Dołącz do nas

Felietony Piłka nożna

Sadowskiego do składu!

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Wielu kibiców w swoich wypowiedziach (głównie na forum) wielokrotnie wyrażało opinię, że w kontekście zakończonej już matematycznie (a wcześniej praktycznie) walki o utrzymanie, zrodziła się idealna okazja do testowania dublerów, zawodników drugiego planu, którzy chcieliby aspirować do pierwszej jedenastki. W poprzednich sezonach różnie z takim komfortem w postaci wczesnego utrzymania było, natomiast w tym sezonie – oczywiście nie zaniedbując za bardzo wyników – można było się pokusić o pewne eksperymenty.

I tak w ostatnich kolejkach trener Rafał Górak próbował Bartosza Sobotkę na obronie i w pomocy, w większym wymiarze Grzegorza Goncerza, próbował Arkadiusza Kowalczyka w ataku. Było jeszcze kilka innych roszad jeśli chodzi o ustawienie zawodników.

Szkoleniowiec usilnie jednak w swoich zestawieniach meczowych (a nawet osiemnastce meczowej) pomija od początku rundy Rafała Sadowskiego.

Jakie szkoleniowiec może mieć argumenty przeciw grze popularnego Messiego? Wydają się one chyba dość oczywiste – zawodnik regularnie obserwowany jest na treningach, gra także w rezerwach i jego postawa nie jest na tyle dobra, aby załapać się do osiemnastki meczowej.

Oczywiście taki argument można wykorzystać zawsze i wszędzie, niezależnie od tego czy ma on solidne podstawy czy nie. To trener widzi treningi, a nie my, więc to on ocenia zawodników pod względem przydatności meczowej.

Jednak nawet gdy założymy, że taka ocena w oczach szkoleniowca jest negatywna, to wydaje się, że nie ma u każdego zawodnika bezpośredniego przełożenia postawy na treningu (dobrej lub złej) na postawę w meczu, a nawet postawy w rezerwach na grę w pierwszej drużynie. Pewne jest jednak to, że gdy dobrze się gra w rezerwach, powinno się dostać szansę w pierwszym zespole.

Nic tak nie wyzwala motywacji u zawodnika jak gra w pierwszej drużynie. Rezerwy to zawsze mentalnie była, jest i będzie kara i zesłanie dla zawodnika z pierwszej drużyny. Trzeba sobie tylko zadać pytanie, czy na takie zesłanie dany zawodnik zasłużył. Schemat powinien być taki: gra w pierwszym zespole, gra słabo, nie mieści się w pierwszej jedenastce, osiemnastce, trafia do rezerw i tam ma się odbić od dna. U Sadowskiego to jest tak, że szansy nie dostał w pierwszym składzie w ogóle, za to ciągle gra w rezerwach i strzela bramki – jak widać więc ten zawodnik musiałby wyczyniać jakieś wielkie cuda, aby otrzeć się o pierwszy skład. A może mimo wielu goli chodzi o to, że zawodnik według trenera nie gra na miarę swoich możliwości albo po prostu jest słaby?

Ktoś może zarzucić piłkarzowi, że skoro jest profesjonalistą, to powinien dawać z siebie maxa niezależnie od tego czy gra w pierwszej drużynie czy rezerwach. To jednak frazes. Jeden z wielu powtarzanych zarówno przez środowisko piłkarskie, jak i kibicowskie. Innym jest na przykład to, że „prawdziwy profesjonalista” powinien grać na maxa niezależnie od tego, czy gra mecz o bardzo wysoką stawkę, czy jest końcówka sezonu i mecz o pietruszkę. „Herb klubu na piersi zobowiązuje”… Albo, że jeśli piłkarz w klubie nie ma płacone, to jako „prawdziwy profesjonalista” powinien zapierdzielać na maxa, bo przecież i tak te pieniądze dostanie – za 10, 20 lat, ale dostanie. Albo jako „prawdziwy profesjonalista” (celowo powtarzane) powinien wypruwać z siebie flaki, aby pokazać się innym klubom. I tak dalej, i tak dalej, buzie mamy wypchane frazesami, które nijak nie mają się do rzeczywistości.

Pomijamy tu bowiem bardzo ważny aspekt – ludzką psychikę i naturę. I nie chodzi tu o kwestie świadome – bo ktoś naprawdę przed meczem może się motywować bardzo mocno – chodzi raczej o kwestie, które są poza świadomością i których po prostu się nie przeskoczy. I to dotyczy WSZYSTKICH piłkarzy na świecie. Nawet tych, o których mówi się, że są „wzorem profesjonalizmu”. Weźmy takiego Messiego (tego prawdziwego). Czy skoro w lidze strzelił w minionym sezonie 46 bramek, to oznacza, że w rezerwach zaliczy tych goli powiedzmy 75? Teoretycznie powinien, bo powinien grać tak samo na maxa, a przecież rywale słabsi. Albo jakaś drużyna – faworyt – odpada z wielkiego turnieju po dwóch meczach i ma przed sobą jedynie spotkanie o honor. Czy tam będą grać na maxa i wypruwać żyły, wiedząc, że nic im już to nie da?

Takie przykłady można mnożyć. Chcę przez to powiedzieć, że to iż Rafał Sadowski nie pokazuje pełni swoich możliwości w IV lidze jest czymś zupełnie naturalnym. Mimo to jak wspomniałem stosunkowo sporo bramek w tej rundzie nastrzelał, więc nie można powiedzieć, że w drugiej drużynie grał na tyle fatalnie, by nie dostać szansy w pierwszym zespole. Gra przyzwoicie i nie strzela fochów, czym pokazuje swój profesjonalizm.

My Sadowskiego poznaliśmy w sezonie, w którym trenerem był Wojciech Stawowy. Oczywiście megaefektowna bramka Messiego (do obejrzenia tutaj) nie przełożyła się na rewelacyjną postawę piłkarza, ale choćby w Szczecinie wygrał GieKSie przegrany mecz, bo miał udział we wszystkich trzech bramkach w końcówce. To były epizody, ale pokazujące jego nieprzeciętny potencjał.

Dużo było w tym pierwszym sezonie zarzutów dotyczących jego dyspozycji fizycznej, a konkretnie tego, że odbijał się od przeciwników i się przewracał. Mieliśmy okazję bardzo dobrze obserwować zawodnika na obozie na Węgrzech i było widać, że w tym aspekcie zrobił postępy. W tamtych sparingach w Telki pokazał się również piłkarsko z niezłej strony. Potem przyszła kontuzja i półtoraroczna przerwa. Co było dalej – trener Górak wpuścił go na ostatnie 10 (słownie: dziesięć) minut plus czas doliczony, w których od razu gra GKS zyskała w meczu z Dolcanem. Zawodnik po tak długiej przerwie potrafił od razu niekonwencjonalnymi dryblingami zrobić jedną dobrą akcję i zarobić rzut wolny z bardzo dobrej pozycji dla GKS. Potem mieliśmy zimowe sparingi, w których Rafał spisywał się znów naprawdę nieźle.

Przyszła wiosna i spodziewaliśmy się, że jeśli nie od pierwszych minut, to na pewno będziemy obserwować zawodnika nieraz jako wchodzącego z ławki. Zawiedliśmy się. Piłkarz nie dostał ani jednej szansy.

Podsumowując okres Sadowskiego w GKS za trenera Góraka: dobre sparingi na Węgrzech, długa kontuzja i rekonwalescencja, dobre 10 minut z Dolcanem, dobre sparingi w zimie, niezła skuteczność w rezerwach. I zero szans na wiosnę w pierwszej lidze. Gdzie tu sens, gdzie logika?

Dodatkowo widać było podczas rundy, że na skrzydłach w pomocy żaden zawodnik zarówno na prawej, jak i lewej stronie nie jest w stanie sobie ustabilizować pozycji i ciągle piłkarze są zmieniani. Zarówno Czerwiński, Kowalczyk, Goncerz, jak i Wołkowicz czy Gancarczyk nie potrafili przekonać na 100% do siebie szkoleniowca. Dlaczego więc ani razu nie dostał w obliczu takiej jakościowej posuchy (mimo ilościowego bogactwa) szansy nie dostał w 1-2 meczach Sadowski?

Dlatego choć to już za późno na jakieś wprowadzanie do składu, bo przed nami ostatnia kolejka, postuluję, aby Rafał Sadowski znalazł się w składzie na Dolcan i w końcu dostał szansę. Nie ma gwarancji, że wypadnie dobrze, może wypaść nawet beznadziejnie, ale na szansę najzwyczajniej zasługuje. Choćby za to, że wrócił po ciężkiej kontuzji i strzela bramki w rezerwach.

I tak, jeśli zawodnik nie pozostanie w GKS, to będzie można mówić, że nie dostał szansy. Ale w tym meczu z Dolcanem powinien wystąpić i spróbować udowodnić, że jest temu zespołowi potrzebny i z nim w składzie GKS w rundzie wiosennej osiągałby jeszcze lepsze rezultaty… A najlepiej dać mu szansę i poważniej potraktować w przyszłym sezonie. Będzie słaby – out. Ale spróbować takiego zawodnika trzeba.

Sadowski do składu na Dolcan!

3 komentarze
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

3 komentarze

  1. Avatar photo

    Luke Skywalker

    6 czerwca 2013 at 22:16

    W 100% popieram! Messi do składu !!!
    Jeśli przez brak szans od nas odejdzie, to stracimy nieoszlifowany diament, o którego pozyskanie też trzeba było się napracować.

  2. Avatar photo

    bascik

    7 czerwca 2013 at 08:21

    popieram !!!

  3. Avatar photo

    Wojtas

    7 czerwca 2013 at 12:25

    Ja też popieram powinien dostać szansę tym bardziej że o nic nie gramy.Pamiętacie Pawłowskiego tego wypożyczonego z Jagi też nie dostał prawdziwej szansy grał ogony po 5-10 minut a co teraz w Widzewie wyprawia.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Wyzerowane atuty – diagnozy brak

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Szczerze mówiąc nie chce mi się pisać tego felietonu, bo myślę sobie, że znowu będę pisał to samo. Rozbieżność między wynikami meczów u siebie i na wyjeździe sięgnęła absurdu. GKS rozegrał w tym sezonie siedem meczów – u siebie wszystkie trzy wygrał, na wyjeździe wszystkie cztery przegrał. Suma tego jest taka, że z europejskich pucharów już odpadliśmy, a w lidze mamy trzy punkty po trzech kolejkach. Czyli słabo – bo to średnia mogąca nawet nie dać utrzymania.

Piszę to wielokrotnie i napiszę jeszcze raz, bo już wiele razy w przeszłości czy to piłkarze czy trenerzy obrażali się na mnie, bo coś tam skrytykowałem. Nie mówię o sytuacjach, kiedy pojechałem z koksem i tak czy inaczej kogoś nazwałem, bo za to obrazę rozumiem. Cóż, młodość (która trwa, ale już inna). Ale my nie możemy doprowadzić do zagłaskania naszej drużyny – za ekstraklasę, za kapitalną w niej postawę czy za puchary. Wszyscy wiemy gdzie byliśmy i co trener wraz z kolejnymi grupami piłkarzy w ostatnich latach nam dał i daje. Więc tu nie ma mowy o podważaniu projektu jako całości. Ale trzeba mieć w tym wszystkim krytycyzm, bo jeśli w którymkolwiek momencie ktoś uznał, że zdobyliśmy już tyle, że teraz po prostu możemy do końca kariery jechać na sukcesie – to jest to – delikatnie mówiąc duży błąd. Więc tak, doceniamy ekstraklasę, super jest jeździć na te wszystkie stadiony w najwyższej polskiej lidze. I niech ten projekt w tym kształcie, z obecnym trenerem trwa jak najdłużej.

No ale są defekty. I ta postawa na wyjazdach naprawdę każe się zastanowić nad kilkoma rzeczami. Bo to jest coś, co jakiś czas się w GieKSie powtarza, mamy powtórkę z czterech przegranych wyjazdów na początek sezonu z zeszłego roku. A w pierwszym po awansie do ekstraklasy sezonie, na wiosnę także przydarzyły się cztery wtopy z rzędu na delegacjach.

Ale to nie chodzi tylko o wyniki. Chodzi o grę, która co prawda nie zawsze ten wynik gwarantuje, a w perspektywie pewnego okresu czasu (raczej krótszego niż dłuższego) dobra gra statystycznie przynosi względnie dobre wyniki. U nas nie jest największym problemem to, że przegraliśmy cztery mecze z rzędu. Problemem jest to, że te mecze przegraliśmy zasłużenie, bo graliśmy bardzo słabo.

Wczoraj chciałem wierzyć, że jak długo ten mecz trwał, w końcu coś wciśniemy. Mecz z Motorem w naszym wykonaniu nie był aż takim paździerzem, jakie trochę razy ostatnio na wyjazdach oglądaliśmy. Przypomniał się mecz z Cracovią, kiedy wydawało się, że przy 0:0 na koniec spotkania pozostanie spory niedosyt. A rywal w końcówce nam wmontował bramkę i już nawet z remisu nie można było się „cieszyć”. Ostatecznie, choć wczoraj GieKSa nie była beznadziejna, to była jednak słaba. Tym bardziej martwi to, że naprzeciw mieliśmy drużynę mocno przeciętną, do tego skleconą naprędce po kadrowych zawirowaniach, z nowym trenerem. A my – stabilni i budowani od kilku lat – nie potrafiliśmy zrobić na tym boisku nic. Przecież, gdyby nie Ndiaye czy może jeszcze Simon, to by Pan Czubak piłkę oglądał z daleka i nie miał okazji zaprezentować swojego świetnego wykończenia. Motor był do bólu średni, ale swoim jednym czy drugim błyskiej robił różnicę.

U nas tym razem w obronie nie było „wesołego miasteczka”, choć oczywiście nie ustrzegliśmy się błędów, po których padły bramki – najpierw nieuznana, a potem już prawidłowa. Jednak w tym meczu to nie obrona była naszym głównym problemem. Tym razem było to słabe/bardzo słabe/beznadziejne rozgrywanie ataku pozycyjnego. O kontrach nawet nie mówię, bo mam wrażenie, że jak my wyprowadzamy kontrę, to zaraz jeden czy drugi nasz zawodnik się zatrzymuje, robi kółeczko, wycofuje nie wiadomo gdzie i po kontrze nici.

Od patrzenia na nasze rozegranie piłki na połowie przeciwnika oczy bolały. Sposobności mieliśmy całe mnóstwo, bo Motor bronił się nieraz dość nisko – nie desperacko w swoim polu karnym – ale mocno na swojej połowie. My graliśmy po obwodzie – to na lewo, to na prawo. I często kończyło się do słabą wrzutką, z którą rywale nie mieli problemu. Przede wszystkim więcej w tym temacie oczekiwałem od Bartosza Wolskiego, bo naprawdę zawodnik ma większe umiejętności niż to, żeby zagrać leciutką piłkę à la serwis Pawła Zagumnego w pole karne i liczyć na czysty przypadek, że akurat trafi w nią ktoś z naszych, a nie przeciwników. Dlaczego nie ma mocnych, takich soczystych wrzutek? Dlaczego nie ma jakiejś próby większej precyzji? Nie mówiąc o tym, że nasi wahadłowi też chyba mocno zapomnieli, co to znaczy żwawość na boku. Nie ma dynamicznych pojedynków 1 na 1 na skrzydle na wysokości pola karnego, wejść w to pole karne. Jest to wszystko takie miałkie i nijakie i taka była ofensywa GKS w tym meczu. Naprawę zestawiając to z pojedynkiem z Motorem z rundy wiosennej i bramek, jakie GieKSa strzelała w tamtym meczu można… dostrzec różnicę.

Ostatecznie najlepszymi okazjami GKS był strzał Ilji w słupek i sytuacja, w której Ilja gola strzelił, ale Bartosz Nowak był w tej sytuacji na spalonym. Tak, był jeszcze strzał napastnika po dośrodkowaniu oraz uderzenie Mateusza Wdowiaka w boczną siatkę. I to tyle. Motor miał swoich groźnych sytuacji więcej.

Widać też, że trener szuka optymalnego składu, ale na razie większość zawodników swoją grą nie przekonuje, by zagościć w jedenastce na stałe. W pomocy kombinujemy. Bartek Nowak ma abonament na granie, ale wychodzi na to, że Bartek Wolski również. Chcieliśmy tego duetu, czekaliśmy na to, jaki zrobią oni techniczny zamęt w tej lidze. Na razie jednak to tylko mrzonki. Nie mamy twardości w środku pola. Jeszcze do tego dokładamy Marcela, który jest ambitny, szybki, ale też nie jest to skała. Do tego wygląda na to, że wczoraj przegrał z upałem, z ręką na sercu, jak widziałem, że podciąga sobie tę koszulkę i w ogóle miałem z daleka wrażenie, że jest cały czerwony, to pomyślałem, że Rafał Górak zrobi wyjątek i ściągnie piłkarza w przerwie. Tak też się stało.

Pamiętam jak w poprzednim sezonie po Górniku Zabrze trener zapowiedział, że coś musimy zmienić w samym podejściu do spotkania i strukturze gry na wyjeździe. Choć potem przegraliśmy jeszcze z Lechią, to za chwilę gra GKS na obcych stadionach zaskoczyła. GieKSa wygrała z Lublinie, Niecieczy, w Pucharze Polski z ŁKS. Na początek roku było zwycięstwo w Lubinie. Były te mecze z Rakowem i Lechem. Czyli da się. Problem jest taki, że jak drużyna wpadnie w wyjazdową otchłań bezradności i niemocy, to trudno z niej się wykaraskać.

Najgorsze jest to, że nie widać, aby był jeden mądry, który zdiagnozował, gdzie leży problem. A to musi być głębszy problem mentalny, bo przecież u siebie ci zawodnicy – zarówno indywidualnie, jak i jako cała drużyna – potrafią przecież grać w piłkę. Co się z nimi dzieje na wyjeździe i dlaczego? Może to jest coś na etapie samego wyjazdu na mecz, podróży, hotelu, dnia meczowe na wyjeździe? Może to tam trzeba poszukać, co się takiego dzieje z piłkarzami, że opada z nich cała ta agresja, moc i siła? Może gdzieś jest zbyt duże rozluźnienie, a może to rozluźnienie jest zbyt małe? Trzeba szukać, w każdym szczególe, w każdym posiłku, w każdej minucie spędzonej w autobusie.

Przyznam, że po tym kolejnym przegranym meczu nie mam smutku, żalu czy załamki. Jest po prostu po raz kolejny irytacja i taka frustracja, bo widzę tę bezradność piłkarzy i mi się udziela. Nie ma w życiu chyba gorszego poczucia niż to, że nie ma się wpływu. A gra GKS a wyjeździe wygląda tak, jakby zawodnicy nie mieli dostępu do swoich atutów, które dają różnicę, tylko próbowali sztampowych, oklepanych i zupełnie nieefektywnych na tym poziomie rozwiązań.

I trzeba coś z tym zrobić szybko, bo wkrótce czekają nas trzy trudne wyjazdy – Zabrze, Gliwice i Lubin. Tu już po prostu obowiązkowo będzie trzeba punktować.

A na razie Wisła Płock. Dobrze, że przynajmniej u siebie te atuty nie są zablokowane. Liczymy, że i tym razem tak będzie, GieKSa swoje gole będzie strzelała i trzy punkty zdobędzie.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Górak: Brakuje nam wytrawności

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po meczu Motor Lublin – GKS Katowice wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Mariusz Misiura i Rafał Górak. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.

Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Jesteśmy rozczarowani tym, że przegraliśmy spotkanie, włącznie z powiedzeniem, że jeżeli nie możesz wygrać, to powinieneś umieć go zremisować.

Takie mam odczucia w stosunku do tego meczu. Niestety – nie jesteśmy jak na razie w stanie zagrać meczu na zero z tyłu, który dałby nam przestrzeń, żeby wywieźć z takiego spotkania remis, bo może on też nie byłby to szczyt naszych marzeń przed spotkaniem – bo przyjechaliśmy z zamiarem wygrania meczu – ale na pewno remis bardziej odwzorowywałby to, co się działo. Ale to jest nieistotne, bo ten który bramkę strzela ma tę radość, a ten, który tego nie robi – tej radości nie ma. W wielu momentach za dużo mamy rozpiętości poziomowych w spotkaniach. To mnie też trochę na razie smuci, bo powinniśmy się stać bardziej wytrawną drużyną, a tego nam brakuje. Mamy bardzo dobre momenty, kiedy gramy zgodnie z tym, co chcemy robić, a mamy też takie kiedy ta gra na różnych pozycjach w różny sposób ofensywie czy defensywie nam się łamie i powoduje bałagan, który kończy się niekiedy tak, jak się skończył przy straconej bramce. Byliśmy w posiadaniu piłki pod polem karnym przeciwnika i tej wytrawności jeszcze brakuje – tego będziemy szukać. Dziś jest masę rozczarowania i sportowej złości, ale nic tu po narzekaniu, trzeba brać się do roboty i mocno wyciągać wnioski choćby z tego, że przy czterech meczach wyjazdowych w tym sezonie cztery razy schodzimy pokonani i to nas bardzo denerwuje i jesteśmy niezadowoleni. Ale po to niekiedy takie próby są, żeby wychodzić, silniejszym. Teraz będziemy się przygotowywać do następnego spotkania, potem mamy trzy mecze z rzędu na wyjeździe. Czeka nas nie lada sprawdzian i jestem przekonany, że wyjdziemy z tego obronną ręką. Dzisiaj jest dużo złości, rozczarowania i momentów, z których z gry jesteśmy niezadowoleni.

Mariusz Misiura (trener Motoru Lublin):
Bardzo się cieszę, że wygraliśmy mecz i zdobyliśmy trzy punkty. Bo mam poczucie, że to był czwarty naprawdę dobry mecz w naszym wykonaniu i jak ten czas leci – mijają tygodnie – przygotowujesz się do czwartego spotkania, a na koncie masz jeden punkt, to zapominamy, co się wydarzyło w pierwszej czy drugiej czy trzeciej kolejce.  Wydaje mi się, że drużyna zasłużyła, żeby mieć ich więcej. Wierzę, że konsekwentną pracą i procesem będziemy budować silną drużynę.

Co do meczu to wydaje mi się, że wykreowaliśmy więcej sytuacji, na pewno w pierwszej połowie, konsekwencją tego jest bramka. Powiedzieliśmy sobie w szatni, że musimy zostawić serce i charakter. 104 minuty w takim upale to szacunek dla piłkarzy. Sami państwo siedząc na trybunach czuliście gorąco i zmęczenie.

To jest coś normalnego, że w takim upale przydarzały nam się błędy, cieszę się, że nie było z tego konsekwencji w postaci gola, ale podobało nam się nasze dążenie do strzelenia bramki. Dobre zmiany, każdy z zawodników dał impuls. Bardzo się cieszę z tych trzech punktów i idziemy dalej.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Hapoel: Nowi zawodnicy pomogą drużynie?

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

W przerwie pomiędzy sezonami działacze Hapoelu dokonali kilku zmian w składzie. Z klubem pożegnało się pięciu zawodników i tylu samo podpisało nową umowę.

Największe nadzieje są wiązane z pochodzącym z Ghany Douglasem Owusu. 20-letni Owusu gra na pozycji napastnika, poprzednie dwa sezony grał w Super liga Srbije – najpierw w Radniku Surdulica, a przez ostatnie pół roku w Crvenie Zvezda Belgrad. W tych dwóch klubach strzelił 11 bramek i zanotował tyle samo asyst. Kontrakt z Owusu został podpisany 5 sierpnia i od razu został zgłoszony do rozgrywek Ligi Konferencji, jednak nie zagrał w meczu w Miszkolcu. Filigranowy (mierzy zaledwie 1,65 m) piłkarz jest wart 4,5 mln euro.

Hapoel podpisał także umowę z obrońcą Doronem Leidnerem. 24-latek występował w drużynie z Tel Awiwu jako junior, później „błąkał” się po Europie (Olympiakos Pireus, Austria Wiedeń, FC Zurich), by ostatecznie wrócić do Hapoela. Leidner występuje w kadrze Izraela. Jego wartość rynkowa wynosi 300 tys. euro. Doron wystąpił we wszystkich meczach pucharowych, w jednym w pełnym wymiarze, w pozostałych był zmieniany po około 60 minutach. W drugim meczu z Ludogortsem zobaczył żółtą kartkę.

Kolejnym obrońcą, który podpisał nową umowę, jest wysoki, mierzący 188 centymetrów, Chico. 27-latek przez większość kariery grał w Brazylii (Sport Recife i Novorizontino), a na początku poprzedniego sezonu został wypożyczony do Hapoelu. Przed tym sezonem związał się z klubem 3-letnią umową. Wartość rynkowa Chico oceniana jest na 1,2 mln euro. Brazylijczyk wystąpił we wszystkich meczach pucharowych. W pierwszym meczu z Ludogortsem strzelił bramkę i zobaczył żółtą kartkę.

Z kolei 24-letni Yonatan Farber gra na pozycji pomocnika i występował tylko w drużynach z Izraela. Farber mierzy 1,9 m, a jego wartość wyceniania jest na 350 tys. euro. W meczach pucharowych wystąpił tylko parę minut – w drugim meczu z Ludogortsem.

Ostatnim zawodnikiem, który dołączył do Hapoela przed sezonem, jest 19-letni Itay Shavit. Shavit jest reprezentantem Izraela U19 i gra na pozycji pomocnika. Jego wartość wyceniana jest na 150 tys. euro. Nie wystąpił w żadnym meczu pucharowym.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga