Dołącz do nas

Piłka nożna Prasówka

Media o meczu: Przełamanie GKS-u Katowice

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień mass mediów na temat wczorajszego spotkania Śląsk Wrocław – GKS Katowice 0:2 (0:2).

weszlo.com – Lodowaty prysznic dla Śląska. GKS Katowice wygrywa we Wrocławiu
No nie ułatwił sobie Śląsk Wrocław walki o utrzymanie w Ekstraklasie, choć przecież wydawało się ostatnio, że tę ekipę naprawdę stać na zakończenie sezonu nad kreską. Trzeba jednak przyznać, że GKS Katowice wygrał dzisiaj w stolicy Dolnego Śląska w stu procentach zasłużenie. Może i podopieczni Rafała Góraka nie pokazali futbolowych fajerwerków, ale w sumie to nie musieli. Twarda i bezkompromisowa postawa w pełni wystarczyła na pogubionych wrocławian.
W pierwszej połowie oglądaliśmy typowy Śląsk z rundy jesiennej. Czyli ten, który pędził na złamanie karku w kierunku 1. ligi. Wrocławianom właściwie nic na boisku nie wyszło. Jeśli już udało im się coś wykreować pod bramką GKS-u, to i tak popisowo to spartolili. Natomiast w defensywie rozdawali przeciwnikom prezenty i to często w prostych, wręcz statycznych sytuacjach. Ekipa z Katowic nie musiała nawet przesadnie podkręcać tempa, a Śląsk i tak się gubił. Aż przecieraliśmy oczy ze zdumienia, bo przecież dopiero co obsypaliśmy podopiecznych Ante Simundzy komplementami za ich kapitalną, przebojową postawę w meczu z Cracovią.
A dziś? Totalna mizeria, której nie można tak po prostu wytłumaczyć nieobecnością Petra Schwarza.
GKS najprostszymi metodami wytrącił gospodarzom wszelkie argumenty z ręki. Trochę pracy w wysokim i średnim pressingu, twarda walka w środkowej strefie boiska o drugie piłki, solidna organizacja w tyłach – tyle wystarczyło, by przejąć pełną kontrolę nad przebiegiem spotkania. Już w 19. minucie goście przypieczętowali swoją przewagę golem, gdy samobója – w drugim meczu z rzędu! – strzelił Aleks Petkow. No a tuż przed przerwą Oskar Repka podwyższył prowadzenie swojego zespołu, wykorzystując świetne dośrodkowanie z rzutu rożnego i katastrofalną wręcz bierność obrońców Śląska.
Zresztą słowo “bierność” chyba najtrafniej podsumowuje to, jak wrocławianie zaprezentowali się w pierwszej połowie. Nawet najbardziej kreatywni zawodnicy Śląska wyglądali na przygaszonych i stłamszonych, a GKS bezlitośnie to wykorzystał.
Po przerwie katowiczanie w sposób ewidentny nastawili się na obronę dwubramkowej zaliczki i skoncentrowali się już wyłącznie na kontratakach. To pozwoliło wreszcie gospodarzom na przejęcie inicjatywy, no i trzeba uczciwie zaznaczyć, że w paru sytuacjach zrobiło się gorąco pod bramką Dawida Kudły. Ale wciąż – to nie był ten sam Śląsk, który na przestrzeni ostatnich tygodni wielokrotnie udowadniał, że potrafi atakować z rozmachem i fantazją. A do tego trzeba dodać koszmarną nieskuteczność. Sam tylko Arnau Ortiz sknocił dwie wyśmienite sytuacje strzeleckie – gdyby lepiej nastawił celownik, losy tego starcia ułożyłyby się zupełnie inaczej.
Jednak nie było tak, że wyłącznie Śląsk marnował dogodne okazje bramkowe. GieKSa wyprowadziła po przerwie chyba z pięć lub sześć kontrataków, które wyglądało naprawdę niebezpiecznie. Ale zawsze czegoś przyjezdnym brakowało w końcowej fazie akcji – a to Bergier był zbyt powolny, a to Nowak źle przyjął, a to Drachal fatalnie uderzył lub wdał się w niepotrzebny drybling. Dlatego dzisiejszej porażki Śląska nie można sprowadzać wyłącznie do nieskuteczności – to argument obosieczny.
Prawda jest taka, że ten mecz od początku do końca toczył się zgodnie z życzeniem Rafała Góraka. Nawet się zrymowało.
[…] Natomiast beniaminek z Katowic znowu może być z siebie dumny. W tej chwili traci tylko dwa punkty do… Legii Warszawa. Wciąż może zatem marzyć o zakończeniu sezonu w TOP5.

sportowefakty.wp.pl – Brak kapitana rozbił Śląsk Wrocław. Przełamanie GKS-u Katowice
[…] W Wielką Sobotę do Wrocławia zawitał GKS Katowice, licząc na wyjazdowe zmartwychwstanie. Drużyna Rafała Góraka w tym roku poza własnym stadionem zapunktowała tylko raz.
Przed gośćmi stało trudne wyzwanie. Śląsk był rozpędzony, co potwierdzała passa pięciu kolejnych meczów bez porażki. Sytuację gospodarzy skomplikowała jednak nieobecność Petra Schwarza. Kapitan wrocławian, po ostatnim spotkaniu z Cracovią (4:2), przeszedł poważną operację i nie mógł pomóc drużynie.
Brak czeskiego pomocnika był widoczny gołym okiem. W pierwszej połowie Śląsk wyglądał na zagubiony – brakowało pomysłu, dynamiki i pewności z wcześniejszych występów.
Katowiczanie, być może spodziewając się większego oporu, momentami grali z wyjątkową swobodą. Do przerwy prowadzili 2:0 i trudno było to uznać za przypadek. Pierwsza bramka padła po znakomitej akcji Mateusza Kowalczyka, który łatwo ograł rywala i posłał piłkę w pole karne. Aleks Petkow interweniował niefortunnie, pakując futbolówkę do własnej bramki. Po raz drugi z rzędu w meczu o ligowe punkty.
Tuż przed zejściem do szatni goście podwyższyli prowadzenie. Oskar Repka wykorzystał precyzyjne dośrodkowanie Bartosza Nowaka z rzutu rożnego i strzałem głową pokonał bezradnego Rafała Leszczyńskiego.
Wcześniej bramkarz niepewnie interweniował po strzał Sebastiana Bergiera czy Adriana Błąda. W kilku kolejnych momentach uratował zespół, kiedy m.in. w świetnym stylu sparował strzał wspomnianego Bergiera. Śląsk kontakt bramkowy mógł złapać chwilę przed przerwą, ale Arnau Ortiz spudłował z pięciu metrów.
W 2. połowie coraz częściej zaczynali gubić się katowiczanie. Śląsk kontakt bramkowy mógł złapać w 54. minucie. Z kornera dograł Mateusz Żukowski, głową w boczną siatkę trafił Serafin Szota.
Mniej pracy niż w premierowej odsłonie miał Rafał Leszczyński. Skoncentrowany musiał być z kolei Dawid Kudła. Bramkarz nie musiał jednak wykazywać się swoim kunsztem, bezzębni wrocławianie nie byli w stanie mu poważniej zagrozić.
Śląsk mógł wrócić do gry na niewiele ponad kwadrans przed końcem. Jednak Arnau Ortiz kolejny raz przestrzelił w bardzo dobrej sytuacji. To wydawało się, że był decydujący moment. Gospodarze przestali wierzyć w możliwość odrobienia strat i przegrali 0:2.

dziennikzachodni.pl – Kibice GKS Katowice zobaczyli we Wrocławiu zwycięstwo nad Śląskiem i w świetnych humorach rozpoczęli święta
GKS Katowice przerwał fatalną serię wyjazdowych porażek, wypunktował we Wrocławiu Śląsk i sprawił prezent świąteczny swoim kibicom, którzy licznie wspierali zespół w stolicy Dolnego Śląska.
[…] Katowiczanie od początku narzucili swoje warunki gry. Gospodarze byli bezradni i w pierwszej połowie zostali trafieni dwa razy. W 19 minucie Mateusz Kowalczyk dośrodkował z lewej strony, a Aleks Petkow uprzedzając Lukasa Klemenza wpakował piłkę do własnej bramki. W 43 natomiast Oskar Repka głową zamknął dośrodkowanie Bartosza Nowaka z rzutu rożnego. Śląsk mógł jeszcze zmniejszyć dystans, jednakArnau Ortiz nie trafił z bliska w bramkę.
Dla Adriana Błąda i Sebastiana Bergiera był to mecz inny niż wszystkie. Ten pierwszy jest wychowankiem Zagłębia Lubin, ten drugi grał w Śląsku i ma mu coś do udowodnienia.
– Cieszę się, że mogłem pomóc Zagłębiu – z przewrotnym uśmiechem mówił w przerwie Błąd, za to Bergier był niepocieszony, bo aktywność nie została nagrodzona golem.
W drugiej połowie GKS zszedł na niższy poziom i to wrocławianie mieli więcej z gry. W drużynie gospodarzy bardzo widoczny był brak Petra Schwarza, który w wyniku urazu odniesionego w meczu z Cracovią musiał przejść operację jamy brzusznej. Bez niego rzuty wolne i rożne Śląska nie miały już tej precyzji. Katowiczanie spokojnie przetrwali ataki rywali i zasłużenie pokwitowali trzy punkty.
Humor jeszcze bardziej popsuł się jedynie Bergierowi, który za faul w ataku dostał żółtą kartkę eliminującą go z meczu z Legią Warszawa.

gazetawroclawska.pl – Śląsk bez goli, pomysłu i punktów
Śląsk Wrocław przegrał z GKS-em Katowice 0:2 w meczu 29. kolejki PKO Ekstraklasy. W Wielką Sobotę gole na Tarczyński Arena zdobywali Aleks Petkov, który kolejny raz pokonał własnego bramkarza i Oskar Repka.
Śląsk Wrocław do meczu z GKS-em Katowice przystępował bez kilku kontuzjowanych piłkarzy. O ile do nieobecności Marcina Cebuli, Jakuba Świerczoka, Petera Pokornego czy nawet Aleksandra Paluszka zdążyliśmy się już przyzwyczaić, o tyle pierwszy raz trener Ante Šimundža musiał radzić sobie bez swojego kapitana: Petra Schwarza.
Czech wskutek urazu, jakiego doznał w meczu z Cracovią, musiał przejść bardzo poważną operację i obecnie walczy o powrót do zdrowia w szpitalu. Wielkiej niespodzianki nie było i słoweński szkoleniowiec postawił na Tudora Băluţę. Reszta składu niczym nie różniła się od tej, która wygrała w Krakowie 4:2.
Warto dodać, że obie drużyny wyszły na rozgrzewkę w specjalnych koszulkach wspierających kapitana WKS-u. Dostał on także potężne wsparcie od kibiców, którzy przygotowali na tę okoliczność transparent z napisem „Petr buď silný – wracaj do zdrowia”.
Mecz nie zaczął się jednak dla gospodarzy zbyt dobrze. Szybko dostaliśmy odpowiedź na to, jak wielkim problemem może być brak Schwarza – WKS przez pierwsze 20 min praktycznie nie istniał i nawet kiedy udawało się wrocławianom przejąć piłkę, to w żaden sposób nie byli w stanie przedostać się z nią pod pole karne Dawida Kudły. Fazy przejściowe z obrony do ataku były czymś, w czym specjalizował się doświadczony Czech.
Katowiczanie atakowali ze sporym animuszem i w 19. min zostali za to wynagrodzeni. Mateusz Kowalczyk zabawił się na lewym skrzydle z Serafinem Szotą, a starający się przeciąć to zagranie Aleks Petkov interweniował tak pechowo, że wpakował piłkę do własnej bramki. To drugi mecz z rzędu z samobójczym trafieniem reprezentanta Bułgarii!
WKS nie był w stanie ruszyć po bramkę wyrównującą, bo zwyczajnie cały czas nie kreował okazji. „GieKSa” z kolei robiła swoje i w 43. min podwyższyła prowadzenie po rzucie rożnym. Dośrodkowanie Bartosza Nowaka na gola zamienił Oskar Repka, który zbyt łatwo urwał się Jehorowi Matsence.
Śląsk mógł odpowiedzieć tuż przed przerwą, ale Arnau Ortiz w niewytłumaczalny sposób z 7 metrów… nie trafił w bramkę. Dwubramkowe prowadzenie gości do przerwy było de facto najniższym wymiarem kary dla Trójkolorowych.
W przerwie trener Šimundža nie dokonywał zmian. Zmianie miała ulec gra jego piłkarzy, którzy faktycznie wyszli z większym animuszem, ale wciąż nie potrafili oddać celnego strzału.
GKS zaskakująco dobrze i ze sporą lekkością kontrolował grę, wymieniając dużo krótkich podań i nastawiając się na grę z kontrataku. Śląsk – podobnie jak w pierwszej połowie – najlepszą okazję miał po strzale Ortiza z czystej pozycji, ale Hiszpan znów nie trafił w bramkę!

gol24.pl – Kapitalny wyjazd kibiców GKS Katowice na Śląsk Wrocław
Tysiąc? Mało! Dwa tysiące? Zdaje się, że co najmniej. Kibice GKS Katowice w Wielką Sobotę zaliczyli nomen omen wielki wyjazd. W dużej liczbie dotarli do Wrocławia, by po ostatnim gwizdku razem z piłkarzami i trenerem świętować ogranie Śląska (zwycięstwo 2:0).
[…] Może i kibicom GieKSy nie udało się wypełnić wszystkich miejsc jak w marcu Lechowi Poznań (3331 osób), ale po zakończeniu meczu przynajmniej cieszyli się z kolejnych punktów i przełamania serii wyjazdowych porażek.
[…]- Przegrywamy na murawie oraz trybunach. Nie istnieliśmy na własnym stadionie. Brawa dla gości – napisał szczerze jeden z kibiców Śląska na portalu X.
Ultrasi GieKSy zaprezentowali flagowisko. Frekwencja na sobotnim meczu wyniosła w sumie 21 006 kibiców.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Wyzerowane atuty – diagnozy brak

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Szczerze mówiąc nie chce mi się pisać tego felietonu, bo myślę sobie, że znowu będę pisał to samo. Rozbieżność między wynikami meczów u siebie i na wyjeździe sięgnęła absurdu. GKS rozegrał w tym sezonie siedem meczów – u siebie wszystkie trzy wygrał, na wyjeździe wszystkie cztery przegrał. Suma tego jest taka, że z europejskich pucharów już odpadliśmy, a w lidze mamy trzy punkty po trzech kolejkach. Czyli słabo – bo to średnia mogąca nawet nie dać utrzymania.

Piszę to wielokrotnie i napiszę jeszcze raz, bo już wiele razy w przeszłości czy to piłkarze czy trenerzy obrażali się na mnie, bo coś tam skrytykowałem. Nie mówię o sytuacjach, kiedy pojechałem z koksem i tak czy inaczej kogoś nazwałem, bo za to obrazę rozumiem. Cóż, młodość (która trwa, ale już inna). Ale my nie możemy doprowadzić do zagłaskania naszej drużyny – za ekstraklasę, za kapitalną w niej postawę czy za puchary. Wszyscy wiemy gdzie byliśmy i co trener wraz z kolejnymi grupami piłkarzy w ostatnich latach nam dał i daje. Więc tu nie ma mowy o podważaniu projektu jako całości. Ale trzeba mieć w tym wszystkim krytycyzm, bo jeśli w którymkolwiek momencie ktoś uznał, że zdobyliśmy już tyle, że teraz po prostu możemy do końca kariery jechać na sukcesie – to jest to – delikatnie mówiąc duży błąd. Więc tak, doceniamy ekstraklasę, super jest jeździć na te wszystkie stadiony w najwyższej polskiej lidze. I niech ten projekt w tym kształcie, z obecnym trenerem trwa jak najdłużej.

No ale są defekty. I ta postawa na wyjazdach naprawdę każe się zastanowić nad kilkoma rzeczami. Bo to jest coś, co jakiś czas się w GieKSie powtarza, mamy powtórkę z czterech przegranych wyjazdów na początek sezonu z zeszłego roku. A w pierwszym po awansie do ekstraklasy sezonie, na wiosnę także przydarzyły się cztery wtopy z rzędu na delegacjach.

Ale to nie chodzi tylko o wyniki. Chodzi o grę, która co prawda nie zawsze ten wynik gwarantuje, a w perspektywie pewnego okresu czasu (raczej krótszego niż dłuższego) dobra gra statystycznie przynosi względnie dobre wyniki. U nas nie jest największym problemem to, że przegraliśmy cztery mecze z rzędu. Problemem jest to, że te mecze przegraliśmy zasłużenie, bo graliśmy bardzo słabo.

Wczoraj chciałem wierzyć, że jak długo ten mecz trwał, w końcu coś wciśniemy. Mecz z Motorem w naszym wykonaniu nie był aż takim paździerzem, jakie trochę razy ostatnio na wyjazdach oglądaliśmy. Przypomniał się mecz z Cracovią, kiedy wydawało się, że przy 0:0 na koniec spotkania pozostanie spory niedosyt. A rywal w końcówce nam wmontował bramkę i już nawet z remisu nie można było się „cieszyć”. Ostatecznie, choć wczoraj GieKSa nie była beznadziejna, to była jednak słaba. Tym bardziej martwi to, że naprzeciw mieliśmy drużynę mocno przeciętną, do tego skleconą naprędce po kadrowych zawirowaniach, z nowym trenerem. A my – stabilni i budowani od kilku lat – nie potrafiliśmy zrobić na tym boisku nic. Przecież, gdyby nie Ndiaye czy może jeszcze Simon, to by Pan Czubak piłkę oglądał z daleka i nie miał okazji zaprezentować swojego świetnego wykończenia. Motor był do bólu średni, ale swoim jednym czy drugim błyskiej robił różnicę.

U nas tym razem w obronie nie było „wesołego miasteczka”, choć oczywiście nie ustrzegliśmy się błędów, po których padły bramki – najpierw nieuznana, a potem już prawidłowa. Jednak w tym meczu to nie obrona była naszym głównym problemem. Tym razem było to słabe/bardzo słabe/beznadziejne rozgrywanie ataku pozycyjnego. O kontrach nawet nie mówię, bo mam wrażenie, że jak my wyprowadzamy kontrę, to zaraz jeden czy drugi nasz zawodnik się zatrzymuje, robi kółeczko, wycofuje nie wiadomo gdzie i po kontrze nici.

Od patrzenia na nasze rozegranie piłki na połowie przeciwnika oczy bolały. Sposobności mieliśmy całe mnóstwo, bo Motor bronił się nieraz dość nisko – nie desperacko w swoim polu karnym – ale mocno na swojej połowie. My graliśmy po obwodzie – to na lewo, to na prawo. I często kończyło się do słabą wrzutką, z którą rywale nie mieli problemu. Przede wszystkim więcej w tym temacie oczekiwałem od Bartosza Wolskiego, bo naprawdę zawodnik ma większe umiejętności niż to, żeby zagrać leciutką piłkę à la serwis Pawła Zagumnego w pole karne i liczyć na czysty przypadek, że akurat trafi w nią ktoś z naszych, a nie przeciwników. Dlaczego nie ma mocnych, takich soczystych wrzutek? Dlaczego nie ma jakiejś próby większej precyzji? Nie mówiąc o tym, że nasi wahadłowi też chyba mocno zapomnieli, co to znaczy żwawość na boku. Nie ma dynamicznych pojedynków 1 na 1 na skrzydle na wysokości pola karnego, wejść w to pole karne. Jest to wszystko takie miałkie i nijakie i taka była ofensywa GKS w tym meczu. Naprawę zestawiając to z pojedynkiem z Motorem z rundy wiosennej i bramek, jakie GieKSa strzelała w tamtym meczu można… dostrzec różnicę.

Ostatecznie najlepszymi okazjami GKS był strzał Ilji w słupek i sytuacja, w której Ilja gola strzelił, ale Bartosz Nowak był w tej sytuacji na spalonym. Tak, był jeszcze strzał napastnika po dośrodkowaniu oraz uderzenie Mateusza Wdowiaka w boczną siatkę. I to tyle. Motor miał swoich groźnych sytuacji więcej.

Widać też, że trener szuka optymalnego składu, ale na razie większość zawodników swoją grą nie przekonuje, by zagościć w jedenastce na stałe. W pomocy kombinujemy. Bartek Nowak ma abonament na granie, ale wychodzi na to, że Bartek Wolski również. Chcieliśmy tego duetu, czekaliśmy na to, jaki zrobią oni techniczny zamęt w tej lidze. Na razie jednak to tylko mrzonki. Nie mamy twardości w środku pola. Jeszcze do tego dokładamy Marcela, który jest ambitny, szybki, ale też nie jest to skała. Do tego wygląda na to, że wczoraj przegrał z upałem, z ręką na sercu, jak widziałem, że podciąga sobie tę koszulkę i w ogóle miałem z daleka wrażenie, że jest cały czerwony, to pomyślałem, że Rafał Górak zrobi wyjątek i ściągnie piłkarza w przerwie. Tak też się stało.

Pamiętam jak w poprzednim sezonie po Górniku Zabrze trener zapowiedział, że coś musimy zmienić w samym podejściu do spotkania i strukturze gry na wyjeździe. Choć potem przegraliśmy jeszcze z Lechią, to za chwilę gra GKS na obcych stadionach zaskoczyła. GieKSa wygrała z Lublinie, Niecieczy, w Pucharze Polski z ŁKS. Na początek roku było zwycięstwo w Lubinie. Były te mecze z Rakowem i Lechem. Czyli da się. Problem jest taki, że jak drużyna wpadnie w wyjazdową otchłań bezradności i niemocy, to trudno z niej się wykaraskać.

Najgorsze jest to, że nie widać, aby był jeden mądry, który zdiagnozował, gdzie leży problem. A to musi być głębszy problem mentalny, bo przecież u siebie ci zawodnicy – zarówno indywidualnie, jak i jako cała drużyna – potrafią przecież grać w piłkę. Co się z nimi dzieje na wyjeździe i dlaczego? Może to jest coś na etapie samego wyjazdu na mecz, podróży, hotelu, dnia meczowe na wyjeździe? Może to tam trzeba poszukać, co się takiego dzieje z piłkarzami, że opada z nich cała ta agresja, moc i siła? Może gdzieś jest zbyt duże rozluźnienie, a może to rozluźnienie jest zbyt małe? Trzeba szukać, w każdym szczególe, w każdym posiłku, w każdej minucie spędzonej w autobusie.

Przyznam, że po tym kolejnym przegranym meczu nie mam smutku, żalu czy załamki. Jest po prostu po raz kolejny irytacja i taka frustracja, bo widzę tę bezradność piłkarzy i mi się udziela. Nie ma w życiu chyba gorszego poczucia niż to, że nie ma się wpływu. A gra GKS a wyjeździe wygląda tak, jakby zawodnicy nie mieli dostępu do swoich atutów, które dają różnicę, tylko próbowali sztampowych, oklepanych i zupełnie nieefektywnych na tym poziomie rozwiązań.

I trzeba coś z tym zrobić szybko, bo wkrótce czekają nas trzy trudne wyjazdy – Zabrze, Gliwice i Lubin. Tu już po prostu obowiązkowo będzie trzeba punktować.

A na razie Wisła Płock. Dobrze, że przynajmniej u siebie te atuty nie są zablokowane. Liczymy, że i tym razem tak będzie, GieKSa swoje gole będzie strzelała i trzy punkty zdobędzie.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Górak: Brakuje nam wytrawności

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po meczu Motor Lublin – GKS Katowice wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Mariusz Misiura i Rafał Górak. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.

Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Jesteśmy rozczarowani tym, że przegraliśmy spotkanie, włącznie z powiedzeniem, że jeżeli nie możesz wygrać, to powinieneś umieć go zremisować.

Takie mam odczucia w stosunku do tego meczu. Niestety – nie jesteśmy jak na razie w stanie zagrać meczu na zero z tyłu, który dałby nam przestrzeń, żeby wywieźć z takiego spotkania remis, bo może on też nie byłby to szczyt naszych marzeń przed spotkaniem – bo przyjechaliśmy z zamiarem wygrania meczu – ale na pewno remis bardziej odwzorowywałby to, co się działo. Ale to jest nieistotne, bo ten który bramkę strzela ma tę radość, a ten, który tego nie robi – tej radości nie ma. W wielu momentach za dużo mamy rozpiętości poziomowych w spotkaniach. To mnie też trochę na razie smuci, bo powinniśmy się stać bardziej wytrawną drużyną, a tego nam brakuje. Mamy bardzo dobre momenty, kiedy gramy zgodnie z tym, co chcemy robić, a mamy też takie kiedy ta gra na różnych pozycjach w różny sposób ofensywie czy defensywie nam się łamie i powoduje bałagan, który kończy się niekiedy tak, jak się skończył przy straconej bramce. Byliśmy w posiadaniu piłki pod polem karnym przeciwnika i tej wytrawności jeszcze brakuje – tego będziemy szukać. Dziś jest masę rozczarowania i sportowej złości, ale nic tu po narzekaniu, trzeba brać się do roboty i mocno wyciągać wnioski choćby z tego, że przy czterech meczach wyjazdowych w tym sezonie cztery razy schodzimy pokonani i to nas bardzo denerwuje i jesteśmy niezadowoleni. Ale po to niekiedy takie próby są, żeby wychodzić, silniejszym. Teraz będziemy się przygotowywać do następnego spotkania, potem mamy trzy mecze z rzędu na wyjeździe. Czeka nas nie lada sprawdzian i jestem przekonany, że wyjdziemy z tego obronną ręką. Dzisiaj jest dużo złości, rozczarowania i momentów, z których z gry jesteśmy niezadowoleni.

Mariusz Misiura (trener Motoru Lublin):
Bardzo się cieszę, że wygraliśmy mecz i zdobyliśmy trzy punkty. Bo mam poczucie, że to był czwarty naprawdę dobry mecz w naszym wykonaniu i jak ten czas leci – mijają tygodnie – przygotowujesz się do czwartego spotkania, a na koncie masz jeden punkt, to zapominamy, co się wydarzyło w pierwszej czy drugiej czy trzeciej kolejce.  Wydaje mi się, że drużyna zasłużyła, żeby mieć ich więcej. Wierzę, że konsekwentną pracą i procesem będziemy budować silną drużynę.

Co do meczu to wydaje mi się, że wykreowaliśmy więcej sytuacji, na pewno w pierwszej połowie, konsekwencją tego jest bramka. Powiedzieliśmy sobie w szatni, że musimy zostawić serce i charakter. 104 minuty w takim upale to szacunek dla piłkarzy. Sami państwo siedząc na trybunach czuliście gorąco i zmęczenie.

To jest coś normalnego, że w takim upale przydarzały nam się błędy, cieszę się, że nie było z tego konsekwencji w postaci gola, ale podobało nam się nasze dążenie do strzelenia bramki. Dobre zmiany, każdy z zawodników dał impuls. Bardzo się cieszę z tych trzech punktów i idziemy dalej.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Hapoel: Nowi zawodnicy pomogą drużynie?

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

W przerwie pomiędzy sezonami działacze Hapoelu dokonali kilku zmian w składzie. Z klubem pożegnało się pięciu zawodników i tylu samo podpisało nową umowę.

Największe nadzieje są wiązane z pochodzącym z Ghany Douglasem Owusu. 20-letni Owusu gra na pozycji napastnika, poprzednie dwa sezony grał w Super liga Srbije – najpierw w Radniku Surdulica, a przez ostatnie pół roku w Crvenie Zvezda Belgrad. W tych dwóch klubach strzelił 11 bramek i zanotował tyle samo asyst. Kontrakt z Owusu został podpisany 5 sierpnia i od razu został zgłoszony do rozgrywek Ligi Konferencji, jednak nie zagrał w meczu w Miszkolcu. Filigranowy (mierzy zaledwie 1,65 m) piłkarz jest wart 4,5 mln euro.

Hapoel podpisał także umowę z obrońcą Doronem Leidnerem. 24-latek występował w drużynie z Tel Awiwu jako junior, później „błąkał” się po Europie (Olympiakos Pireus, Austria Wiedeń, FC Zurich), by ostatecznie wrócić do Hapoela. Leidner występuje w kadrze Izraela. Jego wartość rynkowa wynosi 300 tys. euro. Doron wystąpił we wszystkich meczach pucharowych, w jednym w pełnym wymiarze, w pozostałych był zmieniany po około 60 minutach. W drugim meczu z Ludogortsem zobaczył żółtą kartkę.

Kolejnym obrońcą, który podpisał nową umowę, jest wysoki, mierzący 188 centymetrów, Chico. 27-latek przez większość kariery grał w Brazylii (Sport Recife i Novorizontino), a na początku poprzedniego sezonu został wypożyczony do Hapoelu. Przed tym sezonem związał się z klubem 3-letnią umową. Wartość rynkowa Chico oceniana jest na 1,2 mln euro. Brazylijczyk wystąpił we wszystkich meczach pucharowych. W pierwszym meczu z Ludogortsem strzelił bramkę i zobaczył żółtą kartkę.

Z kolei 24-letni Yonatan Farber gra na pozycji pomocnika i występował tylko w drużynach z Izraela. Farber mierzy 1,9 m, a jego wartość wyceniania jest na 350 tys. euro. W meczach pucharowych wystąpił tylko parę minut – w drugim meczu z Ludogortsem.

Ostatnim zawodnikiem, który dołączył do Hapoela przed sezonem, jest 19-letni Itay Shavit. Shavit jest reprezentantem Izraela U19 i gra na pozycji pomocnika. Jego wartość wyceniana jest na 150 tys. euro. Nie wystąpił w żadnym meczu pucharowym.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga