Hokej Piłka nożna Piłka nożna kobiet Prasówka Siatkówka
Przegląd doniesień mass mediów: Wyciśnięta cytryna
Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów z ostatniego tygodnia, które obejmują dotyczące sekcji piłki nożnej, siatkówki oraz hokeja GieKSy. Prezentujemy, naszym zdaniem, najciekawsze z nich.
Przygotowująca się do rundy rewanżowej drużyna kobiet, rozegrała w sobotę sparing z aktualnymi mistrzyniami Polski drużyną TME SMS Łódź, przegrywając 0:1 (0:1). W kolejnym test-meczu, w środę zespół zmierzy się z czeską drużyną MK Sparty Praga. W dniach 9-10 lutego zespół będzie przebywał na krótkim zgrupowaniu w Jeleniej Górze. Drużyna męska, rozegrała ostatnie spotkanie sparingowe, przed startem Fortuna I Ligi, z GKS-em Tychy, wygrywając 3:1. Grano 2×45 minut+30 minut dogrywka. Piłkarze zainaugurują rundę wiosenną wyjazdowym spotkaniem z Bruk-Betem Nieciecza, w niedzielę o godzinie 15:00.
Siatkarze swoje spotkanie drużyna rozegrają dzisiaj z Cuprum Lubin, na wyjeździe. Początek meczu o 20:30. Następne spotkanie nasza drużyna rozegra w przyszłą niedzielę, 12 lutego od godziny 20:30 z BBTS-em Bielsko-Biała. Mecz będzie rozgrywany w hali w Szopienicach.
W minionym tygodniu hokeiści rozegrali dwa spotkania, w których GieKSa przegrała. W pierwszym spotkaniu nasz zespół przegrał z JKH GKS-em Jastrzębie, po dogrywce, 1:2. W drugim meczu musiał uznać wyższość Ciarko STS Sanok 2:3. Kolejny mecz zaplanowano na przyszłą środę z Podhalem Nowy Targ. Do drużyny dołączyli Robert Mrugała i Maciej Bielec.
PIŁKA NOŻNA
kobiecyfutbol.pl – Mistrz Polski pokonał w sparingu liderki ekstraligi
Do ciekawego zimowego sparingu doszło dzisiaj w Łodzi. Tamtejszy TME SMS w spotkaniu kontrolnym pokonał 1:0 aktualne liderki Orlen Ekstraligi – GKS Katowice.
Jedyną bramkę w tym pojedynku zdobyła Klaudia Jedlińska. Powołana do reprezentacji Polski atakująca w 34. minucie na gola zamieniła podanie Gabrieli Grzybowskiej i pokonała Kingę Seweryn. Katowiczanki próbowały na to trafienie odpowiedzieć, lecz finalnie musiały się pogodzić z faktem pierwszego zimowego sparingu bez zdobyczy bramkowej.
W barwach mistrzyń Polski zagrała dzisiaj między innymi Gabriella Cuevas, o której transferze informowaliśmy dzisiaj TUTAJ. Reprezentantka Dominikany przeciwko “GieKSie” w swoim nieoficjalnym debiucie w nowych barwach rozegrała 45 minut.
Jutro podopieczne Marka Chojnackiego wyjeżdżają na obóz do Dzierżoniowa. W jego trakcie TME SMS rozegra sparingi z mistrzyniami i wicemistrzyniami Czech. 7 lutego łodzianki wystąpią przeciwko Slavii Praga, a trzy dni później czeka je starcie towarzyskie z praską Spartą. Klub ten jest także najbliższym sparingowym rywalem GKS-u Katowice . Ze Spartą Praga “GieKSa” zagra w stolicy Czech dwa dni przed mistrzyniami Polski, czyli 8 lutego.
sportdziennik.com – Wyciśnięta cytryna
Turecka cytryna została wyciśnięta do ostatniej kropli soku i z tego jestem szczęśliwy – mówi Rafał Górak, trener GieKSy, podsumowując 10-dniowe zgrupowanie w Larze koło Antalyi.
Kierunek na riwierę katowiczanie obrali pierwszy raz, odkąd w połowie 2019 roku szkoleniowiec wrócił na Bukową. – Jesteśmy razem czwartą zimę. Wiem, jak bardzo to było potrzebne zespołowi – mówi Rafał Górak. To dobry impuls dla tych ludzi. Widziałem w oczach chłopaków dużą chęć do pracy. To nie tak, że gdzieś indziej jej nie ma, ale chodzi o bodziec. Drużyna wykorzystała go w 100 procentach.
Ogromny plus, że omijały nas kontuzje i nikt nagle nie był chory, przeziębiony, bo rozmawiamy przecież z trenerami innych zespołów i wiemy, że takie rzeczy się zdarzają. Jeśli chcemy się rozwijać, to również o takie aspekty, ale tylko tak wykorzystane. Wylot do Turcji musi nieść ze sobą pracę nie tylko sztabu czy zawodników, ale też wysiłek organizacyjny. Jeśli pewne rzeczy by się rozmijały, to rzeczywiście można by popaść w lenistwo i samozadowolenie. Tu można się opalać, dobrze jeść, patrzeć w chmury, marzyć, nic nie robić. Ale nasz czas był z całkiem innej bajki. Wszystko ze strony opiekującego się nami organizatora, Roberta Stachury, było dopieszczone i na najwyższym poziomie, nad wszystkim czuwał też dyrektor Góralczyk, nam zostało skupić się na treningu – podkreśla Górak.
W Turcji katowiczanie wygrali z Szachtarem Donieck U-19 2:0 i Metalistem Charków 1:0, a sparing z duńskim Vendsyssel FF został przerwany w 55 minucie z powodu złej pracy miejscowych sędziów przy stanie 0:0 – i to był jedyny zgrzyt podczas zgrupowania GieKSy.
– Nie ma co przeceniać wyników sparingów, zespół i tak zweryfikują pierwsze mecze ligowe, ale zespół i sztab wykonali tu dobrą robotę, dlatego wierzę, że efekty przyjdą. Wszyscy zawodnicy trenowali, pogodę mieliśmy taką, o jakiej można marzyć, bo między 16 a 18 stopni. W spotkaniach kontrolnych nie traciliśmy bramek, to jeden z elementów potwierdzających to, czym dysponowaliśmy już jesienią, a co zostało nieco zatarte w ostatnim meczu z ŁKS-em (1:5 – dop. red.), ale do tego nie chcemy już wracać. Myślimy o tym, co przed nami i wierzymy, że przyjdą efekty tego zgrupowania – mówi dyrektor Robert Góralczyk.
Zimę GieKSa zakończy sparingiem z imiennikiem z Tychów, a wiosnę zacznie od wyjazdu do Niecieczy. – Te dwa mikrocykle mają nam przynieść szczyt formy. Czeka nas trochę treningów na sztucznej nawierzchni, ale w pierwszej lidze nie tylko my nie posiadamy podgrzewanego treningowego boiska i musimy kombinować. Murawa „Rapidu” jest na tyle dobra, nowa i zawsze przygotowana, że nie będzie najgorzej – dodaje trener Górak.
SIATKÓWKA
siatka.org – Jakub Jarosz: wróciła wiara we własne umiejętności
– Ta wygrana ma kolosalne znaczenie mentalne. Nasza seria porażek trwała bardzo długo, a do takiej nie byliśmy przyzwyczajeni – powiedział po zwycięstwie z zespołem z Zawiercia atakujący GKS-u Katowice, Jakub Jarosz.
Po serii porażek przełamał się GKS Katowice, który dość niespodziewanie pokonał Aluron CMC Wartę Zawiercie. Do wygranej podopieczni Grzegorza Słabego potrzebowali tylko trzech setów. Po meczu nie ukrywali, że odetchnęli z ulgą. – Ta wygrana ma kolosalne znaczenie mentalne. Nasza seria porażek trwała bardzo długo, a do takiej nie byliśmy przyzwyczajeni. Był to mecz, w którym nie można było zakładać, że się przełamiemy, ale zagraliśmy w nim dobrze od samego początku i wykorzystaliśmy słabości przeciwnika – powiedział atakujący GKS-u, Jakub Jarosz.
Katowiczanie w końcu się odblokowali, a korzystny wynik spowodował, że na ich twarzach w trakcie meczu pojawiły się uśmiechy na twarzy. – Kiedy drużyna gra dobrze i ma przewagę, to wtedy każdy mówi, że jest radość z gry. W poprzednich meczach jej nie było, bo w nich cały czas goniliśmy rywali i przegrywaliśmy. Najważniejsze jest przełamanie i zwycięstwo. Może wpływ na nie miało to, że mieliśmy pełny cykl przygotowawczy do meczu i nie było grania co dwa, trzy dni – dodał doświadczony zawodnik zespołu z Górnego Śląska.
Katowiczanie liczą, że przełamanie w spotkaniu z Aluronem spowoduje, że w kolejnych meczach będzie im się grało łatwiej i będą odnosili kolejne zwycięstwa. – W zespole wróciła wiara we własne umiejętności. Mamy nadzieję, że nie był to tylko jeden dobry mecz rozegrany we własnej hali. Musimy teraz podtrzymać tendencję zwyżkową. Pokazaliśmy sobie i kibicom, że potrafimy grać dosyć dobrze. Teraz musimy to częściej ponownie powtarzać – zaznaczył ofensywny zawodnik.
Przed GKS-em pojedynek z Cuprum Lubin, w którego barwach zabraknie już Grzegorza Pająka, a za rozegranie będzie odpowiadał duet Kajetan Kubicki/Damian Czetowicz. – Jest to drużyna, z którą jesteśmy blisko w tabeli. Musimy się przygotować taktycznie na to spotkanie. U rywali nie będzie pierwszego rozgrywającego, więc na drugiego musimy się lepiej przygotować – zakończył Jakub Jarosz.
HOKEJ
hokej.net – Punkt dla GieKSy, dwa dla JKH! Paś z decydującym trafieniem
W „Satelicie” w ramach 42. kolejki PHL do wyłonienia lepszego zespołu nie wystarczył regulaminowy czas gry. Dominik Paś przesądził w dogrywce o losach spotkania i JKH Jastrzębie pokonało na wyjeździe GKS Katowice.
Spotkanie w Katowicach było toczone w szybkim tempie. Pierwsza tercja była najbardziej wyrównana i z niej zwycięsko wyszli hokeiści JKH Jastrzębia. W 14. minucie jastrzębianie wygrali wznowienie w tercji obronnej GKS-u Katowice i Tuukka Rajamäki zaskoczył Johna Murray’a, który skapitulował.
Druga tercja to już skomasowane ataki katowiczan, którzy dominowali przez większość drugiej odsłony. Gospodarze dopięli swego w 29. minucie, kiedy to Teemu Pulkkinen zachował się najprzytomniej pod bramką Bence Bálizsa i ulokował gumę w siatce.
Trzecia tercja była już bardziej wyrównana, ale ze wskazaniem na graczy GieKSy, jednak świetnie dysponowany był w tym meczu bramkarz JKH, który kilkukrotnie chronił swój zespół przed stratą bramki.
Ostatecznie w ostatnich dwudziestu minutach nie oglądaliśmy trafień, więc o losach tego starcia musiała zadecydować dogrywka, w której lepsi okazali się jastrzębianie, a bramkę na wagę dwóch punktów zdobył Dominik Paś. Wcześniej trener gości zdecydował się na zdjęcie bramkarza, a to wprawiło w konsternację zawodników GieKSy, którzy sygnalizowali nadmierną ilość graczy na lodzie. Z chwili rozprężenia skorzystał napastnik JKH i zamknął to spotkanie.
Mistrz Polski ograny w Sanoku!
Mistrz Polski z Katowic dość niespodziewanie przegrał na wyjeździe z Marmą Ciarko STS Sanok, która do tego spotkania przystępowała bez kilku kluczowych zawodników. Duży udział w tym zwycięstwie miał Konrad Filipek, który brał udział przy wszystkich bramkach zdobytych przez gospodarzy.
Mocno osłabieni do spotkania z aktualnym mistrzem Polski podchodzili gracze Marmy Ciarko STS-u Sanok. Początek pierwszej tercji idealnie ułożył się dla katowiczan, bo już w 3. minucie potężnym strzałem Aleksi Varttinen zmusił Filipa Świderskiego do kapitulacji. GieKSa była stroną dominującą, co pokazuje statystyka celnych strzałów gospodarzy, która po pierwszej tercji wynosiła cztery. Jednak to nie przeszkodziło Niko Ahoniemiemu na wyrównanie stanu rywalizacji w 19. minucie. Fin wykorzystał błąd gracza z Katowic w tercji obronnej sanoczan i pognał na bramkę Johna Murray’a, które zmusił do kapitulacji.
Tym razem druga tercja zdecydowanie lepiej ułożyła się dla sanoczan, którzy od 24. minuty wyszli na prowadzenie. Grę w przewadze wykorzystał Louis MIccoli, który uderzył nieprzyjemnie, a golkiper gości mógł zachować się zdecydowanie lepiej, jednak przepuścił krążek do bramki. W 33. minucie trzy podania sanoczanom wystarczyły do zdobycia trzeciego trafienia w tym spotkaniu. Konrad Filipek przytomnie dograł do Ahoniemiego, a ten odsłużył podaniem Kalle Valtole, który posłał gumę pod parkanem Murray’a. Na odpowiedź gości nie musieliśmy długo czekać, bo już w 34. minucie Joona Monto mocno powalczył o krążek przed bramką Świderskiego i wbił go do bramki. Później wdał się w przepychanki z jednym z graczy gospodarzy, a sędziowie zdecydowali się na wideoweryfikację, po której wskazali na środek lodowiska.
W trzeciej tercji katowiczanie starali się doprowadzić do wyrównania, ale bezskutecznie. Ostatnia odsłona nie była już, aż tak pod ich dyktando, jak pierwsza i sanoczanie zdołali obronić zaliczkę z drugiej tercji i na przerwę reprezentacyjną udadzą się w doskonałych nastrojach.
Bielec do dyspozycji GieKSy
Maciej Bielec został zgłoszony do rozgrywek Polskiej Hokej Ligi przez GKS Katowice. Odbyło się to na zasadzie umowy o współpracy z Naprzodem Janów.
26-letni napastnik przed rozpoczęciem sezonu 2022/2023 zdecydował zmienić barwy klubowe. Po dwuletniej przygodzie z STS-em Sanok w rozgrywkach PHL przeniósł się na Śląsk dołączył do Naprzodu Janów.
– Przeprowadziłem się na Śląsk do większej aglomeracji, gdzie mam więcej możliwości rozwoju zawodowego – mówił nam Maciej Bielec, który w pierwszej lidze radzi sobie naprawdę dobrze.
W 26 meczach zgromadził 30 punktów, na które złożyło się 8goli i 22asyst. Był to pierwszy wynik w wewnątrz klubowej klasyfikacji kanadyjskiej.
Co ciekawie Bielec miał już okazję występować w drużynie GieKSy i miało to miejsce w sezonie 2016/2017. Wówczas rozegrał 39 meczów, w których strzelił 9 bramek i zanotował 3 asysty. Na ławce kar spędził 12 minut, a w klasyfikacji plus/minus wypadł na -7.
Ogółem na taflach PHL spędził pięć sezonów.
Felietony Piłka nożna
A jak Nowa Bukowa – to koncert
Żodyn się nie spodziewoł – żodyn. Że GKS Katowice na swoim boisku znów zagra bardzo dobry mecz. No dobra, ale żarty na bok. Bo mimo tych serii u siebie czy na wyjeździe – nigdy nie ma gwarancji, że u siebie stracimy w końcu jakieś punkty. Tak samo, jak nie jest przecież pewne, że na wyjeździe przegramy. Każde serie mają swój koniec i może to się wydarzyć w zupełnie dowolnym momencie. Dlatego trzeba było być czujnym przed meczem z Wisłą Płock i w żadnym stopniu nie przypisywać sobie trzech punktów przed pierwszym gwizdkiem tylko dlatego, że tak nakazuje statystyka.
Natomiast nie spodziewałem się, że GieKSa zagra aż tak dobrze. A wcale wynik nie musiał taki być. Bo to Wisła pierwsza w tym meczu zaatakowała i stworzyła sobie kilka bardzo groźnych sytuacji w pierwszych dziesięciu minutach meczu. Warto tu naprawdę zwrócić uwagę na pracę Ilji Szkurina w defensywie. To właśnie Ilja był naszym kluczowym obrońcą w tym momencie meczu, dwukrotnie stając na linii toru lotu piłki zmierzającej w światło bramki. To tylko pokazało coś – co mam wrażenie, że od kilku meczów jest obecne – że Ilja coraz lepiej pracuje na boisku i jak widać, także w destrukcji może być efektywny.
No i Wisła się w tej pierwszej połowie wyszumiała. Potem grała już tylko GieKSa. Pierwszą wisienką była bramka Emana Markovića. Emana, który póki co w tym sezonie nie notował udanych występów. Tutaj popisał się pięknym, precyzyjnym uderzeniem, trafiając w okienko bramki Leszczyńskiego. Ale cała akcja była kapitalna, bo przecież Eman przemieścił się z prawej strony boiska na lewą, rozprowadził tę akcję, a potem z pierwszej piłki pograł z Borją. Wszystko w tej akcji zagrało idealne. Potem Eman już grał bardzo dobrze, tak jakby coś mu się odblokowało. Był szybki, dynamiczny i dochodził do kolejnych sytuacji. Szkoda, że w tej, gdy minął bramkarza, nie podciął piłki i Halind-Sangré zdołał ją wybić.
Rzut karny. Absurdalna historia dla GKS Katowice. Mieliśmy dwie jedenastki na wyjeździe z Puszczą, potem na Rakowie w pierwszym sezonie w ekstraklasie. W poprzednich rozgrywkach w lidze mieliśmy… jedną jedenastkę w meczu z Górnikiem. I dopiero teraz przyszedł rzut karny. To, o cieszy – to że Arek Jędrych tak pewnie ją wykonał, podobnie zresztą jak z Hapoelem. Różnie to z tymi karnymi kapitana w przeszłości było, ale te dwa ostatnie były kliniczne.
Wisła przypuściła atak w drugiej połowie. Płocczanie zaczęli dominować, nabijali stałe fragmenty gry, kotłowało się pod naszym polem karnym, ale nie tak groźnie jak w pierwszej połowie. No i mieli tę sytuację sam na sam Hamulića. I choć piłka być może nie leciała w światło bramki, to Mateusz Kowalczyk nie mógł o tym wiedzieć. Instynktownie pobiegł ratować tę sytuację i w spektakularny sposób wybił piłkę. Przy czym Kowal rozegrał świetny mecz i można jedynie powiedzieć, że… brakowało go. Brakowało właśnie tej wyrobniczej, twardej pracy w środku pola we wcześniejszych meczach. Tutaj jego praca była nieoceniona i pokazała, że musimy ciągle szukać tego balansu w środku pomiędzy technikami, a ludźmi od czarnej roboty. Bo to oni są podstawą dla technicznych zawodników, nie odwrotnie. Tak jak dobrą drużynę buduje się od tyłu, tak i w środku pola wszystko zaczyna się od neutralizowania ataków przeciwnika.
I wtedy ci artyści mogą grać. Jak Bartosz Nowak, który po ostatnich słabszych występach, wczoraj znów błysnął. Trzy asysty w drugiej połowie to było coś, co pokazuje, że on to ciągle ma. Dośrodkowanie z rzutu rożnego w punkt, a przecież odchodzącą piłkę jest nieco trudniej zagrać. Potem szybka reakcja po podaniu Sekulskiego, minięcie bramkarza i wypatrzenie Ilji w polu karnym. W końcu asysta do Jakuba Kokosińskiego. Znów Bartek zgłosił akces nie wiadomo gdzie, ale nie będę się na ten temat rozpisywał, bo już masa nerwów poszło na jednego trenera, który jest selekcjonerem.
GKS się otrząsnął z tej przewagi Wisły i właśnie swoje kolejne bramki strzelał. Wyszło tak, że Pau Resta miał tylko dołożyć głowę do tej zagranej z rzutu rożnego piłki i Hiszpan zaliczył swoje pierwsze trafienie w GKS. Bardzo cieszy bramka Ilji – i jak mówimy, że GieKSa u siebie wygrywa, to nie sposób pominąć wkładu Białorusina, bo przecież w każdym z tych czterech meczów strzelił bramkę. I sama jego gra jest po prostu coraz lepsza. Należy mu kibicować, bo możemy mieć mnóstwo radości z jego poczynań.
No i ta kolejna wisienka na torcie. Gdy sędzia Tomasz Kwiatkowski pokazał, że dolicza zaledwie jedną minutę – taki standard „światowych” sędziów przy wysokim wyniku – pomyślałem, że szkoda, że tak krótko. A w końcówce tej jednej minuty, w absolutnie ostatniej akcji meczu młody napastnik strzelił swojego gola i patrząc na szerszy kontekst, to wspaniała sprawa, bo to dołożony kolejny pozytywny punkcik do tego meczu, całej drużyny, psychiki zespołu. Takie rzeczy naprawdę cieszą, tym bardziej, że gola zdobywa wychowanek, co przecież u nas od wielu lat się nie zdarzyło.
Naprawdę dobrą drużynę, jaką jest Wisła Płock, wypunktowaliśmy. To nie był słaby przeciwnik. To GieKSa była po prostu tak skuteczna w swojej grze. Nie dość, że udało się zachować pierwsze czyste kontro w sezonie (bardzo dobra gra Gabriela Kobylaka), to jeszcze strzelaliśmy bramki, a sytuacji było kilka więcej. Ale z tych klarownych większość wykorzystaliśmy.
Ostatnie tak wysokie zwycięstwo GKS odniósł we wspomnianym meczu z Puszczą w Krakowie w 2024 roku. Wówczas pokonaliśmy rywali 6:0. Żeby poszukać ostatniej wygranej w ekstraklasie u siebie pięcioma bramkami, musimy cofnąć się 33 lata wstecz do marca 1993 i pojedynku z Szombierkami, które GKS wygrał też 5:0. Historia dzieje się na naszych oczach.
A Wisła Płock nie lubi Nowej Bukowej, oj nie lubi. Zagrali tu trzeci mecz w ciągu roku i zainkasowali bagaż 10 bramek. Najpierw w Pucharze Polski GKS wygrał 4:2, w lidze w poprzednim sezonie było 1:0, a teraz 5:0. Rafał Leszczyński w meczu pucharowym nie grał, więc zainkasował u nas sześć bramek. To i tak lepiej niż Filip Majchrowicz, który w trzech spotkaniach na Nowej Bukowej przyjął osiem gongów.
Teraz wypada mieć nadzieję, że wajcha w końcu została przestawiona i na wyjeździe GKS zagra przynajmniej w połowie to samo, co u siebie. To już będzie dużo. A zadanie za tydzień wydaje się najtrudniejsze pod kątem wyjazdów, bo jedziemy na wybitnie nieprzyjazny dla siebie teraz, gdzie od ponad 20 lat bramki nie strzeliliśmy i przegraliśmy wszystko. Okazja wydaje się więc idealna, żeby ten schemat zmienić. Mówiłem to przed meczem z Wisłą i mówię teraz – GieKSę stać na wielkie rzeczy. Trzeba po prostu mieć do nich dostęp. U siebie mamy, na wyjeździe póki co nie. Ale liga jest długa.
Trzy wyjazdy, na których będą się kolejne rozdziały historii tego sezonu zapisywać. Myślę, że czekają nas ekscytujące spotkania i GieKSa w końcu w nich zapunktuje na tyle, że wszyscy będziemy zadowoleni.
I wszystkiego najlepszego dla Wasyla, który miał wczoraj urodziny. I dla Bartka Nowaka, który ma jutro. I w sumie dla Matiego Wdowiaka, bo ma za cztery dni. I dla Ilji, bo miał tydzień temu. Spojrzałem sobie na roczniki. Ilja – rocznik ’99. Boże, jacy wy jesteście młodzi… Sto lat Panowie!
Galeria Piłka nożna
Szkurin show w Zabrzu!
Derby, emocje i bramka na wagę zwycięstwa w samej końcówce! GieKSa po szalonym spotkaniu pokonała Górnika Zabrze 3:2, a wszystkie trzy gole dla zdobył Ilja Szkurin. Zapraszamy do trzeciej galerii, którą przygotował dla Was Marcin.
Felietony Piłka nożna
Niezłomność i perełki
Jak przełamywać niemoce – to właśnie tak. Jak wygrywać po raz pierwszy od pół roku na wyjeździe – to właśnie w taki sposób. Nie wymarzylibyśmy sobie lepszego scenariusza. Choć z drugiej strony… przecież coś podobnego przeżywaliśmy na otwarcie Areny Katowice. Przecież wtedy – nawet minutę później niż Ilja – Filip Szymczak strzelił zwycięskiego gola. W Zabrzu nie lubią liczby sto. Bo to dokładnie w dziesiątej doliczonej minucie nasz super-napastnik zdobył zwycięskiego gola i wprawił w euforię całe Katowice.
Historia i interpretacja pisze się przez strzelone gole. Możemy zaklinać rzeczywistość, ale nie uciekniemy od tego. Oczywiście można zagrać jeden czy dwa lepsze mecze, które się przegra. I można wtedy mówić o tendencji wznoszącej, o optymizmie, o pechu. Jednak jeśli coś powtarza się długo lub wielokrotnie, to raczej tworzy się pewna reguła.
Taką regułą są na przykład drużyny grające ładną, ofensywną piłkę, miłą dla oka, ale ostatecznie dostawającą jednego czy drugiego gonga, który decyduje o niepowodzeniu. Jeszcze za wcześnie, żeby taki wniosek wysuwać, ale prototypem takiego momentu jest dla mnie Wieczysta. Ich naprawdę niezła gra może pójść w dwie strony – albo zaczną w związku z nią punktować, albo będą tymi „wyszumiejącymi” się zawodnikami, którym brakuje pewnej dyscypliny, by osiągnąć korzystny rezultat. Takim przykładem też póki co jest Widzew. W poprzednim sezonie i teraz. Niby cisną, niby mają sytuacje, ba – strzelają sporo goli. Ale co z tych sześciu strzelonych w dwóch ostatnich meczach, gdy dały one ledwie punkt. I dwie przegrane u siebie.
Ta przydługawa dygresja dlatego, bo wynik wczorajszego meczu w oczywisty sposób determinuje patrzenie na to spotkanie. Gdyby utrzymał się wynik 2:1 dla Górnika to oczywiście powiedzielibyśmy, że był to jeden z najlepszych meczów wyjazdowych w ostatnich miesiącach. GieKSa nie pękała, grała swoją piłkę, stworzyła kilka sytuacji. Trudno jednak byłoby nie być znów zirytowanym, gdy ta dobra gra zostałaby zniweczona utratą dwóch goli w dwie minuty. A konkretniej – w 78 sekund! Absurdalna jest to sytuacja, bo przecież w tych 78 sekundach lwia część jest radość piłkarzy, więc czystej gry pozostaje minimum. Od wznowienia gry do utraty drugiego gola minęło około 40 sekund, a przecież jeszcze w tym czasie Chłań miał sytuację.
Przypomniała się Wisła Kraków. Tam co prawda było „dużo” dłużej, bo dwie stracone bramki dzieliło trzy i pół minuty. Ale i tak wszystko przecież tam też odbyło się błyskawicznie. Po utracie dwóch goli nie było czego zbierać i czasu oraz możliwości starczyło tylko na bramkę Bartlewicza. Jeśli w drugim meczu w początkowej fazie sezonu zawalilibyśmy sobie coś w przysłowiowe dwie minuty (uśredniając), to byłoby to coś więcej niż incydent.
Sytuacja zrobiła się piekielnie trudna psychicznie. Grasz na wyjeździe z wicemistrzem Polski i zdobywcą krajowego pucharu. Z drużyną, którą eksperci dokooptowali już do ścisłej czołówki ligi. Która ma za sobą 25 tysięcy kibiców, którzy nic sobie nie robią z niekorzystnego wyniku, tylko ciągle głośno wspierają swój zespół. I w ciągu tych kilku minut – począwszy od sytuacji po rzucie rożnym i zamieszania pod bramką – poziom decybeli systematycznie wzrasta. Podyktowany rzut karny. Gol Kacpra Urbańskiego. „My jesteśmy chłopcy z Zabrza” – wybrzmiewa coraz głośniej, bo jest śpiewane w pobramkowej radości. I z tej radości – w momencie gdy Josema strzela gola na 2:1 – wyłania się już absolutny ryk euforii, ryk, którego dawno nie słyszałem na polskim stadionie. Górnik momentalnie odwrócił losy meczu i dał sobie wszystko, żeby ruszyć z furią dalej.
Sprowadzenie w tym momencie tego meczu do takiego o „letniej” temperaturze było pierwszym zadaniem GieKSy. I tak to odbieram, że właśnie schłodziliśmy to spotkanie, mimo że znaleźliśmy się w fatalnej sytuacji. Oczywiście jakieś tam sytuacje jeszcze były – jak ta, gdy Jarosław Kubicki strzelał, ale ostatecznie – mimo że piłka spadła na poprzeczkę – bardzo dobrze zablokował go Pau Resta. Jednak Górnik nie poszedł za ciosem tak mocno, żeby sobie stworzyć 5-6 kolejnych sytuacji.
Tak więc schłodzenie się powiodło. A potem mieliśmy dwie podwójne zmiany i czas doliczony. Ciekawe, czy kibice Górnika plują sobie w brodę, że zadymili boisko tym zielonym czymś, bo to właśnie w tak mocno doliczonym czasie przez to GieKSa strzeliła dwie bramki.
Trzeba naprawdę docenić upór naszych zawodników. Rozgrywali tę swoją piłeczkę, a gdy była możliwość, zagrywali w pole karne. I to co było wielkim mankamentem w Lublinie, czyli niecelne, kompletnie niecelne dośrodkowania w pole karne – tym razem wykonane porządnie – dały niesamowity efekt. Kapitalne było to podanie Nowaka – choć trudno do dośrodkowanie nazwać, bo było raczej z centralnej części boiska. Ale wykończenie Ilji w tym momencie – majstersztyk. Trzeba naprawdę dobrze ułożyć głowę, żeby przy tak ostrym kącie skontrować piłkę. Pisałem niedawno o meksykańskim piłkarzu Jaredzie Borgettim, który kapitalnie układał głowę do strzału. Pisałem o tym przy okazji gola Mateusza Wdowiaka z Žiliną. Teraz Ilja oddał taki strzał, że Schulze nie miał co zbierać. Trochę to wyglądało, jak gol do pustej bramki – tak było precyzyjne. No a potem geniusz Alana, który dość zabawnie sobie przekładał piłkę na prawą nogę, ale zrobił to tylko po to, by po raz enty już zacentrować idealnie. O to w piłce chodzi – żeby zagrywać idealne zagrania, a napastnicy z tego kapitalnie korzystali. Tu zagrało i jedno i drugie. Oczywiście nie zapominamy o pierwszym golu, bo tam po raz kolejny Bartek Nowak zagrał tak niesamowitą piłkę, która minęła chyba z pięć czy sześć linii zabrzan. Eman co prawda trafił w bramkarza, ale świetnie ustawiony nasz Białorusin pewnie dołożył nogę.
Więc tradycyjnie, jeśli chodzi o Bartka.
Trenerze Urban. Ty wiesz co.
Oprócz wyniku, największym sukcesem tej drużyny jest to, że we wspomnianych niesprzyjających okolicznościach – nie złapała piłkarskiej depresji. Grali swoje, ciągle wierzyli, że mogą przynajmniej najpierw tę jedną bramkę strzelić. Po tym praktycznie nokautującym ciosie Górnika, remis nie byłby wynikiem złym. Wyjechalibyśmy z niedosytem, ale jednak z punktem. A tu nasz zespół strzelił dwa gole i wygrał to spotkanie.
Mieliśmy też w tym meczu trochę pecha i trochę szczęścia. Pecha, bo inaczej nie można nazwać spalonego w postaci pięty Ilji Szkurina w akcji, która zakończyła się golem Erika Jirki. 2:0 do przerwy to byłoby coś. I w erze przed-VARowej taki wynik po pierwszej połowie byśmy mieli. A szczęście? No jednak wydaje mi się, że Arek Jędrych faulował Prekopa na koniec pierwszej połowy, a skoro tak, jeden czy drugi sędzia mógłby rozpatrywać czerwoną kartkę. Wyszło więc na zero.
Nie będę analizował poszczególnych piłkarzy, tym zajmą się trenerzy – jedni zagrali lepiej, jedni trochę mniej, ale jako drużyna było naprawdę dobrze. Chcę tylko jeszcze pochwalić Kowala, bo wykonuje kapitalną robotę w środku boiska. Jak jeszcze zniweluje to dalsze kiwanie się, po okiwaniu dwóch przeciwników – to będzie naprawdę wielki piłkarz. On potrafi tak podziałać z piłką, że pojawia mu się przestrzeń przed nim, ale nie zawsze potrafi to dalej wykorzystać otwierającym podaniem. Ale na to przyjdzie czas. Od powrotu Mateusza na boisko, nasz środek zdecydowanie się ustabilizował.
Tym samym kończymy tę nieciekawą serię wyjazdów bez wygranej. W końcu więc na jakiś czas nie będziemy musieli na to psioczyć. GieKSa odniosła spektakularne zwycięstwo, bez dwóch zdań.
Dodatkowo przełamaliśmy to nieszczęsne Zabrze. Pamiętam to ostatnie zwycięstwo, bo byłem na tym meczu w 2003 roku, kiedy to również strzeliliśmy trzy bramki, a bohaterem był Marcin Bojarski. Pamiętam, jak rok później swoją pierwszą bramkę w GKS zdobył w deszczu przy Roosevelta Dawid Plizga, ale w doliczonym czasie gry gospodarze wyrównali. A potem mieliśmy już same wtopy i przez wiele lat nie potrafiliśmy strzelić tam bramki.
W końcu GKS wygrał też na wyjeździe przy bardzo dużej publiczności. Po awansie do ekstraklasy na tych większych stadionach dostawaliśmy w czapkę. W końcu potem wygraliśmy we Wrocławiu przy 21 tysiącach widzów. Wczoraj na meczu było ponad 27 tysięcy ludzi i również w tym aspekcie nastąpiło przełamanie.
W rundzie wiosennej mieliśmy bardzo dużo meczów, w których traciliśmy prowadzenie. Gdynia, utrata dwubramkowej przewagi z Rakowem, trzykrotnie z Lechem, także z Koroną czy Jagiellonią. W obecnym sezonie co prawda też nam się to zdarzyło z Žiliną, ale za to mecz z Górnikiem jest trzecim, w którym GKS w pewnym momencie przegrywa, a ostatecznie odnosi zwycięstwo. Tak było wcześniej z Radomiakiem i Hapoelem. To się naprawdę ceni.
No i w końcu nie straciliśmy walorów z Nowej Bukowej. Co prawda trener przyznał na konferencji, że trochę zmienili sposób gty bez piłki – rozumiem, że jest to cofnięcie się niżej. Jest to trochę ryzykowna taktyka, bo wiemy, że jak przeciwnik nas przygniecie to mamy duże problemy. Ale jeżeli nie ma zmasowanego ataku, to Katowiczanie dobrze radzą sobie w destrukcji. Przede wszystkim jednak w ofensywie dołożyliśmy ten animusz, który znamy z meczów u siebie. Akcja na 1:0 to właśnie było to, precyzja, energia i szybkość Emana, ale polecam zwrócić uwagę, jak Ilja poszedł do tej akcji. To było świetne.
W ogóle Ilja to nam wyrasta na ulubieńca katowickiej publiczności. Wygląda na to, że zawodnik poczuł ten projekt GKS Katowice, w zakresie nie tylko wykańczania akcji, ale też pracy w środku boiska. Ostatnio ta praca jest bardzo widoczna, robi kawał dobrej roboty w środku pola. A skoro tak, to sam daje kolegom okazję do tego, by potem odwdzięczyli mu się jakimś jednym czy drugim kapitalnym podaniem. Tak – powtórzę to, co pisałem już kilka razy – niech Katowice będą dla Ilji jego miejscem na piłkarskiej Ziemi.
Cieszymy się i prosimy o jeszcze. Przed nami dwa kolejne wyjazdy i trudne spotkania. Nikt nie wymaga kompletu punktów, choć byłoby to wspaniałe. Ale niech GieKSa utrzyma ten vibe z wczorajszego spotkania, a to automatycznie zwiększy prawdopodobieństwo zdobyczy punktowych.

Najnowsze komentarze