Felietony
Coś dla masochistów…
Nadszedł czas podsumowań. Czas trudny dla nas, bo sezon zakończył się klęską. Z niekłamanym niesmakiem, ale i poczuciem obowiązku mamy dla Was kilka artykułów na koniec rozgrywek sezonu 2016/17. Jak zawsze – zaczynamy do sprintu przez rundę, częściowo z naszymi cytatami z pomeczowych artykułów. Tylko dla Czytelników o mocnych nerwach.
Dla dodania pikanterii dodajemy wypowiedzi pomeczowe trenera i piłkarzy.
Z nieba do piekła
To był najprzyjemniejszy moment w tym roku. W pierwszym meczu, na wyjeździe z liderem, GKS po dwudziestu kilku minutach prowadził 2:0. Potem zaczęła się obrona Częstochowy i szczęśliwie udało się zakończyć mecz remisem. Wtedy pisaliśmy, że „takimi meczami robi się awans”. Jak się okazało, było to preludium to tego, że gdy jest zbyt dobrze, to nasi zawodnicy muszą coś spieprzyć.
– Gratuluję obu drużynom stworzenia takiego widowiska, widać było, że obie drużyny walczą, aby zwyciężyć – mówił trener Brzęczek.
– Nie możemy się załamywać, zostało 14 meczów i gramy dalej – powiedział Dawid Abramowicz.
Pierwsza okazja na wejście na fotel lidera została spieprzona.
Ofensywny impotent strzela nam dwa gole
Niebywałe było to, że Stomil przez ponad godzinę nie potrafił zbliżyć się do naszego pola karnego. GKS dominował i prowadził. I w końcu po tej godzinie rywale zrobili jedną akcję i strzelili gola. Łapaliśmy się za głowy. Udało się jednak znów wyjść na prowadzenie i już niemożliwe było to, żeby drugi raz się tak sfrajerzyć. A to zrobił zespół. W końcówce to Stomil powinien wygrać, bo miał lepsze sytuację. Nasz rozum nie był w stanie pojąć, jak można było nie wygrać, wygranego meczu.
– Dziękuję chłopakom jednak za zaangażowanie. Nie jesteśmy zadowoleni z punktu, ale patrząc przez pryzmat tego, jak ten mecz wyglądał to myślę, że można być zadowolonym – zaczął już odlatywać Brzęczek. Temat gratulacji za sfajdane mecze pojawi się jeszcze wielokrotnie.
– Być może wkradła się większa nonszalancja w naszej grze. Szczególnie przy stanie 2:2 – podsumował Kamil Jóźwiak.
Druga okazja na wejście na fotel lidera została spieprzona.
Frajerstwo stulecia
Do teraz nie można zrozumieć, jak GKS nie wygrał w Sosnowcu. Piłkarze Zagłębia grali taką żenadę, jakiej nie powstydziliby się nasi piłkarze. Kibice wyzywali ich od kurew i żeby zeszli z boiska. W stronę schodzących do szatni leciały takie wiązanki, jakich nigdy nie było na Bukowej. Trzeba było z uśmiechem na twarzy dobić rywala. Tymczasem nasze patałachy już dwie minuty po przerwie straciły bramkę i tak ich to załamało, że nie mogli zrobić kompletnie nic. W drugiej połowie już nie istnieli. Wydawało się, że bardziej sfrajerzyć niż ze Stomilem się nie da. Piłkarze GKS pokazali, że nigdy nie należy mówić nigdy.
„ Możemy kilkoma meczami (a pamiętajmy też o niedawnych porażkach w Bytowie i Suwałkach) zaprzepaścić cały sezon i wszelkie szanse.
Mimo, że jesteśmy już na końcu tego pomeczowego felietonu nasuwa się ciągle to samo pytanie, co na początku i zaraz po meczu… Jak do diabła można było drugi raz z rzędu nie wygrać meczu, który jest wygrany? Jak można było to tak spieprzyć?… Weźcie się do cholery ogarnijcie!” – pisaliśmy w pomeczowym felietonie.
– Nie twierdzę, że to problem mentalny. Są czasem takie sytuacje, że na tym etapie po tych trzech spotkaniach zbyt łatwo tracimy bramki. Na jesień w taki sposób nie traciliśmy. Teraz przeciwnik stwarza jedną sytuację i jest ona wykorzystana (…) Patrząc z perspektywy może będzie dla nas łatwiej, jeśli będziemy gonić tę czołówkę – złotą myślą błysnął trener.
Trzecia okazja na wejście na fotel lidera została spieprzona.
Asystent Kamiński
Mecz z Podbeskidziem był średni, ale można było pokusić się o wygraną. Niestety nie da się tego zrobić, jeśli przy stanie 0:0 popisuje się głupią asystą wprost pod nogi przeciwnika, co uczynił Kamiński. Kolejny mecz z rzędu przegrany i po czterech kolejkach mieliśmy na wiosnę tylko dwa punkty.
Oddajemy głos trenerowi Brzęczkowi:
Gratuluję i dziękuję chłopakom za walkę i zaangażowanie. To był kolejny mecz, w którym przeciwnik ma przypadkową sytuację p ostałym fragmencie i zdobywa bramkę. My stwarzamy te sytuacje, uderzamy w słupki, poprzeczki i to szczęście nam nie sprzyja. Myślę, że pozytywne jest to, że marzec się kończy. Mam nadzieję, że od kwietnia to szczęście się do nas uśmiechnie, bo zawodnicy zasługują na to, poprzez pryzmat tego, jak grają.
– Ja jestem zdania, że dobrze gramy tylko brakuje nam szczęścia w sytuacjach – dodał Kamiński.
– Oczywiste jest to, że wolelibyśmy zamienić piękne granie na sytuacje i strzelenie gola na 1:0 – skonstatował Foszmańczyk.
Trener i piłkarze byli już w innym świecie, w alternatywnej rzeczywistości.
Czwarta okazja na wejście na fotel lidera została spieprzona.
Pogrom w Pruszkowie
GKS odkuł się w starciu z przyszłym spadkowiczem. Po raz pierwszy od 30 spotkań strzelił trzy gole w meczu. Zwycięstwo byłoby minimalne, ale wprowadzony Prokić na koniec dwa razy trafił do siatki rywali.
-Gratuluję chłopakom zwycięstwa, bo zdawaliśmy sobie sprawę, że przyjeżdżaliśmy na bardzo trudny teren, do drużyny, która pokonała Zagłębie Sosnowiec i która zremisowała u siebie 3:3 z Chojniczanką, czyli z drużynami, które są głównymi kandydatami do awansu – podsumował trener.
Powtórka w Puławach
Znów z przyszłym spadkowiczem i znów wygrana trzeba bramkami. Co prawda Wisła grała na stojąco, ale GKS umiał to wykorzystać. Cieszyliśmy się, że w końcu zaczynamy wygrywać i to wysoko, to miał być przełom.
– Mam nadzieję, że to jest dla nas początek dłuższej serii, w której nie będziemy tracić bramek – nadzieją żył szkoleniowiec.
– Teraz chcemy zrobić serię wygranych, ale ona sama nie przyjdzie. Musimy się namęczyć by takie mecze wygrywać – dodał Grzegorz Goncerz.
Żenada w Wielki Czwartek
Miedź targana wewnętrznymi problemami i mająca wkurzonych kibiców przyjechała do Katowic i przez dłuższy czas grała na remis. My mogliśmy strzelić gola, ale Mandrysz skaleczył dwustuprocentową sytuację. W końcu rywale stwierdzili, że w takim razie to oni sobie wygrają w Katowicach. I strzelili szybkie dwie bramki i do widzenia.
Nie wytrzymaliśmy w pomeczowym felietonie:
„Nie da się przechodzić już obok tego obojętnie. GieKSa na boisku znów, po raz już chyba tysięczny, sfrajerzyła się kompletnie, totalnie i nie pozostawiając wątpliwości. Złość i frustracja. Człowiek latami poświęca się temu klubowi, cały czas na nowo rozgrzewają się nadzieję na lepsze jutro i gdy już, już wydaje się, że może być naprawdę dobrze – notorycznie dostajemy w pysk od piłkarzy. Ileż to już było tych meczów, które mają być przełomowe? Ileż to już razy mówiliśmy, że coś może być mentalnym impulsem? Ile razy w tej rundzie mogliśmy wskoczyć na pozycję lidera?… Co do ostatniego pytania, odpowiedź brzmi – pięć. Pięć pieprzonych razy mieliśmy okazję wskoczyć na lidera. Wystarczyło tylko wygrać mecz. Jeden mecz. Jeden z pięciu. Po tym meczu mieliśmy mieć osiem punktów przewagi nad Miedzią i wyłączyć ją z rywalizacji z nami”.
– Po raz pierwszy jestem bardzo wściekły na to, co zrobiliśmy, tym bardziej, że w dwóch poprzednich meczach wypracowaliśmy sobie niezłą sytuację, a dzisiaj to wszystko zaprzepaściliśmy. Jeśli nie będziemy wygrywać na naszym stadionie, to trudno myśleć o awansie – mówił trener.
– Wszyscy w klubie chcemy awansu i mam prośbę do wszystkich by w tym momencie cała GieKSa była razem bo wsparcie w takich momentach jest temu klubowi potrzebne. My będziemy walczyć do końca, dziś jesteśmy strasznie wkurwieni po tym meczu w którym Miedź nie grała wielkiej piłki a strzeliła nam dwie bramki – bredził Bartłomiej Kalinkowski.
Jedyny wartościowy mecz
Przegrywali 0:2 i grali w dziesiątkę w Mielcu. Po doprowadzeniu do remisu znów stracili gola, ale znów wyrównali. Nie liczymy tutaj wygranych ze zdegradowanymi słabeuszami czy również słabymi Tychami jako wartościowe rezultaty, bo takie mecze wygrywać to jest obowiązek. Natomiast remis w takich okolicznościach z dobrze dysponowaną stalą dawał nam wiele nadziei.
– Pokazaliśmy charakter, gdy przegrywaliśmy 0:2 a potem 2:3 i strzeliliśmy wyrównującą bramkę. Myślę, że dziś drużyna zdała egzamin, patrząc na warunki tego spotkania ten punkt jest dla nas cenny i mam nadzieję, że dzięki temu niektórzy w swoich głowach przestawią sobie jeszcze bardziej pewne sprawy – mówił trener. O jakich „pewnych sprawach”? Tego nie wiemy.
– Na inne zespoły nie patrzymy – dodał Tomasz Foszmańczyk.
Wysoko z Tychami
GKS Tychy wcale nie był na straconej pozycji i miał kilka bardzo dobrych sytuacji, ale ratował nas Nowak. W końcu katowiczanie zaczęli strzelać bramki i udało się to im trzy razy. Pierwsza z dwóch planowych wygranych stała się faktem.
– Na początku wiosny przeciwnik miał jedną sytuacją i wykorzystywał. Dla nas najważniejsze, że nie straciliśmy bramki i zdobyliśmy trzy punkty – znów wracał do „pecha” trener.
– Nie trzeba nas specjalnie motywować, teraz pozostałe spotkania będą dla nas jak derby. Musimy grać o 3 punkty by w czerwcu cieszyć się z wiadomo czego – dodawał Kamiński.
Dreszczowiec w Siedlcach
Po dramatycznym spotkaniu (ale dobrym) GKS wygrał w Siedlcach 1:0. Sytuacji było całe mnóstwo, ale do końca musieliśmy drżeć o wynik. Rywale mieli jedną bardzo dobrą akcję, ale jej nie wykorzystali.
– W następny piątek czeka nas mecz z liderem, w 7-8 dni rozegramy 3 spotkania i po nich będzie wiele wyjaśnień – mówił trener.
Te trzy nadchodzące mecze to miały być Sandecja, Górnik i Kluczbork…
Olbrzymi zawód w meczu dekady
To miał być mecz dziesięciolecia, mecz z liderem, na zbliżenie się do niego na jeden punkt. Mecz, który miał nas bardzo znacznie zbliżyć do ekstraklasy. I na tyle podbudować morale po dwóch wygranych, że siłą rozpędu do tej ekstraklasy wjedziemy. Tymczasem GKS zagrał bez ambicji, bez walki, jedno z najsłabszych spotkań w sezonie. Zagrali tak, jakby nie chcieli wygrać. W efekcie przegrali.
– Jako całość nie podjęliśmy agresywnej gry, zbyt dużo razy po odbiorze piłki rozgrywaliśmy niedokładnie i na dzisiejszego przeciwnika to było za mało. W dzisiejszym spotkaniu cała drużyna zagrała fatalnie z wyjątkiem ostatnich 12-14 minut – mówił trener.
„Paradoks i tragikomizm tej sytuacji to fakt, że nadal mamy szanse. Naprawdę grając tak tragicznie, cudem jest, że mamy zero punktów straty do strefy awansu. Bogu powinniśmy dziękować, bo tylko dzięki równie żenującej postawie Zagłębia Sosnowiec jesteśmy w tym miejscu. Inni jednak nie próżnują i Sandecja już jest jedną nogą w ekstraklasie, a cała grupa pościgowa zaraz do nas doskoczy” – pisaliśmy w pomeczowym felietonie.
Utrata sprawstwa
Wygrywając w Zabrzu mielibyśmy jeszcze prawie wszystko w swoich nogach. Nawet mimo beznadziejnej porażki z Sandecją. GKS zagrał niby bardziej ambitnie, ale nie potrafił sobie stworzyć wielu sytuacji. W efekcie słabo grający Górnik wygrał to spotkanie. Piłkarze GKS zawalili dwa mega ważne mecze na finiszu rozgrywek. I przez to uzależnili się już bardzo mocno od wyników innych drużyn.
– Dziękuję moim chłopakom, jestem dumny z tego, co dziś zaprezentowali, jaki poziom gry – ta wypowiedź po meczu trenera to już był wyraz zidiocenia. GKS przegrywa awans, a ten pieprzy o dumie z chłopaków. Trudno się dziwić, że z tym trenerem przegraliśmy.
– Dziś z pełną świadomością mogę powiedzieć, że byliśmy drużyną lepszą. Zadecydował jeden stały fragment gry. W drugiej połowie to była pełna nasza dominacja – kolejną idiotyczną wypowiedzią popisał się Kamiński.
„Po katastrofach z wiosny, wspomnianych porażkach u siebie, przyszły dwa zwycięstwa – z Tychami i Siedlcami. Mimo wielu strat punktowych, tydzień temu z kawałkiem wyrobiliśmy sobie naprawdę może nie autostradę, ale drogę szybkiego ruchu do ekstraklasy. Każdy mówił, że nadchodzą dwa kluczowe mecze, które będą prawdopodobnie decydować o naszym losie. I nie potrafiliśmy zdobyć ani bramki, ani punktu. Oba te mecze zostały zawalone tak samo, jak wszystkie poprzednie istotne spotkania tej rundzie. Łudziliśmy się, że schemat będzie inny, ale znów na darmo. Było dokładnie tak samo” – brzmiał nasz komentarz.
Pogrzeb
Do Katowic przyjechał MKS Kluczbork. Ostatnia, już zdegradowana do drugiej ligi drużyna. Najsłabsza. Dostarczyciel punktów. Ekipa, która nie wygrała na wyjeździe jednego meczu. GKS musiał wygrać i liczyć na dwa potknięcia Zagłębia w trzech ostatnich kolejkach oraz jedno Chojniczanki (oba te zdarzenia miały miejsce). GKS prowadził 2:0 i wydawało się, że spokojnie wygra. Ale przyszedł jeden gol Kluczborka i zaraz drugi. Katowiczanie przestali grać w piłkę, zaczęli kaleczyć jak tylko się da. I w 94. minucie dali sobie wbić gola z połowy boiska. Absolutna klęska i pogrzebane nadzieję.
– Prowadziliśmy 2:0 i przegraliśmy 2:3, tak więc jednak nie zasłużyliśmy na to, by awansować w tym sezonie – powiedział Brzęczek i uciekł z konferencji nie pozwalając zadać sobie pytań.
Piłkarze dostali zakaz wypowiadania się do mediów.
GKS w kompromiutującym stylu przegrał walkę o ekstraklasę w tym sezonie, a mecz z Kluczborkiem i ostatnia bramka były tego symbolami.
Bezczelność w Grudziądzu
Jakby tego było mało, tydzień po tym zaprzepaszczeniu szans, GKS nagle ozdrowiał i wygrał pewnie w Grudziądzu. Po meczu zespół zaśmiał się w twarz kibiców i odtańczył żenujący taniec radości na środku boiska. To już była kropla przepełniająca czarę goryczy w ocenie tych partaczy.
„Chcieliśmy po części zmazać plamę, którą daliśmy w tej rundzie”
„Ważne, że drużyna wygrała i będziemy wracać w dobrych nastrojach”
„Cieszyliśmy się z tego, że jesteśmy drużyną, fajną ekipą”
” To że jakieś tam niepowodzenia były, to się na nas bardzo odbiło” – to były wypowiedzi Foszmańczyka dla telewizji klubowej.
Kompromitacja na koniec
Na Bukowej w wakacyjnej i sparingowej atmosferze odbył się mecz z walczącą o utrzymanie Bytovią. Nawet tego spotkania GKS nie umiał wygrać. Zawodnicy skompromitowali się na sam koniec po raz kolejny, udowadniając, że nie są godni noszenia tych barw.
I to by było na tyle. Przepraszamy za ten tekst wszystkich, którzy dotrwali do końca. To był jednak nasz obowiązek.
Pisząc to i wracając nie tylko pamięcią, ale także spoglądając w nasze artykuły, odczuwamy na nowo olbrzymią frustrację. I z każdym dniem utwierdzamy się w przekonaniu, że ten awans został oddany specjalnie.
Nie było to warte naszych nerwów…
Felietony Piłka nożna
A jak Nowa Bukowa – to koncert
Żodyn się nie spodziewoł – żodyn. Że GKS Katowice na swoim boisku znów zagra bardzo dobry mecz. No dobra, ale żarty na bok. Bo mimo tych serii u siebie czy na wyjeździe – nigdy nie ma gwarancji, że u siebie stracimy w końcu jakieś punkty. Tak samo, jak nie jest przecież pewne, że na wyjeździe przegramy. Każde serie mają swój koniec i może to się wydarzyć w zupełnie dowolnym momencie. Dlatego trzeba było być czujnym przed meczem z Wisłą Płock i w żadnym stopniu nie przypisywać sobie trzech punktów przed pierwszym gwizdkiem tylko dlatego, że tak nakazuje statystyka.
Natomiast nie spodziewałem się, że GieKSa zagra aż tak dobrze. A wcale wynik nie musiał taki być. Bo to Wisła pierwsza w tym meczu zaatakowała i stworzyła sobie kilka bardzo groźnych sytuacji w pierwszych dziesięciu minutach meczu. Warto tu naprawdę zwrócić uwagę na pracę Ilji Szkurina w defensywie. To właśnie Ilja był naszym kluczowym obrońcą w tym momencie meczu, dwukrotnie stając na linii toru lotu piłki zmierzającej w światło bramki. To tylko pokazało coś – co mam wrażenie, że od kilku meczów jest obecne – że Ilja coraz lepiej pracuje na boisku i jak widać, także w destrukcji może być efektywny.
No i Wisła się w tej pierwszej połowie wyszumiała. Potem grała już tylko GieKSa. Pierwszą wisienką była bramka Emana Markovića. Emana, który póki co w tym sezonie nie notował udanych występów. Tutaj popisał się pięknym, precyzyjnym uderzeniem, trafiając w okienko bramki Leszczyńskiego. Ale cała akcja była kapitalna, bo przecież Eman przemieścił się z prawej strony boiska na lewą, rozprowadził tę akcję, a potem z pierwszej piłki pograł z Borją. Wszystko w tej akcji zagrało idealne. Potem Eman już grał bardzo dobrze, tak jakby coś mu się odblokowało. Był szybki, dynamiczny i dochodził do kolejnych sytuacji. Szkoda, że w tej, gdy minął bramkarza, nie podciął piłki i Halind-Sangré zdołał ją wybić.
Rzut karny. Absurdalna historia dla GKS Katowice. Mieliśmy dwie jedenastki na wyjeździe z Puszczą, potem na Rakowie w pierwszym sezonie w ekstraklasie. W poprzednich rozgrywkach w lidze mieliśmy… jedną jedenastkę w meczu z Górnikiem. I dopiero teraz przyszedł rzut karny. To, o cieszy – to że Arek Jędrych tak pewnie ją wykonał, podobnie zresztą jak z Hapoelem. Różnie to z tymi karnymi kapitana w przeszłości było, ale te dwa ostatnie były kliniczne.
Wisła przypuściła atak w drugiej połowie. Płocczanie zaczęli dominować, nabijali stałe fragmenty gry, kotłowało się pod naszym polem karnym, ale nie tak groźnie jak w pierwszej połowie. No i mieli tę sytuację sam na sam Hamulića. I choć piłka być może nie leciała w światło bramki, to Mateusz Kowalczyk nie mógł o tym wiedzieć. Instynktownie pobiegł ratować tę sytuację i w spektakularny sposób wybił piłkę. Przy czym Kowal rozegrał świetny mecz i można jedynie powiedzieć, że… brakowało go. Brakowało właśnie tej wyrobniczej, twardej pracy w środku pola we wcześniejszych meczach. Tutaj jego praca była nieoceniona i pokazała, że musimy ciągle szukać tego balansu w środku pomiędzy technikami, a ludźmi od czarnej roboty. Bo to oni są podstawą dla technicznych zawodników, nie odwrotnie. Tak jak dobrą drużynę buduje się od tyłu, tak i w środku pola wszystko zaczyna się od neutralizowania ataków przeciwnika.
I wtedy ci artyści mogą grać. Jak Bartosz Nowak, który po ostatnich słabszych występach, wczoraj znów błysnął. Trzy asysty w drugiej połowie to było coś, co pokazuje, że on to ciągle ma. Dośrodkowanie z rzutu rożnego w punkt, a przecież odchodzącą piłkę jest nieco trudniej zagrać. Potem szybka reakcja po podaniu Sekulskiego, minięcie bramkarza i wypatrzenie Ilji w polu karnym. W końcu asysta do Jakuba Kokosińskiego. Znów Bartek zgłosił akces nie wiadomo gdzie, ale nie będę się na ten temat rozpisywał, bo już masa nerwów poszło na jednego trenera, który jest selekcjonerem.
GKS się otrząsnął z tej przewagi Wisły i właśnie swoje kolejne bramki strzelał. Wyszło tak, że Pau Resta miał tylko dołożyć głowę do tej zagranej z rzutu rożnego piłki i Hiszpan zaliczył swoje pierwsze trafienie w GKS. Bardzo cieszy bramka Ilji – i jak mówimy, że GieKSa u siebie wygrywa, to nie sposób pominąć wkładu Białorusina, bo przecież w każdym z tych czterech meczów strzelił bramkę. I sama jego gra jest po prostu coraz lepsza. Należy mu kibicować, bo możemy mieć mnóstwo radości z jego poczynań.
No i ta kolejna wisienka na torcie. Gdy sędzia Tomasz Kwiatkowski pokazał, że dolicza zaledwie jedną minutę – taki standard „światowych” sędziów przy wysokim wyniku – pomyślałem, że szkoda, że tak krótko. A w końcówce tej jednej minuty, w absolutnie ostatniej akcji meczu młody napastnik strzelił swojego gola i patrząc na szerszy kontekst, to wspaniała sprawa, bo to dołożony kolejny pozytywny punkcik do tego meczu, całej drużyny, psychiki zespołu. Takie rzeczy naprawdę cieszą, tym bardziej, że gola zdobywa wychowanek, co przecież u nas od wielu lat się nie zdarzyło.
Naprawdę dobrą drużynę, jaką jest Wisła Płock, wypunktowaliśmy. To nie był słaby przeciwnik. To GieKSa była po prostu tak skuteczna w swojej grze. Nie dość, że udało się zachować pierwsze czyste kontro w sezonie (bardzo dobra gra Gabriela Kobylaka), to jeszcze strzelaliśmy bramki, a sytuacji było kilka więcej. Ale z tych klarownych większość wykorzystaliśmy.
Ostatnie tak wysokie zwycięstwo GKS odniósł we wspomnianym meczu z Puszczą w Krakowie w 2024 roku. Wówczas pokonaliśmy rywali 6:0. Żeby poszukać ostatniej wygranej w ekstraklasie u siebie pięcioma bramkami, musimy cofnąć się 33 lata wstecz do marca 1993 i pojedynku z Szombierkami, które GKS wygrał też 5:0. Historia dzieje się na naszych oczach.
A Wisła Płock nie lubi Nowej Bukowej, oj nie lubi. Zagrali tu trzeci mecz w ciągu roku i zainkasowali bagaż 10 bramek. Najpierw w Pucharze Polski GKS wygrał 4:2, w lidze w poprzednim sezonie było 1:0, a teraz 5:0. Rafał Leszczyński w meczu pucharowym nie grał, więc zainkasował u nas sześć bramek. To i tak lepiej niż Filip Majchrowicz, który w trzech spotkaniach na Nowej Bukowej przyjął osiem gongów.
Teraz wypada mieć nadzieję, że wajcha w końcu została przestawiona i na wyjeździe GKS zagra przynajmniej w połowie to samo, co u siebie. To już będzie dużo. A zadanie za tydzień wydaje się najtrudniejsze pod kątem wyjazdów, bo jedziemy na wybitnie nieprzyjazny dla siebie teraz, gdzie od ponad 20 lat bramki nie strzeliliśmy i przegraliśmy wszystko. Okazja wydaje się więc idealna, żeby ten schemat zmienić. Mówiłem to przed meczem z Wisłą i mówię teraz – GieKSę stać na wielkie rzeczy. Trzeba po prostu mieć do nich dostęp. U siebie mamy, na wyjeździe póki co nie. Ale liga jest długa.
Trzy wyjazdy, na których będą się kolejne rozdziały historii tego sezonu zapisywać. Myślę, że czekają nas ekscytujące spotkania i GieKSa w końcu w nich zapunktuje na tyle, że wszyscy będziemy zadowoleni.
I wszystkiego najlepszego dla Wasyla, który miał wczoraj urodziny. I dla Bartka Nowaka, który ma jutro. I w sumie dla Matiego Wdowiaka, bo ma za cztery dni. I dla Ilji, bo miał tydzień temu. Spojrzałem sobie na roczniki. Ilja – rocznik ’99. Boże, jacy wy jesteście młodzi… Sto lat Panowie!
Piłka nożna
Górak: Nie popadać w euforię ani lament
Po meczu GKS Katowice – Wisła Płock wypowiedzieli się trenerzy obu zespołów Rafał Górak i Adam Majewski. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis całej konferencji prasowej w wersji audio.
Adam Majewski (trener Wisły Płock):
Muszę pogratulować zespołowi GKS wygranej. Patrząc z mojej perspektywy wydaje mi się, że zdecydowanie za wysokie zwycięstwo i nasza zbyt wysoka porażka. Początek meczu, do straconego gola, zresztą pięknego, prowadziliśmy grę, mieliśmy przewagę, stworzyliśmy sobie sytuacje i szkoda, że w tym momencie nie udało się zdobyć gola, bo być może to spotkanie wyglądałoby inaczej. Rozmiar jest więc szokujący. Patrząc statystycznie, choć statystyki nie grają, ale podobnie jak w meczu z Wisłą Kraków oddaliśmy dwadzieścia kilka strzałów, mieliśmy 11 czy 12 rzutów rożnych, posiadanie piłki 60 do 40 procent lub nawet więcej. Ale w najważniejszej statystyce GKS nas wypunktował, bo był bardzo skuteczny. Nam tego zabrakło, zabrakło jakości w polu karnym, bo swoje sytuacje mieliśmy. Dwa najważniejsze momenty, to możliwość prowadzenia 1:0, a potem gdy przegrywaliśmy 0:2 w drugiej połowie przejęliśmy inicjatywę, mieliśmy sytuację sam na sam. Być może gdybyśmy strzelili gola kontaktowego, obraz gry by się zmienił i walczylibyśmy o jeden punkt. Duże rozmiary porażki, ale nie zwieszamy głów, mamy następny mecz w piątek z Koroną Kielce. Patrząc na sposób gry, zaangażowanie i podejście to mimo takiej porażki idziemy w dobrą stronę. Ale musimy wykorzystywać sytuacje, bo inaczej się nie da. Na końcu indywidualne błędy w obronie, szczególnie przy czwartej bramce, powodują, że skończyło się to taki rezultatem, a nie innym.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Gdy wygrywa się 5:0 to można dużo mówić i to górnolotnie, ale ja wolałbym odpowiadać na pytania. Jestem strasznie zadowolony ze zwycięstwa. To jest taka proza życia, nie ma co nic dorabiać, graliśmy dobre spotkanie, byliśmy skuteczni. Było jeszcze trochę tych sytuacji, rywal nie był banalny, żeby powiedzieć, że skoro 5:0, to co to tam dzisiaj było. Nie, to nie były łatwe zawody, bardzo się cieszę. Pytajcie, jestem do dyspozycji.
Galeria Piłka nożna
GieKSa zagrała na piątkę
GKS Katowice pokonał 5:0 Wisłę Płock na Arenie Katowice. Zapraszamy do obejrzenia fotorelacji z tego emocjonującego spotkania na Nowej Bukowej.

Pepik78
12 czerwca 2017 at 14:37
Shellu z calym szacunkiem dla ciebie po co ty to piszesz?? Po jaki ch…j przypominasz nam ten koszmar, sezon o ktorym chcemy zapomniec. Pilkarze nas oszukali a oni smieja nam sie w twarz i wklejaja glupkowate fotki z wakacji. Mam nadzieje ze staff z hotelu w Grecji robi ich tak samo w ch..ja jak oni zrobili nas w ostatnim sezonie. Shellu daruj sobie podsumowania, blagam cie i nie wspominaj koszmaru!!! Jedz na wakacje odpocznij bo Tobie szczegolnie sie naleza!
Irishman
12 czerwca 2017 at 17:21
Jasne, że każdy chciałby zapomnieć o tym koszmarze… ale nie da się.
Trener Brzeczek okazał się delikatnie mówiąc baaardzo przeciętnym szkoleniowcem. Na pewno był jednak jednym z tych najbardziej „złotoustych”, którzy pracowali na Bukowej. A te gadki o tym, że teraz będzie już lepiej bo… skończył się marzec będziemy pewnie jeszcze wnukom powtarzać.
Piłkarze są jacy są – wszędzie tacy sami. Różnicę może zrobić właśnie trener. Mam nadzieję, że prezes Cygan zdążył się już tego nauczyć? Może powiesiłby sobie w swoim gabinecie parafrazę słynnego hasła, coś w rodzaju – „TRENER, GŁUPCZE!!!”
kosa
12 czerwca 2017 at 18:32
@Pepik78
Shellu jest już na wakacjach, a te podsumowania zaplanował i napisał przed nimi 😉
Pepik78
12 czerwca 2017 at 19:07
@Kosa sluchaj to skoro jest na urlopie i byc moze napisal wiecej artykulow o naszych pseudograjkach i ostatnim sezonie, to prosze nie publikuj tego. Na co nam koszmary??? Ps kosa jestes obronca shella z urzedu? Ps2 w nowym sezonie tez nic nie osiagniemy niewazne kto bedzie trenerem. Ryba psuje sie od glowy.
Gregi
12 czerwca 2017 at 20:13
Shellu – za sam tytuł posta powinieneś dostać Pulitzera :))
tombotleg
12 czerwca 2017 at 22:40
Faktycznie jak to się czyta to serce pęka po raz enty, kurwa nikt nas tak nie upokorzył w GieKSie od lat, oby w najbliższych dniach nastąpiło jakieś pierdolnięcie, wietrzenie szatni zaczynając od Goncerza i reszty tej świty, my im tego sezonu nie wybaczymy, musi przyjść trener z jajami i niestety budujemy od zera, niema innej opcji, chuj, inaczej dalej będzie piłkarskie bagno, głupio mi że jebałem Brzęczka a wychodzi że on jeden wyczuł po Kluczborku co tu jest grane..
kosa
13 czerwca 2017 at 20:29
@Pepik78 a gdzie ja go bronię? A publikowane będą wszystkie.