Dołącz do nas

Piłka nożna

Sprintem przez rundę, cholera, kurde

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Czas na tradycyjne szybkie przeprawienie się przez wszystko to, co wydarzyło się w rundzie jesiennej. Jak zawsze opisujemy to w pigułce. Tym razem „tytuły” meczów będą wierszem i prosimy o wyrozumiałość – chcieliśmy „dorównać” ich poziomem, do poziomu naszych piłkarzy. I chyba się to udało.

Wakacyjne leżenie, na boisku lenie
Spotkanie z Podbeskidziem miało dać nam nadzieję, że po gruntownych zmianach kadrowych – będzie lepiej. Niestety spotkanie okazało się żenujące w wykonaniu GKS. Beznamiętne, słabe, bezbarwne, z kuriozalnymi interwencjami Kupca. Podbeskidzie wygrało 1:0 i Grzegorz Goncerz w końcu mógł się cieszyć z wygranej na Bukowej.

Osiem rąk Mariusza, trzy punkty Łodzi wydusza
Spektakularne interwencje Mariusza Pawełka pozwoliły zapobiec utracie jednej, dwóch czy tam pięciu bramek z ŁKS. Zawodnik swoimi interwencjami i nieprawdopodobnym refleksem dał możliwość wygranej, którą udało się odnieść po chyba jednej sensownej akcji ofensywnej, gdy po podaniu Michalika, Rumin strzelił gola.

Z fajerwerkami i podzielonymi punktami
Pierwsza połowa meczu z Tychami była najlepsza w tym sezonie. Wiele sytuacji, szybka, dynamiczna, efektowna gra. Dało się widzieć postęp i mieć nadzieję. Problem w tym, że to Tychy zdobyły bramkę, a nas stać było tylko na jednego gola. Po przerwie ta gra już siadła i mecz, który powinien zakończyć się wysokim zwycięstwem, zakończył się lekką klapą.

Rumin pudłuje, Sandecja na tróję
Gdyby Daniel Rumin wykorzystał dwusetkę z początku meczu z Sandecją, moglibyśmy ze spadkowiczem z ekstraklasy wygrać. Niestety ta (najlepsza) plus kilka innych sytuacji, mimo że dawały nadzieję na przyszłość, nie dały nam tak potrzebnych punktów. Dodatkowo kolejny rywal wykorzystał nasze wielbłądy w obronie.

Błąd od poprzeczki, trzy punkty do teczki
Spotkanie z Wigrami nie było już tak niezłe, jak dwa poprzednie, ale przynajmniej zakończone wygraną. Ozdobą meczu była piękna bramka Adriana Błąda zza pola karnego. W drugiej połowie – gdy Wigry się już odkryły – katowiczanie stworzyli sobie sporo dobrych sytuacji, ale i tu zabrakło szczęścia i precyzji.

Jak w Częstochowie, sabotaż rozpoczął człowiek
To właśnie od meczu z Rakowem rozpoczęło się wszystko, co najgorsze. Jacek Paszulewicz zamiast utrzymać dobry trend, zaczął mieszać, dokonywać dziwnych, niezrozumiałych i nielogicznych zmian. GKS w Częstochowie zagrał słabo, stracił gole frajerskie, ale i tak przy odrobinie szczęścia mógł coś wycisnąć.

Derbowe spotkanie, tradycyjnie lanie
Po latach spotkaliśmy się z Jastrzębiem i marzyliśmy w końcu o przełamaniu derbowych klęsk. Nic z tych rzeczy. Kolejny rywal z regionu przyjechał jak po swoje. GKS pozwolił rywalom na radość, prestiż, sobie znów serwując upokorzenie.

Poczobuta czerwona, końcówka ustawiona
Śmieszne były wypowiedzi, jakoby czerwona kartka Poczobuta w końcówce meczu miała wpływ na końcowy wynik i była jego główną przyczyną. Tym bardziej, że to GKS grał przez chwilę w przewadze i wtedy już „ustawić” sobie meczu nie mógł. GKS frajersko nie utrzymał remisu i sytuacja zaczęła się robić coraz gorsza.

Dwa gongi w Głogowie, znów dostaliśmy po głowie
I tutaj można było pokusić się o punkt, ale kolejne kuriozalne błędy w obronie dały rywalom w końcówce dwa gole. Czwarta porażka z rzędu stała się faktem, a GKS zaczął mieć problemy ze strzelaniem jakichkolwiek bramek.

Cztery minuty, samobójcze Poczobuty
GKS długo prowadził z Odra dwiema bramkami, ale do roboty wzięli się nasi obrońcy. W ciągu 240 sekund straciliśmy dwie bramki, a druga strzelił efektownym wślizgiem nasz „przecinak” Bartłomiej Poczobut. Z wygranego meczu w chwilę zrobił się mecz zremisowany.

Zremisowali, choć nic nie grali
Kolejny beznadziejny mecz, znów z prowadzeniem, którego nie udało się wygrać. Spotkanie z Puszczą było jednak dużo słabsze niż to z Odrą. Bez wyrazu, bez sensownego podejścia, z chaosem, brakiem taktyki i ogólną beznadzieją.

Odnieśli glorię, wprawiając stadion w euforię
Tak naprawdę ekstraklasowo grająca Pogoń powinna wygrać w Katowicach pięcioma bramkami. Tylu setek, ilu nie wykorzystali goście, można było policzyć na palcach dwóch rąk. Mieliśmy jednak Krzysztofa Barana w bramce i mnóstwo szczęścia, jak wtedy, gdy w 90. minucie Benedyczak nie trafił do pustej bramki. A potem dogrywka, karne i Lisowski, niczym Fabio Grosso w finale 2006.

Gong na koniec po leżakowaniu w obronie
Również z Niecieczą można było osiągnąć lepszy rezultat. Nasi zawodnicy postanowili jednak olać ordynarnie swoje obowiązki w polu karnym i zaproponować rywalom strzelenie gola. Nieciecza dzięki temu po raz trzydziesty siódmy wygrała w Katowicach.

Jak to się stało, że wam się w końcu udało?
Całe szczęście, że Olsztynie udało się wygrać, bo bez wygranej tak, na dziś mielibyśmy jeszcze trudniejszą sytuację. Na szczęście Stomil sfrajerzył się równie mocno, co GKS w wielu innych spotkaniach.

W debiucie Dudka, wystrychnięci na dudka
Kopacze na klepisku. Piłki nożnej bowiem to nie przypominało. Żenujące spotkanie z jednym tylko (niecelnym!) strzałem z naszej strony. Do tego swoje popisy kontynuował Lisowski, który podał piłkę Prokićowi, by ten mógł się przełamać. Od tego meczu Stal poszła w górę i będzie się bić o awans.

Czerwona latarnia, czyli Garbarnia, trzy punkty frajerom wygania
Najgorszy zespół ligi, zbierający bęcki regularnie, przyjechał sobie na Bukową, jak po swoje. Niesamowite jest to, że GKS i ten mecz potrafił przegrać. Dodatkowo po paralitycznym zderzeniu Lisowskiego i Pawełka. Nie udało sie wykorzystać kilku okazji. Pogrążyliśmy się.

Warta poprawia, można puścić pawia
Nawet tak przeciętna ekipa jak Warta Poznań, dzieliła i rządziła w Katowicach. GKS był kompletnie bezradny, nie potrafił zrobić absolutnie nic, a fatalne – po raz kolejny – błędy w obronie mogły zakończyć się jeszcze wyższym wynikiem do przerwy.

Maszyna pracuje, Lisowski z pucharu eliminuje
Ultradefensywna taktyka w meczu z Jagiellonią zdawała rezultat do 120. minuty. Wtedy to mózg odłączyło na chwilę Lisowskiemu, który kompletnie bez sensu sfaulował rywala w polu karnym. Była szansa na sensację, ale obrońca standardowo postanowił inaczej.

Wawrzyniak tu, Wawrzyniak tam, Wawrzyniak punkcik daje nam
Tutaj odwrotnie niż w poprzednich meczach, tym razem to GieKSa odrobiła w końcówce straty. Mecz nie był wybitny, ale przynajmniej zremisowany. Główną postacią był Jakub Wawrzyniak, który trafił do obu bramek. A GieKSie udało się zdobyć dwa gole po rzutach rożnych, co jest ewenementem.

GieKSa pod Klimczokiem, Góralom wychodzi bokiem
Mało kto dawał szansę katowiczanom w Bielsku. I zagrali oni znów ultradefensywnie, ale po szczęściu Śpiączki i dobrej jego akcji z Błądem udało się zdobyć dwa gole i po raz trzeci z rzędu wygrać w Bielsku. Zdecydowanie szczęśliwy ten stadion.

Raz, dwa, trzy, tyskie…cztery, co się dzieje do cholery?
Zachwycony wygraną w Bielsku Dudek postanowił dać coś ekstra, czyli ofensywę w Tychach. Gospodarze wypunktowali nas strasznie, aplikując cztery bramki. Ofensywa była widoczna, ale nieefektywna, jeśli natomiast chodzi o defensywę, to był dramat nad dramaty.

Pechowo nie wygrali, szczęśliwe nie przegrali
Mecz z ŁKS był spotkaniem paradoksów. GKS do 90. minuty prowadził i tylko pech mógł nam odebrać wygraną. Tak się stało, rzut karny wykorzystał Radionow i był remis. Od tego momentu tylko szczęście mogło nam zapewnić remis i tak się stało, bo rywale nie wykorzystali dwóch stuprocentowych okazji w końcówce.

Błąd z karnego, remis do niczego
Bezbramkowy rezultat z Sandecją nikogo w Katowicach nie zadowolił. GKS zagrał średnio z niezrozumiale defensywnie usposobionym rywalem. Była znów szansa na wygraną, ale Adrian popełnił Błąd wykonując jedenastkę. I na tym skończył się ten smutny dla nas wszystkich piłkarski rok.

3 komentarze
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

3 komentarze

  1. Avatar photo

    q2

    11 grudnia 2018 at 18:32

    Warto wspomnieć, że przed laty,
    przeciwnicy dostawali od nas baty.
    Rywale mieli minę nietęgą,
    klub przez dekadę był potęgą.
    Twierdza „Bukowa”, mur, obrona,
    pressing, atak, rywal kona.
    Piłkarze dla GieKSy serce oddali,
    cholernie twardzi, zdrowie ze stali.
    Grali starsi, grali młodzi,
    walczyli, nikt nie zawodził.
    Piękne czasy, mecze, puchary,
    wspomni nie jeden kibic stary.
    Dzisiejsza GieKSa to jakaś farsa,
    dyrektor ściąga piłkarzy z Marsa.
    Serwuje kontrakty kosmiczne,
    gramy jak laicy, jakoś anemicznie.

  2. Avatar photo

    Irishman

    11 grudnia 2018 at 21:11

    No, a sam prezes ma Klub Biznesu
    Więc nie obejdzie się bez sukcesu!
    Tylko, ze kurde… patrzę w tabelę
    A nasza GieKSa nie jest na czele.
    Szukam i szukam, a jej ciągle nie ma
    Czyżby ta presja tak nas złamała?

  3. Avatar photo

    bonik

    12 grudnia 2018 at 00:16

    Nie zgadzam się z 80% opinii o tych meczach w pierwszej połowie rundy. Pomieszanie z poplątaniem. Końcówka łatwa do oceny ale pierwsza połowa…. tam gdzie dostawaliśmy w dupę komentarze że mało brakło, tam gdzie mało brakło komentarze, że dostawaliśmy w dupę. Teoria relatywizmu w 100% a my ładujemy pod prędkość światła- gdzie:

    E= ilość punktów straty do miejsca z awansem, m= brakująca ilość kibiców na Blaszoku, c2 = gradient poziomu kopaczy

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Piłka nożna

Górnik Łęczna – GKS Katowice 1:0

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

27.10.2026 Łęczna
Górnik Łęczna – GKS Katowice 1:0
Bramki: Tkacz (32)
Górnik: Wilk – Turek, Radkowski (38. Kobryń), Kruk, Rogala (69. Quainoo), Tkacz (81. Deja), Walski, Myszkor, Akhmedov, Janaszek (69. Niewiarowski), Antkowiak (81. Korbecki)
GKS: Kikolski – Jirka (57. Galan), Olsen (57. Czerwiński), Jędrych, Klemenz, Wdowiak, Milewski, Wolski (75. Kowalczyk), Nowak, Wędrychowski (57. Bartlewicz), Szkurin (75. Kokosiński)
Ż.kartki: Myszor – Bartlewicz
Cz.kartki: 
Sędzia: Paweł Malec (Łódź)
Widzów: 1333

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Post scriptum do Kielc i Łęcznej

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Trudno wracać myślami do dwóch ostatnich pojedynków. Wiemy, jak zagrała GieKSa i jakie wyniki osiągnęła. Nie może jednak zabraknąć tradycyjnego post scriptum. Tym razem łączonego, bo na wyjazd wybrałem się kilkudniowy. Na pierwszy mecz do Kielc dojechał Misiek, a drugi do Łęcznej – Misiek i Kazik.

1. Moja podróż rozpoczęła się już w piątek od… śniadania w Katowicach. Wiadomo, że trzeba się solidnie posilić. Tak więc z Katowic ruszyłem około godziny 12.00.

2. Droga przebiegła sprawnie i po niecałych trzech godzinach zameldowałem się w Hotelu pod Jaskółką nieopodal Kielc, w jednym z Tumlinów. Znałem to miejsce z opowieści, gdyż zatrzymują się tu czasem wędrowcy Głównego Szlaku Świętokrzyskiego.

3. Sam przemierzałem ten szlak dwa lata temu w majówkę. Wówczas po skończonym etapie w Miedzianej Górze autobusem podjechałem do hotelu Grafit. Jak się okazało, zarówno w poprzednim sezonie, jak i teraz, była to baza noclegowa drużyny.

