Dołącz do nas

Felietony Piłka nożna

Zwyciężył jako człowiek

Avatar photo

Opublikowany

dnia

W zawodzie trenera przywykło się mówić, że „jesteś tak dobry, jak twój ostatni mecz”. Pewnie jest w tym dużo racji, choć uproszczonej – bo można by to zdanie rozszerzyć na „jesteś tak dobry, jak twoja ostatnia runda”. Gdy dodamy do tego „łaska kibica na pstrym koniu jeździ” – mamy już całkiem solidny zestaw sentencji, które w efekcie wynoszą danego szkoleniowca pod niebiosa lub degradują go całkowicie.

Zazwyczaj jednak jest tak, że nawet jeśli konkretny trener ma przeciwko sobie rzesze kibiców, a wyniki nadal są złe, po prostu podaje się do dymisji lub odchodzi z klubu. Sytuacja się rozwiązuje, przychodzi nowa miotła, pojawiają się nowe nadzieje.

Trudno jednoznacznie powiedzieć, co powodowało, że włodarze GieKSy trzymali tak długo Rafała Góraka na stanowisku. Jak mawia klasyk – nie wiem, ale się domyślam. Nie chce mi się wierzyć aż tak bardzo w dalekowzroczność, bo tym, czym praktycznie zawsze kierują się decydenci – są wyniki. Tych w rundzie jesiennej nie było i możemy teraz wierzyć w bajki, że prezes widział potencjał w tej drużynie i nie można zmieniać trenera. Czy to ten argument czy sternik GKS nie miał nikogo „lepszego” czy po prostu była to kwestia niechęci do konieczności wypłacenia odprawy – tego na sto procent nie wiemy. Ale na dziewięćdziesiąt dziewięć już tak.

Z całą pewnością wiemy za to, jak było w szorstkiej relacji szkoleniowca i kibiców. Choć niechęć do Rafała Góraka narastała stopniowo i już w zeszłym sezonie sympatycy GKS dawali zdecydowany wyraz swojemu niezadowoleniu – trener pozostał na stanowisku. W jakiejś mierze na chwilę pomogły zwycięskie derby z Ruchem Chorzów, ale potem mieliśmy ostatni mecz sezonu w Chojnicach, gdzie na rozluźnieniu i plażowaniu kibice dość jasno dawali do zrozumienia, że nie widzą przyszłości z tym trenerem.

Chyba dla wszystkich zaskakującym było, że Rafał Górak pozostał na stanowisku. Choćby z tego powodu wiele osób przekreśliło ten sezon już na starcie, uważając, że „wuefista” nie jest w stanie niczego sensownego dokonać, a awans jest zbyt wysokimi progami dla warsztatu i umiejętności Góraka.

Na szczęście nie przełożyło się to na wsparcie i doping dla zespołu podczas całego sezonu, ale ilość inwektyw, niechęci i nawoływania do „pakowania walizek”, których nasłuchał się trener zniechęciłaby niejednego do pracy w klubie.

Jednym z zarzutów do trenera było to, że trzyma się stołka za wszelką cenę, bo doskonale zdaje sobie sprawę, że na tym poziomie – w przypadku odejścia z GieKSy – szybko nie popracuje. Taka interpretacja tylko powodowała zwiększenie złości wśród kibiców. Dlatego czasem nawet po meczach, w których GKS zdobywał punkty, z trybun i tak padały niewybredne okrzyki.

Trener był „dociskany” i przez naszą redakcję na konferencjach pomeczowych, pytaniami o to, czy nie powinien podać się do dymisji, czy formuła prowadzenia przez niego zespołu już się nie wyczerpała. Padały niemalże żądania deklaracji dotyczącej awansu. Trener zbywał te pytania odpowiedziami, że ich nie rozumie, a deklaracji dotyczącej promocji do ekstraklasy nie złożył. Mówimy o sytuacjach, które miały miejsce nie tylko w zakończonym sezonie, ale także w jeszcze poprzednim. Trener zarówno z kibicami, jak i naszą stroną łatwego życia nie miał.

Stopniowo ta niechęć się zwiększała przeradzając się wręcz w coś, co można nazwać odrazą. O ile na trybunach kibice jeszcze jako tako trzymali pewien poziom – choć czasem szuderstwa była spore – to w internecie była to już jazda bez trzymanki i nawet jeśli piłkarze i trenerzy wielokrotnie lubili mówić, że nie czytają opinii na swój temat, to trudno uwierzyć, że pewne rzeczy – nawet pośrednio – do Góraka nie docierały.

W opozycji kibice dawali choćby przykład zeszłorocznego awansu Ruchu Chorzów i postawy Jarosława Skrobacza, niegdysiejszego asystenta Rafała Góraka. W Chorzowie jasno i konkretnie mówiono o awansie i w sposób pewny ten awans rok temu Niebiescy wywalczyli. A u nas? Wicie się, niczym w gorącej wodzie, gdy tylko padało „przerażające” słowo „awans”.

Były takie momenty, w których trener na konferencji wyglądał na załamanego. Czasem może i postawą drużyny, ale czasem po prostu całą otoczką wynikającą z nagromadzonej u kibiców wieloletniej frustracji, w wyniku której wszystko ogniskowało się na nim. Na jednej z konferencji przyznał, że jest to najtrudniejszy okres w jego życiu – nie tylko zawodowym, ale całościowo.

Jesień zakończonego sezonu nie pomagała. Choć GKS zanotował w jej początkowej fazie serię sześciu meczów bez porażki, potrafił też w bardzo efektowny sposób wygrać z Wisłą Płock czy Resovią – niedługo przyszło kolejne załamanie formy i wyników. Znów drużyna rozbudziła apetyt kibiców po to, by potem nie wygrać ośmiu meczów z rzędu plus ponieść klęskę w Pucharze Polski. Frustracja sięgała zenitu, bo nawet jak było dobrze, to było źle – stracone dwubramkowe prowadzenie w Rzeszowie czy porażka w Krakowie po dwóch golach Wisły w doliczonym czasie gry. Wydawało się, że notowania trenera u kibiców są tak fatalne, że nie da się już tego odwrócić. GieKSa skończyła rundę na jedenastym miejscu, czyli można było powiedzieć, że w Katowicach było chujowo, ale stabilnie lub raczej… stabilnie, czyli chujowo.

Żeby było jeszcze gorzej, spotkanie prezesa Krzysztofa Nowaka z kibicami i niektóre wypowiedzi sternika GieKSy trener określił jako policzek wymierzony w niego i drużynę. Prezes mówił kibicom, żeby wytrzymali jeszcze pół roku, czyli do końca kontraktu – dając do zrozumienia, że opcja pożegnania się jest bardzo realna. Można powiedzieć, że wszystko sprzysięgło się przeciw trenerowi. Wyniki, kibice, a teraz nawet prezes.

W tej atmosferze zespół przygotowywał się do rundy wiosennej. Co w niej się działo – wszyscy wiemy. GieKSa wygrała z Miedzią, przegrała z Wisłą Płock, a potem zanotowała sześć zwycięstw z rzędu. Przecieraliśmy oczy ze zdumienia widząc, jak GKS bije rekordy seryjnych wygranych, nie pozostawiając rywalom żadnych złudzeń. Przestaliśmy tracić bramki, zaczęliśmy je w bardzo dużej liczbie zdobywać. Zespół znacząco poprawił swoją pozycję w tabeli oraz nastroje kibiców. Do tego stopnia, że z przegranego sezonu nieśmiało zaczęliśmy myśleć o barażach. Komplet publiczności na meczu z Lechią pokazywał, jak wielki w Katowicach jest głód sukcesu. Złość i niechęć do Rafała Góraka przycichła. Kibice cieszyli się z wygranych i zaczęli znów mieć nadzieję. Nawet mając z tyłu głowy, że w poprzednich sezonach i tak na finiszu była ona zawodzona.

I gdy wydawało się, że opinie na temat szkoleniowca już na dobre się poprawią – choć nie w stronę entuzjastycznych, a na razie po prostu neutralnych – przyszła zadyszka i w trzech kolejnych meczach zespół nie wygrał. Porażka z Odrą, słaby mecz z Łęczną i utrata zwycięstwa w końcówce w Niecieczy znów spowodowała wylew niepohamowanej krytyki. Trwała ona i w trakcie meczu z Polonią Warszawa. GKS w spektakularny sposób wygrał w końcówce, ale wiele osób miało w pamięci obraz gry i nie mogło się powstrzymać przed dalszą krytyką opiekuna GieKSy.

To był tak naprawdę ostatni moment „jazdy” po trenerze. Potem zespół nie dał już ani jednego powodu, żeby ktokolwiek rzucał hasło o pakowaniu walizek. Przy seriach wygranych kibice – na razie żartobliwie – mówili raczej o rozpakowywaniu bagażu.

Ostatnie kolejki to było istne szaleństwo. Przed wspomnianym meczem na Konwiktorskiej katowiczanie mieli osiem punktów straty do Arki Gdynia – wówczas nikt w ogóle nie marzył o awansie bezpośrednim. Zajmowaliśmy czwarte miejsce z punktem zapasu w strefie barażowej, ale też zaledwie dwupunktową przewagą nad miejscem dziewiątym. Twardo trzeba było więc walczyć o to, by w ogóle się w tych barażach znaleźć.

Po Polonii GKS był nadal czwarty, a przewaga nad siódmym miejscem wynosiła dwa punkty.

Po Stali GKS wskoczył już na trzecie miejsce, nad siódmym mając już cztery punkty przewagi, a strata do Arki zmniejszyła się do sześciu oczek.

Baraże zdawały się na wyciągnięcie ręki, więc zaczęliśmy marzyć o utrzymaniu podium, co dawałoby możliwość grania dwóch spotkań play off u siebie.

Po wygranej z Tychami wirtualnie zbliżyliśmy się do Arki na trzy punkty i tu już pojawiły się pewnie nieśmiałe myśli, że… a może? Gdynianie jednak wygrali z Zagłębiem i znów była szóstka. Zeszliśmy na ziemię i dalej skupialiśmy się na barażu, chociaż kibice snuli pewien scenariusz, który przy korzystnych okolicznościach miał dać nam ekstazę. Górakiem się już nikt nie zajmował.

Kapitalne spotkanie z Wisłą zapewniło nam trzeci plac, a potem w niedzielny wieczór wszyscy z zapartym tchem oglądaliśmy derby Trójmiasta. Jakaż była euforia, gdy sędzia po analizie VAR nie podyktował rzutu karnego dla Arki w doliczonym czasie gry. Niesamowite. Za tydzień mieliśmy grać o awans.

Zapytany o to, czy będzie oglądał w telewizji pojedynek Lechii z Arką na konferencji prasowej po meczu z Wisłą trener powiedział, że nie będzie na żywo obserwował tego spotkania. Czy tak było w istocie? Nie wiemy. W którymś momencie szkoleniowiec jednak dowiedział się wyniku i musiał zdać sobie sprawę, że otworzyła się przed nim życiowa szansa. Szansa na odwrócenie… wszystkiego.

Najważniejszy mecz GieKSy na przestrzeni dwóch dekad. Na gorącym terenie, przy kapitalnej publiczności. Do awansu Arce wystarczał remis. Rafał Górak i jego drużyna wygrali ten mecz. Wygrali pewnie, dojrzale, nie pozostawiając żądnego pola do dyskusji, komu ten awans się należał.

Po meczu trybuny skandowały nazwisko Rafała Góraka. W Katowicach wszyscy wpadli w euforię, w wyniku spełnionego marzenia, tak wyczekanego, tak wyśnionego, a jednocześnie tak nierealistycznego patrząc na przebieg rundy jesiennej.

To co było udziałem trenera w tym sezonie, ale co miało początek już w poprzednim – jest gotowym scenariuszem nie tylko na film o sukcesie sportowym, o tym, że kogoś się skreśliło, a ten odniósł sukces. To byłoby zbyt banalne. To film o człowieku, który został zmieszany z błotem, był sam (ze swoją drużyną) przeciw wszystkim. I nie poddał się.

