Dołącz do nas

Piłka nożna

Podsumowanie 3. kolejki

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zdecydowanie ciekawszy przebieg miała 3. kolejka 1. ligi, niż ta środowa. Przede wszystkim, na każdym stadionie kibice oglądali bramki, a to w futbolu przecież najważniejsze. Ciekawostką jest fakt, że tylko jedno spotkanie zakończyło się wygraną gospodarzy, w dodatku wydarzenie to miało miejsce, w meczu kończącym tę serię gier. Na stadiony przyszło więcej kibiców niż w środę, a zachęcała do tego chociażby słoneczna pogoda, którą obdarzona została praktycznie cała Polska. Świetny początek ligi zalicza Flota, która z kompletem punktów i bez straty gola przewodzi ligowej tabeli, przebudziła się Nieciecza i Zawisza, a fatalnie wystartowała Bogdanka. Zapraszamy do zapoznania się z krótkim podsumowaniem, wszystkich meczów 3. kolejki 1. ligi.

Okocimski KS Brzesko – Kolejarz Stróże 1:1

Dość nudny przebieg miał mecz w Brzesku, w którym bramkowych sytuacji było jak na lekarstwo. Przewagę z początku mieli goście, jednak z każdą minutą Okocimski lepiej kontrolował grę. Pierwsza połowa, dużo gorsza niż druga. W drugiej odsłonie, znów zaczęli śmielej goście i dzięki temu w 53. minucie Maciej Kowalczyk wyprowadził podopiecznych trenera Cecherza na prowadzenie. W 83. minucie Gryźlak za drugą żółtą kartkę, wyleciał z boiska i goście kończyli w osłabieniu. Okocimski znów pokazał, że warto grać do końca i tak oto w 89. minucie Paweł Pyciak mocnym strzałem zza pola karnego, doprowadził do wyrównania. Widzów: 1000

GKS KATOWICE – Cracovia Kraków 1:1

Szeroki opis wydarzeń z tego spotkania, znajdziecie w innym miejscu na naszej stronie. Widzów: 2500

Sandecja Nowy Sącz – Flota Świnoujście 0:2

Mimo dobrej gry w pierwszych trzech kwadransach zespołu gospodarzy, do szatni z jednobramkowym prowadzeniem schodzili przyjezdni. Po dośrodkowaniu z kornera, piłkę głową do siatki wbił Olszar w 44. minucie meczu. Druga połowa, miała identyczny przebieg. Aktywna i atakująca Sandecja, oraz tylko jeden gol, gol na 2:0 Arifovica w 65. minucie. W zespole gospodarzy szaleli Wiśniewski i Makuch, jednak ich strzały albo minimalnie były niecelne, albo znakomicie interweniował będący w świetnej formie, Grzegorz Kasprzik. Flota znów wygrywa, natomiast „Sączersi” bez punktu i gola u siebie. Widzów: 2500

Dolcan Ząbki – ŁKS Łódź 1:1

Miejscowi byli z pewnością typowani na zwycięzców w tym pojedynku, jednak zadowolić muszą się tylko jednym punktem. Zawodnicy trenera Podolińskiego zapomnieli bowiem ,że mecz piłki nożnej trwa 90 minut i dzieli się na dwie połowy. Gracze spod warszawskich Ząbek, dobrze zagrali tylko do przerwy. Dolcan atakował, a łodzianie nie mieli pomysłu na grę. Taki obraz pierwszej połowy, przyniósł gola Macieja Tataja, który głową wpakował futbolówkę, do bramki Wyparły w 20. minucie spotkania. Mimo kolejnych okazji, więcej bramek nie padło w pierwszej odsłonie. Po gwizdu arbitra, oznajmiającym początek drugiej odsłony, inicjatywę przejęli goście. Dolcan został chyba w szatni. Determinacja ŁKS-u przyniosła skutki w 68. minucie, kiedy to gola zdobył Jakub Więzik, po dośrodkowaniu z rzutu rożnego Kaczmarka. Dolcan na chwilę się obudził i stworzył sobie, jeszcze jedną dogodną okazję, w 79. minucie z zamieszania w polu karnym, obronną ręką wyszli przyjezdni. W 88. minucie zawodnik gospodarzy niezadowolony z wyniku, postanowił wyżyć się na rywalu, brutalny faul Grzegorza Piesio i czerwona kartka. Gospodarze kończyli w „10”, wynik już się jednak nie zmienił. Dolcan tylko zremisował, ale pamiętajmy, że podopieczni trenera Podolińskiego nie zaznali jeszcze smaku porażki. Cenny punkt dla ŁKS-u. Widzów: 900

Miedź Legnica – Zawisza Bydgoszcz 1:2

Mecz toczył się w potwornym upale i duchocie. Mimo, to pierwsza połowa stała na wysokim poziomie. Była to swoista wymiana ciosów, jednak im dalej w mecz, tym bardziej było widać postępujące u piłkarzy zmęczenie. Wszystkie bramki w Legnicy padły w pierwszych 22 minutach spotkania. Już w 5, Paweł Abbot płaskim strzałem w długi róg, wyprowadził „niebiesko-czarnych” na prowadzenie. W 13. minucie za zagranie w polu karnym ręką przez Klepacza, sędzia podyktował karnego dla „Miedzianki”. Pewnym strzałem z wapna popisał się Grzegorzewski i był znów remis. 9 minut później o losach meczu przesądził drugim trafieniem Abbot, który wbił piłkę do bramki, po niepewnej interwencji Aleksandra Ptaka. Początek drugiej odsłony, to przewaga Zawiszy, jednak z każdą minutą częściej do głosu dochodzili, pragnący wyrównać gospodarze. Ostatecznie mecz zakończył się zwycięstwem zawodników, prowadzonych przez Jurija Szatałowa. Miedź przegrywa drugi mecz z rzędu. Widzów: 4500

GKS Tychy – LKS Nieciecza 0:3

Tradycyjnie już nudny mecz z udziałem Tyszan. Mało sytuacji w pierwszej połowie, choć dla jednych i drugich to bardzo ważny mecz. Bardzo solidna gra w destrukcji obu zespołów, które przed wszystkim starały się nie stracić gola. Ta sztuka nie udała się GKS-owi, gdyż Jakub Biskup w 44. minucie pokonał Misztala i Nieciecza na przerwę schodziła prowadząc. Widać, że taka sytuacja bardzo zmotywowała zawodników Kazimierza Moskala, którzy już w pierwszej akcji drugiej połowy, zdobyli gola na 2:0. Bramkę strzelił Szymon Sobczak. Tychy bez większego pomysłu na doprowadzenie do remisu, cały czas osamotniony z przodu był Dawid Jarka, kryty przez dwóch graczy LKS-u. Troszkę ożywienia wniósł w szeregi Tyszan Krzysztof Bizacki, jednak goście umiejętnie kontrolowali grę. Arbiter tego meczu, podobnie jak w było w Legnicy, kilka razy przerwał grę, pozwalając zawodnikom uzupełnić płyny. Upał dał się we znaki dziś w wielu miejscach Polski. W 83. minucie Bizacki trafił w słupek, jednak od tego momentu to Nieciecza rzuciła się do ataku. Przyniosło to efekt bramkowy w 88. minucie, na 3: 0 strzelił Piotr Ceglarz. Tychy wciąż bez wygranej, a Nieciecza zrehabilitowała się za porażkę z Sandecją. Widzów: 300

Polonia Bytom – Olimpia Grudziądz 1:2

Polonistów w pierwszej połowie stać było na dwa groźne ataki, goście mieli więcej do powiedzenia i byli stroną przeważającą. Najdogodniejszą okazję do zdobycia gola, zmarnował w doliczonym już czasie pierwszej połowy, zawodnik gości Piotr Ruszkul. Jego strzał głową, minimalnie minął bramkę Miki. W przerwie, na boisku pojawił się legendarny piłkarz, trener i działacz Polonii Walter Winkler. Otrzymał on czek, na 10 tysięcy złotych, na nową protezę. Pieniądze zebrali fani Polonii, za co szacunek. Druga połowa, to ataki Olimpii i dwie świetne interwencje Miki. Pomiędzy akcjami gości, swoją szansę mieli też gospodarze, jednak bramkarz Olimpii stanął na wysokości zadania. Zasłużony gol dla podopiecznych trenera Asensyego, padł w końcu, w 61. minucie, wtedy to, Adrian Cieśliński wykorzystał dobre dogranie Grischoka. Polonia bez animuszu, coś próbuje zmontować, tymczasem gospodarzy w 80. minucie pogrąża Ruszkul. 2:0 dla gości, po zabójczym kontrataku. Do końca nie wiele ciekawego na murawie i to mimo kontaktowej bramce Walesy w 89. minucie. Polonia przegrała 2 na 2 mecze, zaś Olimpia wykonała zadanie, jakie stawiano przed nią w tym spotkaniu. Widzów: 1000

Stomil Olsztyn – Warta Poznań 0:2

Do 3 razy sztuka! Warta w swoim 3 wyjeździe tego sezonu w końcu wygrała. Pierwsza odsłona tego meczu nie zachwyciła, wprawdzie obie ekipy miały swoje szanse, ale daleko im było do perfekcji. Pod koniec przewagę objęli gospodarze. Druga połówka słaba w wykonaniu Stomilu, a Warciarze wykorzystując głównie swoje doświadczenie, wypunktowali Olsztynian. Bramki zdobyli w 49. minucie Bartłomiej Pawłowski i w 54. Wojciech Trochim. Stomil poległ po raz drugi, natomiast Warcie, do kolekcji brakowało tylko wygranej. Teraz piłkarze Czesława Owczarka, mogą złapać wiatr w żagle, bo drużyną są ciekawą. Stomil znów przegrał u siebie. Widzów: 2000

Arka Gdynia – Bogdanka Łęczna 2:0

Jedyni zwycięzcy gospodarze, to piłkarze Arki. Długo się jednak na to nie zapowiadało, bowiem pierwsza połowa naprawdę nie zachwyciła. Zero 100% okazji, a w ogóle mało akcji strzeleckich. Druga połowa, to absolutna dominacja Arki Gdynia i zasłużone 3 punkty. W 63. minucie bramkę zdobył Radosław Pruchnik, który wykorzystał dobrze wykonany rzut wolny przez Marcina Radzewicza. Stadiony świata w 68. minucie!  Dwójkowa akcja gospodarzy, Szwoch – Da Silva, to kilka świetnie wymienionych podań i bramka Da Silvy piętą z 11 metrów! Cudny gol i euforia na trybunach. Arka pauzowała w poprzedniej kolejce, jednak teraz znów wygrywa u siebie i znów do zera. Łęczna z zerowym dorobkiem, zamyka ligową tabelę, co trzeba przyznać jest sporą niespodzianką. Oby podopieczni Piotra Rzepki nie przełamali się za tydzień, bo jak wiemy podejmować będą naszą GieKSę. Widzów: 5509

Upał towarzyszył 3. kolejce ligowych zmagań na zapleczu ekstraklasy. Na wielu stadionach, głównie w niedzielę, arbitrzy zarządzali trwające 2-3 minuty przerwy na uzupełnienie płynów. Liderem pozostaje Flota, która wygrywa na razie wszystko jak leci, podopieczni trenera Dominika Nowaka wyprzedzają w tabeli Zawiszę i Arkę. W tej serii gier padło 21 bramek, co daje nam średnią 2,3 gola na mecz. 9. meczów 3. kolejki, przyciągnęło na stadiony w sumie 18209 widzów, co daje nam średnią 2023 ludzi na mecz.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

A jak Nowa Bukowa – to koncert

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Żodyn się nie spodziewoł – żodyn. Że GKS Katowice na swoim boisku znów zagra bardzo dobry mecz. No dobra, ale żarty na bok. Bo mimo tych serii u siebie czy na wyjeździe – nigdy nie ma gwarancji, że u siebie stracimy w końcu jakieś punkty. Tak samo, jak nie jest przecież pewne, że na wyjeździe przegramy. Każde serie mają swój koniec i może to się wydarzyć w zupełnie dowolnym momencie. Dlatego trzeba było być czujnym przed meczem z Wisłą Płock i w żadnym stopniu nie przypisywać sobie trzech punktów przed pierwszym gwizdkiem tylko dlatego, że tak nakazuje statystyka.

Natomiast nie spodziewałem się, że GieKSa zagra aż tak dobrze. A wcale wynik nie musiał taki być. Bo to Wisła pierwsza w tym meczu zaatakowała i stworzyła sobie kilka bardzo groźnych sytuacji w pierwszych dziesięciu minutach meczu. Warto tu naprawdę zwrócić uwagę na pracę Ilji Szkurina w defensywie. To właśnie Ilja był naszym kluczowym obrońcą w tym momencie meczu, dwukrotnie stając na linii toru lotu piłki zmierzającej w światło bramki. To tylko pokazało coś – co mam wrażenie, że od kilku meczów jest obecne – że Ilja coraz lepiej pracuje na boisku i jak widać, także w destrukcji może być efektywny.

No i Wisła się w tej pierwszej połowie wyszumiała. Potem grała już tylko GieKSa. Pierwszą wisienką była bramka Emana Markovića. Emana, który póki co w tym sezonie nie notował udanych występów. Tutaj popisał się pięknym, precyzyjnym uderzeniem, trafiając w okienko bramki Leszczyńskiego. Ale cała akcja była kapitalna, bo przecież Eman przemieścił się z prawej strony boiska na lewą, rozprowadził tę akcję, a potem z pierwszej piłki pograł z Borją. Wszystko w tej akcji zagrało idealne. Potem Eman już grał bardzo dobrze, tak jakby coś mu się odblokowało. Był szybki, dynamiczny i dochodził do kolejnych sytuacji. Szkoda, że w tej, gdy minął bramkarza, nie podciął piłki i Halind-Sangré zdołał ją wybić.

Rzut karny. Absurdalna historia dla GKS Katowice. Mieliśmy dwie jedenastki na wyjeździe z Puszczą, potem na Rakowie w pierwszym sezonie w ekstraklasie. W poprzednich rozgrywkach w lidze mieliśmy… jedną jedenastkę w meczu z Górnikiem. I dopiero teraz przyszedł rzut karny. To, o cieszy – to że Arek Jędrych tak pewnie ją wykonał, podobnie zresztą jak z Hapoelem. Różnie to z tymi karnymi kapitana w przeszłości było, ale te dwa ostatnie były kliniczne.

Wisła przypuściła atak w drugiej połowie. Płocczanie zaczęli dominować, nabijali stałe fragmenty gry, kotłowało się pod naszym polem karnym, ale nie tak groźnie jak w pierwszej połowie. No i mieli tę sytuację sam na sam Hamulića. I choć piłka być może nie leciała w światło bramki, to Mateusz Kowalczyk nie mógł o tym wiedzieć. Instynktownie pobiegł ratować tę sytuację  i w spektakularny sposób wybił piłkę. Przy czym Kowal rozegrał świetny mecz i można jedynie powiedzieć, że… brakowało go. Brakowało właśnie tej wyrobniczej, twardej pracy w środku pola we wcześniejszych meczach. Tutaj jego praca była nieoceniona i pokazała, że musimy ciągle szukać tego balansu w środku pomiędzy technikami, a ludźmi od czarnej roboty. Bo to oni są podstawą dla technicznych zawodników, nie odwrotnie. Tak jak dobrą drużynę buduje się od tyłu, tak i w środku pola wszystko zaczyna się od neutralizowania ataków przeciwnika.

I wtedy ci artyści mogą grać. Jak Bartosz Nowak, który po ostatnich słabszych występach, wczoraj znów błysnął. Trzy asysty w drugiej połowie to było coś, co pokazuje, że on to ciągle ma. Dośrodkowanie z rzutu rożnego w punkt, a przecież odchodzącą piłkę jest nieco trudniej zagrać. Potem szybka reakcja po podaniu Sekulskiego, minięcie bramkarza i wypatrzenie Ilji w polu karnym. W końcu asysta do Jakuba Kokosińskiego. Znów Bartek zgłosił akces nie wiadomo gdzie, ale nie będę się na ten temat rozpisywał, bo już masa nerwów poszło na jednego trenera, który jest selekcjonerem.

GKS się otrząsnął z tej przewagi Wisły i właśnie swoje kolejne bramki strzelał. Wyszło tak, że Pau Resta miał tylko dołożyć głowę do tej zagranej z rzutu rożnego piłki i Hiszpan zaliczył swoje pierwsze trafienie w GKS. Bardzo cieszy bramka Ilji – i  jak mówimy, że GieKSa u siebie wygrywa, to nie sposób pominąć wkładu Białorusina, bo przecież w każdym z tych czterech meczów strzelił bramkę. I sama jego gra jest po prostu coraz lepsza. Należy mu kibicować, bo możemy mieć mnóstwo radości z jego poczynań.

No i ta kolejna wisienka na torcie. Gdy sędzia Tomasz Kwiatkowski pokazał, że dolicza zaledwie jedną minutę – taki standard „światowych” sędziów przy wysokim wyniku – pomyślałem, że szkoda, że tak krótko. A w końcówce tej jednej minuty, w absolutnie ostatniej akcji meczu młody napastnik strzelił swojego gola i patrząc na szerszy kontekst, to wspaniała sprawa, bo to dołożony kolejny pozytywny punkcik do tego meczu, całej drużyny, psychiki zespołu. Takie rzeczy naprawdę cieszą, tym bardziej, że gola zdobywa wychowanek, co przecież u nas od wielu lat się nie zdarzyło.

Naprawdę dobrą drużynę, jaką jest Wisła Płock, wypunktowaliśmy. To nie był słaby przeciwnik. To GieKSa była po prostu tak skuteczna w swojej grze. Nie dość, że udało się zachować pierwsze czyste kontro w sezonie (bardzo dobra gra Gabriela Kobylaka), to jeszcze strzelaliśmy bramki, a sytuacji było kilka więcej. Ale z tych klarownych większość wykorzystaliśmy.

Ostatnie tak wysokie zwycięstwo GKS odniósł we wspomnianym meczu z Puszczą w Krakowie w 2024 roku. Wówczas pokonaliśmy rywali 6:0. Żeby poszukać ostatniej wygranej w ekstraklasie u siebie pięcioma bramkami, musimy cofnąć się 33 lata wstecz do marca 1993 i pojedynku z Szombierkami, które GKS wygrał też 5:0. Historia dzieje się na naszych oczach.

A Wisła Płock nie lubi Nowej Bukowej, oj nie lubi. Zagrali tu trzeci mecz w ciągu roku i zainkasowali bagaż 10 bramek. Najpierw w Pucharze Polski GKS wygrał 4:2, w lidze w poprzednim sezonie było 1:0, a teraz 5:0. Rafał Leszczyński w meczu pucharowym nie grał, więc zainkasował u nas sześć bramek. To i tak lepiej niż Filip Majchrowicz, który w trzech spotkaniach na Nowej Bukowej przyjął osiem gongów.

Teraz wypada mieć nadzieję, że wajcha w końcu została przestawiona i na wyjeździe GKS zagra przynajmniej w połowie to samo, co u siebie. To już będzie dużo. A zadanie za tydzień wydaje się najtrudniejsze pod kątem wyjazdów, bo jedziemy na wybitnie nieprzyjazny dla siebie teraz, gdzie od ponad 20 lat bramki nie strzeliliśmy i przegraliśmy wszystko. Okazja wydaje się więc idealna, żeby ten schemat zmienić. Mówiłem to przed meczem z Wisłą i mówię teraz – GieKSę stać na wielkie rzeczy. Trzeba po prostu mieć do nich dostęp. U siebie mamy, na wyjeździe póki co nie. Ale liga jest długa.

Trzy wyjazdy, na których będą się kolejne rozdziały historii tego sezonu zapisywać. Myślę, że czekają nas ekscytujące spotkania i GieKSa w końcu w nich zapunktuje na tyle, że wszyscy będziemy zadowoleni.

I wszystkiego najlepszego dla Wasyla, który miał wczoraj urodziny. I dla Bartka Nowaka, który ma jutro. I w sumie dla Matiego Wdowiaka, bo ma za cztery dni. I dla Ilji, bo miał tydzień temu. Spojrzałem sobie na roczniki. Ilja – rocznik ’99. Boże, jacy wy jesteście młodzi… Sto lat Panowie!

Kontynuuj czytanie

Galeria Piłka nożna

Szkurin show w Zabrzu!

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Derby, emocje i bramka na wagę zwycięstwa w samej końcówce! GieKSa po szalonym spotkaniu pokonała Górnika Zabrze 3:2, a wszystkie trzy gole dla zdobył Ilja Szkurin. Zapraszamy do trzeciej galerii, którą przygotował dla Was Marcin.

 

 

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Niezłomność i perełki

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Jak przełamywać niemoce – to właśnie tak. Jak wygrywać po raz pierwszy od pół roku na wyjeździe – to właśnie w taki sposób. Nie wymarzylibyśmy sobie lepszego scenariusza. Choć z drugiej strony… przecież coś podobnego przeżywaliśmy na otwarcie Areny Katowice. Przecież wtedy – nawet minutę później niż Ilja – Filip Szymczak strzelił zwycięskiego gola. W Zabrzu nie lubią liczby sto. Bo to dokładnie w dziesiątej doliczonej minucie nasz super-napastnik zdobył zwycięskiego gola i wprawił w euforię całe Katowice.

Historia i interpretacja pisze się przez strzelone gole. Możemy zaklinać rzeczywistość, ale nie uciekniemy od tego. Oczywiście można zagrać jeden czy dwa lepsze mecze, które się przegra. I można wtedy mówić o tendencji wznoszącej, o optymizmie, o pechu. Jednak jeśli coś powtarza się długo lub wielokrotnie, to raczej tworzy się pewna reguła.

Taką regułą są na przykład drużyny grające ładną, ofensywną piłkę, miłą dla oka, ale ostatecznie dostawającą jednego czy drugiego gonga, który decyduje o niepowodzeniu. Jeszcze za wcześnie, żeby taki wniosek wysuwać, ale prototypem takiego momentu jest dla mnie Wieczysta. Ich naprawdę niezła gra może pójść w dwie strony – albo zaczną w związku z nią punktować, albo będą tymi „wyszumiejącymi” się zawodnikami, którym brakuje pewnej dyscypliny, by osiągnąć korzystny rezultat. Takim przykładem też póki co jest Widzew. W poprzednim sezonie i teraz. Niby cisną, niby mają sytuacje, ba – strzelają sporo goli. Ale co z tych sześciu strzelonych w dwóch ostatnich meczach, gdy dały one ledwie punkt. I dwie przegrane u siebie.

Ta przydługawa dygresja dlatego, bo wynik wczorajszego meczu w oczywisty sposób determinuje patrzenie na to spotkanie. Gdyby utrzymał się wynik 2:1 dla Górnika to oczywiście powiedzielibyśmy, że był to jeden z najlepszych meczów wyjazdowych w ostatnich miesiącach. GieKSa nie pękała, grała swoją piłkę, stworzyła kilka sytuacji. Trudno jednak byłoby nie być znów zirytowanym, gdy ta dobra gra zostałaby zniweczona utratą dwóch goli w dwie minuty. A konkretniej – w 78 sekund! Absurdalna jest to sytuacja, bo przecież w tych 78 sekundach lwia część jest radość piłkarzy, więc czystej gry pozostaje minimum. Od wznowienia gry do utraty drugiego gola minęło około 40 sekund, a przecież jeszcze w tym czasie Chłań miał sytuację.

Przypomniała się Wisła Kraków. Tam co prawda było „dużo” dłużej, bo dwie stracone bramki dzieliło trzy i pół minuty. Ale i tak wszystko przecież tam też odbyło się błyskawicznie. Po utracie dwóch goli nie było czego zbierać i czasu oraz możliwości starczyło tylko na bramkę Bartlewicza. Jeśli w drugim meczu w początkowej fazie sezonu zawalilibyśmy sobie coś w przysłowiowe dwie minuty (uśredniając), to byłoby to coś więcej niż incydent.

Sytuacja zrobiła się piekielnie trudna psychicznie. Grasz na wyjeździe z wicemistrzem Polski i zdobywcą krajowego pucharu. Z drużyną, którą eksperci dokooptowali już do ścisłej czołówki ligi. Która ma za sobą 25 tysięcy kibiców, którzy nic sobie nie robią z niekorzystnego wyniku, tylko ciągle głośno wspierają swój zespół. I w ciągu tych kilku minut – począwszy od sytuacji po rzucie rożnym i zamieszania pod bramką – poziom decybeli systematycznie wzrasta. Podyktowany rzut karny. Gol Kacpra Urbańskiego. „My jesteśmy chłopcy z Zabrza” – wybrzmiewa coraz głośniej, bo jest śpiewane w pobramkowej radości. I z tej radości – w momencie gdy Josema strzela gola na 2:1 – wyłania się już absolutny ryk euforii, ryk, którego dawno nie słyszałem na polskim stadionie. Górnik momentalnie odwrócił losy meczu i dał sobie wszystko, żeby ruszyć z furią dalej.

Sprowadzenie w tym momencie tego meczu do takiego o „letniej” temperaturze było pierwszym zadaniem GieKSy. I tak to odbieram, że właśnie schłodziliśmy to spotkanie, mimo że znaleźliśmy się w fatalnej sytuacji. Oczywiście jakieś tam sytuacje jeszcze były – jak ta, gdy Jarosław Kubicki strzelał, ale ostatecznie – mimo że piłka spadła na poprzeczkę – bardzo dobrze zablokował go Pau Resta. Jednak Górnik nie poszedł za ciosem tak mocno, żeby sobie stworzyć 5-6 kolejnych sytuacji.

Tak więc schłodzenie się powiodło. A potem mieliśmy dwie podwójne zmiany i czas doliczony. Ciekawe, czy kibice Górnika plują sobie w brodę, że zadymili boisko tym zielonym czymś, bo to właśnie w tak mocno doliczonym czasie przez to GieKSa strzeliła dwie bramki.

Trzeba naprawdę docenić upór naszych zawodników. Rozgrywali tę swoją piłeczkę, a gdy była możliwość, zagrywali w pole karne. I to co było wielkim mankamentem w Lublinie, czyli niecelne, kompletnie niecelne dośrodkowania w pole karne – tym razem wykonane porządnie – dały niesamowity efekt. Kapitalne było to podanie Nowaka – choć trudno do dośrodkowanie nazwać, bo było raczej z centralnej części boiska. Ale wykończenie Ilji w tym momencie – majstersztyk. Trzeba naprawdę dobrze ułożyć głowę, żeby przy tak ostrym kącie skontrować piłkę. Pisałem niedawno o meksykańskim piłkarzu Jaredzie Borgettim, który kapitalnie układał głowę do strzału. Pisałem o tym przy okazji gola Mateusza Wdowiaka z Žiliną. Teraz Ilja oddał taki strzał, że Schulze nie miał co zbierać. Trochę to wyglądało, jak gol do pustej bramki – tak było precyzyjne. No a potem geniusz Alana, który dość zabawnie sobie przekładał piłkę na prawą nogę, ale zrobił to tylko po to, by po raz enty już zacentrować idealnie. O to w piłce chodzi – żeby zagrywać idealne zagrania, a napastnicy z tego kapitalnie korzystali. Tu zagrało i jedno i drugie. Oczywiście nie zapominamy o pierwszym golu, bo tam po raz kolejny Bartek Nowak zagrał tak niesamowitą piłkę, która minęła chyba z pięć czy sześć linii zabrzan. Eman co prawda trafił w bramkarza, ale świetnie ustawiony nasz Białorusin pewnie dołożył nogę.

Więc tradycyjnie, jeśli chodzi o Bartka.

Trenerze Urban. Ty wiesz co.

Oprócz wyniku, największym sukcesem tej drużyny jest to, że we wspomnianych niesprzyjających okolicznościach – nie złapała piłkarskiej depresji. Grali swoje, ciągle wierzyli, że mogą przynajmniej najpierw tę jedną bramkę strzelić. Po tym praktycznie nokautującym ciosie Górnika, remis nie byłby wynikiem złym. Wyjechalibyśmy z niedosytem, ale jednak z punktem. A tu nasz zespół strzelił dwa gole i wygrał to spotkanie.

Mieliśmy też w tym meczu trochę pecha i trochę szczęścia. Pecha, bo inaczej nie można nazwać spalonego w postaci pięty Ilji Szkurina w akcji, która zakończyła się golem Erika Jirki. 2:0 do przerwy to byłoby coś. I w erze przed-VARowej taki wynik po pierwszej połowie byśmy mieli. A szczęście? No jednak wydaje mi się, że Arek Jędrych faulował Prekopa na koniec pierwszej połowy, a skoro tak, jeden czy drugi sędzia mógłby rozpatrywać czerwoną kartkę. Wyszło więc na zero.

Nie będę analizował poszczególnych piłkarzy, tym zajmą się trenerzy – jedni zagrali lepiej, jedni trochę mniej, ale jako drużyna było naprawdę dobrze. Chcę tylko jeszcze pochwalić Kowala, bo wykonuje kapitalną robotę w środku boiska. Jak jeszcze zniweluje to dalsze kiwanie się, po okiwaniu dwóch przeciwników – to będzie naprawdę wielki piłkarz. On potrafi tak podziałać z piłką, że pojawia mu się przestrzeń przed nim, ale nie zawsze potrafi to dalej wykorzystać otwierającym podaniem. Ale na to przyjdzie czas. Od powrotu Mateusza na boisko, nasz środek zdecydowanie się ustabilizował.

Tym samym kończymy tę nieciekawą serię wyjazdów bez wygranej. W końcu więc na jakiś czas nie będziemy musieli na to psioczyć. GieKSa odniosła spektakularne zwycięstwo, bez dwóch zdań.

Dodatkowo przełamaliśmy to nieszczęsne Zabrze. Pamiętam to ostatnie zwycięstwo, bo byłem na tym meczu w 2003 roku, kiedy to również strzeliliśmy trzy bramki, a bohaterem był Marcin Bojarski. Pamiętam, jak rok później swoją pierwszą bramkę w GKS zdobył w deszczu przy Roosevelta Dawid Plizga, ale w doliczonym czasie gry gospodarze wyrównali. A potem mieliśmy już same wtopy i przez wiele lat nie potrafiliśmy strzelić tam bramki.

W końcu GKS wygrał też na wyjeździe przy bardzo dużej publiczności. Po awansie do ekstraklasy na tych większych stadionach dostawaliśmy w czapkę. W końcu potem wygraliśmy we Wrocławiu przy 21 tysiącach widzów. Wczoraj na meczu było ponad 27 tysięcy ludzi i również w tym aspekcie nastąpiło przełamanie.

W rundzie wiosennej mieliśmy bardzo dużo meczów, w których traciliśmy prowadzenie. Gdynia, utrata dwubramkowej przewagi z Rakowem, trzykrotnie z Lechem, także z Koroną czy Jagiellonią. W obecnym sezonie co prawda też nam się to zdarzyło z Žiliną, ale za to mecz z Górnikiem jest trzecim, w którym GKS w pewnym momencie przegrywa, a ostatecznie odnosi zwycięstwo. Tak było wcześniej z Radomiakiem i Hapoelem. To się naprawdę ceni.

No i w końcu nie straciliśmy walorów z Nowej Bukowej. Co prawda trener przyznał na konferencji, że trochę zmienili sposób gty bez piłki – rozumiem, że jest to cofnięcie się niżej. Jest to trochę ryzykowna taktyka, bo wiemy, że jak przeciwnik nas przygniecie to mamy duże problemy. Ale jeżeli nie ma zmasowanego ataku, to Katowiczanie dobrze radzą sobie w destrukcji. Przede wszystkim jednak w ofensywie dołożyliśmy ten animusz, który znamy z meczów u siebie. Akcja na 1:0 to właśnie było to, precyzja, energia i szybkość Emana, ale polecam zwrócić uwagę, jak Ilja poszedł do tej akcji. To było świetne.

W ogóle Ilja to nam wyrasta na ulubieńca katowickiej publiczności. Wygląda na to, że zawodnik poczuł ten projekt GKS Katowice, w zakresie nie tylko wykańczania akcji, ale też pracy w środku boiska. Ostatnio ta praca jest bardzo widoczna, robi kawał dobrej roboty w środku pola. A skoro tak, to sam daje kolegom okazję do tego, by potem odwdzięczyli mu się jakimś jednym czy drugim kapitalnym podaniem. Tak – powtórzę to, co pisałem już kilka razy – niech Katowice będą dla Ilji jego miejscem na piłkarskiej Ziemi.

Cieszymy się i prosimy o jeszcze. Przed nami dwa kolejne wyjazdy i trudne spotkania. Nikt nie wymaga kompletu punktów, choć byłoby to wspaniałe. Ale niech GieKSa utrzyma ten vibe z wczorajszego spotkania, a to automatycznie zwiększy prawdopodobieństwo zdobyczy punktowych.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga