Hokej Piłka nożna Piłka nożna kobiet Prasówka Siatkówka
Złoty strzał GieKSy – doniesienia mass mediów o wielosekcyjnej GieKSie
Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów, które obejmują informacje z ubiegłego tygodnia dotyczące sekcji piłki nożnej, siatkówki i hokeja na lodzie GieKSy.
Panie rozpoczęły piłkarską wiosnę od rozegrania zaległego meczu z 12 kolejki z Medykiem Konin. Niestety drużyna przegrała 0:1 (0:0). Również piłkarze przegrali swój mecz, z outsiderem Hutnikiem Kraków, 0:2 (0:1). Prasówkę po tym meczu znajdziecie TUTAJ.
Siatkarze rozegrali ostatnie spotkanie sezonu zasadniczego w którym przegrali z Czarnymi Radom 2:3. Niestety, drużyna spadła na 9 miejsce w tabeli – poza grę w play-off Plusligi.
W ćwierćfinale rozgrywek PHL nasza drużyna pokonała w szóstym meczu ćwierćfinału PHL Re-Plast Unię Oświęcim 2:1 (po rzutach karnych) i awansowała do półfinałów w którym zagra z z JKH GKS-em Jastrzębie.
PIŁKA NOŻNA
dziennikzachodni.pl – GKS Katowice – Medyk Konin 0:1. Zobaczcie zdjęcia wiosennych dziewczyn
Piłkarki GKS Katowice powitały wiosnę pierwszą w tym sezonie porażką na własnym boisku. Na stadionie Podlesianki drużyna obchodzącego urodziny Witolda Zająca uległy Medykowi Konin.
Zespół Katowic wystąpił bez Kasandry Parczewskiej, Nadji Stanović i Joanny Olszewskiej, za to z debiutantką Kateriną Vojtkovą w składzie. Mecz nie był wielkim widowiskiem, a katowiczanki miały szansę na zdobycie punktów. Najlepszą okazję zmarnowała na początku drugiej połowy Kaudia Miłek. Nieskuteczna była także Kinga Kozak.Medyk czekał na swoją okazję i cel osiągnął w 64 minucie. Precyzyjne dośrodkowanie strzałem głową na gola zamieniła Alicia Tamburro.
Górnik Zabrze zatrudnił znanego radnego Katowic. Krzysztof Pieczyński marzył o pracy w piłce nożnej. Dlaczego nie pracuje w GKS Katowice?
Chyba najbardziej znany katowicki radny Krzysztof Pieczyński jest wielkim fanem piłki nożnej, a przede wszystkim kibicem GKS-u Katowice. Przez lata można go było spotkać na meczach przy Bukowej, ale bywał też na spotkaniach zaprzyjaźnionego z GieKSą Górnika Zabrze. Okazuje się, że Pieczyński jest zatrudniony w zabrzańskim klubie.
„Andrut”, jak nazywają Pieczyńskiego znajomi, jest też określany katowickim celebrytą lub polskim Rudolfem Valentino. Za dbaniem o wygląd i modnymi ciuchami, stoi pracowitość jako radnego oraz częste angażowanie się w akcje charytatywne. Teraz Pieczyński realizuje się również w Górniku Zabrze. Co robi przy Roosevelta?
Jestem głównym specjalistą do spraw mediów. Zajmuję się biurem prasowym, mediami społecznościowymi klubu, piszę teksty na stronę Górnika, ale w moich kompetencjach są też działania marketingowe czy też akcje promocyjne – wylicza Pieczyński.
Pieczyński rozpoczął współpracę z Górnikiem w formie wolontariatu. Teraz jest już pracuje etatowo. Czy to nie koliduje z obowiązkami radnego oraz funkcjonowaniem jako przewodniczącego Komisji Kultury, Promocji i Sportu Rady Miasta Katowice?
– Poprosiłem w Górniku o zatrudnienie na ¾ etatu, właśnie po to, aby na pracy nie ucierpiały moje obowiązki radnego. Często spotykam się z mieszkańcami, jeżdżę na wizje lokalne, pracuje w Komisjach Rady Miasta. Może ucierpi moje życie prywatne, ale na pewno nie zmalało zaangażowanie jako radnego – przekonuje.
– Moim marzeniem była praca w piłce – uśmiecha się „Andrut”. – Na pracy w mediach też się znam, więc mogę to teraz łączyć. Wcześniej pracowałem w UM Katowice, ale takiej pracy nie można łączyć z funkcją radnego, którym jestem od 2014 roku. Będąc na urlopie bezpłatnym znajdowałem zajęcia w branży eventowej. Przez pandemię w tej branży jest zastój, dlatego szukałem innej pracy, innego zajęcia.
– GKS Katowice jest spółką miejską, zatrudnienie radnego budziłoby pewnie wątpliwości. Górnik to klub zaprzyjaźniony z GieKSą, więc w Zabrzu nie ma konfliktu interesów – wyjaśnił, jednocześnie mówiąc, że nie potrzebował zgody prezydenta Katowic. – Tylko poinformowałem Marcina Krupę o pracy w Górniku, którą rozpocząłem w listopadzie.
tylkokobiecyfutbol.pl – Odmieniony Medyk wygrywa w Katowicach
Osłabione kontuzjami Olszewskiej, Stanović i Parczewskiej piłkarki katowickiej GieKSy podejmowały w inaugurującej wiosnę 12. kolejce Ekstraligi Medyk POLOmarket Konin. Przyjezdne przyjechały na Górny Śląsk po zimowej kadrowej rewolucji. Było to widać w sobotnie popołudnie.
Pomimo wszystko od początku przypuściły ataki. Pierwsza połowa nie porwała, widać było przerwę zimową na boisku. Najważniejszym wydarzeniem połowy była kontuzja w 15. minucie zawodniczki Medyka POLOmarket Dominiki Kopińskiej, która musiała opuścić boisko. Zastąpiła ją Kinga Koronkiewicz.
Po zmianie stron gra się zaogniła. Gospodynie przypuściły frontalne ataki i bardzo dogodne okazje do zdobycia gola miała Klaudia Miłek. Świetną robotę w bramce wykonywała jednak Oliwia Szymczak. Próbowała też Kinga Kozak. Niewykorzystane okazje jednak się zemściły w 64. minucie, kiedy to strzałem głową wynik ustaliła Alicia Tamburro. Więcej goli pomimo ataków z obu stron nie padło, a Medyk POLOmarket wywiózł z Katowic bardzo ważne punkty.
Za tydzień Medyk podejmie u siebie Sportis, a GieKSa zagra w Rybniku z ROWem.
2×45.info – II liga: Hafez opluł rywala. GKS poległ z czerwoną latarnią. Błękitni dostali łomot od kaliszan (skróty)
Gradu goli w 19. kolejce może nie oglądaliśmy, ale w kilku meczach było naprawdę ciekawie. W Katowicach GKS poległ z czerwoną latarnią ligi, KKS Kalisz spuścił łomot Błękitnym, a Lech II Poznań wypuścił zwycięstwo w ostatniej minucie meczu z Sokołem.
GKS Katowice w ubiegłej kolejce rozsiadł się na fotelu lidera. W ten weekend co prawda nie musiał nikomu ustępować miejsca, ale bardziej zawdzięcza ten stan rzeczy Górnikowi Polkowice, który zaliczył wpadkę ze Stalą Rzeszów niż swojej dobrej grze. Mecz z Hutnikiem był dosyć specyficzny. Krakowianie są czerwoną latarnią ligi, a przed tym spotkaniem wygrali w sezonie tylko cztery razy, w tym raz jesienią z GKS-em Katowice. W sobotę uczynili to ponownie, ale bardziej niż sam wynik, interesowało nas to, co konkretnie wydarzyło się na boisku.
Na początku drugiej połowy Abdallah Hafez opluł zawodnika gospodarzy, za co wyleciał z boiska. Potem nastąpiły zmasowane ataki katowiczan na bramkę Smuga: poprzeczka, pudło z dwóch metrów, strzał z dystansu, zamieszanie w polu bramkowym. Krótko mówiąc – działo się. I koniec końców jeden z zawodników GKS-u został postacią pierwszoplanową, lecz dla niego to raczej żaden komplement. Zbigniew Wojciechowski – bo to o nim mowa – popisał się w ostatniej minucie świetnym podaniem do bramkarza, dzięki któremu awodnik Hutnika posłał piłkę do pustej bramki, a tym samym przypieczętował zwycięstwo i zmniejszył stratę do liderujących katowiczan do 25 punktów. Już blisko, coraz bliżej!
Miniony weekend stal pod znakiem sukcesów gości. Tylko w jednym meczu na dziewięć gospodarze zgarnęli komplet punktów i było to spotkanie Skry Częstochowa ze Śląskiem II Wrocław (2:0). Poza tym mieliśmy trzy remisy i pięć zwycięstw przyjezdnych, w tym pierwszą wygraną Motoru Lublin po objęciu posady trenera przez Marka Saganowskiego.
SIATKÓWKA
plusliga.pl – Sobota z PLusLigą: GKS Katowice – Cerrad Enea Czarni Radom 2:3
Po wygranej Ślepska Suwałki ze Stalą Nysa katowiczanie stracili szanse na awans do ósemki. Z tego względu trener Grzegorz Słaby wykorzystał okazję, by na parkiecie pojawili się gracze, którzy do tej pory występowali rzadziej na boisku w tym sezonie. – Mieliśmy dużo okazji, by zagrać we wcześniejszych spotkaniach lepiej i zrobić więcej punktów. Mamy do siebie pretensje, bo nie wszystko teraz zależy od nas. Pozostaje wygrać najbliższy mecz i zagrać jak najlepiej, niezależnie od tego, jak zakończy się mecz Stali Nysa ze Ślepskiem Suwałki – oceniał przed rozpoczęciem kolejko Kamil Kwasowski.
GKS wygrał dwa pierwsze sety i później nastąpiło wyraźne załamanie gry. Po drugiej stronie siatki z akcji na akcję coraz lepiej grał Dawid Konarski, który jak najbardziej zasłużenie odebrał statuetkę MVP.
Obie ekipy wyszły na mecz w dość eksperymentalnych ustawieniach, co sprawiło, że pierwsze akcje meczu były wzajemnym badaniem swoich możliwości (7:5). Po pewnych uderzeniach Wiktora Musiała i bloku Kohuta przewaga GKS urosła do czterech punktów; widać było, że po stronie gospodarzy jest dobra energia dająca dużą swobodę w działaniach. Do tego dochodziły ułatwiające grę punktowe zagrywki (16:11). Goście zdołali odrobić dużą cześć strat za sprawą serwisów Pasińskiego, a trener Grzegorz Słaby musiał skorzystać z dwóch przerw. Zryw Czarnych nie przeraził katowiczan, którzy wrócili do swojej dobrej gry i spokojnie dokończyli seta na swoją korzyść po bloku Kamila Drzazgi (25:21).
Fantazja GieKSy nie słabła, o czym świadczyła choćby długa akcja na 2:2 zakończona perfekcyjnym uderzeniem Sławomira Stolca. Radomianie wzmocnili blok, co sprawiło, że przejęli inicjatywę na parkiecie (8:9), na co GKS odpowiadał bombami z pola zagrywki. Jednak wynik zaczął gospodarzom uciekać, co spotkało się z reakcją trenera Słabego i zarządzanymi przerwami. GKS rzucił się do wyrównywania wyniku i zmniejszył straty do punktu po asie serwisowym Stolca i bloku na Pasińskim, a następie wyrównał po cierpliwie rozegranej akcji (17:17). Doszło do arcyciekawej końcówki seta, w której kluczowe okazały się piłki grane na przewagi. Błąd Pasińskiego i efektowna kontra zakończona przez Jakuba Szymańskiego sprawiły, że GKS wygrał drugiego seta 26:24.
Początek trzeciego seta stał pod znakiem błędów i niedokładności po obu stronach. Siatkarze Dimitrego Skoryja zaczęli korzystać z mniej uporządkowanej gry stronie GieKSy i wyszła na czteropunktowe prowadzenie, co nie pozostało bez reakcji trenera Grzegorza Słabego (5:9). Na parkiet wszedł rozgrywający Jan Firlej, jednak przewaga Czarnych rosła wraz z kolejnymi wygranymi kontrami. Na boisko wszedł także Kamil Kwasowski, mimo to przyjezdni prowadzili już 18:10 i bardzo pewnie rozgrywali kolejne wymiany. Szalona praca GieKSy w obronie pomogła w wyraźnym zmniejszeniu strat do rywala (17:21), jednak ostatnie akcje seta należały do radomskiego WKS-u.
Seta numer cztery w szóstce GieKSy zaczął Jan Nowakowski. Problemy katowickiej ekipy w przyjęciu i brak skuteczności sprawiły, że gospodarze musieli korzystać z przerwy już przy wyniku 4:1 dla gości. Czas przyniósł skutek, doprowadzili do remisu i zaczęli brać inicjatywę we własne ręce. Nakręcały GKS kolejne udane interwencje w obronie, natomiast radomianie korzystali ze skuteczności Dawida Konarskiego i środkowych (10:11). Niebezpieczniej zrobiło się po wideroweryfikacji, która dała Czarnym trzy punkty prowadzenia. Na parkiet weszli Buchowski, Kwasowski i Firlej, co oznaczało, ze GKS wytacza najcięższe działa. Zmiany jednak nie pomogły, bo stracili pewną rękę w ataku, a przyjezdni z Radomia grali dalej swoje i zasłużenie doprowadzili do piątego seta, w którym trudno było znaleźć sposób na skutecznego Dawida Konarskiego, co sprawiło, że zmiana stron nastąpiła przy wyniku 8:5. Kolejne zatrzymane i autowe ataki siatkarzy GKS-u sprawiły, że piąty set zakończył się rezultatem 15:9 i 3:2 w setach dla gości.
siatka.org – Czarni wygrali tie-breaka w Szopienicach
Dopiero po godz. 23:00 zakończyło się spotkanie w Szopienicach, gdzie GKS Katowice podejmował Cerrd Enea Czarnych Radom. Pięciosetowy pojedynek na swoim koncie zapisali siatkarze gości, choć przegrywali już w meczu 0:2.
Początek spotkania w Katowicach stał pod znakiem wyrównanej walki, a obie drużyny wystąpiły w mocno zmienionych składach.
[…] GKS Katowice – Cerrad Enea Czarni Radom 2:3 (25:21, 26:24, 17:25, 18:25, 9:15)
HOKEJ
sportdziennik.com – Hurrra jest decyzja! Nie ma walkowera!
Głęboki ukłon należy się władzom Polskiej Hokej Ligi, że po długim oczekiwaniu w końcu wydano werdykt w sprawie walkowera w meczu GKS Katowice – Re-Plast Unia Oświęcim (5:0).
Przypomnijmy, że w katowickim zespole – zdaniem działaczy z Oświęcimia – zabrakło drugiego młodzieżowca, którego obowiązkiem było zameldowanie się na lodzie. Mariusz Sibik, prezes TH Unii Oświęcim, pieklił się ile wlezie i nawet przekonywał, że jeżeli nie uwzględni się ich racji, wówczas zespół w ramach protestu nie przystąpi do kolejnych meczów.
Władze PHL, po wnikliwej analizie, doszły do wniosku, że wynik z tafli zostanie utrzymany i walkowera nie będzie! Swoją decyzję uzasadniono tym, że protokół meczowy został podpisany przez obie strony. Ponadto, zgodnie z przepisami, działacze z Oświęcimia mogli złożyć protest najpóźniej godzinę po meczu, ale tego nie zrobili.
Play-off PHL. Złoty strzał Pasiuta!
GKS Katowice solidnie zapracował na wygraną, a w sobotę kolejna potyczka w Oświęcimiu.
Gospodarze dwa razy prowadzili, ale goście po usilnych staraniach doprowadzili do wyrównania. W dogrywce zwycięskiego gola w 54 sek. zdobył kapitan i lider zespołu, Grzegorz Pasiut. To była 7. wygrana dogrywka katowiczan na 7 rozgrywanych – bezbłędna skuteczność.
[…] Już w 2 min znajdujący się w świetnej formie Bartosz Fraszko szarżował na bramkę rywali, ale Clake Saunders okazał się lepszy. Gospodarze mieli jeszcze kilka szans na zmianę rezultatu, m.in. Grzegorz Pasiut (4 min) i Maciej Kruczek (6). W rewanżu tuż przed Jurajem Szimbochem znalazł się Gregor Koblar (6), ale nie trafił do siatki. Pod koniec tercji Teddy Da Costa i Daniił Orechin z bliskiej odległości próbowali wepchnąć krążek do siatki, lecz bezskutecznie. Bez bramek, ale było ciekawie.
Gra w przewadze nie jest atutem gości, bo przez 40 min mieli 3 takie okazje i ani jednej nie wykorzystali. Ba, nie stworzyli poważnego zagrożenia pod bramką GKS-u, bo gospodarze umiejętnie wybijali ich z rytmu i ograniczyli swobodę poruszania się na lodzie. W 28 min oba zespoły mogły otworzyć konta bramkowe.
Najpierw Andriej Stiepanow sprawdził czujność Szimbocha, zaś w rewanżu po raz kolejny Oriechin nie skierował krążka do siatki. W końcu jednak doczekaliśmy się gola. W 32 min Jyri Marttinen uderzał z niebieskiej, zaś Mikael Kuronen przekierował krążek do siatki. Saunders był bez szans. Po golu goście stracili animusz i oddali inicjatywę gospodarzom. Dopiero tuż przed końcem „przebudzili” się i przypomnieli sobie, że trzeba odrabiać straty.
W ostatnich 20 min goście nie mieli wiele do stracenia i ruszyli do ataku. Za sprawą Luki Kalana wyrównali. Jednak jeden z nielicznych ataków gospodarzy znów dal ich prowadzenie. Gola zdobył Kiriłł Liamin, ale wypracował go Mateusz Michalski, który popisał się długim rajdem. W końcu hokeistom Unii udało się wykorzystać przewagę i doprowadzili do wyrównania.
O wszystkim miała zadecydować dogrywka, która trwała niespełna minutę. Pasiut odważnie wjechał w tercje rywala i efektownym uderzeniem zdobył zwycięskiego gola. Wygrana gospodarzy nie przyszła łatwo, ale to oni byli bardziej zdeterminowani. Sobotnie spotkanie w Oświęcimiu może mieć podobny przebieg i znów może zadecydować złoty strzał.
GKS Katowice – Re-Plast Unia Oświęcim 3:2 (0:0, 1:0, 1:2, 1:0)
Karny Pasiuta zapewnił GKS-owi awans do półfinału!
W szóstym spotkaniu ćwierćfinałowym o wygranej i awansie GKS-u Katowice do półfinału play offu zadecydowały karne.
Trafienie Grzegorza Pasiuta zapewnił zespołowi awans do strefy medalowej. Teraz katowiczanie mogą przygotowywać się do spotkań z JKH GDK-em Jastrzębiem. Mecze półfinałowe rozpoczynają się w najbliższy czwartek.
Oba zespoły rozpoczęły niezwykle skoncentrowane i dbały, by nie stracić gola w nieprzewidzianych okolicznościach. Gospodarze byli nieco agresywniejsi w pierwszych minutach i stąd też próbowali zatrudniać Juraja Szimbocha niemal z każdej. W 2 min. kontrę wyprowadził Dominik Nahunko, uderzył silnie, lecz krążek minimalnie minął bramkę. Z kolei kilka minut Dariusz Wanat miał okazję do zmiany rezultatu, lecz Clarke Saunders był czujny. Bezbramkowy rezultat pierwszej odsłony nikogo nie zaskoczył, bo przecież umiejętności jednych i drugich są podobne.
Drugą tercję z wysokiego „C” rozpoczęli przyjezdni. Mikael Kuronen w 21 min. mógł się wpisać na listę strzelców, lecz Saunders obronił. Dobitka Jyri Marttinena również minęła cel. Katowiczanie mieli jeszcze kilka okazji i Nahunko w 34 min. w sytuacji sam na sam trafił w bramkarza gospodarzy. Wydawało się, że gol dla gości będzie kwestią czasu, a tymczasem w 36 min. Patryk Wajda miał wyprowadzić krążek z własnej tercji. Jednak podał go na kij Gilberta Brule, a ten miał problemu z umieszczeniem go w siatce. Ten błąd mógł „zmrozić” GKS, ale tak się nie stało. Z jeszcze większą determinacją atakował. W 38 min. Wanat strzelił w słupek, a chwilę potem Klemen Pretnar go sfaulował i powędrował na ławkę kar. Goście zamknęli rywali w ich strefie obronnej i Saunders był w opałach. Na 33 sek. przed końcem kary Słoweńca Andrej Stiepanow wyrównał.
Od początku III tercji rozgorzała twarda walka i akcje przenosiły na jedną oraz drugą stronę. Minuty upływały, ale ciągle brakowało gola. W 54 min. Stiepanow po podaniu Bartosza Fraszki nie trafił do pustej bramki., zaś w 59 min. Fraszko nie wykorzystał sytuacji sam na sam. I znów wszystko miało się rozstrzygnąć w dodatkowym czasie. Dogrywka jednak nie przyniosła rozstrzygnięcia i wygranej miały zadecydować rzuty karne. W nich skuteczniejsi byli goście, bo do bramki gospodarzy trafił Stiepanow oraz Pasiut. Unia zrewanżowała się golem Ryana Glenna.
Re-Plast Unia Oświęcim – GKS Katowice 1:2 (0:0, 1:1, 0:0) po karnych 1-2
Kibice Piłka nożna SK 1964 Społecznie Stadion
Budżet Obywatelski – głosujemy!
Zachęcamy wszystkich kibiców GKS Katowice, którzy są mieszkańcami Katowic, do głosowania w Budżecie Obywatelskim na Projekt Ogólnomiejski „Arena Katowice – stwórzmy strefę codziennego relaksu dla całych rodzin przy naszej GieKSie!”.
Głosowanie w ramach Budżetu Obywatelskiego potrwa do środy 23 września do godziny 23:59. Do głosowania potrzebujemy numeru PESEL oraz nazwiska pańskiego matki. Następnie z puli dostępnych projektów ogólnomiejskich wybieramy ten o ID „M/19/XIII” o tytule „Arena Katowice – stwórzmy strefę codziennego relaksu dla całych rodzin przy naszej GieKSie!„, który został zgłoszony przez Agnieszkę Piątek.
Po wybraniu projektu musimy mu przyznać punkty od 1 do 3. My zachęcamy oczywiście do przyznania maksymalnej liczby punktów. Na sam koniec musimy zatwierdzić wszystko bezpłatnym SMS-em, który otrzymamy z systemu po podaniu naszego numeru telefonu. Głosować można raz, ale na jeden numer telefonu można otrzymać 5 kodów potwierdzających, więc jeśli ktoś z Waszej rodziny nie posiada telefonu komórkowego (np. osoby starsze), to możecie jej pomóc w głosowaniu.
W środę 16 września o 12:00, dokładnie w połowie głosowania, opublikowano bieżące wyniki. Nasz projekt ma na koncie 5438 punktów i zajmuje drugie miejsce na liście projektów ogólnomiejskich. Wyprzedza „doposażenie katowickiego OSP” (4974 punkty), ale ma mniej niż „kastracja, sterylizacja, chipowanie oraz szczepienia zwierząt” (6085 punktów).
Szczegóły projektu dostępne są tutaj, a instrukcja głosowania tutaj. Głosujemy natomiast na stronie internetowej bo.katowice.eu. Zachęcamy wszystkich kibiców GieKSy nie tylko do głosowania, ale także do przekazywania informacji pozostałym sympatykom/mieszkańcom Katowic.
Felietony Piłka nożna
Opór przed rozwojem
Przed trójmeczem wyjazdowym postanowiłem sobie określić liczbę punktów i swój stosunek do potencjalnej zdobyczy. Z góry przepraszam za przekleństwa. Ale jakoś musiałem stopniować. Mając w głowie naszą indolencję we wcześniejszych wyjazdach miałem więc w głowie coś takiego:
2 punkty – ch…owe k…a minimum
3 punkty – ch…owe minimum
4 punkty – minimum
5 punktów – dobrze
6 punktów – bardzo dobrze
7 punktów – kapitalnie
9 punktów – idealnie.
Już po pierwszym z tych trzech meczów cieszyłem się, że „ch…owe minimum” osiągnęliśmy, a do minimum brakuje jednego punktu. A do „dobrze” zaledwie dwóch remisów. Co było potem wszyscy wiemy. „Ch…owe minimum” ostatecznie zostało osiągnięte, ale patrząc z perspektywy, że już na początku, a potem nie pociągnęliśmy – frustracja jest tym większa.
Naprawdę niewiele zabrakło i niewiele trzeba było zrobić, żebyśmy po meczu z Górnikiem nie musieli już wracać do tych nieszczęsnych wyjazdów i odmieniania tego słowa – w negatywnym kontekście – przez wszystkie przypadki. Gdybyśmy wczoraj choćby zremisowali po średniej grze – można by było na ten moment uznać, że jako tako wszystko wróciło do normy – tu wygrana na wyjeździe, tu porażka, tu czasem remis wpadnie. Niestety to, co działo się zarówno tydzień temu w Gliwicach, jak i wczoraj w Lubinie każe myśleć, że kapitalne skądinąd zwycięstwo w Zabrzu było jakąś niesamowitą anomalią. Tym bardziej, jeśli spojrzymy na postawę Górnika w tym sezonie. I że to był wypadek przy pracy, tylko w pozytywną stronę.
Nie chce nawet myśleć, co by było, gdybyśmy przy Roosevelta przegrali, a przecież było tego bardzo blisko. Bilans sześciu porażek w siedmiu meczach wyjazdowych to katastrofa, ale siedem na siedem to już by była karykatura. Nawet outsiderzy nie mają takich bilansów. Na szczęście w Zabrzu wygraliśmy i ten wyłom w tragicznej wyjazdowej postawie jednak się pojawił.
Liczyliśmy jednak na to, że wygrana – i to w takich okolicznościach – da drużynie przełącznik na te wyjazdy, że w końcu siłą rozpędu zespół zacznie grać na innych stadionach niż Katowice. Tym bardziej, że przeciwników mieliśmy słabszych. Choć Piast się podnosi, to całkiem niedawno przegrywał 0:4 u siebie z Wieczystą w pewnym momencie meczu. Za to Zagłębie – toporne, beznamiętne i bezjajeczne, było tą ekipą, z którą drużyna mająca aspiracje powinna sobie w tym momencie sezonu poradzić. Albo przynajmniej nie przegrać. A już na pewno nie dać się tak kompletnie zdominować.
Naprawdę trudno mi uwierzyć, że na tle naszej drużyny, toporni na co dzień przeciwnicy, wyglądają jakby byli wirtuozami piłki. Wiadomo, że z tą wirtuozerią to lekka przesada, ale z tym, że wyglądali jak drużyna dobra i szybka już nie. Jak Miedziowi męczyli bułę czy kompromitowali się w Pucharze Polski, tak zorientowawszy się, że przyjechał „wyjazdowo najlepszy” GKS Katowice, nagle zaczęli być szybcy, dynamiczni, wygrywający pojedynki, mający pomysł na grę, atakujący i stwarzający sytuacje.
Choć to tak naprawdę tylko wrażenie. Zagłębie wcale nie zagrało wybitnego meczu. Solidny i dobry tak. Ale nic szczególnego.
Powtórzę taktykę naszych przeciwników i co tam trener mówi im w szatni. Brzmi to mniej więcej tak: „Wicie kurwa, chłopacy, kurwa rozumicie, naciście, biegajcie kurwa, uderzajcie ze łba i z bara, kurwa i oni się wtedy pogubią. A potem jak kurwa kurwa strzelicie, to oddajcie im balik, bo oni kurwa nie wiedzą, co z nim zrobić i przewracają się na chałce”.
Tak widzę odprawy przedmeczowe u naszych przeciwników.
Absolutnie niepojęte jest to, jak my na wyjeździe zapominamy każdy aspekt gry w piłkę. Bo jak wspomniałem – wyniki to jedno. Można przegrać, można nawet przegrać 2-3 mecze z rzędu. Nieszczęśliwy splot okoliczności, jakiś kryzys, błąd sędziego, po prostu słabszy moment. Ale u nas to nie jest kryzys. To jest jakieś totalne odcięcie od umiejętności i mentalu. To jest tak systemowy problem, że właśnie jedno zwycięstwo w Zabrzu kompletnie nie zmienia tego obrazu.
I ostatecznie w defensywie jesteśmy ultrasłabi, a w ofensywie to my gramy toporny futbol. Pod przykrywką rozgrywania ataku pozycyjnego i specyficznej tiki taki, pierdyliarda podań wszerz boiska i kompletnego braku brania na siebie odpowiedzialności za podjęcie decyzji – o ostatnim podaniu, o pójściu jeden na jeden a wysokości pola karnego, o strzale. A jak już ktoś taką decyzję raz na jakiś czas podejmie, to jakość wykonania jest bardzo słaba.
Dobra, odwlekałem. Robię teraz krótką przerwę od pisania i oglądam skrót. Miejcie mnie w swojej opiece.
<ogląda skrót>
<idzie ochłonąć po obejrzeniu skrótu>
<z niechęcią wraca po godzinie do pisania>
Nie, po prostu nie dało się na to patrzeć. Jak już stworzyliśmy sobie najlepszą okazję, to Marcel zachował się absolutnie kuriozalnie – będąc w dobrej pozycji w polu karnym, taki rzut karny pod lekką presją, po prostu podał piłkę do bramkarza. Koszmar. Podobnie jak tracone bramki. W pierwszej sytuacji mieliśmy déjà vu z Gliwic. Czyli znów wysoko ustawiona obrona i prostopadłe podanie za plecy na skrzydło. Gdzie oczywiście nie było Wasyla, więc już byliśmy ugotowani, bo nasi obrońcy bardziej w centrum boiska nie byli w stanie nic zaradzić. Arek nie przeciął, Alan dał się wyprzedzić i mieliśmy bramkę.
Drugi gol to po pierwsze rozklepanie nas jak dzieci. Ale to jeszcze pół biedy – czasem przeciwnik zrobi na tyle dobrą akcję, że przechytrzy rywala, zdarza się. Natomiast tyle luzu, ile miał Kosidis w polu karnym w momencie, gdy dostawał podanie, to jest kolejny defensywny kryminał tego sezonu. Plus wisienka na torcie, czyli nasz kapitan, który chyba sam nie wie, co chciał w tej sytuacji zrobić. On się normalnie, najnormalniej w świecie położył się w tej akcji. Tak jakby chciał zniknąć, nie uczestniczyć w tym evencie. Nie doskok, nie blok, nawet nie markowanie czegokolwiek. On się po prostu położył na boisku. To już druga taka sytuacja, po uchyleniu się przy trzecim golu dla Piasta.
Fatalna też była sytuacja, w której jednym podaniem rywale dosłownie przeszyli całą naszą trójkę środkowych obrońców i Sypek wyszedł sam na sam.
I tutaj muszę trochę napisać o zawodnikach, bo ode mnie ze względu na jednak summa summarum fajny poprzedni sezon, puchary i całokształt ekstraklasy w wydaniu zespołu, mieli trochę parasola ochronnego. No i jak to mówią, bez osobistych wycieczek, bo ja lubię tych piłkarzy, ale wkurzają mnie niemiłosiernie czasem, no i ostatnio zawodzą. Więc panowie nie obrażajcie się, tylko po prostu… się ogarnijcie.
Zacznę od wspomnianego Arka. Nie chcę być złym prorokiem, ale to trochę wygląda tak, jakby ząb czasu trochę nadgryzł naszego kapitana. Chciałbym wierzyć, że w jego przypadku to jest tylko kryzys formy. Natomiast patrząc na postawę jednak naszej ikony tej nowej GieKSy, to w ostatnim czasie po prostu Arek Jędrych nie daje rady. Jest wolny, daje się wyprzedzać zawodnikom rywala, popełnia proste błędy, gdy piłka jest w jego pobliżu, gdy się broni, serce podchodzi do gardła. W niektórych meczach w dość prostych sytuacjach kilka razy grał na alibi (wybicie na aut), tak jakby sam dobrze wiedział, że piłka się go nie słucha. Źle się ustawia. Niestety – Arek jest w tym sezonie tak słaby jak znakomicie wykonuje rzuty karne. Ogólnie wszyscy wiemy, jak dużo dał GieKSie i jako szef na boisku – dokąd nas doprowadził. Jednak czas mija. I nie chodzi mi o to, żeby zawodnika teraz gdzieś totalnie odstawić. Jednak nie może być nietykalny, jeśli chodzi o pierwszy skład, tylko dlatego, że jest kapitanem i tak ważną postacią dla tego zespołu. Z tym tematem – piłkarsko i psychologicznie, jeśli chodzi o całą drużynę – sztab trenerski musi sobie poradzić.
Oczywiście to nie jest jedyny zawodnik, który zawodzi i absolutnie nie można z niego robić kozła ofiarnego. Bo zawala cała drużyna. Przede wszystkim boli to, że nie widać żadnego progresu, choćby w porównaniu z poprzednim sezonie. GieKSa utknęła w nie wiadomo czym, a niektórzy piłkarze wręcz zaliczyli regres.
Straszliwie zleciał z formą Marcin Wasielewski. Ten walczak, ten dzik, którego znamy z poprzednich sezonów, teraz gra tak beznamiętnie i nieefektywnie. Dodatkowo brakuje mu decyzyjności, woli – mimo że ma dobrą sytuację – gdzieś tam się obrócić i szukać Alana Czerwińskiego. O wygranych pojedynkach na boku możemy zapomnieć.
Mateusz Kowalczyk ogólnie dobrze, że wrócił do składu, lepiej go mieć niż nie mieć. Tragedii nie ma, ale to jednak nie jest to. W tej jego destrukcji i kreacji początku akcji nie ma błysku, o ile można mówić o błysku w destrukcji. Nie no – można jak najbardziej.
Borja Galan teraz jest kontuzjowany, ale przecież też totalnie zjechał z formą.
Eman Marković to mam wrażenie, że sobie krótkim fragmentem na wiosnę bardzo wysoko zawiesił poprzeczkę i sam nie wiem, jaki to jest zawodnik. Bo wtedy do czasu swojej eksplozji był ultraprzeciętny, a w tym sezonie jest bardzo słaby, nie licząc pojedynczych momentów.
Mateusz Wdowiak próbowany na wahadle też ostatecznie – jak to ktoś napisał – „przychodził jako rezerwowy Zagłębia i dalej wygląda jak rezerwowy Zagłębia”. Ja osobiście zawsze sobie dużo obiecuję, jak Mateusz wchodzi na boisko, ale na oczekiwaniach się kończy. Ciągle w niego wierzę i chciałbym go mimo wszystko zobaczyć więcej na boisku.
Marcela póki co ekstraklasa w GieKSie chyba jednak weryfikuje. Problem polega na tym, że gdy w GieKSie zaczynał, widzieliśmy zawodnika szybkiego, z potencjałem, z błyskiem, który jednak nie ma chłodnej głowy. Mieliśmy nadzieję, że jak tę głowę ustabilizuje, to będzie lepiej. Niestety teraz nawet tego potencjału nie widać. Również stał się toporny i bardzo słaby w swojej grze. I zastanawiam się, czy to przypadkiem nie jest jego poziom.
Erik Jirka od czasu, kiedy przyszedł do GKS również kompletnie nic nie wnosi. Wiele sobie obiecywałem po tym transferze, pamiętając go z Piasta. Ostatecznie próbuje jakiś szum robić na skrzydle, ale efektu z tego nie ma żadnego.
Bartek Nowak niedawno w wywiadzie w Canal Plus mówił, że chce częściej uderzać na bramkę. I tutaj wychodzi paradoks, bo ja mam wrażenie, że jakby strzelał częściej, to byłby mniej samolubny. A tak wychodzi na to, że on po prostu uwielbia szukać tych swoich podań i choć pozornie jest to gra dla zespołu, to jest to jednak bardziej… egoistyczne. Bartek naprawdę, weź uderz czasem z tego dystansu czy z pola karnego i nie szukaj na siłę podania. Technikę masz to po prostu strzelaj, a nie kombinuj. Czekamy na Twoje gole, nie tylko asysty.
Choć i tak nawet w takim żenującym meczu całego zespołu Bartek potrafił ze dwa razy świetnie obsłużyć kolegów…
Dla mnie wielkim zawodem jest Bartosz Wolski. Zdania są podzielone, jedni mówią, że gra dobrze, inni że nie. Może nawet w statystykach i analizach liczbowych wychodziłoby, jakie to Bartek ma świetne parametry, że byłoby sto odbiorów, podań progresywnych i innych badziewi. Tyle, że jakoś tego nie widać na boisku. Zawodnik jest przezroczysty, nasz środek pola nie istnieje, poza beznamiętnym przekazywaniem sobie piłki w poprzek boiska.
I tak dalej, i tak dalej, można by jeszcze mówić o np. Pau Reście, Lukasie Klemenzu itd…
Do tego wiecznie kontuzjowany Adam Zrelak, Olek Paluszek dochodzący do siebie w nieskończoność, Damian Rasak, który wraca, wraca, ale wrócić nie może.
Aha, jeszcze bramkarz Gabriel Kobylak. Meczów nie zawala, ale też nie wybrania. Sam fakt, że o nim zapomniałem trochę też mówi, że mamy bramkarza póki co przezroczystego, choć w tym przypadku akurat nie powiedziałbym, że to wada. Ale nie jest też to zaleta.
Tak naprawdę jedynym piłkarzem, który zrobił widoczny progres jest Ilja Szkurin. I tu jest kolejny niesamowity paradoks. W poprzednim sezonie, gdy widzieliśmy tę waleczną GieKSę, biorącą odpowiedzialność za różne wydarzenia boiskowe, Ilja jawił się jako ten, który nie za bardzo chce wracać, walczyć, angażować się w tę intensywną grę.
A tu nagle nastąpiło odwrócenie. Ilja się tej GieKSiarskiej gry nauczył, a reszta wygląda, jakby zapomniała. I to teraz nasz napastnik wygląda na tego, który najbardziej odpowiedzialnie pracuje. Cofa się po piłkę, próbuje rozgrywać, notuje nawet skuteczne interwencje we własnym polu karnym. Walczy z przeciwnikami w pojedynkach. Tak, Ilja zaliczył duży progres. Nie jego winą jest to, że partnerzy nie potrafią mu dostarczyć dobrej piłki do wykończenia. Ale swoich bramek już w tym sezonie i tak trochę strzelił. Naprawdę to zawodnik, do którego mam najmniej pretensji, w zasadzie to nie mam żadnych. I to cieszy. Ilja, tak trzymaj.
Tym razem trener nie mówił naokoło o efektywności czy jej braku. Powiedział wprost, co zadecydowało i że nie jest dla niego akceptowalne tak dać się zdominować. Wiadomo, że jest to konferencja prasowa i i tak jest dość dyplomatyczny, ale przynajmniej nie słyszeliśmy, że było dobrze, skoro nie było. A było fatalnie.
Jedynie nie zgodziłbym się z trenerem z tym „niefortunnym” terminarzem na początku. To znaczy wiem, że odniósł się jedynie do proporcji meczów u siebie i na wyjeździe. Ale patrząc na samych przeciwników, to schody akurat dopiero się zaczną.
No bo sorry, ale póki co graliśmy w większości z drużynami słabymi lub przeciętnymi. Motor to za chwilę będzie się dramatycznie bronił przed spadkiem, Wisła Płock czy Radomiak mają swoje problemy i w wielkiej formie nie są, Piast gra w kratkę, Zagłębie – swój głównie remisowy antyfutbol (oprócz meczu z GKS). Jeszcze takimi badziewiakami jest Cracovia, z którą nie wyobrażam sobie nie wygrać. Cracovia bowiem jest chyba jeszcze słabsza niż Zagłębie, a trener Bartosz Grzelak… nie wiem co tam robi, bo Pasy wyglądają fatalnie od jego przyjścia.
No ale przecież przed nami starcia z Rakowem, który przecież chce się odbudować i w końcu wygrał pierwszy mecz, a już na Lechu wyglądał dobrze. Zagramy niedługo z Koroną, która świetnie się spisuje w tym sezonie. Będzie Widzew, który z nową miotłą w końcu będzie chciał zacząć coś grać w tej lidze. A przecież dopiero przed nami Jagiellonia, Lech, Legia. I na koniec roku Wisła, która kto wie, czy się nie rozpędzi, bo z Jagiellonią zagrała wybitnie. Jeśli my się nie ogarniemy, to mogą nastać ciężkie czasy.
I nie możemy liczyć na te mecze u siebie. Bo statystyka i zdrowy rozsądek mówi, że prędzej pogubimy jakieś punkty na własnym stadionie niż zaczniemy regularnie je zdobywać na wyjazdach. Z prostej przyczyny – łatwiej utracić coś, co trzyma się wielkim wysiłkiem niż nagle wskoczyć na swoje wyżyny.
Czasem robimy dobrą minę do złej gry, chcemy wierzyć, że porażki czegoś będą uczyć, że wpłyną na rozwój. Rzadziej tak się wydarza, częściej jednak wnioski nie są wyciągane. Nie tylko w piłce, ale i w życiu. Taki jest świat. Dlatego też zawsze wierzę, że na przykład taka wygrana z Górnikiem będzie przełamaniem. A potem przychodzą takie „spektakle” jak z Piastem i Zagłębiem.
Jedyną moją nadzieją, której akurat się trzymam, to fakt, że w szerszym kontekście trener Górak i piłkarze z podobnych tarapatów kilkukrotnie już wyszli i potem było świetnie. Więc tu nawet nie chodzi o to, że nie mam optymizmu, bo ten u mnie nie słabnie. Ale pojawia się – myślę uzasadniona – niecierpliwość i frustracja, że po raz kolejny musimy się z czegoś wygrzebywać.
Felietony Piłka nożna
GieKSa nie do złamania
Zastanawiam się czasem, co i dlaczego mnie wkurza w tej naszej GieKSie. Skąd ta złość na przykład po meczach z Piastem i Zagłębiem. I już dobrze wiem, skąd.
Gdyby to była drużyna słaba jakościowo, z kiepskim trenerem, pewnie jakoś godziłbym się na to, że jesteśmy gdzieś w ogonie tabeli. Ot, uznawałbym, że po prostu grają na tyle, na ile potrafią i ostatecznie w związku z tymi umiejętnościami nie ma co mieć wielkich pretensji. Tak było w niektórych sezonach lata temu. Jeszcze w „starej” ekstraklasie na przykład.
Teraz jednak jest tak, że wiem, że GKS stać na wiele. Że ta drużyna ma potencjał, że poszczególni piłkarze są przecież w stanie po prostu dobrze grać w piłkę. Udowadniają to za każdym razem, gdy mecz rozgrywany jest przy Nowej Bukowej. Istnieją na razie dwa duże mankamenty – gra obronna i gra na wyjazdach. Tak jak pisałem – gdyby nie te przywary – bylibyśmy pewnie w czwórce. Ktoś powie, że przesadzam. Ale dlaczego? Przecież mając te minusy jesteśmy drużyną środka, a naprawdę nie ma specjalnie wielkiego dystansu pomiędzy ekipami z ekstraklasy.
Wiem więc, że ten potencjał zespół ma i stąd frustracja, gdy nie jest on wykorzystywany. Oczywiście świat nie jest idealny i potencjał nie równa się efekt. Natomiast złość dotyczy tego, że na wyjazdach nie wykorzystujemy go choćby w 20 procentach. W zasadzie nie wykorzystujemy go w ogóle.
Ale to tylko taki wstęp. Bo wczoraj graliśmy u siebie. Pisałem przed meczem o statystyce, która mówi, że w końcu u siebie przegramy, a już na pewno stracimy punkty. I było tego wczoraj blisko, ale tak jak zamieściłem w tytule przedmeczowego felietonu – GieKSa stoczyła niesamowitą batalię z tą statystyką. I to batalię zwycięską, a było przecież piekielnie trudno.
Piekielnie trudno wynikowo, bo jeśli o samą grę, to przecież ona była bardzo dobra i GKS był w tym spotkaniu drużyną zdecydowanie lepszą. Jednak utrata bramki w pierwszej minucie drugiej połowy, potem – wydawałoby się – opanowanie sytuacji na 2:1 i utrata tego prowadzenia. Niejedna drużyna by się podłamała. GKS jednak grał swoje, dążył, ciągle dążył do tego, żeby jednak wygrać. A zadanie w końcówce było tym trudniejsze, że Cracovia wcale nie cofnęła się do dramatycznego bronienia remisu, tylko zwietrzyła szansę na zwycięstwo. I w 89. minucie mieli strzał w poprzeczkę.
Ofensywa GieKSy bardzo się podobała. To nie było to mozolne, bezradne próbowanie jak w Gliwicach, Lubinie czy wcześniej w Lublinie. Tutaj Katowiczanie dochodzili do sytuacji, mieli swoje dynamiczne akcje i groźne strzały. Naprawdę trzy razy trafić w obramowanie bramki w pierwszej połowie mówi o tym, że brakowało tak bardzo niewiele, by objąć prowadzenie. W drugiej już wpadało. GKS znów był u siebie efektowny i skuteczny. Kapitalnie się na to patrzyło.
To był kolejny tych meczów, w których miałem przeczucie, że GKS w końcu bramkę strzeli. Najpierw w przerwie – byłem o to absolutnie spokojny, z taką grą. Wiadomo, że bramka zaraz po przerwie wkurzyła, ale to się po prostu zdarza. Wiedziałem, że z dużym prawdopodobieństwem GKS wyrówna, a nawet wyjdzie na prowadzenie. Wątpliwości nadeszły dopiero przy stanie 2:2, ale to już wynikało po prostu z małej ilości czasu do końca meczu. Zespół jednak konsekwentnie dążył do przodu i tego rywala na koniec decydującym ciosem trafił.
Trener dokonał kilku zmian w podstawowym składzie. Przede wszystkim na ławce tym razem zasiadł Arkadiusz Jędrych. I tutaj trochę się rozwinę, bo poświęciłem Arkowi trochę miejsca ostatnio. Tu absolutnie nie chodzi o robienie z zawodnika kozła ofiarnego czy żeby ktoś sugerował, że potencjalne odstawienie go to „wotum nieufności”. Wszyscy musimy sobie zdawać sprawę, że tzw. dobro drużyny, choć ja bym powiedział dobro klubu, musi być ponad kogokolwiek, niezależnie od statusu, nawet statusy legendy czy ikony. Arek jest w naszym panteonie, jakbyśmy spojrzeli na GieKSę w XXI wieku. Wielka postać i twarz wygrzebywania całego klubu ze zgliszczy.
I ucieszyła mnie ta decyzja. Nie dlatego, że wyszło na moje czy że pomyślałem sobie, że „zawodnik się doigrał”. Nic z tych rzeczy. Ucieszyłem się z tego, że trener reaguje, że liczy się dyspozycja sportowa i szukanie jak najlepszych rozwiązań na ten moment. I jeśli trener porozmawiał z kapitanem, zakomunikował mu to, a Arek bez pretensji i obrażania się zaakceptował tę decyzję – to mimo, że pewnie w jakiś sposób go to boli – to oznacza to, że jest prawdziwym kapitanem, już nie tylko na boisku. Dla mnie – patrząc szerzej – ma to większe znaczenie niż jakaś pojedyncza roszada z meczu na mecz. Jeśli takich akcji nie podejmuje się ze względu na strach przed jakimś kwasem, to nie świadczy to dobrze o zespole. Jeśli wszystko kończy się co najwyżej na „sportowej złości”, to znaczy, że drużyna naprawdę jest monolitem i dobrze funkcjonującą organizacją, w której podejmujemy takie próby, żeby usprawniać. Zresztą patrzyłem sobie na Arka kątem oka podczas rozgrzewki przed meczem i w trakcie meczu. Totalnie normalne, niesfochowane zachowanie. Nie żebym go o to wcześniej podejrzewał, absolutnie. Ale teraz to zobaczyłem. I szczerzę życzę mu powrotu do formy. Kapitan.
Ciężko ocenić defensywę w tym meczu. Bo z jednej strony uważam, że zagrała dobrze i pewnie, ale… straciła dwie bramki. Cracovia – trzeba przyznać – strzeliła je dobrze. To były bardzo dobre dośrodkowania i wykończenia. Popełniliśmy błędy, ale nie były to takie wielbłądy jak w meczach poprzednich. Przyspał trochę Marcin Wasielewski w obu sytuacjach. Przy drugim golu zawodnik rywala okazał się sprytniejszy niż Pau Resta i Lukas Klemenz.
Z drugiej strony Marcin miał udział przy dwóch bramkach GieKSy. Najpierw swoją dynamiką wdarł się w pole karne i pozwolił Al-Ammariemu na zagranie ręką, a przecież potem jeszcze dobrze dośrodkował. No i centra przy drugim golu była bardzo dobra – mocna, na dobrej wysokości, tak że Mateusz Kowalczyk mógł efektownie strzelić, a Mateusz Wdowiak dobić. Tak więc Wasyl był zamieszany w całkiem sporo bramek w tym meczu.
Jednak te tracone gole to jest dość potężny mankament, bo jak pytałem trenera na konferencji po Piaście, to mieliśmy średnią półtorej traconej bramki na mecz. W kolejnych dwóch spotkaniach cztery razy pokonywali nas piłkarze rywali, więc ta średnia wzrosła. Absolutnie musimy się w tym temacie ogarnąć.
Jak w kilku meczach – znów popisali się zmiennicy. Mieli oni olbrzymi udział przy trzecim golu. Kapitalny przechwyt wykonał Mariusz Olsen. Bartosz Wolski zaliczył całkiem dobre dośrodkowanie. A Borja świetnie – już w ramach pola karnego – obsłużył po ziemi Ilję.
No a potem już był show naszego napastnika. Oczywiście po raz kolejny zawodnik świetnie pracował w meczu. W tej sytuacji natomiast zrobił to, co rasowy napastnik umie – zastawił się, przyjął i przygotował do strzału, a potem uderzył precyzyjnie. Tak, że piłka śmignęła koło ucha Traoré i wpadła do siatki.
Tym samym Białorusin po raz drugi w ostatnim czasie dał zwycięstwo GieKSie w doliczonym czasie. No dobra… teraz tak minimalnie przed, bo zegar pokazywał 89:55. Ale nadal mieści się to w definicji hasła „jesteś tak piękna jak gol w 90. minucie”. Tak jak w życzeniach na telebimie w przerwie meczu. Ziściło się. GieKSa w lidze drugi raz, a jeszcze była wygrana na koniec meczu z Hapoelem. Wolimy strzelać w końcówce niż tracić.
Przede wszystkim jednak GKS Katowice po raz czwarty w tym sezonie odwraca wynik z przegrywania na końcowe zwycięstwo. Tak było z Radomiakiem, Hapoelem i Górnikiem. Cztery razy dokonać takiej sztuki na dystansie dwunastu meczów – to jest wyczyn. Wiadomo, że wynika on z tego, że… GKS bramki traci. Ale skoro już traci, to niech zdobędzie więcej. Dodam tylko, że w pierwszym sezonie po awansie na taką sytuację czekaliśmy aż do kwietnia i meczu z Puszczą Niepołomice. Potem jeszcze zrobiliśmy to w ostatniej kolejce w Gdańsku. A w poprzednim rozgrywkach sytuacja, w której GKS przegrywał, a jednak wygrał spotkanie zdarzyła się zaledwie raz – z Radomiakiem. Więc w obecnym sezonie – a ściślej na dystansie nawet nie dwunastu, a dziewięciu meczów – GKS odrobił straty z nawiązką więcej razy niż w całych dwóch poprzednich. I jak pisałem, że w pewnych aspektach jest „opór na rozwój”, czyli te nieszczęsne wyjazdy, to w tym aspekcie jest niesamowity progres mentalny. Nasza drużyna ma te słabsze mecze, ale generalnie jest nie do złamania.
Drugi raz ucierpiała na tym Cracovia. Pamiętamy przecież mecz przy Kałuży sprzed dwóch lat. Tam Källman trafił na 3:3 w 93. minucie, a GieKSa potrafiła jeszcze trafić za sprawą Sebastiana Milewskiego. W ogóle mecze z Pasami mają swoją historię, wygraliśmy przecież z nimi na Nowej Bukowej 2:1, a ostatnio przegraliśmy 0:3. Choć bardziej bolesna była porażka na wyjeździe, gdzie ultrasłaba tego dnia Cracovia jednak wygrała z GieKSą po golu Hasića wiosną tego roku.
Niezłomność to niezaprzeczalna cecha tej drużyny. Nie da się ich nie lubić, choć potrafią być niesforni i nieraz wkurzają. No, jak to w rodzinie bywa. Znów mieliśmy dreszczowiec na Bukowej i euforię na sam koniec. Wspaniały wieczór.
Trzeba tylko jeszcze odczarować tę bramkę po przeciwległej stronie niż Blaszok. Bo tam piłkarze GKS strzelili tylko dwie bramki. Chyba chcą, żeby kibice z Blaszoka mieli bardzo dobry widok na gole, bo dla odmiany do tej bramki pod najbardziej dopingującą trybuną trafili aż czternaście razy.


Najnowsze komentarze