Dołącz do nas

Piłka nożna

Kreatywna improwizacja w ataku

Avatar photo

Opublikowany

dnia

dsc_8934Temat wałkowany już wielokrotnie i na chwilę największy problem jeśli chodzi o zestawienie jedenastki GKS Katowice na mecze ligowe zawiera się w jednym słowie – napastnik. Tak po prawdzie, to od dość dawna GKS ma wielkie problemy na tej pozycji, tak ważnej przecież jeśli chodzi o zdobycze bramkowe. W zeszłym sezonie – w rundzie wiosennej – bramki jak na zawołanie strzelał Deniss Rakels, ale tak naprawdę poza nim nie było na tej pozycji wartościowego zmiennika. Jewhen Radionow nie spełniał pokładanych w nim oczekiwań. W związku z tym, gdy w końcówce sezonu Rakels dostał „wolne”, to nie na Ukraińca w składzie decydował się trener Rafał Górak, tylko ściągał zawodnika z pomocy – jak choćby Przemysława Pitrego czy Arkadiusza Kowalczyka.

Oczywistym było, że napastnika trzeba ściągnąć na początek nowego sezonu. Wybór padł na Michała Zielińskiego, zawodnika, który już przy Bukowej występował – za czasów Wojciecha Stawowego – i nie powalał swoją grą, ale kilka bramek ustrzelił – a w Ostrowcu Świętokrzyskim nawet dwie. Kibice jednak z dużym dystansem i raczej brakiem entuzjazmu podchodzili do pozyskania Ziela. Ten jednak w sparingach spisywał się nieźle i wydawało się, że jest w stanie kilka razy ukłuć bramkarzy rywali w lidze.

Co prawda jego pierwsze dwa mecze były słabe (Wigry, choć miał jeden dobry strzał, po którym był róg i w efekcie bramka) lub bardzo słabe (Flota), ale potem było już lepiej. Przede wszystkim zawodnik zdobył ładną bramkę z Sandecją, a potem dobił strzał Janusza Gancarczyka w meczu z Okocimskim. Jego pech polegał na tym, że już w pierwszej połowie meczu na Suchych Stawach odniósł kontuzję i tak naprawdę do zmiany kuśtykał na boisku. Z powodu urazu pauzował z Podbeskidziem i Bełchatowem (choć w tym drugim meczu był na ławce). Wrócił dopiero na spotkanie z Miedzią, ale dopiero po przerwie pojawił się na boisku. Zdecydowanie rozruszał nasz zespół, w efekcie jednej z jego akcji był rzut karny, który dał GieKSie zwycięstwo. W Łęcznej zawodnik się nie pojawił, ale od pierwszej minuty dostał szansę w pojedynku z ROW Rybnik. Zagrał dobry, intensywny mecz – z dużą pracą także w środku pola i na skrzydłach, zabrakło jednak strzałów. Kilka dni później z Arką było jednak bardzo słabo, zawodnik był zdecydowanie najsłabszy na boisku i został zmieniony już w przerwie. Być może to był mecz, który przesądził o jego pozycji w GieKSie, bo potem grał już incydentalnie i to zaledwie wchodząc na boisko po 80. minucie. Z jednym wyjątkiem. Bardzo niespodziewanie dostał szansę w pucharowym pojedynku z Zawiszą Bydgoszcz. Prawdopodobnie trener Kazimierz Moskal liczył na doświadczenia pikarza ogranego w ekstraklasie. Zieliński jednak mimo, że się starał – to zawiódł i w akompaniamencie gwizdów opuszczał boisko. Miał okazję na dość spektakularny come back, wszedł bowiem na ostatnie 10 minut meczu z GKS Tychy przy stanie 1:2 i miał znakomitą sytuację na wyrównanie, ale trafił w nogi bramkarza. Trzeba powiedzieć, że wszystko w tej akcji zrobił dobrze, bo strzał był dość mocny i precyzyjny, jednak Marek Igaz okazał się lepszy. To jednak był incydent w tych krótkich pobytach na boisku, bo w pozostałym czasie był niewidoczny.

Z racji słabej postawy Ziela, trenerzy woleli szukać napastnika wśród pomocników. Wiadomo, że gdy nie było na kogo postawić, stawiało się na Pitrego i tak też było w wielu meczach w rundzie jesiennej. Zaczął w spotkaniu Pucharu Polski z Podbeskidziem. Wiadomo, że tego typu zawodnik bardzo często gra plecami do bramki, aby przyjąć na klatkę piersiową czy głowę i odegrać do nadbiegających pomocników. I oczywiście ta rola tym razem była ważna, ale też Pitry zdobył bramkę jak rasowy napastnik w dogrywce, gdy precyzyjną główką umieścił piłkę w siatce. Potem jednak uchwycił słabszą formę i w spotkaniach z Bełchatowem oraz Miedzią wiele nie dał drużynie. W spotkaniu z Łęczną wrócił do pomocy. Z powodu słabszej dyspozycji Zielińskiego, po przerwie w meczu z Arką do ataku wszedł Pitry i po świetnym prostopadłym podaniu Tomasza Wróbla strzelił bramkę. Współpraca i porozumienie obu zawodników było w tej sytuacji kapitalne, bo zagranie było bardzo niekonwencjonalne i na nietypowy dobieg. W spotkaniu z Dolcanem gola nie strzelił, ale potwierdził wysoką dyspozycję. Potem zawodnik grywał dość naprzemiennie w ataku i w pomocy. Z Kolejarzem było bardzo przeciętnie, z Chojniczanką oddał strzał, który skutecznie do bramki dobił Sławomir Duda. W spotkaniu z Zawiszą (jako pomocnik) odniósł kontuzję i musiał pauzować. Powrócił jako najbardziej wysunięty zawodnik w meczu z Niecieczą i zaliczył dwie asysty… ze środka pola, gdy akurat cofnął się po piłkę. Ze Stomilem zagrał średni mecz, ale w końcówce zaliczył kapitalne podanie (już wycofany do pomocy), które doprowadziło do zdobycia zwycięskiej bramki. Ostatnie spotkania z Wisłą i Flotą były niezłe, a z Flotą zaliczył asystę (znów po przejściu do pomocy). Powtórzmy się, jak trudna jest analiza jednego zawodnika na jednej pozycji. Pitry bowiem po pierwsze miał takie mecze, w których zaczynał w pomocy, a kończył w ataku lub odwrotnie, po drugie – jako pomocnik często wychodził do przodu, a jako napastnik często cofał się i rozgrywał akcję, pozwalając przez chwilę innym zawodnikom „pobyć” napastnikiem. Pitry operuje raczej w środkowej osi boiska, tak więc na skrzydłach pracuje dużo rzadziej.

W początkowej fazie sezonu jako rezerwowy kilka razy pojawił się w ataku Arkadiusz Kowalczyk. Już z Wigrami jak rasowy napastnik strzelił bramkę na 2:0. To był jednak jeden przebłysk, jako rezerwowy z Flotą, Sandecją i Okocimskim nie pokazał się z dobrej strony. Potem w zasadzie poza dwoma incydentami nie grał.

Z Olimpią Grudziądz na szpicy został niespodziewanie wystawiony Tomasz Wróbel. Zagrał wyśmienicie, choć efekty były także ze środka pola. Tak było w sytuacji prostopadłego podania do Krzysztofa Wołkowicza, po którym ten strzelił gola. Jako napastnik zdobył natomiast czwartą bramkę, gdy tylko dołożył nogę po dośrodkowaniu Rafała Pietrzaka. Ten mecz to był jednak wyjątek, jeśli chodzi o Wróbla w ataku. I wcześniej, i później występował na pozycji ofensywnego pomocnika lub na skrzydle (co nie przeszkadzało mu zdobyć dwa gole z Dolcanem jako najbardziej wysunięty zawodnik w konkretnej akcji).

Osobnym tematem jest Grzegorz Goncerz. Zawodnik po raz pierwszy w ogóle pojawił się w składzie w meczu z Kolejarzem, a wypadł tak dobrze, że w kolejnym spotkaniu z Puszczą zagrał od początku i to niespodziewanie w napadzie. Mimo wielkiej ambicji zawodnik jednak nic wielkiego nie pokazał i można było pomyśleć, że pomysł z Gonzem na szpicy nie jest najlepszy. Po kilku kolejkach jednak trener Moskal znów postawił na niego w ataku – wprowadzając z ławki rezerwowych w meczu ze Stomilem. Grzegorz dał fantastyczną zmianę i strzelił dwa gole, zachowując się pod bramką jak rasowy egzekutor. W nagrodę od pierwszej połowy zagrał w Jaworznie i… zawiódł. Mimo, że kilka razy dobrze wychodził do piłki i miał ją już w polu karnym, to czegoś brakowało. To był słabszy mecz zawodnika. Ponownie z ławki wszedł na szpicę z Flotą i znów strzelił gola. Podsumować jego występy można w ten sposób, że wchodząc z ławki gra kapitalnie, a od początku – dość słabo. Świetne zmiany z Kolejarzem, Stomilem i Flotą kontrastują bowiem mocno z grą od początku przeciw Puszczy czy Tychom. Czy taka jest specyfika zawodnika na ten czas? Wiemy przecież, że w dawniejszych czasach potrafił od pierwszej minuty rządzić na boisku, jak choćby z ŁKS Łódź, kiedy strzelił bramkę w pierwszej połowie, a poprawił w drugiej. Na weryfikację przyjdzie czas wiosną. Faktem jest, że na skrzydłach pomocy zawodnik ma mocną konkurencję, a tej jesieni na prawej stronie nie miał okazji zbyt wiele pograć.

Incydentalnie na szpicy widzieliśmy też kilku innych zawodników, teoretycznie Krzysztof Wołkowicz został tak wystawiony w Łęcznej, ale zmieniał się z Pitrym. Chwilowo jako najbardziej wysunięci piłkarze pojawiali się też choćby Grzegorz Fonfara (w konkretnej akcji – wybiegał z głębi pola), a nawet Bartłomiej Chwalibogowski (były takie momenty w Łęcznej). Na pewno jednak nie byli oni ustawieni w ataku.

Problem z napastnikiem w GKS niewątpliwie istnieje. Symptomatyczne jest to, że mając zdrowych Michała Zielińskiego i Jewhena Radionowa, czyli nominalnych napastników, trener Kazimierz Moskal stawiał i kombinował z pomocnikami w ataku. To pokazuje, że szkoleniowiec woli postawić na zawodnika nienominalnego w ataku, co zdecydowanie nie świadczy dobrze o napastnikach. Zresztą z Radionowem już się w GKS pożegnano, a jaka przyszłość czeka Ziela – wie chyba sam trener.

Trzeba przyznać, że Pitry, Goncerz czy Wróbel bardzo pomogli GieKSie grając na szpicy, ale nie chodzi o to, by całe życie grać tylko pomocnikami. GKS potrzebuje rasowego snajpera, prawdziwego typowego napastnika, który będzie gwarantem konkretnej liczby bramek w rundzie. Takim napastnikiem był Rakels, o którym coraz głośniej mówi się, że mógłby do GKS wrócić. Inną kwestią jest, czy Łotysz po braku gry w Lubinie i różnego rodzaju przejściach pozasportowych w klubie i młodzieżowej reprezentacji Łotwy, będzie na wiosnę w dobrej formie fizycznej i psychicznej. Faktem jest, że w Katowicach póki co zawodnik czuł się najlepiej.

Wystawianie pomocników w ataku należy nazwać pewnego rodzaju improwizacją – grunt, że ta improwizacja była kreatywna ze strony zarówno trenera, jak i piłkarzy, dlatego mieliśmy efekty w postaci bramek i punktów. Mimo wszystko jednak oczekujemy wzmocnienia pierwszej linii, jeśli GKS ma się liczyć w walce o ekstraklasę.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Moje 30 lat

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Obecny tydzień mija mi pod znakiem jubileuszy. Dokładnie dzisiaj mija mi 30 lat z GKS Katowice. Pomyślałem sobie, że więcej napiszę o tym w felietonie przed meczem z Pogonią Szczecin. Tym bardziej, że już w sobotę będzie kolejna okrągła rzecz – ponieważ wczorajszy pojedynek z Wieczystą był moim 699. meczem GKS Katowice. To wszystko – przyznam – robi na mnie wielkie wrażenie. To kawał życia i bardzo ważna jego część. Ale tak jak mówię – kilka słów więcej napiszę w piątkowym felietonie przedmeczowym. Ale swoją drogą – myślę sobie, że mógłbym napisać pokaźnych rozmiarów książkę, bo historii, anegdot  było po prostu przez te 30 lat całe mnóstwo.

Trafiam z tymi jubileuszami na bardzo dobry czas. Zarówno w krótkim, jak i w dłuższym kontekście. Wiadomo – ostatnie 2,5 roku to pasmo radości i sukcesów. Udana walka o ekstraklasę, a potem naprawdę godne reprezentowanie klubu na piłkarskich polskich salonach. Choć bywały momenty lepsze i gorsze, to oba zakończone sezony były po tych 19 latach posuchy po prostu kapitalne. Z czego drugi dał nam Europę, co było przygodą niesamowitą i jedynie zaostrzyło apetyty na powtórkę. Jak sobie przypominam wyjazdy do Żyliny czy Miszkolca, to myślę sobie, że kurcze chciałbym to powtórzyć, że chcę więcej. A mecze u siebie ze Słowakami i Hapoelem też przecież były piłkarskim świętem.

W obecnym sezonie GieKSa nie zwalnia. Mimo swoich problemów – defensywnych czy na wyjazdach – sumarycznie notuje bardzo dobry początek sezonu. Posłuchajcie na przykład tego – w poprzednim sezonie na koniec jesieni mieliśmy 20 punktów. Teraz w połowie października mamy tych punktów 18. Czyli już za chwilę przebijemy ten zeszłoroczny dorobek. Rok temu po 10 kolejkach mieliśmy o 10 punktów mniej.

Myślałem nawet, że to może być najlepszy dorobek punktowy po 10 kolejkach za czasów drugiej kadencji trenera Góraka. Tu jednak w sezonie zakończonym awansem do pierwszej ligi GieKSa miała 20 punktów. Nie zmienia to faktu, że 6 zwycięstw w 10 meczach daje solidny dorobek nawet mimo czterech porażek. Bo grunt, że GieKSa tych meczów, których nie przegrała, nie zremisowała, tylko wygrała.

Rok temu złapaliśmy bardzo dobrą serię późną jesienią. Były wygrane z rzędu z Motorem, Koroną i Termaliką. Tamte punkty były potrzebne jak tlen i pozwoliły nie zakopać się w dole tabeli. Ostatecznie jesień skończyliśmy tuż pod kreską, ale z tego co pamiętam z tą samą liczbą punktów, co pierwsza drużyna nad nią.

Teraz GieKSa zapunktowała wcześniej, a wpływ na ten dorobek mają oczywiście trzy ostatnie mecze, w których Katowiczanie go podwoili. Rozgrywki ligowe mają tę specyfikę, że jak złapiesz serię zwycięstw, to bardzo szybko wędrujesz w górę tabeli i przede wszystkim – bardzo oddalasz się od dołu. I jak zarówno w pierwszym sezonie liczyliśmy punkty nad (albo wewnątrz) strefą spadkową, tak teraz – na tym etapie sezonu – mamy aż 10 punktów przewagi. I najzwyczajniej w świecie możemy spać spokojnie. GieKSa już nie jest żadnym kandydatem do spadku. Oczywiście czujność zawsze trzeba zachować, ale przesunęliśmy się w hierarchii i idziemy do przodu, czyli… w górę.

Wczorajszy mecz bardzo cenię. GKS miał swoje problemy, dyspozycja nie była najwyższa, a rywal pokazał się z dobrej strony. Wieczysta to nie są leszcze Stefan. Widziałem ich mecze i potrafili grać efektownie i skutecznie. Mają swoje kłopoty, próbują tę drużynę indywidualności jakoś sklecić, stąd wyniki nie do końca są takie, jakby sobie życzyli. Ale pokazali przecież swoją moc, gdy wygrali w Gliwicach czy ostatnio wysoko z Wisłą Płock. Zremisowali w Łodzi, mimo że dwukrotnie przegrywali.

I zaprezentowali swój futbol w Katowicach. Oddali więcej strzałów, także celnych, mieli większe xG. Mieliśmy trochę szczęścia, że w kapitalnych sytuacjach Semedo czy Piazon fatalnie pudłowali. Wynik był cały czas na styku.

Bardzo podobał mi się początek meczu, pierwsze pół godziny. GKS znów grał bardzo intensywnie, pressował, nie dawał specjalnie rywalowi pograć w piłkę. I co najważniejsze – strzelił gola. To jest taka mała, a jednak decydująca różnica. Mówię o porównaniu z meczami, w których niby początek jest dobry i intensywny, ale do siatki nie trafiamy i później są kłopoty. Do samych bramek zaraz przejdę, bo zasługują na osobne potraktowanie.

Po tej półgodzinie oddaliśmy piłkę i pole rywalom. Nie stwarzaliśmy sobie sytuacji, musieliśmy się skupiać na obronie. Poczytuję to trochę jako „odchorowanie” tej intensywności z Częstochowy i początku meczu z Wieczystą. I to jest kompletnie sytuacja, która ma prawo się przydarzyć i nie ma co psioczyć. Po prostu trzeba wtedy mocniej skupić się na defensywie i grać w niej skutecznie. I ostatecznie Wieczysta swoją jakością stworzyła sobie sytuacje, natomiast daleki jestem od tego, żeby negatywnie ocenić naszą grę obronną w tym meczu. Błędy oczywiście się pojawiały, ale to nie były jakieś fatalne pomyłki. Ot zwykła gra defensywna, rzetelna.

Nie ustrzegliśmy się straty bramki. Tutaj jest kwestia do poprawy, gdyż straciliśmy ją podobnie, jak dwie z Cracovią, czyli po wrzutce i z czego jeden gol z Pasami i teraz były po centrze niemal spod bocznej linii boiska. Błąd w ustawieniu? Komunikacji? To już sobie sztab z piłkarzami przeanalizują.

W piłce liczą się bramki i ta prawda wyjątkowo mocno zaistniała we wczorajszym pojedynku. I to nie były jakieś farfocle, gdzieś tam fuksem wepchnięte do bramki przeciwnika. W kluczowych momentach – gdy trzeba było – Katowiczanie dali popis techniki, kunsztu i zespołowości. Oba gole były wspaniałe. Najpierw Marcel pociągnął dynamicznie, podał do Bartka Nowaka, a ten wypatrzył swojego ulubionego Ilję Szkurina. Sposób, w jaki Ilja wbił tę bilę do łuzy był fantastyczny. To było magiczne dotknięcie, z gracją, ale przede wszystkim z pewnością i zaufaniem do swoich umiejętności. A potem Ilja włączył swoją dynamikę i kapitalnym podaniem obsłużył Borję Galana. Co zrobił Hiszpan, to ja nie wiem. Jak on wypatrzył tego Bartka, jak mu podał. Strzelanie do pustej bramki bardziej kojarzy się z podaniem poprzecznym, którym mija się bramkarza. Borja zagrał prostopadle, do tyłu, ale w taki sposób, że kapitan GieKSy miał praktycznie całą bramkę do dyspozycji, wystarczyło jedynie dołożyć nogę. Majstersztyk.

Bardzo ważne jest to, że w po tym okresie pewnej dominacji Wieczystej i po strzeleniu przez nich gola, GKS jednak ruszył po tę bramkę. I przeprowadził tę jedną, decydującą akcję. Nasz zespół w tym meczu za bardzo nie atakował. Ale gdy trzeba było – zrobił to. To jest po prostu adaptacja do warunków meczowych.

GieKSa nie będzie grać w każdym meczu tak ofensywnie i efektownie. Zdarzą się mecze lepsze i słabsze. Ale jeśli taki mecz udaje się wygrać, to ma to podwójną wartość. I najlepsze jest to, że nie mówimy tutaj o przepchnięciu meczu kolanem. Mówimy o tym, że GieKSa wygrała wspomnianym kunsztem w konkretnych dwóch akcjach. Coś pięknego.

Włożę teraz łyżkę, a może nawet dość dużą łychę dziegciu. Ale to do nas – kibiców. Abstrahując od niższej frekwencji – wiadomo poniedziałek itd. To gdy po końcowym gwizdku nagle wszyscy zaczęli się zbierać do chaty, to niestety pojawiły się smutne dla mnie obrazki. Ci z Blaszoka jeszcze jakoś zostali przytrzymani, żeby świętować z drużyną, chociaż przerzedziło się nieco. Ale gdy po radości z Blaszokiem piłkarze, jak to mają w zwyczaju, zaczęli dziękować kolejnej trybunie, to autentycznie był to… żenujący obrazek. Te trybuny były już całkowicie, ale to całkowicie puste. Naprawdę przykro patrzyło się na drużynę, która po trzecim zwycięstwie z rzędu bije brawo do pustych trybun. Ludzie, ja wiem, że poniedziałek i rano trzeba cisnąć do roboty, ale naprawdę zostać te pięć minut dłużej i podziękować drużynie za kapitalny wynik i grę w tych dwóch ostatnich meczach by po ludzku wypadało.

W sobotę mecz z Pogonią i zapowiada się fenomenalne widowisko. My mamy nadzieję, że GieKSa dalej będzie z tym swoim pazurem i dobrą formą piłkarską, ale trzeba się liczyć z tym, że i Pogoń jest w gazie. Czeka nas arcytrudne zadanie, zaryzykowałbym stwierdzenie, że najtrudniejsze u siebie w obecnym sezonie. Wiem też, że GieKSę stać na wielkie rzeczy.

Nie mam jakiegoś ciśnienia, żeby akurat z powodu mojego jubileuszu był korzystny wynik, dla mnie liczą się te liczby same w sobie, a wynik też sam w sobie, ale jakoś nie łączę tych rzeczy. Natomiast bardzo mocno będę trzymał kciuki za tę ekipę, bo tak jak pisałem wielokrotnie – są niesforni, a jednocześnie kapitalni. Nie da się nie lubić tej drużyny. I po prostu uważam, że to wielkie szczęście być kibicem GKS Katowice.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Górak: Czasem trzeba rzucić ofiarność

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po meczu wypowiedzieli się trenerzy GKS Katowice i Wieczystej – Rafał Górak i asystent Željko Kopića – Florentin Petre. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.

Florentin Petre (II trener Wieczystej):
Pierwszą połowę zaczęliśmy źle, ale ostatnie 20 minut graliśmy już swoją grę. Mieliśmy szansę, żeby coś strzelić, a po przerwie zaczęliśmy dobrze, mieliśmy dobre momenty, mogliśmy strzelić bramki. Wynik 2:1 to taki wynik niezbyt sprawiedliwy, wynik 2:2 byłby bardziej sprawiedliwy, choć to gdybanie. W ostatnich 15 minutach przycisnęliśmy, mieliśmy sporo szans na zdobycie gola, ale piłka nie zawsze wygląda tak, jak byśmy chcieli.

Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Trzeba oddać przeciwnikowi, graliśmy bardzo trudne spotkanie, rywal dał nam się we znaki – swoją fizycznością i umiejętnością gry w piłkę. Jestem pod wrażeniem przeciwnika i tym bardziej chylę czoła przed moim zespołem, bo zagrali bardzo dobry mecz. Chcielibyśmy być może mieć jeszcze więcej animuszu i kontroli, ale kiedy nie jesteś przy piłce to też warto tę kontrolę mieć.

Największy problem mieliśmy w 15 minutach drugiej połowy, kiedy rywal atakował już bardzo odważnie i wydawało mi się, że jak wytrzymamy jeszcze 3-5 minut, nie stracimy bramki, to odpowiemy skutecznie. Szykowaliśmy zmiany, ale ciut zabrakło mi czasu. To nie wina zawodników, którzy nie zdążyli wejść czy tych, którzy zeszli. Bardzo dobra energia wszystkich wchodzących i to mnie bardzo cieszy, bo dziś wygraliśmy zespołowością, nastawieniem i trzeba rzucić ofiarność, która może nie jest bardzo lubiana przeze mnie, ale bardzo ją doceniam, bo zawodnicy wykonywali świetną robotę w defensywie.

Naprawdę oddaję rywalowi, że spotkaliśmy się z rywalem bardzo trudnym, bardzo doceniam i szanuję te punkty.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna Wywiady

Kowalczyk: Spodziewaliśmy się, że Raków coś zmieni

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Zapraszamy do wywiadu ze strzelcem bramki na 3:1 dla oraz młodzieżowym reprezentantem Polski Mateuszem Kowalczykiem. 

Pewne zwycięstwo GieKSy w Częstochowie. Wróciłeś też do zespołu po przerwie reprezentacyjnej. Jak się czułeś na boisku i jak gra ci się w masce?

Mateusz Kowalczyk: Przede wszystkim cieszy wreszcie zwycięstwo na wyjeździe, i to dosyć przekonujące. Może poza tymi pięcioma–dziesięcioma minutami pod koniec pierwszej połowy, ale poza tym było naprawdę okazale. Realizowaliśmy to, co sobie założyliśmy, więc to na pewno cieszy.
Jeśli chodzi o maskę, to myślę, że po jakimś czasie już się do niej przyzwyczaiłem. Na początku był lekki dyskomfort, ale jeśli mam strzelać gole, to mogę w tej masce zostać już do końca. Zobaczymy.

Wspomniałeś o przekonującym zwycięstwie. Opowiedz o realizacji planu na dzisiejszy mecz.

Myślę, że w Rakowie zaszły spore zmiany i chcieliśmy to wykorzystać. To jeszcze nie jest ten Raków, który oglądaliśmy wcześniej. Dużo się tam zmienia, więc staraliśmy się znaleźć na to sposób. Z boiska wydawało mi się, że chcieliśmy wykorzystywać przestrzenie w środku, a następnie przenosić grę na boki. To nam się udawało. Szkoda, że straciliśmy bramkę na 1:1, bo Raków po zdobyciu gola trochę nas przycisnął. Jednak szybka bramka w drugiej połowie pozwoliła nam ponownie kontrolować mecz i ostatecznie doprowadziła do zwycięstwa. To bardzo cieszy.

To pokazuje, że zespół wykonał dobrą pracę podczas tych trzech tygodni. Ciebie nie było, bo przebywałeś na zgrupowaniu reprezentacji, ale szybko wkomponowałeś się w drużynę. Widać, że jako kolektyw zmierzacie w dobrym kierunku?

Dokładnie. Widać, że dobrze przepracowaliśmy ten okres. Sam oglądałem na YouTubie sparing i widziałem, jak to wszystko wyglądało, więc cieszę się, że idziemy w tym kierunku. Mam nadzieję, że złapiemy stabilność, szczególnie na wyjazdach, i zaczniemy zdobywać coraz więcej punktów, żeby zapewnić sobie spokój w trakcie sezonu i utrzymać GieKSę w Ekstraklasie.

Chciałbym też zapytać o czas spędzony z reprezentacją. Był bardzo dobry mecz ze Szwecją na Arenie Katowice. Nie chcemy skupiać się na spotkaniu z Włochami, ale ostatecznie awansowaliśmy na Mistrzostwa Europy. Jak wspominasz ten okres i jak czułeś się w reprezentacji?

Nie ukrywam, że każde zgrupowanie daje mi bardzo dużo. Jako piłkarz muszę chłonąć wiedzę od trenerów. Z kolegami również dobrze się dogadujemy i mamy bardzo rodzinną atmosferę. Jeśli chodzi o mecz ze Szwecją, to było fajnie. Wydaje mi się, że mieliśmy go pod pełną kontrolą i udało się wygrać w dobrym stylu. Włochy natomiast pokazały nam trochę futbolu i dały nam lekcję. Mimo że nie wszystko poszło tak, jak zakładaliśmy, ostatecznie cieszy awans. Być może ta porażka była nam potrzebna, żeby w przyszłości, już podczas Mistrzostw Europy i meczów z kolejnymi rywalami, pamiętać o tej lekcji i wyciągnąć wnioski. Sam awans bardzo cieszy. Myślę, że większość chłopaków, a pewnie każdy, oglądała ten mecz. Nawet po awansie dzwoniliśmy do siebie i rozmawialiśmy. Bardzo się cieszę, że udało się bezpośrednio awansować na Euro.

W poniedziałek wieczorem gracie kolejny mecz. Po takim zwycięstwie energii i pozytywnego nastawienia chyba wam nie zabraknie?

Dokładnie. Specyfika terminarza jest taka, że gramy mecze w krótkich odstępach, więc czasu na regenerację jest niewiele. Myślę, że to zwycięstwo dało nam kolejny powód, żeby w dobrych humorach i z odpowiednim nastawieniem przystąpić do poniedziałkowego spotkania. Musimy jak najszybciej się zregenerować i przygotować do meczu. Gramy u siebie i liczymy na wsparcie kibiców, bo na pewno będzie nam potrzebne, żeby zdobyć trzy punkty.

Byliście zaskoczeni łatwością, z jaką przedzieraliście się w pole karne Rakowa Częstochowa? W poprzednich sezonach Raków słynął z żelaznej defensywy, a dzisiaj wyglądała ona na bardzo nieszczelną.

Nie ukrywam, że spodziewaliśmy się , że w Rakowie pojawi się sporo nowych rozwiązań. Tak jak mówiłem wcześniej, ten zespół przechodzi pewnego rodzaju przebudowę. Znajduje się chyba w jednym z trudniejszych momentów w Ekstraklasie od X lat, więc na pewno nie jest to dla niego łatwa sytuacja. Chcieliśmy to wykorzystać. Wydaje mi się, że realizacja naszego planu przebiegała zgodnie z założeniami. Rywale nie do końca wiedzieli, jak poruszać się w tej czwórce obrońców, a nasze wejścia w wolne przestrzenie i częste zmiany stron sprawiały im spore problemy. Po strzelonej bramce Raków mocno nas jednak wypchnął. Popełniliśmy kilka prostych błędów i był to trudniejszy moment spotkania. W drugiej połowie mieliśmy już mecz pod kontrolą. Oby jak najwięcej takich połów.

W gruncie rzeczy Raków stworzył sobie tylko jedną sytuację, tę Oskara Repki w samej końcówce drugiej połowy. To było bronienie wyniku po profesorsku.

Też mi się tak wydaje. Wcześniej było kilka sytuacji, w których mogliśmy zachować się lepiej, ale nie da się w stu procentach wyeliminować zagrożenia. W Rakowie również grają bardzo jakościowi piłkarze i jest to dobra drużyna. Cieszę się, że udało się wygrać ten mecz bez większych nerwów. Potrzebowaliśmy przekonującego zwycięstwa na wyjeździe, bo wcześniej mieliśmy z tym ogromne problemy. W końcu udało się to zrobić, więc po przerwie reprezentacyjnej możemy z pozytywną energią kontynuować dobrą grę w Ekstraklasie.

Wróciłeś do zespołu, w którym większość zawodników nie była powołana do reprezentacji. Czułeś po powrocie to, że jednak nie spędziłeś w klubie tych kilku tygodni?

Nie, kompletnie. Spędziłem w GieKSie już tyle czasu, że dobrze znam ten system i nie sprawiło mi to większego problemu. Cieszę się, bo widać, że chłopaki bardzo mocno przepracowali ten okres. Taktycznie nie zmienialiśmy zbyt wiele, więc wystarczyło potrenować raz czy dwa i można było wrócić do pełnych obrotów na mecz.

Na koniec potrzebuję pomocy multimedialnej. Czy planujesz po sezonie zmianę numeru?

Nie, nie, nie. Na pewno nie. Zdecydowanie. Śmiechy śmiechami, ale w życiu.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga