Piłka nożna Wywiady
Okiem rywala: po meczu z GieKSą trudno było wierzyć w utrzymanie
Niemal dokładnie rok temu jechaliśmy do Trójmiasta po zwycięstwo, które miało nam dać upragniony awans do Ekstraklasy. Tym razem wybieramy się nad morze na mecz o zdecydowanie mniejszym ciężarze gatunkowym, bo oba zespoły, zarówno GieKSa, jak i Lechia, zapewniły już sobie utrzymanie. I tak jak GKS ani przez moment nie był poważnie zagrożony spadkiem, to wielu grzebało już biało-zielonych po nieudanej rundzie jesiennej. W rozmowie z Kajetanem Sawiczem, redaktorem naczelnym serwisu lechia.gda.pl wspominamy emocje z końcówki ubiegłego sezonu oraz analizujemy postawę Lechii w obecnym, zarówno na boisku, jak i w klubowych gabinetach.
Zanim zajmiemy się obecnym sezonem, chciałbym wrócić do poprzedniego. Dokładnie w dniu naszej rozmowy przypada rocznica ostatnich, pamiętnych derbów Trójmiasta. Jak wspominasz tamto spotkanie i ostateczne rozstrzygnięcia ubiegłego sezonu?
Wspomnienia mogą być tylko pozytywne. Nie wiem czy oglądałeś ten mecz…
Nie tylko ja – całe Katowice obgryzały wtedy paznokcie!
Tak jak wy śledziliście nasz mecz z Arką, tak my tydzień później obserwowaliśmy wasz pojedynek w Gdyni. I choć nie powinno się życzyć nikomu źle, to po takim finale nie obeszło się bez drwin i złośliwości w stronę lokalnego rywala. Nasz pojedynek z Arką miał nieprawdopodobny, niezwykle emocjonujący scenariusz. W pierwszej połowie wydawało się, że Lechia kontroluje przebieg gry, a Sezonienko szybko strzelił gola. Niestety, przydarzyła się głupia czerwona kartka Chindrișa, a chwilę później wyrównujący gol Sidibe. Po przerwie Arka nacierała, ale nasz bramkarz Bohdan Sarnawśkyj dwoił się i troił, aby uchronić nas od straty kolejnego gola. W końcówce bohaterem Gdańska i Katowic został Camilo Mena, było wiele radości na stadionie i wielka feta po meczu. Mało który kibic Lechii był w stanie następnego dnia pojawić się w pracy.
Losy swojego awansu rozstrzygnęliście tydzień wcześniej. Jaki ciężar miało dla was to derbowe spotkanie? Mogliście uchylić największemu rywalowi drzwi na salony. Arka jest potrzebna Lechii w Ekstraklasie?
Dla nas stawką tego meczu było zwycięstwo w lidze i dodatkowo upokorzenie lokalnego rywala, który mając wszystko w swoich rękach nie potrafił zdobyć brakującego do awansu punktu. Nie dość, że Arka przegrała, to jeszcze musiała patrzeć, jak odbieramy trofeum. W naszej rywalizacji raczej nie ma sentymentów, ale Arka nigdy nie wygrała z Lechią w Ekstraklasie, więc po ich niedawnym awansie żartowaliśmy, że mamy pewne sześć punktów w kolejnych rozgrywkach.
Radość z awansu dość szybko zmieniła się u was w obawy związane z postawą Lechii w lidze. Przed naszym jesiennym meczem Karolina Jaskulska z Lechia.net postawiła brutalną diagnozę, że Ekstraklasa przerasta Lechię. Co się zmieniło w zimowej przerwie, że sportowo udało się wyskoczyć ponad czerwoną strefę?
Wydaje się, że kluczowa była rola trenera. Kiedy John Carver przychodził do Lechii, mieliśmy mieszane uczucia, bo mówiło się, że kolejny kolega Kevina Blackwella – głównego doradcy Paolo Urfera – dostaje posadę w klubie. CV miał jednak ciekawe i w zasadzie od pierwszego dnia było widać zmiany na lepsze. Po naszym meczu był jeszcze rozgrywany awansem pojedynek ze Śląskiem, który udało się „przepchnąć”. Carver ocenił ten występ jako 2/10, a jedynym pozytywem były wyszarpane 3 punkty. Później przyszła powtórka z 1. ligi, gdy po słabszej jesieni doskonale przepracowano okres przygotowawczy. Lechia pojechała do Turcji, wygrała tam trzy sparingi i złapała pozytywny „flow”. Wiosną od początku zbierała punkty i wydostała się ze strefy spadkowej. Wydaje się, że najwięcej problemów siedziało w głowach, bo ofensywnie Lechia może mierzyć w górną połówkę Ekstraklasy. Gorzej jest z defensywą, ale dużą zasługą trenera jest to, że udało się to poukładać.
Wspomniany Kevin Blackwell prowadził z ławki Lechię w meczu w Katowicach. Wcześniej natomiast pojawiało się wiele zarzutów, że ingeruje w autonomię trenera Grabowskiego. W przypadku Johna Carvera jest inaczej?
Carver zbudował pewnego rodzaju dystans między drużyną a dyrektorem technicznym, który nie ma już takiego wpływu na zespół jak wcześniej. Szymon Grabowski jest człowiekiem z na tyle dużą klasą, że nie mówił o tym otwarcie, ale w kuluarach słyszało się, że Blackwell chciał dyrygować wszystkim. Ogon merdał psem. Carver nie dał sobie wejść na głowę i widzimy tego efekty na boisku.
Zimą transferów w zasadzie nie było, więc trener Carver pracował z tymi samymi zawodnikami, których poprzedni szkoleniowiec miał do dyspozycji jesienią, a którzy wcześniej wywalczyli awans.
Gdy po kontuzji wrócił Tomáš Bobček, zyskała na tym ofensywa. Gdyby nie jego podatność na urazy, mógłby być jednym z najlepszych napastników w Ekstraklasie. Bobček zdobył kilka ważnych goli, poza tym doskonale spisuje się w pressingu na defensywie rywali, często zmuszając ich do błędów. John Carver zmienił ustawienie na „staroangielskie” 4-4-2. Jesienią nienajlepiej w Ekstraklasie odnajdywali się Camilo Mena i Maksym Chłań – zwłaszcza ten drugi, który z uwagi na wyjazd na Igrzyska Olimpijskie opuścił letni okres przygotowawczy. W nowym ustawieniu obaj zostali odrobinę cofnięci, a większą rolę w ofensywie pełnią napastnicy – Bobček i Wjunnyk, którzy bardzo dobrze się rozumieją. Dzięki tym zmianom strzelaliśmy więcej goli, przez co też punktowaliśmy lepiej. Niestety, Bobček zmaga się z kolejną kontuzją i na pewno nie zagra w sobotę.
Kto więc będzie motorem napędowym Lechii? Nasi kibice z pewnością zwrócą szczególną uwagę na Camilo Menę – zdobywcę być może najważniejszego dla GieKSy gola w ostatnim czasie, obok trafienia Adriana Błąda w Gdyni.
Przez cały sezon troche narzekałem na Menę, że brakuje mu decyzyjności, ale w rundzie wiosennej zdarzały się mecze, gdy niemiłosiernie dręczył obrońców rywali. Ma ogromny potencjał motoryczny, entuzjazm i fantazję w grze i to go wyróżnia na tle innych skrzydłowych w Ekstraklasie. Często – czasem może aż za często – wchodzi w dryblingi, choćby w ostatnim meczu z Pogonią mógł strzelać lub podawać, mimo to wikłał się w kolejne pojedynki. Na niego musicie uważać najbardziej. Z kolei Bohdan Wjunnyk jest napastnikiem w typie Filippo Inzaghiego, który potrafi znaleźć się we właściwym miejscu i wykończyć akcję. Tak było w meczu z Jagiellonią, gdzie grał raczej słabo, ale zdobył decydującego o naszym zwycięstwie gola po rzucie rożnym. Maksym Chłań też zaliczył postęp, ale w jego przypadku liczyliśmy na więcej.
Czy na tych zawodnikach będzie można budować drużynę na przyszły sezon? Wiele się mówi o problemach finansowych Lechii, a transfery najlepszych piłkarzy mogą być najprostszą receptą na wypełnienie pustki w klubowej kasie.
Chciałbym, aby ci piłkarze zostali w Gdańsku, ale trzeba się liczyć z ich odejściem. Chłań może nie chcieć przedłużyć wygasającego kontraktu i nie jestem tu optymistą. Z kolei Camilo Mena wydaje się głównym kandydatem do sprzedaży w kontekście podreperowania budżetu. Na Bobčeka i Wjunnyka też mogą znaleźć się chętni, bo to dobrzy napastnicy w skali Ekstraklasy.
Jak więc załatać takie ubytki, skoro Komisja Licencyjna nałożyła na Lechię zakaz transferowy? Patrząc na długofalowy rozwój klubu, jak odbieracie ostatnie decyzje Komisji?
Mimo wszystko lepiej mieć klub w Ekstraklasie, nawet z zakazem transferowym i ujemnymi punktami. Sam zakaz jest obwarowany pewnymi kryteriami, których wypełnienie może skutkować zgodą na transfery. Krótko mówiąc – jeśli Lechia będzie regulować swoje zobowiązania i przedstawi odpowiednie zabezpieczenie finansowe, będzie mogła sprowadzać nowych graczy. Poprzednie okienka naszym włodarzom nie wyszły, głównie ze względu na nakładane zakazy, czeka ich więc sporo pracy w letniej przerwie, aby nie powtórzyć tamych błędów.
Paolo Urfer, właściciel i prezes Lechii, choć w małej części zaskarbił sobie względy kibiców „wywalczeniem” licencji?
Urfer w spektakularny sposób roztrwonił zaufanie kibiców, które dostał obejmując Lechię. Udało mu się to zrobić, mimo że poprzeczka oczekiwań zawieszona była nisko, mając w pamięci to, co z Lechią zrobił poprzedni właściciel Franz-Josef Wernze i jego człowiek Adam Mandziara. To, że obaj byli nielubiani w Gdańsku, to najdelikatniejsze określenie. Wydawało się, że gorzej być nie może, a początkowe działania Urfera zapowiadały się obiecująco. Dziś nie wiadomo, co będzie dalej z klubem, choć z drugiej strony Urfer udowodnił, że stojąc pod ścianą potrafi zorganizować pieniądze. Na dłuższą metę nie można jednak w ten sposób zarządzać klubem.
Wspominając postawę Lechii w jesiennym meczu z GieKSą, niewiele wskazywało na to, że skutecznie powalczycie o ligowy byt.
Pamiętajmy, że w tamtym okresie piłkarze przez wiele tygodni grali za darmo, więc trudno się dziwić, że to zaangażowanie nie zawsze stało na najwyższym poziomie. Mecz na Bukowej był rozgrywany w warunkach wielkiego chaosu, tuż po zwolnieniu trenera Grabowskiego, bez planu, co robić dalej. O przyszłości Grabowskiego zadecydowała porażka 0-3 z Pogonią, na tle której Lechia była bezradna. Podobnie było w Katowicach. Klub był wtedy w naprawdę ciężkiej sytuacji i sam prawdę mówiąc nie wierzyłem, że uda się coś zmienić. Bardzo ważnym impulsem był zwycięski mecz ze Śląskiem tydzień później, który dał promyk nadziei na przyszłość. Po meczu z GieKSą trudno było wierzyć w utrzymanie.
Kiedy ta wiara wróciła?
Było kilka takich momentów. Mówiąc ironicznie, kluczowa była decyzja Komisji Licencyjnej, bo wcześniej kwestie organizacyjne przysłaniały sprawy sportowe. Patrząc jednak na boisko, to od początku rundy nasza gra uległa poprawie. Wywalczony w końcówce remis z Motorem, który podobnie jak GieKSa zaliczył bardzo udany sezon w roli beniaminka, zwycięstwa z Lechem i Jagiellonią pozwalały marzyć o utrzymaniu. Lechia zaczęła punktować u siebie, nawiązując do najlepszych czasów za kadencji trenera Nowaka czy Stokowca, kiedy stadion w Gdańsku był prawdziwą twierdzą. Teraz było podobnie – wygrały tu tylko Puszcza i Górnik w dziwnych okolicznościach. Warto też przypomnieć mecz ze Stalą, w którym do przerwy przegrywaliśmy 0-2. Gdyby nie udało się odwrócić tego wyniku, mielibyśmy problem. Mimo, że nie graliśmy źle, to rywal trafiał do siatki. W samej końcówce piłkarze wzięli się jednak do roboty, a prawdę mówiąc Stal nie utrudniała im specjalnie zadania, zwłaszcza przy trzecim golu. Po takim zwycięstwie morale skoczyło do góry i udało się zakończyć sezon happy-endem.
Przed ostatnią ligową kolejką oba zespoły są więc bezpieczne. W związku z tym temperatura naszego pojedynku będzie co najwyżej letnia. Można liczyć na szczególną mobilizację i dużą frekwencję?
Na takim stadionie jak nasz duża frekwencja to 30 tysięcy widzów. Bądźmy jednak realistami – w sobotę daleko będzie do takiego wyniku. Spodziewam się ponad 10 tysięcy widzów, a będzie dobrze, gdy dobijemy do 15. Warto podziękować zawodnikom za utrzymanie Lechii, która wciąż gra o wyższą lokatę w tabeli, bo dodatkowe środki z Ekstraklasy na pewno przydadzą się właścicielowi. Z kolei piłkarze mogą wykorzystać ten mecz jako okazję do pożegnania z kibicami, bo w letniej przerwie spodziewam się wielu roszad w kadrze.
Jak będzie wyglądał sobotni pojedynek? Lechia u siebie jest zespołem z inicjatywą?
To może wydawać się dziwne, bo im wyższe posiadanie piłki ma Lechia, tym więcej problemów się z tym wiąże – lepiej wygląda, gdy może oddać inicjatywę przeciwnikowi. Mówił o tym John Carver, że lepiej nam idzie gra z kontry, z wykorzystaniem szybkich skrzydłowych. Mimo to u siebie Lechia może być bardziej skora do narzucenia swojego stylu gry. Dużo może zależeć od tego, z jakim nastawieniem wyjdzie na to spotkanie GKS.
Można przypuszczać, że z podobnym jak na mecz z Lechem, gdy momentami trudno było ocenić, która drużyna walczy o mistrzostwo, a która mogłaby być już na wakacjach.
Dlatego Ekstraklasa jest najlepszą ligą świata – nigdy nie wiadomo, co się wydarzy. GKS wygrał ten sezon solidnością, zarówno w ofensywie, jak i w defensywie. Lechia pokazała bardziej przebojowość, pomysłowość i indywidualne umiejętności poszczególnych zawodników.
Jaki wynik padnie w sobotę?
W dzień meczu mam urodziny, więc życzę sobie zwycięstwa. Obstawiam 2-1.
A kto zdobędzie mistrzostwo – Lech czy Raków?
Kibice Lechii sympatyzują z Rakowem – jesteśmy goszczeni w Częstochowie i kibice Rakowa są mile widziani w Gdańsku. Z tego względu wolałbym, aby mistrzem był Raków, który już wcześniej powinien był zapewnić sobie tytuł, tymczasem na ostatniej prostej wymyka mu się on z rąk. Z drugiej strony Lech ma większe szanse na rozstawienie w kolejnych rundach kwalifikacji europejskich pucharów, a w tych rozgrywkach życzę dobrze każdemu, bez względu na sympatie kibicowskie. Wolałbym Raków, ale świat się nie zawali, gdy mistrzem zostanie Lech.
Od wielu lat nie było sytuacji, by wszyscy beniaminkowie utrzymali się w lidze. Nam i Motorowi to się udało.
Pierwsza liga jest coraz mocniejsza. Obserwowaliśmy ją namiętnie w ubiegłym sezonie i nawet drużyny ze średniej półki potrafią zaskoczyć tych teoretycznie lepszych. Nie jest łatwo się z niej wydostać, co pokazał przykład GieKSy, która utknęła tam na wiele lat. Podobnie było w przypadku Arki czy Wisły, która w tym sezonie będzie walczyć w barażach. Rok temu awansowały trzy ciekawe sportowo projekty, które solidnością i dobrą organizacją gry, a także indywidualnymi umiejętnościami obroniły się w Ekstraklasie. Czy będzie to jednostkowy przypadek? Przekonamy się w przyszłym sezonie.
Nie znamy jeszcze pełnego składu Ekstraklasy. Kto twoim zdaniem awansuje jako trzeci?
Dobre pytanie. Latem Lechia grała sparing z Wisłą Płock, która sprawiła nam wiele problemów. W tym sezonie mieli lepsze i gorsze momenty, ale są bardzo mocni. Generalnie baraże zapowiadają się bardzo ciekawie, bo Wisła Kraków jak co roku ma mocarstwowe plany, jest Miedź, którą sam typowałem jako zwycięzcę 1. ligi, nie można też lekceważyć Polonii. Faworyta upatrywałbym w drużynie, która zajmie trzecie miejsce, bo mecze u siebie dają pewną przewagę. Nie wszystkim jednak udaje się to wykorzystać, co udowodnił poprzedni sezon.
Felietony Piłka nożna
Wyzerowane atuty – diagnozy brak
Szczerze mówiąc nie chce mi się pisać tego felietonu, bo myślę sobie, że znowu będę pisał to samo. Rozbieżność między wynikami meczów u siebie i na wyjeździe sięgnęła absurdu. GKS rozegrał w tym sezonie siedem meczów – u siebie wszystkie trzy wygrał, na wyjeździe wszystkie cztery przegrał. Suma tego jest taka, że z europejskich pucharów już odpadliśmy, a w lidze mamy trzy punkty po trzech kolejkach. Czyli słabo – bo to średnia mogąca nawet nie dać utrzymania.
Piszę to wielokrotnie i napiszę jeszcze raz, bo już wiele razy w przeszłości czy to piłkarze czy trenerzy obrażali się na mnie, bo coś tam skrytykowałem. Nie mówię o sytuacjach, kiedy pojechałem z koksem i tak czy inaczej kogoś nazwałem, bo za to obrazę rozumiem. Cóż, młodość (która trwa, ale już inna). Ale my nie możemy doprowadzić do zagłaskania naszej drużyny – za ekstraklasę, za kapitalną w niej postawę czy za puchary. Wszyscy wiemy gdzie byliśmy i co trener wraz z kolejnymi grupami piłkarzy w ostatnich latach nam dał i daje. Więc tu nie ma mowy o podważaniu projektu jako całości. Ale trzeba mieć w tym wszystkim krytycyzm, bo jeśli w którymkolwiek momencie ktoś uznał, że zdobyliśmy już tyle, że teraz po prostu możemy do końca kariery jechać na sukcesie – to jest to – delikatnie mówiąc duży błąd. Więc tak, doceniamy ekstraklasę, super jest jeździć na te wszystkie stadiony w najwyższej polskiej lidze. I niech ten projekt w tym kształcie, z obecnym trenerem trwa jak najdłużej.
No ale są defekty. I ta postawa na wyjazdach naprawdę każe się zastanowić nad kilkoma rzeczami. Bo to jest coś, co jakiś czas się w GieKSie powtarza, mamy powtórkę z czterech przegranych wyjazdów na początek sezonu z zeszłego roku. A w pierwszym po awansie do ekstraklasy sezonie, na wiosnę także przydarzyły się cztery wtopy z rzędu na delegacjach.
Ale to nie chodzi tylko o wyniki. Chodzi o grę, która co prawda nie zawsze ten wynik gwarantuje, a w perspektywie pewnego okresu czasu (raczej krótszego niż dłuższego) dobra gra statystycznie przynosi względnie dobre wyniki. U nas nie jest największym problemem to, że przegraliśmy cztery mecze z rzędu. Problemem jest to, że te mecze przegraliśmy zasłużenie, bo graliśmy bardzo słabo.
Wczoraj chciałem wierzyć, że jak długo ten mecz trwał, w końcu coś wciśniemy. Mecz z Motorem w naszym wykonaniu nie był aż takim paździerzem, jakie trochę razy ostatnio na wyjazdach oglądaliśmy. Przypomniał się mecz z Cracovią, kiedy wydawało się, że przy 0:0 na koniec spotkania pozostanie spory niedosyt. A rywal w końcówce nam wmontował bramkę i już nawet z remisu nie można było się „cieszyć”. Ostatecznie, choć wczoraj GieKSa nie była beznadziejna, to była jednak słaba. Tym bardziej martwi to, że naprzeciw mieliśmy drużynę mocno przeciętną, do tego skleconą naprędce po kadrowych zawirowaniach, z nowym trenerem. A my – stabilni i budowani od kilku lat – nie potrafiliśmy zrobić na tym boisku nic. Przecież, gdyby nie Ndiaye czy może jeszcze Simon, to by Pan Czubak piłkę oglądał z daleka i nie miał okazji zaprezentować swojego świetnego wykończenia. Motor był do bólu średni, ale swoim jednym czy drugim błyskiej robił różnicę.
U nas tym razem w obronie nie było „wesołego miasteczka”, choć oczywiście nie ustrzegliśmy się błędów, po których padły bramki – najpierw nieuznana, a potem już prawidłowa. Jednak w tym meczu to nie obrona była naszym głównym problemem. Tym razem było to słabe/bardzo słabe/beznadziejne rozgrywanie ataku pozycyjnego. O kontrach nawet nie mówię, bo mam wrażenie, że jak my wyprowadzamy kontrę, to zaraz jeden czy drugi nasz zawodnik się zatrzymuje, robi kółeczko, wycofuje nie wiadomo gdzie i po kontrze nici.
Od patrzenia na nasze rozegranie piłki na połowie przeciwnika oczy bolały. Sposobności mieliśmy całe mnóstwo, bo Motor bronił się nieraz dość nisko – nie desperacko w swoim polu karnym – ale mocno na swojej połowie. My graliśmy po obwodzie – to na lewo, to na prawo. I często kończyło się do słabą wrzutką, z którą rywale nie mieli problemu. Przede wszystkim więcej w tym temacie oczekiwałem od Bartosza Wolskiego, bo naprawdę zawodnik ma większe umiejętności niż to, żeby zagrać leciutką piłkę à la serwis Pawła Zagumnego w pole karne i liczyć na czysty przypadek, że akurat trafi w nią ktoś z naszych, a nie przeciwników. Dlaczego nie ma mocnych, takich soczystych wrzutek? Dlaczego nie ma jakiejś próby większej precyzji? Nie mówiąc o tym, że nasi wahadłowi też chyba mocno zapomnieli, co to znaczy żwawość na boku. Nie ma dynamicznych pojedynków 1 na 1 na skrzydle na wysokości pola karnego, wejść w to pole karne. Jest to wszystko takie miałkie i nijakie i taka była ofensywa GKS w tym meczu. Naprawę zestawiając to z pojedynkiem z Motorem z rundy wiosennej i bramek, jakie GieKSa strzelała w tamtym meczu można… dostrzec różnicę.
Ostatecznie najlepszymi okazjami GKS był strzał Ilji w słupek i sytuacja, w której Ilja gola strzelił, ale Bartosz Nowak był w tej sytuacji na spalonym. Tak, był jeszcze strzał napastnika po dośrodkowaniu oraz uderzenie Mateusza Wdowiaka w boczną siatkę. I to tyle. Motor miał swoich groźnych sytuacji więcej.
Widać też, że trener szuka optymalnego składu, ale na razie większość zawodników swoją grą nie przekonuje, by zagościć w jedenastce na stałe. W pomocy kombinujemy. Bartek Nowak ma abonament na granie, ale wychodzi na to, że Bartek Wolski również. Chcieliśmy tego duetu, czekaliśmy na to, jaki zrobią oni techniczny zamęt w tej lidze. Na razie jednak to tylko mrzonki. Nie mamy twardości w środku pola. Jeszcze do tego dokładamy Marcela, który jest ambitny, szybki, ale też nie jest to skała. Do tego wygląda na to, że wczoraj przegrał z upałem, z ręką na sercu, jak widziałem, że podciąga sobie tę koszulkę i w ogóle miałem z daleka wrażenie, że jest cały czerwony, to pomyślałem, że Rafał Górak zrobi wyjątek i ściągnie piłkarza w przerwie. Tak też się stało.
Pamiętam jak w poprzednim sezonie po Górniku Zabrze trener zapowiedział, że coś musimy zmienić w samym podejściu do spotkania i strukturze gry na wyjeździe. Choć potem przegraliśmy jeszcze z Lechią, to za chwilę gra GKS na obcych stadionach zaskoczyła. GieKSa wygrała z Lublinie, Niecieczy, w Pucharze Polski z ŁKS. Na początek roku było zwycięstwo w Lubinie. Były te mecze z Rakowem i Lechem. Czyli da się. Problem jest taki, że jak drużyna wpadnie w wyjazdową otchłań bezradności i niemocy, to trudno z niej się wykaraskać.
Najgorsze jest to, że nie widać, aby był jeden mądry, który zdiagnozował, gdzie leży problem. A to musi być głębszy problem mentalny, bo przecież u siebie ci zawodnicy – zarówno indywidualnie, jak i jako cała drużyna – potrafią przecież grać w piłkę. Co się z nimi dzieje na wyjeździe i dlaczego? Może to jest coś na etapie samego wyjazdu na mecz, podróży, hotelu, dnia meczowe na wyjeździe? Może to tam trzeba poszukać, co się takiego dzieje z piłkarzami, że opada z nich cała ta agresja, moc i siła? Może gdzieś jest zbyt duże rozluźnienie, a może to rozluźnienie jest zbyt małe? Trzeba szukać, w każdym szczególe, w każdym posiłku, w każdej minucie spędzonej w autobusie.
Przyznam, że po tym kolejnym przegranym meczu nie mam smutku, żalu czy załamki. Jest po prostu po raz kolejny irytacja i taka frustracja, bo widzę tę bezradność piłkarzy i mi się udziela. Nie ma w życiu chyba gorszego poczucia niż to, że nie ma się wpływu. A gra GKS a wyjeździe wygląda tak, jakby zawodnicy nie mieli dostępu do swoich atutów, które dają różnicę, tylko próbowali sztampowych, oklepanych i zupełnie nieefektywnych na tym poziomie rozwiązań.
I trzeba coś z tym zrobić szybko, bo wkrótce czekają nas trzy trudne wyjazdy – Zabrze, Gliwice i Lubin. Tu już po prostu obowiązkowo będzie trzeba punktować.
A na razie Wisła Płock. Dobrze, że przynajmniej u siebie te atuty nie są zablokowane. Liczymy, że i tym razem tak będzie, GieKSa swoje gole będzie strzelała i trzy punkty zdobędzie.
Piłka nożna
Górak: Brakuje nam wytrawności
Po meczu Motor Lublin – GKS Katowice wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Mariusz Misiura i Rafał Górak. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Jesteśmy rozczarowani tym, że przegraliśmy spotkanie, włącznie z powiedzeniem, że jeżeli nie możesz wygrać, to powinieneś umieć go zremisować.
Takie mam odczucia w stosunku do tego meczu. Niestety – nie jesteśmy jak na razie w stanie zagrać meczu na zero z tyłu, który dałby nam przestrzeń, żeby wywieźć z takiego spotkania remis, bo może on też nie byłby to szczyt naszych marzeń przed spotkaniem – bo przyjechaliśmy z zamiarem wygrania meczu – ale na pewno remis bardziej odwzorowywałby to, co się działo. Ale to jest nieistotne, bo ten który bramkę strzela ma tę radość, a ten, który tego nie robi – tej radości nie ma. W wielu momentach za dużo mamy rozpiętości poziomowych w spotkaniach. To mnie też trochę na razie smuci, bo powinniśmy się stać bardziej wytrawną drużyną, a tego nam brakuje. Mamy bardzo dobre momenty, kiedy gramy zgodnie z tym, co chcemy robić, a mamy też takie kiedy ta gra na różnych pozycjach w różny sposób ofensywie czy defensywie nam się łamie i powoduje bałagan, który kończy się niekiedy tak, jak się skończył przy straconej bramce. Byliśmy w posiadaniu piłki pod polem karnym przeciwnika i tej wytrawności jeszcze brakuje – tego będziemy szukać. Dziś jest masę rozczarowania i sportowej złości, ale nic tu po narzekaniu, trzeba brać się do roboty i mocno wyciągać wnioski choćby z tego, że przy czterech meczach wyjazdowych w tym sezonie cztery razy schodzimy pokonani i to nas bardzo denerwuje i jesteśmy niezadowoleni. Ale po to niekiedy takie próby są, żeby wychodzić, silniejszym. Teraz będziemy się przygotowywać do następnego spotkania, potem mamy trzy mecze z rzędu na wyjeździe. Czeka nas nie lada sprawdzian i jestem przekonany, że wyjdziemy z tego obronną ręką. Dzisiaj jest dużo złości, rozczarowania i momentów, z których z gry jesteśmy niezadowoleni.
Mariusz Misiura (trener Motoru Lublin):
Bardzo się cieszę, że wygraliśmy mecz i zdobyliśmy trzy punkty. Bo mam poczucie, że to był czwarty naprawdę dobry mecz w naszym wykonaniu i jak ten czas leci – mijają tygodnie – przygotowujesz się do czwartego spotkania, a na koncie masz jeden punkt, to zapominamy, co się wydarzyło w pierwszej czy drugiej czy trzeciej kolejce. Wydaje mi się, że drużyna zasłużyła, żeby mieć ich więcej. Wierzę, że konsekwentną pracą i procesem będziemy budować silną drużynę.
Co do meczu to wydaje mi się, że wykreowaliśmy więcej sytuacji, na pewno w pierwszej połowie, konsekwencją tego jest bramka. Powiedzieliśmy sobie w szatni, że musimy zostawić serce i charakter. 104 minuty w takim upale to szacunek dla piłkarzy. Sami państwo siedząc na trybunach czuliście gorąco i zmęczenie.
To jest coś normalnego, że w takim upale przydarzały nam się błędy, cieszę się, że nie było z tego konsekwencji w postaci gola, ale podobało nam się nasze dążenie do strzelenia bramki. Dobre zmiany, każdy z zawodników dał impuls. Bardzo się cieszę z tych trzech punktów i idziemy dalej.
Piłka nożna
Hapoel: Nowi zawodnicy pomogą drużynie?
W przerwie pomiędzy sezonami działacze Hapoelu dokonali kilku zmian w składzie. Z klubem pożegnało się pięciu zawodników i tylu samo podpisało nową umowę.
Największe nadzieje są wiązane z pochodzącym z Ghany Douglasem Owusu. 20-letni Owusu gra na pozycji napastnika, poprzednie dwa sezony grał w Super liga Srbije – najpierw w Radniku Surdulica, a przez ostatnie pół roku w Crvenie Zvezda Belgrad. W tych dwóch klubach strzelił 11 bramek i zanotował tyle samo asyst. Kontrakt z Owusu został podpisany 5 sierpnia i od razu został zgłoszony do rozgrywek Ligi Konferencji, jednak nie zagrał w meczu w Miszkolcu. Filigranowy (mierzy zaledwie 1,65 m) piłkarz jest wart 4,5 mln euro.
Hapoel podpisał także umowę z obrońcą Doronem Leidnerem. 24-latek występował w drużynie z Tel Awiwu jako junior, później „błąkał” się po Europie (Olympiakos Pireus, Austria Wiedeń, FC Zurich), by ostatecznie wrócić do Hapoela. Leidner występuje w kadrze Izraela. Jego wartość rynkowa wynosi 300 tys. euro. Doron wystąpił we wszystkich meczach pucharowych, w jednym w pełnym wymiarze, w pozostałych był zmieniany po około 60 minutach. W drugim meczu z Ludogortsem zobaczył żółtą kartkę.
Kolejnym obrońcą, który podpisał nową umowę, jest wysoki, mierzący 188 centymetrów, Chico. 27-latek przez większość kariery grał w Brazylii (Sport Recife i Novorizontino), a na początku poprzedniego sezonu został wypożyczony do Hapoelu. Przed tym sezonem związał się z klubem 3-letnią umową. Wartość rynkowa Chico oceniana jest na 1,2 mln euro. Brazylijczyk wystąpił we wszystkich meczach pucharowych. W pierwszym meczu z Ludogortsem strzelił bramkę i zobaczył żółtą kartkę.
Z kolei 24-letni Yonatan Farber gra na pozycji pomocnika i występował tylko w drużynach z Izraela. Farber mierzy 1,9 m, a jego wartość wyceniania jest na 350 tys. euro. W meczach pucharowych wystąpił tylko parę minut – w drugim meczu z Ludogortsem.
Ostatnim zawodnikiem, który dołączył do Hapoela przed sezonem, jest 19-letni Itay Shavit. Shavit jest reprezentantem Izraela U19 i gra na pozycji pomocnika. Jego wartość wyceniana jest na 150 tys. euro. Nie wystąpił w żadnym meczu pucharowym.

Najnowsze komentarze