4. Miejscówka nad zalewem Umer, robiła miłe wrażenie. Hotel to chyba jakiś rodzinny, bo w „barze” przesiadywała rodzinka gospodarzy.

5. Z okien można było podziwiać sympatyczne alpaki. Ogólnie sielanka. To był piątek, więc jeszcze nie byłem skażony przykrymi emocjami sportowymi.

6. Zaczynała się kolejka. Czas więc był śledzić poczynania ligowych rywali. Derby Lublina, czyli Motor grał z Zagłębiem. Na początku oglądałem na laptopie, ale pan chyba dziadek zaproponował, że włączy telewizor. Co uczynił.

7. W międzyczasie obiad. Befsztyk po królewsku, z cebulką, jajkiem sadzonym, frytkami i kapustą zasmażaną. Coś pięknego. Tak mi zasmakowało, że potem podczas pobytu wziąłem to jeszcze dwa razy. Na doprawienie się był krem z pieczarek z groszkiem ptysiowym.

8. Wieczorem Widzew – Górnik i kolejny brak wygranej naszego najbliższego rywala. Do tego wykartkował się Fornal, Świder chyba odniósł jakąś kontuzję. Zobaczymy.

9. No i nadeszła sobota. Śniadanie było sowite – z jajecznicą z wkładką. I tu trzeba było zdobyć kalorię, które będą spalane podczas meczu.

10. Niestety nie dostałem miejsca parkingowego, więc musiałem szukać w okolicach stadionu. Wiedziałem, że są ogólnodostępne parkingi i myślałem, że będąc niemal dwie godziny przed meczem nie będzie problemu. Nie wziąłem pod uwagę, że to ostatni weekend przed Wszystkich Świętych. Na parkingach były dzikie tłumy.

11. Musiałem kluczyć i szukać ponad pół godziny. Ostatecznie zaparkowałem na ulicy niedaleko stadionu, pod cmentarzem, na jakiejś trawie.

12. Czirliderki – podobnie jak ostatnio – miały swoją rozgrzewkę na bocznym boisku. A ja zacząłem kierować się do obiektu.

13. Akredytację odebrałem, trzeba było też sprawdzić, czy w sklepiku jest proporczyk. W poprzednim sezonie go zabrakło. Tym razem udało się – był w asortymencie, więc moja na razie niewielka kolekcja została powiększona.

14. Na stadionie byłem nieco ponad godzinę przed meczem. Ciekawe, że tym razem dojście do prasówki było z drugiej strony niż ostatnio. Ale wyjątkowo ochroniarz przepuścił mnie przez catering dla VIP-ów. Nic nie zachachmęciłem.

15. W dojściu do sektora prasowego, można było odnieść wrażenie, że zaraz się wejdzie do Lewiatana, bo taka reklama jest na stadionie, a wygląda dosłownie, jak szyld sklepu.

16. Czirliderki już oficjalnie wystąpiły, Marek Grechuta zaśpiewał i mogliśmy zacząć grać.

17. U gości wystąpił Pau Resta, były zawodnik Korony. Kibice gospodarzy chyba nie narzekali, bo to Hiszpan dał się nawinąć Menie, który strzelił zwycięską bramkę.

18. Camilo Mena to z jednej strony człowiek mocno zamieszany w awans GKS do ekstraklasy, ale też już w tej ekstraklasie całkiem konkretnie nas tępi. Raz już trafił jako zawodnik Lechii w meczu z GKS, a teraz jako piłkarz Korony.

19. Po meczu konferencja, na której było wyjątkowo dużo dziennikarzy. Każdy chciał zobaczyć debiut Roberta Kolendowicza. Ogólnie sama sala ciekawa, ciemna, ciepła, dość kameralna  i schludna.

20. Rozczarowany wróciłem do auta i wróciłem na miejscówkę.

21. Niedziela upłynęła pod znakiem odpoczynku i ekstraklasy oraz oczywiście El Clasico. W tym polskim Lech wygrał na wyjeździe z Legią, a hiszpańskim Real pokonał Barcelonę.

22. Ale przynajmniej mogłem ukoić nerwy w towarzystwie alpak. Zawsze to coś, gdy nie ma wyników.

23. W poniedziałek przemieściłem się do Łęcznej. Trzy godziny drogi, trochę zadupiami. Ale jeszcze za widna byłem na Lubelszczyźnie.

24. Jeszcze udałem się na oddalony o kilometr od mojej miejscówki stadion Górnika, by zrobić nagrywkę i cyknąć parę zdjęć. Ku mojej uciesze stadion był otwarty, więc wszedłem i sobie połaziłem dookoła. Nieniepokojony przez nikogo.

25. Wieczorkiem w sushi/pizzerii pyszna picka. I jesienna herbata. Ogólnie Łęczna jest całkiem przyjemnym małym miastem. Są knajpy, sklepy, kebab, mak. Są też stosunkowo tanie noclegi. Bardzo przyjemnie.

26. Rano śniadanie i na tym skończyły się przyjemności i dobry nastrój. To znaczy jeszcze przez jakiś czas było okej, ale w pewnym momencie zaczęło się robić źle – dokładnie w momencie, jak piłkarze wyszli na boisko.

27. Na stadionie Górnika Łęczna byłem wcześniej sześć razy, ale pięć z tych meczów było przegranych. Jedynie raz GieKSa potrafiła tam wygrać, gdy w końcówce trzy razy strzeliliśmy bramkę.

28. Co ciekawe akredytacja była w formie on line. Nie dostałem plakietki, musiałem się zalogować do systemu biletowego i spoko – tam akredytacja czekała.

29. Ale musiałem czekać aż przyniosą skaner do skanowania. Na szczęśćie może trzy minuty i wszystko było załatwione.

30. Warunki do pracy przyzwoite. Prąd i widoczność spoko. Na stadion schodziły się dzieciaki ze szkół, trzeba było jakoś zbudować frekwencję. Młyn był niewielkie, kibice GKS, cali na żółto, jak zwykle dali radę.

31. Nie zabrakło pozdrowień dla Grzegorza Rogali, kibice GKS pamiętają, że ten zawodnik dał dużo naszej drużynie w drugiej i pierwszej lidze. Teraz broni barw Łęcznej.

32. Luboń, Zdzieszowice, Skierniewice, Garbarnia Kraków, Chrobry u siebie, Tarnobrzeg… To niektóre z kompromitacji, jakie GieKSa zaliczyła w Pucharze Polski w ostatnich kilkunastu latach. Teraz dołożyliśmy do tego drugoligową Łęczną. Fajny był ten puchar w poprzednim sezonie, ale wychodzi na to, że absolutnie nie są to nasze rozgrywki.

33. Po meczu zadałem trochę pytań na konferencji trenerowi, ale byłem tak rozemocjonowany, że zapomniałem włączyć nagrywanie. Z pomocą przyszli chłopacy z oficjalnej, którzy wspomogli mnie nagraniem audio. Wielkie dzięki!

34. Zadałem też pytanie asystentowi trenera gospodarzy, takiemu o aparycji Michaela Ameyawa, na co kładli nacisk i w czym widzieli szansę. To powiedział, że w tym, że obrońcy GKS są wysocy, ale mało zwrotni. Żodyn się nie spodziewał.

35. Wróciłem do auta, które miałem pod miejscówką noclegową, z kilometr od stadionu. I ruszyłem w drogę powrotną. O godzinie 22:00 byłem w domu.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Od razu humor lepszy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Wygrać z Widzewem to zawsze coś pięknego. W mojej próżności kibicowskiej co jakiś czas pojawia się jakaś drużyna, z której niepowodzeń cieszę się szczególnie. Nie chce mi się udawać tutaj jakiejś wielkiej klasy i kreować się na nie wiadomo kogo. Jako ludzkość tak mamy w swojej specyfice, że tzw. schadenfraude istnieje i jedyne, co z tym ktoś może zrobić – i wiele ludzi robi – to po prostu mydli oczy całemu światu kreując się właśnie na kogoś innego. Oczywiście zawsze lepszego, niż jest w rzeczywistości. Kibicowanie jest stosunkowo bezpiecznym miejscem, żeby realizować swoje różne ciemne uczucia. Wszelkie antagonizmy, szowinizmy to danie upustu swoim historiom i nieraz może być grubo i gorąco. Problem pojawia się, kiedy ktoś to zaczyna traktować śmiertelnie poważnie. I wiemy, że oczywiście takie osoby są. Futbol to zabawa, choć poważna. Najbardziej poważna z niepoważnych rzeczy tego świata.

Te moje radości z niepowodzeń innych nie są jednak zawsze typowe dla kibica GKS. Na przykład niespecjalnie mnie cieszą porażki czy niepowodzenia Ruchu Chorzów. Mam kompletnie do tego neutralny stosunek. No może na jakiś minimalny minusik. Ale jeśli awansowaliby do ekstraklasy i mielibyśmy się z nimi mierzyć – nie martwiłbym się z tego powodu. Może też dlatego, że nie sądzę, by awansowali.

Po pamiętnych „brudnych pazurach” takim klubem była też dla mnie Arka Gdynia. Więc fajnie było, jak po porażce z nami w barażu nie awansowali do ekstraklasy, no i szkoda, że później awans nastąpił. Ale „karencja” w moich emocjach się zakończyła i w trakcie sezonu wrócił neutralny stosunek do gdynian. Nie cieszyłem się z ich spadku jakoś szczególnie. Podobnie było z Wisłą Kraków, ale teraz widząc jak ten zespół dobrze gra i jest bardzo sensownie prowadzony – również nie mam specjalnie negatywnych odczuć. I czeka nas trudne zadanie w grudniu.

Widzew to sytuacja szczególna. Poziom zadufania łódzkich kibiców, tzw. fanbazy i przeświadczenie o swojej wielkości jest (a w zasadzie chwilowo: był) tak wielki, że po prostu miło się patrzy na to systematyczne sprowadzanie na ziemię. GieKSa w Łodzi przegrała w dwóch poprzednich sezonach i ileż to ja tam się nasłuchałem o tym, jak to Widzew zaraz zaatakuje puchary, a wręcz się będzie włączał do walki o mistrzostwo. Wydawało się, że po zwycięstwie z GKS są już dosłownie o krok od Ligi Mistrzów. Uzasadniać to miały oczywiście wielkie pieniądze i wspaniałe transfery. No bo przecież ściąganie takich piłkarzy jak Mariusz Fornalczyk, który brylował w Koronie czy Sebastian Bergier, artystów pokroju Kornviga czy Leragera, a jakiś czas temu reprezentantów – Drągowskiego, Wiśniewskiego czy Świderskiego pokazywało, że w Łodzi tworzy się prawdziwy dream team. Niestety – jak się okazało – był to tylko wet dream.

(Boże, jak ja nie lubię tego określenia, ale tu mi pasuje do gry słów).

Dlatego to zderzanie się z rzeczywistością łódzkiego klubu jest miłe dla oka. Po prostu jak ktoś cwaniakuje i uważa się za lepszego od innych i że z urzędu mu się wszystko ułoży jak w bajce, to potem przychodzi proza życia, ciężka harówa i to, że jak mawiał klasyk „nazwiska w piłce nie grają”. Pieniądze też. I w życiu również nie grają pozory. Mogą one na chwilę zaciemnić obraz, ale zawsze na końcu wybiją się po prostu prawdziwe, merytoryczne wartości.

Oczywiście obecnie te opinie są biegunowo inne, bo przecież kibice Widzewa widzą, co się dzieje. Jedno zwycięstwo w trzynastu meczach, często dość kuriozalne tracenie punktów, ich straty w końcówkach meczów (zarówno w poprzednim sezonie, jak i teraz) sprawiają, że Łodzianie znów kręcą się w okolicach strefy spadkowej. Ich szczęściem jest to, że raczej remisują niż przegrywają i te ciułane punkciki ostatecznie jednak dużo dają w kwestii pałętania się w ogonie tabeli.

Tak więc sumarycznie, jeśli ktoś uzna to moje podejście za małostkowe, proszę bardzo. Jest takie.

Oczywiście to mniej istotny aspekt sobotniego meczu. Ważniejszym miało być po prostu zwycięstwo GieKSy. Po ostatnich porażkach potrzebowaliśmy trzech punktów jak tlenu – nie tylko do tabeli, ale także dla morale zespołu i kibiców.

Przyjechał Widzew, który – no właśnie – to co napisałem o zderzaniu się z rzeczywistością to jeden aspekt. Drugim jest to, że jednak ta jedna wygrana w sezonie to też jest pewna anomalia jak na tę kadrę. Widzew nie jest przecież aż tak słaby, żeby wygrać zaledwie raz na dwanaście (stan przed meczem z GKS). Widziałem wszystkie mecze RTS w tym sezonie, oprócz tego z pierwszej kolejki z Motorem. Fakt, że Łodzianie większość meczów zremisowali też nie bierze się z niczego. Dodatkowo potrafili mieć sporo dobrych momentów w tych meczach. Ze Śląskiem grając praktycznie cały pojedynek w dziesiątkę strzelili na wyjeździe trzy bramki i byli bliscy zwycięstwa. Z Lechem toczyli bardzo wyrównany bój i klops Drągowskiego zadecydował o porażce. Zagrali bardzo dobry mecz na Legii. Ostatni u siebie z Górnikiem też był niezły.

Więc Widzew to też nie są żadne ogóry. Uważam, że stać ich na normalny środek tabeli, a może nawet minimalnie górną połówkę.

I to też goście pokazali w Katowicach. Dla GieKSy był to mecz piekielnie trudny. Nasz zespół miał pewien problem z wejściem w to spotkanie, gra była w pierwszej połowie jakaś niemrawa, nie stwarzaliśmy zagrożenia pod bramką rywala. Widzew był aktywny, potrafił wyjść spod pressingu, dobrze rozprowadzali piłkę po bokach czy prostopadle. Do tego byli dynamiczni. Ewidentnie brakowało im jakości w wykończeniu, więc po ananasach typu Akere czy Bukari, teraz kibice z Łodzi muszą patrzeć na wyczyny niejakiego Biuka.

Mieliśmy trochę szczęścia. Znów – jak ostatnio w każdym meczu – Pau Resta miał momenty nieogarnięcia i rywal stwarzał zagrożenie. Przeciwnik był jednak mocno nieskuteczny, na posterunku był też Gabriel Kobylak, który jednak trzeba powiedzieć, że jest naprawdę pewnym punktem drużyny.

Na szczęście w pewnym momencie zaczęliśmy atakować śmielej. Była ta centra z wolnego Nowaka na głowę Galana i słupek, a zaraz potem Ilja strzelał prosto w bramkarza. No i wisienka – nomen omen – pierwszej połowy, czyli kapitalna akcja bramkowa. Kacper Łukasiak zapatrzył się chyba na Bartka z Zabrza, bo zagrał na Ilję Szkurina bardzo podobną piłkę. Tym razem nasz napastnik jednak nogą, a nie głową – wyprzedził Drągowskiego i wystawił Nowakowi do pustej bramki, a nasz najlepszy zawodnik tylko dołożył nogę. Wykorzystaliśmy włoską wiedzę Przemysława Wiśniewskiego, bo jak mawia legenda, w Italii uczono go, by w takiej sytuacji stać jak słup soli i podziwiać kunszt Pana Bartosza Nowaka.

Prowadziliśmy do przerwy, choć wcale prowadzić nie musieliśmy. Dlatego ten wynik był tak bardzo cenny.

Na początku drugiej połowy, również wybronił nas strażnik Gabriel, bo niestety dalej nie ustrzegaliśmy się błędów w defensywie. Na szczęście ofensywa robiła show. Tak jak pisałem po Koronie, brakuje nam często tych soczystych dośrodkowań w pole karne. Tym razem Mateusz Kowalczyk – ponawiając atak – z powietrza kopnął piłkę na tyle mocno, że dał szansę przejścia futbolówce przez większość piłkarzy. Ta trafiła do Bartka, a ten już wiedział, co z nią zrobić. Przy wydatnej pomocy Papanikolaou piłka wpadła do bramki, a gdyby wzrok mógł zabijać, to Drągowski byłby istnym Bazyliszkiem dla Greka. Po chwili kolejną kapitalną akcję rozpoczął Nowak, Sebastian Milewski piętą odegrał do Szkurina, Ilja dwukrotnie strzelał i w zamieszaniu podbramkowym Bartek na spółkę z Kapuadim wepchnęli piłkę do siatki.

Dodam tylko jeszcze w kwestii tego dośrodkowania Kowala. Jak pisałem niedawno, jest trochę irytujące, jak Marcin Wasielewski nie decyduje się na centrę tylko ciągle szuka jakiegoś kolegi z tyłu, najczęściej Alana Czerwińskiego. Tymczasem jak Marcin już się na to dośrodkowanie zdecyduje, to wychodzą naprawdę niezłe kopnięcia. I tak było w końcówce, gdy zacentrował na głowę Szkurina. Więc zachęcałbym do większej ilości takich prób, bo jestem przekonany, że zaraz ten zawodnik może mieć asystę.

Wyniku 3:0 nie spodziewaliśmy się w najśmielszych snach, a już tym bardziej przy niezłej do tej pory przecież postawie Widzewa. Mecz układał się kapitalnie.

Niestety znów dopadł nas meltdown. Sytuacja po rzucie rożnym – cóż, zdarza się. Choć jak przyglądam się powtórkom to myślę, że Kapuadi zawiesił się na Klemenzie i można by było tę sytuację rozpatrywać. VAR jednak nie za bardzo drgnął w tej sytuacji. No a potem mieliśmy kolejny błąd Resty, czyli niekontrolowane dość odbicie głową piłki, która trafiła pod nogi Świderskiego. Fakt, że ulubieniec Jana Urbana zachował się w tej sytuacji jak rasowy snajper i strzelił kapitalnie.

Znaleźliśmy się w piekielnie ciężkim położeniu. Niby GKS Katowice nadal prowadził, ale z dużego spokoju zrobiła się nerwówka. A Widzew zyskał (miał zyskać) wiatr w żagle, wiadomo, że taki moment wpływa na psychikę bardzo dobrze. I obawiałem się, że Łodzianie z animuszem na nas ruszą, a w związku z naszymi błędami w obronie będziemy oglądać niesłychaną remontadę skutkującą utratą być może nie tylko zwycięstwa, ale nawet wszystkich punktów.

I za ten fragment do końca meczu należy się naszym zawodnikom duża pochwała. Nie spanikowali, utrzymali chłodną głowę i nie dopuszczali rywala do groźnych sytuacji strzałowych. Uważam, że od utraty drugiej bramki do końca meczu, czyli przez ok. 20 minut, to był najlepszy defensywnie moment tego meczu. A sama końcówka, czyli trzymanie piłki daleko od własnego pola karnego, to przytrzymywanie Ilji było klasowe. Widzewiacy mogli tylko krzyczeć i machać rękami, łapiąc jedną kartkę za drugą. Katowiczanie w końcówce doprowadzili gości do całkiem konkretnej frustracji. Bardzo dobrze rozegrane i można powiedzieć, że wyrównali te swoje błędy świetną grą na koniec.

Cieszy to, że znów byliśmy bardzo skuteczni z przodu. No i właśnie – dwa gole strzeliliśmy po grze bardziej bezpośredniej i prostej. Trzecia to już było rozklepanie obrony rywala. Dobrze by było, żeby te nasze działania było różnorodne, bo tak naprawdę przeciwnik zawsze będzie z tego tytułu miał więcej problemów.

O Bartku Nowaku nie ma co się rozpisywać, bo znów udowodnił, że jest wybitny.

Mamy ciągle nad czym pracować. Znów straciliśmy bramkę, znów gubiliśmy się w obronie, oprócz tej końcówki. Gdyby Widzew był bardziej ogarnięty i skuteczny, mógł w pierwszej połowie spokojnie prowadzić w tym spotkaniu. A na początku drugiej wyrównać. Skorzystaliśmy mocno z ich indolencji w ofensywie, ale też wykorzystaliśmy do maksimum ich słabość w obronie. W sumie, czy nie na tym polega piłka?

Nadal musimy się nad kilkoma postaciami zastanowić. Pau Resta naprawdę musi się ogarnąć, bo nawet jeśli w większości gra poprawnie, to i tak w każdym meczu zalicza jakieś klopsy.

Ostatnio trener wystawia w pierwszej jedenastce Marcela Wędrychowskiego. Nie sądzę, że zawodnik tę pozycję utrzyma. Niestety po raz kolejny Marcel wypadł słabo – gubił piłkę, źle podawał w dobrych sytuacjach, przewracał się. To niestety nadal nie jest ten poziom, którego byśmy oczekiwali. Nawet jak mu czasem wyjdzie jakiś mecz, to potem popada w dużą – delikatnie mówiąc – przeciętność. W przeciwieństwie do swojego kumpla Kacpra Łukasiaka, który gra coraz lepiej. Kacper jeszcze mógłby się wstrzelić w tę bramkę, bo choć nie jest to jego głównym zadaniem, to prawie w każdym meczu oddaje jakiś strzał. Na pewno dodałoby mu to jeszcze większej pewności siebie. Ale i tak jest naprawdę dobrze.

Ostatecznie GieKSa pokazała, że solą piłki są bramki i to one zadecydowały o zwycięstwie. Do maksimum nasz zespół wykorzystał swoje atuty i słabość przeciwnika.

Dzięki temu zwycięstwu ta cała nieszczęsna Łęczna, gdzieś tam lekko odeszła za mgłę. To jest dokładnie to, o czym pisałem przed meczem. Im będziemy lepiej grać i punktować, tym jakieś wcześniejsze nieudane mecze coraz bardziej będą odchodzić w niepamięć. Piłka przecież nie znosi próżni i naprawdę nietrudno jest pewne rzeczy nadrobić czy nadpisać.

Dlatego po sporej dawce krytyki, jaką dałem po ostatnich dwóch meczach, tym razem chcę powiedzieć, że zespół przysporzył mi naprawdę sporo radości i za sporo rzeczy można naszą ekipę pochwalić.

A że jeszcze dzięki GieKSie Widzew miał się z pyszna – to już miód na moje GieKSiarskie serce.

PS Zapomniałem napisać wcześniej, a nie chce mi się już wplatać w tekst. Decyzja o niepodyktowaniu rzutu karnego po ręce Wiśniewskiego to kuriozum. Domyślam się, że u siedzącego na VAR Szymona Marciniaka to jest żaden argument o chowaniu ręki, tylko pewnie, że piłka najpierw odbiła się od biodra/brzucha, zanim trafiła Wiśnię w rękę. Sytuacja o tyle absurdalna, że to była tak minimalna zmiana toru lotu, że i tak by w tę rękę dostał. A ruch ręką do piłki był i nie zmienia tego fakt, że w ostatnim momencie „niby” tę rękę cofał. Dla mnie to jest ewidentny rzut karny i nie rozumiem, dlaczego Wojciech Myć nie został nawet wezwany do monitora. Znaczy wiem. Szymon Marciniak wie wszystko najlepiej.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga