Piłka nożna
Historia potyczek ligowych GieKSy z Pogonią
Ja dotąd na poziomie ligowym GKS spotykał się z Pogonią Szczecin aż 53-krotnie. Dlatego też artykuł z oczywistych względów będzie zawierał pobieżny opis pojedynków obu drużyn.
Pierwsze historyczne spotkanie zostało rozegrane w sezonie 66/67. Grająca na własnym stadionie GieKSa tylko zremisowała z beniaminkiem ze Szczecina 1:1. GKS-owi prowadzenie dał Śliwa, ale kilka minut później wyrównał Łowkins. Po meczu trener Nikiel powiedział: „Nie mogę zrozumieć co się stało z moimi podopiecznymi. Rozegraliśmy chyba najgorszy mecz w ekstraklasie”. Dodatkowy komentarz jest zbędny. W rewanżu jednak odebraliśmy co swoje i zwyciężyliśmy po golu Anczoka. Na koniec sezonu oba zespoły utrzymały się w lidze a tym samym dały początek długiej rywalizacji pomiędzy oboma klubami. GKS z Pogonią konfrontował się regularnie jeszcze przez cztery sezony. W sezonie 67/68 padł pierwszy bezbramkowy remis oraz pierwsza wygrana Portowców. Pogoń wygrała w Szczecinie po golu Kieleca 1:0. Sezon później znów lepsza była drużyna z Pomorza. Bezbramkowy remis padł tym razem w Szczecinie, a w Chorzowie na Stadionie Śląskim Pogoń odniosła pierwsze wyjazdowe zwycięstwo (0:2) po golach Kasztelana i ponownie Kieleca. Na przełomie lat 60-tych i 70-tych wreszcie lepszy był GKS. Na Pomorzu padł remis bez goli, ale na Górnym Śląsku gospodarze wygrali 3:0 (Strzelczyk, Nowok, Pluta). Ten mecz też nie był rozgrywany na Bukowej, tylko tym razem w Siemianowicach. Bukowa w tamtych sezonach była modernizowana. W sezonie 70/71, w którym GKS rywalizował m.in. z Barceloną najpierw ekipa trenera Strzykalskiego wygrała 3:0 (J. Glick, Olsza, Zuzok (k)), a potem poległa 3:2 (Jakóbczak x3 – Nowok x2). Pierwsze z tych spotkań było już rozgrywane na naszym obiekcie w Katowicach. Po tym sezonie Trójkolorowi opuścili szeregi I-ligowców (ówczesna Ekstraklasa) i z Pogonią spotkali się dopiero po ośmiu latach. Było to w sezonie 78/79 w Ekstraklasie, tym razem beniaminkiem była GieKSa, która u siebie wygrała 2:1 (Brzeźniak, Stańczyk (sam.) – Krasowski). Na wyjeździe Katowiczanie już musieli uznać wyższość gospodarzy, którzy pewnie wygrali 3:0 (Klasa, Wolski, Kensy). Drużyna trenera Oślizły miała wtedy wyraźnie słabszy dzień. GKS na koniec sezonu został sklasyfikowany w środku tabeli, Pogoń zaś spadła z ligi.
GKS do Pogoni dołączył już w latach 80-tych. Oba kluby spotkały się w zreformowanej II lidze, konkretnie w grupie Zachodniej. W tamtych sezonie w każdym z meczów wygrywali goście i za każdym razem ledwie po jednym goli. Portowcom wygraną dała bramka Włocha, a Trójkolorowym Rzeszutka. Pogoń awansowała, a rok później to samo uczynił GKS. Przez najbliższe siedem lat oba klub regularnie rywalizowały w najwyższej klasie rozgrywkowej. Przez pierwsze dwa Pogoń nie dawała szans GieKSie. Zwłaszcza drugi mecz można określić prawdziwym ‘kubłem zimnej wody’: GKS 0:1 Pogoń (Stelmasiak); Pogoń 6:0 GKS (Włoch, Biernat x3, Stelmasiak, Sokołowski), Pogoń 4:0 GKS (Ostrowski, Leśniak, Wolski, Krupa) i 1:2 (Rzeszutek – Ostrowski, Kensy (k)). W kolejnych sezonach rywalizacja była już bardziej wyrównana, no może poza meczem w Szczecinie w sezonie 86/87:
84/85: GKS 2:0 Pogoń
84/85: Pogoń 1:0 GKS
85/86: Pogoń 0:0 GKS
85/86: GKS 5:4 Pogoń
86/87: GKS 1:1 Pogoń
86/87: Pogoń 7:2 GKS
87/88: Pogoń 2:1 GKS
87/88: GKS1:0 Pogoń
88/89:Pogoń 1:1 GKS
88/89:GKS 2:0 Pogoń
Po sezonie 88/89 Portowcy opuścili I ligę i tym samym przez 2 lata nie mieli okazji mierzyć się z zespołem ze stolicy Górnego Śląska.
W latach 90-tych, czyli w złotych latach GieKSy przez sześć sezonów dochodziło do potyczek z Granatowo-bordowymi. Pierwsza miała miejsce w sezonie 92/93 w zremisowanym meczu 1:1, chociaż wszystkie bramki zdobywali piłkarze gospodarzy Stolarczyk samobójczą oraz Dymkowski w 90 minucie doprowadzając do wyrównania. W Katowicach zwyciężyli gospodarze po golu Świerczewskiego. Sezon później powtórzył się scenariusz z pierwszego spotkania z przed roku, czyli 1:1. Tym razem w 90 minucie gola strzelił gracz GieKSy Wolny, wcześniej trafił Jaskólski. Na wyjeździe wynik był identyczny. Trafiali Mandrysz dla Pogoni i Maciejewski z karnego dla naszej drużyny. W sezonie 94/95 dwukrotnie lepsza była Pogoń wygrywając u siebie 1:0 (Araszkiewicz) i na wyjeździe 1:2 (Borawski – Studziński, Moskalewicz). Sezon później ponownie lepszy bilans w dwumeczu był po stronie Portowców – 1:0 (Dymkowski) oraz 1:1 (Pikuta – Dymkowski). Mimo to Pogoń musiała przegryźć gorycz spadku, by po roku wrócić do Ekstraklasy i znów rywalizować m.in. z GKS-em Katowice. GieKSa nie dała szans beniaminkowi w obu meczach wygrywając dwukrotnie 3:2. W Katowicach gole zdobywali Polarz, Wojciechowski i Kucz dla GKS oraz Leszczynski i Moskalewicz dla Pogoni. W rewanżu gole na swoje konto zapisali Koniarek, Moskal i Florek dla nas i dwa Mandrysz dla gospodarzy. Ostatni dwumecz lat 90-tych (spadkowy dla GieKSy) był już wyrównany. Każda z drużyn na własnym terenie inkasowała 3 punkty. Katowicom dał je gol Kubisza, a Pogoni bramka Stolarczyka.
W drugim tysiącleci kibice mogli podziwiać jedenastki obu klubów w bezpośrednich meczach jak dotąd trzynaście razy. Te trzynaście spotkań należy podzielić na okres gry w Ekstraklasie oraz I lidze po kilkuletniej przerwie. Pierwszy okres należał zdecydowanie dla GieKSy. Na inaugurację sezonu 00/01 bramek nie było, w rewanżu w sumie trzy o czym świadczy wynik 1:2 (Dźwigała (k.) – Moskała, Bała. Sezon później Trójkolorowi wygrali już oba mecze po 1:0. W obu spotkaniach trzy punkty zdobywaliśmy dzięki skuteczności Gajtkowskiego. Sezon 02/03 to wygrana na Bukowej 2:0 (Wydmuszek(sam.), Wróbel) i remis bez goli na wyjeździe. Koniec końców Pogoń znów spadła i znów po zaledwie roku w ówczesnej II lidze uzyskała promocję. Lata 04/05 były ostatnimi dla GieKSy w Ekstraklasie. Do spadku przyczyniła się porażka na Pomorzu 4:2 (Milar x2, Bugaj, Masternak – Andruszczak, Wróbel). Nie pomógł też remis w Katowicach 1:1 (Bartnik – Grzelak).
Na poziomie dzisiejszej I ligi rywalizację wznowiono w sezonie 09/10. Na dzień dobry w Szczecinie gospodarze nie dali szans GKS-owi i wygrali bez większego wysiłku 3:0 (Petasz, Lebedyński x2). W drugim meczu po wielkich emocjach skazywana na pożarcie GieKSa pokazała charakter remisując 2:2. W tamtym pamiętnym meczu na trybunach zasiadło około 8000 kibiców, a w loży VIP rzekomo grono sponsorów, którzy mieli uratować tonący w długach klub. Do przerwy gospodarze prowadzili po golu Iwana. Kilka minut po rozpoczęciu drugiej połowy nie dość, że z boiska wyrzucony został Kamiński, to jeszcze rzut wolny po jego faulu na cudownego gola zamienił Petasz. W 73. minucie legenda Pogoni – Moskalewicz dał gościom prowadzenie i wydawało się, że jesteśmy bez szans. Tak się nie stało, w 84. Minucie Kaliciak dał ekipie Nawałki remis. Mimo, że mecz kończyliśmy w 9 po czerwieni dla Mikulenasa, to udało się utrzymać ten wynik do końca. W poprzednim sezonie emocji również nie brakowało. W meczu kończącym rundę jesienną GKS zdołał po ogromnych emocjach odnieść sukces na wyjeździe i wygrać 3:4 (Ława x2, Petasz – Pitry, Karwan, Dziedzic, Nowak). Do 85 minuty przegrywaliśmy 3:1. Ożywiony wpuszczonymi z ławki Karwanem i Sadowskim GKS zdołał w kilka minut zdobyć aż trzy bramki! Wystarczy dodać, że ten mecz był nominowany do Złotego Buka w kategorii „Wydarzenie roku”. W Katowicach Pogoń odebrała, to co straciła u siebie i triumfowała 1:2 ( Łuszkiewicz(sam.) – Frąszczak, Radler). W tym sezonie u siebie GKS zaprezentował się jeszcze gorzej i przegrał 0:2 (Noll, Djousse). W tym meczu GieKSa zagrała fatalnie i nie miała po swojej stronie żadnych argumentów, by chociaż powalczyć o remis.
GKS dotąd konfrontował się z Pogonią 53-krotnie. Lepszy bilans mają szczecinianie, którzy wygrywali 20 razy. GieKsa ma dwa zwycięstwa mniej. Aż 15 razy mecze tych drużyn kończyły się podziałem punktów. Pogoń zdecydowanie dominuje bramkami nad GKS-em. Portowcy mają ich na swoim koncie aż 72, a Trójkolorowi tylko 58.
Felietony Piłka nożna
Wyzerowane atuty – diagnozy brak
Szczerze mówiąc nie chce mi się pisać tego felietonu, bo myślę sobie, że znowu będę pisał to samo. Rozbieżność między wynikami meczów u siebie i na wyjeździe sięgnęła absurdu. GKS rozegrał w tym sezonie siedem meczów – u siebie wszystkie trzy wygrał, na wyjeździe wszystkie cztery przegrał. Suma tego jest taka, że z europejskich pucharów już odpadliśmy, a w lidze mamy trzy punkty po trzech kolejkach. Czyli słabo – bo to średnia mogąca nawet nie dać utrzymania.
Piszę to wielokrotnie i napiszę jeszcze raz, bo już wiele razy w przeszłości czy to piłkarze czy trenerzy obrażali się na mnie, bo coś tam skrytykowałem. Nie mówię o sytuacjach, kiedy pojechałem z koksem i tak czy inaczej kogoś nazwałem, bo za to obrazę rozumiem. Cóż, młodość (która trwa, ale już inna). Ale my nie możemy doprowadzić do zagłaskania naszej drużyny – za ekstraklasę, za kapitalną w niej postawę czy za puchary. Wszyscy wiemy gdzie byliśmy i co trener wraz z kolejnymi grupami piłkarzy w ostatnich latach nam dał i daje. Więc tu nie ma mowy o podważaniu projektu jako całości. Ale trzeba mieć w tym wszystkim krytycyzm, bo jeśli w którymkolwiek momencie ktoś uznał, że zdobyliśmy już tyle, że teraz po prostu możemy do końca kariery jechać na sukcesie – to jest to – delikatnie mówiąc duży błąd. Więc tak, doceniamy ekstraklasę, super jest jeździć na te wszystkie stadiony w najwyższej polskiej lidze. I niech ten projekt w tym kształcie, z obecnym trenerem trwa jak najdłużej.
No ale są defekty. I ta postawa na wyjazdach naprawdę każe się zastanowić nad kilkoma rzeczami. Bo to jest coś, co jakiś czas się w GieKSie powtarza, mamy powtórkę z czterech przegranych wyjazdów na początek sezonu z zeszłego roku. A w pierwszym po awansie do ekstraklasy sezonie, na wiosnę także przydarzyły się cztery wtopy z rzędu na delegacjach.
Ale to nie chodzi tylko o wyniki. Chodzi o grę, która co prawda nie zawsze ten wynik gwarantuje, a w perspektywie pewnego okresu czasu (raczej krótszego niż dłuższego) dobra gra statystycznie przynosi względnie dobre wyniki. U nas nie jest największym problemem to, że przegraliśmy cztery mecze z rzędu. Problemem jest to, że te mecze przegraliśmy zasłużenie, bo graliśmy bardzo słabo.
Wczoraj chciałem wierzyć, że jak długo ten mecz trwał, w końcu coś wciśniemy. Mecz z Motorem w naszym wykonaniu nie był aż takim paździerzem, jakie trochę razy ostatnio na wyjazdach oglądaliśmy. Przypomniał się mecz z Cracovią, kiedy wydawało się, że przy 0:0 na koniec spotkania pozostanie spory niedosyt. A rywal w końcówce nam wmontował bramkę i już nawet z remisu nie można było się „cieszyć”. Ostatecznie, choć wczoraj GieKSa nie była beznadziejna, to była jednak słaba. Tym bardziej martwi to, że naprzeciw mieliśmy drużynę mocno przeciętną, do tego skleconą naprędce po kadrowych zawirowaniach, z nowym trenerem. A my – stabilni i budowani od kilku lat – nie potrafiliśmy zrobić na tym boisku nic. Przecież, gdyby nie Ndiaye czy może jeszcze Simon, to by Pan Czubak piłkę oglądał z daleka i nie miał okazji zaprezentować swojego świetnego wykończenia. Motor był do bólu średni, ale swoim jednym czy drugim błyskiej robił różnicę.
U nas tym razem w obronie nie było „wesołego miasteczka”, choć oczywiście nie ustrzegliśmy się błędów, po których padły bramki – najpierw nieuznana, a potem już prawidłowa. Jednak w tym meczu to nie obrona była naszym głównym problemem. Tym razem było to słabe/bardzo słabe/beznadziejne rozgrywanie ataku pozycyjnego. O kontrach nawet nie mówię, bo mam wrażenie, że jak my wyprowadzamy kontrę, to zaraz jeden czy drugi nasz zawodnik się zatrzymuje, robi kółeczko, wycofuje nie wiadomo gdzie i po kontrze nici.
Od patrzenia na nasze rozegranie piłki na połowie przeciwnika oczy bolały. Sposobności mieliśmy całe mnóstwo, bo Motor bronił się nieraz dość nisko – nie desperacko w swoim polu karnym – ale mocno na swojej połowie. My graliśmy po obwodzie – to na lewo, to na prawo. I często kończyło się do słabą wrzutką, z którą rywale nie mieli problemu. Przede wszystkim więcej w tym temacie oczekiwałem od Bartosza Wolskiego, bo naprawdę zawodnik ma większe umiejętności niż to, żeby zagrać leciutką piłkę à la serwis Pawła Zagumnego w pole karne i liczyć na czysty przypadek, że akurat trafi w nią ktoś z naszych, a nie przeciwników. Dlaczego nie ma mocnych, takich soczystych wrzutek? Dlaczego nie ma jakiejś próby większej precyzji? Nie mówiąc o tym, że nasi wahadłowi też chyba mocno zapomnieli, co to znaczy żwawość na boku. Nie ma dynamicznych pojedynków 1 na 1 na skrzydle na wysokości pola karnego, wejść w to pole karne. Jest to wszystko takie miałkie i nijakie i taka była ofensywa GKS w tym meczu. Naprawę zestawiając to z pojedynkiem z Motorem z rundy wiosennej i bramek, jakie GieKSa strzelała w tamtym meczu można… dostrzec różnicę.
Ostatecznie najlepszymi okazjami GKS był strzał Ilji w słupek i sytuacja, w której Ilja gola strzelił, ale Bartosz Nowak był w tej sytuacji na spalonym. Tak, był jeszcze strzał napastnika po dośrodkowaniu oraz uderzenie Mateusza Wdowiaka w boczną siatkę. I to tyle. Motor miał swoich groźnych sytuacji więcej.
Widać też, że trener szuka optymalnego składu, ale na razie większość zawodników swoją grą nie przekonuje, by zagościć w jedenastce na stałe. W pomocy kombinujemy. Bartek Nowak ma abonament na granie, ale wychodzi na to, że Bartek Wolski również. Chcieliśmy tego duetu, czekaliśmy na to, jaki zrobią oni techniczny zamęt w tej lidze. Na razie jednak to tylko mrzonki. Nie mamy twardości w środku pola. Jeszcze do tego dokładamy Marcela, który jest ambitny, szybki, ale też nie jest to skała. Do tego wygląda na to, że wczoraj przegrał z upałem, z ręką na sercu, jak widziałem, że podciąga sobie tę koszulkę i w ogóle miałem z daleka wrażenie, że jest cały czerwony, to pomyślałem, że Rafał Górak zrobi wyjątek i ściągnie piłkarza w przerwie. Tak też się stało.
Pamiętam jak w poprzednim sezonie po Górniku Zabrze trener zapowiedział, że coś musimy zmienić w samym podejściu do spotkania i strukturze gry na wyjeździe. Choć potem przegraliśmy jeszcze z Lechią, to za chwilę gra GKS na obcych stadionach zaskoczyła. GieKSa wygrała z Lublinie, Niecieczy, w Pucharze Polski z ŁKS. Na początek roku było zwycięstwo w Lubinie. Były te mecze z Rakowem i Lechem. Czyli da się. Problem jest taki, że jak drużyna wpadnie w wyjazdową otchłań bezradności i niemocy, to trudno z niej się wykaraskać.
Najgorsze jest to, że nie widać, aby był jeden mądry, który zdiagnozował, gdzie leży problem. A to musi być głębszy problem mentalny, bo przecież u siebie ci zawodnicy – zarówno indywidualnie, jak i jako cała drużyna – potrafią przecież grać w piłkę. Co się z nimi dzieje na wyjeździe i dlaczego? Może to jest coś na etapie samego wyjazdu na mecz, podróży, hotelu, dnia meczowe na wyjeździe? Może to tam trzeba poszukać, co się takiego dzieje z piłkarzami, że opada z nich cała ta agresja, moc i siła? Może gdzieś jest zbyt duże rozluźnienie, a może to rozluźnienie jest zbyt małe? Trzeba szukać, w każdym szczególe, w każdym posiłku, w każdej minucie spędzonej w autobusie.
Przyznam, że po tym kolejnym przegranym meczu nie mam smutku, żalu czy załamki. Jest po prostu po raz kolejny irytacja i taka frustracja, bo widzę tę bezradność piłkarzy i mi się udziela. Nie ma w życiu chyba gorszego poczucia niż to, że nie ma się wpływu. A gra GKS a wyjeździe wygląda tak, jakby zawodnicy nie mieli dostępu do swoich atutów, które dają różnicę, tylko próbowali sztampowych, oklepanych i zupełnie nieefektywnych na tym poziomie rozwiązań.
I trzeba coś z tym zrobić szybko, bo wkrótce czekają nas trzy trudne wyjazdy – Zabrze, Gliwice i Lubin. Tu już po prostu obowiązkowo będzie trzeba punktować.
A na razie Wisła Płock. Dobrze, że przynajmniej u siebie te atuty nie są zablokowane. Liczymy, że i tym razem tak będzie, GieKSa swoje gole będzie strzelała i trzy punkty zdobędzie.
Piłka nożna
Górak: Brakuje nam wytrawności
Po meczu Motor Lublin – GKS Katowice wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Mariusz Misiura i Rafał Górak. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Jesteśmy rozczarowani tym, że przegraliśmy spotkanie, włącznie z powiedzeniem, że jeżeli nie możesz wygrać, to powinieneś umieć go zremisować.
Takie mam odczucia w stosunku do tego meczu. Niestety – nie jesteśmy jak na razie w stanie zagrać meczu na zero z tyłu, który dałby nam przestrzeń, żeby wywieźć z takiego spotkania remis, bo może on też nie byłby to szczyt naszych marzeń przed spotkaniem – bo przyjechaliśmy z zamiarem wygrania meczu – ale na pewno remis bardziej odwzorowywałby to, co się działo. Ale to jest nieistotne, bo ten który bramkę strzela ma tę radość, a ten, który tego nie robi – tej radości nie ma. W wielu momentach za dużo mamy rozpiętości poziomowych w spotkaniach. To mnie też trochę na razie smuci, bo powinniśmy się stać bardziej wytrawną drużyną, a tego nam brakuje. Mamy bardzo dobre momenty, kiedy gramy zgodnie z tym, co chcemy robić, a mamy też takie kiedy ta gra na różnych pozycjach w różny sposób ofensywie czy defensywie nam się łamie i powoduje bałagan, który kończy się niekiedy tak, jak się skończył przy straconej bramce. Byliśmy w posiadaniu piłki pod polem karnym przeciwnika i tej wytrawności jeszcze brakuje – tego będziemy szukać. Dziś jest masę rozczarowania i sportowej złości, ale nic tu po narzekaniu, trzeba brać się do roboty i mocno wyciągać wnioski choćby z tego, że przy czterech meczach wyjazdowych w tym sezonie cztery razy schodzimy pokonani i to nas bardzo denerwuje i jesteśmy niezadowoleni. Ale po to niekiedy takie próby są, żeby wychodzić, silniejszym. Teraz będziemy się przygotowywać do następnego spotkania, potem mamy trzy mecze z rzędu na wyjeździe. Czeka nas nie lada sprawdzian i jestem przekonany, że wyjdziemy z tego obronną ręką. Dzisiaj jest dużo złości, rozczarowania i momentów, z których z gry jesteśmy niezadowoleni.
Mariusz Misiura (trener Motoru Lublin):
Bardzo się cieszę, że wygraliśmy mecz i zdobyliśmy trzy punkty. Bo mam poczucie, że to był czwarty naprawdę dobry mecz w naszym wykonaniu i jak ten czas leci – mijają tygodnie – przygotowujesz się do czwartego spotkania, a na koncie masz jeden punkt, to zapominamy, co się wydarzyło w pierwszej czy drugiej czy trzeciej kolejce. Wydaje mi się, że drużyna zasłużyła, żeby mieć ich więcej. Wierzę, że konsekwentną pracą i procesem będziemy budować silną drużynę.
Co do meczu to wydaje mi się, że wykreowaliśmy więcej sytuacji, na pewno w pierwszej połowie, konsekwencją tego jest bramka. Powiedzieliśmy sobie w szatni, że musimy zostawić serce i charakter. 104 minuty w takim upale to szacunek dla piłkarzy. Sami państwo siedząc na trybunach czuliście gorąco i zmęczenie.
To jest coś normalnego, że w takim upale przydarzały nam się błędy, cieszę się, że nie było z tego konsekwencji w postaci gola, ale podobało nam się nasze dążenie do strzelenia bramki. Dobre zmiany, każdy z zawodników dał impuls. Bardzo się cieszę z tych trzech punktów i idziemy dalej.
Piłka nożna
Hapoel: Nowi zawodnicy pomogą drużynie?
W przerwie pomiędzy sezonami działacze Hapoelu dokonali kilku zmian w składzie. Z klubem pożegnało się pięciu zawodników i tylu samo podpisało nową umowę.
Największe nadzieje są wiązane z pochodzącym z Ghany Douglasem Owusu. 20-letni Owusu gra na pozycji napastnika, poprzednie dwa sezony grał w Super liga Srbije – najpierw w Radniku Surdulica, a przez ostatnie pół roku w Crvenie Zvezda Belgrad. W tych dwóch klubach strzelił 11 bramek i zanotował tyle samo asyst. Kontrakt z Owusu został podpisany 5 sierpnia i od razu został zgłoszony do rozgrywek Ligi Konferencji, jednak nie zagrał w meczu w Miszkolcu. Filigranowy (mierzy zaledwie 1,65 m) piłkarz jest wart 4,5 mln euro.
Hapoel podpisał także umowę z obrońcą Doronem Leidnerem. 24-latek występował w drużynie z Tel Awiwu jako junior, później „błąkał” się po Europie (Olympiakos Pireus, Austria Wiedeń, FC Zurich), by ostatecznie wrócić do Hapoela. Leidner występuje w kadrze Izraela. Jego wartość rynkowa wynosi 300 tys. euro. Doron wystąpił we wszystkich meczach pucharowych, w jednym w pełnym wymiarze, w pozostałych był zmieniany po około 60 minutach. W drugim meczu z Ludogortsem zobaczył żółtą kartkę.
Kolejnym obrońcą, który podpisał nową umowę, jest wysoki, mierzący 188 centymetrów, Chico. 27-latek przez większość kariery grał w Brazylii (Sport Recife i Novorizontino), a na początku poprzedniego sezonu został wypożyczony do Hapoelu. Przed tym sezonem związał się z klubem 3-letnią umową. Wartość rynkowa Chico oceniana jest na 1,2 mln euro. Brazylijczyk wystąpił we wszystkich meczach pucharowych. W pierwszym meczu z Ludogortsem strzelił bramkę i zobaczył żółtą kartkę.
Z kolei 24-letni Yonatan Farber gra na pozycji pomocnika i występował tylko w drużynach z Izraela. Farber mierzy 1,9 m, a jego wartość wyceniania jest na 350 tys. euro. W meczach pucharowych wystąpił tylko parę minut – w drugim meczu z Ludogortsem.
Ostatnim zawodnikiem, który dołączył do Hapoela przed sezonem, jest 19-letni Itay Shavit. Shavit jest reprezentantem Izraela U19 i gra na pozycji pomocnika. Jego wartość wyceniana jest na 150 tys. euro. Nie wystąpił w żadnym meczu pucharowym.

Najnowsze komentarze