Piłka nożna
Historia potyczek ligowych GieKSy z Pogonią
Ja dotąd na poziomie ligowym GKS spotykał się z Pogonią Szczecin aż 53-krotnie. Dlatego też artykuł z oczywistych względów będzie zawierał pobieżny opis pojedynków obu drużyn.
Pierwsze historyczne spotkanie zostało rozegrane w sezonie 66/67. Grająca na własnym stadionie GieKSa tylko zremisowała z beniaminkiem ze Szczecina 1:1. GKS-owi prowadzenie dał Śliwa, ale kilka minut później wyrównał Łowkins. Po meczu trener Nikiel powiedział: „Nie mogę zrozumieć co się stało z moimi podopiecznymi. Rozegraliśmy chyba najgorszy mecz w ekstraklasie”. Dodatkowy komentarz jest zbędny. W rewanżu jednak odebraliśmy co swoje i zwyciężyliśmy po golu Anczoka. Na koniec sezonu oba zespoły utrzymały się w lidze a tym samym dały początek długiej rywalizacji pomiędzy oboma klubami. GKS z Pogonią konfrontował się regularnie jeszcze przez cztery sezony. W sezonie 67/68 padł pierwszy bezbramkowy remis oraz pierwsza wygrana Portowców. Pogoń wygrała w Szczecinie po golu Kieleca 1:0. Sezon później znów lepsza była drużyna z Pomorza. Bezbramkowy remis padł tym razem w Szczecinie, a w Chorzowie na Stadionie Śląskim Pogoń odniosła pierwsze wyjazdowe zwycięstwo (0:2) po golach Kasztelana i ponownie Kieleca. Na przełomie lat 60-tych i 70-tych wreszcie lepszy był GKS. Na Pomorzu padł remis bez goli, ale na Górnym Śląsku gospodarze wygrali 3:0 (Strzelczyk, Nowok, Pluta). Ten mecz też nie był rozgrywany na Bukowej, tylko tym razem w Siemianowicach. Bukowa w tamtych sezonach była modernizowana. W sezonie 70/71, w którym GKS rywalizował m.in. z Barceloną najpierw ekipa trenera Strzykalskiego wygrała 3:0 (J. Glick, Olsza, Zuzok (k)), a potem poległa 3:2 (Jakóbczak x3 – Nowok x2). Pierwsze z tych spotkań było już rozgrywane na naszym obiekcie w Katowicach. Po tym sezonie Trójkolorowi opuścili szeregi I-ligowców (ówczesna Ekstraklasa) i z Pogonią spotkali się dopiero po ośmiu latach. Było to w sezonie 78/79 w Ekstraklasie, tym razem beniaminkiem była GieKSa, która u siebie wygrała 2:1 (Brzeźniak, Stańczyk (sam.) – Krasowski). Na wyjeździe Katowiczanie już musieli uznać wyższość gospodarzy, którzy pewnie wygrali 3:0 (Klasa, Wolski, Kensy). Drużyna trenera Oślizły miała wtedy wyraźnie słabszy dzień. GKS na koniec sezonu został sklasyfikowany w środku tabeli, Pogoń zaś spadła z ligi.
GKS do Pogoni dołączył już w latach 80-tych. Oba kluby spotkały się w zreformowanej II lidze, konkretnie w grupie Zachodniej. W tamtych sezonie w każdym z meczów wygrywali goście i za każdym razem ledwie po jednym goli. Portowcom wygraną dała bramka Włocha, a Trójkolorowym Rzeszutka. Pogoń awansowała, a rok później to samo uczynił GKS. Przez najbliższe siedem lat oba klub regularnie rywalizowały w najwyższej klasie rozgrywkowej. Przez pierwsze dwa Pogoń nie dawała szans GieKSie. Zwłaszcza drugi mecz można określić prawdziwym ‘kubłem zimnej wody’: GKS 0:1 Pogoń (Stelmasiak); Pogoń 6:0 GKS (Włoch, Biernat x3, Stelmasiak, Sokołowski), Pogoń 4:0 GKS (Ostrowski, Leśniak, Wolski, Krupa) i 1:2 (Rzeszutek – Ostrowski, Kensy (k)). W kolejnych sezonach rywalizacja była już bardziej wyrównana, no może poza meczem w Szczecinie w sezonie 86/87:
84/85: GKS 2:0 Pogoń
84/85: Pogoń 1:0 GKS
85/86: Pogoń 0:0 GKS
85/86: GKS 5:4 Pogoń
86/87: GKS 1:1 Pogoń
86/87: Pogoń 7:2 GKS
87/88: Pogoń 2:1 GKS
87/88: GKS1:0 Pogoń
88/89:Pogoń 1:1 GKS
88/89:GKS 2:0 Pogoń
Po sezonie 88/89 Portowcy opuścili I ligę i tym samym przez 2 lata nie mieli okazji mierzyć się z zespołem ze stolicy Górnego Śląska.
W latach 90-tych, czyli w złotych latach GieKSy przez sześć sezonów dochodziło do potyczek z Granatowo-bordowymi. Pierwsza miała miejsce w sezonie 92/93 w zremisowanym meczu 1:1, chociaż wszystkie bramki zdobywali piłkarze gospodarzy Stolarczyk samobójczą oraz Dymkowski w 90 minucie doprowadzając do wyrównania. W Katowicach zwyciężyli gospodarze po golu Świerczewskiego. Sezon później powtórzył się scenariusz z pierwszego spotkania z przed roku, czyli 1:1. Tym razem w 90 minucie gola strzelił gracz GieKSy Wolny, wcześniej trafił Jaskólski. Na wyjeździe wynik był identyczny. Trafiali Mandrysz dla Pogoni i Maciejewski z karnego dla naszej drużyny. W sezonie 94/95 dwukrotnie lepsza była Pogoń wygrywając u siebie 1:0 (Araszkiewicz) i na wyjeździe 1:2 (Borawski – Studziński, Moskalewicz). Sezon później ponownie lepszy bilans w dwumeczu był po stronie Portowców – 1:0 (Dymkowski) oraz 1:1 (Pikuta – Dymkowski). Mimo to Pogoń musiała przegryźć gorycz spadku, by po roku wrócić do Ekstraklasy i znów rywalizować m.in. z GKS-em Katowice. GieKSa nie dała szans beniaminkowi w obu meczach wygrywając dwukrotnie 3:2. W Katowicach gole zdobywali Polarz, Wojciechowski i Kucz dla GKS oraz Leszczynski i Moskalewicz dla Pogoni. W rewanżu gole na swoje konto zapisali Koniarek, Moskal i Florek dla nas i dwa Mandrysz dla gospodarzy. Ostatni dwumecz lat 90-tych (spadkowy dla GieKSy) był już wyrównany. Każda z drużyn na własnym terenie inkasowała 3 punkty. Katowicom dał je gol Kubisza, a Pogoni bramka Stolarczyka.
W drugim tysiącleci kibice mogli podziwiać jedenastki obu klubów w bezpośrednich meczach jak dotąd trzynaście razy. Te trzynaście spotkań należy podzielić na okres gry w Ekstraklasie oraz I lidze po kilkuletniej przerwie. Pierwszy okres należał zdecydowanie dla GieKSy. Na inaugurację sezonu 00/01 bramek nie było, w rewanżu w sumie trzy o czym świadczy wynik 1:2 (Dźwigała (k.) – Moskała, Bała. Sezon później Trójkolorowi wygrali już oba mecze po 1:0. W obu spotkaniach trzy punkty zdobywaliśmy dzięki skuteczności Gajtkowskiego. Sezon 02/03 to wygrana na Bukowej 2:0 (Wydmuszek(sam.), Wróbel) i remis bez goli na wyjeździe. Koniec końców Pogoń znów spadła i znów po zaledwie roku w ówczesnej II lidze uzyskała promocję. Lata 04/05 były ostatnimi dla GieKSy w Ekstraklasie. Do spadku przyczyniła się porażka na Pomorzu 4:2 (Milar x2, Bugaj, Masternak – Andruszczak, Wróbel). Nie pomógł też remis w Katowicach 1:1 (Bartnik – Grzelak).
Na poziomie dzisiejszej I ligi rywalizację wznowiono w sezonie 09/10. Na dzień dobry w Szczecinie gospodarze nie dali szans GKS-owi i wygrali bez większego wysiłku 3:0 (Petasz, Lebedyński x2). W drugim meczu po wielkich emocjach skazywana na pożarcie GieKSa pokazała charakter remisując 2:2. W tamtym pamiętnym meczu na trybunach zasiadło około 8000 kibiców, a w loży VIP rzekomo grono sponsorów, którzy mieli uratować tonący w długach klub. Do przerwy gospodarze prowadzili po golu Iwana. Kilka minut po rozpoczęciu drugiej połowy nie dość, że z boiska wyrzucony został Kamiński, to jeszcze rzut wolny po jego faulu na cudownego gola zamienił Petasz. W 73. minucie legenda Pogoni – Moskalewicz dał gościom prowadzenie i wydawało się, że jesteśmy bez szans. Tak się nie stało, w 84. Minucie Kaliciak dał ekipie Nawałki remis. Mimo, że mecz kończyliśmy w 9 po czerwieni dla Mikulenasa, to udało się utrzymać ten wynik do końca. W poprzednim sezonie emocji również nie brakowało. W meczu kończącym rundę jesienną GKS zdołał po ogromnych emocjach odnieść sukces na wyjeździe i wygrać 3:4 (Ława x2, Petasz – Pitry, Karwan, Dziedzic, Nowak). Do 85 minuty przegrywaliśmy 3:1. Ożywiony wpuszczonymi z ławki Karwanem i Sadowskim GKS zdołał w kilka minut zdobyć aż trzy bramki! Wystarczy dodać, że ten mecz był nominowany do Złotego Buka w kategorii „Wydarzenie roku”. W Katowicach Pogoń odebrała, to co straciła u siebie i triumfowała 1:2 ( Łuszkiewicz(sam.) – Frąszczak, Radler). W tym sezonie u siebie GKS zaprezentował się jeszcze gorzej i przegrał 0:2 (Noll, Djousse). W tym meczu GieKSa zagrała fatalnie i nie miała po swojej stronie żadnych argumentów, by chociaż powalczyć o remis.
GKS dotąd konfrontował się z Pogonią 53-krotnie. Lepszy bilans mają szczecinianie, którzy wygrywali 20 razy. GieKsa ma dwa zwycięstwa mniej. Aż 15 razy mecze tych drużyn kończyły się podziałem punktów. Pogoń zdecydowanie dominuje bramkami nad GKS-em. Portowcy mają ich na swoim koncie aż 72, a Trójkolorowi tylko 58.
Felietony Piłka nożna
A jak Nowa Bukowa – to koncert
Żodyn się nie spodziewoł – żodyn. Że GKS Katowice na swoim boisku znów zagra bardzo dobry mecz. No dobra, ale żarty na bok. Bo mimo tych serii u siebie czy na wyjeździe – nigdy nie ma gwarancji, że u siebie stracimy w końcu jakieś punkty. Tak samo, jak nie jest przecież pewne, że na wyjeździe przegramy. Każde serie mają swój koniec i może to się wydarzyć w zupełnie dowolnym momencie. Dlatego trzeba było być czujnym przed meczem z Wisłą Płock i w żadnym stopniu nie przypisywać sobie trzech punktów przed pierwszym gwizdkiem tylko dlatego, że tak nakazuje statystyka.
Natomiast nie spodziewałem się, że GieKSa zagra aż tak dobrze. A wcale wynik nie musiał taki być. Bo to Wisła pierwsza w tym meczu zaatakowała i stworzyła sobie kilka bardzo groźnych sytuacji w pierwszych dziesięciu minutach meczu. Warto tu naprawdę zwrócić uwagę na pracę Ilji Szkurina w defensywie. To właśnie Ilja był naszym kluczowym obrońcą w tym momencie meczu, dwukrotnie stając na linii toru lotu piłki zmierzającej w światło bramki. To tylko pokazało coś – co mam wrażenie, że od kilku meczów jest obecne – że Ilja coraz lepiej pracuje na boisku i jak widać, także w destrukcji może być efektywny.
No i Wisła się w tej pierwszej połowie wyszumiała. Potem grała już tylko GieKSa. Pierwszą wisienką była bramka Emana Markovića. Emana, który póki co w tym sezonie nie notował udanych występów. Tutaj popisał się pięknym, precyzyjnym uderzeniem, trafiając w okienko bramki Leszczyńskiego. Ale cała akcja była kapitalna, bo przecież Eman przemieścił się z prawej strony boiska na lewą, rozprowadził tę akcję, a potem z pierwszej piłki pograł z Borją. Wszystko w tej akcji zagrało idealne. Potem Eman już grał bardzo dobrze, tak jakby coś mu się odblokowało. Był szybki, dynamiczny i dochodził do kolejnych sytuacji. Szkoda, że w tej, gdy minął bramkarza, nie podciął piłki i Halind-Sangré zdołał ją wybić.
Rzut karny. Absurdalna historia dla GKS Katowice. Mieliśmy dwie jedenastki na wyjeździe z Puszczą, potem na Rakowie w pierwszym sezonie w ekstraklasie. W poprzednich rozgrywkach w lidze mieliśmy… jedną jedenastkę w meczu z Górnikiem. I dopiero teraz przyszedł rzut karny. To, o cieszy – to że Arek Jędrych tak pewnie ją wykonał, podobnie zresztą jak z Hapoelem. Różnie to z tymi karnymi kapitana w przeszłości było, ale te dwa ostatnie były kliniczne.
Wisła przypuściła atak w drugiej połowie. Płocczanie zaczęli dominować, nabijali stałe fragmenty gry, kotłowało się pod naszym polem karnym, ale nie tak groźnie jak w pierwszej połowie. No i mieli tę sytuację sam na sam Hamulića. I choć piłka być może nie leciała w światło bramki, to Mateusz Kowalczyk nie mógł o tym wiedzieć. Instynktownie pobiegł ratować tę sytuację i w spektakularny sposób wybił piłkę. Przy czym Kowal rozegrał świetny mecz i można jedynie powiedzieć, że… brakowało go. Brakowało właśnie tej wyrobniczej, twardej pracy w środku pola we wcześniejszych meczach. Tutaj jego praca była nieoceniona i pokazała, że musimy ciągle szukać tego balansu w środku pomiędzy technikami, a ludźmi od czarnej roboty. Bo to oni są podstawą dla technicznych zawodników, nie odwrotnie. Tak jak dobrą drużynę buduje się od tyłu, tak i w środku pola wszystko zaczyna się od neutralizowania ataków przeciwnika.
I wtedy ci artyści mogą grać. Jak Bartosz Nowak, który po ostatnich słabszych występach, wczoraj znów błysnął. Trzy asysty w drugiej połowie to było coś, co pokazuje, że on to ciągle ma. Dośrodkowanie z rzutu rożnego w punkt, a przecież odchodzącą piłkę jest nieco trudniej zagrać. Potem szybka reakcja po podaniu Sekulskiego, minięcie bramkarza i wypatrzenie Ilji w polu karnym. W końcu asysta do Jakuba Kokosińskiego. Znów Bartek zgłosił akces nie wiadomo gdzie, ale nie będę się na ten temat rozpisywał, bo już masa nerwów poszło na jednego trenera, który jest selekcjonerem.
GKS się otrząsnął z tej przewagi Wisły i właśnie swoje kolejne bramki strzelał. Wyszło tak, że Pau Resta miał tylko dołożyć głowę do tej zagranej z rzutu rożnego piłki i Hiszpan zaliczył swoje pierwsze trafienie w GKS. Bardzo cieszy bramka Ilji – i jak mówimy, że GieKSa u siebie wygrywa, to nie sposób pominąć wkładu Białorusina, bo przecież w każdym z tych czterech meczów strzelił bramkę. I sama jego gra jest po prostu coraz lepsza. Należy mu kibicować, bo możemy mieć mnóstwo radości z jego poczynań.
No i ta kolejna wisienka na torcie. Gdy sędzia Tomasz Kwiatkowski pokazał, że dolicza zaledwie jedną minutę – taki standard „światowych” sędziów przy wysokim wyniku – pomyślałem, że szkoda, że tak krótko. A w końcówce tej jednej minuty, w absolutnie ostatniej akcji meczu młody napastnik strzelił swojego gola i patrząc na szerszy kontekst, to wspaniała sprawa, bo to dołożony kolejny pozytywny punkcik do tego meczu, całej drużyny, psychiki zespołu. Takie rzeczy naprawdę cieszą, tym bardziej, że gola zdobywa wychowanek, co przecież u nas od wielu lat się nie zdarzyło.
Naprawdę dobrą drużynę, jaką jest Wisła Płock, wypunktowaliśmy. To nie był słaby przeciwnik. To GieKSa była po prostu tak skuteczna w swojej grze. Nie dość, że udało się zachować pierwsze czyste kontro w sezonie (bardzo dobra gra Gabriela Kobylaka), to jeszcze strzelaliśmy bramki, a sytuacji było kilka więcej. Ale z tych klarownych większość wykorzystaliśmy.
Ostatnie tak wysokie zwycięstwo GKS odniósł we wspomnianym meczu z Puszczą w Krakowie w 2024 roku. Wówczas pokonaliśmy rywali 6:0. Żeby poszukać ostatniej wygranej w ekstraklasie u siebie pięcioma bramkami, musimy cofnąć się 33 lata wstecz do marca 1993 i pojedynku z Szombierkami, które GKS wygrał też 5:0. Historia dzieje się na naszych oczach.
A Wisła Płock nie lubi Nowej Bukowej, oj nie lubi. Zagrali tu trzeci mecz w ciągu roku i zainkasowali bagaż 10 bramek. Najpierw w Pucharze Polski GKS wygrał 4:2, w lidze w poprzednim sezonie było 1:0, a teraz 5:0. Rafał Leszczyński w meczu pucharowym nie grał, więc zainkasował u nas sześć bramek. To i tak lepiej niż Filip Majchrowicz, który w trzech spotkaniach na Nowej Bukowej przyjął osiem gongów.
Teraz wypada mieć nadzieję, że wajcha w końcu została przestawiona i na wyjeździe GKS zagra przynajmniej w połowie to samo, co u siebie. To już będzie dużo. A zadanie za tydzień wydaje się najtrudniejsze pod kątem wyjazdów, bo jedziemy na wybitnie nieprzyjazny dla siebie teraz, gdzie od ponad 20 lat bramki nie strzeliliśmy i przegraliśmy wszystko. Okazja wydaje się więc idealna, żeby ten schemat zmienić. Mówiłem to przed meczem z Wisłą i mówię teraz – GieKSę stać na wielkie rzeczy. Trzeba po prostu mieć do nich dostęp. U siebie mamy, na wyjeździe póki co nie. Ale liga jest długa.
Trzy wyjazdy, na których będą się kolejne rozdziały historii tego sezonu zapisywać. Myślę, że czekają nas ekscytujące spotkania i GieKSa w końcu w nich zapunktuje na tyle, że wszyscy będziemy zadowoleni.
I wszystkiego najlepszego dla Wasyla, który miał wczoraj urodziny. I dla Bartka Nowaka, który ma jutro. I w sumie dla Matiego Wdowiaka, bo ma za cztery dni. I dla Ilji, bo miał tydzień temu. Spojrzałem sobie na roczniki. Ilja – rocznik ’99. Boże, jacy wy jesteście młodzi… Sto lat Panowie!
Felietony Piłka nożna
Niezłomność i perełki
Jak przełamywać niemoce – to właśnie tak. Jak wygrywać po raz pierwszy od pół roku na wyjeździe – to właśnie w taki sposób. Nie wymarzylibyśmy sobie lepszego scenariusza. Choć z drugiej strony… przecież coś podobnego przeżywaliśmy na otwarcie Areny Katowice. Przecież wtedy – nawet minutę później niż Ilja – Filip Szymczak strzelił zwycięskiego gola. W Zabrzu nie lubią liczby sto. Bo to dokładnie w dziesiątej doliczonej minucie nasz super-napastnik zdobył zwycięskiego gola i wprawił w euforię całe Katowice.
Historia i interpretacja pisze się przez strzelone gole. Możemy zaklinać rzeczywistość, ale nie uciekniemy od tego. Oczywiście można zagrać jeden czy dwa lepsze mecze, które się przegra. I można wtedy mówić o tendencji wznoszącej, o optymizmie, o pechu. Jednak jeśli coś powtarza się długo lub wielokrotnie, to raczej tworzy się pewna reguła.
Taką regułą są na przykład drużyny grające ładną, ofensywną piłkę, miłą dla oka, ale ostatecznie dostawającą jednego czy drugiego gonga, który decyduje o niepowodzeniu. Jeszcze za wcześnie, żeby taki wniosek wysuwać, ale prototypem takiego momentu jest dla mnie Wieczysta. Ich naprawdę niezła gra może pójść w dwie strony – albo zaczną w związku z nią punktować, albo będą tymi „wyszumiejącymi” się zawodnikami, którym brakuje pewnej dyscypliny, by osiągnąć korzystny rezultat. Takim przykładem też póki co jest Widzew. W poprzednim sezonie i teraz. Niby cisną, niby mają sytuacje, ba – strzelają sporo goli. Ale co z tych sześciu strzelonych w dwóch ostatnich meczach, gdy dały one ledwie punkt. I dwie przegrane u siebie.
Ta przydługawa dygresja dlatego, bo wynik wczorajszego meczu w oczywisty sposób determinuje patrzenie na to spotkanie. Gdyby utrzymał się wynik 2:1 dla Górnika to oczywiście powiedzielibyśmy, że był to jeden z najlepszych meczów wyjazdowych w ostatnich miesiącach. GieKSa nie pękała, grała swoją piłkę, stworzyła kilka sytuacji. Trudno jednak byłoby nie być znów zirytowanym, gdy ta dobra gra zostałaby zniweczona utratą dwóch goli w dwie minuty. A konkretniej – w 78 sekund! Absurdalna jest to sytuacja, bo przecież w tych 78 sekundach lwia część jest radość piłkarzy, więc czystej gry pozostaje minimum. Od wznowienia gry do utraty drugiego gola minęło około 40 sekund, a przecież jeszcze w tym czasie Chłań miał sytuację.
Przypomniała się Wisła Kraków. Tam co prawda było „dużo” dłużej, bo dwie stracone bramki dzieliło trzy i pół minuty. Ale i tak wszystko przecież tam też odbyło się błyskawicznie. Po utracie dwóch goli nie było czego zbierać i czasu oraz możliwości starczyło tylko na bramkę Bartlewicza. Jeśli w drugim meczu w początkowej fazie sezonu zawalilibyśmy sobie coś w przysłowiowe dwie minuty (uśredniając), to byłoby to coś więcej niż incydent.
Sytuacja zrobiła się piekielnie trudna psychicznie. Grasz na wyjeździe z wicemistrzem Polski i zdobywcą krajowego pucharu. Z drużyną, którą eksperci dokooptowali już do ścisłej czołówki ligi. Która ma za sobą 25 tysięcy kibiców, którzy nic sobie nie robią z niekorzystnego wyniku, tylko ciągle głośno wspierają swój zespół. I w ciągu tych kilku minut – począwszy od sytuacji po rzucie rożnym i zamieszania pod bramką – poziom decybeli systematycznie wzrasta. Podyktowany rzut karny. Gol Kacpra Urbańskiego. „My jesteśmy chłopcy z Zabrza” – wybrzmiewa coraz głośniej, bo jest śpiewane w pobramkowej radości. I z tej radości – w momencie gdy Josema strzela gola na 2:1 – wyłania się już absolutny ryk euforii, ryk, którego dawno nie słyszałem na polskim stadionie. Górnik momentalnie odwrócił losy meczu i dał sobie wszystko, żeby ruszyć z furią dalej.
Sprowadzenie w tym momencie tego meczu do takiego o „letniej” temperaturze było pierwszym zadaniem GieKSy. I tak to odbieram, że właśnie schłodziliśmy to spotkanie, mimo że znaleźliśmy się w fatalnej sytuacji. Oczywiście jakieś tam sytuacje jeszcze były – jak ta, gdy Jarosław Kubicki strzelał, ale ostatecznie – mimo że piłka spadła na poprzeczkę – bardzo dobrze zablokował go Pau Resta. Jednak Górnik nie poszedł za ciosem tak mocno, żeby sobie stworzyć 5-6 kolejnych sytuacji.
Tak więc schłodzenie się powiodło. A potem mieliśmy dwie podwójne zmiany i czas doliczony. Ciekawe, czy kibice Górnika plują sobie w brodę, że zadymili boisko tym zielonym czymś, bo to właśnie w tak mocno doliczonym czasie przez to GieKSa strzeliła dwie bramki.
Trzeba naprawdę docenić upór naszych zawodników. Rozgrywali tę swoją piłeczkę, a gdy była możliwość, zagrywali w pole karne. I to co było wielkim mankamentem w Lublinie, czyli niecelne, kompletnie niecelne dośrodkowania w pole karne – tym razem wykonane porządnie – dały niesamowity efekt. Kapitalne było to podanie Nowaka – choć trudno do dośrodkowanie nazwać, bo było raczej z centralnej części boiska. Ale wykończenie Ilji w tym momencie – majstersztyk. Trzeba naprawdę dobrze ułożyć głowę, żeby przy tak ostrym kącie skontrować piłkę. Pisałem niedawno o meksykańskim piłkarzu Jaredzie Borgettim, który kapitalnie układał głowę do strzału. Pisałem o tym przy okazji gola Mateusza Wdowiaka z Žiliną. Teraz Ilja oddał taki strzał, że Schulze nie miał co zbierać. Trochę to wyglądało, jak gol do pustej bramki – tak było precyzyjne. No a potem geniusz Alana, który dość zabawnie sobie przekładał piłkę na prawą nogę, ale zrobił to tylko po to, by po raz enty już zacentrować idealnie. O to w piłce chodzi – żeby zagrywać idealne zagrania, a napastnicy z tego kapitalnie korzystali. Tu zagrało i jedno i drugie. Oczywiście nie zapominamy o pierwszym golu, bo tam po raz kolejny Bartek Nowak zagrał tak niesamowitą piłkę, która minęła chyba z pięć czy sześć linii zabrzan. Eman co prawda trafił w bramkarza, ale świetnie ustawiony nasz Białorusin pewnie dołożył nogę.
Więc tradycyjnie, jeśli chodzi o Bartka.
Trenerze Urban. Ty wiesz co.
Oprócz wyniku, największym sukcesem tej drużyny jest to, że we wspomnianych niesprzyjających okolicznościach – nie złapała piłkarskiej depresji. Grali swoje, ciągle wierzyli, że mogą przynajmniej najpierw tę jedną bramkę strzelić. Po tym praktycznie nokautującym ciosie Górnika, remis nie byłby wynikiem złym. Wyjechalibyśmy z niedosytem, ale jednak z punktem. A tu nasz zespół strzelił dwa gole i wygrał to spotkanie.
Mieliśmy też w tym meczu trochę pecha i trochę szczęścia. Pecha, bo inaczej nie można nazwać spalonego w postaci pięty Ilji Szkurina w akcji, która zakończyła się golem Erika Jirki. 2:0 do przerwy to byłoby coś. I w erze przed-VARowej taki wynik po pierwszej połowie byśmy mieli. A szczęście? No jednak wydaje mi się, że Arek Jędrych faulował Prekopa na koniec pierwszej połowy, a skoro tak, jeden czy drugi sędzia mógłby rozpatrywać czerwoną kartkę. Wyszło więc na zero.
Nie będę analizował poszczególnych piłkarzy, tym zajmą się trenerzy – jedni zagrali lepiej, jedni trochę mniej, ale jako drużyna było naprawdę dobrze. Chcę tylko jeszcze pochwalić Kowala, bo wykonuje kapitalną robotę w środku boiska. Jak jeszcze zniweluje to dalsze kiwanie się, po okiwaniu dwóch przeciwników – to będzie naprawdę wielki piłkarz. On potrafi tak podziałać z piłką, że pojawia mu się przestrzeń przed nim, ale nie zawsze potrafi to dalej wykorzystać otwierającym podaniem. Ale na to przyjdzie czas. Od powrotu Mateusza na boisko, nasz środek zdecydowanie się ustabilizował.
Tym samym kończymy tę nieciekawą serię wyjazdów bez wygranej. W końcu więc na jakiś czas nie będziemy musieli na to psioczyć. GieKSa odniosła spektakularne zwycięstwo, bez dwóch zdań.
Dodatkowo przełamaliśmy to nieszczęsne Zabrze. Pamiętam to ostatnie zwycięstwo, bo byłem na tym meczu w 2003 roku, kiedy to również strzeliliśmy trzy bramki, a bohaterem był Marcin Bojarski. Pamiętam, jak rok później swoją pierwszą bramkę w GKS zdobył w deszczu przy Roosevelta Dawid Plizga, ale w doliczonym czasie gry gospodarze wyrównali. A potem mieliśmy już same wtopy i przez wiele lat nie potrafiliśmy strzelić tam bramki.
W końcu GKS wygrał też na wyjeździe przy bardzo dużej publiczności. Po awansie do ekstraklasy na tych większych stadionach dostawaliśmy w czapkę. W końcu potem wygraliśmy we Wrocławiu przy 21 tysiącach widzów. Wczoraj na meczu było ponad 27 tysięcy ludzi i również w tym aspekcie nastąpiło przełamanie.
W rundzie wiosennej mieliśmy bardzo dużo meczów, w których traciliśmy prowadzenie. Gdynia, utrata dwubramkowej przewagi z Rakowem, trzykrotnie z Lechem, także z Koroną czy Jagiellonią. W obecnym sezonie co prawda też nam się to zdarzyło z Žiliną, ale za to mecz z Górnikiem jest trzecim, w którym GKS w pewnym momencie przegrywa, a ostatecznie odnosi zwycięstwo. Tak było wcześniej z Radomiakiem i Hapoelem. To się naprawdę ceni.
No i w końcu nie straciliśmy walorów z Nowej Bukowej. Co prawda trener przyznał na konferencji, że trochę zmienili sposób gty bez piłki – rozumiem, że jest to cofnięcie się niżej. Jest to trochę ryzykowna taktyka, bo wiemy, że jak przeciwnik nas przygniecie to mamy duże problemy. Ale jeżeli nie ma zmasowanego ataku, to Katowiczanie dobrze radzą sobie w destrukcji. Przede wszystkim jednak w ofensywie dołożyliśmy ten animusz, który znamy z meczów u siebie. Akcja na 1:0 to właśnie było to, precyzja, energia i szybkość Emana, ale polecam zwrócić uwagę, jak Ilja poszedł do tej akcji. To było świetne.
W ogóle Ilja to nam wyrasta na ulubieńca katowickiej publiczności. Wygląda na to, że zawodnik poczuł ten projekt GKS Katowice, w zakresie nie tylko wykańczania akcji, ale też pracy w środku boiska. Ostatnio ta praca jest bardzo widoczna, robi kawał dobrej roboty w środku pola. A skoro tak, to sam daje kolegom okazję do tego, by potem odwdzięczyli mu się jakimś jednym czy drugim kapitalnym podaniem. Tak – powtórzę to, co pisałem już kilka razy – niech Katowice będą dla Ilji jego miejscem na piłkarskiej Ziemi.
Cieszymy się i prosimy o jeszcze. Przed nami dwa kolejne wyjazdy i trudne spotkania. Nikt nie wymaga kompletu punktów, choć byłoby to wspaniałe. Ale niech GieKSa utrzyma ten vibe z wczorajszego spotkania, a to automatycznie zwiększy prawdopodobieństwo zdobyczy punktowych.
Galeria Piłka nożna
Szkurin show w Zabrzu!
Derby, emocje i bramka na wagę zwycięstwa w samej końcówce! GieKSa po szalonym spotkaniu pokonała Górnika Zabrze 3:2, a wszystkie trzy gole dla zdobył Ilja Szkurin. Zapraszamy do trzeciej galerii, którą przygotował dla Was Marcin.

Najnowsze komentarze