Dołącz do nas

Wywiady

Prezes Wojciech Cygan o… wszystkim – wywiad-rzeka

Avatar photo

Opublikowany

dnia

W środę spotkaliśmy się z prezesem GKS Katowice – Wojciechem Cyganem. W trwającym dwie i pół godziny wywiadzie poruszyliśmy praktycznie wszystkie nurtujące nas i kibiców kwestie. Rozmawialiśmy o zakończonym sezonie, decyzjach dotyczących trenerów Moskala, Skowronka i Piekarczyka, przyczynach rozstań z zawodnikami oraz perspektywami na nadchodzący sezon. Mówiliśmy też o zawiłych kwestiach transferowych, poruszyliśmy tematy organizacyjne, a także pytaliśmy prezesa o krytykę pod jego adresem ze strony kibiców. Początkowo planowaliśmy podzielenie tego wywiadu na trzy części, ale stwierdziliśmy, że poruszane sprawy – w tym wywiadzie-rzece – są na tyle kluczowe, że będziecie je czytać z zainteresowaniem, ciekawością i dotrwacie dzielnie do końca. Zapraszamy serdecznie to lektury tej ciekawej rozmowy!

Spotykamy się niespełna dwa tygodnie po zakończeniu rozgrywek pierwszej ligi. Na początek – wzorem swobodnych wypowiedzi trenerów na konferencjach prasowych – prosimy cię o podsumowanie minionego sezonu.

Zakończony sezon był o tyle specyficzny, że nikt pewnie nie spodziewał się, że tak się zakończy. W momencie gdy podpisywaliśmy umowę z trenerem Moskalem, byłem przekonany, że za rok dalej będziemy rozmawiać właśnie o trenerze Moskalu. W międzyczasie jednak nastąpiły zmiany na stanowisku szkoleniowca. Patrząc od strony stricte sportowej sezon był słaby lub nawet bardzo słaby, natomiast nie był to okres całkowicie stracony, bo udało się wiele innych rzeczy popchnąć do przodu. Zdaję sobie sprawę, że kibice patrzą na funkcjonowanie klubu poprzez pryzmat wyniku sportowego i ja to rozumiem, bo to jest klub sportowy, a nie spółka zajmująca się marketingiem i reklamą. Udało się nam jednak zejść z zadłużenia, przekonać miasto do „przyspieszenia” spłaty zadłużenia – co jest bardzo ważne, bo odbija się na wszystkich działkach funkcjonowania klubu. Głęboko wierzę, że ta sportowa część pozwoli wyciągnąć prawidłowe wnioski. Piłka nożna – jak obserwuję tę dyscyplinę od pięciu lat z wnętrza klubu – nie jest prosta i łatwa jak w Football Managerze, gdzie trzeba tego zatrudnić, tego zwolnić, wziąć takiego czy innego trenera i wydaje się to takie banalne. My wewnątrz klubu wiemy, dlaczego podjęliśmy taką czy inną decyzję, ale nie zawsze możemy to wprost powiedzieć.

Cofnijmy się do poprzedniego sezonu. Na konferencji prasowej w Gdyni po meczu z Arką do dymisji podał się trener Moskal. Szkoleniowiec wówczas powiedział wprost, że zawodnicy nie spełniają założeń i potrzebny jest wstrząs. Co się stało, że jednak pozostał na stanowisku?

To była bardzo specyficzna sytuacja, bo po tym oświadczeniu trenera Moskala akurat złożyło się tak, że wracaliśmy wszyscy razem autokarem, bo nasz samochód się zepsuł. W tym czasie wiele słyszałem, zawodnicy komentowali tę decyzje trenera. Następnego dnia było rozbieganie, a my z Marcinem Janickim mieliśmy „gorące telefony”. Długo rozmawialiśmy na temat tego, jaką decyzję podjąć w związku z oświadczeniem trenera Moskala. Zgodnie ustaliliśmy, że dalej wierzymy w trenera i w to, że jest w stanie zbudować zespół na następny sezon, bo poprzedni można już było uznać za stracony, a rewolucja w przerwie międzysezonowej dotknie zawodników. I tak też się stało, bo odeszli zawodnicy nazwani przez kibiców „hamulcowymi”, ale także ci, którzy dłużej byli w klubie, jak Adrian Napierała, z którym byłem mocno związany, bo znaliśmy się chyba najdłużej. Uznaliśmy, że takie wietrzenie szatni ma sens i z perspektywy czasu uważam, że nie był to błąd, ale błędem były kolejne nazwiska, które tę szatnię miały zapełnić. W większości zawodnicy, których ściągnęliśmy nie podołali zadaniu i to była podstawowa kwestia, bo pewnie gdyby ci nowi spełnili swoje zadania, to dzisiaj rozmawialibyśmy w zupełnie innej atmosferze. Nie rozmawialibyśmy też o tych zawodnikach w czasie przeszłym – jak na przykład o Bodzionym, Ceglarzu, Nawrocie czy Kujawie. Wydawało się, że jak na tamten czas pozyskujemy zawodników, którzy na dłużej zagrają w GKS i będą stanowić o sile tego zespołu. Faktycznie tamto okno transferowe w sferze in minus – czyli odejścia – broni się, natomiast w sferze przyjść – nie broni się.

Zawodnicy, którzy do nas przyszli to nie byli jacyś emeryci z ekstraklasy, tylko doświadczeni pierwszoligowcy, znający specyfikę tej ligi. Czy to byli rzeczywiście piłkarze, których na pierwszym miejscu chciał trener Moskal czy może jednak zadowoliliśmy się resztkami z rynku transferowego?

Myślę, że trener potwierdziłby, że w dużym stopniu spełniliśmy jego listę i to przy obowiązującym nas zakazie transferowym. Rozmawialiśmy jeszcze o Emilu Drozdowiczu, który na liście napastników był przed Rafałem Kujawą. Niestety nie było wtedy możliwości ściągnięcia Emila. Pozostali zawodnicy jednak, jak Łukasz Pielorz czy Piotrek Ceglarz to były osoby, które trener Moskal chciał mieć w zespole. Doszliśmy do wniosku, że mogą to być istotne wzmocnienia. Jak to się skończyło każdy widzi i może ocenić.

Nadzieje przed sezonem były rozbudzone, do tego pierwszy mecz udało się spektakularnie wygrać z Widzewem, bo po karnym w ostatniej minucie. Potem jednak przyszły trzy porażki – z Miedzią, Chrobrym w Pucharze Polski oraz Niecieczą, co spowodowało wizytę kibiców pod szatnią. Co wtedy sobie myślałeś, czy miałeś na przykład odczucie, że cierpliwość kibiców wyczerpała się zbyt wcześnie?

