Dołącz do nas

Felietony Piłka nożna

Post scriptum: Euro-wsiowe standardy prasowe

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Za sobą mamy intensywny czas, związany z trzema meczami – w Warszawie, Skierniewicach i u siebie z Koroną. Ze względu na liczbę spotkań i zatrzęsienie newsów na naszej stronie, post scriptum – zbiorcze – ukazuje się dopiero teraz – na spokojnie, kiedy kolejny mecz gramy dopiero w sobotę. Zapraszamy na kilka słów okołomeczowych podsumowań, dzięki którym zobaczycie trochę kulis naszej pracy. Niektóre kwestie mogą się wydać… zaskakujące.

1. Dla mnie ten wyjazd rozpoczął się już w czwartek i do niedzieli przebywałem w Warszawie. Nie będę się w tym miejscu rozpisywał szczegółowo, gdyż w planach mam zrobienie reportażu z tegoż wyjazdu – wzorem tego majowego, który mogliście (i możecie) czytać TUTAJ. W obecnym artykule skupię się stricte na meczu.

2. Ograniczę się tylko do tego, że tak naprawdę pierwszy raz w życiu mogłem pozwiedzać Warszawę na spokojnie. Byłem w kilku ciekawych miejscach, o których napiszę wkrótce. Oczywiście będą też GieKSiarskie i piłkarskie odniesienia.

3. Po obfitym posiłku około 18.00 udałem się spod zamku na Starym Mieście na stadion. Już od pewnej odległości od obiektu były stoiska z szalikami i pamiątkami. Trochę na wzór meczów reprezentacji Polski.

4. Dobrze, że wiedziałem, gdzie odebrać akredytację i potem, gdzie udać się do wejścia na stadion. Bo gdyby nie to, późniejsze kiepskie wrażenie mogłoby być jeszcze gorsze.

5. Tak więc udałem się do recepcji klubowej. Wejściówka na mnie już czekała. No właśnie – wejściówka, bilet, nie wiem jak to nazwać. Praktycznie na wszystkich stadionach jest to taka prostokątna plakietka z napisem „prasa”, czasem zalaminowana. Tutaj był to taki bilecik, pewnie podobny do zwykłych biletów dla kibiców. Był podany też sektor, rząd i miejsce. Nie spotkałem się jeszcze z tym.

6. Udałem się do wejścia, przeszukano mnie – oczywiście pobieżnie – na polskie stadiony można wnieść i czołg, jeśli dobrze się go schowa. Poprosiłem o skierowanie mnie na sektor prasowy. Jak to zazwyczaj bywa – ochroniarze kompletnie nie wiedzieli gdzie mam iść.

7. Głowiłem się, poszedłem do jednych drzwi, potem kazali mi iść gdzie indziej. W końcu dotarłem do odpowiedniego wejścia i tutaj już droga na sektor prasowy choć długa, była dość intuicyjna. Przy samym wejściu do tej strefy był pierwszy catering.

8. Potem znalazłem się już w strefie okołokonferencyjnej. I tutaj było iście europejsko. Sala konferencyjna, z podestem dla kamer, czysta, schludna, po prostu bardzo ładna. Obok sala z krzesłami i stołami, żeby nie trzeba było robić materiałów na kolanie. W lobby catering, którego nie powstydziłyby się loże VIP na wielu stadionach. Fikuśne kanapki, małe hamburgerki i mini pizze, ogrzewane cały czas, żeby były ciepłe, soki z kraników, napoje, w bemarach typowo obiadowe dania. Do tego kanapa, stoliki. Ogólnie – rewelacja i świetna prezencja.

9. Potem schodami (jest też winda) udałem się na najwyższe piętro, gdzieś tam mijając Michała Żewłakowa, który miał komentować ten mecz w Canal+. Gdy wyszedłem na sektor prasowy, szukałem swojego rzędu i miejsca. Żałowałem, że nie mam go tutaj, gdzie się znalazłem, bo warunki do pracy były bardzo dobre. A potem żałowałem jeszcze bardziej…

10. Przeszedłem przez jakąś furtkę i ku mojemu zdziwieniu, nadal byłem na sektorze prasowym. Ale tu już było inaczej. Odnalazłem swoje miejsce i usiadłem. Miejsce bez stolika, bo stoliki były co kilka siedzisk. Więc zająłem takie, gdzie ten blat był.

11. Stolik przesuwany pionowo. Ale bez żadnej blokady. Czyli coś takiego, że mogę go ustawić przed sobą tak, żeby położyć laptopa, ale gdy nacisnę mocniej, oprę się przypadkowo o blat, to po prostu się on zsunie do dołu i będzie niezła lipa.

12. Zszedłem więc rząd niżej, gdzie już stoliki (również co kilka miejsc) były z blokadą. Tyle, że tutaj gdy tak blokada działała, stoliki były pochyłe. Przekleństwo niektórych stadionów. Czyli nie możesz za bardzo postawić sobie picia, bo ci się wylewa. Mnie podczas meczu spadła z tego stolika komórka i myszka. Absurdalne rozwiązanie, które jak widać, jest także na Legii.

13. Czekałem na resztę ekipy. Mecz z Legią opracowywaliśmy w czteroosobowym składzie. Ja i Patryk na prasie, Magda i Kazik na foto. Byłem na swoim miejscu chwilę przed dziewiętnastą, więc sporo czasu pozostawało jeszcze do meczu.

14. Niestety to, co działo się z resztą ekipy było lekko skandaliczne. Najpierw Kazik dawał znać, że miał problem z wejściem, bo nie było jego akredytacji. Podobno ktoś już odebrał nasze wejściówki (sic!). Na szczęście dodrukowano mu ją, choć i z tym były problemy, bo drukarka przez chwilę odmówiła posłuszeństwa.

15. Kazik wyszedł z auta wcześniej, by robić efektowne ujęcia dronem (zapraszamy do galerii). Patryk i Magda… szukali miejsca parkingowego i to był jakiś horror. Nie wpuszczano ich na żaden parking w pobliżu stadionu, kluczyli między blokami, osiedlami i nigdzie nie mogli przystanąć. Pisali mi to właśnie wtedy, kiedy się pojawiłem na prasie, czyli półtorej godziny przed meczem.

16. Minęła prawie godzina, gdy Patryk pojawił się na prasówce. Ostatecznie zaparkował półtora kilometra od stadionu, więc można sobie wyobrazić, jak duże jest opóźnienie związane z szukaniem miejsca, a potem jeszcze tyraniem z tobołami na stadion.

17. Ktoś powie – mogliście wyjechać wcześniej. Przypomnę jednak, że nie robimy tego w ramach pracy, tylko ciułamy czas wolny, żeby na tę GieKSę pojechać. Zazwyczaj chcielibyśmy być na stadionie 1,5h przed meczem i czasem się to udaje. Tutaj ekipa była w pobliżu obiektu w tym czasie. Nie przewidzieliśmy jednak takiego dramatu z zaparkowaniem. Następnym razem będziemy musieli inaczej to rozwiązać.

18. Sektor prasowy miał jeszcze kilka mankamentów. Nie wiem, z czego, ale wrażenie zapylenia było dość spore. Myślę, że czasem warto by było przeczyścić przynajmniej blaty tych chybotliwych czy krzywych stolików.

19. Największym problemem jednak było to, że ostatecznie wyszło, że dostaliśmy miejsca chyba dla jakiegoś medialnego plebsu. Niby na schemacie stadionu rzeczywiście były to miejsca prasowe. Jednak kuriozalne jest to, że żeby dojść do tego miejsca musiałem trzy razy okazać „akredytację” i dwa razy pokazać dowód osobisty, a okazało się, że od drugiej strony nie ma żadnego oddzielenia między tymi stanowiskami, a zwykłym sektorem kibiców. Jeden ochroniarz, który tam stał też tego kompletnie nie pilnował.

20. Efekt był taki, że za naszymi plecami zleźli się kibice Legii i normalnie sobie usiedli mogąc nam wlepiać te swoje warszawskie gały w monitor.

21. Przyznam, że takiej słomy z butów nie widziałem już dawno. W głowie się nie mieści jaki to jest zmanierowany element. Jakkolwiek staram się zdecydowanie unikać uprzedzeń, klubowych, regionalnych itd., to tutaj naprawdę trudno nie było myśleć w głowie w kategoriach „warszafki”.

22. Jeszcze przed meczem zaczęli swoje wywody. Pogarda jaką kierowali w stronę kibiców GieKSy, teksty typu „róbcie zdjęcia, róbcie, bo nieprędko znów do stolicy przyjedziecie”, oczywiście zdania o „brudnych pazurach” też musiały się znaleźć. Jakkolwiek wzajemne pozdrowienia kibiców, szowinizm i antagonizmy międzyklubowe są czymś normalnym i też związanym z psychologią tłumu, to tutaj mieliśmy po prostu wyraz indywidualnego prostactwa na najwyższym poziomie.

23. Nie szczędzili oni także swojego prymitywizmu w kontekście piłkarzy Legii, którzy rozgrywali kapitalne spotkanie i najlepszy mecz w sezonie. Nawet przy stanie 3:1 czy 4:1 rzucali tekstami „patrz, ale ten Gual biega, jak jakiś konik ze łbem” czy drwiąco wypowiadali się o Morishicie. Aż człowiek się cieszy, że od kilku lat mogą się obejść smakiem, jeśli chodzi o mistrzostwo. I w tym sezonie będzie podobnie.

24. Przed meczem była efektowna, kapitalna gra świateł i muzyki. Naprawdę robiło to wrażenie. Dodatkowo w tym schemacie nastąpiła prezentacja składów, z postaciami na boisku, które przy danym nazwisku był rozświetlane. A całość została zakończona uhonorowaniem Lucjana Brychczego, czyli prawdziwej legendy warszawskiego klubu, choć człowieka ze Śląska.

25. Kibice obu drużyn nie szczędzili sobie uprzejmości w trakcie meczu, ale też prowadzili dobry doping dla swoich drużyn. Z czasem trwania meczu bardziej mogli być zadowoleni ci z Żylety, ale sektor gości niezrażony traconymi kolejnymi bramkami, ciągle trzymał znakomity poziom.

26. Mieliśmy swoją chwilę euforii, kiedy Adam Zrelak dał prowadzenie naszej drużynie. Tym samym osobiście trochę zrehabilitował się za niewykorzystany rzut karny przy Łazienkowskiej w barwach Warty Poznań. Tyle, że wtedy Warta wygrała, a teraz GKS przegrał. Pewnie z chęcią by się zamienił.

27. A Rafał Augustyniak strzelił swoją drugą bramkę przeciw GieKSie. Poprzednio niemal 10 lat temu na Bukowej w barwach Widzewa Łódź.

28. GieKSa wróciła na stadion przy Łazienkowskiej po 19 latach. Poprzednio, gdy zespół spadał z ekstraklasy, obiekt Legii był jeszcze w dawnym wydaniu. Na kolejną próbę musimy poczekać przynajmniej rok.

29. Po spotkaniu przemieściliśmy się do sali konferencyjnej. Konferencja prasowa, jak od lat, była oddzielna dla jednego i drugiego trenera. Najpierw wypowiedział się Rafał Górak, a potem na salę wkroczył Goncalo Feio…

30. Trudno nie było odnieść wrażenia, że trener Legii jest przeszczęśliwy z wygranej i postawy swojego zespołu. Potem w skrótach widzieliśmy, jak przytulał się czule ze szkoleniowcem GieKSy. Z Goncalo stał się taki dobrotliwy, miły wujek, co jest w kontraście do niektórych innych odsłon szkoleniowca.

31. No więc trener wszedł na salę konferencyjną i zaczął się witać z każdym, a osób było chyba ze trzydzieści. Z bliższymi mu osobami, czyli pewnie pracownikami medialnymi Legii, to bardziej zbił piątkę, dziewczynom podającym mikrofon dał buziaka, z nami normalne podał rękę (mnie w zasadzie raczej same palce), a naszej fotografce Magdzie rzucił tekstem „fajne zdjęcia”.

32. Sama konferencja była dość dziwna, bo w całej tej swojej radości, ekspresja trenera była taka… zamulona. Ale zaczął wymieniać członków sztabów medycznych, fizjoterapeutów, dietetyków itd., jako tych, którzy mają wkład w to, że w trzy dni Legia może zagrać dwa tak dobre mecze, przede wszystkim pod kątem fizycznym.

33. I choć było to totalnie nużące, to… trudno nie przyznać trenerowi racji. Przygotowanie fizyczne, motoryczne i regeneracja jest na bardzo wysokim poziomie i z tylko jedną zmianą w składzie w porównaniu do Backi Topoli, Legia zagrała z GieKSą kapitalne zawody.

34. Konferencja się skończyła, dziennikarze się zwinęli, a my… zostaliśmy na sali konferencyjnej. Ewakuowała się z czasem obsługa, ochroniarze (tacy w garniturach) i była lekka sugestia, żebyśmy też sobie poszli. Wyrażona w słowach „my już idziemy” przez jedną panią. „Dobrze, my zostajemy” – odpowiedzieliśmy. I zostaliśmy sami totalnie w tej przestrzeni medialnej. Jeszcze przez około godzinę robiliśmy dla Was materiały, konferencję, galerie z meczów. Przy okazji coś tam sobie podjedliśmy.

35. Koło północy zebraliśmy się do wyjścia. Czekała nas długa droga do samochodu. Pokonaliśmy ją złorzecząc na warunki, w których przyszło nam pracować. Ale to nie jest tak, że były one wyłącznie złe. Trzeba podzielić je na dwie kategorie – przestrzeń medialna, sala konferencyjna itd. – na piątkę z plusem. Sektor prasowy – pała z wykrzyknikiem. Aha, no i przy wyjściu zobaczyliśmy krzesło Legii, które wyglądało niczym postać z „Krzyku”… Idealne na godzinę duchów.

36. W Katowicach byliśmy po godzinie trzeciej. Za nieco ponad dwie doby mieliśmy się spotkać znów, by udać się na kolejne wyjazdowe spotkanie.

—-

37. Do Skierniewic wyruszyliśmy w środę o 15. Godziny szczytu, aglomeracja, więc łatwo nie było. Nawigacja nie pokazywała nam w żadnym stopniu wyjazdu z Katowic na krajową jedynkę, tylko prowadziła nas na Chorzów, a potem by na wysokości Bytomi zjechać na A1 i tędy ruszać w średnio-odległą podróż.

38. Przed Legią nastąpiła zmiana czasu. To spowodowało, że już w trakcie drogi nastały egipskie ciemności. W sumie to się rzadko zdarza, żeby już jadąc na mecz było ciemno. Naprawdę trzeba późno grać i musi być niesprzyjająca pora roku.

39. Na stacji spotkaliśmy naszych kibiców Wojtka i kompanów, sytuacja była o tyle dziwna, że dosłownie przed chwilą padł jakiś żarcik o lokalnym klubie i zaczepia nas jakiś byk – myśleliśmy, że to będzie niemiła rozmowa na temat tego niewinnego gagu 😉 Pozdrawiamy Was!

40. Na stadion dojechaliśmy godzinę przed meczem. Odbiór akredytacji poszedł sprawnie, ale szok – drugi raz w ciągu kilku dni dostaliśmy świstek, który bardziej był biletem niż akredytacją. Z rzędem i numerem.

41 Wejście przebiegło bezproblemowo, choć nietypowe było to, że trzeba było zeskanować kod z biletu, żeby przejść przez jeże. Nie było osobnego wejścia dla mediów. Wkrótce byliśmy na trybunie.

42. Miejsc dla prasy nie uświadczysz. Znaczy może na balkonie, w pobliżu vipów coś było. Tutaj po prostu trzeba było zająć wskazane miejsce na trybunie. Położyć laptopa na kolanach i jeszcze oszczędzać baterię, bo o gniazdku można było tylko pomarzyć. Cóż, nowy stadion, ładny, ale nie zadbano o wszystko. Tak więc jak na Legii mieliśmy kibiców nad sobą, to tutaj byli rząd pod nami.

43. Dla porównania jednak powiedzmy, że oprócz jednego frustrata (chyba pijanego), który obrażał nasz klub, pozostali kibice Unii zachowywali się najnormalniej w świecie, wspierając swoją drużynę.

44. Dziwne były jupitery, skarżyła się na nie nasza fotografka – i my mieliśmy wrażenie, że świeci nam prosto w oczy. Mariusz, który czasem nas wozi na wyjazdy stwierdził, że to z powodu niskich masztów i rzeczywiście coś w tym może być.

45. Jakie to było spotkanie, każdy widział. Jeden, wielki, totalny dramat i jedna z największych kompromitacji w historii klubu. Jako drużyna z ekstraklasy przegraliśmy z ekipą z czwartego poziomu rozgrywkowego. Jeśli w dawnej historii GKS nie przydarzyło się nic takiego, to być może był to w tym kontekście nawet najgorszy mecz w historii.

46. Kibice od 40. minuty trzy razy wpadli w euforię – najpierw po czerwonej kartce Repki, a potem po golach Szmyda i Sabiłły. Dwubramkowe prowadzenie Unii spowodowało, że nastroje w Skierniewicach były znakomite.

47. Druga część spotkania nie przyniosła zmiany obrazu gry. GieKSa biła głową w mur, co prawda strzeliła gola, ale więcej okazji miała Unia. Skończyło się na 2:1, a stadion Unii odleciał – drużyna dokonała historycznego sukcesu awansując do 1/8 finału Pucharu Polski.

48. Po spotkaniu udaliśmy się do sali konferencyjnej. Podobnie jak na Legii, była ona ładna i schludna, pachnąca nowością. Przy stołach po bokach sali można było popracować i… podładować niemal już rozładowanego laptopa.

49. Podobnie jak po meczu z Motorem, tak i teraz trenera Kamila Sochę (200. mecz w barwach Unii) przywitały brawa miejscowych dziennikarzy. Szkoleniowiec nie ukrywał swojego szczęścia i trudno mu się dziwić.

50. Gwiazdą Unii jest rzecznik i jednocześnie spiker, trzeba przyznać, że jako taki trochę modniś, robi show i wprowadza nieco kolorytu. Niektórych może to nawet irytować, ale w sumie… czemu nie mieć swojego stylu?

51. Popracowaliśmy na sali jeszcze kilkadziesiąt minut i zebraliśmy się. Gdy powiedzieliśmy „do widzenia” obecnym na sali jeszcze dwóm osobom, pani z RMF-u nam przyjacielsko odpowiedziała „paaaaaaa”. No to też jeszcze raz się pożegnaliśmy „paaaaaaa”.

52. Droga do domu przebiegła szybko i sprawnie. Zniesmaczeni totalnie tym żenującym występem, ale już z myślami o kolejnym meczu domowym i następnym wyjeździe zameldowaliśmy się w Katowicach około pierwszej.

—-

53. Jeszcze kilka punktów poniedziałkowego spotkania. W tym sezonie graliśmy w ten dzień tygodnia dopiero po raz drugi. Za pierwszym razem zremisowaliśmy w Gliwicach z Piastem i mieliśmy dużo lepsze nastroje.

54. Lukas Klemenz strzelił trzeciego w historii gola dla GieKSy. Za pierwszym razem trafiał w sezonie 2017/18 przeciw Stomilowi i Podbeskidziu. Teraz zdobył pierwszego gola na poziomie ekstraklasy.

55. GieKSa zanotowała drugi mecz w tym sezonie i drugi z rzędu, w którym prowadziła, a ostatecznie przegrała. Dodatkowo w dwóch meczach, w których zespół obejmował prowadzenie, zakończyły się one remisem (Piast i Widzew).

56. W odwrotną stronę już nie jest tak różowo. Katowiczanie nie wygrali ani jednego meczu, w którym przegrywali. Dwukrotnie udało się ostatecznie zakończyć takie spotkaniem remisem (również Piast i Widzew).

57. To był przedostatni mecz na Bukowej. Łza się w oku zakręci podczas meczu z Lechią…

58. Arkadiusz Jędrych dostał tablicę pamiątkową z okazji 200 meczów w GieKSie. Lukas Klemenz po golu dał sygnał, że spodziewa się potomka. Gratulujemy!

59. Teraz już tylko Cracovia!

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Wyzerowane atuty – diagnozy brak

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Szczerze mówiąc nie chce mi się pisać tego felietonu, bo myślę sobie, że znowu będę pisał to samo. Rozbieżność między wynikami meczów u siebie i na wyjeździe sięgnęła absurdu. GKS rozegrał w tym sezonie siedem meczów – u siebie wszystkie trzy wygrał, na wyjeździe wszystkie cztery przegrał. Suma tego jest taka, że z europejskich pucharów już odpadliśmy, a w lidze mamy trzy punkty po trzech kolejkach. Czyli słabo – bo to średnia mogąca nawet nie dać utrzymania.

Piszę to wielokrotnie i napiszę jeszcze raz, bo już wiele razy w przeszłości czy to piłkarze czy trenerzy obrażali się na mnie, bo coś tam skrytykowałem. Nie mówię o sytuacjach, kiedy pojechałem z koksem i tak czy inaczej kogoś nazwałem, bo za to obrazę rozumiem. Cóż, młodość (która trwa, ale już inna). Ale my nie możemy doprowadzić do zagłaskania naszej drużyny – za ekstraklasę, za kapitalną w niej postawę czy za puchary. Wszyscy wiemy gdzie byliśmy i co trener wraz z kolejnymi grupami piłkarzy w ostatnich latach nam dał i daje. Więc tu nie ma mowy o podważaniu projektu jako całości. Ale trzeba mieć w tym wszystkim krytycyzm, bo jeśli w którymkolwiek momencie ktoś uznał, że zdobyliśmy już tyle, że teraz po prostu możemy do końca kariery jechać na sukcesie – to jest to – delikatnie mówiąc duży błąd. Więc tak, doceniamy ekstraklasę, super jest jeździć na te wszystkie stadiony w najwyższej polskiej lidze. I niech ten projekt w tym kształcie, z obecnym trenerem trwa jak najdłużej.

No ale są defekty. I ta postawa na wyjazdach naprawdę każe się zastanowić nad kilkoma rzeczami. Bo to jest coś, co jakiś czas się w GieKSie powtarza, mamy powtórkę z czterech przegranych wyjazdów na początek sezonu z zeszłego roku. A w pierwszym po awansie do ekstraklasy sezonie, na wiosnę także przydarzyły się cztery wtopy z rzędu na delegacjach.

Ale to nie chodzi tylko o wyniki. Chodzi o grę, która co prawda nie zawsze ten wynik gwarantuje, a w perspektywie pewnego okresu czasu (raczej krótszego niż dłuższego) dobra gra statystycznie przynosi względnie dobre wyniki. U nas nie jest największym problemem to, że przegraliśmy cztery mecze z rzędu. Problemem jest to, że te mecze przegraliśmy zasłużenie, bo graliśmy bardzo słabo.

Wczoraj chciałem wierzyć, że jak długo ten mecz trwał, w końcu coś wciśniemy. Mecz z Motorem w naszym wykonaniu nie był aż takim paździerzem, jakie trochę razy ostatnio na wyjazdach oglądaliśmy. Przypomniał się mecz z Cracovią, kiedy wydawało się, że przy 0:0 na koniec spotkania pozostanie spory niedosyt. A rywal w końcówce nam wmontował bramkę i już nawet z remisu nie można było się „cieszyć”. Ostatecznie, choć wczoraj GieKSa nie była beznadziejna, to była jednak słaba. Tym bardziej martwi to, że naprzeciw mieliśmy drużynę mocno przeciętną, do tego skleconą naprędce po kadrowych zawirowaniach, z nowym trenerem. A my – stabilni i budowani od kilku lat – nie potrafiliśmy zrobić na tym boisku nic. Przecież, gdyby nie Ndiaye czy może jeszcze Simon, to by Pan Czubak piłkę oglądał z daleka i nie miał okazji zaprezentować swojego świetnego wykończenia. Motor był do bólu średni, ale swoim jednym czy drugim błyskiej robił różnicę.

U nas tym razem w obronie nie było „wesołego miasteczka”, choć oczywiście nie ustrzegliśmy się błędów, po których padły bramki – najpierw nieuznana, a potem już prawidłowa. Jednak w tym meczu to nie obrona była naszym głównym problemem. Tym razem było to słabe/bardzo słabe/beznadziejne rozgrywanie ataku pozycyjnego. O kontrach nawet nie mówię, bo mam wrażenie, że jak my wyprowadzamy kontrę, to zaraz jeden czy drugi nasz zawodnik się zatrzymuje, robi kółeczko, wycofuje nie wiadomo gdzie i po kontrze nici.

Od patrzenia na nasze rozegranie piłki na połowie przeciwnika oczy bolały. Sposobności mieliśmy całe mnóstwo, bo Motor bronił się nieraz dość nisko – nie desperacko w swoim polu karnym – ale mocno na swojej połowie. My graliśmy po obwodzie – to na lewo, to na prawo. I często kończyło się do słabą wrzutką, z którą rywale nie mieli problemu. Przede wszystkim więcej w tym temacie oczekiwałem od Bartosza Wolskiego, bo naprawdę zawodnik ma większe umiejętności niż to, żeby zagrać leciutką piłkę à la serwis Pawła Zagumnego w pole karne i liczyć na czysty przypadek, że akurat trafi w nią ktoś z naszych, a nie przeciwników. Dlaczego nie ma mocnych, takich soczystych wrzutek? Dlaczego nie ma jakiejś próby większej precyzji? Nie mówiąc o tym, że nasi wahadłowi też chyba mocno zapomnieli, co to znaczy żwawość na boku. Nie ma dynamicznych pojedynków 1 na 1 na skrzydle na wysokości pola karnego, wejść w to pole karne. Jest to wszystko takie miałkie i nijakie i taka była ofensywa GKS w tym meczu. Naprawę zestawiając to z pojedynkiem z Motorem z rundy wiosennej i bramek, jakie GieKSa strzelała w tamtym meczu można… dostrzec różnicę.

Ostatecznie najlepszymi okazjami GKS był strzał Ilji w słupek i sytuacja, w której Ilja gola strzelił, ale Bartosz Nowak był w tej sytuacji na spalonym. Tak, był jeszcze strzał napastnika po dośrodkowaniu oraz uderzenie Mateusza Wdowiaka w boczną siatkę. I to tyle. Motor miał swoich groźnych sytuacji więcej.

Widać też, że trener szuka optymalnego składu, ale na razie większość zawodników swoją grą nie przekonuje, by zagościć w jedenastce na stałe. W pomocy kombinujemy. Bartek Nowak ma abonament na granie, ale wychodzi na to, że Bartek Wolski również. Chcieliśmy tego duetu, czekaliśmy na to, jaki zrobią oni techniczny zamęt w tej lidze. Na razie jednak to tylko mrzonki. Nie mamy twardości w środku pola. Jeszcze do tego dokładamy Marcela, który jest ambitny, szybki, ale też nie jest to skała. Do tego wygląda na to, że wczoraj przegrał z upałem, z ręką na sercu, jak widziałem, że podciąga sobie tę koszulkę i w ogóle miałem z daleka wrażenie, że jest cały czerwony, to pomyślałem, że Rafał Górak zrobi wyjątek i ściągnie piłkarza w przerwie. Tak też się stało.

Pamiętam jak w poprzednim sezonie po Górniku Zabrze trener zapowiedział, że coś musimy zmienić w samym podejściu do spotkania i strukturze gry na wyjeździe. Choć potem przegraliśmy jeszcze z Lechią, to za chwilę gra GKS na obcych stadionach zaskoczyła. GieKSa wygrała z Lublinie, Niecieczy, w Pucharze Polski z ŁKS. Na początek roku było zwycięstwo w Lubinie. Były te mecze z Rakowem i Lechem. Czyli da się. Problem jest taki, że jak drużyna wpadnie w wyjazdową otchłań bezradności i niemocy, to trudno z niej się wykaraskać.

Najgorsze jest to, że nie widać, aby był jeden mądry, który zdiagnozował, gdzie leży problem. A to musi być głębszy problem mentalny, bo przecież u siebie ci zawodnicy – zarówno indywidualnie, jak i jako cała drużyna – potrafią przecież grać w piłkę. Co się z nimi dzieje na wyjeździe i dlaczego? Może to jest coś na etapie samego wyjazdu na mecz, podróży, hotelu, dnia meczowe na wyjeździe? Może to tam trzeba poszukać, co się takiego dzieje z piłkarzami, że opada z nich cała ta agresja, moc i siła? Może gdzieś jest zbyt duże rozluźnienie, a może to rozluźnienie jest zbyt małe? Trzeba szukać, w każdym szczególe, w każdym posiłku, w każdej minucie spędzonej w autobusie.

Przyznam, że po tym kolejnym przegranym meczu nie mam smutku, żalu czy załamki. Jest po prostu po raz kolejny irytacja i taka frustracja, bo widzę tę bezradność piłkarzy i mi się udziela. Nie ma w życiu chyba gorszego poczucia niż to, że nie ma się wpływu. A gra GKS a wyjeździe wygląda tak, jakby zawodnicy nie mieli dostępu do swoich atutów, które dają różnicę, tylko próbowali sztampowych, oklepanych i zupełnie nieefektywnych na tym poziomie rozwiązań.

I trzeba coś z tym zrobić szybko, bo wkrótce czekają nas trzy trudne wyjazdy – Zabrze, Gliwice i Lubin. Tu już po prostu obowiązkowo będzie trzeba punktować.

A na razie Wisła Płock. Dobrze, że przynajmniej u siebie te atuty nie są zablokowane. Liczymy, że i tym razem tak będzie, GieKSa swoje gole będzie strzelała i trzy punkty zdobędzie.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Górak: Brakuje nam wytrawności

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po meczu Motor Lublin – GKS Katowice wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Mariusz Misiura i Rafał Górak. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.

Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Jesteśmy rozczarowani tym, że przegraliśmy spotkanie, włącznie z powiedzeniem, że jeżeli nie możesz wygrać, to powinieneś umieć go zremisować.

Takie mam odczucia w stosunku do tego meczu. Niestety – nie jesteśmy jak na razie w stanie zagrać meczu na zero z tyłu, który dałby nam przestrzeń, żeby wywieźć z takiego spotkania remis, bo może on też nie byłby to szczyt naszych marzeń przed spotkaniem – bo przyjechaliśmy z zamiarem wygrania meczu – ale na pewno remis bardziej odwzorowywałby to, co się działo. Ale to jest nieistotne, bo ten który bramkę strzela ma tę radość, a ten, który tego nie robi – tej radości nie ma. W wielu momentach za dużo mamy rozpiętości poziomowych w spotkaniach. To mnie też trochę na razie smuci, bo powinniśmy się stać bardziej wytrawną drużyną, a tego nam brakuje. Mamy bardzo dobre momenty, kiedy gramy zgodnie z tym, co chcemy robić, a mamy też takie kiedy ta gra na różnych pozycjach w różny sposób ofensywie czy defensywie nam się łamie i powoduje bałagan, który kończy się niekiedy tak, jak się skończył przy straconej bramce. Byliśmy w posiadaniu piłki pod polem karnym przeciwnika i tej wytrawności jeszcze brakuje – tego będziemy szukać. Dziś jest masę rozczarowania i sportowej złości, ale nic tu po narzekaniu, trzeba brać się do roboty i mocno wyciągać wnioski choćby z tego, że przy czterech meczach wyjazdowych w tym sezonie cztery razy schodzimy pokonani i to nas bardzo denerwuje i jesteśmy niezadowoleni. Ale po to niekiedy takie próby są, żeby wychodzić, silniejszym. Teraz będziemy się przygotowywać do następnego spotkania, potem mamy trzy mecze z rzędu na wyjeździe. Czeka nas nie lada sprawdzian i jestem przekonany, że wyjdziemy z tego obronną ręką. Dzisiaj jest dużo złości, rozczarowania i momentów, z których z gry jesteśmy niezadowoleni.

Mariusz Misiura (trener Motoru Lublin):
Bardzo się cieszę, że wygraliśmy mecz i zdobyliśmy trzy punkty. Bo mam poczucie, że to był czwarty naprawdę dobry mecz w naszym wykonaniu i jak ten czas leci – mijają tygodnie – przygotowujesz się do czwartego spotkania, a na koncie masz jeden punkt, to zapominamy, co się wydarzyło w pierwszej czy drugiej czy trzeciej kolejce.  Wydaje mi się, że drużyna zasłużyła, żeby mieć ich więcej. Wierzę, że konsekwentną pracą i procesem będziemy budować silną drużynę.

Co do meczu to wydaje mi się, że wykreowaliśmy więcej sytuacji, na pewno w pierwszej połowie, konsekwencją tego jest bramka. Powiedzieliśmy sobie w szatni, że musimy zostawić serce i charakter. 104 minuty w takim upale to szacunek dla piłkarzy. Sami państwo siedząc na trybunach czuliście gorąco i zmęczenie.

To jest coś normalnego, że w takim upale przydarzały nam się błędy, cieszę się, że nie było z tego konsekwencji w postaci gola, ale podobało nam się nasze dążenie do strzelenia bramki. Dobre zmiany, każdy z zawodników dał impuls. Bardzo się cieszę z tych trzech punktów i idziemy dalej.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Piynciok na Arenie Katowice!

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

W niedzielne popołudnie GieKSa podjęła u siebie Wisłę Płock, która mimo mocnego wejścia w mecz nie zdołała zatrzymać podopiecznych Rafała Góraka, która zaaplikowała im aż pięć trafień.

Już w pierwszych sekundach mocno zabiło serce przyjezdnym, nie potrafili dogadać się co do wybicia długiej piłki zagranej ze środka. Chwilę później Lukas Klemenz zgrał głową do niepilnowanego Emana Markovicia, który sam utrudnił sobie zadanie decyzją o przewrotce – wcale jednak tak dużo nie zabrakło. Po drugiej stronie Hamulić już leciał do wysoko zagranej piłki zupełnie uciekając Jędrychowi, wszystko czujnie wyjaśnił Lukas Klemenz. Napastnik doszedł do strzału głową z kolei w 7. minucie, tym razem to Pau Resta wyekspediował w bezpieczne miejsce. GieKSa nie potrafiła powstrzymać nawałnicy rzutów rożnych Wisły, choć nie przekładało się to też na szczególne zagrożenie bezpośrednio przed bramką Kobylaka. Hiszpan błysnął w 14. minucie dobrym czytaniem gry, błyskawicznie doskakując do przeciwnika za szesnastką i blokując strzał z dystansu. Chwilę później Lukas Klemenz wyprowadził nasz pierwszy atak pozycyjny, który po rajdzie Wasielewskiego rozprowadzili Marković z Wolskim i Restą. Na małej przestrzeni swoją technikę pokazał Galan, z pierwszej piłki odgrywając Markoviciowi: skrzydłowy tylko poprawił sobie piłkę i z niesamowitą rotacją ściągnął pajęczynę z bramki! W 21. minucie wślizgiem Kowalczyk rozpoczął naszą kontrę, której mocy dodał Bartosz Nowak podaniem na kilkadziesiąt metrów w przód – Wisła fizycznym, na pograniczu faulu, wariantem zmusiła szarżujących zawodników do spowolnienia gry. Dwie minuty później to pomocnik gnał na bramkę po zagraniu Markovicia z głębi naszej połowy, ostatecznie Szkurin został o krok uprzedzony przez Leszczyńskiego na skraju szesnastki. Napastnik dobrze odnalazł się też do centry Wasielewskiemu w następnej akcji, jednak nie był zadowolony z jakości podania lądującego za linią końcową. Szkurin ani myślał się poddawać, w 27. minucie po wysokim odbiorze Pau Resty chciał wypuścić techniczną asystą Markovicia i jedynie intuicyjny obrońca zdołał wystawić nogę, odbijając piłkę. W 30. minucie interweniować musiał Kobylak po strzale Sangre, wcześniej potencjalną stuprocentową okazję zablokował Arkadiusz Jędrych wygranym wyskokiem do piłki. Od razu przeszliśmy pod drugie pole karne, gdzie Bartosz Nowak wypuścił Szkurina, a ten bezczelnie dał się sfaulować Leszczyńskiemu: sędzia Kwiatkowski nie miał żadnych wątpliwości – rzut karny! Do piłki podszedł Arkadiusz Jędrych, mocno uderzając w stronę pozbawioną bramkarza. Chwilę później niespodziewanie mógłby dopisać sobie asystę drugiego stopnia po wybiciu głową, gdy Szkurin uprzedził obrońcę i czubkiem buta przedłużył do Markovicia. Norweg minął bramkarza, lecz uderzył w obrońcę zasłaniającego siatkę, po drugiej stronie poprawka Galana również trafiła w defensora. Bardzo mocne tempo narzucili Trójkolorowi po pierwszej bramce, ledwo minutę później uderzał Szkurin po centrze Wasielewskiego. W 41. minucie dwójkową akcję przeprowadzili dwaj Bartosze, nie udało się tego sfinalizować ani Markoviciowi, ani Wasielewskiemu.

W pierwszej minucie po zmianie stron Leszczyński zagrał wprost pod nogi Bartosza Nowaka, na jego szczęście pomocnik zupełnie nie był gotów na taki obrót spraw. W 47. minucie po piłce za obrońców od Mateusza Kowalczyka na bramkę ruszył Ilja Szkurin, przegrywając pojedynek z golkiperem. Poprawka po przechwycie i odbitym strzale Nowaka również nie zakończyła się powodzeniem. Wisła nadal nie potrafiła skutecznie załatać luk w swojej defensywie, uciekała się jedynie do blokowania strzałów. W 52. minucie Wasielewski ze Szkurinem wypuścili Markovicia, który nieco zaplątał się w drybling i przegrał pojedynek z Sangre. Od razu na drugą bramkę ruszył Hamulić, uderzając lekko obok skracającego kąt Kobylaka, a dla pewności piłkę zmierzającą w okolice słupka na wślizgu wybił jeszcze Mateusz Kowalczyk. Trzykrotnie w 60. minucie odpowiedzieć próbowała Wisła, jedynie strzał Pomorskiego przedostał się pod bramkę i tam bezproblemowo interweniował Kobylak. Kolejny raz odbijać piłkę musiał cztery minuty później, tym razem po bardzo mocnym uderzeniu Rogelja. W 71. minucie po rzucie rożnym mocno ucierpiało kilku zawodników, jednak faulu arbiter dopatrzył się tylko na Mateuszu Kowalczyku. W 73. minucie zobaczyliśmy rzut rożny, a jak rzut rożny to i bramkę – Pau Resta wykorzystał złe ustawienie defensywy i przekierował centrę Nowaka na słupek bardziej oddalony od chorągiewki. Sangre próbował jeszcze improwizować wobec złej formacji obranej przez kolegów, ale został niemalże staranowany przez Hiszpana. W 80. minucie Rogelj na pełnym sprincie powrócił do obrony, przecinając kluczowe podanie Bartlewicza i na chwilę oddalając zagrożenie. Minutę później Sekulski w kuriozalny sposób oddał piłkę pod nogi Nowaka po pressingu Resty, ten minął Leszczyńskiego prostym zwodem i wystawił Szkurinowi, który zmieścił futbolówkę pomiędzy trójką obrońców. W 85. minucie Gabriel Kobylak sparował strzał z dystansu Hiszpańskiego, dobijał ją Jurić: arbiter szybko odgwizdał jego pozycję spaloną. W ostatniej minucie Milewski krótko zgrał do Nowaka na 16. metrze, ten z pewną dozą przypadku obsłużył Jakuba Kokosińskiego – młody napastnik dopełnił formalności i umieścił meczówkę obok słupka!

GieKSa pewnie i wysoko pokonała Wisłę Płock. Teraz czekają nas trzy mecze wyjazdowe z rzędu – Zabrze, Gliwice i Lubin.

23.08.2026, Katowice
GKS Katowice – Wisła Płock 5:0 (2:0)
Bramki: Marković (16), Jędrych (33-k), Resta (73), Szkurin (81), Kokosiński (90).
GKS Katowice: Kobylak – Wasielewski (64. Jirka), Klemenz, Jędrych, Resta, Galan (74. Wdowiak) – Wolski, Kowalczyk (82. Milewski) – Marković (74. Bartlewicz), Nowak – Szkurin (82. Kokosiński).
Wisła Płock: Leszczyński – Rogelj, Haglind-Sangre, Kamiński, Silva (82. Więckowski), Kun (82. Kuczko) – Jimenez (71. Sekulski), Radwański, Pomorski (61. Hiszpański), Gallapeni – Hamulić (82. Jurić).
Kartki: Wasielewski – Galapeni.
Sędzia: Tomasz Kwiatkowski (Warszawa).
Widzów: 10 889.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga