Piłka nożna
Suma drobiazgów
Życie redaktora GieKSa.pl jest dość różnorodne. Jeszcze w niedzielę o tej porze, w której piszę ten artykuł, czyli o godzinie 0.30, po meczu nagrywałem z Kosą i Błażejem kolejny odcinek podcastu. Tym razem chłopaki nagrają audycję w swoim gronie w czwartek rano, a mnie w środku nocy przypada felieton pomeczowy czy raczej międzymeczowy, bo taki schemat zakładamy sobie, gdy gramy co trzy dni.
Liga nie znosi próżni. I o ile po spotkaniu z Wigrami Suwałki byliśmy pełni optymizmu, a niektórzy kibice popadali w euforię, to mecz w Częstochowie wylał nam kubeł nie zimnej, lecz lodowatej wody na rozgrzaną głowę.
Nie – nie chodzi o to, że przegraliśmy. Bo przecież graliśmy na boisku lidera, który dodatkowo potwierdził swoje aspiracje. Raków wygrał w pełni zasłużenie, prezentując się z naprawdę niezłej strony, zwłaszcza z atomowymi skrzydłami, które działały z prędkością światła. Więc porażka z tym zespołem może nie tyle była wkalkulowana, co jednak należało się z nią liczyć. Możemy sobie wygadywać brednie, że musimy z każdym wygrywać, ale umówmy się – nie jesteśmy hegemonem tej ligi. I z niektórymi zespołami trzeba się liczyć z możliwością porażki.
Problem w tym, że mimo iż Raków był dużo lepszy, a GKS dużo słabszy to… tego meczu nie trzeba było przegrać. A nawet jeśli mieliśmy go przegrać – bo taka czasem jest piłka – to nie w takich okolicznościach. W okolicznościach, w których możemy powiedzieć – znów przegraliśmy na własne życzenie.
A mówiąc konkretniej. Wiele drobnych, ale widocznych czynników zaważyło na tym, że z Częstochowy wyjechaliśmy bez punktów. Nie będziemy rozpatrywać postawy Rakowa – zagrali dobry mecz i dzięki temu wygrali. Ale…
Wszystko rozpoczęło się od „dziwnego” składu i ustawienia trenera Jacka Paszulewicza. Oczywiście niektóre zmiany były wymuszone – nie mógł zagrać Bartłomiej Poczobut, którego zastąpił Kamil Kurowski. Natomiast o ile nie jesteśmy na razie fanami Simona Kupca, to wystawienie na lewej obronie Wojciecha Słomki, było jakąś zmianą na ten moment z księżyca.
Niestety ta zmiana okazała się brzemienna w skutkach. To, co bowiem zrobił Słomka przy drugiej bramce, to jak podał do przeciwnika wybiegającego hordą rozwścieczonych piłkarzy, zaskutkowało stratą bramki i utratą złudzeń. Zachowanie niezrozumiałe i bardzo źle świadczące o naszym zawodniku. Problem tym większy, że zdarzyło się to w jednym z bardzo nielicznych momentów, gdy GKS miał przewagę, a chyba w jedynym, w którym na poważnie przycisnął gospodarzy i mogliśmy myśleć o remisie. Ta bramka zamknęła mecz, obniżyła morale zespołu do zera i mogliśmy pakować manatki i jechać do Katowic już w 80. minucie. Oczywiście nie ma gwarancji, że taki Kupec czy Frańczak zachowaliby się lepiej, bo patrząc na ich „dokonania” z tej rundy mogliby zrobić to samo. No ale zrobił to Słomka i na jego konto (oraz trenera) idzie ten gol.
Ale Słomka Słomką – poza tą sytuacją nie zagrał jakoś szczególnie źle i próbował coś z przodu. Do „pomysłów” trenera jeszcze dojdziemy, ale warto zająć się przeciwną stroną boiska, czyli prawą obroną, a na niej to grał Wojciech Lisowski. O ile pierwsze mecze miał przyzwoite i jakichś błędów nie popełniał, to w Częstochowie odstawił dramat w dwóch aktach (pierwsza i druga połowa). Jego postawa ze stadionu Rakowa każe nam się zastanowić, czy przypadkiem postawa Lisowskiego nie była maskowana na początku przez błędy Frańczaka i Kupca. A nieudzielanie się w ofensywie, które rozpatrywaliśmy w kategoriach założeń taktycznych, czy nie było przypadkiem realną oceną możliwości zawodnika. Bez ogródek – Lisowski pokazał się w Częstochowie z tak drewnianej strony, że za chwilę cała Bukowa będzie opleciona boazerią. Wszelkie interwencje w defensywie pod presją sprawiały, że serce podchodziło nam do gardła, próby rozegrania na swojej połowie niosły ryzyko kontry – na połowie przeciwnika – również kontry tylko z trochę dalszym startem. Masakra techniczna i zdecydowanie musi wziąć to pod uwagę trener, bo wygląda na to, że na Wojciecha jesteśmy skazani. Oczywiście to za wcześnie, żeby dyskredytować jego wartość jako bocznego obrońcy, bo fakt faktem – kiksów a la Kupec czy Franiu nie popełnił – ale patrząc na całokształt sześciu kolejek, wyłania nam się obraz bardzo przeciętnego zawodnika, który jako tako sobie radzi przeciw średniemu rywalowi, ale jak przychodzi co do czego z silniejszym, to jest mega problem. Ale jeszcze poczekajmy, może to tylko takie wrażenie…
Bardziej trener Paszulewicz zaczął kombinować z przodu i można się zastanowić, czy nie przekombinował. Zamiast naprawdę kierować się jeden do jednego z meczem z Wigrami z kontekstem kolejnego przeciwnika – tutaj dokonał nazbyt „optymistycznych” zmian, jednocześnie chyba jednak coś zaniedbując. Otóż wystawienie w jednym czasie Woźniaka i Rumina może i by było fajne, ale… nie było. Rumin bardzo aktywny, ale również bardzo nieskuteczny – oczywiście dawał sygnał, żeby na niego stawiać. I to on wystąpił na szpicy. Na skrzydle natomiast zagrał Woźniak i już na wstępie odebrano mu część z jego atutów. Oczywiście można mówić, że zagrał super piłkę do Rumina, ale problem w tym, że Daniel tę sytuację klasycznie spartaczył. Nie trafił w piłkę, machnął się, skiksował, a mówiąc kolokwialnie – zawalił. Przymykaliśmy oko na to wcześniej, ale niestety to już trzeci mecz na cztery ostatnie, w którym Rumin marnuje setki, a gdy dodamy do tego, że robi to przy stanie 0:0 w Nowym Sączu i Częstochowie w początkowej fazie meczu – to możemy niestety jasno powiedzieć, że jest bardzo odpowiedzialny za straty punktów w dwóch ostatnich meczach wyjazdowych. Nawet możemy poteoretyzować, że prowadząc w 15. minucie obu meczów, moglibyśmy – przy czarnym scenariuszu – mieć dwa punkty, trzy lub cztery. Nie mówiąc o sześciu. Ale Rumin spartaczył i tu, i tam i jest ZERO.
Woźniakowi zostały odebrane pewne atuty, bo jednak można podejrzewać, że w takich sytuacjach Rumina – Arkadiusz by je wykorzystał, a przynajmniej jedną. Oczywiście w Nowym Sączu go nie było, a tutaj to właśnie on zagrywał do Daniela. Ale właśnie – patrząc na byłego zawodnika Zagłębia – naprawdę nawet w tym meczu było widać, że ma coś z umiejętności i z doświadczenia. I on po prostu MUSI GRAĆ NA SZPICY. Jeżeli będziemy kombinowali z ustawianiem go nie-wiadomo-gdzie to nic z tego będzie. Piłkarz sam mówi, że czuje się najlepiej w napadzie i nie odbierajmy mu tego wystawianiem go na skrzydle czy gdzie indziej.
Wracając jeszcze do Rumina – oprócz zmarnowanej setki, ten zawodnik nie radził sobie z agresywnym przeciwnikiem. Wydawało się, że jest młody i błyskotliwy, ale tu trochę został zjedzony. A mówiąc łagodniej – zderzył się z piłką na wyższym poziomie, niż grał dotychczas. To oczywiście bardzo perspektywiczny zawodnik, ale musi nabrać krzepy i nauczyć się pierwszoligowej piłki. Trener za długo trzymał tego zawodnika, bo było widać, że nie ogarnia w drugiej połowie kompletnie.
Niestety i Dominik Bronisławski, który dobrze się zaprezenotwał z Wigrami, tym razem zagrał bardzo słabo. Równiez i dla niego ten mecz powinien być nauką, że w pierwszej lidze tak łatwo nie będzie. Walczył, próbował, ale odbił się od ściany. Niech wyciągnie „mityczne” wnioski.
W zasadzie jedynymi, do których nie można mieć większych zastrzeżeń to wspomniany Woźniak i Piesio. Woźniak grał co prawda tak, jakby nie znał tej pozycji i starał się nadrobić, ale nie wychodziło mu to źle. Widać było momentami jakość, w walce, zastawianiu się, odegraniach. Ale to jednak musi być napastnik.
Grzegorz Piesio natomiast miał kilka naprawdę fajnych, udanych akcji. To jest zawodnik, u którego widać umiejętności, technikę, przegląd. Ale ten cholerny pech. Z Tychami poprzeczka, z Rakowem słupek – oba po pięknych technicznych strzałach. Szkoda. Ale na Piesiu trzeba ten zespół opierać, już się zaprezentował jako naprawdę dobry zawodnik i wiele może nam dać uciechy.
To, co jeszcze można w jakiś sposób zarzucić naszym zawodnikom w tym meczu od początku, to brak reakcji na agresję rywali – swoją agresją. Mimo że piłkarze GKS grali z zaangażowaniem, było widać, że bardzo się starali, to zabrakło tego zęba, twardości, takiego – jak to kibice mówią – pierdolnięcia. Przyjęliśmy warunki Rakowa raczej na miękko i rywalom w to było graj. Trener Paszulewicz musi wzmocnić tę twardość u naszych zawodników, bo wczoraj byli nie jak lwy Pawła Mandrysza, tylko jak ten pluszowy lew, którego zamieściliśmy wówczas na twitterze. Ale chcieli i tego im nie odmawiamy.
Jeszcze jednym tematem są stałe fragmenty gry, głównie w wykonaniu Adriana Błąda. Mając tyle rzutów rożnych, zawodnik 80% z nich grał na wysokość kolan przeciwników. Czy to jest kwestia niezjedzenia śniadania czy niechlujstwa nie wiemy. Wiemy jedynie, że rozgrywając kornery w taki sposób, ograniczamy sobie możliwości zdobycia gola nawet wtedy, gdy nie idzie nam z akcji.
Zawsze można przegrać po słabszej grze, wczoraj to się zdarzyło. Ale jest ten niedosyt z okoliczności i z sumy tych drobiazgów, które się na porażkę złożyły. Jest to nauka dla zawodników i trenera, że po takim meczu jak z Wigrami nic samo się nie wygra – tylko dlatego, że władujemy takich zawodników, a nie innych.
Szat nie rozdzieramy, rąk nie załamujemy. Oczywiście trzy porażki w sześciu meczach to bilans bardzo słaby, ale nadal musimy wierzyć, że ta drużyna się buduje i przede wszystkim, że z tego lodowatego prysznica skorzysta. Już w sobotę w meczu z Jastrzębiem, który znów będzie bardzo ważny z punktowego i prestiżowego znaczenia.
Piłka nożna
Górnik Łęczna – GKS Katowice 1:0
27.10.2026 Łęczna
Górnik Łęczna – GKS Katowice 1:0
Bramki: Tkacz (32)
Górnik: Wilk – Turek, Radkowski (38. Kobryń), Kruk, Rogala (69. Quainoo), Tkacz (81. Deja), Walski, Myszkor, Akhmedov, Janaszek (69. Niewiarowski), Antkowiak (81. Korbecki)
GKS: Kikolski – Jirka (57. Galan), Olsen (57. Czerwiński), Jędrych, Klemenz, Wdowiak, Milewski, Wolski (75. Kowalczyk), Nowak, Wędrychowski (57. Bartlewicz), Szkurin (75. Kokosiński)
Ż.kartki: Myszor – Bartlewicz
Cz.kartki:
Sędzia: Paweł Malec (Łódź)
Widzów: 1333
Felietony Piłka nożna
Post scriptum do Kielc i Łęcznej
Trudno wracać myślami do dwóch ostatnich pojedynków. Wiemy, jak zagrała GieKSa i jakie wyniki osiągnęła. Nie może jednak zabraknąć tradycyjnego post scriptum. Tym razem łączonego, bo na wyjazd wybrałem się kilkudniowy. Na pierwszy mecz do Kielc dojechał Misiek, a drugi do Łęcznej – Misiek i Kazik.
1. Moja podróż rozpoczęła się już w piątek od… śniadania w Katowicach. Wiadomo, że trzeba się solidnie posilić. Tak więc z Katowic ruszyłem około godziny 12.00.
2. Droga przebiegła sprawnie i po niecałych trzech godzinach zameldowałem się w Hotelu pod Jaskółką nieopodal Kielc, w jednym z Tumlinów. Znałem to miejsce z opowieści, gdyż zatrzymują się tu czasem wędrowcy Głównego Szlaku Świętokrzyskiego.
3. Sam przemierzałem ten szlak dwa lata temu w majówkę. Wówczas po skończonym etapie w Miedzianej Górze autobusem podjechałem do hotelu Grafit. Jak się okazało, zarówno w poprzednim sezonie, jak i teraz, była to baza noclegowa drużyny.
4. Miejscówka nad zalewem Umer, robiła miłe wrażenie. Hotel to chyba jakiś rodzinny, bo w „barze” przesiadywała rodzinka gospodarzy.
5. Z okien można było podziwiać sympatyczne alpaki. Ogólnie sielanka. To był piątek, więc jeszcze nie byłem skażony przykrymi emocjami sportowymi.
6. Zaczynała się kolejka. Czas więc był śledzić poczynania ligowych rywali. Derby Lublina, czyli Motor grał z Zagłębiem. Na początku oglądałem na laptopie, ale pan chyba dziadek zaproponował, że włączy telewizor. Co uczynił.
7. W międzyczasie obiad. Befsztyk po królewsku, z cebulką, jajkiem sadzonym, frytkami i kapustą zasmażaną. Coś pięknego. Tak mi zasmakowało, że potem podczas pobytu wziąłem to jeszcze dwa razy. Na doprawienie się był krem z pieczarek z groszkiem ptysiowym.
8. Wieczorem Widzew – Górnik i kolejny brak wygranej naszego najbliższego rywala. Do tego wykartkował się Fornal, Świder chyba odniósł jakąś kontuzję. Zobaczymy.
9. No i nadeszła sobota. Śniadanie było sowite – z jajecznicą z wkładką. I tu trzeba było zdobyć kalorię, które będą spalane podczas meczu.
10. Niestety nie dostałem miejsca parkingowego, więc musiałem szukać w okolicach stadionu. Wiedziałem, że są ogólnodostępne parkingi i myślałem, że będąc niemal dwie godziny przed meczem nie będzie problemu. Nie wziąłem pod uwagę, że to ostatni weekend przed Wszystkich Świętych. Na parkingach były dzikie tłumy.
11. Musiałem kluczyć i szukać ponad pół godziny. Ostatecznie zaparkowałem na ulicy niedaleko stadionu, pod cmentarzem, na jakiejś trawie.
12. Czirliderki – podobnie jak ostatnio – miały swoją rozgrzewkę na bocznym boisku. A ja zacząłem kierować się do obiektu.
13. Akredytację odebrałem, trzeba było też sprawdzić, czy w sklepiku jest proporczyk. W poprzednim sezonie go zabrakło. Tym razem udało się – był w asortymencie, więc moja na razie niewielka kolekcja została powiększona.
14. Na stadionie byłem nieco ponad godzinę przed meczem. Ciekawe, że tym razem dojście do prasówki było z drugiej strony niż ostatnio. Ale wyjątkowo ochroniarz przepuścił mnie przez catering dla VIP-ów. Nic nie zachachmęciłem.
15. W dojściu do sektora prasowego, można było odnieść wrażenie, że zaraz się wejdzie do Lewiatana, bo taka reklama jest na stadionie, a wygląda dosłownie, jak szyld sklepu.
16. Czirliderki już oficjalnie wystąpiły, Marek Grechuta zaśpiewał i mogliśmy zacząć grać.
17. U gości wystąpił Pau Resta, były zawodnik Korony. Kibice gospodarzy chyba nie narzekali, bo to Hiszpan dał się nawinąć Menie, który strzelił zwycięską bramkę.
18. Camilo Mena to z jednej strony człowiek mocno zamieszany w awans GKS do ekstraklasy, ale też już w tej ekstraklasie całkiem konkretnie nas tępi. Raz już trafił jako zawodnik Lechii w meczu z GKS, a teraz jako piłkarz Korony.
19. Po meczu konferencja, na której było wyjątkowo dużo dziennikarzy. Każdy chciał zobaczyć debiut Roberta Kolendowicza. Ogólnie sama sala ciekawa, ciemna, ciepła, dość kameralna i schludna.
20. Rozczarowany wróciłem do auta i wróciłem na miejscówkę.
21. Niedziela upłynęła pod znakiem odpoczynku i ekstraklasy oraz oczywiście El Clasico. W tym polskim Lech wygrał na wyjeździe z Legią, a hiszpańskim Real pokonał Barcelonę.
22. Ale przynajmniej mogłem ukoić nerwy w towarzystwie alpak. Zawsze to coś, gdy nie ma wyników.
23. W poniedziałek przemieściłem się do Łęcznej. Trzy godziny drogi, trochę zadupiami. Ale jeszcze za widna byłem na Lubelszczyźnie.
24. Jeszcze udałem się na oddalony o kilometr od mojej miejscówki stadion Górnika, by zrobić nagrywkę i cyknąć parę zdjęć. Ku mojej uciesze stadion był otwarty, więc wszedłem i sobie połaziłem dookoła. Nieniepokojony przez nikogo.
25. Wieczorkiem w sushi/pizzerii pyszna picka. I jesienna herbata. Ogólnie Łęczna jest całkiem przyjemnym małym miastem. Są knajpy, sklepy, kebab, mak. Są też stosunkowo tanie noclegi. Bardzo przyjemnie.
26. Rano śniadanie i na tym skończyły się przyjemności i dobry nastrój. To znaczy jeszcze przez jakiś czas było okej, ale w pewnym momencie zaczęło się robić źle – dokładnie w momencie, jak piłkarze wyszli na boisko.
27. Na stadionie Górnika Łęczna byłem wcześniej sześć razy, ale pięć z tych meczów było przegranych. Jedynie raz GieKSa potrafiła tam wygrać, gdy w końcówce trzy razy strzeliliśmy bramkę.
28. Co ciekawe akredytacja była w formie on line. Nie dostałem plakietki, musiałem się zalogować do systemu biletowego i spoko – tam akredytacja czekała.
29. Ale musiałem czekać aż przyniosą skaner do skanowania. Na szczęśćie może trzy minuty i wszystko było załatwione.
30. Warunki do pracy przyzwoite. Prąd i widoczność spoko. Na stadion schodziły się dzieciaki ze szkół, trzeba było jakoś zbudować frekwencję. Młyn był niewielkie, kibice GKS, cali na żółto, jak zwykle dali radę.
31. Nie zabrakło pozdrowień dla Grzegorza Rogali, kibice GKS pamiętają, że ten zawodnik dał dużo naszej drużynie w drugiej i pierwszej lidze. Teraz broni barw Łęcznej.
32. Luboń, Zdzieszowice, Skierniewice, Garbarnia Kraków, Chrobry u siebie, Tarnobrzeg… To niektóre z kompromitacji, jakie GieKSa zaliczyła w Pucharze Polski w ostatnich kilkunastu latach. Teraz dołożyliśmy do tego drugoligową Łęczną. Fajny był ten puchar w poprzednim sezonie, ale wychodzi na to, że absolutnie nie są to nasze rozgrywki.
33. Po meczu zadałem trochę pytań na konferencji trenerowi, ale byłem tak rozemocjonowany, że zapomniałem włączyć nagrywanie. Z pomocą przyszli chłopacy z oficjalnej, którzy wspomogli mnie nagraniem audio. Wielkie dzięki!
34. Zadałem też pytanie asystentowi trenera gospodarzy, takiemu o aparycji Michaela Ameyawa, na co kładli nacisk i w czym widzieli szansę. To powiedział, że w tym, że obrońcy GKS są wysocy, ale mało zwrotni. Żodyn się nie spodziewał.
35. Wróciłem do auta, które miałem pod miejscówką noclegową, z kilometr od stadionu. I ruszyłem w drogę powrotną. O godzinie 22:00 byłem w domu.
Felietony Piłka nożna
Od razu humor lepszy
Wygrać z Widzewem to zawsze coś pięknego. W mojej próżności kibicowskiej co jakiś czas pojawia się jakaś drużyna, z której niepowodzeń cieszę się szczególnie. Nie chce mi się udawać tutaj jakiejś wielkiej klasy i kreować się na nie wiadomo kogo. Jako ludzkość tak mamy w swojej specyfice, że tzw. schadenfraude istnieje i jedyne, co z tym ktoś może zrobić – i wiele ludzi robi – to po prostu mydli oczy całemu światu kreując się właśnie na kogoś innego. Oczywiście zawsze lepszego, niż jest w rzeczywistości. Kibicowanie jest stosunkowo bezpiecznym miejscem, żeby realizować swoje różne ciemne uczucia. Wszelkie antagonizmy, szowinizmy to danie upustu swoim historiom i nieraz może być grubo i gorąco. Problem pojawia się, kiedy ktoś to zaczyna traktować śmiertelnie poważnie. I wiemy, że oczywiście takie osoby są. Futbol to zabawa, choć poważna. Najbardziej poważna z niepoważnych rzeczy tego świata.
Te moje radości z niepowodzeń innych nie są jednak zawsze typowe dla kibica GKS. Na przykład niespecjalnie mnie cieszą porażki czy niepowodzenia Ruchu Chorzów. Mam kompletnie do tego neutralny stosunek. No może na jakiś minimalny minusik. Ale jeśli awansowaliby do ekstraklasy i mielibyśmy się z nimi mierzyć – nie martwiłbym się z tego powodu. Może też dlatego, że nie sądzę, by awansowali.
Po pamiętnych „brudnych pazurach” takim klubem była też dla mnie Arka Gdynia. Więc fajnie było, jak po porażce z nami w barażu nie awansowali do ekstraklasy, no i szkoda, że później awans nastąpił. Ale „karencja” w moich emocjach się zakończyła i w trakcie sezonu wrócił neutralny stosunek do gdynian. Nie cieszyłem się z ich spadku jakoś szczególnie. Podobnie było z Wisłą Kraków, ale teraz widząc jak ten zespół dobrze gra i jest bardzo sensownie prowadzony – również nie mam specjalnie negatywnych odczuć. I czeka nas trudne zadanie w grudniu.
Widzew to sytuacja szczególna. Poziom zadufania łódzkich kibiców, tzw. fanbazy i przeświadczenie o swojej wielkości jest (a w zasadzie chwilowo: był) tak wielki, że po prostu miło się patrzy na to systematyczne sprowadzanie na ziemię. GieKSa w Łodzi przegrała w dwóch poprzednich sezonach i ileż to ja tam się nasłuchałem o tym, jak to Widzew zaraz zaatakuje puchary, a wręcz się będzie włączał do walki o mistrzostwo. Wydawało się, że po zwycięstwie z GKS są już dosłownie o krok od Ligi Mistrzów. Uzasadniać to miały oczywiście wielkie pieniądze i wspaniałe transfery. No bo przecież ściąganie takich piłkarzy jak Mariusz Fornalczyk, który brylował w Koronie czy Sebastian Bergier, artystów pokroju Kornviga czy Leragera, a jakiś czas temu reprezentantów – Drągowskiego, Wiśniewskiego czy Świderskiego pokazywało, że w Łodzi tworzy się prawdziwy dream team. Niestety – jak się okazało – był to tylko wet dream.
(Boże, jak ja nie lubię tego określenia, ale tu mi pasuje do gry słów).
Dlatego to zderzanie się z rzeczywistością łódzkiego klubu jest miłe dla oka. Po prostu jak ktoś cwaniakuje i uważa się za lepszego od innych i że z urzędu mu się wszystko ułoży jak w bajce, to potem przychodzi proza życia, ciężka harówa i to, że jak mawiał klasyk „nazwiska w piłce nie grają”. Pieniądze też. I w życiu również nie grają pozory. Mogą one na chwilę zaciemnić obraz, ale zawsze na końcu wybiją się po prostu prawdziwe, merytoryczne wartości.
Oczywiście obecnie te opinie są biegunowo inne, bo przecież kibice Widzewa widzą, co się dzieje. Jedno zwycięstwo w trzynastu meczach, często dość kuriozalne tracenie punktów, ich straty w końcówkach meczów (zarówno w poprzednim sezonie, jak i teraz) sprawiają, że Łodzianie znów kręcą się w okolicach strefy spadkowej. Ich szczęściem jest to, że raczej remisują niż przegrywają i te ciułane punkciki ostatecznie jednak dużo dają w kwestii pałętania się w ogonie tabeli.
Tak więc sumarycznie, jeśli ktoś uzna to moje podejście za małostkowe, proszę bardzo. Jest takie.
Oczywiście to mniej istotny aspekt sobotniego meczu. Ważniejszym miało być po prostu zwycięstwo GieKSy. Po ostatnich porażkach potrzebowaliśmy trzech punktów jak tlenu – nie tylko do tabeli, ale także dla morale zespołu i kibiców.
Przyjechał Widzew, który – no właśnie – to co napisałem o zderzaniu się z rzeczywistością to jeden aspekt. Drugim jest to, że jednak ta jedna wygrana w sezonie to też jest pewna anomalia jak na tę kadrę. Widzew nie jest przecież aż tak słaby, żeby wygrać zaledwie raz na dwanaście (stan przed meczem z GKS). Widziałem wszystkie mecze RTS w tym sezonie, oprócz tego z pierwszej kolejki z Motorem. Fakt, że Łodzianie większość meczów zremisowali też nie bierze się z niczego. Dodatkowo potrafili mieć sporo dobrych momentów w tych meczach. Ze Śląskiem grając praktycznie cały pojedynek w dziesiątkę strzelili na wyjeździe trzy bramki i byli bliscy zwycięstwa. Z Lechem toczyli bardzo wyrównany bój i klops Drągowskiego zadecydował o porażce. Zagrali bardzo dobry mecz na Legii. Ostatni u siebie z Górnikiem też był niezły.
Więc Widzew to też nie są żadne ogóry. Uważam, że stać ich na normalny środek tabeli, a może nawet minimalnie górną połówkę.
I to też goście pokazali w Katowicach. Dla GieKSy był to mecz piekielnie trudny. Nasz zespół miał pewien problem z wejściem w to spotkanie, gra była w pierwszej połowie jakaś niemrawa, nie stwarzaliśmy zagrożenia pod bramką rywala. Widzew był aktywny, potrafił wyjść spod pressingu, dobrze rozprowadzali piłkę po bokach czy prostopadle. Do tego byli dynamiczni. Ewidentnie brakowało im jakości w wykończeniu, więc po ananasach typu Akere czy Bukari, teraz kibice z Łodzi muszą patrzeć na wyczyny niejakiego Biuka.
Mieliśmy trochę szczęścia. Znów – jak ostatnio w każdym meczu – Pau Resta miał momenty nieogarnięcia i rywal stwarzał zagrożenie. Przeciwnik był jednak mocno nieskuteczny, na posterunku był też Gabriel Kobylak, który jednak trzeba powiedzieć, że jest naprawdę pewnym punktem drużyny.
Na szczęście w pewnym momencie zaczęliśmy atakować śmielej. Była ta centra z wolnego Nowaka na głowę Galana i słupek, a zaraz potem Ilja strzelał prosto w bramkarza. No i wisienka – nomen omen – pierwszej połowy, czyli kapitalna akcja bramkowa. Kacper Łukasiak zapatrzył się chyba na Bartka z Zabrza, bo zagrał na Ilję Szkurina bardzo podobną piłkę. Tym razem nasz napastnik jednak nogą, a nie głową – wyprzedził Drągowskiego i wystawił Nowakowi do pustej bramki, a nasz najlepszy zawodnik tylko dołożył nogę. Wykorzystaliśmy włoską wiedzę Przemysława Wiśniewskiego, bo jak mawia legenda, w Italii uczono go, by w takiej sytuacji stać jak słup soli i podziwiać kunszt Pana Bartosza Nowaka.
Prowadziliśmy do przerwy, choć wcale prowadzić nie musieliśmy. Dlatego ten wynik był tak bardzo cenny.
Na początku drugiej połowy, również wybronił nas strażnik Gabriel, bo niestety dalej nie ustrzegaliśmy się błędów w defensywie. Na szczęście ofensywa robiła show. Tak jak pisałem po Koronie, brakuje nam często tych soczystych dośrodkowań w pole karne. Tym razem Mateusz Kowalczyk – ponawiając atak – z powietrza kopnął piłkę na tyle mocno, że dał szansę przejścia futbolówce przez większość piłkarzy. Ta trafiła do Bartka, a ten już wiedział, co z nią zrobić. Przy wydatnej pomocy Papanikolaou piłka wpadła do bramki, a gdyby wzrok mógł zabijać, to Drągowski byłby istnym Bazyliszkiem dla Greka. Po chwili kolejną kapitalną akcję rozpoczął Nowak, Sebastian Milewski piętą odegrał do Szkurina, Ilja dwukrotnie strzelał i w zamieszaniu podbramkowym Bartek na spółkę z Kapuadim wepchnęli piłkę do siatki.
Dodam tylko jeszcze w kwestii tego dośrodkowania Kowala. Jak pisałem niedawno, jest trochę irytujące, jak Marcin Wasielewski nie decyduje się na centrę tylko ciągle szuka jakiegoś kolegi z tyłu, najczęściej Alana Czerwińskiego. Tymczasem jak Marcin już się na to dośrodkowanie zdecyduje, to wychodzą naprawdę niezłe kopnięcia. I tak było w końcówce, gdy zacentrował na głowę Szkurina. Więc zachęcałbym do większej ilości takich prób, bo jestem przekonany, że zaraz ten zawodnik może mieć asystę.
Wyniku 3:0 nie spodziewaliśmy się w najśmielszych snach, a już tym bardziej przy niezłej do tej pory przecież postawie Widzewa. Mecz układał się kapitalnie.
Niestety znów dopadł nas meltdown. Sytuacja po rzucie rożnym – cóż, zdarza się. Choć jak przyglądam się powtórkom to myślę, że Kapuadi zawiesił się na Klemenzie i można by było tę sytuację rozpatrywać. VAR jednak nie za bardzo drgnął w tej sytuacji. No a potem mieliśmy kolejny błąd Resty, czyli niekontrolowane dość odbicie głową piłki, która trafiła pod nogi Świderskiego. Fakt, że ulubieniec Jana Urbana zachował się w tej sytuacji jak rasowy snajper i strzelił kapitalnie.
Znaleźliśmy się w piekielnie ciężkim położeniu. Niby GKS Katowice nadal prowadził, ale z dużego spokoju zrobiła się nerwówka. A Widzew zyskał (miał zyskać) wiatr w żagle, wiadomo, że taki moment wpływa na psychikę bardzo dobrze. I obawiałem się, że Łodzianie z animuszem na nas ruszą, a w związku z naszymi błędami w obronie będziemy oglądać niesłychaną remontadę skutkującą utratą być może nie tylko zwycięstwa, ale nawet wszystkich punktów.
I za ten fragment do końca meczu należy się naszym zawodnikom duża pochwała. Nie spanikowali, utrzymali chłodną głowę i nie dopuszczali rywala do groźnych sytuacji strzałowych. Uważam, że od utraty drugiej bramki do końca meczu, czyli przez ok. 20 minut, to był najlepszy defensywnie moment tego meczu. A sama końcówka, czyli trzymanie piłki daleko od własnego pola karnego, to przytrzymywanie Ilji było klasowe. Widzewiacy mogli tylko krzyczeć i machać rękami, łapiąc jedną kartkę za drugą. Katowiczanie w końcówce doprowadzili gości do całkiem konkretnej frustracji. Bardzo dobrze rozegrane i można powiedzieć, że wyrównali te swoje błędy świetną grą na koniec.
Cieszy to, że znów byliśmy bardzo skuteczni z przodu. No i właśnie – dwa gole strzeliliśmy po grze bardziej bezpośredniej i prostej. Trzecia to już było rozklepanie obrony rywala. Dobrze by było, żeby te nasze działania było różnorodne, bo tak naprawdę przeciwnik zawsze będzie z tego tytułu miał więcej problemów.
O Bartku Nowaku nie ma co się rozpisywać, bo znów udowodnił, że jest wybitny.
Mamy ciągle nad czym pracować. Znów straciliśmy bramkę, znów gubiliśmy się w obronie, oprócz tej końcówki. Gdyby Widzew był bardziej ogarnięty i skuteczny, mógł w pierwszej połowie spokojnie prowadzić w tym spotkaniu. A na początku drugiej wyrównać. Skorzystaliśmy mocno z ich indolencji w ofensywie, ale też wykorzystaliśmy do maksimum ich słabość w obronie. W sumie, czy nie na tym polega piłka?
Nadal musimy się nad kilkoma postaciami zastanowić. Pau Resta naprawdę musi się ogarnąć, bo nawet jeśli w większości gra poprawnie, to i tak w każdym meczu zalicza jakieś klopsy.
Ostatnio trener wystawia w pierwszej jedenastce Marcela Wędrychowskiego. Nie sądzę, że zawodnik tę pozycję utrzyma. Niestety po raz kolejny Marcel wypadł słabo – gubił piłkę, źle podawał w dobrych sytuacjach, przewracał się. To niestety nadal nie jest ten poziom, którego byśmy oczekiwali. Nawet jak mu czasem wyjdzie jakiś mecz, to potem popada w dużą – delikatnie mówiąc – przeciętność. W przeciwieństwie do swojego kumpla Kacpra Łukasiaka, który gra coraz lepiej. Kacper jeszcze mógłby się wstrzelić w tę bramkę, bo choć nie jest to jego głównym zadaniem, to prawie w każdym meczu oddaje jakiś strzał. Na pewno dodałoby mu to jeszcze większej pewności siebie. Ale i tak jest naprawdę dobrze.
Ostatecznie GieKSa pokazała, że solą piłki są bramki i to one zadecydowały o zwycięstwie. Do maksimum nasz zespół wykorzystał swoje atuty i słabość przeciwnika.
Dzięki temu zwycięstwu ta cała nieszczęsna Łęczna, gdzieś tam lekko odeszła za mgłę. To jest dokładnie to, o czym pisałem przed meczem. Im będziemy lepiej grać i punktować, tym jakieś wcześniejsze nieudane mecze coraz bardziej będą odchodzić w niepamięć. Piłka przecież nie znosi próżni i naprawdę nietrudno jest pewne rzeczy nadrobić czy nadpisać.
Dlatego po sporej dawce krytyki, jaką dałem po ostatnich dwóch meczach, tym razem chcę powiedzieć, że zespół przysporzył mi naprawdę sporo radości i za sporo rzeczy można naszą ekipę pochwalić.
A że jeszcze dzięki GieKSie Widzew miał się z pyszna – to już miód na moje GieKSiarskie serce.
PS Zapomniałem napisać wcześniej, a nie chce mi się już wplatać w tekst. Decyzja o niepodyktowaniu rzutu karnego po ręce Wiśniewskiego to kuriozum. Domyślam się, że u siedzącego na VAR Szymona Marciniaka to jest żaden argument o chowaniu ręki, tylko pewnie, że piłka najpierw odbiła się od biodra/brzucha, zanim trafiła Wiśnię w rękę. Sytuacja o tyle absurdalna, że to była tak minimalna zmiana toru lotu, że i tak by w tę rękę dostał. A ruch ręką do piłki był i nie zmienia tego fakt, że w ostatnim momencie „niby” tę rękę cofał. Dla mnie to jest ewidentny rzut karny i nie rozumiem, dlaczego Wojciech Myć nie został nawet wezwany do monitora. Znaczy wiem. Szymon Marciniak wie wszystko najlepiej.







































Irishman
23 sierpnia 2018 at 12:11
Lisowskiego obserwuje jeszcze od sparingów i od początku nie wywarł on na mnie wrażenia takiego bardzo pewnego obrońcy. On tak trochę jak Abramowicz jakieś braki nadrabia twardą grą i ambicja. Ale też właśnie uważam, że poprzez tą swoją ambicję wyeliminuje braki.
Shellu, nie widziałem meczu ale skoro piszesz, ze Słomka poza tą jedną, kluczową sytuacją nie zagrał jakoś szczególnie źle to wypada się zastanowić czy Kupec byłby w stanie zagrać choć tak dobrze? Bo to, że zagrał nieźle z Wigrami to nie jest bardzo miarodajne.
Zgadzam się, że Woźniak powinien grać w ataku na zmianę z Ruminem. Ale znowu… skoro piszesz o „atomowych skrzydłach” Rakowa, to może trener wolał postawić tam na doświadczonego zawodnika?
Na forum trwa właśnie dyskusje, czy mamy słabszy skład od Rakowa, a jeśli nie to dlaczego przegraliśmy. Dobrze to podsumował Kosa, że my oczywiście też mamy „nazwiska” ale w Częstochowie jest więcej dobrych piłkarzy. Ja dodałbym do tego, że to jest stan na dzisiaj. Ale jak damy spokojnie pracować i rozwijać się Ruminowi, Bronisławskiemu, Tabisiowi i innym to ten stan wkrótce się zmieni na naszą korzyść. Ba ja, jak sięgam pamięcią wstecz to nie pamiętam takich młodych chłopaków, już z takim potencjałem. Oczywiście, na tle bardzo wymagającego rywala widać różnice….. ale spokojnie!
I to samo zdanie mam odnośnie naszego trenera. Choć tu aż tak bardzo bym się nie upierał, niemniej jakieś dyskusje o jego dymisji są póki co zupełnie pozbawione sensu.
Mecza
23 sierpnia 2018 at 12:34
Od trenera trzeba się odczepić dopóki będzie szansa na awans. Dalej uważam, że strata 5pkt po rudzie jesiennej do 2 miejsca będzie optymistyczna po zmianach które nastąpiły. Pierwsze miejsce chyba trzeba sobie wybić z głowy. Jedyny pstryczek jest taki, że z taką jakością jaką niewątpliwie mamy powinniśmy spokojnie klepać atak pozytywny na połowie przeciwnika (z większością w 1 lidze) a tego nie ma, jest cały czas szarpana gra. To zależy od taktyki a nie zawodników. Przypominam, że Raków w zeszłym sezonie był beniaminkiem z większością nieznanych zawodników a już wtedy próbował/grał tak.
PanGoroli
23 sierpnia 2018 at 13:05
Teraz dopiero widać, jak kiepskiego mieliśmy wczesniej prezesa. Zawodnicy, którzy u nas byli do d., wielu z nich błyszczy w innych drużynach. Dobrzy trenerzy nagle tracili swoją skuteczność, gdy przychodzili do nas. Dla mnie to oczywiste, że gdy poszła fama, że rozniosła się fama, że GieKSa jest pod rządami 'miękkich jaj’, to zaczęły do nas ściągać różne piłkarskie kurwy przed emeryturą, zdemoralizowane i bez ambicji. Miały tu cieplutki kurwidołek i na łychę na tankszteli też nigdy nie brakowało po udanie przegranym meczu.
Dla mnie to wygląda teraz wszystko bardzo fajnie. Po pierwsze – ekipa. Dobra, przegrali, ale na razie chłopaki mają serio moją sympatię. Po drugie – rezerwy. Pora w końcu skaować absurdalną, idiotyczną decyzję pana Cygana. Stąd domyślam się, ze niektóre zaskakujące decyzje, jeśli chodzi o skład wyjściowy. Trener Paszulewicz pewnie dba, by obiecujący zawodnicy nie byli zbyt długo poza grą.
No i wreszcie trener. Wg mnie ani dobry, ani zły. Podoba mi się, że zwraca uwagę na charakter, walkę. W końcu to sport, a walka to esencja! Tylko, że problemem u nas nie byli trenerzy – ci też sobie fajnie teraz radzą w innych klubach, tylko zawodnicy. Poczynając od Markowskiego, i jego chark na kibiców, w postaci 1:6 z Podbeskidziem, by zwolnić trenera, to zawodnicy u nas rządzili i decydowali, który trener będzie 'dobry’, a który nie. Nie tych trenerów kwalifikacje.
I tu dochodzę do sedna. Mnie osobiście się marzy trener z zagranicy. Jak wygląda tzw 'polska myśl trenerska’ to widać od dekad. Świat nam uciekł. Wiem, że na takiego trenera trzeba by sięgnąć głębiej do kieszeni, ale… Mamy młody zespół. Ci zawodnicy mają potencjał, by ich wartość wzrosła pod okiem dobrego trenera. Wartość klubu też wzrośnie. Mnie się to widzi, jako dobra inwestycja. Z jakiego kraju widzielibyście trenera? Mnie z Niemiec. Ja tam nawet w 4 lidze widziałem siłę, technikę i taktykę.
Mecza
23 sierpnia 2018 at 13:36
@PanGoroli, poza Trochimem żaden piłkarz który od nas odszedł nie wyróżnia się w tej lidze. Grają i są przeciętni albo siedzą na ławce. Trener uważam, że powinien być polakiem. No chyba że mówimy o kimś kto wiele lat w Polsce pracuje. Zresztą raczej powinniśmy na młody trenerów stawiać którym się chce, którzy chcą zaistnieć, mają ambicje. W ten schemat Paszul się wpisuje. Ja nie wiem czy np. taki Nawałka (wiem nierealne, to tylko jaskrawy przykład) miałby jeszcze siły i chęci. Pewnie rok będzie potrzebował na reset.
Firek
23 sierpnia 2018 at 21:46
@Shellu: czemu zakładasz, że Woźniak wykorzystalby sytuację Rumina grając na szpicy? Jego liczby niestety są po prostu słabe… Co do Rumina, to w pamiętam, jak w którymś podcascie narzekaliscie, że Milik w gieksie zostałby odstawiony po 3 meczach i nikt nie dałby mu szansy, żeby odpalił… Teraz to samo sugerujesz zrobić z Ruminem;) też denerwuje mnie jego nieskutecznosc, ale generalnie gra fajnie, a chyba nie mamy lepszej alternatywy…
@PanGoroli: a ty to nie wiem o czym mówisz… Winą prezesa jest to, że piłkarze grali słabo? I to tego samego prezesa, który teraz ograł nas z Rakowem i ma lidera?;)
Jak dla mnie rola prezesa polega na zabezpieczeniu finansów i organizacji pracy w klubie, co przez ostatnie lata wzrosło u nas od (niemal) 0 do solidnego poziomu.
pablo eskobar
23 sierpnia 2018 at 23:52
przegralismy bo treneiro chcial zaskoczyc lepszego przeciwnika dwoma napstnikami a z teoretycznie slabszymi zagramy jednym napastnikiem taka jego taktyka jedziesz do silniejszej druzyny i grasz dwoma napstnikami jakas masakra bo chyba lepiej kontratakowac jak sie wie ze dana druzyna jest lepsza niz atakowac i sie odkryc
pablo eskobar
23 sierpnia 2018 at 23:57
mecza napisalem jaka taktyke wybral trener dlamnie to jakas masakra jechac na wyjazd do lepszej druzyny bo na papierze kazdy tak pisal ze jest lepsza dwoma napastnikami i grac otwarty futbol totalna masakra
Irishman
24 sierpnia 2018 at 01:27
@Pan Goroli a ja właśnie uważam odwrotnie. mieliśmy słabych piłkarzy, którzy po odejściu od nas kariery nie zrobili. Wyjątek to Trochim i Czerwiński ale oni już grając u nas odstawali od reszty, wręcz tu nie pasowali. Więc jak mam jakieś pretensje do prezesa Cygana to raczej o to, że wywalał trenerów, a nie tych przez których traciliśmy kolejne szanse na awans.
Dopiero teraz mamy ekipę, która jest w stanie coś osiągnąć. Ale pod warunkiem, że obecny prezes nie będzie słuchał niecierpliwych kibiców tylko zaciśnie zęby, wytrzyma to ciśnienie i da trenerowi i piłkarzom spokojnie pracować, najlepiej do końca sezonu.
@Firek, masz rację! Nie wiadomo czy Woźniak na szpicy byłby lepszy, bo już z Wigrami strasznie pudłował. Tak samo jak nie wiemy czy Frańczak albo Kupec zagraliby lepiej niż Słomka. A może skończyłoby się pogromem???
PanGoroli
24 sierpnia 2018 at 03:18
Ja miałem na myśli dawniejsze czasy. Jak tylko się ktoś zaczął pokazywać, to go puszczaliśmy, albo nie potrafiliśmy zatrzymać. Nie pamiętacie, jak przez lata GieKSa była ogrywalnią zawodników dla innych klubów? Faktem jest, że nie pamiętam, czy tak nadal było za Cygana. Za to pamiętam, że pierwszego dobrego piłkarza, którego zatrzymaliśmy, to Goncerz. I zaraz po dostaniu kontraktu zawodnik się skończył…
@Firek, bardzo słabe argumenty. Z GieKSy zrobiono zakład geriatryczny. Całe forum się łapało za głowę z każdym kolejnym nabytkiem. I kto, jak nie prezes za taką strategię nie odpowiadał? Przez lata robiono tu ordynarne wałki z meczami. Pod nosem Cygana. A Raków? Przecież Cygan przyszedł tam już na gotowe. Ty jakaś jego rodzina, czy co? Ale, wątek Cygana był tu już wałkowany na 1000 sposobów, i nie warto roztrząsać historii. Jak dla mnie, to obecni sternicy prezentują się o kilka klas lepiej. Jestem optymistycznie nastawiony, że efekty przyjdą wcześniej, czy później.
PanGoroli
24 sierpnia 2018 at 03:26
A taktyka na 2 napastników? Myślę, że to miala być recepta na brak Poczobuta. Wzmocnić atak, by odciążyć osłabioną defensywę. I jak widać, do końca to głupie nie było, bo obydwie bramki, które padły, wg relacji nie powinnybyły paść. A swoje sytuacje też mieliśmy.