Ludzie mają różną odporność psychiczną, ale to nie oznacza, że taka opresja, bo tak można to nazwać, byłaby dla kogokolwiek obojętna. Dodam na marginesie, że nie wnikam w tym felietonie kompletnie w kwestie związane ze stanowiskiem takim czy innym trenera podczas konfliktu kibiców z Markiem Szczerbowskim. Nie wnikam, bo 99% wszystkich zdań „do” i „o” trenerze było związanych po prostu z postawą drużyny.

Żal było patrzeć na trenera stojącego w swoim boksie i bezradnie wysłuchującego, że kibice po prostu go tu nie chcą i mimo spędzenia tylu lat w klubie – jest tu postacią niemile widzianą. Jakkolwiek my kibice jesteśmy często w gorącej wodzie kąpani, obecna sytuacja każe się zastanowić, czy przypadkiem nie przekraczamy w swoich reakcjach pewnej granicy. To znaczy – my na pewno ją przekraczamy. Jak to napisał jeden z kibiców, ta cała historia jest nauką na temat człowieczeństwa.

Oczywiście to nie jest tak, że krytyka była bezpodstawna. Trener nieraz mówił (i mówi teraz), że wyniki na jesień były zdecydowanie gorsze niż gra. Nawet jeśli to prawda, to nasłuchaliśmy się od różnych trenerów podobnych tekstów, które wcześniej zawsze były mydleniem oczu, bo efekt końcowy był taki, że kończyliśmy sezony klęskami. Dlatego tak trudno było przekonać kibiców, że wszystko idzie w dobrą stronę. Jedyne, co mogło ich przekonać – to wyniki. Powstaje jednak pytanie o formę wyrażania swojego niezadowolenia.

To musiało być okrutne. A jednak Rafał Górak robił swoje i dodatkowo całą sytuację przetrwał z godnością. Nie poszedł na wojnę z kibicami, nie wdawał się w pyskówki, nie stracił panowania nad emocjami, choć kilkukrotnie wyglądał na konferencjach prasowych, że jest tego blisko. Oczywiście zdarzały się pojedyncze docinki typu „a GieKSa.pl dzisiaj nie ma pytań?” po wygranym meczu z Łęczną w jeszcze poprzednim sezonie, ale jeżeli to były jedyne formy odreagowania, to nadal jest to z reakcja z klasą.

Padały też zarzuty i przewidywania, że jak GKS awansuje do ekstraklasy, to ego Góraka rozsadzi stadion. Jak widać nic takiego się nie wydarzyło. Choć szkoleniowiec ma pełne prawo chować urazę i mógłby teraz powiedzieć w emocjach kilka słów „prawdy” – nie zrobił tego. Kolejny punkt do godności.

Trener obronił się w każdym aspekcie piłkarskim i ludzkim. W piłkarskim zrealizował powiedzenie, że o awansach się nie mówi, tylko się je robi. To, że nie zająknął się o walce o awans było totalnie irytujące. Ale ten awans solidną pracą wywalczył – i to jest lepsze niż mówienie. Kawał dobrej pracy.

Na marginesie – można teraz też spojrzeć na to, jak potoczyły się losy wspomnianego Ruchu Chorzów i trenera Skrobacza (którego osobiście bardzo cenię). I jak ta interpretacja zdecydowanego klubu idącego jak taran na awans przez chwilę miała rację bytu, a potem wszystko posypało się jak domek z kart.

Wielokrotnie wytykane było Górakowi zdanie o „uczeniu się ligi”. No ale jak się jej nauczył, to GieKSa rządziła i to inni mogli się od tego zespołu nabywać wiedzy. Jak grać do końca, jak utrzymywać dyscyplinę taktyczną, jak grać ładnie dla oka. Ta nauka naprawdę nie poszła w las i okazało się, że trener wiedział, co mówi, a GieKSa stała się profesorem w tej lidze.

Cała ta runda i awans to autorski projekt trenera, odpowiedni dobór ludzi w sztabie, piłkarzy i solidna, merytoryczna praca. I porządny plan. Taki, który pozwolił zniwelować straty z jesieni i na samym finiszu wychylić głowę do linii mety ułamek sekundy szybciej niż przeciwnik.

Trener wygrał jednak coś więcej niż awans do ekstraklasy. Wygrał przede wszystkim jako człowiek. Sposób w jaki przetrwał ten „najgorszy czas w życiu” godny jest prawdziwego szacunku. Nie odszedł, nie złamał się, nie porzucił projektu. Nawet jeśli zrealizował cytat, który sam wiele lat temu przytoczył, czyli „bądź najlepszy tam, gdzie cię nienawidzą”, to sposób w jaki to zrobił był najlepszym z możliwych. I my, jako kibice, tylko możemy na tym skorzystać.

Człowiek, którego odsądziliśmy od czci i wiary, dał nam tyle radości i powodów do wzruszeń i wylewania hektolitrów łez (a dla innych wlewania hektolitrów piwa). Awanse są różne. Ten można śmiało nazwać pomnikowym.

Trener już zdał egzamin z człowieczeństwa. Teraz czas na nas.

Shellu

PS Na koniec przypomnijmy wypowiedź trenera z portalu TVP Sport ze stycznia:

– Na pewno nie jest to strata, która sprawia, że już teraz można uznać sezon za skreślony. W piłce nożnej odrabiano już większe straty niż siedem punktów. Przed nami cała runda wiosenna, do której chcemy podejść jak najlepiej przygotowani. Widzę ogromne zaangażowanie drużyny i sztabu w czasie procesu treningowego. Każdy jest bardzo skoncentrowany na swojej pracy. To napawa mnie ogromnym optymizmem.

I niech to wystarczy.

9 komentarzy
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

9 komentarzy

  1. Avatar photo

    Afera

    30 maja 2024 at 11:32

    Trenerze gratulacje👏💪👏 teraz podbój GieKStraklasy powodzenia,a także szczere przeprosiny że zwątpiłem jak większość zimą.

  2. Avatar photo

    GREG

    30 maja 2024 at 21:22

    Pierwszy mecz w ekstraklasie i podziękowanie w ciągu I połowy, jak również oprawa powinna być dedykowana Rafałowi Górakowi. Bez względu na wszystko pozostałe!!! Ten CZŁOWIEK i NASZ TRENER, jak nikt inny na to zasłużył. PANIE TRENERZE – JESTEŚ WIELKI !!!!

  3. Avatar photo

    PołudnioweKce

    30 maja 2024 at 23:04

    Shellu zmartwychwstał 😉.Cudów ciąg dalszy..
    Bardzo dobry felieton. Gratulacje dla trenera, sztabu i piłkarzy. Myślę że teraz ta przysłowiowa ”głowa w lodówce” i nam się przyda. Cieszmy się tym co mamy ze spokojem i realnie patrząc w przeszłość. Tyle lat czekania już myślałem że nie zobacze meczu z Legią, Lechem itd. bo w przeszłości na takich byłem.
    To była Piękna niedziela.
    Ps. nam cichą satysfakcje że nie gnoiłem naszego trenera, nawet lekko go broniłem w rozmowach z kumplami bo miałem przekonanie że hamulcowym są władze miasta i nie chcą awansu dopóki nie powstanie nasz nowy dom. Jak widać coś jednak się zmieniło.. Całe Szczęście

    • Avatar photo

      Kato

      31 maja 2024 at 17:19

      Zielone światło po pięciolatce przy budowanym nowym stadionie zostało zapalone. Męczarni w wywiadach co tu powiedzieć nadszedł koniec i dobrze. Moje gratulacje całej społeczności Gieksy. zastanawiało mnie tylko czy pierwsza będzie przeprowadzka, czy awans.
      Wyszło że awans. Trenerowi należał się ten awans, teraz olbrzymie wyzwania przed nim. Czy sprosta temu zadaniu… zobaczymy.
      Powodzenia GKS KATOWICE!!!

      • Avatar photo

        Kato

        31 maja 2024 at 17:36

        Może doczekam jeszcze majstra! Większe szanse
        Dzięki!

  4. Avatar photo

    piv

    30 maja 2024 at 23:51

    Kawał dobrego tekstu Shellu! Tylko jak być 'mądrzejszym’ przed szkodą?

    • Avatar photo

      Kazik

      31 maja 2024 at 21:46

      Kiedyś spotkałem naszego Trenera na jakimś evencie gdzie robiłem foty, dodam tylko że wszyscy byliścmy wtedy na etapie „pakuj walizki” i tak z głupa zagadałem czy będzie awans? Trochę się uśmiechnął i powiedział tylko że kiedyś na pewno, ale jakoś wtedy nie dowierzałem…na szczęście w Gdyni udało mi się zagadać go jeszcze raz i podziękować. O dziwo pamiętał tamtą sytuacje:)
      Także Panie Rafale, jeszcze raz dziękuję!!!
      Ps. Shellu, fajne pióro

      • Avatar photo

        Fan

        31 maja 2024 at 23:44

        Panie Shellu. Tak jak Pan pisał trenerowi „pakuj walizki” to jakby Pan miał chociaż trochę honoru to Pan powinien teraz spakować walizki i oddać pióro. Drużyna piłki nożnej to nie jest fabryka czekolady tylko żywy twór. Jak się chce coś w życiu robić to trzeba się choć trochę na tym znać. Pozdrawiam SK1964. Tylko GieKSa🟡🟢⚫️

  5. Avatar photo

    FC Szombry

    31 maja 2024 at 14:13

    szacun za tekst Shellu bardzo dobry artykuł

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Galeria Piłka nożna

GieKSa&Baník – 30 lat przyjaźni

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Mecz GKS-u Katowice z Baníkiem Ostrava był wyjątkową okazją do świętowania trzech dekad kibicowskiej przyjaźni. Zobaczcie fotorelację, którą przygotował dla Was Marcin.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Moje 30 lat

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Obecny tydzień mija mi pod znakiem jubileuszy. Dokładnie dzisiaj mija mi 30 lat z GKS Katowice. Pomyślałem sobie, że więcej napiszę o tym w felietonie przed meczem z Pogonią Szczecin. Tym bardziej, że już w sobotę będzie kolejna okrągła rzecz – ponieważ wczorajszy pojedynek z Wieczystą był moim 699. meczem GKS Katowice. To wszystko – przyznam – robi na mnie wielkie wrażenie. To kawał życia i bardzo ważna jego część. Ale tak jak mówię – kilka słów więcej napiszę w piątkowym felietonie przedmeczowym. Ale swoją drogą – myślę sobie, że mógłbym napisać pokaźnych rozmiarów książkę, bo historii, anegdot  było po prostu przez te 30 lat całe mnóstwo.

Trafiam z tymi jubileuszami na bardzo dobry czas. Zarówno w krótkim, jak i w dłuższym kontekście. Wiadomo – ostatnie 2,5 roku to pasmo radości i sukcesów. Udana walka o ekstraklasę, a potem naprawdę godne reprezentowanie klubu na piłkarskich polskich salonach. Choć bywały momenty lepsze i gorsze, to oba zakończone sezony były po tych 19 latach posuchy po prostu kapitalne. Z czego drugi dał nam Europę, co było przygodą niesamowitą i jedynie zaostrzyło apetyty na powtórkę. Jak sobie przypominam wyjazdy do Żyliny czy Miszkolca, to myślę sobie, że kurcze chciałbym to powtórzyć, że chcę więcej. A mecze u siebie ze Słowakami i Hapoelem też przecież były piłkarskim świętem.

W obecnym sezonie GieKSa nie zwalnia. Mimo swoich problemów – defensywnych czy na wyjazdach – sumarycznie notuje bardzo dobry początek sezonu. Posłuchajcie na przykład tego – w poprzednim sezonie na koniec jesieni mieliśmy 20 punktów. Teraz w połowie października mamy tych punktów 18. Czyli już za chwilę przebijemy ten zeszłoroczny dorobek. Rok temu po 10 kolejkach mieliśmy o 10 punktów mniej.

Myślałem nawet, że to może być najlepszy dorobek punktowy po 10 kolejkach za czasów drugiej kadencji trenera Góraka. Tu jednak w sezonie zakończonym awansem do pierwszej ligi GieKSa miała 20 punktów. Nie zmienia to faktu, że 6 zwycięstw w 10 meczach daje solidny dorobek nawet mimo czterech porażek. Bo grunt, że GieKSa tych meczów, których nie przegrała, nie zremisowała, tylko wygrała.

Rok temu złapaliśmy bardzo dobrą serię późną jesienią. Były wygrane z rzędu z Motorem, Koroną i Termaliką. Tamte punkty były potrzebne jak tlen i pozwoliły nie zakopać się w dole tabeli. Ostatecznie jesień skończyliśmy tuż pod kreską, ale z tego co pamiętam z tą samą liczbą punktów, co pierwsza drużyna nad nią.

Teraz GieKSa zapunktowała wcześniej, a wpływ na ten dorobek mają oczywiście trzy ostatnie mecze, w których Katowiczanie go podwoili. Rozgrywki ligowe mają tę specyfikę, że jak złapiesz serię zwycięstw, to bardzo szybko wędrujesz w górę tabeli i przede wszystkim – bardzo oddalasz się od dołu. I jak zarówno w pierwszym sezonie liczyliśmy punkty nad (albo wewnątrz) strefą spadkową, tak teraz – na tym etapie sezonu – mamy aż 10 punktów przewagi. I najzwyczajniej w świecie możemy spać spokojnie. GieKSa już nie jest żadnym kandydatem do spadku. Oczywiście czujność zawsze trzeba zachować, ale przesunęliśmy się w hierarchii i idziemy do przodu, czyli… w górę.

Wczorajszy mecz bardzo cenię. GKS miał swoje problemy, dyspozycja nie była najwyższa, a rywal pokazał się z dobrej strony. Wieczysta to nie są leszcze Stefan. Widziałem ich mecze i potrafili grać efektownie i skutecznie. Mają swoje kłopoty, próbują tę drużynę indywidualności jakoś sklecić, stąd wyniki nie do końca są takie, jakby sobie życzyli. Ale pokazali przecież swoją moc, gdy wygrali w Gliwicach czy ostatnio wysoko z Wisłą Płock. Zremisowali w Łodzi, mimo że dwukrotnie przegrywali.

I zaprezentowali swój futbol w Katowicach. Oddali więcej strzałów, także celnych, mieli większe xG. Mieliśmy trochę szczęścia, że w kapitalnych sytuacjach Semedo czy Piazon fatalnie pudłowali. Wynik był cały czas na styku.

Bardzo podobał mi się początek meczu, pierwsze pół godziny. GKS znów grał bardzo intensywnie, pressował, nie dawał specjalnie rywalowi pograć w piłkę. I co najważniejsze – strzelił gola. To jest taka mała, a jednak decydująca różnica. Mówię o porównaniu z meczami, w których niby początek jest dobry i intensywny, ale do siatki nie trafiamy i później są kłopoty. Do samych bramek zaraz przejdę, bo zasługują na osobne potraktowanie.

Po tej półgodzinie oddaliśmy piłkę i pole rywalom. Nie stwarzaliśmy sobie sytuacji, musieliśmy się skupiać na obronie. Poczytuję to trochę jako „odchorowanie” tej intensywności z Częstochowy i początku meczu z Wieczystą. I to jest kompletnie sytuacja, która ma prawo się przydarzyć i nie ma co psioczyć. Po prostu trzeba wtedy mocniej skupić się na defensywie i grać w niej skutecznie. I ostatecznie Wieczysta swoją jakością stworzyła sobie sytuacje, natomiast daleki jestem od tego, żeby negatywnie ocenić naszą grę obronną w tym meczu. Błędy oczywiście się pojawiały, ale to nie były jakieś fatalne pomyłki. Ot zwykła gra defensywna, rzetelna.

Nie ustrzegliśmy się straty bramki. Tutaj jest kwestia do poprawy, gdyż straciliśmy ją podobnie, jak dwie z Cracovią, czyli po wrzutce i z czego jeden gol z Pasami i teraz były po centrze niemal spod bocznej linii boiska. Błąd w ustawieniu? Komunikacji? To już sobie sztab z piłkarzami przeanalizują.

W piłce liczą się bramki i ta prawda wyjątkowo mocno zaistniała we wczorajszym pojedynku. I to nie były jakieś farfocle, gdzieś tam fuksem wepchnięte do bramki przeciwnika. W kluczowych momentach – gdy trzeba było – Katowiczanie dali popis techniki, kunsztu i zespołowości. Oba gole były wspaniałe. Najpierw Marcel pociągnął dynamicznie, podał do Bartka Nowaka, a ten wypatrzył swojego ulubionego Ilję Szkurina. Sposób, w jaki Ilja wbił tę bilę do łuzy był fantastyczny. To było magiczne dotknięcie, z gracją, ale przede wszystkim z pewnością i zaufaniem do swoich umiejętności. A potem Ilja włączył swoją dynamikę i kapitalnym podaniem obsłużył Borję Galana. Co zrobił Hiszpan, to ja nie wiem. Jak on wypatrzył tego Bartka, jak mu podał. Strzelanie do pustej bramki bardziej kojarzy się z podaniem poprzecznym, którym mija się bramkarza. Borja zagrał prostopadle, do tyłu, ale w taki sposób, że kapitan GieKSy miał praktycznie całą bramkę do dyspozycji, wystarczyło jedynie dołożyć nogę. Majstersztyk.

Bardzo ważne jest to, że w po tym okresie pewnej dominacji Wieczystej i po strzeleniu przez nich gola, GKS jednak ruszył po tę bramkę. I przeprowadził tę jedną, decydującą akcję. Nasz zespół w tym meczu za bardzo nie atakował. Ale gdy trzeba było – zrobił to. To jest po prostu adaptacja do warunków meczowych.

GieKSa nie będzie grać w każdym meczu tak ofensywnie i efektownie. Zdarzą się mecze lepsze i słabsze. Ale jeśli taki mecz udaje się wygrać, to ma to podwójną wartość. I najlepsze jest to, że nie mówimy tutaj o przepchnięciu meczu kolanem. Mówimy o tym, że GieKSa wygrała wspomnianym kunsztem w konkretnych dwóch akcjach. Coś pięknego.

Włożę teraz łyżkę, a może nawet dość dużą łychę dziegciu. Ale to do nas – kibiców. Abstrahując od niższej frekwencji – wiadomo poniedziałek itd. To gdy po końcowym gwizdku nagle wszyscy zaczęli się zbierać do chaty, to niestety pojawiły się smutne dla mnie obrazki. Ci z Blaszoka jeszcze jakoś zostali przytrzymani, żeby świętować z drużyną, chociaż przerzedziło się nieco. Ale gdy po radości z Blaszokiem piłkarze, jak to mają w zwyczaju, zaczęli dziękować kolejnej trybunie, to autentycznie był to… żenujący obrazek. Te trybuny były już całkowicie, ale to całkowicie puste. Naprawdę przykro patrzyło się na drużynę, która po trzecim zwycięstwie z rzędu bije brawo do pustych trybun. Ludzie, ja wiem, że poniedziałek i rano trzeba cisnąć do roboty, ale naprawdę zostać te pięć minut dłużej i podziękować drużynie za kapitalny wynik i grę w tych dwóch ostatnich meczach by po ludzku wypadało.

W sobotę mecz z Pogonią i zapowiada się fenomenalne widowisko. My mamy nadzieję, że GieKSa dalej będzie z tym swoim pazurem i dobrą formą piłkarską, ale trzeba się liczyć z tym, że i Pogoń jest w gazie. Czeka nas arcytrudne zadanie, zaryzykowałbym stwierdzenie, że najtrudniejsze u siebie w obecnym sezonie. Wiem też, że GieKSę stać na wielkie rzeczy.

Nie mam jakiegoś ciśnienia, żeby akurat z powodu mojego jubileuszu był korzystny wynik, dla mnie liczą się te liczby same w sobie, a wynik też sam w sobie, ale jakoś nie łączę tych rzeczy. Natomiast bardzo mocno będę trzymał kciuki za tę ekipę, bo tak jak pisałem wielokrotnie – są niesforni, a jednocześnie kapitalni. Nie da się nie lubić tej drużyny. I po prostu uważam, że to wielkie szczęście być kibicem GKS Katowice.

Kontynuuj czytanie

Galeria Kibice Piłka nożna

Huczny jubileusz!

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

To było bardzo udane świętowanie przyjaźni pomiędzy GieKSą i Banikiem! Zapraszamy do fotorelacji z Nowej Bukowej.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga