Piłka nożna
Post scriptum do meczu ze Śląskiem
Mecz we Wrocławiu uradował nas bardzo. Dobra gra i zwycięstwo przed świętami było jak znalazł. Liga jednak się toczy, więc zamykamy temat meczu ze Śląskiem tradycyjnym post scriptum i teraz myślimy już tylko o sobotnim spotkaniu z Legią Warszawa.
1. Obecna kolejka została rozłożona nietypowo, gdyż liga nie grała w Wielki Piątek, ani Wielkanoc. W związku z tym cztery mecze odbyły się w Wielką Sobotę, cztery w Poniedziałek Wielkanocny, a przed nami jeszcze starcie w Mielcu. Nam przypadła gra w Wielką Sobotę i to o rozsądnej godzinie. Cieszyliśmy się, że nie mamy meczu w święto.
2. Z racji niedalekiej odległości nie musieliśmy wyjeżdżać z Katowic skoro świt. W ogóle wyjazdy w tym sezonie były takie, że nie startowaliśmy np. o szóstej. Te dalekie bowiem graliśmy o dość późnej godzinie dnia: 17.30, 19.00 czy 20.15, jak na Legii. Wiązało się to natomiast z późnymi powrotami do domu, dlatego często wracaliśmy do Katowic po drugiej czy nawet trzeciej.
3. Wyruszyliśmy w trójkę: ja, Patryk i Magda. Innym osobom obowiązki świąteczne przeszkodziły w wyjeździe. Wyjechaliśmy o 10:30 i prościutką drogą, autostradą zmierzaliśmy do Wrocławia.
4. Po drodze mijaliśmy wiele aut z kibicami GKS Katowice, którzy tłumnie wybrali się na ten niezbyt odległy wyjazd. Co rusz były w samochodach widoczne barwy klubowe czy żółty kolor. Wiedzieliśmy, że atmosfera na stadionie będzie bardzo dobra.
5. Kibice jak to kibice na wyjazdach, czasem stawali za potrzebą. Mnie szczególną uwagę przykuł na poboczu załatwiający pewną sprawę kibic z numerem 4 na plecach i nazwiskiem Jędrych. Przez ułamek sekundy miałem mały mindfuck – „dlaczego Arek to robi?”. Koszulki kapitana sprzedają się dobrze.
6. Droga przebiegła szybko i (prawie) sprawnie, czasem musieliśmy gwałtownie hamować, bo kolumna poruszała się tak, a nie inaczej, a policja kilkukrotnie wjeżdżała w środek i powodowała pewne zamieszanie na drodze.
7. Po dwóch godzinach dojechaliśmy do Wrocławia. Skorzystaliśmy ze stacji benzynowej, a uwagę zwrócił pewien jegomość, który wyszedł z budynku stacji i prowadził rower, ale prowadził go będąc do niego on face, czyli de facto pchał go do tyłu. Magda skwitowała to słusznym „tutaj rowery prowadzi się odwrotnie”.
8. Po chwili byliśmy pod stadionem, którą mijaliśmy niedawno, gdy jechaliśmy chyba do Poznania. Stadion z zewnątrz prezentuje się… nieładnie. Narzucony jakiś wór niczym te plandeki na rusztowaniach remontowanych budynków, do tego sprawiający wrażenie brudnego. No i to logo Tarczyński Arena – centralnie. No nie prezentuje się to jakoś estetycznie i w ogóle nie widać na początku, że to stadion.
9. To co zawsze jest mile przez nas widziane to możliwość wjazdu na stadionowy parking. Nie zawsze jest to oczywistością, a tutaj wjazdówka była zapewniona. Dlatego komfortowo mogliśmy zostawić samochód i udać się do wejścia.
10. Pewnym mankamentem jest to, że akredytacje wydawane są na zaledwie godzinę przed meczem. Na większości stadionów wejściówki te można odebrać wcześniej, a właśnie dużo wcześniej jesteśmy w tym sezonie zawsze.
11. No ale trudno, jest taki hol, poczekalnia ze stolikami i krzesłami, więc przynajmniej jest gdzie usiąść w oczekiwaniu. I tak sobie siedzieliśmy ponad pół godziny i ostatecznie akredytacje przyszły… o 13:20, czyli i tak 25 minut przed zapowiadanym czasem.
12. Same plakietki na różnych stadionach są większe, mniejsze, czasem zalaminowane, czasem nie, ze smyczką lub bez. Tutaj trzeba przyznać, że akredytacja była jedną z najładniejszych na polskich stadionach. Estetyczna, z dużymi herbami obu drużyn. No i i zalaminowana i ze smyczką. Widać, że klub przykłada wagę do takich rzeczy. A na ściance były też wzory wszystkich wejściówek z objaśnieniem kto, gdzie może wchodzić. Wszystko przejrzyste.
13. Na dole zrobiłem zdjęcie loginu i hasła do WiFi. I tutaj kolejna pochwała dla Śląska, bo internet stadionowy, na przecież dużym stadionie, działał bez zarzutu cały mecz. Dzięki temu nie musieliśmy kombinować z naszymi internetami. To znacznie ułatwiało pracę.
14. Wjechaliśmy windą na czwarte piętro, czyli już było wiadomo, że będziemy wysoko. Gdy wyszliśmy na trybunę oczom naszym ukazał się potężny jak na polskie warunki obiekt. Ponad czterdzieści tysięcy miejsc, przy czym miejsce to widziało już taką frekwencję na meczach ligowych. Prawdziwy kocioł. I bardzo wysokie trybuny.
15. Miałem okazję być na tym stadionie dwa razy, w którychś eliminacjach (chyba za Waldemara Fornalika) na meczu z Mołdawią i przede wszystkim na ostatnim meczu fazy grupowej Euro 2012 z Czechami. Choć bilet na ten mecz było zdobyć zdecydowanie najtrudniej z wszystkich trzech meczów grupowych – udało się. Polska przegrała 0:1, grając niestety ultradefensywnie. Co ciekawe w samej końcówce na murawie pojawił się Tomas Pekhart, obecny zawodnik Legii Warszawa.
16. W tamtym meczu mijałem między sektorami panów Krysiaka i Bryłkę. Pamiętacie tych ancymonów? Dobrze, że to zamierzchłe czasy.
17. Przeszliśmy na prasówkę, która była obok. I naprawdę była godna, a stanowisk mnóstwo, z dużymi blatami. No w końcu musieli pomieścić telewizje z całego świata na Euro. Dzięki temu teraz nie ma problemu z miejscami prasowymi.
18. Widoczność – idealna. Niby daleko, bo wysoko, a jednak ma się wrażenie, że boisko jest na wyciągnięcie ręki, właśnie dzięki stromym trybunom. Już było wiadomo, że relacjonowanie tego meczu to będzie czysta przyjemność.
19. No, może poza moim samopoczuciem, które było fatalne, na święta złapała mnie jakaś infekcja, która nie była na tyle silna, żeby zrezygnować z wyjazdu, jak jesienią na Cracovię, i nie na tyle słaba, by… dobrze się czuć. Przez cały mecz towarzyszył mi silny ból głowy, a podczas nagrywek jakieś problemy z gardłem były. No ale praca to praca.
20. Zanim zasiedliśmy na stanowiskach, na stoliczku na trybunie można było sobie zrobić herbatę lub kawę. To super rozwiązanie w kontekście, że jakiś tam poczęstunek pewnie był dopiero niedługo przed meczem i na parterze, więc daleko. Dla mnie osobiście fakt, że na prasówce była moja ulubiona herbata, czyli czarny Lipton Earl Grey, by dodatkowym plusem. Magda też zachwalała, że mieli jej ulubioną kawę – Jacobs.
21. Mając tak dużo czasu do meczu odpaliłem końcówkę meczu Piast – Korona. Niebywałe, ale zawodnik totalnie marginalny zarówno w Piaście, jak i GieKSie strzelił wyrównującego gola i miał swój moment chwały. W GKS Katowice rozegrał tylko sześć meczów. Z Piastem Mistrz Polski, ale w dziesięć sezonów rozegrał około sto meczów.
22. Bardzo fajnym pomysłem jest studio przedmeczowe na telebimie. Co prawda mało było ono poświęcone meczowi, ale zawsze coś. Najpierw jakiś pan opowiadał o koniach i evencie z końmi w roli głównej. Skwitował to tym, że będzie „końska dawka emocji”. A potem była jakaś kobieta chyba z Urzędu Miasta. Fajne urozmaicenie.
23. Podczas rozgrzewki piłkarze obu drużyn byli w koszulkach „Szwaniu jesteśmy z Tobą”. Ta solidarność z nietypowo kontuzjowanym Petrem Schwarzem całej ligi – był m.in. film z wypowiedziami piłkarzy każdego klubu – jest naprawdę godna uwagi. Także i nasz trener przed kamerami Canal Plus był w tejże koszulce.
24. W końcu wyszli na boisko główni aktorzy tego widowiska. Przy 20-tysięcznej publiczności rozpoczął się mecz – dla nas o kolejny dobry wynik, dla Śląska – o potrzebne jak tlen ligowe punkty. Gospodarze muszą wygrywać, jeśli chcą się utrzymać.
25. Ciekawi byliśmy występu Sebastiana Bergiera, który po raz pierwszy miał okazję zagrać we Wrocławiu przeciw Śląskowi. Zawodnik miał kilka okazji, jedną nawet bardzo dobrą, choć jak mówił w wywiadzie, dobić wyplutą przez Leszczyńskiego piłkę było trudno, bo mało było miejsca. Hm… brak miejsca nie przeszkadzał napastnikowi w Częstochowie, kiedy posłał futbolówkę do mysiej dziury 😉
26. Mimo stadionu wypełnionego w połowie, młyn i sektor gości prezentowały się bardzo godnie. Siedzieliśmy na środku i mieliśmy wrażenie, że głośniejsi są kibice GieKSy. Zewsząd zresztą chwaleni za postawę w tym meczu, zarówno przez kibiców Śląska, jak i w całej Polsce. Żółta Armia w dużych liczbach znakomicie prezentuje się na ekstraklasowych stadionach.
27. Za dobrym dopingiem poszła świetna gra naszych piłkarzy w pierwszej połowie. I dwie bramki. Dobrze, że w końcu trafił Oskar Repka, bo brakowało jego goli ostatnio, a wiemy przecież, że zawodnik raz na jakiś czas wpisuje się na listę strzelców.
28. Za to po świetnej akcji Mateusza Kowalczyka (wykupić!) Petkow wpakował piłkę do własnej siatki. Istny to pechowiec, bo przecież w poprzednim meczu na Cracovii również pokonał własnego bramkarza. Rzadka sytuacja. Co prawda do Mateusza Kamińskiego, który też na Dolnym Śląsku pokonał swojego golkipera dwa razy w meczu nieco mu brakuje, ale niewiele.
29. W przerwie podostrzył w wywiadzie Adrian Błąd, który zapytany przez Cezarego Olbrychta o kwestię lubińską powiedział, że cieszy się, że może pomóc Zagłębiu Lubin w utrzymaniu. Dobry gagatek 😉 A Zagłębie pomogło samo sobie wygrywając w Białymstoku.
30. A Śląsk czekają derby z Zagłębiem już za dwa tygodnie i to również będzie kluczowy mecz, jeśli chodzi o pozostanie w lidze.
31. My natomiast musieliśmy mały sprint zrobić do salki, w której częstowali żurkiem. Patryk nic tego dnia nie jadł, ja ze względu na infekcję miałem zwiększone łaknienie, więc też byłem fest głodny. Żureczek – pierwsza klasa. Gęsty, pożywny, kiełbasa, jajko. Nie poprzestałem na jednej miseczce. Bardzo sympatyczna sprawa i co najlepsze – w mailu potwierdzającym akredytację zapowiadana, więc wiedzieliśmy, że możemy się tego spodziewać.
32. Druga połowa była już z atakami Śląska, ale pudłował bardzo Arnau Ortiz. Al-Hamlawi też na szczęście ostatnio nie jest sobą. Za to niektórzy uważają, że ostatnio jest sobą Rafał Leszczyński. Przemilczymy to.
33. GieKSa grała ofiarnie i choć druga połowa była trudna, to nie musieliśmy jakoś rozpaczliwie się bronić, aby dowieźć wynik. Katowiczanie zachowali czyste konto i po czterech wyjazdowych porażkach w końcu zgarnęli w delegacji trzy punkty.
34. Po niedosycie z meczu z jesieni, kiedy Śląsk był w kryzysie, tym razem GKS wygrał. Cztery punkty sumarycznie z wicemistrzem Polski, ale też drużyną ze strefy spadkowej to ostatecznie dobry wynik.
35. Piłkarze świętowali z kibicami, na co na wyjeździe czekali od meczu z Rakowem. W końcu GieKSa wygrała przy dużej publice, bo wszelkie mecze, które graliśmy przy publiczności w granicach 20 tysięcy lub więcej, były przegrywane. Także i jest to pierwsze zwycięstwo przy tak licznie wypełnionym sektorze gości.
36. Gdy kibice śpiewali po meczu można było wyczuć na tym wielkim stadionie vibe wielkiej piłki. Przez lata wielkim sukcesem wszystkich polskich klubów była frekwencja w granicach 10 tysięcy, bo takie też były stadiony. I ten doping też brzmiał inaczej. Tutaj dwa tysiące ryknęło i naprawdę to był inny wydźwięk, niż gdy ryknie dwieście.
37. Zjechaliśmy na dół, Patryk poszedł do mix zony, ja na konferencje prasową. Salka bardziej przypomina salkę kinową z jakiegoś kina studyjnego niż konferencyjną. Zamocowane miękkie fotele w rzędach (akurat te fotele mają vibe PRL-u), mnóstwo, naprawdę mnóstwo miejsc. Trenerzy przyszli dość szybko.
38. Trener Rafał Górak życzył wszystkim wesołych świąt, a Ante Simundza wypowiadał się za pomocą tłumaczki. Trochę dziwne wrażenie wywarł albo raczej nie wywarł. Szkoleniowiec przecież był mistrzem kraju z Mariborem czy Łudogorcem, grał w Lidze Mistrzów, gdzie remisował z Schalke, Chelsea czy Sportingiem, a tutaj wydał się taki mało charyzmatyczny.
39. Oczywiście to tylko maleńki wycinek i pierwsze wrażenie. Faktem jest, że musi mieć coś w sobie, skoro odmienił Śląsk z rundzie wiosennej. Ciekawe, jak to się dalej potoczy, bo utrzymanie Śląska może być większym sukcesem niż te tytuły.
40. Ze stadionu zebraliśmy się szybciej niż zwykle, bo wiedzieliśmy, że kibice jeszcze nie wyjechali, więc chcieliśmy wjechać przed nimi, aby uniknąć potem spowolnień. Z mojej strony więc padła jeszcze szybka miska chłodnego już żurku (nie może się zmarnować) i ruszyliśmy w drogę powrotną.
41. W Katowicach byliśmy około dwudziestej, jeszcze za widna. Bardzo szybko i bardzo wcześnie, czym byliśmy ukontentowani.
42. Warunki dla mediów na stadionie Śląska są doskonałe, więc z tego miejsca serdeczne podziękowania dla WKS za tak sprawną i miłą obsługę. Jeśli Śląsk utrzyma się w ekstraklasie, z przyjemnością ponownie zawitamy na ten stadion.
43. No i w parze poszedł wynik. Brawo GieKSa!
44. Czekamy na wynik z Mielca. Jeśli Górnik nie wygra, wyprzedzimy zabrzan w tabeli. Zrównaliśmy się też punktami z Cracovią i mamy lepszy mecz bezpośredni.
45. Legio, bój się!
Felietony Piłka nożna
Wyzerowane atuty – diagnozy brak
Szczerze mówiąc nie chce mi się pisać tego felietonu, bo myślę sobie, że znowu będę pisał to samo. Rozbieżność między wynikami meczów u siebie i na wyjeździe sięgnęła absurdu. GKS rozegrał w tym sezonie siedem meczów – u siebie wszystkie trzy wygrał, na wyjeździe wszystkie cztery przegrał. Suma tego jest taka, że z europejskich pucharów już odpadliśmy, a w lidze mamy trzy punkty po trzech kolejkach. Czyli słabo – bo to średnia mogąca nawet nie dać utrzymania.
Piszę to wielokrotnie i napiszę jeszcze raz, bo już wiele razy w przeszłości czy to piłkarze czy trenerzy obrażali się na mnie, bo coś tam skrytykowałem. Nie mówię o sytuacjach, kiedy pojechałem z koksem i tak czy inaczej kogoś nazwałem, bo za to obrazę rozumiem. Cóż, młodość (która trwa, ale już inna). Ale my nie możemy doprowadzić do zagłaskania naszej drużyny – za ekstraklasę, za kapitalną w niej postawę czy za puchary. Wszyscy wiemy gdzie byliśmy i co trener wraz z kolejnymi grupami piłkarzy w ostatnich latach nam dał i daje. Więc tu nie ma mowy o podważaniu projektu jako całości. Ale trzeba mieć w tym wszystkim krytycyzm, bo jeśli w którymkolwiek momencie ktoś uznał, że zdobyliśmy już tyle, że teraz po prostu możemy do końca kariery jechać na sukcesie – to jest to – delikatnie mówiąc duży błąd. Więc tak, doceniamy ekstraklasę, super jest jeździć na te wszystkie stadiony w najwyższej polskiej lidze. I niech ten projekt w tym kształcie, z obecnym trenerem trwa jak najdłużej.
No ale są defekty. I ta postawa na wyjazdach naprawdę każe się zastanowić nad kilkoma rzeczami. Bo to jest coś, co jakiś czas się w GieKSie powtarza, mamy powtórkę z czterech przegranych wyjazdów na początek sezonu z zeszłego roku. A w pierwszym po awansie do ekstraklasy sezonie, na wiosnę także przydarzyły się cztery wtopy z rzędu na delegacjach.
Ale to nie chodzi tylko o wyniki. Chodzi o grę, która co prawda nie zawsze ten wynik gwarantuje, a w perspektywie pewnego okresu czasu (raczej krótszego niż dłuższego) dobra gra statystycznie przynosi względnie dobre wyniki. U nas nie jest największym problemem to, że przegraliśmy cztery mecze z rzędu. Problemem jest to, że te mecze przegraliśmy zasłużenie, bo graliśmy bardzo słabo.
Wczoraj chciałem wierzyć, że jak długo ten mecz trwał, w końcu coś wciśniemy. Mecz z Motorem w naszym wykonaniu nie był aż takim paździerzem, jakie trochę razy ostatnio na wyjazdach oglądaliśmy. Przypomniał się mecz z Cracovią, kiedy wydawało się, że przy 0:0 na koniec spotkania pozostanie spory niedosyt. A rywal w końcówce nam wmontował bramkę i już nawet z remisu nie można było się „cieszyć”. Ostatecznie, choć wczoraj GieKSa nie była beznadziejna, to była jednak słaba. Tym bardziej martwi to, że naprzeciw mieliśmy drużynę mocno przeciętną, do tego skleconą naprędce po kadrowych zawirowaniach, z nowym trenerem. A my – stabilni i budowani od kilku lat – nie potrafiliśmy zrobić na tym boisku nic. Przecież, gdyby nie Ndiaye czy może jeszcze Simon, to by Pan Czubak piłkę oglądał z daleka i nie miał okazji zaprezentować swojego świetnego wykończenia. Motor był do bólu średni, ale swoim jednym czy drugim błyskiej robił różnicę.
U nas tym razem w obronie nie było „wesołego miasteczka”, choć oczywiście nie ustrzegliśmy się błędów, po których padły bramki – najpierw nieuznana, a potem już prawidłowa. Jednak w tym meczu to nie obrona była naszym głównym problemem. Tym razem było to słabe/bardzo słabe/beznadziejne rozgrywanie ataku pozycyjnego. O kontrach nawet nie mówię, bo mam wrażenie, że jak my wyprowadzamy kontrę, to zaraz jeden czy drugi nasz zawodnik się zatrzymuje, robi kółeczko, wycofuje nie wiadomo gdzie i po kontrze nici.
Od patrzenia na nasze rozegranie piłki na połowie przeciwnika oczy bolały. Sposobności mieliśmy całe mnóstwo, bo Motor bronił się nieraz dość nisko – nie desperacko w swoim polu karnym – ale mocno na swojej połowie. My graliśmy po obwodzie – to na lewo, to na prawo. I często kończyło się do słabą wrzutką, z którą rywale nie mieli problemu. Przede wszystkim więcej w tym temacie oczekiwałem od Bartosza Wolskiego, bo naprawdę zawodnik ma większe umiejętności niż to, żeby zagrać leciutką piłkę à la serwis Pawła Zagumnego w pole karne i liczyć na czysty przypadek, że akurat trafi w nią ktoś z naszych, a nie przeciwników. Dlaczego nie ma mocnych, takich soczystych wrzutek? Dlaczego nie ma jakiejś próby większej precyzji? Nie mówiąc o tym, że nasi wahadłowi też chyba mocno zapomnieli, co to znaczy żwawość na boku. Nie ma dynamicznych pojedynków 1 na 1 na skrzydle na wysokości pola karnego, wejść w to pole karne. Jest to wszystko takie miałkie i nijakie i taka była ofensywa GKS w tym meczu. Naprawę zestawiając to z pojedynkiem z Motorem z rundy wiosennej i bramek, jakie GieKSa strzelała w tamtym meczu można… dostrzec różnicę.
Ostatecznie najlepszymi okazjami GKS był strzał Ilji w słupek i sytuacja, w której Ilja gola strzelił, ale Bartosz Nowak był w tej sytuacji na spalonym. Tak, był jeszcze strzał napastnika po dośrodkowaniu oraz uderzenie Mateusza Wdowiaka w boczną siatkę. I to tyle. Motor miał swoich groźnych sytuacji więcej.
Widać też, że trener szuka optymalnego składu, ale na razie większość zawodników swoją grą nie przekonuje, by zagościć w jedenastce na stałe. W pomocy kombinujemy. Bartek Nowak ma abonament na granie, ale wychodzi na to, że Bartek Wolski również. Chcieliśmy tego duetu, czekaliśmy na to, jaki zrobią oni techniczny zamęt w tej lidze. Na razie jednak to tylko mrzonki. Nie mamy twardości w środku pola. Jeszcze do tego dokładamy Marcela, który jest ambitny, szybki, ale też nie jest to skała. Do tego wygląda na to, że wczoraj przegrał z upałem, z ręką na sercu, jak widziałem, że podciąga sobie tę koszulkę i w ogóle miałem z daleka wrażenie, że jest cały czerwony, to pomyślałem, że Rafał Górak zrobi wyjątek i ściągnie piłkarza w przerwie. Tak też się stało.
Pamiętam jak w poprzednim sezonie po Górniku Zabrze trener zapowiedział, że coś musimy zmienić w samym podejściu do spotkania i strukturze gry na wyjeździe. Choć potem przegraliśmy jeszcze z Lechią, to za chwilę gra GKS na obcych stadionach zaskoczyła. GieKSa wygrała z Lublinie, Niecieczy, w Pucharze Polski z ŁKS. Na początek roku było zwycięstwo w Lubinie. Były te mecze z Rakowem i Lechem. Czyli da się. Problem jest taki, że jak drużyna wpadnie w wyjazdową otchłań bezradności i niemocy, to trudno z niej się wykaraskać.
Najgorsze jest to, że nie widać, aby był jeden mądry, który zdiagnozował, gdzie leży problem. A to musi być głębszy problem mentalny, bo przecież u siebie ci zawodnicy – zarówno indywidualnie, jak i jako cała drużyna – potrafią przecież grać w piłkę. Co się z nimi dzieje na wyjeździe i dlaczego? Może to jest coś na etapie samego wyjazdu na mecz, podróży, hotelu, dnia meczowe na wyjeździe? Może to tam trzeba poszukać, co się takiego dzieje z piłkarzami, że opada z nich cała ta agresja, moc i siła? Może gdzieś jest zbyt duże rozluźnienie, a może to rozluźnienie jest zbyt małe? Trzeba szukać, w każdym szczególe, w każdym posiłku, w każdej minucie spędzonej w autobusie.
Przyznam, że po tym kolejnym przegranym meczu nie mam smutku, żalu czy załamki. Jest po prostu po raz kolejny irytacja i taka frustracja, bo widzę tę bezradność piłkarzy i mi się udziela. Nie ma w życiu chyba gorszego poczucia niż to, że nie ma się wpływu. A gra GKS a wyjeździe wygląda tak, jakby zawodnicy nie mieli dostępu do swoich atutów, które dają różnicę, tylko próbowali sztampowych, oklepanych i zupełnie nieefektywnych na tym poziomie rozwiązań.
I trzeba coś z tym zrobić szybko, bo wkrótce czekają nas trzy trudne wyjazdy – Zabrze, Gliwice i Lubin. Tu już po prostu obowiązkowo będzie trzeba punktować.
A na razie Wisła Płock. Dobrze, że przynajmniej u siebie te atuty nie są zablokowane. Liczymy, że i tym razem tak będzie, GieKSa swoje gole będzie strzelała i trzy punkty zdobędzie.
Piłka nożna
Górak: Brakuje nam wytrawności
Po meczu Motor Lublin – GKS Katowice wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Mariusz Misiura i Rafał Górak. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Jesteśmy rozczarowani tym, że przegraliśmy spotkanie, włącznie z powiedzeniem, że jeżeli nie możesz wygrać, to powinieneś umieć go zremisować.
Takie mam odczucia w stosunku do tego meczu. Niestety – nie jesteśmy jak na razie w stanie zagrać meczu na zero z tyłu, który dałby nam przestrzeń, żeby wywieźć z takiego spotkania remis, bo może on też nie byłby to szczyt naszych marzeń przed spotkaniem – bo przyjechaliśmy z zamiarem wygrania meczu – ale na pewno remis bardziej odwzorowywałby to, co się działo. Ale to jest nieistotne, bo ten który bramkę strzela ma tę radość, a ten, który tego nie robi – tej radości nie ma. W wielu momentach za dużo mamy rozpiętości poziomowych w spotkaniach. To mnie też trochę na razie smuci, bo powinniśmy się stać bardziej wytrawną drużyną, a tego nam brakuje. Mamy bardzo dobre momenty, kiedy gramy zgodnie z tym, co chcemy robić, a mamy też takie kiedy ta gra na różnych pozycjach w różny sposób ofensywie czy defensywie nam się łamie i powoduje bałagan, który kończy się niekiedy tak, jak się skończył przy straconej bramce. Byliśmy w posiadaniu piłki pod polem karnym przeciwnika i tej wytrawności jeszcze brakuje – tego będziemy szukać. Dziś jest masę rozczarowania i sportowej złości, ale nic tu po narzekaniu, trzeba brać się do roboty i mocno wyciągać wnioski choćby z tego, że przy czterech meczach wyjazdowych w tym sezonie cztery razy schodzimy pokonani i to nas bardzo denerwuje i jesteśmy niezadowoleni. Ale po to niekiedy takie próby są, żeby wychodzić, silniejszym. Teraz będziemy się przygotowywać do następnego spotkania, potem mamy trzy mecze z rzędu na wyjeździe. Czeka nas nie lada sprawdzian i jestem przekonany, że wyjdziemy z tego obronną ręką. Dzisiaj jest dużo złości, rozczarowania i momentów, z których z gry jesteśmy niezadowoleni.
Mariusz Misiura (trener Motoru Lublin):
Bardzo się cieszę, że wygraliśmy mecz i zdobyliśmy trzy punkty. Bo mam poczucie, że to był czwarty naprawdę dobry mecz w naszym wykonaniu i jak ten czas leci – mijają tygodnie – przygotowujesz się do czwartego spotkania, a na koncie masz jeden punkt, to zapominamy, co się wydarzyło w pierwszej czy drugiej czy trzeciej kolejce. Wydaje mi się, że drużyna zasłużyła, żeby mieć ich więcej. Wierzę, że konsekwentną pracą i procesem będziemy budować silną drużynę.
Co do meczu to wydaje mi się, że wykreowaliśmy więcej sytuacji, na pewno w pierwszej połowie, konsekwencją tego jest bramka. Powiedzieliśmy sobie w szatni, że musimy zostawić serce i charakter. 104 minuty w takim upale to szacunek dla piłkarzy. Sami państwo siedząc na trybunach czuliście gorąco i zmęczenie.
To jest coś normalnego, że w takim upale przydarzały nam się błędy, cieszę się, że nie było z tego konsekwencji w postaci gola, ale podobało nam się nasze dążenie do strzelenia bramki. Dobre zmiany, każdy z zawodników dał impuls. Bardzo się cieszę z tych trzech punktów i idziemy dalej.
Piłka nożna
Hapoel: Nowi zawodnicy pomogą drużynie?
W przerwie pomiędzy sezonami działacze Hapoelu dokonali kilku zmian w składzie. Z klubem pożegnało się pięciu zawodników i tylu samo podpisało nową umowę.
Największe nadzieje są wiązane z pochodzącym z Ghany Douglasem Owusu. 20-letni Owusu gra na pozycji napastnika, poprzednie dwa sezony grał w Super liga Srbije – najpierw w Radniku Surdulica, a przez ostatnie pół roku w Crvenie Zvezda Belgrad. W tych dwóch klubach strzelił 11 bramek i zanotował tyle samo asyst. Kontrakt z Owusu został podpisany 5 sierpnia i od razu został zgłoszony do rozgrywek Ligi Konferencji, jednak nie zagrał w meczu w Miszkolcu. Filigranowy (mierzy zaledwie 1,65 m) piłkarz jest wart 4,5 mln euro.
Hapoel podpisał także umowę z obrońcą Doronem Leidnerem. 24-latek występował w drużynie z Tel Awiwu jako junior, później „błąkał” się po Europie (Olympiakos Pireus, Austria Wiedeń, FC Zurich), by ostatecznie wrócić do Hapoela. Leidner występuje w kadrze Izraela. Jego wartość rynkowa wynosi 300 tys. euro. Doron wystąpił we wszystkich meczach pucharowych, w jednym w pełnym wymiarze, w pozostałych był zmieniany po około 60 minutach. W drugim meczu z Ludogortsem zobaczył żółtą kartkę.
Kolejnym obrońcą, który podpisał nową umowę, jest wysoki, mierzący 188 centymetrów, Chico. 27-latek przez większość kariery grał w Brazylii (Sport Recife i Novorizontino), a na początku poprzedniego sezonu został wypożyczony do Hapoelu. Przed tym sezonem związał się z klubem 3-letnią umową. Wartość rynkowa Chico oceniana jest na 1,2 mln euro. Brazylijczyk wystąpił we wszystkich meczach pucharowych. W pierwszym meczu z Ludogortsem strzelił bramkę i zobaczył żółtą kartkę.
Z kolei 24-letni Yonatan Farber gra na pozycji pomocnika i występował tylko w drużynach z Izraela. Farber mierzy 1,9 m, a jego wartość wyceniania jest na 350 tys. euro. W meczach pucharowych wystąpił tylko parę minut – w drugim meczu z Ludogortsem.
Ostatnim zawodnikiem, który dołączył do Hapoela przed sezonem, jest 19-letni Itay Shavit. Shavit jest reprezentantem Izraela U19 i gra na pozycji pomocnika. Jego wartość wyceniana jest na 150 tys. euro. Nie wystąpił w żadnym meczu pucharowym.



























Najnowsze komentarze