Piłka nożna Wywiady
Okiem rywala: gra z kontry nie leży w naszej naturze
Od początku marca ciągnie się niechlubna seria bez zwycięstwa GKS-u na wyjeździe. Spróbujemy ją przerwać w niedzielę, choć zadanie nie będzie łatwe, bo tym razem gościć nas będzie wicemistrz Polski i zdobywca Pucharu Polski, który na dodatek w tym sezonie ligowym nie stracił jeszcze ani punktu. Co więcej, Górnik – bo o nim mowa – nie bywał zbyt gościnny przy okazji naszych poprzednich wizyt w Zabrzu, a od powrotu do Ekstraklasy nie zdobyliśmy przy Roosevelta choćby gola. Czy więc to nasi rywale będą w niedzielę murowanym faworytem? Odpowiedzi na to pytanie szukaliśmy z Przemkiem Czubą z redakcji serwisu Roosevelta81.pl.
Ponad pół wieku czekali kibice Górnika Zabrze na zdobycie Pucharu Polski. Udało się w ubiegłym sezonie, choć muszę przyznać, że z pewnym żalem śledziłem finał na Narodowym, bo nie mogłem pozbyć się myśli, że po drugiej stronie barykady powinniśmy stać my, a nie Raków. Jak w Zabrzu podchodzono do finałowego rywala?
Słyszałem wiele opinii kibiców, którym nie było wszystko jedno, z kim zagramy. Sam byłem wśród nich i marzyłem, abyśmy stawili czoła GieKSie, stało się jednak inaczej. Raków Częstochowa nie postawił nam w tym meczu szczególnie trudnych warunków. Moim zdaniem zabrakło im doświadczenia, szczególnie na trenerskiej ławce, bo dla Michała Gasparika był to kolejny wygrany finał krajowego pucharu, a Łukasz Tomczyk dopiero zbierał trenerskie szlify na tym poziomie. Nasza przewaga była zresztą widoczna nie tylko na murawie, ale i na trybunach. Kibice Trójkolorowych rządzili tego dnia na Narodowym, podkreślali to zresztą nasi piłkarze, bo atmosfera tego dnia była wyjątkowa. Doping był niesamowity, a euforię po zwycięstwie zapamiętam chyba do końca życia. Cieszę się, że mogłem tam być z moją rodziną i przeżywaliśmy to razem.
Jak z kolei oceniasz postawę Górnika w Ekstraklasie? Wicemistrzostwo to sukces czy niewykorzystana szansa na dublet?
Przed sezonem nie zakładałem walki o mistrzostwo – marzyłem o TOP 5, więc nie mogę narzekać na końcowe rozstrzygnięcia, bo przerosły one moje oczekiwania. Nie da się jednak ukryć, że apetyt rośnie w miarę jedzenia. Liga zrobiła się bardzo wyrównana i zdarzało się wiele niespodziewanych wyników – faworyci potykali się u siebie, a wygrywały drużyny z drugiego szeregu. Można więc było wykorzystać potknięcia rywali, ale my też mieliśmy swoje problemy. Jesień była nieco słabsza, na co wpływ miały kontuzje kilku zawodników drugiej linii, także Marcel Łubik miewał gorsze momenty w bramce. Przegrywaliśmy u siebie z Termalicą czy Motorem i cenne punkty uciekały. Nie miałem więc przekonania, że tytuł jest w naszym zasięgu. W głębi serca chyba każdy kibic Górnika trochę się łudził, ale szczerze mówiąc w pewnym momencie sezonu dotarło do mnie, że ciężko będzie dotrzymać kroku Kolejorzowi.
Mistrzowie Polski po raz kolejny udowodnili swoją wyższość na inaugurację sezonu – w Superpucharze Polski.
Ciężko oglądało się ten mecz, choć były momenty, jak gol Maksyma, które pozwalały wierzyć, że przechylimy szalę na swoją stronę. Z przebiegu meczu byliśmy jednak zdecydowanie słabsi. Szczególnie rozczarowała mnie gra Górnika w defensywie, bo obrońcy przyzwyczaili nas do zdecydowanie wyższego poziomu. Mimo wszystko nie rozdzierałem specjalnie szat z powodu tej porażki. Był to sam początek sezonu, wstęp do ważniejszych meczów, jakie miały nas czekać w kwalifikacjach do europejskich pucharów. Potraktowałem to spotkanie jako nieco ważniejszy sparing, więc porażka nie wywołała u mnie większego żalu.
Spotkałem się z opinią, że we wspomnianych kwalifikacjach europucharów Górnik wylosował rywali, z którymi równie dobrze mógłby się mierzyć w fazie ligowej. Jak na powrót po latach do Europy wskoczyliście od razu na głęboką wodę.
Trzeba brać za rogi takiego byka, jaki stanął na naszej drodze. Po to się przecież walczy w lidze i Pucharze, aby mieć szansę rywalizować z najlepszymi w Europie. Mimo to rzeczywiście mogliśmy trafić na nieco łatwiejszych rywali. Komentarz każdego z tych pojedynków (rozmawiamy przed rozstrzygnięciem dwumeczu z Monaco – przyp. red.) można zacząć od „szkoda, że…”, bo w obu zdarzały się błędy indywidualne, których można było uniknąć, np. gdyby Urbański lepiej stał w murze, to nie stracilibyśmy gola w Stambule. Za każdym razem brakowało niewiele, ale suma summarum jednak na tyle dużo, że odpadaliśmy. Szczególnie żałuję dwumeczu z Węgrami – zabrakło nieco zimnej krwi lub doświadczenia niektórym piłkarzom, aby rezultat był dla nas korzystny, bo wynik do końca był na styku. Z kolei Fenerbahçe, które na papierze prezentowało się imponująco, w tamtym momencie było w początkowej fazie przygotowań do sezonu i miałem wrażenie, że gdyby tylko chcieli, to zagraliby znacznie lepiej, szczególnie w Zabrzu. Chcieli po prostu przepchnąć ten dwumecz jak najmniejszym nakładem sił i to im się udało.
Na ile szyki trenera Gasparika pokrzyżowała sytuacja w waszej drugiej linii, która z powodu mniej lub bardziej zaskakujących transferów oraz kontuzji wygląda dziś zupełnie inaczej niż na koniec poprzedniego sezonu?
W pewnym momencie rzeczywiście padł na nas blady strach. Korona wykorzystała klauzulę w kontrakcie Patrika Hellebranda, nie mieliśmy więc tutaj zbyt wiele do gadania, bo Lukas Podolski unika kominów płacowych, a tylko znaczna podwyżka mogła zatrzymać Czecha w Zabrzu. Lukáš Ambros odszedł z kolei do Anderlechtu, który przedstawił ofertę na tyle atrakcyjną, że nie było się nad czym zastanawiać. Jak na razie Lukáš radzi sobie świetnie w Belgii, a ja mam satysfakcję, bo zawsze byłem zwolennikiem jego talentu. Jeszcze za czasów Jana Urbana dostrzegałem w nim potencjał do gry ofensywnej. Na domiar złego nieszczęśliwej kontuzji w meczu o Superpuchar doznał Jarosław Kubicki, który upadł tak niefortunnie, że złamał rękę. Ze starej gwardii został więc tylko Lukáš Sadílek, ale z jego formą też różnie bywało. Na ratunek przybyli więc Maximilian Dietz, pozyskany z Celticu Paulo Bernardo, a przede wszystkim Kacper Urbański, który po odejściu Ambrosa z miejsca stał się moim ulubionym piłkarzem Górnika. Kacper dał się poznać polskim kibicom po błyskotliwym debiucie w Reprezentacji, grał w Lidze Mistrzów z Bolonią, po czym znalazł się na zakręcie dobrze zapowiadającej się kariery. Transfer do Górnika pozwolił mu odżyć na nowo i dziś Urbański pokazuje wielką jakość na boisku. Bardzo lubię jego styl i czekam, aż dołoży do tego liczby w postaci goli i asyst. Na razie trafia z karnych i robi to bardzo pewnie.
Trzeba oddać trenerowi, że szybko i skutecznie odbudował linię pomocy – na tyle skutecznie, że w Ekstraklasie nie straciliście jeszcze punktu. Może w tym roku skuteczniej zaatakujecie majstra?
Bardzo chętnie, ale jest zdecydowanie za wcześnie na takie deklaracje. Więcej o formie Górnika będzie można powiedzieć po ośmiu, dziesięciu meczach. Nauczony doświadczeniem poprzedniego sezonu zastanawiam się, czy walka zarówno o czołowe lokaty, jak i o utrzymanie znów będzie tak wyrównana. Poprzednie rozgrywki były pod tym względem niezwykłe, a różnice punktowe niewielkie. O ile rok temu marzyłem o TOP5, tak teraz celuję w ligowe podium. Oczywiście, mistrzostwo jest wielkim marzeniem, ale trudno deklarować takie cele. Dotychczas punktowaliśmy ze Śląskiem i z Wisłą Kraków, a także z Radomiakiem, który słabo wszedł w sezon, przegrywając trzy z pięciu meczów, także z GieKSą, a w Warszawie dodatkowo nie pomagał im bramkarz.
Do rywalizacji z Górnikiem już szykuje się GKS, z którym w ostatnich latach mierzyliście się dość często – w Ekstraklasie, I lidze i Pucharze Polski. Który z tych pojedynków wspominasz szczególnie?
Szczególnie ciepło wspominam nasze pierwsze spotkanie po powrocie GieKSy do Ekstraklasy. Widowisko przy Roosevelta było niezwykłe, bo do Zabrza przyjechała olbrzymia zorganizowana grupa waszych kibiców z kapitalną oprawą, ponadto wielu GieKSiarzy siedziało między nami na pozostałych sektorach. Sam razem z córką oglądałem ten mecz w sąsiedztwie kibiców z Katowic, z którymi sympatycznie rozmawialiśmy o przebiegu spotkania. Wygraliśmy wtedy zdecydowanie, a do siatki dwukrotnie trafił Lukas Podolski. Mimo że mecz nie był zupełnie jednostronny, to wynik 3:0 już tak. W tych samych rozmiarach wygraliśmy zresztą rok później w Zabrzu. Byłem też na ostatnim meczu w Katowicach, przegranym 1:3. Spotkanie było bardzo zacięte, pamiętam kontrowersję po faulu Zreľáka na Hellebrandzie, za który Słowak powinien był otrzymać czerwoną kartkę. Było o to trochę „płaczu” w Zabrzu, ale generalnie GieKSa zagrała wtedy dobry mecz, a pierwsze skrzypce grał jak zwykle Bartek Nowak. Wybiegając myślami do niedzieli obawiam się przede wszystkim tego, co Bartek może zrobić w Zabrzu.
Historia naszych najnowszych pojedynków w Ekstraklasie to solidarne zwycięstwa gospodarzy. Również dziś szykujemy się do wyjazdu do Zabrza jako drużyna, która u siebie nie odpuszcza nikomu, a w delegacji nie może wyrwać choćby remisu. Widziałem na Twitterze, że dyskutowaliście na ten temat w swoim gronie.
Nie oglądałem wprawdzie wszystkich meczów wyjazdowych GKS-u, ale posiłkowałem się obszernymi skrótami i nie mam przekonania, że poza Bukową prezentujecie się znacznie słabiej niż w domu. Zdarzają się wprawdzie indywidualne błędy i czasem aż trudno poznać niektórych piłkarzy, ale organizacja gry i ogólny pomysł trenera Góraka jest cały czas widoczny. Jak już wspomniałem, mam obawy przed ofensywną formą Nowaka, bo ten piłkarz nie schodzi poniżej pewnego poziomu. Mimo że czasem sprawia wrażenie ospałego, to nagle ni stąd, ni zowąd może zagrać na tyle precyzyjnie z gry lub stałego fragmentu, że kończy się to golem lub asystą. Ostatnio podoba mi się też gra Szkurina i jego współpraca z Nowakiem – nie tylko wykańcza jego akcje, ale też podaje. Strzelał efektowne bramki w lidze i w pucharach, ale pracuje też na rzecz kolegów z drużyny. Ponadto wydaje się, że formę odnalazł Marković, który zdobył kapitalnego gola z Wisłą Płock. Wasza ofensywa prezentuje się więc imponująco i nie jest to czynnik, który w niedzielę można zignorować, bo na wyjeździe nie wszystko wychodzi wam tak dobrze jak w domu.
Wymowny był fakt, że w ostatnim wysoko wygranym meczu z Wisłą na listę strzelców wpisało się pięciu różnych zawodników. Wydaje się więc, że nie wystarczy zatrzymać Nowaka, by zatrzymać GieKSę.
Z drugiej strony przy trzech golach asystował właśnie Nowak, więc jego rola jest nie do przecenienia. Pamiętam, że trener Gasparik próbował już kiedyś manewru z „plastrem”, ale czy sprawdziłoby się to w przypadku Nowaka? Nie jestem przekonany. Kibice Górnika piszą, że zatrzymanie Nowaka to oczywisty sposób na GieKSę. Wszyscy to wiedzą, jednak niewielu potrafi to zrobić. Moim zdaniem lepszym pomysłem na sukces Górnika będzie zabranie piłki GKS-owi, nie pozwalając rozwinąć skrzydeł całej ofensywie. Zobaczymy, co wymyśli Gasparik.
Jaką drużyną u siebie jest Górnik? Taką właśnie, która zabiera piłkę i dominuje? Jakiego meczu spodziewasz się w niedzielę?
Myślę, że mecz będzie intensywny, mimo że w czwartek gramy w Monaco. Będziemy chcieli dominować i starać się grać piłką. Gra z kontry nie leży w naturze tej drużyny, szczególnie w Zabrzu. Nawet w pucharach staraliśmy się atakować, co szczególnie było widać w końcówce pierwszej połowy z Fenerbahçe. Ostatnio spotkałem się z opinią Wojciecha Kowalczyka, który stwierdził, że po tym, jak Górnik przestanie grać w pucharach, to zabiega każdego w Ekstraklasie.
Ale to chyba dopiero wiosną, bo chyba nie zakładasz, że w czwartek pożegnacie się z Ligą Konferencji.
No właśnie, nie jestem przekonany. Nadzieja wciąż się tli, ale zadanie jest trudne.
Jaki wynik typujesz za to w niedzielę?
Wahałem się, czy nie postawić na remis, ale ostatecznie uważam, że przeważy atut naszego boiska. Nie wygramy już tak wysoko jak w poprzednich latach, ale stawiam na 2:1 dla Górnika.
Na sam koniec, rozmawiając o Górniku nie sposób nie zahaczyć o Lukasa Podolskiego. Już nie jako piłkarz, ale jako właściciel rozdaje dziś karty w Zabrzu. Jak wygląda klub pod jego skrzydłami?
Lukas od początku zaznaczał, że w Zabrzu nie będzie żadnych rewolucji, a raczej ewolucja w poszczególnych obszarach, np. ostatnio w dziale medialnym. Pomysł na pion sportowy pozostaje za to niezmienny – wyszukiwać i promować obiecujących piłkarzy, sprzedając ich z zyskiem. Zarówno transfery wychodzące, jak i sukcesy sportowe pozwalają gromadzić kapitał, który można inwestować w zawodników z coraz wyższej półki. Wprawdzie cienie dawnych problemów organizacyjnych wciąż są widoczne, ale mam nadzieję, że nie będziemy zmuszeni sprzedawać najlepszych piłkarzy przy pierwszej nadarzającej się okazji. Warto byłoby wykorzystać tych zawodników, którzy dziś zdobywają doświadczenie w europejskich pucharach.
Masz wrażenie, że jesteście w stanie na stałe zadomowić się już wśród najlepszych polskich ekip?
Osobiście uważam, że jesteśmy tego bardzo blisko. Chciałbym, abyśmy regularnie kończyli w TOP5, a ostatnie sukcesy i doświadczenie pucharowe zaprocentowało dodając pewności siebie piłkarzom, a organizacyjnie wznosząc klub na jeszcze wyższy poziom.
Errata po europejskich pucharach
Nie mogłem sobie odmówić ponownego kontaktu z tobą, tuż po zakończeniu meczu Górnika w Monaco. Co można „na gorąco” powiedzieć o tej rywalizacji?
Od samego początku meczu wyglądaliśmy dzisiaj tak sobie. Już pierwsze minuty wskazywały, że nie mamy konkretnego pomysłu na to, jak przedostać się pod bramkę gospodarzy. Były indywidualne próby dryblingów, ale rywale świetnie się ustawiali i dusili nasze akcje w zarodku. Momentami nasi gracze sprawiali wrażenie wystraszonych, grali nerwowo, np. Bochniewicz nieatakowany wybijał piłkę na aut. Popełnialiśmy też dziecinne błędy, jak choćby Sadílek przy wyprowadzaniu piłki podał do rywala, przez co straciliśmy drugiego gola. Nie popisał się też Schulze, zarówno przy pierwszej, jak i ostatniej bramce. Trochę zdziwiła mnie ta nerwowość, bo jako underdog nie mieliśmy nic do stracenia. Przede wszystkim jednak było widać różnicę jakości na korzyść Monaco. Gospodarze przewyższali nas sportowo i tyle. Nadzieję na przyszłość daje bramka Janisa Antiste, że będzie to napastnik, jakiego potrzebujemy przy Roosevelta.
Z jednej strony, każdy z waszych rywali osiągnął swój cel: Fener gra w Lidze Mistrzów, Węgrzy z Budapesztu w Lidze Europy, a Monaco siłą rzeczy w LKE. Przeciwnicy byli więc mocni, ale z drugiej strony trudno przejść do porządku dziennego nad nawet najpiękniejszymi porażkami.
Możemy się pocieszać ładnie przegranymi meczami, ale przynajmniej jeden mecz można było wygrać. Nastroje wśród kibiców były studzone, bo głównym celem jest Ekstraklasa i Puchar Polski, a puchary są tylko dodatkiem. Mimo to fakt, że byliśmy naprawdę blisko rywali, szczególnie Ferencvárosu, sprawiał, że apetyty rosły. Dzisiaj wygląda na to, że ostatni przeciwnik był paradoksalnie najtrudniejszy, więc tym bardziej szkoda, że nie daliśmy rady Węgrom. Stąd moje uczucia są dzisiaj mieszane.
Galeria Kibice Piłka nożna
Kibicowska galeria z wyjazdu do Gliwic
Zapraszamy do kibicowskiej galerii z wyjazdu do Gliwic, gdzie GieKSa zjawiła się w nadkomplecie, a dokładnie w 1154 osoby, w tym 6 Banik Ostrava i 1 JKS Jarosław. Zdjęcia nadesłane przez kibiców.
Felietony Piłka nożna
Igrzyska Myśliwca z katowicką obroną
Czasem trzeba – jak to się mówi – przespać się po danym meczu. Po to, żeby podejść do niego bardziej spokojnie, znaleźć jakieś pozytywy i ogólnie nie popaść w zły nastrój. Nie pykło. Tym razem patrząc już z lekkiego dystansu, czyli sobotniego poranka, mam obraz gorszy niż bezpośrednio po meczu. Powiedzmy sobie wprost – to było fatalne spotkanie naszego zespołu.
Nie mam tym razem irytacji, tak jak po meczu z Motorem. Może z powodu dyspozycji dnia. Ale nie zespołu, tylko mojej. Ot, GieKSa pokazała swoją specyfikę od tej złej strony, ale nie jest to nic nowego, znamy to doskonale. Tym razem wyszło na minus.
To co jest niestety specyfiką tej drużyny i co (póki co) nie pozwala jej wejść na stałe do czołówki ligi to jej kompletna losowość. Abstrahując oczywiście od tej różnicy u siebie i na wyjeździe. Ale zasadniczo wygląda to tak, że co nam danego dnia wylosuje maszyna losująca, tak będzie wyglądał mecz w naszym wykonaniu. Nie ma czegoś takiego, że przed meczem ze stosunkowo dużym prawdopodobieństwem jesteśmy w stanie stwierdzić, że GieKSa zagra dobre solidne spotkanie, będzie lepsza od rywala albo przynajmniej równa, a wynik – choć to suma wielu wypadkowych – również z pewnym prawdopodobieństwem będzie korzystny. Nie. W przypadku GKS mamy wręcz orła i reszkę – jak wypadnie jedno to mamy ekipę walczącą, kapitalnie grającą w piłkę, stwarzającą zagrożenie. Jeśli drugie – drużynę bezradną i… grającą w obronie w tak kuriozalny sposób jak wczoraj. Ale jest to sposób znany. Także z tego sezonu. Jak zawieje – tak zagramy.
Zanim przejdę do obrony (dla porządku, chodzi o obronną grę całego zespołu), słówko o innych aspektach. Zapytałem trenera na konferencji o wyciąganie wniosków z rywalizacji z Piastem, przede wszystkim z jesieni z poprzedniego sezonu. Bo miałem małe déjà vu z tego meczu, gdy chyba dopiero w swoim drugim starciu jako trener Piasta przyjechał na Nową Bukową Daniel Myśliwiec. Wtedy używałem takiej metafory, że piłkarze Piasta „pobili” naszych zawodników. Bo już wtedy zameldowali się bardzo szybko w kościach naszych zawodników, którzy nie byli na to przygotowani. I goście wtedy zdominowali ten mecz fizycznością i agresją, do tego strzelili w krótkim czasie dwie bramki i było po meczu. I wczoraj mieliśmy podobny vibe Piasta, przy czym tym razem z dyscyplin olimpijskich trener Myśliwiec nie postawił na boks, tylko na sprint. Nie wiem, jakim cudem przekonał swoich piłkarzy, zwłaszcza tych zagranicznych, jaka jest waga meczu z GieKSą, ale grali oni, jakby nałykali się szaleju. Byli dzicy, z pianą na ustach, walczyli, jakby to była wojna, a nie mecz piłkarski. Tak jak mówię – tym razem objawiało się to w szybkości, pokazywaniu się na pozycję i niesamowitym parciu do przodu. Utrzymywali przy tym naprawdę dyscyplinę taktyczną, to nie były ataki chaotyczne. W tym kontekście trafiliśmy na przeciwnika niesamowicie dobrze dysponowanego.
Trener mówił po meczu, że w drugiej połowie to GKS przejął inicjatywę. No jasne, ale przecież Piast prowadził już 2:0, więc to turbodoładowanie nie było już im do niczego potrzebne. Poza tym bądźmy konsekwentni – bo narracja jest taka, że gdy my się cofamy do niskiej obrony, to jest to przemyślana taktyka, a jeśli przeciwnik – to znaczy, że ich zdominowaliśmy i rywal miał kłopoty…
No nie. Piast intencjonalnie oddał nam piłkę, może nie do końca dla siebie w sposób idealny, na co zwracał uwagę trener rywali. Ale gospodarze bardzo umiejętnie się bronili i GKS choć stworzył sobie ostatecznie dość sporo sytuacji, to trudno powiedzieć, żeby któraś z nich naprawdę była wielką szansą na zdobycie gola. Wydaje mi się, że najlepszą miał Mateusz Wdowiak w pierwszej połowie, ale i tak jednak musiał uderzać z takiej krótkiej nogi. Owszem – powinien to trafić, ale sytuacja idealna nie była. Mateusz Kowalczyk z szesnastu metrów – to też powinno zakończyć się dużo lepszym uderzeniem (znaczy nie wprost w bramkarza). Sytuacja Marcina Wasielewskiego po kapitalnym podaniu Nowaka była trudna, bo nasz zawodnik uderzał już będąc bardzo blisko bramkarza, szanse powodzenia były minimalne. Ilja po podaniu Bartka strzelał bardzo efektownie i był blisko, ale była to trudna sytuacja.
Poza tym nasze sytuacje były słabe, podwójne uderzenie Bartka nie miało też większych szans.
Jeśli chcemy porównać – naprawdę dobre szanse to miała Wisła Płock w Katowicach. Mimo, że przegrała 0:5, na początku meczu, kiedy ratował nas Ilja, a potem w drugiej połowie, gdy sam na sam wyszedł Hamulić. To są prawdziwe groźne sytuacje, a nie te, które my stworzyliśmy w Gliwicach.
Daniel Myśliwiec jak nikt inny widać zna atuty i słabości GieKSy. Nikt w tej lidze nie potrafi nas zneutralizować w taki sposób. I najwidoczniej trener wygrał ten mecz już przed meczem. Wiedział jaką taktykę przyjąć i jak nastawić swoich zawodników. I to wystarczyło. Plus dodajmy pewien aspekt układu gwiazd. Oprócz tego, że Piast był lepszy zarówno w obronie i w ataku, to trzeba powiedzieć, że absolutnie wszystko im wychodziło, a nam absolutnie nic. Takie mecze też się zdarzają.
Przede wszystkim trenerzy rywali wiedzą (i my niestety też), że gdy się nasz zespół naciśnie, to gubimy się niemożebnie. Recepta na GieKSę – wprowadzić trochę szybkości i chaosu w naszych szeregach, to prawdopodobieństwo zdobycia bramki znacząco wzrasta. Co lepsza (a nawet i nie) drużyna z tego korzysta. Na naszym tle zadziwiająco często drużyny przeciwników wyglądają na rozpędzone i grające mecz sezonu…
No ale wracając do tej defensywy. Problem mamy wielki i to nie jest tylko kwestia tylko tego sezonu. Na ten moment mamy rozegranych 10 meczów i 15 straconych bramek. To daje średnią 1,5 traconej bramki na mecz – taka sama średnia wychodzi zarówno w lidze, jak i czterech meczach pucharowych. Mamy w dziesięciu meczach tego sezony zaledwie jedno czyste konto, a w ostatnich osiemnastu spotkaniach – tylko dwukrotnie nie straciliśmy bramki.
Ale tu nie chodzi nawet o samą liczbę, bo choć jest ona spora, to nie jest jeszcze jakaś totalnie dramatyczna. Ale dramatyczny jest sposób, w jaki te bramki tracimy. I w jakich momentach czy odstępach. Patrząc na ten sezon. I rozpoczynając od meczu w Żylinie. Mieliśmy kilka fatalnych zachowań w pierwszej połowie, bramek nie traciliśmy, ale gubiliśmy się wtedy strasznie, podając do przeciwników. Natomiast z pola karnego wybić piłki nie umieliśmy i był rzut karny. Na Wiśle dwie bramki stracone w trzy minuty, a mogły być trzy w pięć czy sześć minut, ale trzecia nie została uznana. Z Radomiakiem podajemy w polu karnym prosto na nogę przeciwnika. Hapoel – wiadomo przedziwny przerzut Borjy, a potem strata Arka. W rewanżu z drużyną z Tel Awiwu jakieś uchylanie się od główek i rywal wychodzi sam na sam. Z Górnikiem w 80 sekund tracimy dwa gole. No i jedna z wisienek na torcie – mecz z Piastem.
Choć déjà vu to miałem też z Miszkolcem…
Trudno zrozumieć, co tu się wczoraj wydarzyło. To że rywale przeprowadzili kontrę to jedno. Ale jak jeden Sanca może się zatrzymać na szesnastym metrze, przekładać sobie nogę nad piłką, a nasi zawodnicy dosłownie jak tyczki – nieruchomo powbijani w ziemię. To się absolutnie nie ma prawa wydarzyć, a nawet jeśli stoją – to niech przynajmniej zasłonią bramkę. Drugi gol to zupełnie bierne zachowanie naszych zawodników – ponownie powbijanych w ziemię – i przeciwnik zza pleców trzech GieKSiarzy wbiega i bez problemu strzela bramkę. I powiem tak – do obejrzenia skrótu myślałem, że trzeci gol to po prostu czyste stadiony świata. Ale jak zobaczyłem, jak nasz kapitan uchyla się niemal do ziemi, odsłaniając tym samym drogę piłce do bramki, to sam klęknąłem. Przecież jakby Arek został spionizowany, to piłka by trafiła dokładnie w niego.
A co do tej drugiej bramki jeszcze – to przecież dosłownie dwie akcję poprzedzające – w ciągu 2-3 minut – to były wyjścia Piasta sam na sam lub niemal sam na sam – raz był spalony, a za drugim razem rzut rożny, po którym padł gol. Podania na skrzydła, takie na dobieg, nokautowały nas w tym meczu.
I tak jak trener mówi, efektywność w obronie i ataku była po stronie Piasta. Raz, że Piast był lepszy, ale dwa – że my byliśmy po prostu bardzo słabi. Nie tylko w obronie i nie tylko w wykończeniu. My sobie nie wykreowaliśmy sytuacji tak groźnych, żeby mieć większe szanse na gola. A czasu na to mieliśmy w drugiej połowie mnóstwo, kiedy Piast oddał nam piłkę.
Cóż, zdarzyło się. Dużo gorzkich słów tu padło i w węższym, ale przede wszystkim szerszym aspekcie, trzeba coś z tą grą obronną zrobić, bo tak naprawdę mamy z nią problem od samego awansu do ekstraklasy. Bywały krótkie serie – kilku meczów – kiedy nasi piłkarze wznosili się na wyżyny, notowali czyste konta, potrafili nawet 2-3 mecze z rzędu zagrać bardzo dobrze w defensywie. Ale potem znów przychodziły, kiksy, babole i niezrozumiałe zachowania. Znaczy kiksy… Co do kiksów to ja nawet nie mam pretensji. Na przykład do takiej bramki samobójczej Arka w Łodzi w Pucharze Polski. Tam to był czysty pech, coś co po prostu się zdarza. Ale jak widzę irracjonalne zachowania zawodników, to to jest już powód – czasem do wkurzenia, czasem niepokoju.
Jeśli ta drużyna chce się rozwijać, to musi poprawić defensywę. Nie możemy wiecznie liczyć na to, że Bartek Nowak da ciasteczka, a Ilja Szkurin będzie miał dzień konia. Nie możemy wiecznie liczyć na to, że strzelimy więcej bramek od przeciwnika, który nam strzela. My mamy umieć przepchnąć kolanem mecz, w którym nam się ofensywa nie układa, mamy mało sytuacji lub jesteśmy nieskuteczni – ale pakujemy tę jedną bramkę i wygrywamy, bo obrona spisała się na medal i nie dopuściła do utraty gola.
Nie jesteśmy drużyną idealną. Naprawdę, gdyby nie te aspekty, o których wspomniałem, bylibyśmy w czołówce ligi i pewnie bili się o mistrzostwo. Ale mamy swoje mankamenty i jesteśmy w takim miejscu jak jesteśmy. Nadal bardzo dobrym miejscu. Ale musimy się rozwijać.
Za tydzień ostatni z trzech meczów wyjazdowych – Lubin. Jeśli tam zapunktujemy za jeden – będzie można powiedzieć, że minimum w tym trójmeczu osiągnęliśmy. Jeśli wygramy – to będzie bardzo dobry wyjazdowy wynik. Nie ma co więc płakać nad rozlanym mlekiem, a tak jak powiedziałem – docenić też bardzo należy drużynę Piasta.
Na koniec powiem, że po meczu dziennikarz Łukasz Pawlik powiedział, że jakby kiedyś zakończył pracę w GKS trener Górak, to to byłby godny następca. Zgadzam się w stu procentach. Nie wiem, co ten szkoleniowiec w sobie ma, ale widać, że ma warsztat, gdziekolwiek nie jest to ma wyniki, potrafi z niczego zrobić coś. Do tego jest skromny, trochę cichy, a jednocześnie widać, że ma ten błysk w oku. Wydaje mi się, że to całkiem spoko człowiek, który jednocześnie swoje przeszedł, zarówno w sporcie, jak i poza nim.
Ale to teoretyczne rozważanie. Teraz trwa projekt firmowany przez Rafała Góraka i niech trwa jak najdłużej, po przysparza nam on masę radości, a GieKSa jest w tym pięknym miejscu. Tak więc dalej pracujmy nad budowaniem wielkiej GieKSy, jak trzeba to poklepmy się po plecach, a jak trzeba to solidnie opie…olmy. Ale tylko po to, by iść do przodu.
Z niecierpliwością czekamy na Lubin!
Felietony Piłka nożna
Post scriptum do meczu z Piastem
Kolejne derby za nami – tym razem niestety przegrane. To był drugi z wyjazdowej serii trzech meczów. Za tydzień gramy kolejne spotkanie w Lubinie i tam będziemy walczyć o zwycięstwo, by jednak z delegacji wrócić z pokaźnym dorobkiem punktowym. Tymczasem wracamy po raz ostatni do piątkowego starcia w Gliwicach.
1. Dla mnie „wyjazd” rozpoczął się już w czwartek. Zadecydowała logistyka i chęć oddechu. Co do logistyki, to powód był prozaiczny. Wiedząc, że w piątek będę mógł dotrzeć na mecz dopiero na styk, chciałem sobie zapewnić miejsce parkingowe. Wziąłem więc po prostu nocleg, a nawet dwa, żeby zapewnić sobie pełen komfort. Ale ten parking to był tylko jeden z powodów.
2. No i zawsze pretekst do tego, żeby pospać w mieście rywala jest dobry. Przez to zaraz po przyjeździe na miejscówkę, którą miałem niecały kilometr od stadionu, udałem się właśnie pod stadion Piasta, żeby zrobić nagrywkę w przeddzień meczu.
3. Sam pokój taki w stylu loft był jednak bardzo schludny i czysty. Trzeba było jednak uważać na jeden stopień, co jest eufemizmem. To po prostu była zmiana kondygnacji. Kilkadziesiąt centymetrów wyżej.
4. A miejscówka była nieopodal Radiostacji Gliwice. Dzięki temu dowiedziałem się, że w piątek równolegle będą odbywać się dwie imprezy kulturalne – w odległości około dwóch kilometrów. Pierwszy to mecz Piast Gliwice – GKS Katowice, w drugim koncert z udziałem legendarnej Beaty Kozidrak.
5. Wracając do wspomnianej nagrywki. Zahaczyłem jeszcze o sklep Piasta, który był otwarty. Piast, nie sklep. Znaczy sklep, nie Piast. Niestety nie mieli proporczyków, pani powiedziała, że w tym sezonie jeszcze nie było. Ogólnie uważam to za słabość wielu klubów. Proporczyki, jak szale, powinny być jednym ze sztandarowych produktów i być dostępne przez cały czas.
6. Nagrywkę przed stadionem, nazywanym żartobliwie przez kibiców innych klubów Tesco Arena, zrobiłem. Mnie tam się ten stadion z zewnątrz podoba. Mimo, że „nowy” to ma swój vibe elewacji na przykład Stomilu Olsztyn czy… Bukowej. Taki socjalistyczny. Zakład pracy jakiś, fabryka.
7. Małe zakupy i zamówienie hambuksa w Wilku. Nie byłem teraz głodny, ale zamówiłem, żeby na wieczór przyjść i odebrać. Tak między meczami, bo przecież czwartek był napakowany kilkoma spotkaniami Pucharu Polski, no i zaległościami ligowymi.
8. No i tak też zrobiłem, najpierw Raków – Górnik przy herbatce. Górnik nie załamał się porażką GieKSą i pewnie wygrał to spotkanie. Z małymi problemami w końcówce. I gdy Raków cisnął do wyrównania, Diaby-Fadiga zachował się idiotycznie, dostał czerwień i tyle było z marzeń o remisie.
9. Raków po sześciu meczach ligi ma sześć porażek. Niepojęte. A chcą zabrać Fejaka, czyli kolejny strzał w kolano. Niebywałe, jak wiele błędów tam ostatnio popełniają.
10. Na obrazku zupełnie to nie wygląda, ale burger był znakomity. Z chorizo i jalapeno. Polecam tego Allegrowicza. Konsumowałem to jadło przy meczu Śląska z Pogonią w Pucharze Polski. Jak widać – na obrazku – znów gola strzelił Samiec-Talar. Znakomity sezon tego zawodnika, byłego zawodnika GKS, który wówczas jednak nie był czołową postacią drużyny.
11. Śląsk wygrał to spotkanie i odprawił Pogoń z kwitkiem. Tak więc po dobrych występach w ostatnich latach w pucharze, tym razem Szczecinianie mogą pomarzyć. I jeśli chcą jakieś tituli mieć, to muszą wygrać ligę.
12. Potem jeszcze kuknąłem Lecha z Jagą, ale pierwszą połowę, bo już spać mi się chciało. Drugą obejrzałem rano. Bramka Kobayashiego to coś niebywałego. Tak huknąć. Znakomity gol. A Lech się po Aarhus otrząsnął i wygrywa kolejne mecze jak leci.
13. Zazdro jeśli chodzi o Lecha i Jagę. Obie ekipy sobie zagrają z Crystal Palace czy Sunderlandem. No i inni przeciwnicy w Lidze Europy. Musimy jako klub dążyć do tego, żeby mieć szansę na takie świetne mecze. Wygrać Puchar Polski i fazę grupową pucharów będziemy mieli zapewnioną.
14. Nazajutrz udałem się na spacer do cukiernio-śniadaniowni Cacy. Mijałem traktory. Spacer był sympatyczny, a śniadanie piękne i smakowite. Pani co prawda była jakaś smutna, ale to pewnie dlatego, że musiała wybierać pomiędzy Beatą, a meczem Piasta. Ciekawe co wybrała.
15. A żyrafy mówią „no elo”. Co ciekawe w tym miejscu, w którym miałem nocleg jest… drukarnia. Normalnie działająca, pracująca w piątek. Dość specyficzne to było.
16. Wkrótce musiałem się udać do… Katowic. Wzywały obowiązki zawodowe. Dlatego też właśnie logistyka tego wszystkiego była specyficzna. Na 14.30 chciałem być w Katowicach, by o 19.00 z powrotem jechać do Gliwic i mieć jeszcze zapas.
17. Gdy szedłem już na mecz – bo zaparkowałem na miejscówce – rzeczywiście w tych małych uliczkach między domkami było pełno samochodów. Zastanawiałem się, jak to tolerują mieszkańcy, że im przed działkami ciśnie się masa aut, gdy tylko jest mecz. No ale cieszyłem się z dokonanego wyboru i braku stresu. Nawet nie chodzi o stres związany ze znalezieniem miejsca, co o to, że w takiej ciasnocie bałbym się, że jeden czy drugi ancymon poskrobie mi auto po marchewkach.
18. Pod stadionem było już dużo ludzi. Do meczu pozostawało około pół godziny. Wspomnę, że po drodze zahaczyłem znów o Wilka, żeby zamówić na „po meczu”. Ustaliłem godzinę 23.50, czyli 10 minut przed zamknięciem. Musiałem więc liczyć, że nie przedłuży się ani mecz, ani konferencja.
19. Znów autokar, który można sobie zwiedzić. Autokar Piasta. Tak samo było w maju. Nie lada gratka dla fanów.
20. Akredytację odebrałem bez problemu, no i skierowałem się na stadion. Przez to, że dopiero co graliśmy w Gliwicach miałem wrażenie, że zarówno pani na bramie, jak i pan na schodach to ci sami ludzie.
21. Wszedłem więc po tym rusztowaniu, zrobiłem herbatkę i udałem się na prasówkę. Niestety z racji krótkiego czasu do pierwszego gwizdka, dobre miejsca prasowe były już zajęte, więc musiałem zejść do najniższego rzędu. Z niecierpliwością czekałem na mecz.
22. Ciasnota, jak to na Piaście. Jednak w tym najniższym rzędzie trochę dalej był jakiś facet, a poza tym dużo luzu. No i na początku rzędu dwóch sympatycznych jegomości. Nikt więc nie przechodził, żeby musieć wstawać. Co prawda wołał ten jeden pan dwa razy takiego grubasa, ale on chyba był świadomy, więc nie decydował się przeciskać w tym miejscu.
23. Blaty pochyłe, ale powiedzmy w miarę. Jednak trochę vibe pierwszoligowych prasówek. No może pogranicza między zapleczem, a ekstraklasą. Najważniejsze, że prąd był i przede wszystkim – znakomicie działał internet, co jak wiemy nie jest oczywistością…
24. Kibice obu drużyn od razu zaczęli mocno dopingować. Na trybunach znów więc mieliśmy świetne widowisko.
25. Z wydarzeń boiskowych mogli być zadowoleni jedynie kibice Piasta. Bo już w piątej minucie objęli prowadzenie, a cały mecz wygrali 3:0. Tym samym Piast powtórzył wynik z sezonu 2011/12, kiedy to również w tych rozmiarach pokonał GKS. Wówczas Gliwiczanie awansowali do ekstraklasy.
26. To była jakaś totalnie dziwna historia, związana chyba z budową stadionu. Na wiosnę Piast zagrał tylko dwa mecze na wyjeździe, resztę u siebie. Ale by pykło nam coś takiego. Mistrz na wiosnę gwarantowany (oczywiście po wygrzebaniu się z ostatniego miejsca z powodu gry na wyjazdach na jesieni).
27. Ciekawostką jest to, że jak teraz nam strzeliło bramki dwóch Hiszpanów – Juande Rivas i Hugo Vallejo, to w tamtym meczu z 2012 trafił również obywatel Półwyspu Iberyjskiego – Ruben Jurado. Nie leżą nam ci gliwiccy Hiszpanie.
28. Nie leży nam ten stadion, oj nie leży. Dla mnie to była szósta wizyta w Gliwicach – bo byłem jeszcze na meczach na starym stadionie – i czwarta porażka. Poza tym zaledwie dwa remisy. Piast u siebie z GieKSą nie przegrywa.
29. Po awansie do ekstraklasy Gliwiczanie nadal pozostają jedną z trzech ekip, które ciągle za naszej bytności w niej są, a z którą nie wygraliśmy. Pozostałymi są Legia i Lech. Może przynajmniej z Warszawianami czy Poznaniakami uda się przełamać tę złą passę.
30. No i po meczu nagrywka i na konferencję prasową. Bartka Nowaka brali do Super Piątku, a my czekaliśmy na trenerów. Jakoś wyjątkowo długo, a na Górniku tydzień temu było krótko.
31. W końcu przyszli szkoleniowcy – Rafał Górak, potem Daniel Myśliwiec. Uwinęliśmy się jakoś z pytaniami i powoli zacząłem montować konfę, ale zbliżała się północ. Toteż około 23.40 wyszedłem, aby odebrać swoje zamówienie.
32. Wróciłem na kwaterę, dokończyłem konferencję, zobaczyłem, co tam Bartek miał do powiedzenia, no i z rozczarowaniem zakończyliśmy swój udział w tej kolejce.
33. Wracając widziałem ludzi, którzy już wracali z koncertu. Uraczyli się może bardziej Beatką z Bajmu, niż kibice gości meczem. Ale tak to bywa.
34. Tylko trzy punkty w Lubinie!






























Najnowsze komentarze