Kibice
Zagłębie Sosnowiec kibicowsko
Zagłębie Sosnowiec jest jednym z najstarszych klubów w Polsce, który swój początek datuje na 1906 rok. Sosnowiczanie mieli swoją dekadę między 1955 a 1965 rokiem, kiedy trzykrotnie zdobyli wicemistrzostwo, trzykrotnie brązowy medal i dwukrotnie triumfowali w Pucharze Polski. Jeszcze w latach 70. piłkarze Zagłębia ponownie spróbowali walki o mistrzostwo Polski, ale ostatecznie zajęli drugie miejsce. Oprócz tego wygrali dwukrotnie Puchar Polski i mają łącznie cztery takie tytuły w swojej gablocie.
Trochę historii
Będąc najlepszym klubem w Zagłębiu Dąbrowskim w latach ostatnich wymienionych sukcesów, pojawili się pierwsi zorganizowani fani Zagłębia. Już wtedy przez wątki historyczne relacja między całym Zagłębiem a resztą śląskich klubów (Górnik Zabrze, Polonia Bytom czy Ruch Chorzów), sprawiły, że mecze miały swój klimat, choć nie można było go nazwać „derbowym”.
Nasza historia piłkarskich spotkań jest naprawdę bardzo długa. Od samego początku, gdy pojawiliśmy się na piłkarskiej mapie Polski, debiutując w ekstraklasie od 1965 roku do praktycznie do 1991/1992 roku rywalizowaliśmy ze sobą non stop (nie tylko na murawie).
W sezonie 1992/1993 piłkarze Zagłębia zanotowali kolejny spadek i klub został rozwiązany. Był to bardzo smutny dzień dla kibiców Zagłębia, ponieważ nie posiadali swojego klubu. Podczas meczu CKS Czeladź – Ruch Radzionków, fani Zagłębia wykopali wielki dół na murawie na znak wycofania ich klubu z ligi, ponieważ ich miejsce zajęły właśnie Cidry. Gdy pracownicy klubu zakopali wykopalisko i mecz miał się rozpocząć, kibice Zagłębia tym razem wpadli na murawę i sprawili, że spotkanie się nie odbyło.
Znikając na dwa lata z piłkarskiej mapy Polski z nudów i przez brak udziału na meczach piłkarskich, zaczęli uczęszczać na mecze hokeja i koszykówki odbywające się w Sosnowcu, wypatrując czy nie przyjeżdżają inni kibice do ich miasta. Od sezonu 1994/1995 fani Zagłębia wrócili na trybuny. Na bazie rozwiązanej młodzieżowej drużyny Zagłębia, powstał zespół MOSiR Sosnowiec, ale dla Zagłębia była to okazja do powrotu na trybuny i jeżdżenia za swoim klubem. Zespół co prawda gra na poziomie 5. ligi, jednak nie przeszkadzało im to robić najazdów do lokalnych miejscowości.
Aktualne i byłe zgody i układy Zagłębia Sosnowiec
BKS Stal Bielsko-Biała – jest to zgoda powstała w 1982 roku i obecnie jest jedną z najdłuższych i najlepiej pielęgnowanych sztam w Polsce, która nigdy nie miała „przestoju”.
Legia Warszawa – zgoda powstała w 1970 roku i gdyby nie dwukrotne przestoje, byłaby to jedna z najdłużej trwających zgód w Polsce. Pierwsze zerwanie nastąpiło na samym początku lat 80., a drugie pod koniec tej samej dekady. W 1991 roku graliśmy w Piotrkowie Trybunalskim finał Pucharu Polski z Legią Warszawa, na którym pojawiło się po 2000 głów z każdej ze stron. Był to dosyć ciekawy mecz pod kątem kibicowskim, ponieważ Legia z Zagłębiem odnowiła zgodę, która w tym roku świętuje 30-lecie, z kolei wśród naszej załogi obecna była delegacja… GKS-u Tychy i… Ruchu Chorzów. Takie były to czasy, dziś dla młodego fana GieKSy jest to nieprawdopodobne.
Olimpia Elbląg – zgoda została zapoczątkowana w latach 80. i nigdy nie została zerwana, jednak przez brak kontaktów „wygasła”. Po odnowieniu kontaktów Legii z Olimpią ponownie Zagłębie z Olimpią także wróciło do starych czasów i zgoda trwa do dnia dzisiejszego.
Czuwaj Przemyśl – układ chuligański od 2018 roku.
Jest jeszcze kilka ekip, z którymi mają pozytywne relacje, jednak ciężko o precyzyjną nazwę w dzisiejszych czasach, bo niektóre „układy” (zwłaszcza WRWE) wyglądają jak zgody. Dobre relacje mają z Beskidem Andrychów, ADO Den Haag (rodzina Legii) i od niedawna ze Slavią Praga, wraz z którą stoczyli ustawkę przeciw z Banikowi i GieKSie.
Dawne zgody: Góral Żywiec, Lechia Gdańsk, ŁKS Łódź, Motor Lublin, Polonia Bytom, Resovia Rzeszów, Śląsk Wrocław, Unia Oświęcim, Widzew Łódź, Wisła Kraków.
Pogoń Szczecin potrzebuje osobnego rozdziału, ponieważ Blaszok wiele razy intonował „Legia, Pogoń, Zagłębie…”. Pozytywne relacje między Zagłębiem a Pogonią także nastąpiły w latach 80. – oczywiście mostem przyjaźni była warszawska Legia. W sezonie 1994/1995 została odnowiona zgoda Legia – Pogoń, więc legioniści postanowili „pilotować” ponowne przybicie zgody (kwiecień 1995) Pogoni z Zagłębiem. Jak wszyscy potem przyznawali, zostało to zrobione na siłę. Momentem przełomowym kończącym zgodę Szczecin – Sosnowiec było (według kibiców Zagłębia) wykrojenie z flagi Zawiszy Bydgoszcz przez Zagłębie, które przywłaszczyła sobie Pogoń jako swoją zdobycz. W kolejnych latach, po wykrojeniu flagi „FC Jaworzno” przez Zagłębie w czasach „nowożytnych”, nienawiść między obiema ekipami wskoczyła na wyższy poziom i do dziś mimo ogromnej odległości obu miast, kosa jest potężna. Doszło nawet do sytuacji, że Zagłębie pofatygowało się aż do Szczecina, gdzie… morsowała Pogoń i skroiła ich z flagi.
Nasze mecze
Jak wspominałem, Zagłębie do 1992 roku mocno z nami rywalizowało. Pierwszą datą, którą mam ze wspomnień starej gwardii, kiedy na Stadionie Ludowym zameldowali się fani GieKSy, była jesień 1984 rok. Obecnych było wtedy 250 naszych fanów. Były to jednak nasze początki organizacji na trybunach.
Jesienią 1989 roku do Sosnowca wybrało się aż 1500 fanów GieKSy. Na stadionie fani Zagłębia wówczas wystawili 500-osobowy młyn i fani GKS-u Katowice wiedli prym na trybunach. Podczas powrotu jadąca na hokej do Katowic Polonia Bytom napotkała kilku fanów GieKSy wystawionych na przynętę. Po gonitwie za GieKSiarzami przywitał ich komitet powitalny w liczbie półtora tysiąca fanów GieKSy. Resztę sami znacie.
Nasza ostatnia wizyta na stadionie Zagłębia miała miejsce aż 30 lat temu. Jesienią 1991 roku wybrało się również 1500 kibiców GieKSy.
W latach 90. nasze „mecze” przeniosły się na hale, gdzie ekipy regularnie widywały się na hokeju i przy każdych nadarzających się okazjach dochodziło do awantur.
Głównymi „spektaklami” były jednak mecze z Legią Warszawa, którą Zagłębie zawsze wspierało przy meczach z GKS-em Katowice.
W późniejszych latach, kiedy ostatecznie spadliśmy z ekstraklasy, lądując w odpowiedniku 4. ligi, walka z Zagłębiem to już typowe zasadzki i starcia o wpływy w poszczególnych miejscowościach. Z jednej i z drugiej strony, wielokrotnie dochodziło do ataków na trasie, czy niekiedy walki na ubitej ziemi. Żebym zdążył wyliczyć wszystkie incydenty na linii GKS – Zagłębie do dnia dzisiejszego, mecz musiałby być rozegrany w listopadzie.
W 2015 roku nadeszła okazja do pierwszego meczu od 23 lat. W sierpniu został rozegrany nasz mecz przy pełnym stadionie, Blaszok zaprezentował znakomitą oprawę, sporej ilości pirotechnikę i oczywiście konkretne wsparcie wokalne. Piłkarze nie udźwignęli presji, co stawało się w tamtym okresie już normą. Zagłębie pomimo otrzymania 409 biletów, sprawiło, że do sektora gości weszło ostatecznie 500 osób. W tej liczbie znajdowało się: 70 BKS Stal Bielsko-Biała, 30 Legia Warszawa, 17 Czuwaj Przemyśl i 9 Olimpia Elbląg. W trakcie spotkania, kiedy Blaszok odpalił piro, race zaczęły lądować w sektorze Zagłębia, które zaczęło je nam „oddawać”. Obie zwaśniony strony próbowały sforsować płot, ale do niczego nie doszło.
Wiosną 2017 roku oczywistym było i tak się stało, że na wniosek wojewody, mecz został rozegrany bez naszej obecności. Jesienią tego samego roku ponownie mecz odbył się w Sosnowcu i nikt już nie miał złudzeń, że pojawimy się w sektorze gości. Wiosną 2018 roku pomimo nieobecności Zagłębia, stadion został wypełniony przez kolejną próbę walki o ekstraklasę, a towarzyszyła temu oprawa „Zawieszeni w czasoprzestrzeni”. Piłkarze wygrali 1:0 i myśleliśmy, to będzie „ten sezon”, ale ostatecznie to… Zagłębie mogło świętować upragniony awans do ekstraklasy.
Do zobaczenia na Blaszoku!
Eric Cantona
Felietony Piłka nożna
Moje 30 lat
Obecny tydzień mija mi pod znakiem jubileuszy. Dokładnie dzisiaj mija mi 30 lat z GKS Katowice. Pomyślałem sobie, że więcej napiszę o tym w felietonie przed meczem z Pogonią Szczecin. Tym bardziej, że już w sobotę będzie kolejna okrągła rzecz – ponieważ wczorajszy pojedynek z Wieczystą był moim 699. meczem GKS Katowice. To wszystko – przyznam – robi na mnie wielkie wrażenie. To kawał życia i bardzo ważna jego część. Ale tak jak mówię – kilka słów więcej napiszę w piątkowym felietonie przedmeczowym. Ale swoją drogą – myślę sobie, że mógłbym napisać pokaźnych rozmiarów książkę, bo historii, anegdot było po prostu przez te 30 lat całe mnóstwo.
Trafiam z tymi jubileuszami na bardzo dobry czas. Zarówno w krótkim, jak i w dłuższym kontekście. Wiadomo – ostatnie 2,5 roku to pasmo radości i sukcesów. Udana walka o ekstraklasę, a potem naprawdę godne reprezentowanie klubu na piłkarskich polskich salonach. Choć bywały momenty lepsze i gorsze, to oba zakończone sezony były po tych 19 latach posuchy po prostu kapitalne. Z czego drugi dał nam Europę, co było przygodą niesamowitą i jedynie zaostrzyło apetyty na powtórkę. Jak sobie przypominam wyjazdy do Żyliny czy Miszkolca, to myślę sobie, że kurcze chciałbym to powtórzyć, że chcę więcej. A mecze u siebie ze Słowakami i Hapoelem też przecież były piłkarskim świętem.
W obecnym sezonie GieKSa nie zwalnia. Mimo swoich problemów – defensywnych czy na wyjazdach – sumarycznie notuje bardzo dobry początek sezonu. Posłuchajcie na przykład tego – w poprzednim sezonie na koniec jesieni mieliśmy 20 punktów. Teraz w połowie października mamy tych punktów 18. Czyli już za chwilę przebijemy ten zeszłoroczny dorobek. Rok temu po 10 kolejkach mieliśmy o 10 punktów mniej.
Myślałem nawet, że to może być najlepszy dorobek punktowy po 10 kolejkach za czasów drugiej kadencji trenera Góraka. Tu jednak w sezonie zakończonym awansem do pierwszej ligi GieKSa miała 20 punktów. Nie zmienia to faktu, że 6 zwycięstw w 10 meczach daje solidny dorobek nawet mimo czterech porażek. Bo grunt, że GieKSa tych meczów, których nie przegrała, nie zremisowała, tylko wygrała.
Rok temu złapaliśmy bardzo dobrą serię późną jesienią. Były wygrane z rzędu z Motorem, Koroną i Termaliką. Tamte punkty były potrzebne jak tlen i pozwoliły nie zakopać się w dole tabeli. Ostatecznie jesień skończyliśmy tuż pod kreską, ale z tego co pamiętam z tą samą liczbą punktów, co pierwsza drużyna nad nią.
Teraz GieKSa zapunktowała wcześniej, a wpływ na ten dorobek mają oczywiście trzy ostatnie mecze, w których Katowiczanie go podwoili. Rozgrywki ligowe mają tę specyfikę, że jak złapiesz serię zwycięstw, to bardzo szybko wędrujesz w górę tabeli i przede wszystkim – bardzo oddalasz się od dołu. I jak zarówno w pierwszym sezonie liczyliśmy punkty nad (albo wewnątrz) strefą spadkową, tak teraz – na tym etapie sezonu – mamy aż 10 punktów przewagi. I najzwyczajniej w świecie możemy spać spokojnie. GieKSa już nie jest żadnym kandydatem do spadku. Oczywiście czujność zawsze trzeba zachować, ale przesunęliśmy się w hierarchii i idziemy do przodu, czyli… w górę.
Wczorajszy mecz bardzo cenię. GKS miał swoje problemy, dyspozycja nie była najwyższa, a rywal pokazał się z dobrej strony. Wieczysta to nie są leszcze Stefan. Widziałem ich mecze i potrafili grać efektownie i skutecznie. Mają swoje kłopoty, próbują tę drużynę indywidualności jakoś sklecić, stąd wyniki nie do końca są takie, jakby sobie życzyli. Ale pokazali przecież swoją moc, gdy wygrali w Gliwicach czy ostatnio wysoko z Wisłą Płock. Zremisowali w Łodzi, mimo że dwukrotnie przegrywali.
I zaprezentowali swój futbol w Katowicach. Oddali więcej strzałów, także celnych, mieli większe xG. Mieliśmy trochę szczęścia, że w kapitalnych sytuacjach Semedo czy Piazon fatalnie pudłowali. Wynik był cały czas na styku.
Bardzo podobał mi się początek meczu, pierwsze pół godziny. GKS znów grał bardzo intensywnie, pressował, nie dawał specjalnie rywalowi pograć w piłkę. I co najważniejsze – strzelił gola. To jest taka mała, a jednak decydująca różnica. Mówię o porównaniu z meczami, w których niby początek jest dobry i intensywny, ale do siatki nie trafiamy i później są kłopoty. Do samych bramek zaraz przejdę, bo zasługują na osobne potraktowanie.
Po tej półgodzinie oddaliśmy piłkę i pole rywalom. Nie stwarzaliśmy sobie sytuacji, musieliśmy się skupiać na obronie. Poczytuję to trochę jako „odchorowanie” tej intensywności z Częstochowy i początku meczu z Wieczystą. I to jest kompletnie sytuacja, która ma prawo się przydarzyć i nie ma co psioczyć. Po prostu trzeba wtedy mocniej skupić się na defensywie i grać w niej skutecznie. I ostatecznie Wieczysta swoją jakością stworzyła sobie sytuacje, natomiast daleki jestem od tego, żeby negatywnie ocenić naszą grę obronną w tym meczu. Błędy oczywiście się pojawiały, ale to nie były jakieś fatalne pomyłki. Ot zwykła gra defensywna, rzetelna.
Nie ustrzegliśmy się straty bramki. Tutaj jest kwestia do poprawy, gdyż straciliśmy ją podobnie, jak dwie z Cracovią, czyli po wrzutce i z czego jeden gol z Pasami i teraz były po centrze niemal spod bocznej linii boiska. Błąd w ustawieniu? Komunikacji? To już sobie sztab z piłkarzami przeanalizują.
W piłce liczą się bramki i ta prawda wyjątkowo mocno zaistniała we wczorajszym pojedynku. I to nie były jakieś farfocle, gdzieś tam fuksem wepchnięte do bramki przeciwnika. W kluczowych momentach – gdy trzeba było – Katowiczanie dali popis techniki, kunsztu i zespołowości. Oba gole były wspaniałe. Najpierw Marcel pociągnął dynamicznie, podał do Bartka Nowaka, a ten wypatrzył swojego ulubionego Ilję Szkurina. Sposób, w jaki Ilja wbił tę bilę do łuzy był fantastyczny. To było magiczne dotknięcie, z gracją, ale przede wszystkim z pewnością i zaufaniem do swoich umiejętności. A potem Ilja włączył swoją dynamikę i kapitalnym podaniem obsłużył Borję Galana. Co zrobił Hiszpan, to ja nie wiem. Jak on wypatrzył tego Bartka, jak mu podał. Strzelanie do pustej bramki bardziej kojarzy się z podaniem poprzecznym, którym mija się bramkarza. Borja zagrał prostopadle, do tyłu, ale w taki sposób, że kapitan GieKSy miał praktycznie całą bramkę do dyspozycji, wystarczyło jedynie dołożyć nogę. Majstersztyk.
Bardzo ważne jest to, że w po tym okresie pewnej dominacji Wieczystej i po strzeleniu przez nich gola, GKS jednak ruszył po tę bramkę. I przeprowadził tę jedną, decydującą akcję. Nasz zespół w tym meczu za bardzo nie atakował. Ale gdy trzeba było – zrobił to. To jest po prostu adaptacja do warunków meczowych.
GieKSa nie będzie grać w każdym meczu tak ofensywnie i efektownie. Zdarzą się mecze lepsze i słabsze. Ale jeśli taki mecz udaje się wygrać, to ma to podwójną wartość. I najlepsze jest to, że nie mówimy tutaj o przepchnięciu meczu kolanem. Mówimy o tym, że GieKSa wygrała wspomnianym kunsztem w konkretnych dwóch akcjach. Coś pięknego.
Włożę teraz łyżkę, a może nawet dość dużą łychę dziegciu. Ale to do nas – kibiców. Abstrahując od niższej frekwencji – wiadomo poniedziałek itd. To gdy po końcowym gwizdku nagle wszyscy zaczęli się zbierać do chaty, to niestety pojawiły się smutne dla mnie obrazki. Ci z Blaszoka jeszcze jakoś zostali przytrzymani, żeby świętować z drużyną, chociaż przerzedziło się nieco. Ale gdy po radości z Blaszokiem piłkarze, jak to mają w zwyczaju, zaczęli dziękować kolejnej trybunie, to autentycznie był to… żenujący obrazek. Te trybuny były już całkowicie, ale to całkowicie puste. Naprawdę przykro patrzyło się na drużynę, która po trzecim zwycięstwie z rzędu bije brawo do pustych trybun. Ludzie, ja wiem, że poniedziałek i rano trzeba cisnąć do roboty, ale naprawdę zostać te pięć minut dłużej i podziękować drużynie za kapitalny wynik i grę w tych dwóch ostatnich meczach by po ludzku wypadało.
W sobotę mecz z Pogonią i zapowiada się fenomenalne widowisko. My mamy nadzieję, że GieKSa dalej będzie z tym swoim pazurem i dobrą formą piłkarską, ale trzeba się liczyć z tym, że i Pogoń jest w gazie. Czeka nas arcytrudne zadanie, zaryzykowałbym stwierdzenie, że najtrudniejsze u siebie w obecnym sezonie. Wiem też, że GieKSę stać na wielkie rzeczy.
Nie mam jakiegoś ciśnienia, żeby akurat z powodu mojego jubileuszu był korzystny wynik, dla mnie liczą się te liczby same w sobie, a wynik też sam w sobie, ale jakoś nie łączę tych rzeczy. Natomiast bardzo mocno będę trzymał kciuki za tę ekipę, bo tak jak pisałem wielokrotnie – są niesforni, a jednocześnie kapitalni. Nie da się nie lubić tej drużyny. I po prostu uważam, że to wielkie szczęście być kibicem GKS Katowice.
Piłka nożna
Górak: Czasem trzeba rzucić ofiarność
Po meczu wypowiedzieli się trenerzy GKS Katowice i Wieczystej – Rafał Górak i asystent Željko Kopića – Florentin Petre. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.
Florentin Petre (II trener Wieczystej):
Pierwszą połowę zaczęliśmy źle, ale ostatnie 20 minut graliśmy już swoją grę. Mieliśmy szansę, żeby coś strzelić, a po przerwie zaczęliśmy dobrze, mieliśmy dobre momenty, mogliśmy strzelić bramki. Wynik 2:1 to taki wynik niezbyt sprawiedliwy, wynik 2:2 byłby bardziej sprawiedliwy, choć to gdybanie. W ostatnich 15 minutach przycisnęliśmy, mieliśmy sporo szans na zdobycie gola, ale piłka nie zawsze wygląda tak, jak byśmy chcieli.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Trzeba oddać przeciwnikowi, graliśmy bardzo trudne spotkanie, rywal dał nam się we znaki – swoją fizycznością i umiejętnością gry w piłkę. Jestem pod wrażeniem przeciwnika i tym bardziej chylę czoła przed moim zespołem, bo zagrali bardzo dobry mecz. Chcielibyśmy być może mieć jeszcze więcej animuszu i kontroli, ale kiedy nie jesteś przy piłce to też warto tę kontrolę mieć.
Największy problem mieliśmy w 15 minutach drugiej połowy, kiedy rywal atakował już bardzo odważnie i wydawało mi się, że jak wytrzymamy jeszcze 3-5 minut, nie stracimy bramki, to odpowiemy skutecznie. Szykowaliśmy zmiany, ale ciut zabrakło mi czasu. To nie wina zawodników, którzy nie zdążyli wejść czy tych, którzy zeszli. Bardzo dobra energia wszystkich wchodzących i to mnie bardzo cieszy, bo dziś wygraliśmy zespołowością, nastawieniem i trzeba rzucić ofiarność, która może nie jest bardzo lubiana przeze mnie, ale bardzo ją doceniam, bo zawodnicy wykonywali świetną robotę w defensywie.
Naprawdę oddaję rywalowi, że spotkaliśmy się z rywalem bardzo trudnym, bardzo doceniam i szanuję te punkty.
Piłka nożna Wywiady
Kowalczyk: Spodziewaliśmy się, że Raków coś zmieni
Zapraszamy do wywiadu ze strzelcem bramki na 3:1 dla oraz młodzieżowym reprezentantem Polski Mateuszem Kowalczykiem.
Pewne zwycięstwo GieKSy w Częstochowie. Wróciłeś też do zespołu po przerwie reprezentacyjnej. Jak się czułeś na boisku i jak gra ci się w masce?
Mateusz Kowalczyk: Przede wszystkim cieszy wreszcie zwycięstwo na wyjeździe, i to dosyć przekonujące. Może poza tymi pięcioma–dziesięcioma minutami pod koniec pierwszej połowy, ale poza tym było naprawdę okazale. Realizowaliśmy to, co sobie założyliśmy, więc to na pewno cieszy.
Jeśli chodzi o maskę, to myślę, że po jakimś czasie już się do niej przyzwyczaiłem. Na początku był lekki dyskomfort, ale jeśli mam strzelać gole, to mogę w tej masce zostać już do końca. Zobaczymy.
Wspomniałeś o przekonującym zwycięstwie. Opowiedz o realizacji planu na dzisiejszy mecz.
Myślę, że w Rakowie zaszły spore zmiany i chcieliśmy to wykorzystać. To jeszcze nie jest ten Raków, który oglądaliśmy wcześniej. Dużo się tam zmienia, więc staraliśmy się znaleźć na to sposób. Z boiska wydawało mi się, że chcieliśmy wykorzystywać przestrzenie w środku, a następnie przenosić grę na boki. To nam się udawało. Szkoda, że straciliśmy bramkę na 1:1, bo Raków po zdobyciu gola trochę nas przycisnął. Jednak szybka bramka w drugiej połowie pozwoliła nam ponownie kontrolować mecz i ostatecznie doprowadziła do zwycięstwa. To bardzo cieszy.
To pokazuje, że zespół wykonał dobrą pracę podczas tych trzech tygodni. Ciebie nie było, bo przebywałeś na zgrupowaniu reprezentacji, ale szybko wkomponowałeś się w drużynę. Widać, że jako kolektyw zmierzacie w dobrym kierunku?
Dokładnie. Widać, że dobrze przepracowaliśmy ten okres. Sam oglądałem na YouTubie sparing i widziałem, jak to wszystko wyglądało, więc cieszę się, że idziemy w tym kierunku. Mam nadzieję, że złapiemy stabilność, szczególnie na wyjazdach, i zaczniemy zdobywać coraz więcej punktów, żeby zapewnić sobie spokój w trakcie sezonu i utrzymać GieKSę w Ekstraklasie.
Chciałbym też zapytać o czas spędzony z reprezentacją. Był bardzo dobry mecz ze Szwecją na Arenie Katowice. Nie chcemy skupiać się na spotkaniu z Włochami, ale ostatecznie awansowaliśmy na Mistrzostwa Europy. Jak wspominasz ten okres i jak czułeś się w reprezentacji?
Nie ukrywam, że każde zgrupowanie daje mi bardzo dużo. Jako piłkarz muszę chłonąć wiedzę od trenerów. Z kolegami również dobrze się dogadujemy i mamy bardzo rodzinną atmosferę. Jeśli chodzi o mecz ze Szwecją, to było fajnie. Wydaje mi się, że mieliśmy go pod pełną kontrolą i udało się wygrać w dobrym stylu. Włochy natomiast pokazały nam trochę futbolu i dały nam lekcję. Mimo że nie wszystko poszło tak, jak zakładaliśmy, ostatecznie cieszy awans. Być może ta porażka była nam potrzebna, żeby w przyszłości, już podczas Mistrzostw Europy i meczów z kolejnymi rywalami, pamiętać o tej lekcji i wyciągnąć wnioski. Sam awans bardzo cieszy. Myślę, że większość chłopaków, a pewnie każdy, oglądała ten mecz. Nawet po awansie dzwoniliśmy do siebie i rozmawialiśmy. Bardzo się cieszę, że udało się bezpośrednio awansować na Euro.
W poniedziałek wieczorem gracie kolejny mecz. Po takim zwycięstwie energii i pozytywnego nastawienia chyba wam nie zabraknie?
Dokładnie. Specyfika terminarza jest taka, że gramy mecze w krótkich odstępach, więc czasu na regenerację jest niewiele. Myślę, że to zwycięstwo dało nam kolejny powód, żeby w dobrych humorach i z odpowiednim nastawieniem przystąpić do poniedziałkowego spotkania. Musimy jak najszybciej się zregenerować i przygotować do meczu. Gramy u siebie i liczymy na wsparcie kibiców, bo na pewno będzie nam potrzebne, żeby zdobyć trzy punkty.
Byliście zaskoczeni łatwością, z jaką przedzieraliście się w pole karne Rakowa Częstochowa? W poprzednich sezonach Raków słynął z żelaznej defensywy, a dzisiaj wyglądała ona na bardzo nieszczelną.
Nie ukrywam, że spodziewaliśmy się , że w Rakowie pojawi się sporo nowych rozwiązań. Tak jak mówiłem wcześniej, ten zespół przechodzi pewnego rodzaju przebudowę. Znajduje się chyba w jednym z trudniejszych momentów w Ekstraklasie od X lat, więc na pewno nie jest to dla niego łatwa sytuacja. Chcieliśmy to wykorzystać. Wydaje mi się, że realizacja naszego planu przebiegała zgodnie z założeniami. Rywale nie do końca wiedzieli, jak poruszać się w tej czwórce obrońców, a nasze wejścia w wolne przestrzenie i częste zmiany stron sprawiały im spore problemy. Po strzelonej bramce Raków mocno nas jednak wypchnął. Popełniliśmy kilka prostych błędów i był to trudniejszy moment spotkania. W drugiej połowie mieliśmy już mecz pod kontrolą. Oby jak najwięcej takich połów.
W gruncie rzeczy Raków stworzył sobie tylko jedną sytuację, tę Oskara Repki w samej końcówce drugiej połowy. To było bronienie wyniku po profesorsku.
Też mi się tak wydaje. Wcześniej było kilka sytuacji, w których mogliśmy zachować się lepiej, ale nie da się w stu procentach wyeliminować zagrożenia. W Rakowie również grają bardzo jakościowi piłkarze i jest to dobra drużyna. Cieszę się, że udało się wygrać ten mecz bez większych nerwów. Potrzebowaliśmy przekonującego zwycięstwa na wyjeździe, bo wcześniej mieliśmy z tym ogromne problemy. W końcu udało się to zrobić, więc po przerwie reprezentacyjnej możemy z pozytywną energią kontynuować dobrą grę w Ekstraklasie.
Wróciłeś do zespołu, w którym większość zawodników nie była powołana do reprezentacji. Czułeś po powrocie to, że jednak nie spędziłeś w klubie tych kilku tygodni?
Nie, kompletnie. Spędziłem w GieKSie już tyle czasu, że dobrze znam ten system i nie sprawiło mi to większego problemu. Cieszę się, bo widać, że chłopaki bardzo mocno przepracowali ten okres. Taktycznie nie zmienialiśmy zbyt wiele, więc wystarczyło potrenować raz czy dwa i można było wrócić do pełnych obrotów na mecz.
Na koniec potrzebuję pomocy multimedialnej. Czy planujesz po sezonie zmianę numeru?
Nie, nie, nie. Na pewno nie. Zdecydowanie. Śmiechy śmiechami, ale w życiu.












Najnowsze komentarze