Piłka nożna
Podsumowanie 3. kolejki
Zdecydowanie ciekawszy przebieg miała 3. kolejka 1. ligi, niż ta środowa. Przede wszystkim, na każdym stadionie kibice oglądali bramki, a to w futbolu przecież najważniejsze. Ciekawostką jest fakt, że tylko jedno spotkanie zakończyło się wygraną gospodarzy, w dodatku wydarzenie to miało miejsce, w meczu kończącym tę serię gier. Na stadiony przyszło więcej kibiców niż w środę, a zachęcała do tego chociażby słoneczna pogoda, którą obdarzona została praktycznie cała Polska. Świetny początek ligi zalicza Flota, która z kompletem punktów i bez straty gola przewodzi ligowej tabeli, przebudziła się Nieciecza i Zawisza, a fatalnie wystartowała Bogdanka. Zapraszamy do zapoznania się z krótkim podsumowaniem, wszystkich meczów 3. kolejki 1. ligi.
Okocimski KS Brzesko – Kolejarz Stróże 1:1
Dość nudny przebieg miał mecz w Brzesku, w którym bramkowych sytuacji było jak na lekarstwo. Przewagę z początku mieli goście, jednak z każdą minutą Okocimski lepiej kontrolował grę. Pierwsza połowa, dużo gorsza niż druga. W drugiej odsłonie, znów zaczęli śmielej goście i dzięki temu w 53. minucie Maciej Kowalczyk wyprowadził podopiecznych trenera Cecherza na prowadzenie. W 83. minucie Gryźlak za drugą żółtą kartkę, wyleciał z boiska i goście kończyli w osłabieniu. Okocimski znów pokazał, że warto grać do końca i tak oto w 89. minucie Paweł Pyciak mocnym strzałem zza pola karnego, doprowadził do wyrównania. Widzów: 1000
GKS KATOWICE – Cracovia Kraków 1:1
Szeroki opis wydarzeń z tego spotkania, znajdziecie w innym miejscu na naszej stronie. Widzów: 2500
Sandecja Nowy Sącz – Flota Świnoujście 0:2
Mimo dobrej gry w pierwszych trzech kwadransach zespołu gospodarzy, do szatni z jednobramkowym prowadzeniem schodzili przyjezdni. Po dośrodkowaniu z kornera, piłkę głową do siatki wbił Olszar w 44. minucie meczu. Druga połowa, miała identyczny przebieg. Aktywna i atakująca Sandecja, oraz tylko jeden gol, gol na 2:0 Arifovica w 65. minucie. W zespole gospodarzy szaleli Wiśniewski i Makuch, jednak ich strzały albo minimalnie były niecelne, albo znakomicie interweniował będący w świetnej formie, Grzegorz Kasprzik. Flota znów wygrywa, natomiast „Sączersi” bez punktu i gola u siebie. Widzów: 2500
Dolcan Ząbki – ŁKS Łódź 1:1
Miejscowi byli z pewnością typowani na zwycięzców w tym pojedynku, jednak zadowolić muszą się tylko jednym punktem. Zawodnicy trenera Podolińskiego zapomnieli bowiem ,że mecz piłki nożnej trwa 90 minut i dzieli się na dwie połowy. Gracze spod warszawskich Ząbek, dobrze zagrali tylko do przerwy. Dolcan atakował, a łodzianie nie mieli pomysłu na grę. Taki obraz pierwszej połowy, przyniósł gola Macieja Tataja, który głową wpakował futbolówkę, do bramki Wyparły w 20. minucie spotkania. Mimo kolejnych okazji, więcej bramek nie padło w pierwszej odsłonie. Po gwizdu arbitra, oznajmiającym początek drugiej odsłony, inicjatywę przejęli goście. Dolcan został chyba w szatni. Determinacja ŁKS-u przyniosła skutki w 68. minucie, kiedy to gola zdobył Jakub Więzik, po dośrodkowaniu z rzutu rożnego Kaczmarka. Dolcan na chwilę się obudził i stworzył sobie, jeszcze jedną dogodną okazję, w 79. minucie z zamieszania w polu karnym, obronną ręką wyszli przyjezdni. W 88. minucie zawodnik gospodarzy niezadowolony z wyniku, postanowił wyżyć się na rywalu, brutalny faul Grzegorza Piesio i czerwona kartka. Gospodarze kończyli w „10”, wynik już się jednak nie zmienił. Dolcan tylko zremisował, ale pamiętajmy, że podopieczni trenera Podolińskiego nie zaznali jeszcze smaku porażki. Cenny punkt dla ŁKS-u. Widzów: 900
Miedź Legnica – Zawisza Bydgoszcz 1:2
Mecz toczył się w potwornym upale i duchocie. Mimo, to pierwsza połowa stała na wysokim poziomie. Była to swoista wymiana ciosów, jednak im dalej w mecz, tym bardziej było widać postępujące u piłkarzy zmęczenie. Wszystkie bramki w Legnicy padły w pierwszych 22 minutach spotkania. Już w 5, Paweł Abbot płaskim strzałem w długi róg, wyprowadził „niebiesko-czarnych” na prowadzenie. W 13. minucie za zagranie w polu karnym ręką przez Klepacza, sędzia podyktował karnego dla „Miedzianki”. Pewnym strzałem z wapna popisał się Grzegorzewski i był znów remis. 9 minut później o losach meczu przesądził drugim trafieniem Abbot, który wbił piłkę do bramki, po niepewnej interwencji Aleksandra Ptaka. Początek drugiej odsłony, to przewaga Zawiszy, jednak z każdą minutą częściej do głosu dochodzili, pragnący wyrównać gospodarze. Ostatecznie mecz zakończył się zwycięstwem zawodników, prowadzonych przez Jurija Szatałowa. Miedź przegrywa drugi mecz z rzędu. Widzów: 4500
GKS Tychy – LKS Nieciecza 0:3
Tradycyjnie już nudny mecz z udziałem Tyszan. Mało sytuacji w pierwszej połowie, choć dla jednych i drugich to bardzo ważny mecz. Bardzo solidna gra w destrukcji obu zespołów, które przed wszystkim starały się nie stracić gola. Ta sztuka nie udała się GKS-owi, gdyż Jakub Biskup w 44. minucie pokonał Misztala i Nieciecza na przerwę schodziła prowadząc. Widać, że taka sytuacja bardzo zmotywowała zawodników Kazimierza Moskala, którzy już w pierwszej akcji drugiej połowy, zdobyli gola na 2:0. Bramkę strzelił Szymon Sobczak. Tychy bez większego pomysłu na doprowadzenie do remisu, cały czas osamotniony z przodu był Dawid Jarka, kryty przez dwóch graczy LKS-u. Troszkę ożywienia wniósł w szeregi Tyszan Krzysztof Bizacki, jednak goście umiejętnie kontrolowali grę. Arbiter tego meczu, podobnie jak w było w Legnicy, kilka razy przerwał grę, pozwalając zawodnikom uzupełnić płyny. Upał dał się we znaki dziś w wielu miejscach Polski. W 83. minucie Bizacki trafił w słupek, jednak od tego momentu to Nieciecza rzuciła się do ataku. Przyniosło to efekt bramkowy w 88. minucie, na 3: 0 strzelił Piotr Ceglarz. Tychy wciąż bez wygranej, a Nieciecza zrehabilitowała się za porażkę z Sandecją. Widzów: 300
Polonia Bytom – Olimpia Grudziądz 1:2
Polonistów w pierwszej połowie stać było na dwa groźne ataki, goście mieli więcej do powiedzenia i byli stroną przeważającą. Najdogodniejszą okazję do zdobycia gola, zmarnował w doliczonym już czasie pierwszej połowy, zawodnik gości Piotr Ruszkul. Jego strzał głową, minimalnie minął bramkę Miki. W przerwie, na boisku pojawił się legendarny piłkarz, trener i działacz Polonii Walter Winkler. Otrzymał on czek, na 10 tysięcy złotych, na nową protezę. Pieniądze zebrali fani Polonii, za co szacunek. Druga połowa, to ataki Olimpii i dwie świetne interwencje Miki. Pomiędzy akcjami gości, swoją szansę mieli też gospodarze, jednak bramkarz Olimpii stanął na wysokości zadania. Zasłużony gol dla podopiecznych trenera Asensyego, padł w końcu, w 61. minucie, wtedy to, Adrian Cieśliński wykorzystał dobre dogranie Grischoka. Polonia bez animuszu, coś próbuje zmontować, tymczasem gospodarzy w 80. minucie pogrąża Ruszkul. 2:0 dla gości, po zabójczym kontrataku. Do końca nie wiele ciekawego na murawie i to mimo kontaktowej bramce Walesy w 89. minucie. Polonia przegrała 2 na 2 mecze, zaś Olimpia wykonała zadanie, jakie stawiano przed nią w tym spotkaniu. Widzów: 1000
Stomil Olsztyn – Warta Poznań 0:2
Do 3 razy sztuka! Warta w swoim 3 wyjeździe tego sezonu w końcu wygrała. Pierwsza odsłona tego meczu nie zachwyciła, wprawdzie obie ekipy miały swoje szanse, ale daleko im było do perfekcji. Pod koniec przewagę objęli gospodarze. Druga połówka słaba w wykonaniu Stomilu, a Warciarze wykorzystując głównie swoje doświadczenie, wypunktowali Olsztynian. Bramki zdobyli w 49. minucie Bartłomiej Pawłowski i w 54. Wojciech Trochim. Stomil poległ po raz drugi, natomiast Warcie, do kolekcji brakowało tylko wygranej. Teraz piłkarze Czesława Owczarka, mogą złapać wiatr w żagle, bo drużyną są ciekawą. Stomil znów przegrał u siebie. Widzów: 2000
Arka Gdynia – Bogdanka Łęczna 2:0
Jedyni zwycięzcy gospodarze, to piłkarze Arki. Długo się jednak na to nie zapowiadało, bowiem pierwsza połowa naprawdę nie zachwyciła. Zero 100% okazji, a w ogóle mało akcji strzeleckich. Druga połowa, to absolutna dominacja Arki Gdynia i zasłużone 3 punkty. W 63. minucie bramkę zdobył Radosław Pruchnik, który wykorzystał dobrze wykonany rzut wolny przez Marcina Radzewicza. Stadiony świata w 68. minucie! Dwójkowa akcja gospodarzy, Szwoch – Da Silva, to kilka świetnie wymienionych podań i bramka Da Silvy piętą z 11 metrów! Cudny gol i euforia na trybunach. Arka pauzowała w poprzedniej kolejce, jednak teraz znów wygrywa u siebie i znów do zera. Łęczna z zerowym dorobkiem, zamyka ligową tabelę, co trzeba przyznać jest sporą niespodzianką. Oby podopieczni Piotra Rzepki nie przełamali się za tydzień, bo jak wiemy podejmować będą naszą GieKSę. Widzów: 5509
Upał towarzyszył 3. kolejce ligowych zmagań na zapleczu ekstraklasy. Na wielu stadionach, głównie w niedzielę, arbitrzy zarządzali trwające 2-3 minuty przerwy na uzupełnienie płynów. Liderem pozostaje Flota, która wygrywa na razie wszystko jak leci, podopieczni trenera Dominika Nowaka wyprzedzają w tabeli Zawiszę i Arkę. W tej serii gier padło 21 bramek, co daje nam średnią 2,3 gola na mecz. 9. meczów 3. kolejki, przyciągnęło na stadiony w sumie 18209 widzów, co daje nam średnią 2023 ludzi na mecz.
Piłka nożna
Górnik Łęczna – GKS Katowice 1:0
27.10.2026 Łęczna
Górnik Łęczna – GKS Katowice 1:0
Bramki: Tkacz (32)
Górnik: Wilk – Turek, Radkowski (38. Kobryń), Kruk, Rogala (69. Quainoo), Tkacz (81. Deja), Walski, Myszkor, Akhmedov, Janaszek (69. Niewiarowski), Antkowiak (81. Korbecki)
GKS: Kikolski – Jirka (57. Galan), Olsen (57. Czerwiński), Jędrych, Klemenz, Wdowiak, Milewski, Wolski (75. Kowalczyk), Nowak, Wędrychowski (57. Bartlewicz), Szkurin (75. Kokosiński)
Ż.kartki: Myszor – Bartlewicz
Cz.kartki:
Sędzia: Paweł Malec (Łódź)
Widzów: 1333
Felietony Piłka nożna
Post scriptum do Kielc i Łęcznej
Trudno wracać myślami do dwóch ostatnich pojedynków. Wiemy, jak zagrała GieKSa i jakie wyniki osiągnęła. Nie może jednak zabraknąć tradycyjnego post scriptum. Tym razem łączonego, bo na wyjazd wybrałem się kilkudniowy. Na pierwszy mecz do Kielc dojechał Misiek, a drugi do Łęcznej – Misiek i Kazik.
1. Moja podróż rozpoczęła się już w piątek od… śniadania w Katowicach. Wiadomo, że trzeba się solidnie posilić. Tak więc z Katowic ruszyłem około godziny 12.00.
2. Droga przebiegła sprawnie i po niecałych trzech godzinach zameldowałem się w Hotelu pod Jaskółką nieopodal Kielc, w jednym z Tumlinów. Znałem to miejsce z opowieści, gdyż zatrzymują się tu czasem wędrowcy Głównego Szlaku Świętokrzyskiego.
3. Sam przemierzałem ten szlak dwa lata temu w majówkę. Wówczas po skończonym etapie w Miedzianej Górze autobusem podjechałem do hotelu Grafit. Jak się okazało, zarówno w poprzednim sezonie, jak i teraz, była to baza noclegowa drużyny.
4. Miejscówka nad zalewem Umer, robiła miłe wrażenie. Hotel to chyba jakiś rodzinny, bo w „barze” przesiadywała rodzinka gospodarzy.
5. Z okien można było podziwiać sympatyczne alpaki. Ogólnie sielanka. To był piątek, więc jeszcze nie byłem skażony przykrymi emocjami sportowymi.
6. Zaczynała się kolejka. Czas więc był śledzić poczynania ligowych rywali. Derby Lublina, czyli Motor grał z Zagłębiem. Na początku oglądałem na laptopie, ale pan chyba dziadek zaproponował, że włączy telewizor. Co uczynił.
7. W międzyczasie obiad. Befsztyk po królewsku, z cebulką, jajkiem sadzonym, frytkami i kapustą zasmażaną. Coś pięknego. Tak mi zasmakowało, że potem podczas pobytu wziąłem to jeszcze dwa razy. Na doprawienie się był krem z pieczarek z groszkiem ptysiowym.
8. Wieczorem Widzew – Górnik i kolejny brak wygranej naszego najbliższego rywala. Do tego wykartkował się Fornal, Świder chyba odniósł jakąś kontuzję. Zobaczymy.
9. No i nadeszła sobota. Śniadanie było sowite – z jajecznicą z wkładką. I tu trzeba było zdobyć kalorię, które będą spalane podczas meczu.
10. Niestety nie dostałem miejsca parkingowego, więc musiałem szukać w okolicach stadionu. Wiedziałem, że są ogólnodostępne parkingi i myślałem, że będąc niemal dwie godziny przed meczem nie będzie problemu. Nie wziąłem pod uwagę, że to ostatni weekend przed Wszystkich Świętych. Na parkingach były dzikie tłumy.
11. Musiałem kluczyć i szukać ponad pół godziny. Ostatecznie zaparkowałem na ulicy niedaleko stadionu, pod cmentarzem, na jakiejś trawie.
12. Czirliderki – podobnie jak ostatnio – miały swoją rozgrzewkę na bocznym boisku. A ja zacząłem kierować się do obiektu.
13. Akredytację odebrałem, trzeba było też sprawdzić, czy w sklepiku jest proporczyk. W poprzednim sezonie go zabrakło. Tym razem udało się – był w asortymencie, więc moja na razie niewielka kolekcja została powiększona.
14. Na stadionie byłem nieco ponad godzinę przed meczem. Ciekawe, że tym razem dojście do prasówki było z drugiej strony niż ostatnio. Ale wyjątkowo ochroniarz przepuścił mnie przez catering dla VIP-ów. Nic nie zachachmęciłem.
15. W dojściu do sektora prasowego, można było odnieść wrażenie, że zaraz się wejdzie do Lewiatana, bo taka reklama jest na stadionie, a wygląda dosłownie, jak szyld sklepu.
16. Czirliderki już oficjalnie wystąpiły, Marek Grechuta zaśpiewał i mogliśmy zacząć grać.
17. U gości wystąpił Pau Resta, były zawodnik Korony. Kibice gospodarzy chyba nie narzekali, bo to Hiszpan dał się nawinąć Menie, który strzelił zwycięską bramkę.
18. Camilo Mena to z jednej strony człowiek mocno zamieszany w awans GKS do ekstraklasy, ale też już w tej ekstraklasie całkiem konkretnie nas tępi. Raz już trafił jako zawodnik Lechii w meczu z GKS, a teraz jako piłkarz Korony.
19. Po meczu konferencja, na której było wyjątkowo dużo dziennikarzy. Każdy chciał zobaczyć debiut Roberta Kolendowicza. Ogólnie sama sala ciekawa, ciemna, ciepła, dość kameralna i schludna.
20. Rozczarowany wróciłem do auta i wróciłem na miejscówkę.
21. Niedziela upłynęła pod znakiem odpoczynku i ekstraklasy oraz oczywiście El Clasico. W tym polskim Lech wygrał na wyjeździe z Legią, a hiszpańskim Real pokonał Barcelonę.
22. Ale przynajmniej mogłem ukoić nerwy w towarzystwie alpak. Zawsze to coś, gdy nie ma wyników.
23. W poniedziałek przemieściłem się do Łęcznej. Trzy godziny drogi, trochę zadupiami. Ale jeszcze za widna byłem na Lubelszczyźnie.
24. Jeszcze udałem się na oddalony o kilometr od mojej miejscówki stadion Górnika, by zrobić nagrywkę i cyknąć parę zdjęć. Ku mojej uciesze stadion był otwarty, więc wszedłem i sobie połaziłem dookoła. Nieniepokojony przez nikogo.
25. Wieczorkiem w sushi/pizzerii pyszna picka. I jesienna herbata. Ogólnie Łęczna jest całkiem przyjemnym małym miastem. Są knajpy, sklepy, kebab, mak. Są też stosunkowo tanie noclegi. Bardzo przyjemnie.
26. Rano śniadanie i na tym skończyły się przyjemności i dobry nastrój. To znaczy jeszcze przez jakiś czas było okej, ale w pewnym momencie zaczęło się robić źle – dokładnie w momencie, jak piłkarze wyszli na boisko.
27. Na stadionie Górnika Łęczna byłem wcześniej sześć razy, ale pięć z tych meczów było przegranych. Jedynie raz GieKSa potrafiła tam wygrać, gdy w końcówce trzy razy strzeliliśmy bramkę.
28. Co ciekawe akredytacja była w formie on line. Nie dostałem plakietki, musiałem się zalogować do systemu biletowego i spoko – tam akredytacja czekała.
29. Ale musiałem czekać aż przyniosą skaner do skanowania. Na szczęśćie może trzy minuty i wszystko było załatwione.
30. Warunki do pracy przyzwoite. Prąd i widoczność spoko. Na stadion schodziły się dzieciaki ze szkół, trzeba było jakoś zbudować frekwencję. Młyn był niewielkie, kibice GKS, cali na żółto, jak zwykle dali radę.
31. Nie zabrakło pozdrowień dla Grzegorza Rogali, kibice GKS pamiętają, że ten zawodnik dał dużo naszej drużynie w drugiej i pierwszej lidze. Teraz broni barw Łęcznej.
32. Luboń, Zdzieszowice, Skierniewice, Garbarnia Kraków, Chrobry u siebie, Tarnobrzeg… To niektóre z kompromitacji, jakie GieKSa zaliczyła w Pucharze Polski w ostatnich kilkunastu latach. Teraz dołożyliśmy do tego drugoligową Łęczną. Fajny był ten puchar w poprzednim sezonie, ale wychodzi na to, że absolutnie nie są to nasze rozgrywki.
33. Po meczu zadałem trochę pytań na konferencji trenerowi, ale byłem tak rozemocjonowany, że zapomniałem włączyć nagrywanie. Z pomocą przyszli chłopacy z oficjalnej, którzy wspomogli mnie nagraniem audio. Wielkie dzięki!
34. Zadałem też pytanie asystentowi trenera gospodarzy, takiemu o aparycji Michaela Ameyawa, na co kładli nacisk i w czym widzieli szansę. To powiedział, że w tym, że obrońcy GKS są wysocy, ale mało zwrotni. Żodyn się nie spodziewał.
35. Wróciłem do auta, które miałem pod miejscówką noclegową, z kilometr od stadionu. I ruszyłem w drogę powrotną. O godzinie 22:00 byłem w domu.
Felietony Piłka nożna
Od razu humor lepszy
Wygrać z Widzewem to zawsze coś pięknego. W mojej próżności kibicowskiej co jakiś czas pojawia się jakaś drużyna, z której niepowodzeń cieszę się szczególnie. Nie chce mi się udawać tutaj jakiejś wielkiej klasy i kreować się na nie wiadomo kogo. Jako ludzkość tak mamy w swojej specyfice, że tzw. schadenfraude istnieje i jedyne, co z tym ktoś może zrobić – i wiele ludzi robi – to po prostu mydli oczy całemu światu kreując się właśnie na kogoś innego. Oczywiście zawsze lepszego, niż jest w rzeczywistości. Kibicowanie jest stosunkowo bezpiecznym miejscem, żeby realizować swoje różne ciemne uczucia. Wszelkie antagonizmy, szowinizmy to danie upustu swoim historiom i nieraz może być grubo i gorąco. Problem pojawia się, kiedy ktoś to zaczyna traktować śmiertelnie poważnie. I wiemy, że oczywiście takie osoby są. Futbol to zabawa, choć poważna. Najbardziej poważna z niepoważnych rzeczy tego świata.
Te moje radości z niepowodzeń innych nie są jednak zawsze typowe dla kibica GKS. Na przykład niespecjalnie mnie cieszą porażki czy niepowodzenia Ruchu Chorzów. Mam kompletnie do tego neutralny stosunek. No może na jakiś minimalny minusik. Ale jeśli awansowaliby do ekstraklasy i mielibyśmy się z nimi mierzyć – nie martwiłbym się z tego powodu. Może też dlatego, że nie sądzę, by awansowali.
Po pamiętnych „brudnych pazurach” takim klubem była też dla mnie Arka Gdynia. Więc fajnie było, jak po porażce z nami w barażu nie awansowali do ekstraklasy, no i szkoda, że później awans nastąpił. Ale „karencja” w moich emocjach się zakończyła i w trakcie sezonu wrócił neutralny stosunek do gdynian. Nie cieszyłem się z ich spadku jakoś szczególnie. Podobnie było z Wisłą Kraków, ale teraz widząc jak ten zespół dobrze gra i jest bardzo sensownie prowadzony – również nie mam specjalnie negatywnych odczuć. I czeka nas trudne zadanie w grudniu.
Widzew to sytuacja szczególna. Poziom zadufania łódzkich kibiców, tzw. fanbazy i przeświadczenie o swojej wielkości jest (a w zasadzie chwilowo: był) tak wielki, że po prostu miło się patrzy na to systematyczne sprowadzanie na ziemię. GieKSa w Łodzi przegrała w dwóch poprzednich sezonach i ileż to ja tam się nasłuchałem o tym, jak to Widzew zaraz zaatakuje puchary, a wręcz się będzie włączał do walki o mistrzostwo. Wydawało się, że po zwycięstwie z GKS są już dosłownie o krok od Ligi Mistrzów. Uzasadniać to miały oczywiście wielkie pieniądze i wspaniałe transfery. No bo przecież ściąganie takich piłkarzy jak Mariusz Fornalczyk, który brylował w Koronie czy Sebastian Bergier, artystów pokroju Kornviga czy Leragera, a jakiś czas temu reprezentantów – Drągowskiego, Wiśniewskiego czy Świderskiego pokazywało, że w Łodzi tworzy się prawdziwy dream team. Niestety – jak się okazało – był to tylko wet dream.
(Boże, jak ja nie lubię tego określenia, ale tu mi pasuje do gry słów).
Dlatego to zderzanie się z rzeczywistością łódzkiego klubu jest miłe dla oka. Po prostu jak ktoś cwaniakuje i uważa się za lepszego od innych i że z urzędu mu się wszystko ułoży jak w bajce, to potem przychodzi proza życia, ciężka harówa i to, że jak mawiał klasyk „nazwiska w piłce nie grają”. Pieniądze też. I w życiu również nie grają pozory. Mogą one na chwilę zaciemnić obraz, ale zawsze na końcu wybiją się po prostu prawdziwe, merytoryczne wartości.
Oczywiście obecnie te opinie są biegunowo inne, bo przecież kibice Widzewa widzą, co się dzieje. Jedno zwycięstwo w trzynastu meczach, często dość kuriozalne tracenie punktów, ich straty w końcówkach meczów (zarówno w poprzednim sezonie, jak i teraz) sprawiają, że Łodzianie znów kręcą się w okolicach strefy spadkowej. Ich szczęściem jest to, że raczej remisują niż przegrywają i te ciułane punkciki ostatecznie jednak dużo dają w kwestii pałętania się w ogonie tabeli.
Tak więc sumarycznie, jeśli ktoś uzna to moje podejście za małostkowe, proszę bardzo. Jest takie.
Oczywiście to mniej istotny aspekt sobotniego meczu. Ważniejszym miało być po prostu zwycięstwo GieKSy. Po ostatnich porażkach potrzebowaliśmy trzech punktów jak tlenu – nie tylko do tabeli, ale także dla morale zespołu i kibiców.
Przyjechał Widzew, który – no właśnie – to co napisałem o zderzaniu się z rzeczywistością to jeden aspekt. Drugim jest to, że jednak ta jedna wygrana w sezonie to też jest pewna anomalia jak na tę kadrę. Widzew nie jest przecież aż tak słaby, żeby wygrać zaledwie raz na dwanaście (stan przed meczem z GKS). Widziałem wszystkie mecze RTS w tym sezonie, oprócz tego z pierwszej kolejki z Motorem. Fakt, że Łodzianie większość meczów zremisowali też nie bierze się z niczego. Dodatkowo potrafili mieć sporo dobrych momentów w tych meczach. Ze Śląskiem grając praktycznie cały pojedynek w dziesiątkę strzelili na wyjeździe trzy bramki i byli bliscy zwycięstwa. Z Lechem toczyli bardzo wyrównany bój i klops Drągowskiego zadecydował o porażce. Zagrali bardzo dobry mecz na Legii. Ostatni u siebie z Górnikiem też był niezły.
Więc Widzew to też nie są żadne ogóry. Uważam, że stać ich na normalny środek tabeli, a może nawet minimalnie górną połówkę.
I to też goście pokazali w Katowicach. Dla GieKSy był to mecz piekielnie trudny. Nasz zespół miał pewien problem z wejściem w to spotkanie, gra była w pierwszej połowie jakaś niemrawa, nie stwarzaliśmy zagrożenia pod bramką rywala. Widzew był aktywny, potrafił wyjść spod pressingu, dobrze rozprowadzali piłkę po bokach czy prostopadle. Do tego byli dynamiczni. Ewidentnie brakowało im jakości w wykończeniu, więc po ananasach typu Akere czy Bukari, teraz kibice z Łodzi muszą patrzeć na wyczyny niejakiego Biuka.
Mieliśmy trochę szczęścia. Znów – jak ostatnio w każdym meczu – Pau Resta miał momenty nieogarnięcia i rywal stwarzał zagrożenie. Przeciwnik był jednak mocno nieskuteczny, na posterunku był też Gabriel Kobylak, który jednak trzeba powiedzieć, że jest naprawdę pewnym punktem drużyny.
Na szczęście w pewnym momencie zaczęliśmy atakować śmielej. Była ta centra z wolnego Nowaka na głowę Galana i słupek, a zaraz potem Ilja strzelał prosto w bramkarza. No i wisienka – nomen omen – pierwszej połowy, czyli kapitalna akcja bramkowa. Kacper Łukasiak zapatrzył się chyba na Bartka z Zabrza, bo zagrał na Ilję Szkurina bardzo podobną piłkę. Tym razem nasz napastnik jednak nogą, a nie głową – wyprzedził Drągowskiego i wystawił Nowakowi do pustej bramki, a nasz najlepszy zawodnik tylko dołożył nogę. Wykorzystaliśmy włoską wiedzę Przemysława Wiśniewskiego, bo jak mawia legenda, w Italii uczono go, by w takiej sytuacji stać jak słup soli i podziwiać kunszt Pana Bartosza Nowaka.
Prowadziliśmy do przerwy, choć wcale prowadzić nie musieliśmy. Dlatego ten wynik był tak bardzo cenny.
Na początku drugiej połowy, również wybronił nas strażnik Gabriel, bo niestety dalej nie ustrzegaliśmy się błędów w defensywie. Na szczęście ofensywa robiła show. Tak jak pisałem po Koronie, brakuje nam często tych soczystych dośrodkowań w pole karne. Tym razem Mateusz Kowalczyk – ponawiając atak – z powietrza kopnął piłkę na tyle mocno, że dał szansę przejścia futbolówce przez większość piłkarzy. Ta trafiła do Bartka, a ten już wiedział, co z nią zrobić. Przy wydatnej pomocy Papanikolaou piłka wpadła do bramki, a gdyby wzrok mógł zabijać, to Drągowski byłby istnym Bazyliszkiem dla Greka. Po chwili kolejną kapitalną akcję rozpoczął Nowak, Sebastian Milewski piętą odegrał do Szkurina, Ilja dwukrotnie strzelał i w zamieszaniu podbramkowym Bartek na spółkę z Kapuadim wepchnęli piłkę do siatki.
Dodam tylko jeszcze w kwestii tego dośrodkowania Kowala. Jak pisałem niedawno, jest trochę irytujące, jak Marcin Wasielewski nie decyduje się na centrę tylko ciągle szuka jakiegoś kolegi z tyłu, najczęściej Alana Czerwińskiego. Tymczasem jak Marcin już się na to dośrodkowanie zdecyduje, to wychodzą naprawdę niezłe kopnięcia. I tak było w końcówce, gdy zacentrował na głowę Szkurina. Więc zachęcałbym do większej ilości takich prób, bo jestem przekonany, że zaraz ten zawodnik może mieć asystę.
Wyniku 3:0 nie spodziewaliśmy się w najśmielszych snach, a już tym bardziej przy niezłej do tej pory przecież postawie Widzewa. Mecz układał się kapitalnie.
Niestety znów dopadł nas meltdown. Sytuacja po rzucie rożnym – cóż, zdarza się. Choć jak przyglądam się powtórkom to myślę, że Kapuadi zawiesił się na Klemenzie i można by było tę sytuację rozpatrywać. VAR jednak nie za bardzo drgnął w tej sytuacji. No a potem mieliśmy kolejny błąd Resty, czyli niekontrolowane dość odbicie głową piłki, która trafiła pod nogi Świderskiego. Fakt, że ulubieniec Jana Urbana zachował się w tej sytuacji jak rasowy snajper i strzelił kapitalnie.
Znaleźliśmy się w piekielnie ciężkim położeniu. Niby GKS Katowice nadal prowadził, ale z dużego spokoju zrobiła się nerwówka. A Widzew zyskał (miał zyskać) wiatr w żagle, wiadomo, że taki moment wpływa na psychikę bardzo dobrze. I obawiałem się, że Łodzianie z animuszem na nas ruszą, a w związku z naszymi błędami w obronie będziemy oglądać niesłychaną remontadę skutkującą utratą być może nie tylko zwycięstwa, ale nawet wszystkich punktów.
I za ten fragment do końca meczu należy się naszym zawodnikom duża pochwała. Nie spanikowali, utrzymali chłodną głowę i nie dopuszczali rywala do groźnych sytuacji strzałowych. Uważam, że od utraty drugiej bramki do końca meczu, czyli przez ok. 20 minut, to był najlepszy defensywnie moment tego meczu. A sama końcówka, czyli trzymanie piłki daleko od własnego pola karnego, to przytrzymywanie Ilji było klasowe. Widzewiacy mogli tylko krzyczeć i machać rękami, łapiąc jedną kartkę za drugą. Katowiczanie w końcówce doprowadzili gości do całkiem konkretnej frustracji. Bardzo dobrze rozegrane i można powiedzieć, że wyrównali te swoje błędy świetną grą na koniec.
Cieszy to, że znów byliśmy bardzo skuteczni z przodu. No i właśnie – dwa gole strzeliliśmy po grze bardziej bezpośredniej i prostej. Trzecia to już było rozklepanie obrony rywala. Dobrze by było, żeby te nasze działania było różnorodne, bo tak naprawdę przeciwnik zawsze będzie z tego tytułu miał więcej problemów.
O Bartku Nowaku nie ma co się rozpisywać, bo znów udowodnił, że jest wybitny.
Mamy ciągle nad czym pracować. Znów straciliśmy bramkę, znów gubiliśmy się w obronie, oprócz tej końcówki. Gdyby Widzew był bardziej ogarnięty i skuteczny, mógł w pierwszej połowie spokojnie prowadzić w tym spotkaniu. A na początku drugiej wyrównać. Skorzystaliśmy mocno z ich indolencji w ofensywie, ale też wykorzystaliśmy do maksimum ich słabość w obronie. W sumie, czy nie na tym polega piłka?
Nadal musimy się nad kilkoma postaciami zastanowić. Pau Resta naprawdę musi się ogarnąć, bo nawet jeśli w większości gra poprawnie, to i tak w każdym meczu zalicza jakieś klopsy.
Ostatnio trener wystawia w pierwszej jedenastce Marcela Wędrychowskiego. Nie sądzę, że zawodnik tę pozycję utrzyma. Niestety po raz kolejny Marcel wypadł słabo – gubił piłkę, źle podawał w dobrych sytuacjach, przewracał się. To niestety nadal nie jest ten poziom, którego byśmy oczekiwali. Nawet jak mu czasem wyjdzie jakiś mecz, to potem popada w dużą – delikatnie mówiąc – przeciętność. W przeciwieństwie do swojego kumpla Kacpra Łukasiaka, który gra coraz lepiej. Kacper jeszcze mógłby się wstrzelić w tę bramkę, bo choć nie jest to jego głównym zadaniem, to prawie w każdym meczu oddaje jakiś strzał. Na pewno dodałoby mu to jeszcze większej pewności siebie. Ale i tak jest naprawdę dobrze.
Ostatecznie GieKSa pokazała, że solą piłki są bramki i to one zadecydowały o zwycięstwie. Do maksimum nasz zespół wykorzystał swoje atuty i słabość przeciwnika.
Dzięki temu zwycięstwu ta cała nieszczęsna Łęczna, gdzieś tam lekko odeszła za mgłę. To jest dokładnie to, o czym pisałem przed meczem. Im będziemy lepiej grać i punktować, tym jakieś wcześniejsze nieudane mecze coraz bardziej będą odchodzić w niepamięć. Piłka przecież nie znosi próżni i naprawdę nietrudno jest pewne rzeczy nadrobić czy nadpisać.
Dlatego po sporej dawce krytyki, jaką dałem po ostatnich dwóch meczach, tym razem chcę powiedzieć, że zespół przysporzył mi naprawdę sporo radości i za sporo rzeczy można naszą ekipę pochwalić.
A że jeszcze dzięki GieKSie Widzew miał się z pyszna – to już miód na moje GieKSiarskie serce.
PS Zapomniałem napisać wcześniej, a nie chce mi się już wplatać w tekst. Decyzja o niepodyktowaniu rzutu karnego po ręce Wiśniewskiego to kuriozum. Domyślam się, że u siedzącego na VAR Szymona Marciniaka to jest żaden argument o chowaniu ręki, tylko pewnie, że piłka najpierw odbiła się od biodra/brzucha, zanim trafiła Wiśnię w rękę. Sytuacja o tyle absurdalna, że to była tak minimalna zmiana toru lotu, że i tak by w tę rękę dostał. A ruch ręką do piłki był i nie zmienia tego fakt, że w ostatnim momencie „niby” tę rękę cofał. Dla mnie to jest ewidentny rzut karny i nie rozumiem, dlaczego Wojciech Myć nie został nawet wezwany do monitora. Znaczy wiem. Szymon Marciniak wie wszystko najlepiej.







































Najnowsze komentarze