Dołącz do nas

Felietony

Coś dla masochistów…

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Nadszedł czas podsumowań. Czas trudny dla nas, bo sezon zakończył się klęską. Z niekłamanym niesmakiem, ale i poczuciem obowiązku mamy dla Was kilka artykułów na koniec rozgrywek sezonu 2016/17. Jak zawsze – zaczynamy do sprintu przez rundę, częściowo z naszymi cytatami z pomeczowych artykułów. Tylko dla Czytelników o mocnych nerwach.

Dla dodania pikanterii dodajemy wypowiedzi pomeczowe trenera i piłkarzy.

Z nieba do piekła
To był najprzyjemniejszy moment w tym roku. W pierwszym meczu, na wyjeździe z liderem, GKS po dwudziestu kilku minutach prowadził 2:0. Potem zaczęła się obrona Częstochowy i szczęśliwie udało się zakończyć mecz remisem. Wtedy pisaliśmy, że „takimi meczami robi się awans”. Jak się okazało, było to preludium to tego, że gdy jest zbyt dobrze, to nasi zawodnicy muszą coś spieprzyć.

– Gratuluję obu drużynom stworzenia takiego widowiska, widać było, że obie drużyny walczą, aby zwyciężyć – mówił trener Brzęczek.

–  Nie możemy się załamywać, zostało 14 meczów i gramy dalej – powiedział Dawid Abramowicz.

Pierwsza okazja na wejście na fotel lidera została spieprzona.

Ofensywny impotent strzela nam dwa gole
Niebywałe było to, że Stomil przez ponad godzinę nie potrafił zbliżyć się do naszego pola karnego. GKS dominował i prowadził. I w końcu po tej godzinie rywale zrobili jedną akcję i strzelili gola. Łapaliśmy się za głowy. Udało się jednak znów wyjść na prowadzenie i już niemożliwe było to, żeby drugi raz się tak sfrajerzyć. A to zrobił zespół. W końcówce to Stomil powinien wygrać, bo miał lepsze sytuację. Nasz rozum nie był w stanie pojąć, jak można było nie wygrać, wygranego meczu.

– Dziękuję chłopakom jednak za zaangażowanie. Nie jesteśmy zadowoleni z punktu, ale patrząc przez pryzmat tego, jak ten mecz wyglądał to myślę, że można być zadowolonym – zaczął już odlatywać Brzęczek. Temat gratulacji za sfajdane mecze pojawi się jeszcze wielokrotnie.

– Być może wkradła się większa nonszalancja w naszej grze. Szczególnie przy stanie 2:2 – podsumował Kamil Jóźwiak.

Druga okazja na wejście na fotel lidera została spieprzona.

Frajerstwo stulecia
Do teraz nie można zrozumieć, jak GKS nie wygrał w Sosnowcu. Piłkarze Zagłębia grali taką żenadę, jakiej nie powstydziliby się nasi piłkarze. Kibice wyzywali ich od kurew i żeby zeszli z boiska. W stronę schodzących do szatni leciały takie wiązanki, jakich nigdy nie było na Bukowej. Trzeba było z uśmiechem na twarzy dobić rywala. Tymczasem nasze patałachy już dwie minuty po przerwie straciły bramkę i tak ich to załamało, że nie mogli zrobić kompletnie nic. W drugiej połowie już nie istnieli. Wydawało się, że bardziej sfrajerzyć niż ze Stomilem się nie da. Piłkarze GKS pokazali, że nigdy nie należy mówić nigdy.

„ Możemy kilkoma meczami (a pamiętajmy też o niedawnych porażkach w Bytowie i Suwałkach) zaprzepaścić cały sezon i wszelkie szanse.
Mimo, że jesteśmy już na końcu tego pomeczowego felietonu nasuwa się ciągle to samo pytanie, co na początku i zaraz po meczu… Jak do diabła można było drugi raz z rzędu nie wygrać meczu, który jest wygrany? Jak można było to tak spieprzyć?… Weźcie się do cholery ogarnijcie!” – pisaliśmy w pomeczowym felietonie.

– Nie twierdzę, że to problem mentalny. Są czasem takie sytuacje, że na tym etapie po tych trzech spotkaniach zbyt łatwo tracimy bramki. Na jesień w taki sposób nie traciliśmy. Teraz przeciwnik stwarza jedną sytuację i jest ona wykorzystana (…) Patrząc z perspektywy może będzie dla nas łatwiej, jeśli będziemy gonić tę czołówkę – złotą myślą błysnął trener.

Trzecia okazja na wejście na fotel lidera została spieprzona.

Asystent Kamiński
Mecz z Podbeskidziem był średni, ale można było pokusić się o wygraną. Niestety nie da się tego zrobić, jeśli przy stanie 0:0 popisuje się głupią asystą wprost pod nogi przeciwnika, co uczynił Kamiński. Kolejny mecz z rzędu przegrany i po czterech kolejkach mieliśmy na wiosnę tylko dwa punkty.

Oddajemy głos trenerowi Brzęczkowi:
Gratuluję i dziękuję chłopakom za walkę i zaangażowanie. To był kolejny mecz, w którym przeciwnik ma przypadkową sytuację p ostałym fragmencie i zdobywa bramkę. My stwarzamy te sytuacje, uderzamy w słupki, poprzeczki i to szczęście nam nie sprzyja. Myślę, że pozytywne jest to, że marzec się kończy. Mam nadzieję, że od kwietnia to szczęście się do nas uśmiechnie, bo zawodnicy zasługują na to, poprzez pryzmat tego, jak grają.

– Ja jestem zdania, że dobrze gramy tylko brakuje nam szczęścia w sytuacjach – dodał Kamiński.

– Oczywiste jest to, że wolelibyśmy zamienić piękne granie na sytuacje i strzelenie gola na 1:0 – skonstatował Foszmańczyk.

Trener i piłkarze byli już w innym świecie, w alternatywnej rzeczywistości.

Czwarta okazja na wejście na fotel lidera została spieprzona.

Pogrom w Pruszkowie
GKS odkuł się w starciu z przyszłym spadkowiczem. Po raz pierwszy od 30 spotkań strzelił trzy gole w meczu. Zwycięstwo byłoby minimalne, ale wprowadzony Prokić na koniec dwa razy trafił do siatki rywali.

-Gratuluję chłopakom zwycięstwa, bo zdawaliśmy sobie sprawę, że przyjeżdżaliśmy na bardzo trudny teren, do drużyny, która pokonała Zagłębie Sosnowiec i która zremisowała u siebie 3:3 z Chojniczanką, czyli z drużynami, które są głównymi kandydatami do awansu – podsumował trener.

Powtórka w Puławach
Znów z przyszłym spadkowiczem i znów wygrana trzeba bramkami. Co prawda Wisła grała na stojąco, ale GKS umiał to wykorzystać. Cieszyliśmy się, że w końcu zaczynamy wygrywać i to wysoko, to miał być przełom.

– Mam nadzieję, że to jest dla nas początek dłuższej serii, w której nie będziemy tracić bramek – nadzieją żył szkoleniowiec.

– Teraz chcemy zrobić serię wygranych, ale ona sama nie przyjdzie. Musimy się namęczyć by takie mecze wygrywać – dodał Grzegorz Goncerz.

Żenada w Wielki Czwartek
Miedź targana wewnętrznymi problemami i mająca wkurzonych kibiców przyjechała do Katowic i przez dłuższy czas grała na remis. My mogliśmy strzelić gola, ale Mandrysz skaleczył dwustuprocentową sytuację. W końcu rywale stwierdzili, że w takim razie to oni sobie wygrają w Katowicach. I strzelili szybkie dwie bramki i do widzenia.

Nie wytrzymaliśmy w pomeczowym felietonie:
„Nie da się przechodzić już obok tego obojętnie. GieKSa na boisku znów, po raz już chyba tysięczny, sfrajerzyła się kompletnie, totalnie i nie pozostawiając wątpliwości. Złość i frustracja. Człowiek latami poświęca się temu klubowi, cały czas na nowo rozgrzewają się nadzieję na lepsze jutro i gdy już, już wydaje się, że może być naprawdę dobrze – notorycznie dostajemy w pysk od piłkarzy. Ileż to już było tych meczów, które mają być przełomowe? Ileż to już razy mówiliśmy, że coś może być mentalnym impulsem? Ile razy w tej rundzie mogliśmy wskoczyć na pozycję lidera?… Co do ostatniego pytania, odpowiedź brzmi – pięć. Pięć pieprzonych razy mieliśmy okazję wskoczyć na lidera. Wystarczyło tylko wygrać mecz. Jeden mecz. Jeden z pięciu. Po tym meczu mieliśmy mieć osiem punktów przewagi nad Miedzią i wyłączyć ją z rywalizacji z nami”.

– Po raz pierwszy jestem bardzo wściekły na to, co zrobiliśmy, tym bardziej, że w dwóch poprzednich meczach wypracowaliśmy sobie niezłą sytuację, a dzisiaj to wszystko zaprzepaściliśmy. Jeśli nie będziemy wygrywać na naszym stadionie, to trudno myśleć o awansie – mówił trener.

– Wszyscy w klubie chcemy awansu i mam prośbę do wszystkich by w tym momencie cała GieKSa była razem bo wsparcie w takich momentach jest temu klubowi potrzebne. My będziemy walczyć do końca, dziś jesteśmy strasznie wkurwieni po tym meczu w którym Miedź nie grała wielkiej piłki a strzeliła nam dwie bramki – bredził Bartłomiej Kalinkowski.

Jedyny wartościowy mecz
Przegrywali 0:2 i grali w dziesiątkę w Mielcu. Po doprowadzeniu do remisu znów stracili gola, ale znów wyrównali. Nie liczymy tutaj wygranych ze zdegradowanymi słabeuszami czy również słabymi Tychami jako wartościowe rezultaty, bo takie mecze wygrywać to jest obowiązek. Natomiast remis w takich okolicznościach z dobrze dysponowaną stalą dawał nam wiele nadziei.

– Pokazaliśmy charakter, gdy przegrywaliśmy 0:2 a potem 2:3 i strzeliliśmy wyrównującą bramkę. Myślę, że dziś drużyna zdała egzamin, patrząc na warunki tego spotkania ten punkt jest dla nas cenny i mam nadzieję, że dzięki temu niektórzy w swoich głowach przestawią sobie jeszcze bardziej pewne sprawy – mówił trener. O jakich „pewnych sprawach”? Tego nie wiemy.

– Na inne zespoły nie patrzymy – dodał Tomasz Foszmańczyk.

Wysoko z Tychami
GKS Tychy wcale nie był na straconej pozycji i miał kilka bardzo dobrych sytuacji, ale ratował nas Nowak. W końcu katowiczanie zaczęli strzelać bramki i udało się to im trzy razy. Pierwsza z dwóch planowych wygranych stała się faktem.

– Na początku wiosny przeciwnik miał jedną sytuacją i wykorzystywał. Dla nas najważniejsze, że nie straciliśmy bramki i zdobyliśmy trzy punkty – znów wracał do „pecha” trener.

– Nie trzeba nas specjalnie motywować, teraz pozostałe spotkania będą dla nas jak derby. Musimy grać o 3 punkty by w czerwcu cieszyć się z wiadomo czego – dodawał Kamiński.

Dreszczowiec w Siedlcach
Po dramatycznym spotkaniu (ale dobrym) GKS wygrał w Siedlcach 1:0. Sytuacji było całe mnóstwo, ale do końca musieliśmy drżeć o wynik. Rywale mieli jedną bardzo dobrą akcję, ale jej nie wykorzystali.

– W następny piątek czeka nas mecz z liderem, w 7-8 dni rozegramy 3 spotkania i po nich będzie wiele wyjaśnień – mówił trener.

Te trzy nadchodzące mecze to miały być Sandecja, Górnik i Kluczbork…

Olbrzymi zawód w meczu dekady
To miał być mecz dziesięciolecia, mecz z liderem, na zbliżenie się do niego na jeden punkt. Mecz, który miał nas bardzo znacznie zbliżyć do ekstraklasy. I na tyle podbudować morale po dwóch wygranych, że siłą rozpędu do tej ekstraklasy wjedziemy. Tymczasem GKS zagrał bez ambicji, bez walki, jedno z najsłabszych spotkań w sezonie. Zagrali tak, jakby nie chcieli wygrać. W efekcie przegrali.

– Jako całość nie podjęliśmy agresywnej gry, zbyt dużo razy po odbiorze piłki rozgrywaliśmy niedokładnie i na dzisiejszego przeciwnika to było za mało. W dzisiejszym spotkaniu cała drużyna zagrała fatalnie z wyjątkiem ostatnich 12-14 minut – mówił trener.

„Paradoks i tragikomizm tej sytuacji to fakt, że nadal mamy szanse. Naprawdę grając tak tragicznie, cudem jest, że mamy zero punktów straty do strefy awansu. Bogu powinniśmy dziękować, bo tylko dzięki równie żenującej postawie Zagłębia Sosnowiec jesteśmy w tym miejscu. Inni jednak nie próżnują i Sandecja już jest jedną nogą w ekstraklasie, a cała grupa pościgowa zaraz do nas doskoczy” – pisaliśmy w pomeczowym felietonie.

Utrata sprawstwa
Wygrywając w Zabrzu mielibyśmy jeszcze prawie wszystko w swoich nogach. Nawet mimo beznadziejnej porażki z Sandecją. GKS zagrał niby bardziej ambitnie, ale nie potrafił sobie stworzyć wielu sytuacji. W efekcie słabo grający Górnik wygrał to spotkanie. Piłkarze GKS zawalili dwa mega ważne mecze na finiszu rozgrywek. I przez to uzależnili się już bardzo mocno od wyników innych drużyn.

– Dziękuję moim chłopakom, jestem dumny z tego, co dziś zaprezentowali, jaki poziom gry – ta wypowiedź po meczu trenera to już był wyraz zidiocenia. GKS przegrywa awans, a ten pieprzy o dumie z chłopaków. Trudno się dziwić, że z tym trenerem przegraliśmy.

– Dziś z pełną świadomością mogę powiedzieć, że byliśmy drużyną lepszą. Zadecydował jeden stały fragment gry. W drugiej połowie to była pełna nasza dominacja – kolejną idiotyczną wypowiedzią popisał się Kamiński.

„Po katastrofach z wiosny, wspomnianych porażkach u siebie, przyszły dwa zwycięstwa – z Tychami i Siedlcami. Mimo wielu strat punktowych, tydzień temu z kawałkiem wyrobiliśmy sobie naprawdę może nie autostradę, ale drogę szybkiego ruchu do ekstraklasy. Każdy mówił, że nadchodzą dwa kluczowe mecze, które będą prawdopodobnie decydować o naszym losie. I nie potrafiliśmy zdobyć ani bramki, ani punktu. Oba te mecze zostały zawalone tak samo, jak wszystkie poprzednie istotne spotkania tej rundzie. Łudziliśmy się, że schemat będzie inny, ale znów na darmo. Było dokładnie tak samo” – brzmiał nasz komentarz.

Pogrzeb
Do Katowic przyjechał MKS Kluczbork. Ostatnia, już zdegradowana do drugiej ligi drużyna. Najsłabsza. Dostarczyciel punktów. Ekipa, która nie wygrała na wyjeździe jednego meczu. GKS musiał wygrać i liczyć na dwa potknięcia Zagłębia w trzech ostatnich kolejkach oraz jedno Chojniczanki (oba te zdarzenia miały miejsce). GKS prowadził 2:0 i wydawało się, że spokojnie wygra. Ale przyszedł jeden gol Kluczborka i zaraz drugi. Katowiczanie przestali grać w piłkę, zaczęli kaleczyć jak tylko się da. I w 94. minucie dali sobie wbić gola z połowy boiska. Absolutna klęska i pogrzebane nadzieję.

– Prowadziliśmy 2:0 i przegraliśmy 2:3, tak więc jednak nie zasłużyliśmy na to, by awansować w tym sezonie – powiedział Brzęczek i uciekł z konferencji nie pozwalając zadać sobie pytań.

Piłkarze dostali zakaz wypowiadania się do mediów.

GKS w kompromiutującym stylu przegrał walkę o ekstraklasę w tym sezonie, a mecz z Kluczborkiem i ostatnia bramka były tego symbolami.

Bezczelność w Grudziądzu
Jakby tego było mało, tydzień po tym zaprzepaszczeniu szans, GKS nagle ozdrowiał i wygrał pewnie w Grudziądzu. Po meczu zespół zaśmiał się w twarz kibiców i odtańczył żenujący taniec radości na środku boiska. To już była kropla przepełniająca czarę goryczy w ocenie tych partaczy.

„Chcieliśmy po części zmazać plamę, którą daliśmy w tej rundzie”
„Ważne, że drużyna wygrała i będziemy wracać w dobrych nastrojach”
„Cieszyliśmy się z tego, że jesteśmy drużyną, fajną ekipą”
” To że jakieś tam niepowodzenia były, to się na nas bardzo odbiło” – to były wypowiedzi Foszmańczyka dla telewizji klubowej.

Kompromitacja na koniec
Na Bukowej w wakacyjnej i sparingowej atmosferze odbył się mecz z walczącą o utrzymanie Bytovią. Nawet tego spotkania GKS nie umiał wygrać. Zawodnicy skompromitowali się na sam koniec po raz kolejny, udowadniając, że nie są godni noszenia tych barw.

I to by było na tyle. Przepraszamy za ten tekst wszystkich, którzy dotrwali do końca. To był jednak nasz obowiązek.

Pisząc to i wracając nie tylko pamięcią, ale także spoglądając w nasze artykuły, odczuwamy na nowo olbrzymią frustrację. I z każdym dniem utwierdzamy się w przekonaniu, że ten awans został oddany specjalnie.

Nie było to warte naszych nerwów…

7 komentarzy
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

7 komentarzy

  1. Avatar photo

    Pepik78

    12 czerwca 2017 at 14:37

    Shellu z calym szacunkiem dla ciebie po co ty to piszesz?? Po jaki ch…j przypominasz nam ten koszmar, sezon o ktorym chcemy zapomniec. Pilkarze nas oszukali a oni smieja nam sie w twarz i wklejaja glupkowate fotki z wakacji. Mam nadzieje ze staff z hotelu w Grecji robi ich tak samo w ch..ja jak oni zrobili nas w ostatnim sezonie. Shellu daruj sobie podsumowania, blagam cie i nie wspominaj koszmaru!!! Jedz na wakacje odpocznij bo Tobie szczegolnie sie naleza!

  2. Avatar photo

    Irishman

    12 czerwca 2017 at 17:21

    Jasne, że każdy chciałby zapomnieć o tym koszmarze… ale nie da się.

    Trener Brzeczek okazał się delikatnie mówiąc baaardzo przeciętnym szkoleniowcem. Na pewno był jednak jednym z tych najbardziej „złotoustych”, którzy pracowali na Bukowej. A te gadki o tym, że teraz będzie już lepiej bo… skończył się marzec będziemy pewnie jeszcze wnukom powtarzać.

    Piłkarze są jacy są – wszędzie tacy sami. Różnicę może zrobić właśnie trener. Mam nadzieję, że prezes Cygan zdążył się już tego nauczyć? Może powiesiłby sobie w swoim gabinecie parafrazę słynnego hasła, coś w rodzaju – „TRENER, GŁUPCZE!!!”

  3. Avatar photo

    kosa

    12 czerwca 2017 at 18:32

    @Pepik78

    Shellu jest już na wakacjach, a te podsumowania zaplanował i napisał przed nimi 😉

  4. Avatar photo

    Pepik78

    12 czerwca 2017 at 19:07

    @Kosa sluchaj to skoro jest na urlopie i byc moze napisal wiecej artykulow o naszych pseudograjkach i ostatnim sezonie, to prosze nie publikuj tego. Na co nam koszmary??? Ps kosa jestes obronca shella z urzedu? Ps2 w nowym sezonie tez nic nie osiagniemy niewazne kto bedzie trenerem. Ryba psuje sie od glowy.

  5. Avatar photo

    Gregi

    12 czerwca 2017 at 20:13

    Shellu – za sam tytuł posta powinieneś dostać Pulitzera :))

  6. Avatar photo

    tombotleg

    12 czerwca 2017 at 22:40

    Faktycznie jak to się czyta to serce pęka po raz enty, kurwa nikt nas tak nie upokorzył w GieKSie od lat, oby w najbliższych dniach nastąpiło jakieś pierdolnięcie, wietrzenie szatni zaczynając od Goncerza i reszty tej świty, my im tego sezonu nie wybaczymy, musi przyjść trener z jajami i niestety budujemy od zera, niema innej opcji, chuj, inaczej dalej będzie piłkarskie bagno, głupio mi że jebałem Brzęczka a wychodzi że on jeden wyczuł po Kluczborku co tu jest grane..

  7. Avatar photo

    kosa

    13 czerwca 2017 at 20:29

    @Pepik78 a gdzie ja go bronię? A publikowane będą wszystkie.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Galeria Piłka nożna

GieKSa&Baník – 30 lat przyjaźni

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Mecz GKS-u Katowice z Baníkiem Ostrava był wyjątkową okazją do świętowania trzech dekad kibicowskiej przyjaźni. Zobaczcie fotorelację, którą przygotował dla Was Marcin.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Moje 30 lat

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Obecny tydzień mija mi pod znakiem jubileuszy. Dokładnie dzisiaj mija mi 30 lat z GKS Katowice. Pomyślałem sobie, że więcej napiszę o tym w felietonie przed meczem z Pogonią Szczecin. Tym bardziej, że już w sobotę będzie kolejna okrągła rzecz – ponieważ wczorajszy pojedynek z Wieczystą był moim 699. meczem GKS Katowice. To wszystko – przyznam – robi na mnie wielkie wrażenie. To kawał życia i bardzo ważna jego część. Ale tak jak mówię – kilka słów więcej napiszę w piątkowym felietonie przedmeczowym. Ale swoją drogą – myślę sobie, że mógłbym napisać pokaźnych rozmiarów książkę, bo historii, anegdot  było po prostu przez te 30 lat całe mnóstwo.

Trafiam z tymi jubileuszami na bardzo dobry czas. Zarówno w krótkim, jak i w dłuższym kontekście. Wiadomo – ostatnie 2,5 roku to pasmo radości i sukcesów. Udana walka o ekstraklasę, a potem naprawdę godne reprezentowanie klubu na piłkarskich polskich salonach. Choć bywały momenty lepsze i gorsze, to oba zakończone sezony były po tych 19 latach posuchy po prostu kapitalne. Z czego drugi dał nam Europę, co było przygodą niesamowitą i jedynie zaostrzyło apetyty na powtórkę. Jak sobie przypominam wyjazdy do Żyliny czy Miszkolca, to myślę sobie, że kurcze chciałbym to powtórzyć, że chcę więcej. A mecze u siebie ze Słowakami i Hapoelem też przecież były piłkarskim świętem.

W obecnym sezonie GieKSa nie zwalnia. Mimo swoich problemów – defensywnych czy na wyjazdach – sumarycznie notuje bardzo dobry początek sezonu. Posłuchajcie na przykład tego – w poprzednim sezonie na koniec jesieni mieliśmy 20 punktów. Teraz w połowie października mamy tych punktów 18. Czyli już za chwilę przebijemy ten zeszłoroczny dorobek. Rok temu po 10 kolejkach mieliśmy o 10 punktów mniej.

Myślałem nawet, że to może być najlepszy dorobek punktowy po 10 kolejkach za czasów drugiej kadencji trenera Góraka. Tu jednak w sezonie zakończonym awansem do pierwszej ligi GieKSa miała 20 punktów. Nie zmienia to faktu, że 6 zwycięstw w 10 meczach daje solidny dorobek nawet mimo czterech porażek. Bo grunt, że GieKSa tych meczów, których nie przegrała, nie zremisowała, tylko wygrała.

Rok temu złapaliśmy bardzo dobrą serię późną jesienią. Były wygrane z rzędu z Motorem, Koroną i Termaliką. Tamte punkty były potrzebne jak tlen i pozwoliły nie zakopać się w dole tabeli. Ostatecznie jesień skończyliśmy tuż pod kreską, ale z tego co pamiętam z tą samą liczbą punktów, co pierwsza drużyna nad nią.

Teraz GieKSa zapunktowała wcześniej, a wpływ na ten dorobek mają oczywiście trzy ostatnie mecze, w których Katowiczanie go podwoili. Rozgrywki ligowe mają tę specyfikę, że jak złapiesz serię zwycięstw, to bardzo szybko wędrujesz w górę tabeli i przede wszystkim – bardzo oddalasz się od dołu. I jak zarówno w pierwszym sezonie liczyliśmy punkty nad (albo wewnątrz) strefą spadkową, tak teraz – na tym etapie sezonu – mamy aż 10 punktów przewagi. I najzwyczajniej w świecie możemy spać spokojnie. GieKSa już nie jest żadnym kandydatem do spadku. Oczywiście czujność zawsze trzeba zachować, ale przesunęliśmy się w hierarchii i idziemy do przodu, czyli… w górę.

Wczorajszy mecz bardzo cenię. GKS miał swoje problemy, dyspozycja nie była najwyższa, a rywal pokazał się z dobrej strony. Wieczysta to nie są leszcze Stefan. Widziałem ich mecze i potrafili grać efektownie i skutecznie. Mają swoje kłopoty, próbują tę drużynę indywidualności jakoś sklecić, stąd wyniki nie do końca są takie, jakby sobie życzyli. Ale pokazali przecież swoją moc, gdy wygrali w Gliwicach czy ostatnio wysoko z Wisłą Płock. Zremisowali w Łodzi, mimo że dwukrotnie przegrywali.

I zaprezentowali swój futbol w Katowicach. Oddali więcej strzałów, także celnych, mieli większe xG. Mieliśmy trochę szczęścia, że w kapitalnych sytuacjach Semedo czy Piazon fatalnie pudłowali. Wynik był cały czas na styku.

Bardzo podobał mi się początek meczu, pierwsze pół godziny. GKS znów grał bardzo intensywnie, pressował, nie dawał specjalnie rywalowi pograć w piłkę. I co najważniejsze – strzelił gola. To jest taka mała, a jednak decydująca różnica. Mówię o porównaniu z meczami, w których niby początek jest dobry i intensywny, ale do siatki nie trafiamy i później są kłopoty. Do samych bramek zaraz przejdę, bo zasługują na osobne potraktowanie.

Po tej półgodzinie oddaliśmy piłkę i pole rywalom. Nie stwarzaliśmy sobie sytuacji, musieliśmy się skupiać na obronie. Poczytuję to trochę jako „odchorowanie” tej intensywności z Częstochowy i początku meczu z Wieczystą. I to jest kompletnie sytuacja, która ma prawo się przydarzyć i nie ma co psioczyć. Po prostu trzeba wtedy mocniej skupić się na defensywie i grać w niej skutecznie. I ostatecznie Wieczysta swoją jakością stworzyła sobie sytuacje, natomiast daleki jestem od tego, żeby negatywnie ocenić naszą grę obronną w tym meczu. Błędy oczywiście się pojawiały, ale to nie były jakieś fatalne pomyłki. Ot zwykła gra defensywna, rzetelna.

Nie ustrzegliśmy się straty bramki. Tutaj jest kwestia do poprawy, gdyż straciliśmy ją podobnie, jak dwie z Cracovią, czyli po wrzutce i z czego jeden gol z Pasami i teraz były po centrze niemal spod bocznej linii boiska. Błąd w ustawieniu? Komunikacji? To już sobie sztab z piłkarzami przeanalizują.

W piłce liczą się bramki i ta prawda wyjątkowo mocno zaistniała we wczorajszym pojedynku. I to nie były jakieś farfocle, gdzieś tam fuksem wepchnięte do bramki przeciwnika. W kluczowych momentach – gdy trzeba było – Katowiczanie dali popis techniki, kunsztu i zespołowości. Oba gole były wspaniałe. Najpierw Marcel pociągnął dynamicznie, podał do Bartka Nowaka, a ten wypatrzył swojego ulubionego Ilję Szkurina. Sposób, w jaki Ilja wbił tę bilę do łuzy był fantastyczny. To było magiczne dotknięcie, z gracją, ale przede wszystkim z pewnością i zaufaniem do swoich umiejętności. A potem Ilja włączył swoją dynamikę i kapitalnym podaniem obsłużył Borję Galana. Co zrobił Hiszpan, to ja nie wiem. Jak on wypatrzył tego Bartka, jak mu podał. Strzelanie do pustej bramki bardziej kojarzy się z podaniem poprzecznym, którym mija się bramkarza. Borja zagrał prostopadle, do tyłu, ale w taki sposób, że kapitan GieKSy miał praktycznie całą bramkę do dyspozycji, wystarczyło jedynie dołożyć nogę. Majstersztyk.

Bardzo ważne jest to, że w po tym okresie pewnej dominacji Wieczystej i po strzeleniu przez nich gola, GKS jednak ruszył po tę bramkę. I przeprowadził tę jedną, decydującą akcję. Nasz zespół w tym meczu za bardzo nie atakował. Ale gdy trzeba było – zrobił to. To jest po prostu adaptacja do warunków meczowych.

GieKSa nie będzie grać w każdym meczu tak ofensywnie i efektownie. Zdarzą się mecze lepsze i słabsze. Ale jeśli taki mecz udaje się wygrać, to ma to podwójną wartość. I najlepsze jest to, że nie mówimy tutaj o przepchnięciu meczu kolanem. Mówimy o tym, że GieKSa wygrała wspomnianym kunsztem w konkretnych dwóch akcjach. Coś pięknego.

Włożę teraz łyżkę, a może nawet dość dużą łychę dziegciu. Ale to do nas – kibiców. Abstrahując od niższej frekwencji – wiadomo poniedziałek itd. To gdy po końcowym gwizdku nagle wszyscy zaczęli się zbierać do chaty, to niestety pojawiły się smutne dla mnie obrazki. Ci z Blaszoka jeszcze jakoś zostali przytrzymani, żeby świętować z drużyną, chociaż przerzedziło się nieco. Ale gdy po radości z Blaszokiem piłkarze, jak to mają w zwyczaju, zaczęli dziękować kolejnej trybunie, to autentycznie był to… żenujący obrazek. Te trybuny były już całkowicie, ale to całkowicie puste. Naprawdę przykro patrzyło się na drużynę, która po trzecim zwycięstwie z rzędu bije brawo do pustych trybun. Ludzie, ja wiem, że poniedziałek i rano trzeba cisnąć do roboty, ale naprawdę zostać te pięć minut dłużej i podziękować drużynie za kapitalny wynik i grę w tych dwóch ostatnich meczach by po ludzku wypadało.

W sobotę mecz z Pogonią i zapowiada się fenomenalne widowisko. My mamy nadzieję, że GieKSa dalej będzie z tym swoim pazurem i dobrą formą piłkarską, ale trzeba się liczyć z tym, że i Pogoń jest w gazie. Czeka nas arcytrudne zadanie, zaryzykowałbym stwierdzenie, że najtrudniejsze u siebie w obecnym sezonie. Wiem też, że GieKSę stać na wielkie rzeczy.

Nie mam jakiegoś ciśnienia, żeby akurat z powodu mojego jubileuszu był korzystny wynik, dla mnie liczą się te liczby same w sobie, a wynik też sam w sobie, ale jakoś nie łączę tych rzeczy. Natomiast bardzo mocno będę trzymał kciuki za tę ekipę, bo tak jak pisałem wielokrotnie – są niesforni, a jednocześnie kapitalni. Nie da się nie lubić tej drużyny. I po prostu uważam, że to wielkie szczęście być kibicem GKS Katowice.

Kontynuuj czytanie

Galeria Kibice Piłka nożna

Huczny jubileusz!

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

To było bardzo udane świętowanie przyjaźni pomiędzy GieKSą i Banikiem! Zapraszamy do fotorelacji z Nowej Bukowej.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga