Piłka nożna
Nie ma za kim płakać
Jesteśmy po jednej z najgorszych jesieni w ostatnich latach w piłkarskiej drużynie GKS Katowice. Nerwy, frustracja, wkurzenie — wszystkie te uczucia towarzyszyły nam podczas ostatnich miesięcy. W przypadku niezgody z teraźniejszością odzywa się tęsknota za przeszłością. Nie inaczej było i tym razem — obecni zawodnicy tak bardzo zaleźli niektórym kibicom za skórę, że pojawiły się głosy tęskniące za poprzednim składem. Postanowiłem więc przyjrzeć się temu, jak powodzi się byłym zawodnikom GieKSy, którzy odeszli od nas w czasie ostatniego okienka transferowego.
W naszej kadrze doszło do rewolucji i z klubu odeszło aż 19 piłkarzy. Sześciu z nich trafiło do najwyższej klasy rozgrywkowej, siedmiu pozostało na poziomie ekstraklasowego zaplecza, trzech zeszło ligę niżej, jeden zaliczył zjazd o dwie klasy w dół, a dwóch piłkarzy wylądowało trzy poziomy niżej. Już same te suche fakty mogą świadczyć, że nie była ta drużyna na awans do Ekstraklasy, skoro jedynie niecała 1/3 z nich zaliczyła sportowy awans, a taka sama liczba nie potrafiła utrzymać się nawet na zapleczu piłkarskiej elity. Gdy przyjrzymy się poszczególnym osiągnięciom, to obraz będzie… jeszcze gorszy.
6 w elicie, ale czy na pewno na szczycie?
Sześciu piłkarzy GieKSy znalazło się w elicie, ale jedynie trzech trafiło do polskiej Ekstraklasy, a jeden… nie wystąpił w żadnym spotkaniu. Tym zawodnikiem jest Oktawian Skrzecz, który zahaczył się w Koronie Kielce. Nie dostał on jednak żadnej szansy na zaprezentowanie swoich umiejętności. Epizodyczną rolę odegrał Tomasz Mokwa, który w gliwickim Piaście zebrał łącznie 264 minuty, ale większość (210) przypadła na dwa mecze w Pucharze Polski, a w samej Ekstraklasie zagrał tylko raz, gdy z ławki zaliczył 54 minuty w meczu z Jagiellonią. Jak już jesteśmy przy zespole z Białegostoku, to płynnie możemy przejść do Lukasa Klemenza, któremu wiodło się najlepiej z całej trójki. Środkowy obrońca zagrał w 10 spotkaniach, z czego trzy przypadały na Puchar Polski (255 minut), a siedem na Ekstraklasę (542 minuty, 1 bramka). Wspomnieliśmy, że Klemenzowi wiodło się najlepiej z całej trójki i jest to oczywiście prawa (zaliczył łącznie 797 minut i zdobył 1 bramkę), ale… nie znaczy to, że było dobrze. Po zakończeniu rundy wiosennej Jagiellonia zdecydowała się wystawić Klemenza na listę transferową (mimo długiego kontraktu) i ostatecznie trafił on do borykającej się z ogromnymi problemami finansowymi Wisły.
Trzech naszych zawodników znalazło zatrudnienie w elicie poza Polską. Patryk Procek, który nie doczekał się debiutu w Katowicach, trafił do cypryjskiego AÉL Limassol, który zajmuje obecnie trzecie miejsce w tabeli. Procek dość szybko wywalczył sobie miejsce w pierwszym składzie i zagrał w siedmiu spotkaniach, po których przyszła pięciomeczowa przerwa, ale od stycznia znowu gra. Na dzisiaj ma rozegranych 11 spotkań (990 minut) i aż 5 czystych kont (a ogólnie tylko 8 razy wyciągał piłkę z siatki). Dwóch zawodników trafiło do słoweńskiej ekstraklasy. Bośniak Armin Cerimagić długo nie umiał znaleźć klubu, ale ostatecznie trafił do NŠ Mura, która plasuje się na szóstym miejscu w dziesięciozespołowej elicie. Wystąpił w trzech ostatnich spotkaniach, ale jego rola była epizodyczna, ponieważ zebrał łącznie 57 minut. Więcej udało się pograć Słoweńcowi Daliborowi Volasowi, który znalazł zatrudnienie w NK Krško (ostatnie miejsce w tabeli). Nasz były napastnik wystąpił w 14 spotkaniach (12 liga i 2 puchar), zaliczył 1146 minuty (997 i 147) i zdobył 5 bramek (4 i 1).
Siedmiu wspaniałych?
Siedmiu piłkarzy pozostało na poziomie zaplecza Ekstraklasy i im mogliśmy się przyglądać z bliska. Na GieKSa.pl Błażej prowadził cykl „Ligowcy”, więc większość z Was powinna być na bieżąco z ich osiągnięciami. Zacznijmy od trójki, której obecne kluby nakazały szukać sobie nowego pracodawcy, bo nie widzą dla nich miejsca u siebie. Najmniej z nich pograł Grzegorz Goncerz. Wystąpił on co prawda w 16 spotkaniach Podbeskidzia Bielsko-Biała (14 liga i 2 Puchar Polski), ale zebrał jedynie 652 minuty (442 i 210) i co chyba najważniejsze dla napastnika zdobył jedynie 1 bramkę (w pucharze). Kolejnym graczem, który nie przekonał do siebie trenera, jest Tomasz Foszmańczyk. Wystąpił on w 18 spotkaniach Chojniczanki Chojnice (17 i 1), ale liczba minut nie była powalająca – 1108 (1088 i 20). Tak samo, jak w przypadku Goncerza, zabrakło liczb (0 bramek). Równie nieskuteczny był Łukasz Zejdler w Chrobrym Głogów, który zebrał najwięcej minut z całej trójki. Zejdler zagrał w 18 spotkaniach (16 i 2), które pozwoliły mu uzbierać 1233 minuty (1079 i 154).
W porównaniu do wyżej wymienionej trójki blado (a pamiętajmy, że oni szukają nowych pracodawców) wyglądają osiągnięcia dwóch naszych byłych zawodników, ale na razie pozostają oni w kadrze swoich drużyn. Kamil Słaby w Termalice Bruk-Bet Nieciecza wystąpił w 6 spotkaniach (4 i 2), dało mu to 470 minut (290 i 180) i jedną bramkę (w pucharze). Trochę więcej grał Bartłomiej Kalinkowski w ŁKS Łódź. W liczbie spotkań nie wygląda to źle 15 (14 i 1), ale w minutach już mocno średnio — ledwie 936 (816 i 120). Nasz były pomocnik dużo grał na początku sezonu, ale potem było już gorzej.
Przeciwnie było z Serbem Andreja Prokiciem w Stali Mielec. Ten rozkręcał się bardzo długo, aż wreszcie w końcówce rundy odblokował się strzelecko (oczywiście musiało to przypaść na mecz z naszą drużyną). Prokić wystąpił w 20 ligowych meczach, zebrał 1596 minut i zdobył 4 bramki. Dobrą rundę ma za sobą także Mateusz Abramowicz w Chrobrym Głogów. Bardzo szybko wywalczył sobie miejsce w pierwszym składzie i nie oddał go do samego końca. Wystąpił w 21 spotkaniach (2o i 1), co dało mu 1890 minut (1800 i 900). Nasz były bramkarz 9 razy zachował czyste konto, a w pozostałych spotkaniach 21 razy wyciągał piłkę z siatki.
Stopień niżej, ale czy lepiej?
Ligę niżej zeszło trzech naszych zawodników, a dwóch z nich wylądowało w Chorzowie. 38-letni Wojciech Kędziora w 18 spotkaniach (17 i 1) zdobył 4 bramki (3 i 1), a dwie z nich były z jedenastu metrów. Dorobek należy docenić, tym bardziej że Kędziora zebrał jedynie 940 minut (850 i 90). Dużo słabiej wiedzie się Pawłowi Mandryszowi. Sportowa Nadzieja Katowic z 2018 roku nie zachwyciła w Ruchu. 10 występów w lidze, które dały 504 minuty. Bramek w Chorzowie ze strony Mandrysza się nie doczekali. Najlepiej wypada Tomasz Midzierski, który w Górniku Łęczna stał się podstawowym zawodnikiem. Nasz były kapitan wystąpił w 13 spotkaniach (12 i 1), w których zebrał komplet minut – 1170 (1080 i 90) oraz zdobył jedną bramkę.
Niższe ligi
O ile tytuł tego tekstu („Nie ma za kim płakać”) odnosi się głównie do kwestii sportowych, to w większości moglibyśmy go przełożyć także na całość byłych zawodników. Inna sytuacja ma się w kategorii niższe ligi, bo tutaj już jest za kim uronić sentymentalną łzę. W trzeciej lidze wylądował Patryk Wnuk, czyli młody obrońca, z którym wiązaliśmy swego czasu nadzieje. Spisywał się tam na tyle dobrze, że Ruch Radzionków postanowił go niedawno wykupić z naszego klubu. Obie strony szybko doszły do porozumienia, a sam zawodnik może w każdej chwili… wrócić do GieKSy. Jak informowaliśmy Was w podcaście (kliknij tutaj, aby posłuchać) klub zapewnił sobie prawo odkupu. W IV lidze mamy dwóch naszych kibiców — Maciej Wierzbicki broni bramki Polonii Bytom, a Dawid Plizga stara się porwać do przodu LKS Goczałkowice. Pozostaje jedynie żałować, że sezon 2017/18 nie ułożył się inaczej dla GieKSy.
Podsumowanie
Powyższe osiągnięcia naszych byłych zawodników jednoznacznie pokazują, że tęsknota za nimi, spowodowana jest jedynie ogromnym rozczarowaniem z postawy obecnych piłkarzy. Pozostaje mieć jedynie nadzieję, że ci obecni dość szybko dojdą do siebie i raz na zawsze pozwolą kibicom zapomnieć o przeszłości. Zawsze to lepiej, gdy nie płacze się za kimś z powodu panującego uśmiechu i zadowolenia, a nie po statystycznym i chłodnym tekście na GieKSa.pl.
Na sam koniec prezentujemy statystyki indywidualne 16 z 19 graczy, którzy od nas odeszli. Pominęliśmy 3 zawodników, którzy nie załapali się na poziom centralny. Kolejno: nazwisko, poziom rozgrywkowy, liczba.
Liczba występów:
Abramowicz (2) – 21
Prokić (2) – 20
Foszmańczyk (2) – 18
Zejdler (2) – 18
Kędziora (3) – 18
Goncerz (2) – 16
Kalinkowski (2) – 15
Volas (1) – 14
Midzierski (3) – 13
Procek (1) – 11
Klemenz (1) – 10
Mandrysz (3) – 10
Słaby (2) – 6
Mokwa (1) – 3
Cerimagić (1) – 3
Skrzecz (1) – 0
Liczba minut:
Abramowicz (2) – 1890
Prokić (2) – 1596
Zejdler (2) – 1233
Midzierski (3) – 1170
Volas (1) – 1146
Foszmańczyk (2) – 1108
Procek (1) – 990
Kędziora (3) – 940
Kalinkowski (2) – 936
Klemenz (1) – 797
Goncerz (2) – 652
Mandrysz (3) – 504
Słaby (2) – 470
Mokwa (1) – 264
Cerimagić (1) – 57
Skrzecz (1) – 0
Średnia minut na mecz (o ile zawodnik wystąpił w spotkaniu):
Procek (1) – 90
Abramowicz (2) – 90
Midzierski (3) – 90
Mokwa (1) – 88
Volas (1) – 82
Klemenz (1) – 80
Prokić (2) – 80
Słaby (2) – 78
Zejdler (2) – 69
Foszmańczyk (2) – 62
Kalinkowski (2) – 62
Kędziora (3) – 52
Mandrysz (3) – 50
Goncerz (2) – 41
Cerimagić (1) – 19
Liczba bramek:
Volas (1) – 5
Prokić (2) – 4
Kędziora (3) – 4
Klemenz (1) – 1
Goncerz (2) – 1
Midzierski (3) – 1
Jedna bramka średnio co … minut (wymagane minimum 2):
Volas (1) – 229
Kędziora (3) – 235
Prokić (2) – 399
Liczba czystych kont:
Abramowicz (2) – 9
Procek (1) – 5
Liczba straconych bramek:
Procek (1) – 8
Abramowicz (2) – 21
Liczba straconych bramek na mecz:
Procek (1) – 0,73
Abramowicz (2) – 1
Felietony Piłka nożna
Wyzerowane atuty – diagnozy brak
Szczerze mówiąc nie chce mi się pisać tego felietonu, bo myślę sobie, że znowu będę pisał to samo. Rozbieżność między wynikami meczów u siebie i na wyjeździe sięgnęła absurdu. GKS rozegrał w tym sezonie siedem meczów – u siebie wszystkie trzy wygrał, na wyjeździe wszystkie cztery przegrał. Suma tego jest taka, że z europejskich pucharów już odpadliśmy, a w lidze mamy trzy punkty po trzech kolejkach. Czyli słabo – bo to średnia mogąca nawet nie dać utrzymania.
Piszę to wielokrotnie i napiszę jeszcze raz, bo już wiele razy w przeszłości czy to piłkarze czy trenerzy obrażali się na mnie, bo coś tam skrytykowałem. Nie mówię o sytuacjach, kiedy pojechałem z koksem i tak czy inaczej kogoś nazwałem, bo za to obrazę rozumiem. Cóż, młodość (która trwa, ale już inna). Ale my nie możemy doprowadzić do zagłaskania naszej drużyny – za ekstraklasę, za kapitalną w niej postawę czy za puchary. Wszyscy wiemy gdzie byliśmy i co trener wraz z kolejnymi grupami piłkarzy w ostatnich latach nam dał i daje. Więc tu nie ma mowy o podważaniu projektu jako całości. Ale trzeba mieć w tym wszystkim krytycyzm, bo jeśli w którymkolwiek momencie ktoś uznał, że zdobyliśmy już tyle, że teraz po prostu możemy do końca kariery jechać na sukcesie – to jest to – delikatnie mówiąc duży błąd. Więc tak, doceniamy ekstraklasę, super jest jeździć na te wszystkie stadiony w najwyższej polskiej lidze. I niech ten projekt w tym kształcie, z obecnym trenerem trwa jak najdłużej.
No ale są defekty. I ta postawa na wyjazdach naprawdę każe się zastanowić nad kilkoma rzeczami. Bo to jest coś, co jakiś czas się w GieKSie powtarza, mamy powtórkę z czterech przegranych wyjazdów na początek sezonu z zeszłego roku. A w pierwszym po awansie do ekstraklasy sezonie, na wiosnę także przydarzyły się cztery wtopy z rzędu na delegacjach.
Ale to nie chodzi tylko o wyniki. Chodzi o grę, która co prawda nie zawsze ten wynik gwarantuje, a w perspektywie pewnego okresu czasu (raczej krótszego niż dłuższego) dobra gra statystycznie przynosi względnie dobre wyniki. U nas nie jest największym problemem to, że przegraliśmy cztery mecze z rzędu. Problemem jest to, że te mecze przegraliśmy zasłużenie, bo graliśmy bardzo słabo.
Wczoraj chciałem wierzyć, że jak długo ten mecz trwał, w końcu coś wciśniemy. Mecz z Motorem w naszym wykonaniu nie był aż takim paździerzem, jakie trochę razy ostatnio na wyjazdach oglądaliśmy. Przypomniał się mecz z Cracovią, kiedy wydawało się, że przy 0:0 na koniec spotkania pozostanie spory niedosyt. A rywal w końcówce nam wmontował bramkę i już nawet z remisu nie można było się „cieszyć”. Ostatecznie, choć wczoraj GieKSa nie była beznadziejna, to była jednak słaba. Tym bardziej martwi to, że naprzeciw mieliśmy drużynę mocno przeciętną, do tego skleconą naprędce po kadrowych zawirowaniach, z nowym trenerem. A my – stabilni i budowani od kilku lat – nie potrafiliśmy zrobić na tym boisku nic. Przecież, gdyby nie Ndiaye czy może jeszcze Simon, to by Pan Czubak piłkę oglądał z daleka i nie miał okazji zaprezentować swojego świetnego wykończenia. Motor był do bólu średni, ale swoim jednym czy drugim błyskiej robił różnicę.
U nas tym razem w obronie nie było „wesołego miasteczka”, choć oczywiście nie ustrzegliśmy się błędów, po których padły bramki – najpierw nieuznana, a potem już prawidłowa. Jednak w tym meczu to nie obrona była naszym głównym problemem. Tym razem było to słabe/bardzo słabe/beznadziejne rozgrywanie ataku pozycyjnego. O kontrach nawet nie mówię, bo mam wrażenie, że jak my wyprowadzamy kontrę, to zaraz jeden czy drugi nasz zawodnik się zatrzymuje, robi kółeczko, wycofuje nie wiadomo gdzie i po kontrze nici.
Od patrzenia na nasze rozegranie piłki na połowie przeciwnika oczy bolały. Sposobności mieliśmy całe mnóstwo, bo Motor bronił się nieraz dość nisko – nie desperacko w swoim polu karnym – ale mocno na swojej połowie. My graliśmy po obwodzie – to na lewo, to na prawo. I często kończyło się do słabą wrzutką, z którą rywale nie mieli problemu. Przede wszystkim więcej w tym temacie oczekiwałem od Bartosza Wolskiego, bo naprawdę zawodnik ma większe umiejętności niż to, żeby zagrać leciutką piłkę à la serwis Pawła Zagumnego w pole karne i liczyć na czysty przypadek, że akurat trafi w nią ktoś z naszych, a nie przeciwników. Dlaczego nie ma mocnych, takich soczystych wrzutek? Dlaczego nie ma jakiejś próby większej precyzji? Nie mówiąc o tym, że nasi wahadłowi też chyba mocno zapomnieli, co to znaczy żwawość na boku. Nie ma dynamicznych pojedynków 1 na 1 na skrzydle na wysokości pola karnego, wejść w to pole karne. Jest to wszystko takie miałkie i nijakie i taka była ofensywa GKS w tym meczu. Naprawę zestawiając to z pojedynkiem z Motorem z rundy wiosennej i bramek, jakie GieKSa strzelała w tamtym meczu można… dostrzec różnicę.
Ostatecznie najlepszymi okazjami GKS był strzał Ilji w słupek i sytuacja, w której Ilja gola strzelił, ale Bartosz Nowak był w tej sytuacji na spalonym. Tak, był jeszcze strzał napastnika po dośrodkowaniu oraz uderzenie Mateusza Wdowiaka w boczną siatkę. I to tyle. Motor miał swoich groźnych sytuacji więcej.
Widać też, że trener szuka optymalnego składu, ale na razie większość zawodników swoją grą nie przekonuje, by zagościć w jedenastce na stałe. W pomocy kombinujemy. Bartek Nowak ma abonament na granie, ale wychodzi na to, że Bartek Wolski również. Chcieliśmy tego duetu, czekaliśmy na to, jaki zrobią oni techniczny zamęt w tej lidze. Na razie jednak to tylko mrzonki. Nie mamy twardości w środku pola. Jeszcze do tego dokładamy Marcela, który jest ambitny, szybki, ale też nie jest to skała. Do tego wygląda na to, że wczoraj przegrał z upałem, z ręką na sercu, jak widziałem, że podciąga sobie tę koszulkę i w ogóle miałem z daleka wrażenie, że jest cały czerwony, to pomyślałem, że Rafał Górak zrobi wyjątek i ściągnie piłkarza w przerwie. Tak też się stało.
Pamiętam jak w poprzednim sezonie po Górniku Zabrze trener zapowiedział, że coś musimy zmienić w samym podejściu do spotkania i strukturze gry na wyjeździe. Choć potem przegraliśmy jeszcze z Lechią, to za chwilę gra GKS na obcych stadionach zaskoczyła. GieKSa wygrała z Lublinie, Niecieczy, w Pucharze Polski z ŁKS. Na początek roku było zwycięstwo w Lubinie. Były te mecze z Rakowem i Lechem. Czyli da się. Problem jest taki, że jak drużyna wpadnie w wyjazdową otchłań bezradności i niemocy, to trudno z niej się wykaraskać.
Najgorsze jest to, że nie widać, aby był jeden mądry, który zdiagnozował, gdzie leży problem. A to musi być głębszy problem mentalny, bo przecież u siebie ci zawodnicy – zarówno indywidualnie, jak i jako cała drużyna – potrafią przecież grać w piłkę. Co się z nimi dzieje na wyjeździe i dlaczego? Może to jest coś na etapie samego wyjazdu na mecz, podróży, hotelu, dnia meczowe na wyjeździe? Może to tam trzeba poszukać, co się takiego dzieje z piłkarzami, że opada z nich cała ta agresja, moc i siła? Może gdzieś jest zbyt duże rozluźnienie, a może to rozluźnienie jest zbyt małe? Trzeba szukać, w każdym szczególe, w każdym posiłku, w każdej minucie spędzonej w autobusie.
Przyznam, że po tym kolejnym przegranym meczu nie mam smutku, żalu czy załamki. Jest po prostu po raz kolejny irytacja i taka frustracja, bo widzę tę bezradność piłkarzy i mi się udziela. Nie ma w życiu chyba gorszego poczucia niż to, że nie ma się wpływu. A gra GKS a wyjeździe wygląda tak, jakby zawodnicy nie mieli dostępu do swoich atutów, które dają różnicę, tylko próbowali sztampowych, oklepanych i zupełnie nieefektywnych na tym poziomie rozwiązań.
I trzeba coś z tym zrobić szybko, bo wkrótce czekają nas trzy trudne wyjazdy – Zabrze, Gliwice i Lubin. Tu już po prostu obowiązkowo będzie trzeba punktować.
A na razie Wisła Płock. Dobrze, że przynajmniej u siebie te atuty nie są zablokowane. Liczymy, że i tym razem tak będzie, GieKSa swoje gole będzie strzelała i trzy punkty zdobędzie.
Piłka nożna
Górak: Brakuje nam wytrawności
Po meczu Motor Lublin – GKS Katowice wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Mariusz Misiura i Rafał Górak. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Jesteśmy rozczarowani tym, że przegraliśmy spotkanie, włącznie z powiedzeniem, że jeżeli nie możesz wygrać, to powinieneś umieć go zremisować.
Takie mam odczucia w stosunku do tego meczu. Niestety – nie jesteśmy jak na razie w stanie zagrać meczu na zero z tyłu, który dałby nam przestrzeń, żeby wywieźć z takiego spotkania remis, bo może on też nie byłby to szczyt naszych marzeń przed spotkaniem – bo przyjechaliśmy z zamiarem wygrania meczu – ale na pewno remis bardziej odwzorowywałby to, co się działo. Ale to jest nieistotne, bo ten który bramkę strzela ma tę radość, a ten, który tego nie robi – tej radości nie ma. W wielu momentach za dużo mamy rozpiętości poziomowych w spotkaniach. To mnie też trochę na razie smuci, bo powinniśmy się stać bardziej wytrawną drużyną, a tego nam brakuje. Mamy bardzo dobre momenty, kiedy gramy zgodnie z tym, co chcemy robić, a mamy też takie kiedy ta gra na różnych pozycjach w różny sposób ofensywie czy defensywie nam się łamie i powoduje bałagan, który kończy się niekiedy tak, jak się skończył przy straconej bramce. Byliśmy w posiadaniu piłki pod polem karnym przeciwnika i tej wytrawności jeszcze brakuje – tego będziemy szukać. Dziś jest masę rozczarowania i sportowej złości, ale nic tu po narzekaniu, trzeba brać się do roboty i mocno wyciągać wnioski choćby z tego, że przy czterech meczach wyjazdowych w tym sezonie cztery razy schodzimy pokonani i to nas bardzo denerwuje i jesteśmy niezadowoleni. Ale po to niekiedy takie próby są, żeby wychodzić, silniejszym. Teraz będziemy się przygotowywać do następnego spotkania, potem mamy trzy mecze z rzędu na wyjeździe. Czeka nas nie lada sprawdzian i jestem przekonany, że wyjdziemy z tego obronną ręką. Dzisiaj jest dużo złości, rozczarowania i momentów, z których z gry jesteśmy niezadowoleni.
Mariusz Misiura (trener Motoru Lublin):
Bardzo się cieszę, że wygraliśmy mecz i zdobyliśmy trzy punkty. Bo mam poczucie, że to był czwarty naprawdę dobry mecz w naszym wykonaniu i jak ten czas leci – mijają tygodnie – przygotowujesz się do czwartego spotkania, a na koncie masz jeden punkt, to zapominamy, co się wydarzyło w pierwszej czy drugiej czy trzeciej kolejce. Wydaje mi się, że drużyna zasłużyła, żeby mieć ich więcej. Wierzę, że konsekwentną pracą i procesem będziemy budować silną drużynę.
Co do meczu to wydaje mi się, że wykreowaliśmy więcej sytuacji, na pewno w pierwszej połowie, konsekwencją tego jest bramka. Powiedzieliśmy sobie w szatni, że musimy zostawić serce i charakter. 104 minuty w takim upale to szacunek dla piłkarzy. Sami państwo siedząc na trybunach czuliście gorąco i zmęczenie.
To jest coś normalnego, że w takim upale przydarzały nam się błędy, cieszę się, że nie było z tego konsekwencji w postaci gola, ale podobało nam się nasze dążenie do strzelenia bramki. Dobre zmiany, każdy z zawodników dał impuls. Bardzo się cieszę z tych trzech punktów i idziemy dalej.
Piłka nożna
Hapoel: Nowi zawodnicy pomogą drużynie?
W przerwie pomiędzy sezonami działacze Hapoelu dokonali kilku zmian w składzie. Z klubem pożegnało się pięciu zawodników i tylu samo podpisało nową umowę.
Największe nadzieje są wiązane z pochodzącym z Ghany Douglasem Owusu. 20-letni Owusu gra na pozycji napastnika, poprzednie dwa sezony grał w Super liga Srbije – najpierw w Radniku Surdulica, a przez ostatnie pół roku w Crvenie Zvezda Belgrad. W tych dwóch klubach strzelił 11 bramek i zanotował tyle samo asyst. Kontrakt z Owusu został podpisany 5 sierpnia i od razu został zgłoszony do rozgrywek Ligi Konferencji, jednak nie zagrał w meczu w Miszkolcu. Filigranowy (mierzy zaledwie 1,65 m) piłkarz jest wart 4,5 mln euro.
Hapoel podpisał także umowę z obrońcą Doronem Leidnerem. 24-latek występował w drużynie z Tel Awiwu jako junior, później „błąkał” się po Europie (Olympiakos Pireus, Austria Wiedeń, FC Zurich), by ostatecznie wrócić do Hapoela. Leidner występuje w kadrze Izraela. Jego wartość rynkowa wynosi 300 tys. euro. Doron wystąpił we wszystkich meczach pucharowych, w jednym w pełnym wymiarze, w pozostałych był zmieniany po około 60 minutach. W drugim meczu z Ludogortsem zobaczył żółtą kartkę.
Kolejnym obrońcą, który podpisał nową umowę, jest wysoki, mierzący 188 centymetrów, Chico. 27-latek przez większość kariery grał w Brazylii (Sport Recife i Novorizontino), a na początku poprzedniego sezonu został wypożyczony do Hapoelu. Przed tym sezonem związał się z klubem 3-letnią umową. Wartość rynkowa Chico oceniana jest na 1,2 mln euro. Brazylijczyk wystąpił we wszystkich meczach pucharowych. W pierwszym meczu z Ludogortsem strzelił bramkę i zobaczył żółtą kartkę.
Z kolei 24-letni Yonatan Farber gra na pozycji pomocnika i występował tylko w drużynach z Izraela. Farber mierzy 1,9 m, a jego wartość wyceniania jest na 350 tys. euro. W meczach pucharowych wystąpił tylko parę minut – w drugim meczu z Ludogortsem.
Ostatnim zawodnikiem, który dołączył do Hapoela przed sezonem, jest 19-letni Itay Shavit. Shavit jest reprezentantem Izraela U19 i gra na pozycji pomocnika. Jego wartość wyceniana jest na 150 tys. euro. Nie wystąpił w żadnym meczu pucharowym.

Sivvy
31 stycznia 2019 at 17:24
Mega szrot
PanGoroli
31 stycznia 2019 at 19:38
midziera zdobył 2 bramki. Ta druga, to, a jakżeby inaczej – samobój, jego specjalność. Dobrze, ze tej zakały w tym klubie już nie ma.