przy stadionie – to zobaczycie zdjęcia sprzed kilkunastu lat, jeszcze ze starym oldchoolowym obiektem. W każdym razie prezentuje się ładnie, jest dość spory, a dzięki informacjom sprzed wyjazdu, dokładnie wiedziałem, gdzie wejść.
Tak więc podchodzę do panów ochroniarzy, jeden powoli, mozolnie, gasi papierosa i zmierza do drzwi, żeby mnie wpuścić. Otwiera je i pokazuje następne, gdzie jest sala konferencyjna. Wchodzę więc i witam się z ludźmi z oficjalnych mediów GieKSy, którzy też niedawno – dotarli na miejsce. Kręcą się tam ludzie z Hapoelu Tel Awiw, drużyna miała chwilę wcześniej trening. A ja czekam na konferencję, na której pierwotnie miał być trener i Alan Czerwiński, ale z racji lekkiego opóźnienia pojawił się tylko szkoleniowiec.
Jestem jedynym na tej konferencji oprócz chłopaków i dziewczyny z oficjalnej. Zazwyczaj było tak, że jak nie było żadnego dziennikarza na tych briefingach, to po prostu media GieKSy robiły wywiad z trenerem. Tutaj zrobiliśmy wszystko „oficjalnie”, czyli przy stole, na tle ścianki Hapoelu.
Zadaję pytanie trenerowi o Węgry, gdyż to w tym kraju zaczęła się jego historia w GKS. Pamiętne zgrupowanie w Telki, na które pojechaliśmy jako redakcja Bukowej, by je relacjonować. To było 15 lat temu, a my wówczas połączyliśmy wakacje z pracą na rzecz GieKSiarskiej społeczności. Dziwne, trudne i piękne to były czasy. Byliśmy na sparingach, m.in. GieKSa grała z Honvedem w Budapeszcie, a przed tymże sparingiem odegrano hymn Polski. Wszyscy byliśmy wtedy młodziutcy, zresztą zobaczyć możecie to na filmach poniżej. No i był kot Laszlo w ośrodku reprezentacji Węgier.
Jeszcze przed briefingiem i po nim udaję się na sektor prasowy. I tam od razu niespodzianka. Na stanowiskach są już wydrukowane kartki z nazwiskami dziennikarzy, więc mam już swoje przyporządkowane miejsce. Jest to komfort – dzień przed meczem znać już wszystkie trakty, wiedzieć, gdzie wejście, sala konferencyjna, jak wygląda prasówka. Jest to odhaczone i nie trzeba się następnego dnia stresować. Bo często na stadionach te oznaczenia są niejasne lub w ogóle jest ich brak, a ochrona zazwyczaj nic nie wie.
A tutaj – komfort. Dodatkowo sama prasówka jest na samej górze (jak wchodziłem, to jakiś gościu wywoził stół do ping ponga). Wszystko na swoim miejscu. Widok na boisko znakomity. Toteż po konferencji siadam na chwilę na „swoim” stanowisku i gdy piłkarze zaczynają trening – ja zamieszczam na stronię relację z konferencji właśnie. Zajmuje mi to wszystko z godziny, po czym kieruję się do wyjścia.
Przed stadionem spotykam jeszcze rzecznika Michała i pana Bogdana, kierowcę GieKSiarskiego autobusu. Mówimy o tym upale i problemie ze schłodzeniem w zadowalający dla pasażerów-piłkarzy sposób. Upały dają się we znaki, a schłodzić taki gabaryt, to jednak duże wyzwanie. W autobusie nadal było więc ponad 25 stopni, temperatura zatem niezbyt ciekawa do funkcjonowania. Przynajmniej zawodnicy nie musieli się te powiedzmy 7 godzin smażyć, ale jednak droga z lotniska z Koszyc do Miszkolca, no i potem transfery na stadion to jednak jest pewien czas spędzony w autobusie.
Ja wsiadam do auta i ruszam na kwaterę, do której mam kwadrans. GPS prowadzi mnie jakimiś drogami, krętymi i górskimi – bo trzeba przez jakieś wzgórze przejechać – i po drodze robię jeszcze postój w Lidlu. Przede wszystkim zaopatruję się w picie, bo w tym upale to jest obowiązek. Plus kilka rzeczy do jedzenia. Zwracają uwagę typowo węgierskie specjały w lodówkach. Salami po prostu być musi. A na półkach nie może zabraknąć węgierskich past paprykowych. Jedną taką kupuję. Bo choć wiem, że jest przeraźliwie słona (11,5 g soli na 100 g), to ma swój paprykowy klimat.
Po kilku kolejnych minutach docieram na kwaterę. Brama zamknięta, dzwonię, nikt nie wychodzi. Dzwonię na telefon – cisza. Dopiero po paru minutach wyszedł gospodarz, uff. Mówi po angielsku i to bardzo komunikatywnie. Znakomicie. Dokonujemy formalności i prowadzi mnie do pokoju. Za chwilę największa próba – czy działa klimatyzacja. To był absolutnie główny punkt przy doborze noclegu. Były bowiem lepsze lokalizacje, bliżej centrum czy stadionu. Jedno miejsce było super, ale w komentarzach pisali, że klima jest, ale nie działa. Tutaj załączam i od razu powiało przyjemnym chłodkiem. Pięknie. Jestem na miejscu. A w lodówce – półtoralitrowa, schłodzona woda mineralna.
Chwila ogarnięcia się, rzeczy do lodówki. Prysznic po podróży. No i miałem upatrzoną restaurację nieopodal, gdzie wyczytałem, że menu jest po polsku, a opinie bardzo dobre. Udaję się więc do niej na obiadokolację. Jestem już mocno głodny, bo wcześniej jadłem tylko wspomniane śniadanie i hot doga na stacji, ale to z siedem godzin temu. Idę więc do wspomnianej knajpki. Co prawda mam ochotę na jakieś węgierskie dania, ale z drugiej strony obawiam się, że leczo czy zupa gulaszowa to będzie za mało. Tym razem więc jeszcze nie kombinuję i biorę solidnego burgerasa. Co prawda tu jedna z opinii była taka, że burger mały, więc ktoś musiał dokupić sobie deser, żeby się najeść. No ale patrzę – 220 gram mięsa, więc solidny kotlet. I rzeczywiście wizualnie – przed nie jakąś wielką bułkę – sprawiało to wrażenie, że jest trochę małe, ale ostatecznie – delikatnie mówiąc – najadłem się. Było sycie i sowicie. Do tego dwie homemade ice tea. Pragnienie było duże. Mimo wielu godzin w klimie w aucie, ten upał nie pozostawał obojętny dla organizmu. Było to bardzo sympatyczne posiedzenie, na ogródku na takim podeście. Wieczorem już dało się wytrzymać.
Zabawne jest to, że gdy siedzę w tej knajpce, przychodzą… media GieKSy. Naprawdę świat jest mały. Uważam, że to miejsce na nocleg, które wybrałem, nie jest oczywistym wyborem, bo znajduje się na takich totalnych przedmieściach Miszkolca – dokładnie w dzielnicy Miskolctapolca. Szansa, że oni będą w tym samym miejscu, wybiorą tę samą knajpę była naprawdę mała. A jednak. Jeszcze potem spotykamy się po opuszczeniu lokalu.
Ja wracam na kwaterę. Przypominam sobie, że dzisiaj gra Górnik. Ale nie chce mi się odpalać laptopa. Przychodzi mi więc do głowy myśl, że może w węgierskiej telewizji leci mecz z Ferencvarosem. I tak jest w istocie, więc oglądam drugą połowę. Potem piszę jeszcze felieton przedmeczowy i czas na spanko. Jutro zapowiada się intensywny dzień.
***
Po skonsumowaniu zakupionej dzień wcześniej bułki z „wypalonym” napisem „ham and cheese”, ruszam do miasta. Patrzyłem wcześniej, jak to się układa z parkingami, płatnościami. Wybór pada na parking pod Sparem nieopodal centrum. Kilkanaście minut i koło jedenastej jestem na miejscu. Jedenastej, bo musiałem lekko odespać. Więc pobudka była przed dziewiątą.
W przeciwieństwie do Żyliny, nie mam żadnego planu zwiedzania. Jedyne cele, o których myślę to ten plac napisem Miszkolc oraz wzgórze z wieżą TV, z której jest widok na miasto. Ale to mgliste. Na początku nawet nie wiem, którędy dokładnie tam iść, dopiero po chwili patrzę na mapę.
Na razie jestem na takiej ruchliwej, głównej ulicy. Fajne jest rondko z wypukłościami na liniach rozdzielających pasy, dzięki temu żaden gagatek nie będzie jeździł, jak chce. Problem będzie wtedy, kiedy ktoś się pomyli, ale cóż – zdarza się.
Wchodzę w ulicę István Széchenyi, drogę bez samochodów, za to z tramwajami. I typowo węgierską ulicą – idę przed siebie. Miasto w czwarte o 11.00 jest jednocześnie żywe i spokojne. Jest trochę ludzi, ale nie widać absolutnie żadnej gonitwy czy napięcia. Wszystko się toczy swoim spokojnym rytmem. Powiedzielibyśmy, że to taka spokojniejsza (i schludniejsza) 3 maja. Jest trochę zieleni, trochę drzewek.
Upał jest niesamowity. W zasadzie kilka minut po wyjściu z samochodu, normalnie idąc, miałem już mokre czoło. Ale jest mimo to bardzo przyjemnie. Picie z lodówki jeszcze w plecaku jest chłodne.
Docieram do Placu Szent István, czyli Świętego Stefana. Postać ta to książę i pierwszy król węgierski, koronowany w 1000 lub 1001 roku. Zjednoczył on plemiona węgierskie i dokończył proces chrystianizacji na Węgrzech. Na jego cześć nadano też nazwę austro-węgierskiemu pancernikowi, działającemu podczas pierwszej wojny światowej i zatopionemu w 1918 roku. Co ciekawe istnieje film z zatonięcia statku, co jak na wydarzenie sprzed 108 lat jest ewenementem.
Plac jest lekką betonozą, z ładnym klombem po środku. Są też jakieś drzewka na bokach. No i napis białymi literami Miskolc. Idzie się uprażyć na tej patelni, ładnej patelni. W tle wzgórze Avas ze wspomnianą wcześniej wieżą. Robię nagrywkę do trzech razy sztuka, szybkie coś do picia i podejmuję decyzję, by już teraz ruszyć na wzgórze.
Przechodzę więc na ulicę Kálvin János. Tu już mam wrażenie lekko wyludnionego miasta. Jedynie jakiś biegacz robi sobie trening i w pewnym momencie na chodniku – dwa metry ode mnie – pada i zaczyna robić pompki. Mnie czekają teraz schodki, wejście na Avas. Według archaicznego języka „Avas” oznacza zakazany. Pochodzi ona od tego, że w dawnych czasach zakazano pasterzom wypasania owiec na wzgórzu, gdyż obawiano się o zawalenie starych piwnic z winem.
Po kilku minutach mijam protestancki kościół gotycki. Jest zamknięty, więc idę dalej i przechodzę przez cmentarz. Pochowani są tu znani ludzie z życia Miszkolca, jak Bertalan Szemere and László Palóczy. Uwagę zwracają bardzo stare nagrobki, takie wystające z ziemi tablice nagrobkowe. Niektórzy pochowani pod tymi tablicami zmarli jeszcze w XIX wieku. Robi to wrażenie.
Mija południe. Z wież kościoła biją dzwony, nieopodal wybrzmiewa jakby hejnał. Już nie po schodkach, a wąską uliczką minimalnie zwiększam wysokość. To wszystko jest bardzo blisko – nie jest to odległość od podnóża Dubni do wieży w Żylinie. Pod koniec znów jest kilkadziesiąt schodów i – jestem na górze.
Nie wiedziałem wcześniej, czy wejście na wieżę jest płatne i czy w ogóle można wchodzić. Wywnioskowałem to po zdjęciach, na których ludzie faktycznie szwendali się po balkonie. Patrzę przed siebie – są schody na wieżę. Nie ma nikogo, więc jak słowiański i staropolski zwyczaj nakazał – wchodzę.
Okazuje się, że ten „balkon” jest ogólnodostępny, po prostu wchodzi się po schodach i jest się na górze. Więcej niż jedno duże piętro nie trzeba, bo i tak jesteśmy na wzgórzu i nie ma czynników zasłaniających (drzewa). Oczom moim ukazuje się piękna panorama Miszkolca. Rzucają się czerwono-pomarańczowe dachówki większości domostw. Blokowisk jest tu stosunkowo niewiele, ale są. To nie jest wielkie miasto – choć czwarte co do wielkości na Węgrzech, to zamieszkuje je 160 tysięcy mieszkańców. Ze stosunkowo nisko położonej wieży wzrokiem obejmujemy jego zdecydowaną większość. Bez problemu można dostrzec kolejne niewielkie wzgórza i pola za miastem. Na balustradzie są tabliczki z nazwami miejscowości. Do Valenciennes, które dobrze zna Lukas Klemenz jest stąd 1303, a na przykład do Cleveland 7026 kilometrów. Są też miniaturki miszkolckich zabytków.
Widok w tej pogodzie jest bardzo ładny. Może nie tak spektakularny jak w Żylinie, ale tam to była całkiem konkretna duża góra. Tutaj ledwie pewne, acz wyraźne podwyższenie. Patrząc na zachód można dostrzec dach stadionu DVTK. Czyli podobnie jak na Słowacji – z wysokości widzę arenę wieczornych zmagań. Miła sprawa.
Co się okazuje. Piętro wyżej jest… kawiarnia. Taka przeszklona z widokiem na miasto. Dwa razy czy nawet raz nie trzeba było mnie namawiać. Śniadanie bowiem było symboliczne i już wcześniej myślałem o jedzeniu, no i nadeszła pora napić się czegoś zimnego. Wchodzę więc i zasiadam w miejscu, w którym mam przed oczami piękny pejzaż. Przeglądam menu – oprócz słodkich są sandwiche. Decyduję się na kanapkę z salami, jajkiem i serem. Do picia herbata (mimo upału) i lemoniada malinowa. Wnętrze kawiarni jest bardzo ładne i schludne. No i jest… klimatyzacja. Ludzi prawie zero, jakaś babcia z wnuczkami jedna. Bardzo przyjemnie. Czwartek godzina 12.30. Idealnie, by coś takiego zrobić. Mając w planach wieczorem mecz piłkarski.
Lemoniada jest przepyszna. Smaczna plus gazowana. Idealna na taki upał. Napawam się nią i czekam na kanapki. I kelner/barman – sympatyczny, trochę przypominający Adama Zreľáka – przynosi dosłownie kanapki. Cztery średniej wielkości właśnie z salami, plastrem jajka i kosteczkami sera a la ementaler. Pychota. To jest to, czego potrzebuję na mały głód. Aż nie chce się iść dalej, tak jest przyjemnie. W sumie spędzam na Avas godzinę.
Schodzę dalej tymi wyludnionymi drogami i znów pomiędzy ciekawymi domostwami na wzgórzu. Chcę znów zajrzeć do centrum, podobno jest tam synagoga, więc w temacie dzisiejszego spotkania. Nadal jest wyludnienie i pusto.
Gdzieś tam przejeżdża węgierska „eLka”, czyli „teTka”. Uczący się jeździć są właśnie oznaczeni literką T. Dlatego też, tak jak u nas „L” jest wplatane w nazwy szkół jazdy, jak w dobrze znanym kibicom GieKSy „Zielonym Listku”, tak tutaj widziałem szkołę, która nazywała się „Green lighT”. Jest to pomysł. „T” pochodzi od węgierskiego „tanuló”, czyli uczeń. W Polsce „L” znaczy po angielsku „learner”, czyli również uczeń właśnie.
Są tu i budki telefoniczne, ale niektóre opatrzone logiem T-Mobile. Z ławeczką w środku. Obrazki, raczej u nas niespotykane. Całkiem przypadkiem trafiam w kolejne charakterystyczne miejsce. Sympatyczny skwerek z kolejnymi siedziskami, choć głównie na betonie, więc mało kto tu siedzi w tym skwarze. Są knajpki, fontanny i rzeczka Szinva. Zwłaszcza jedna knajpka, przy wąskim przejściu ze stolikami tuż nad tą rzeczką, ma swój klimacik. Lokalista – gdyby dopiero co się nie posilił i napoił, zasiadłbym zapewne tutaj.
Jest i popularny motyw w niektórych miastach, jak na przykład w Pszczynie, czyli kolorowe parasolki nad uliczką. Tutaj kolory są jasne i stonowane – czyli jasnożółty, fioletowy czy czerwony. Być może nieco wyliniały po prostu.
Po chwili jestem na placu przed kościołem Franciszkanów. Kolejny betonowy plac z dwiema fontannami, jedną ładną, błękitną i takimi uroczymi kanalikami, którędy przepływa woda. Naprzeciw jest wspomniana synagoga. Chcę zajrzeć, ale jest zamknięta, więc odpuszczam. Wchodzę natomiast do kościoła. Mogę tylko zajrzeć przez zamknięte drzwi już w środku – do środka.
Wychodząc orientuję się, że kończy mi się trzygodzinny czas parkingu. Chcę więc przedłużyć o godzinę – będę miał wtedy jeszcze godzinę i dziesięć minut. Przedłużam no i lipa. Tamto dziesięć minut mi się skasowało i godzinę naliczyło już bez nich. Bezsens. No i to powoduje, że muszę odrobinę się pospieszyć, bo w planie mam jeszcze jeden punkt.
Idąc na północ widzę już jakieś zastępy policji w radiowozach zmierzające gdzieś tam. Czy to już pod mecz? Nie wykluczam. Jest godzina czternasta. Potem, gdy będę szedł do samochodu, będzie przejeżdżał cały autokar z policją.
Podążam więc główną ulicą mijając slalomem coraz to kolejne wylewki asfaltu. Nie wiem, kiedy je położono, wiem jedynie, że wdepnięcie w tej temperaturze mogłoby mieć opłakane skutki. Mijam jakiś starodawny, socjalistyczny moloch – niby znany u nas widok, a jednak jakiś inny. Te na Słowacji czy właśnie tutaj sprawiają wrażenie opuszczonych i totalnie zaniedbanych. Pewnie tak nie jest, ale wrażenie takie sprawia. Podobnie jak te wszechobecne węgierskie nazwy.
W ogóle węgierski język to moja trauma z dzieciństwa, gdy byłem z rodzicami na wakacjach i zgubiłem się w jakimś centrum handlowym. Jakieś babki-ekspedientki podeszły do mnie i po madziarsku zaczęły gadać. Nie wiem, czy byłem bardziej przerażony zgubieniem się czy tym dziwnym językiem, którego używają.
A zgubiłem się, bo wydawało mi się, że za którymś regałem usłyszałem motor. Więc poszedłem go szukać… Wszyscy na Motor w niedzielę!
I w końcu dochodzę. Do niepozornej ulicy, z jakimiś blokami już poza ścisłym centrum. Kompletnie niby nic. Ale nie jest to byle jaka ulica, bo nazywa się… Katowice! I tak, nie jest to przypadek – ulica ta nazwana jest na cześć naszego miasta, co zresztą uwidacznia tablica kilka metrów od klatki schodowej, przy której robię zdjęcie. Tablica z 1969 roku podpisana jest Rada Miasta Miszkolc i podkreśla przyjaźń. My mamy w Katowicach Skwer Przyjaciół z Miszkolca – ten mini park przy przystankach na Sokolskiej. Od lat wiedziałem, że to miejsce się tak nazywa, ale nigdy nie sądziłem, że do Miszkolca mnie wywieje za GieKSą.
No nic, pora iść do auta, do którego mam dwa kilometry. Idę już drugą stroną ulicy by omijać miękki asfalt. Już czuć po dniu, że zrobiło się popołudnie. Inne słońce, inne światło. Swoje się nachodziłem. Czas więc zakończyć to zwiedzanie.
W ogóle śmieszny ten węgierski język, że „sz” czyta się jak „s”. Dlatego po ulicy jeździ nie bus, tylko busz. Mijam wspomniany autokar z policją. W ogóle jak policja może się nazywać „Rendőrség”. No ludzie!
Jestem z powrotem przy Sparze. Wchodzę na szybkie zakupy, chodzi o napoje. Niestety zimnych nie uświadczysz. Z powodu suszy i niskiego poziomu Dunaju rząd zapowiadał obcięcie energii, za dostarczanie której w dużej mierze odpowiedizalna jest elektrownia w Paks. Tutaj na lodówkach pojawił się komunikat:
„Szanowni Klienci!
W związku z zaistniałą ogólnokrajową sytuacją energetyczną podjęliśmy decyzję o tymczasowym wyłączeniu tej lodówki. Bardzo przepraszamy za spowodowane niedogodności!”.
Jakoś nie do końca wierzę. W Polsce w lato na wsiach i mniejszych miastach to jest stała praktyka. Wyłączanie lodówek w lato. Typowo z oszczędności prądu, a nie jakichś kataklizmów. Zawsze chodzą tylko lodówki z piwem i poupychana jest tam wódą. Wiadomo, dlaczego, ale nie będę się powtarzał, bo już się kiedyś o tym rozpisywałem.
Wsiadam do auta i zmierzam na kwaterę. W międzyczasie kontaktują się ze mną chłopacy (cytat z Joe Pesci’ego), którzy dojeżdżają i mają godzinę z kawałkiem. Umawiamy się w knajpce Lignum, w której to właśnie cała medialna GieKSa, oficjalna i nieoficjalna stołowała się podczas tego pobytu.
Z Kazikiem i Miśkiem zamawiamy leczo. Tak, tym razem na typowo węgierskie żarcie się zdecydowałem. Przyznam, że to leczo to jest mistrzostwo świata. Dużo papryki i cebuli, ale kompletnie nie w postaci jakiejś mazi, tylko gęsto upchane warzywa. Do tego doskonała, przyprawiona kiełbaska. U nas to wrzucą gdzieś zwykłą śląską i robią z tego drogie danie. Tutaj naprawdę kiełbasa była pierwszej jakości. Nie zrozumcie mnie źle. Lubię Śląską – zwłaszcza całą w cieniu, polską Śląską. A przed meczami na nowej Bukowej jestem pierwszy do przedmeczowego giga-wuszta. No ale to jest knajpa, więc sami wicie, rozumicie.
Posilamy się, po czym chłopaki jadą jeszcze na chwilę na miasto, a ja zbieram się na kwaterę, by przebrać się i przygotować do meczu. Jest godzina siedemnasta, więc do tego emocjonującego starcia pozostają zaledwie trzy godziny.
***
Pod stadionem na dwie godziny przed meczem kręci się już trochę kibiców Hapoelu. Ubrani w swoje czerwone barwy oczekują przed obiektem na spotkanie. Nie odnotowuję jakiegoś zwiększonego policyjnego napięcia przed obiektem, kibice chodzą sobie jak chcą. Ja podjeżdżam na parking i bez problemu parkuję tuż przed prowizoryczną bramą stadionową. Spotykam ludzi z Klubu Biznesu, którzy też mają swoją ciekawą wycieczkę na to spotkanie.
Chwilę po moim przyjściu na stadion przyjeżdża autokar GieKSy z piłkarzami. Korzystam z okazji i robię kilka fotek. Nasi wyglądają, jakby mieli humory dobre. Ale co mają nie mieć – w końcu po to się gra w piłkę, by grać jak najwyżej. A dla nas, dla GKS Katowice puchary europejskie to spełnienie snów. Wychodzą więc w tej nadal gorącej temperaturze zawodnicy i kierują się do budynku. Zaraz przechodzą też sędziowie. Z tym Dechepy’m, co to wyrzucił Baloguna w lidze francuskiej i tam żadna protekcja Amerykanina nie uratowała.
Po chwili i ja wchodzę. I tu o ile przed stadionem było bardzo spokojnie, to w środku kontrola, jak na lotnisku. Choć daleki jestem nadal od stwierdzenia, że jest jakakolwiek napięta atmosfera. Po prostu technicznie trzeba przejść przez bramkę, przepuścić plecak przez „rentgen” no i tak samo w koszyczku przetransportować rzeczy z kieszeni. Potem już nawet nie przeszukiwał mnie ochroniarz, więc tak naprawdę – spokojnie się dało coś przemycić. Troszkę przerost formy nad treścią. I tak jak mówię – duży spokój w tym wszystkim. Po chwili odbieram akredytację. Również wszystko przechodzi szybko i sprawnie. Nie mogę mieć zastrzeżeń.
Jestem znów na sali konferencyjnej. Kręcą się ludzie z Hapoelu, sam nie wiem, czy oni są z klubu, czy to są dziennikarze. I po meczu będą mi się wszyscy zlewać w jedną całość. No nic, czas na pójście na trybuny. Na początku schodami, ale potem udaje mi się wykminić windę i z niej korzystam – niby tylko trzy piętra, ale znów to są takie piętra, jak na Wiśle, że niby trzy, a tak jakby sześć. Ważne było, żeby na górze była jakaś woda. Bo na Sali konferencyjnej woda była w butelkach jak z wódki. No i w sumie się kończyła. Może to była wódka.
W zachodzących promieniach słońca oczekuję na mecz. Schodzą się dziennikarze z Polski, jest Kacper Janoszka, Tadek i Rafał Musioł, potem spotykam też starego druha z GieKSy Rafała Kędziora z ekipą z TVP Sport. Oczekujemy wszyscy w napięciu na spotkanie.
Mnie zaczepia węgierski dziennikarz, który już zdążył pooglądać moje nagrywki z Miszkolca i mówi, że nikt tak nie rozpromował tego miasta. I sam mi puszcza moje własne nagrywki na swoim telefonie. Opowiada też o swoim klubie, drużyna z Miszkolca potrafiła kiedyś grać w europejskich pucharach. No i jak patrzę na „lajki” pod moimi nagrywkami, to jest masa ludzi z Węgier. Algorytm działa więc też geograficznie. Ogólnie bardzo to miłe. Kibice polscy i węgierscy potem na meczu wzajemnie się pozdrawiają.
Tak jak pisałem wcześniej – stanowiska są doskonałe. Jest WiFi, prąd, dobre, sztywne blaty, super widoczność. Nie pozostaje nic, jak tylko relacjonować mecz. Podczas rozgrzewki Hapoelu kibice z Izraela robią małe piekło. Są niesamowicie głośni i ciągle śpiewają. My czekamy na kibiców GieKSy, którzy pojawiają się na krótko przed spotkaniem.
Ostatecznie podczas meczu kibice Hapoelu nie nawiązują aż tak do tego, co na rozgrzewce. Myślałem, że będą jednak głośniejsi. Dopingują oczywiście dobrze przez cały mecz, ale nie ma tego tąpnięcia, co na początku. Kibice GieKSy natomiast – jak zwykle trzymają poziom i prowadzą doping przez całe spotkanie. Fajna jest ta poprawka „Naprzód GieKSiarze!”, bo za pierwszym razem nie wybrzmiała tak dobrze, jak za drugim.
Niestety tracimy gola już w piątej minucie. Izraelski spiker w swoim języku hebrajskim wykrzykuje radośnie ten fakt i z kibicami nazwisko strzelca Stava Turiela. Jest ta egzotyka, niezależnie czy GieKSa by traciła czy zdobywała bramki (tu tylko traciła) w tych obcych dla nas okrzykach spikera. To znak, że gramy w pucharach.

W osiemnastej minucie jest już 2:0 dla Hapoelu. Gra nam się kompletnie nie układa, popełniamy rażące błędy i nie potrafimy nic zrobić z przodu. Formalni gospodarze chcą nas zaskoczyć jeszcze bardziej i nawet mają rzut karny, który sędzia odwołuje z powodu spalonego.
W przerwie możemy tylko zastanawiać się, co zrobić, by zagrać w drugiej połowie lepiej. Na początku drugiej części gry na boisko wpada intruz i co bardzo dziwne – ochrona absolutnie nie kwapi się, by go gonić i łapać. Paraduje sobie po tym boisku i robi jakieś gesty w stronę kibiców GKS. Potem niemal spokojnie wraca na sektor, ale jednak nie udaje mu się tam wejść Ochrona chce go złapać w kilku chłopa, ten się szarpie i wyrywa, ochroniarze się przewracają. Totalny kabaret. Jeszcze z trybun wlatuje drugi jegomość – Węgier, żeby nastukać temu pierwszemu. Szamotanina prima sort. W końcu ich gdzieś tam wyprowadzają, przynajmniej tego jednego.
Ostatecznie gola już nie tracimy, ale też nie zdobywamy i przegrywamy mecz 0:2. To daje nadzieję na odrobienie strat w rewanżu. Jestem niepocieszony po fatalnym występie GieKSy, ale nadal to dopiero pierwszy mecz. Robię nagrywkę pomeczową i idę na konferencję.
Konferencja prasowa jest dziwna, jedna z najdziwniejszych, na jakich byłem. Nie ma osoby koordynującej, wszystko dzieje się totalnie samopas. Rolę tutaj powinien pełnić rzecznik prasowy gospodarzy, ale takiego chyba w ogóle tam nie było. Przychodzi więc trener Górak z Michałem Kajzerkiem i to Michał prowadzi naszą część. Trener się wypowiada, potem zadaję pytania ja i Łukasz Olkowicz. Gdy wydaje się, że ta część konferencji się skończy, pałeczkę przejmuje dziennikarka z Izraela. Najpierw zadaje pytania o piłkarzy Hapoelu, a potem o… bezpieczeństwo w Polsce.
– Dużo fanów Hapoelu i w ogóle kibiców z Izraela obawia się przyjazdu do Polski. Czy jest bezpiecznie?
– W Polsce jest bezpiecznie, bądźmy spokojni.
– Nie wie pan o czym ja mówię? (Don’t you know what I’m talking about?”
– Nie mam pojęcia.
Dziennikarka nie jest pocieszona tymi odpowiedziami i po wyjściu trenera już dosłownie pretensjonalnym tonem zadaje pytanie rzecznikowi, czy naprawdę nie wiedzą, o co jej chodzi?
To było pytanie z podszytą tezą. Czy pani dziennikarka obrała narrację o Polsce jako niebezpiecznym, rasistowskim i faszystowskim kraju? Nie wiem, ale się domyślam. Można pomyśleć sobie, że to tylko mrzonki, ale najwidoczniej taka narracja w Izraelu o Polakach po prostu ciągle funkcjonuje. Narracja, którą i Maccabi rok temu – również na Węgrzech – zaprezentowało. Przykre to. Sam mówię tej dziennikarce, że to są pomówienia i niech po prostu przyjedzie w środę do Polski i sama się przekona. Powiedziałem jej również, że jeżeli nie będzie żądnych prowokacji, to będzie spokojnie.
Pozostaje cieszyć się, że w tym pierwszym meczu nie było żadnych newralgicznych sytuacji poza kilkoma typowo piłkarskimi pozdrowieniami na trybunach. Nie liczę tego intruza na boisku, bo to nie jest coś, co można uznać za jakiś skandal obyczajowo-międzynarodowy.
Kuriozalne jest to, że na drugą część konferencji przychodzi tylko trener i zawodnik Fernando Mayembo. Nie ma wspomnianego rzecznika. Pytania i to w sporej liczbie zadaje wspomniana dziennikarka, robiąc taki mini-wywiad. Dlatego kompletnie nie rozumiemy, co tam po hebrajsku odpowiada trener. Nie ma tłumaczenia, więc wszystko jest przeznaczone tylko dla uszu Izraelczyków. Z piłkarzem pani rozmawia już po angielsku, więc tu już wszystko rozumiemy.
Ogólnie media izraelskie mają swój temperament i na sali konferencyjnej są bardzo głośni. Ciężko zebrać myśli przy swojej pracy. No ale tak jak mówię, to kwestia południowo-wschodniego temperamentu, więc trudno jakieś wielkie pretensje mieć. Jeszcze na koniec jeden z chyba fotoreporterów łamaną angielszczyzną mówił, że był w Polsce kilka razy – w Katowicach, Krakowie czy Warszawie. Mówił, że bardzo mu się podobało. Był na meczu Polska – Izrael 4:0 za Jurka Brzęczka. Pytał, czy my byliśmy w Tel Awiwie. To akurat było sympatyczne.
Chłopaki z GieKSa.pl już pojechali, ja jeszcze chwilę zostaje i kończę konferencję. Wkrótce zbieram się i idę do samochodu. Już dzień wcześniej i teraz za dnia pokonywałem trasę na miejscówkę, ale jest ona bardzo specyficzna. Trzeba przejechać znów przez to wzgórze, są jakieś zawijasy i wątpliwej jakości droga. Ale po niecałych dwudziestu minutach jestem na kwaterze.
Szkoda tego meczu. Nie tyle, że przegrany, ale że w takim stylu i bez tej jednej strzelonej bramki. Dwa gole do odrobienia to sporo, ale nie jest to niemożliwe. W pokoju odpalam sobie skrót i włosy mi stają dęba. Potem jeszcze z rozpędu piszę felieton pomeczowy.
Na tym kończy się przygoda na Węgrzech. Cokolwiek się nie działo w tym meczu i nie wydarzy w rewanżu, jestem wdzięczny drużynie za to, że takie przygody mogę przeżywać. To wspaniałe.
***
W piątek już się nieco schładza, droga powrotna trwa też niecałe sześć godzin plus pierogi w Nowym Targu. W karczmie… Zadyma. Wieczorem jestem w domu i… zaczyna się ligowa kolejka, w której akurat GKS Katowice będzie pauzować.
To był pierwszy akord tego dwumeczu. W środę gramy rewanż. Nie szczędźcie gardeł, by wspierać naszych zawodników, bo wiele razy udowodnili, że zasługują na wsparcie w trudnych chwilach. I wielokrotnie to wsparcie czyniło cuda. O awans będzie bardzo ciężko, ale jeśli to by się udało, to możemy zrobić taką remontadę, która będzie po stokroć bardziej efektowna od tej z Żyliną i będziemy pamiętać ją na całe życie. A GKS naprawdę zapisze swoją złotą historię w rozdziale „europejskie puchary”.
Felietony Piłka nożna
Wyzerowane atuty – diagnozy brak
Szczerze mówiąc nie chce mi się pisać tego felietonu, bo myślę sobie, że znowu będę pisał to samo. Rozbieżność między wynikami meczów u siebie i na wyjeździe sięgnęła absurdu. GKS rozegrał w tym sezonie siedem meczów – u siebie wszystkie trzy wygrał, na wyjeździe wszystkie cztery przegrał. Suma tego jest taka, że z europejskich pucharów już odpadliśmy, a w lidze mamy trzy punkty po trzech kolejkach. Czyli słabo – bo to średnia mogąca nawet nie dać utrzymania.
Piszę to wielokrotnie i napiszę jeszcze raz, bo już wiele razy w przeszłości czy to piłkarze czy trenerzy obrażali się na mnie, bo coś tam skrytykowałem. Nie mówię o sytuacjach, kiedy pojechałem z koksem i tak czy inaczej kogoś nazwałem, bo za to obrazę rozumiem. Cóż, młodość (która trwa, ale już inna). Ale my nie możemy doprowadzić do zagłaskania naszej drużyny – za ekstraklasę, za kapitalną w niej postawę czy za puchary. Wszyscy wiemy gdzie byliśmy i co trener wraz z kolejnymi grupami piłkarzy w ostatnich latach nam dał i daje. Więc tu nie ma mowy o podważaniu projektu jako całości. Ale trzeba mieć w tym wszystkim krytycyzm, bo jeśli w którymkolwiek momencie ktoś uznał, że zdobyliśmy już tyle, że teraz po prostu możemy do końca kariery jechać na sukcesie – to jest to – delikatnie mówiąc duży błąd. Więc tak, doceniamy ekstraklasę, super jest jeździć na te wszystkie stadiony w najwyższej polskiej lidze. I niech ten projekt w tym kształcie, z obecnym trenerem trwa jak najdłużej.
No ale są defekty. I ta postawa na wyjazdach naprawdę każe się zastanowić nad kilkoma rzeczami. Bo to jest coś, co jakiś czas się w GieKSie powtarza, mamy powtórkę z czterech przegranych wyjazdów na początek sezonu z zeszłego roku. A w pierwszym po awansie do ekstraklasy sezonie, na wiosnę także przydarzyły się cztery wtopy z rzędu na delegacjach.
Ale to nie chodzi tylko o wyniki. Chodzi o grę, która co prawda nie zawsze ten wynik gwarantuje, a w perspektywie pewnego okresu czasu (raczej krótszego niż dłuższego) dobra gra statystycznie przynosi względnie dobre wyniki. U nas nie jest największym problemem to, że przegraliśmy cztery mecze z rzędu. Problemem jest to, że te mecze przegraliśmy zasłużenie, bo graliśmy bardzo słabo.
Wczoraj chciałem wierzyć, że jak długo ten mecz trwał, w końcu coś wciśniemy. Mecz z Motorem w naszym wykonaniu nie był aż takim paździerzem, jakie trochę razy ostatnio na wyjazdach oglądaliśmy. Przypomniał się mecz z Cracovią, kiedy wydawało się, że przy 0:0 na koniec spotkania pozostanie spory niedosyt. A rywal w końcówce nam wmontował bramkę i już nawet z remisu nie można było się „cieszyć”. Ostatecznie, choć wczoraj GieKSa nie była beznadziejna, to była jednak słaba. Tym bardziej martwi to, że naprzeciw mieliśmy drużynę mocno przeciętną, do tego skleconą naprędce po kadrowych zawirowaniach, z nowym trenerem. A my – stabilni i budowani od kilku lat – nie potrafiliśmy zrobić na tym boisku nic. Przecież, gdyby nie Ndiaye czy może jeszcze Simon, to by Pan Czubak piłkę oglądał z daleka i nie miał okazji zaprezentować swojego świetnego wykończenia. Motor był do bólu średni, ale swoim jednym czy drugim błyskiej robił różnicę.
U nas tym razem w obronie nie było „wesołego miasteczka”, choć oczywiście nie ustrzegliśmy się błędów, po których padły bramki – najpierw nieuznana, a potem już prawidłowa. Jednak w tym meczu to nie obrona była naszym głównym problemem. Tym razem było to słabe/bardzo słabe/beznadziejne rozgrywanie ataku pozycyjnego. O kontrach nawet nie mówię, bo mam wrażenie, że jak my wyprowadzamy kontrę, to zaraz jeden czy drugi nasz zawodnik się zatrzymuje, robi kółeczko, wycofuje nie wiadomo gdzie i po kontrze nici.
Od patrzenia na nasze rozegranie piłki na połowie przeciwnika oczy bolały. Sposobności mieliśmy całe mnóstwo, bo Motor bronił się nieraz dość nisko – nie desperacko w swoim polu karnym – ale mocno na swojej połowie. My graliśmy po obwodzie – to na lewo, to na prawo. I często kończyło się do słabą wrzutką, z którą rywale nie mieli problemu. Przede wszystkim więcej w tym temacie oczekiwałem od Bartosza Wolskiego, bo naprawdę zawodnik ma większe umiejętności niż to, żeby zagrać leciutką piłkę à la serwis Pawła Zagumnego w pole karne i liczyć na czysty przypadek, że akurat trafi w nią ktoś z naszych, a nie przeciwników. Dlaczego nie ma mocnych, takich soczystych wrzutek? Dlaczego nie ma jakiejś próby większej precyzji? Nie mówiąc o tym, że nasi wahadłowi też chyba mocno zapomnieli, co to znaczy żwawość na boku. Nie ma dynamicznych pojedynków 1 na 1 na skrzydle na wysokości pola karnego, wejść w to pole karne. Jest to wszystko takie miałkie i nijakie i taka była ofensywa GKS w tym meczu. Naprawę zestawiając to z pojedynkiem z Motorem z rundy wiosennej i bramek, jakie GieKSa strzelała w tamtym meczu można… dostrzec różnicę.
Ostatecznie najlepszymi okazjami GKS był strzał Ilji w słupek i sytuacja, w której Ilja gola strzelił, ale Bartosz Nowak był w tej sytuacji na spalonym. Tak, był jeszcze strzał napastnika po dośrodkowaniu oraz uderzenie Mateusza Wdowiaka w boczną siatkę. I to tyle. Motor miał swoich groźnych sytuacji więcej.
Widać też, że trener szuka optymalnego składu, ale na razie większość zawodników swoją grą nie przekonuje, by zagościć w jedenastce na stałe. W pomocy kombinujemy. Bartek Nowak ma abonament na granie, ale wychodzi na to, że Bartek Wolski również. Chcieliśmy tego duetu, czekaliśmy na to, jaki zrobią oni techniczny zamęt w tej lidze. Na razie jednak to tylko mrzonki. Nie mamy twardości w środku pola. Jeszcze do tego dokładamy Marcela, który jest ambitny, szybki, ale też nie jest to skała. Do tego wygląda na to, że wczoraj przegrał z upałem, z ręką na sercu, jak widziałem, że podciąga sobie tę koszulkę i w ogóle miałem z daleka wrażenie, że jest cały czerwony, to pomyślałem, że Rafał Górak zrobi wyjątek i ściągnie piłkarza w przerwie. Tak też się stało.
Pamiętam jak w poprzednim sezonie po Górniku Zabrze trener zapowiedział, że coś musimy zmienić w samym podejściu do spotkania i strukturze gry na wyjeździe. Choć potem przegraliśmy jeszcze z Lechią, to za chwilę gra GKS na obcych stadionach zaskoczyła. GieKSa wygrała z Lublinie, Niecieczy, w Pucharze Polski z ŁKS. Na początek roku było zwycięstwo w Lubinie. Były te mecze z Rakowem i Lechem. Czyli da się. Problem jest taki, że jak drużyna wpadnie w wyjazdową otchłań bezradności i niemocy, to trudno z niej się wykaraskać.
Najgorsze jest to, że nie widać, aby był jeden mądry, który zdiagnozował, gdzie leży problem. A to musi być głębszy problem mentalny, bo przecież u siebie ci zawodnicy – zarówno indywidualnie, jak i jako cała drużyna – potrafią przecież grać w piłkę. Co się z nimi dzieje na wyjeździe i dlaczego? Może to jest coś na etapie samego wyjazdu na mecz, podróży, hotelu, dnia meczowe na wyjeździe? Może to tam trzeba poszukać, co się takiego dzieje z piłkarzami, że opada z nich cała ta agresja, moc i siła? Może gdzieś jest zbyt duże rozluźnienie, a może to rozluźnienie jest zbyt małe? Trzeba szukać, w każdym szczególe, w każdym posiłku, w każdej minucie spędzonej w autobusie.
Przyznam, że po tym kolejnym przegranym meczu nie mam smutku, żalu czy załamki. Jest po prostu po raz kolejny irytacja i taka frustracja, bo widzę tę bezradność piłkarzy i mi się udziela. Nie ma w życiu chyba gorszego poczucia niż to, że nie ma się wpływu. A gra GKS a wyjeździe wygląda tak, jakby zawodnicy nie mieli dostępu do swoich atutów, które dają różnicę, tylko próbowali sztampowych, oklepanych i zupełnie nieefektywnych na tym poziomie rozwiązań.
I trzeba coś z tym zrobić szybko, bo wkrótce czekają nas trzy trudne wyjazdy – Zabrze, Gliwice i Lubin. Tu już po prostu obowiązkowo będzie trzeba punktować.
A na razie Wisła Płock. Dobrze, że przynajmniej u siebie te atuty nie są zablokowane. Liczymy, że i tym razem tak będzie, GieKSa swoje gole będzie strzelała i trzy punkty zdobędzie.
Piłka nożna
Górak: Brakuje nam wytrawności
Po meczu Motor Lublin – GKS Katowice wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Mariusz Misiura i Rafał Górak. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Jesteśmy rozczarowani tym, że przegraliśmy spotkanie, włącznie z powiedzeniem, że jeżeli nie możesz wygrać, to powinieneś umieć go zremisować.
Takie mam odczucia w stosunku do tego meczu. Niestety – nie jesteśmy jak na razie w stanie zagrać meczu na zero z tyłu, który dałby nam przestrzeń, żeby wywieźć z takiego spotkania remis, bo może on też nie byłby to szczyt naszych marzeń przed spotkaniem – bo przyjechaliśmy z zamiarem wygrania meczu – ale na pewno remis bardziej odwzorowywałby to, co się działo. Ale to jest nieistotne, bo ten który bramkę strzela ma tę radość, a ten, który tego nie robi – tej radości nie ma. W wielu momentach za dużo mamy rozpiętości poziomowych w spotkaniach. To mnie też trochę na razie smuci, bo powinniśmy się stać bardziej wytrawną drużyną, a tego nam brakuje. Mamy bardzo dobre momenty, kiedy gramy zgodnie z tym, co chcemy robić, a mamy też takie kiedy ta gra na różnych pozycjach w różny sposób ofensywie czy defensywie nam się łamie i powoduje bałagan, który kończy się niekiedy tak, jak się skończył przy straconej bramce. Byliśmy w posiadaniu piłki pod polem karnym przeciwnika i tej wytrawności jeszcze brakuje – tego będziemy szukać. Dziś jest masę rozczarowania i sportowej złości, ale nic tu po narzekaniu, trzeba brać się do roboty i mocno wyciągać wnioski choćby z tego, że przy czterech meczach wyjazdowych w tym sezonie cztery razy schodzimy pokonani i to nas bardzo denerwuje i jesteśmy niezadowoleni. Ale po to niekiedy takie próby są, żeby wychodzić, silniejszym. Teraz będziemy się przygotowywać do następnego spotkania, potem mamy trzy mecze z rzędu na wyjeździe. Czeka nas nie lada sprawdzian i jestem przekonany, że wyjdziemy z tego obronną ręką. Dzisiaj jest dużo złości, rozczarowania i momentów, z których z gry jesteśmy niezadowoleni.
Mariusz Misiura (trener Motoru Lublin):
Bardzo się cieszę, że wygraliśmy mecz i zdobyliśmy trzy punkty. Bo mam poczucie, że to był czwarty naprawdę dobry mecz w naszym wykonaniu i jak ten czas leci – mijają tygodnie – przygotowujesz się do czwartego spotkania, a na koncie masz jeden punkt, to zapominamy, co się wydarzyło w pierwszej czy drugiej czy trzeciej kolejce. Wydaje mi się, że drużyna zasłużyła, żeby mieć ich więcej. Wierzę, że konsekwentną pracą i procesem będziemy budować silną drużynę.
Co do meczu to wydaje mi się, że wykreowaliśmy więcej sytuacji, na pewno w pierwszej połowie, konsekwencją tego jest bramka. Powiedzieliśmy sobie w szatni, że musimy zostawić serce i charakter. 104 minuty w takim upale to szacunek dla piłkarzy. Sami państwo siedząc na trybunach czuliście gorąco i zmęczenie.
To jest coś normalnego, że w takim upale przydarzały nam się błędy, cieszę się, że nie było z tego konsekwencji w postaci gola, ale podobało nam się nasze dążenie do strzelenia bramki. Dobre zmiany, każdy z zawodników dał impuls. Bardzo się cieszę z tych trzech punktów i idziemy dalej.

























































































































GieKSiarz
2 lutego 2022 at 09:31
Znakomity tekst panowie i ogromny szacun za wypisanie wszystkich „dokonań” pseudo-prezesa przez te już ponad 2 lata. My jako kibice musimy się poważnie zająć tą sprawą, bo jak nie zrobimy jakiejś poważnej manifestacji (coś na przykładzie manifestacji Króla) tego komunisty, to nic się nie zmieni. Co do sprawy bukmachera, przeczytałem kiedyś, że oprócz nas na szczeblu centralnym tylko JEDEN KLUB (Sandecja Nowy Sącz) również nie posiada sponsora z zakładów bukmacherskich, natomiast nie jest to dla nas usprawiedliwienie, że my nie powinniśmy mieć. Najwidoczniej Szczerbowski zauważa, że nie ma w tym momencie konkurencji aby zająć jego stanowisko, to po co się wysilać. Klubu biznesu nie ma, my nie dostajemy miliona na rok od klubu, aby aż tak ciąć koszty, zwalniając odpowiednie osoby na odpowiednie stanowiska. Prezes po wykupieniu akcji klubu, stając się współwłaścicielem klubu, nie udzielił się na ani jednej stronie na ten temat.
Jeszcze raz szacunek dla Was i pozdrawiam!
Cygan
2 lutego 2022 at 09:41
Tu jest potrzebna taczka !
Lechistan
2 lutego 2022 at 09:59
Do dobrego marketingu wymagane są głownie dobre chęci Zarządu i osoby prowadzącej. Akcje w barterze, darmowe bilety (de facto zapełnianie i tak pustego miejsca) i socjal media plus nawet mały budżecik (wspomniany dmuchaniec za 700zł) wystarczy.
Niestety, do tego trzeba przede wszystkim to czuć i mieć miejsce na realizację, a nie być najemnikiem…
Atest
2 lutego 2022 at 09:59
Kibic,sponsor stal sie wrogiem dla Szczerbowskiego ,no bo co mu „problem” ?Pieniadze z miasta i tak plyna.
Przy takim budzecie jaki posiada klub to „praca” Szczerbowskiego i calej reszty wspolpracownikow to skandal.
Czlowiek majacy chocby troche godnosci podalby sie dzis do dymisji.
Czy mozemy na to liczyc ?
Oczywiscie nie w wypadku Szczerbowskiego.
On zapewne problemu nie widzi,schowa sie w dziurze i bedzie liczyl,ze sprawa ucichnie i dalej bedzie fajnie .
Dosyc tego juz.Wypierdalaj
Andrut
2 lutego 2022 at 10:12
Zatrważające. O wielu rzeczach nie wiedziałem, ale też o chyba jeszcze większej liczbie sam bym mógł napisać. Ale jakby wspomnieć o wszystkim, to powstałaby encyklopedia…
Dominik
2 lutego 2022 at 11:29
Mam takie pytanie do członków SK, bo ja nie o wszystkim wiem. Czy kiedykolwiek Szczerbowski spotkał się ze SK, bądź kibicami GieKSy? Z tego co pamiętam w Sierpniu z SK nt. meczu i organizacji w 1 meczu z Resovią spotkał się jedynie przełożony tego złodzieja. Co do spraw marketingu, brakuje mi prezentacji drużyny (na mieście, albo też tak jak w 2014 sąsiadujących Mysłowicach), zapewne tam też by brakowało prezesa, zasłaniając się jakąś chorobą itp. Mottem Szczerbowskiego jest Kibic/Sponsor – nasz wróg, szkoda, bo te lata w których on zarządza są stracone. Tekst bardzo dobry i trafny, co do manifestacji, którą „zaoferował” GieKSiarz w komentarzu to świetny pomysł na szersze wyrażenie niezadowolenia z pracy tzw. „prezesa”.
Pozdrawiam!
Uznany
2 lutego 2022 at 12:04
Marek Szczerbowski – pseudoprezes dla którego zarządzanie wielomilionową spółką zaczyna się i kończy w excelu. Takiej degrengolady jeszcze w GieKSie nie było. Kibic traktowany jak zło konieczne, sponsor jak złodziej, ex-zawodnik jak obcy, a znajoma/y jak ekspert spraw wszelakich…
Artykuł to skondensowana historia niszczenia klubu oparta na faktach i apel do władz Katowic o znalezienie odpowiedniej osoby na fotel prezesa miejskiej spółki dotowanej 8-cyfrowymi kwotami.
GKS Katowice klub CAŁEGO miasta – mieszkańców, polityków, dzieci i młodzieży, przedsiębiorców… a nie partyjnych kolegów Pana Marka.
*Swego czasu (2014 rok) Marek Szczerbowski kandydował z list SLD na prezydenta Katowic pod hasłem „Markowe Katowice”. Strach pomyśleć gdzie byłoby nasze miasto pod rządami tak niekompetentnego człowieka. Dlatego jako Katowiczanin i GieKSiarz zwracam się do Radnych i Prezydenta Marcina Krupy o zakończenie projektu „Markowej GieKSy” i rozpoczęcie projektu mającego na celu przygotowanie GieKSy do nowego rozdziału w historii sportu Katowic jakim będzie otwarcie stadionu.
#SzczerbowskiOUT
Dominik
2 lutego 2022 at 12:08
Jeszcze coś dopowiem, bo nasunęło mi się na myśl, zawsze na meczach GieKSy przy Bukowej, które lecą w telewizji partnerem meczu jest STS. I teraz takie pytanie: Dlaczego pan prezio nie spróbuje zagadać STS-u do spraw ewentualnego partnerstwa, nie tylko podczas spotkań. Pewnie w tym przypadku znowu niestety wygrywa lenistwo Szczerbowskiego.
Hanss
2 lutego 2022 at 13:53
Wywieźć go na karze (taczce) jak najszybciej. Szkodnik bez honoru. Ona nadaje się na prezesa maksymalnie jednoosobowej firmy.
1964 GKS
2 lutego 2022 at 13:56
Prezes odejdzie, my kibice zostaniemy
Karol
2 lutego 2022 at 16:17
@Dominik – tak, było wiele spotkań z Prezesem jak i z innymi pracownikami klubu. Zwracano uwagę na mankamenty, wyrażano niepokój i niejednokrotnie wkurwienie na działania i efekty (lub ich brak). Niestety z reguły efektu nie było lub był krótkotrwały. Na dłuższą metę tak się nie da. Wszyscy, którzy w takich spotkaniach uczestniczyli, zgodnie mówią, że doszliśmy do ściany. Z taką filozofią zarządzania klubem do niczego nie dojdziemy, nie mówiąc już o budowaniu Wielkiej GieKSy.
Dominik
2 lutego 2022 at 16:23
Super Karol, dzięki za informację!
majck
2 lutego 2022 at 18:22
najgorszy pseudo prezes…… GIEKSY , królik z kapelusza dziękujemy panie krupa ????,nareszcie kibice przejrzeli na oczy .
Pyjter
2 lutego 2022 at 18:58
Czy miasto jako największy udziałowiec, bądź rada nadzorcza spółki klubu nie mogą go wywalić?
Łukasz Z.
2 lutego 2022 at 19:05
Dzięki Panowie za tak wyczerpującą informacje. Widać ewidentnie, że prezesowi nie po drodze że wszystkim wokół oczywiście poza swoimi przydupasami, zastanawia tylko brak reakcji władz miasta. Pewnie to , że go ignorują ale jednak dalej trzymają na stołku ma jakieś drugie dno. Fajnie,że jest tak duży oddzew kibiców bo chyba kilka lat nie było tylu odwiedzin na stronie!
Gieksiorz
2 lutego 2022 at 20:00
Szczerbowski lewacka szmato wypierdalaj z naszego ukochanego klubu!!!!! Krupa jak żeś je?!
GKS
2 lutego 2022 at 20:07
Powiesić go!
Sponsor
2 lutego 2022 at 20:21
Świetny artykuł, merytoryczny i prawdziwy. Serce pęka, czytając jak Szczerbowski rozwalił to co było budowane przez wiele lat. A obawiam się, że odbudowa będzie trwała wiele dłużej. Panie Marku, wierzę, że Pan to przeczyta i zachowa się odpowiednio do zaistniałej sytuacji. Czekam na Pana dymisję. Wiem, że przejdzie bez „karty sprawy”.
Adalbert
2 lutego 2022 at 21:15
Gdyby komuniści rządzili Saharą to by piasku zabrakło.
Yoko
2 lutego 2022 at 22:30
świetny tekst, nareszcie wiadomo co się dzieje w naszym Klubie, zwijanie od środka za kasę z miasta,sponsorów raczej brak, Szczerbowski ich lekceważy i z nikim się nie liczy. Szanowani, zaangażowani pracownicy zwolnieni a karierowiczka Zaręba awansowała na dyrektorkę do spraw organizacji meczy?? Ciekawe kiedy położy pierwszą imprezę?
Gieksiorz
2 lutego 2022 at 22:53
Ciekawe za co taki szybki awans?! albo rodzina?!
Puryfikaterz
2 lutego 2022 at 23:22
Ciekawe czy ktorys z „niezaleznych” dziennikarzy podejmie temat…
1964
3 lutego 2022 at 03:10
Szczerbowski weź wydupiej od tego klubu bo cię sami z buta wydupimy!
Mario
3 lutego 2022 at 12:06
Kibice budźcie się !!! Na mecze z roku na rok przychodzi coraz mniej ludzi .To przez takiego c.ula jak Szczerbowski.
3kolory
3 lutego 2022 at 14:56
No faktycznie bardzo chujowo… a podobno Cygan był zły
Widz obiektywny
3 lutego 2022 at 17:39
Świetny tekst, ale o rok za późno.
Polityka i politycy, kojarzą mi się tylko ze złodziejstwem i korupcją.
Dziwi mnie, że miasto tak ochoczo daje kasę, a efektów żadnych.
Przecież na niegospodarność jest paragraf, i trza doprowadzić do tego żeby za to odpowiedział.
arelk
4 lutego 2022 at 20:53
Bardzo dobry feletion ,uwydatniający wchujogractwo prezesa.
Lizak
4 lutego 2022 at 22:49
Dzisiaj w satelicie, białe koszulki musiały zaboleć prezesa
Jacuś
4 lutego 2022 at 23:51
Po twarzy tzw. „prezesa” widać że oprawa mu się nie podobała. Szacun dla wszystkich organizatorów akcji.
Teraz czas na nową przyśpiewkę, coś na wzór – „Szczerbowski! Co? WYPIERD#LAJ!” Lub „Szczerbowski! Co? TY KUR#O!”
Do roboty GieKSiarze, czas na taczkę dla Szczerbowskiego!
Kris
5 lutego 2022 at 01:05
Komuchy potrafia tylko zyc za cudza kase. Jak chcemy miec profesjonalny klub to taki niekompetentny pasozyt nie moze rzadzic. Problemem jest tez polityka miasta wzgledem klubu. Daja kase, buduja stadion ale toleruja takie szczerbate beztalencie.
Kibic
5 lutego 2022 at 09:11
Artykuł w punkt, szkoda tylko że autor nie zagłębił się w temat Akademii Młoda Gieksa, tam również do tej pory nieróbstwo, lenistwo, brak jakiejkolwiek organizacji oraz co chyba najważniejsze brak jakiejkolwiek kontroli. Pytanie tylko za co dostają te złote gwiazdki, pewnie również układziki. Jedyny jasny punkcik to SMS współpracujący z Akademia.
Łukasz Z.
5 lutego 2022 at 17:41
Tekst bardzo dobry, reakcja kibiców też super, teraz to co najważniejsze czyli jak potoczy się dalej ten super ważny temat! Teraz wszystko działa jakby z opóźnieniem a tutaj nie ma czasu na kolejne oczekiwanie, że będzie lepiej. Jak ktoś wcześniej napisał lewactwo robi tylko to co musi i to Szczerbowski robi dobrze ale na rozwój klubu nie ma co liczyć! Możemy być średni, ale nigdy najlepsi co było widać nawet w 2 lidze. My musimy wybrać czy się na to zgadzamy czy chcemy czegoś więcej bo jeśli tak to nie z tym prezesem! Pobudka do cholery!!!
Zorro
5 lutego 2022 at 20:57
Szczerbowski to SLD. Wiceprezydentem jest niejaki Woźniak, tez komuszek i do tego mąż byłej agentki SB. W tle budowa stadionu…
Janina
6 lutego 2022 at 00:10
Gratuluję tekstu. Ale jak wiadomo, prezes jest z układu. Przed wyborami katowickie sld wycofało swojego pseudokandydata i swoje „głosy” wsparcia przekazało Krupie. W zamian jednym z wiceprezydentów jest człowiek z sld, a katowicki szef tego pseudougrupowania został prezesem GKS-u. Dlatego prezesik (bo to mały człowiek, także wzrostem) może się śmiać i mówić (za Bareją): Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz?
Ząbkowy
6 lutego 2022 at 07:28
Budowa nowego stadionu to nasz cel, szczerbatego trzeba pogonić…. Jak mawiał klasyk : ” a na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści „
Kato
6 lutego 2022 at 13:48
Jednym głosem wszyscy Kibice i po temacie.
Jadymy
6 lutego 2022 at 18:28
może ma honor i odejdzie pod presją. bardzo dobry tekst przed rundą wiosenną. oby nie było za późno
Franio
7 lutego 2022 at 00:28
W dużej mierze prawda, artykuł jest jak najbardziej realny, jednak prezes Szczerbowski zastopował rozkradanie GieKSy, skończyło się bajlando, wydawanie kasy dla managerów, hotele, cateringi. Teraz każdy wydatek jest mocno liczony. Wy kibice widzicie tylko część problemu. Nie bronię prezesa ale miejcie na uwadze, że przez lata rozkradano GKS!
Polecam zapoznac szerzej z tematem. Teraz nie ma opcji na przekręty, z akademii poleciało dwóch takich co brali pieniądze i nic nie robili z tym, że jeden przez pewnego celebrytę dostał posadkę w akademii Górnika. Ten sam celebryta woli lansować się w Górniku niż w GKS, dlaczego? Pan prezes go prześwietlił, teraz nie ma lansu na słit focie.
Zadajmy sobie pytanie kto za Marka Szczerbowskiego?
Mamy kandydata?
Miastu pasuje Pan Szczerbowski bo przynosi duże oszczędności, a miastu to się podoba.
Kulka
7 lutego 2022 at 09:35
Franio, prezes dużo mówi, że oszczędza czy stopuje kradzież, ale fakty temu przeczą – wydał w zeszłym roku rekordowe 26 milionów złotych. Pytanie tylko na co? Dlaczego w klubie za sprawy finansowe są odpowiedzialni tylko jego ludzie, którzy znają go od lat? Czemu nikt nie kontroluje wydatków? Pamietaj też ze GKS w 2021 roku wydał najwięcej na obsługę zarządu w historii spółki…. Wiecej niż za Krysiaka nawet….
Co do AMG pełna zgoda – tam i teraz, i wcześniej było źle.
Kolo
9 lutego 2022 at 12:37
Janina, ja też powiem za Bareją: „Mam w d…e wasz klub. I co mi zrobicie?”Miasto daje kasę (na razie) więc mianuje sobie prezesa, jakiego chcę. My, kibice, nie mamy tu niestety za wiele do powiedzenia. Artykuł świetny, ale my możemy sobie co najwyżej pobluzgać na forum i tyle.
Kato
10 lutego 2022 at 08:42
W jedności siła.
Jeden przekaz z trybun i dotyczy to również innych spraw.
Tylko co nastąpi dalej, pozostaje do przemyślenia.
sonia_gks
13 lutego 2022 at 20:26
Szczerba a pamietosz pershing koszutka ?
Bezpiecznik
17 kwietnia 2022 at 14:59
To parówa jest i ćpun.
Szopki HKS
2 sierpnia 2022 at 16:11
Gdyby Ruch miał taki budżet jak Wy to dawno bylibyśmy w EX. My mamy z kolei hamulcowego odnośnie nowego stadionu. Dygnitarz z Parti Oszustów za tym stoi.