Pięć lat w GKS nauczyły mnie, że trzeba się spodziewać wszystkiego. To nie było też tak, że nie byliśmy przygotowani, bo pamiętam, że pod drugiej bramce dla Niecieczy słychać było, że prowadzący doping nawołuje kibiców do tego, żeby podeszli pod szatnię, w związku z czym mieliśmy te kilkanaście czy kilkadziesiąt minut, żeby się przygotować. Natomiast pamiętam moje wejście do szatni, gdy kibice już pod nią byli, i to przerażenie niektórych – pytania, co robimy? No nic, co mamy robić, ubierajcie się i idziemy – przecież lepiej wyjść i w sposób cywilizowany porozmawiać niż gdzieś tam się chować. W Katowicach niestety nie ma czegoś takiego jak cierpliwość i tej cierpliwości się nigdy nie zazna. To jest cecha, która – powtórzę jeszcze raz niestety – jest cechą obcą lub zapomnianą na Bukowej, choć rozumiem, że ktoś x lat oczekuje tego wyniku, bo my tak samo go oczekujemy. Najbardziej bolące mnie i świadczące o braku zrozumienia co się dzieje w GKS, są opinie mówiące o tym, że ktoś nam kazał nie awansować, że zarząd lub Miasto nie chcą awansu. Nie dopuszczam możliwości, żeby ktoś przyszedł do mnie na przykład z Miasta i powiedział – panie prezesie, niech pan nie awansuje w tym sezonie. Wspominałem o Football Managerze, który ma to do siebie, że można się wylogować i iść na piwo. Z piłki nożnej, czy w tym przypadku z GKS nie można się wylogować i jeśli się jest w zarządzie, jest się za coś odpowiedzialnym, to nie można mieć nastawienia „dobra to teraz przez dwa tygodnie mnie nie ma, niech się tam pali i wali”. Naprawdę kilka osób takich jak np. Marcin Janicki poświęciło dużo zdrowia po to, żeby ten klub funkcjonował. Chciałbym zobaczyć twarze tych osób, które mówią „tego zwolnić, tego wyrzucić”, a trzeba sobie przypomnieć, jak GieKSa miała przeszło 10 milionów długu i te wartości rosły, była kwestia odpowiedzialności finansowej członków zarządu i udało mi się przekonać Marcina, żeby tę współodpowiedzialność ze mną wziął. To nie są wcale łatwe decyzje, bieżące kwestie to coś innego niż gra komputerowa. Ja mam bardzo rzadko wolne od GKS, a to tak naprawdę i tak nie jest wolne, bo telefon cały czas dzwoni, decyzje trzeba podejmować i ogrom pracy włożyć, żeby to wszystko funkcjonowało.

Kibice mają spore wątpliwości co do tego, czy piłkarze chcieli w tych sezonach awansować.

To jest popularne stwierdzenie, że piłkarze nie chcą awansować – i nie chodzi nawet o GKS, tylko ogólnie. Ile razy się mówiło, że np. Nieciecza nie chce awansować. Generalnie ocena jest taka, że piłkarze to jest grupa społeczna, która nie chce awansować. Co roku jednak kilka tych drużyn awansuje, więc w niektórych klubach piłkarze są w stanie się „poświęcić” i wywalczyć promocję. A mówiąc na poważnie, to piłkarze też wiedzą, o co grają. Od kiedy sytuacja GKS jest stabilniejsza, zawodnicy doskonale wiedzą, co mogą zyskać. Nie mówię tutaj nawet o pewności kontraktów, czyli pozostaniu zawodników w przypadku awansu (a nie, że awansujemy i wyrzucamy wszystkich), ale mówimy też o premiach, całkiem niemałych. Jeśli ktoś odrzuca możliwość wzięcia takich pieniędzy to klasyfikowałbym go niezbyt wysoko pod względem intelektualnym. Po części taka osoba byłaby samobójcą, bo przecież mają żony, dzieci – mówię o tych starszych zawodnikach. Młodzi mają trochę inną motywację – chcą się pokazać, zaistnieć w piłce. Wracając do tych starszych, to oni też przecież zdają sobie sprawę, że z każdym rokiem ich szansa na zaistnienie jest coraz mniejsza. Nie ukrywam, że jest czasem moment zwątpienia, gdy sięgamy po jakiegoś zawodnika, ale różne czynniki sprawiają, że nie ma z niego wielkiego pożytku – czy to za mało dostaje szans, czy jest po prostu słaby. Z tyłu głowy pozostaje coś takiego, że gdybym ja z takim poziomem zaangażowania wykonywał swoją pracę, ale nie w GKS, tylko na przykład byłbym sprzedawcą mandarynek, to bym nikogo nie wykarmił w domu i sam bym też nie jadł, no chyba że te mandarynki. Wierzę, że piłkarze to nie jest tylko ta zmanierowana grupa społeczna, którą można różnie nazywać, a padają różne określenia typu „galerianki” czy „piłkarzyki”. Trochę tę grupę znam i oprócz jakichś tam ekstremalnych przypadków istnieje też masa fajnych i ambitnych ludzi, którzy chcą coś udowodnić.

Po słabym początku sezonu GieKSa grała w kratkę. Co zadecydowało o tym, że ostatecznie z trenerem Moskalem pożegnaliśmy się?

To nie było tak, że decyzja zapadła w przerwie meczu z Ząbkami, choć był to duży szok – przegrywając tak szybko 0:3. Prawda jest taka, że od pewnego momentu zaczęliśmy rozmawiać z trenerem Moskalem o przyczynach gorszej postawy. Wyniki nie były olśniewające, nawet mimo wygranej w ostatnich minutach ze Stomilem Olsztyn. Mnie i Marcinowi Janickiemu brakowało takiej jasnej odpowiedzi od trenera na temat przyczyn tego stanu rzeczy. Do tego dołożył się wspomniany mecz z Dolcanem. Po zwolnieniu trenera Skowronka sobie żartowałem, że w Katowicach jest prosty przelicznik – jeśli jest pięć bramek przewagi to zwalniany są trenerzy, jak po 1:6 Fornalaka z Podbeskidziem czy 0:5 Góraka z Bełchatowem, choć przy Moskalu było trochę inaczej, bo bramki strzelały obie drużyny, ale też w sumie było ich pięć.

Mówisz o braku cierpliwości wśród kibiców i presji, ale czy nie masz wrażenia, że częste zmiany trenerów powodują, że zespół nie może zaznać stabilizacji?

Nie lubię słowa „presja” i w ogóle nieraz chciałem wyłączyć to słowo ze swojego słownika. Ale wiadomo, o co chodzi. Podejrzewam, że to napięcie wśród kibiców może też być pokłosiem decyzji odnośnie trenerów. Z perspektywy czasu bowiem decyzje te mogą być oceniane jako błędne. Pamiętam, jak trener Moskal objął Wisłę, zespół zaczął dobrze grać i były opinie, że trzeba było tego Moskala zostawić. Fajnie się ocenia po kilku miesiącach czy pół roku, ale tutaj decyzje trzeba podejmować tu i teraz. Pamiętam naszą decyzję o rozstaniu z trenerem i jeżeli ktoś uważa, że zwalniam trenerów na „polecenie” piłkarzy, to w przypadku Moskala jest to argument na błąd w tej tezie, bo wśród piłkarzy po tej decyzji panował szok. Wiadomo, że w przypadku zwolnień różnych trenerów różnie to bywa – jedni się uśmiechną, inni poczują ulgę – natomiast w przypadku trenera Moskala, gdy ten w poniedziałek zszedł do szatni i zaczął się żegnać z zawodnikami, to ci zawodnicy mieli spore pretensje o tę decyzję. Co do tej cierpliwości, to może rzeczywiście jej brak czasem udziela się także zarządowi. Jeżeli chodzi o trenera Moskala to decyzja o rozstaniu się ze szkoleniowcem była może nie tyle najtrudniejsza, co najdłużej się nad nią zastanawiałem i nawet po fakcie rozważałem, czy była ona słuszna. Przyznam, że jeszcze do niedawna nachodziły mnie myśli, czy przypadkiem nie był to błąd.

Przyszedł trener Skowronek – młody i ambitny. Mieliście też pomysły na innych szkoleniowców?

Wynotowaliśmy wtedy 5-6 nazwisk trenerów, z którymi chcieliśmy się spotkać. Lista ta nam się jednak szybko wykruszyła. Niektórzy trenerzy czekali na ekstraklasę albo… mówili, że czekają. Przykład trenera Brzęczka, do którego dzwoniliśmy. Dwa tygodnie później został zwolniony z Rakowa, a potem trafił do Lechii, mimo że w rozmowach z nami mówił, że w Częstochowie ma swoje miejsce na Ziemi. Były też pomysły zupełnie innego sortu, jak na przykład trener Bogusław Kaczmarek. Ten szkoleniowiec znowu mówił, że ma etat chyba na AWF w Gdańsku i w ogóle nie chce już na ławkę trenerską wracać. Tak jak powiedziałem, teoretycznie chcemy się spotkać z kilkoma kandydatami, ale w ostateczności zawsze decydują proste kwestie, jak na przykład finansowa – choć ostatnio akurat nie miała ona aż takiego znaczenia. Wiele osób też nie traktuje GKS jako atrakcyjnego miejsca do pracy, bo patrzą na to, że skoro wypadli z ekstraklasy, to zejście do pierwszej ligi spowoduje, że powrót na ekstraklasową karuzele będzie trudniejszy. Mówią więc, że poczekają 2-3 miesiące, bo na pewno kogoś w ekstraklasie będą zwalniać. Dzwoniliśmy też do trenera Michniewicza, który stwierdził, że zimę spędza nad morzem i… został nad morzem. Więc jak widać nie jest to takie proste. Muszę jednak przy tym powiedzieć, że w ostatnim czasie opinia w środowisku – mówię o piłkarzach – opinia o GKS Katowice bardzo się poprawia, w takim znaczeniu, że jest stabilnie i gdy ktoś z nami rozmawia, to nie ma rozmów typu „wy od 6 miesięcy nie płacicie, a ja mam żonę, dziecko, a może prezes mi z góry zapłaci”, a takie rozmowy miały miejsce wcześniej.

Wspomniałeś o braku jasnej odpowiedzi trenera Moskala dotyczącej przyczyn kiepskiej gry. Jednak i za trenera Skowronka mogliśmy się bardzo zastanawiać, co jest grane, gdy po świetnym meczu z Tychami przyszedł średni z Arką, a potem żenująco słaby z Widzewem.

Nie chcę się wymądrzać na temat piłki nożnej, ale to nie jest prosta dyscyplina sportu. Możesz mieć pieniądze, bardzo dobrego trenera, stabilizację, a zupełnie niespodziewanie może się pojawić problem w szatni. Można też mieć mega piłkarzy, dobrego trenera, ale kiepskiego trenera od przygotowania fizycznego. Gdzieś te elementy muszą się zgrać. Kiedyś Maciek Blaut napisał, że problem GKS polega na tym, że nie mogą się zebrać w jednym czasie w miarę normalni działacze, dobrzy piłkarze i finanse. Zawsze coś jest, a czegoś brakuje. Jeśli chodzi o piłkarzy to mam nadzieję, że idziemy w dobrą stronę i tak samo wierzę, że z finansami będzie podobnie.

A miałeś kiedyś wrażenie, że to ty nie pasujesz do tej układanki?

Może nie tyle wrażenie, co przemyślenia, ale tak – miałem. Gdybym miał takie wrażenie czy przekonanie, że problem leży we mnie, że wszystko wokół jest w porządku i wystarczy tylko mnie wymienić, to następnego dnia pewnie byłbym w Mieście czy na Radzie Nadzorczej i rozmawiałbym o tym, czy po prostu tego nie zakończyć. Natomiast nie chcę siebie oceniać, ale widzę, co się udało zrobić na płaszczyznach pozasportowych. Pamiętam też poprzednią zimę, kiedy walczyliśmy o wysokie cele, 50-lecie – to był fajny okres, ale pamiętam też cały fatalny rok 2014. Wierzę jednak w to, że kolejna rewolucja przyniesie efekty, a jeżeli nie da takowych, to na pewno nie będę kurczowo trzymał się stanowiska i wbrew opiniom być prezesem tylko po to, żeby coś odbębniać.

W przerwie zimowej pojawił się temat Dawida Plizgi. Istniały rozbieżności w wypowiedziach trenera Skowronka i samego Dawida na temat tego, dlaczego do GieKSy ostatecznie nie trafił. Dawid powiedział nam w wywiadzie po meczu w Niecieczy, że GKS zrezygnował z niego w ostatniej chwili, szkoleniowiec natomiast, iż wszyscy go w Katowicach chcieli, ale decyzja leżała też po stronie samego piłkarza.

Prawda leży gdzieś po środku. Ja wykonałem do Dawida jeden telefon, jeszcze w grudniu. Dawid mówił, że czeka i na razie nie wie, co się będzie działo, ale od tamtego czasu nie było z jego strony – i jego menadżera – żadnego zainteresowania grą w GKS. Gdzieś w okolicach zgrupowania w Wałbrzychu rozmawiałem z trenerem Skowronkiem o powrocie do tematu. Trener wtedy zadzwonił do Dawida, ja spotkałem się z menadżerem, z którym rozmawiałem o kwestiach finansowych. Później dostaliśmy informację z Górnika Zabrze, że wypożyczenie wchodzi w grę tylko na pół roku. A mieli nadzieję, że Dawid postrzela przez pół roku w Niecieczy, a potem wróci do Zabrza. Ten argument plus niemałe wymagania finansowe spowodowały, że faktycznie wycofaliśmy się z tego pomysłu.

Początek wiosny był umiarkowany – porażka w Niecieczy, ale kilka stuprocentowych sytuacji, potem niezła gra i wygrana z Flotą, remis na trudnym terenie w Chojnicach. Kiedy po raz pierwszy pojawiły się wątpliwości co do pracy trenera Skowronka?

Co do pracy – tak ogólnie – to muszę powiedzieć, że jest on osobą bardzo pracowitą i tu nie mogę mieć uwag. Na pewno był to trener sumienny, co było nawet widoczne po czasie, jaki spędzał w klubie. Ciężko mi umiejscowić w czasie pierwsze wątpliwości, ale swoje znaczenie miał ten „strzał” w postaci meczu z Zagłębiem Lubin, kiedy to druga połowa była katastrofalna. Natomiast nawiązując do felietonu na GieKSa.pl po tym meczu, gdzie pojawiło się sformułowanie „szatnia zwolniła trenera” to mogę powiedzieć tak, że może nie tyle szatnia trenera zwolniła, co nie było widać chęci współpracy między zawodnikami, a trenerem. Ten rozdźwięk się pogłębiał, a mecz z Zagłębiem był jaskrawym sygnałem, że coś jest nie tak, że źle się dzieje. Wiadomo, że z perspektywy ostatnich siedmiu spotkań tego sezonu można powiedzieć, że mogliśmy wszystkie przegrać, a i tak byśmy się utrzymali, ale wtedy nie można było tak na to patrzeć. Podjęliśmy decyzję o zmianie – wtedy nie zawodników, choć teraz tak się właśnie dzieje, ale wówczas nie mieliśmy pewności co do utrzymania, a ewentualna porażka w meczu w Głogowie mogłaby nas wplątać w bardzo nieprzyjemną atmosferę walki o utrzymanie. W jakiś sposób trzeba było zareagować i uznaliśmy, że skoro tak wyglądała sytuacja, to trzeba podziękować sztabowi szkoleniowemu i zwrócić się do Piotra Piekarczyka w celu uspokojenia sytuacji. Po efektach widać, że tę atmosferę uspokoił.

Wcześniej był bardzo slaby mecz w Suwałkach, przegrany 0:2, po których były kary finansowe dla piłkarzy.

Muszę w tym momencie nawiązać do wywiadu na waszej stronie z trenerem Skowronkiem, który stwierdził, że zespół był bombardowany karami, a nie było wsparcia. Bo tak naprawdę to była jedyna kara, którą nałożył na zespół zarząd, a pozostałe kary nakładał sam trener Skowronek, więc jeśli mówi on o tym, że było tych kar za dużo, to chyba mówi o sobie, bo na pewno nie o zarządzie. Ja byłem na meczu w Suwałkach i widziałem, jak to wygląda i wówczas decyzja o ukaraniu zawodników doskonale wpisywała się w politykę trenera, pokazanie mu, że idziemy razem, zawodnicy nie dają z siebie wszystkiego, trzeba ich zmotywować i oni muszą widzieć, że też mają nad sobą jakiś bat. Potem okazało się, że kara finansowa nie przyniosła oczekiwanego skutku. Owszem był bowiem wygrany mecz w Siedlcach, ale potem spotkanie z Zagłębiem…

No a bezpośrednio po Wigrach mieliśmy słaby mecz z Bytovią…

Cięcie tępą żyletką byłoby przyjemniejsze niż oglądanie tego meczu.

Trener Skowronek powiedział, że po meczu z Zagłębiem czuł się jako „kozioł ofiarny” i zarzucił zarządowi brak konsekwencji polegający na tym, że najpierw karze się piłkarzy, a potem po kolejnym fatalnym meczu – zwalnia się trenera, a piłkarzy pozostawia bez szwanku.

Myślę, że ocenę tego można pozostawić Czytelnikom. Kara finansowa miała zmotywować zawodników, ale nie przyniosła jakichś wybitnych efektów. Natomiast po zderzeniu ze ścianą w postaci meczu z Zagłębiem, kolejne kary finansowe i to w kontekście wspomnianego rozdźwięku pomiędzy szatnią, a szkoleniowcem mogłyby prowadzić do opłakanych skutków, którym nie byłby co prawda spadek – bo wiemy w tej chwili, że on by nie nastąpił – ale beznadziejna walka z Sandecją o miejsce nad Tychami. Decyzja o zwolnieniu trenera była więc szybka i zdecydowana, ale co widać po późniejszych wynikach, ta decyzja się obroniła.

Szkoleniowiec podczas wywiadu dla naszej strony zarzucił także brak profesjonalizmu klubu w pewnych aspektach.

Z wypowiedzi trenera można było wywnioskować, że klub był nieprofesjonalny, a gdy przyszedł to nagle stał się profesjonalny. To fakt – trener Skowronek powiedział, że chce mieć stanowisko do pracy, chce mieć biurko zamiast foteli i następnego dnia miał biurko zamiast foteli. Jeżeli to miało świadczyć o profesjonalizmie, to szybko się staliśmy profesjonalni, bo zajęło nam to niecałą jedną dobę. Poprzedni trenerzy nie narzekali na warunki pracy, być może mają inne pojęcie o profesjonalizmie. Nie atakuję trenera Skowronka, on rzeczywiście przywiązywał uwagę do szczegółów i dla niego ten temat biurek był istotny, bo dużo pracował przy komputerze. Ja zawsze głosiłem, że jeżeli trenerzy mają jakąś potrzebę, którą jestem w stanie zrealizować, to moim zadaniem jest zrobić to. Jeżeli trenerzy Moskal i Bahr mieli swoje wyobrażenia odnośnie sprzętu, to kupowaliśmy jakieś tyczki, pachołki i inne rzeczy, a trener Skowronek co chciał – też dostał. I jeśli trener Piekarczyk będzie czegoś potrzebował – będzie podobnie. Ten klub od jakiegoś czasu budujemy, a praktycznie zaczynaliśmy od stanu agonii i wiadomo, że nie wszystko da się zrobić od razu. Ale moim zadaniem jest stworzenie jak najbardziej optymalnych warunków w miarę możliwości finansowych klubu.

Osobą ze sztabu, która cały czas ostaje się w nim jest Janusz Jojko. Czy zarząd tak bardzo w niego wierzy? Odchodzi z klubu bowiem Antonin Bucek, którego Jojko opiniował. Teraz Czech odchodzi, a Jojko zostaje i opiniuje kolejne transfery.

Odsłaniając trochę kulisów, to nie było takiej sytuacji, w której dany trener miał swój pomysł na trenera bramkarzy, a my mówiliśmy, że nie ma mowy, bo w klubie mamy Jojkę. Janusza nie powinniśmy oceniać przez pryzmat Antka Bucka, bo i inni trenerzy mylili się na jego temat. Bardzo dobrą rekomendację wystawił mu choćby Jarosław Tkocz, który widział go wiele razy w akcji. Możemy natomiast trenera Jojkę oceniać na przykład przez pryzmat tego, co udało mu się czysto sportowo zrobić z Budziłkiem. Łukasz przyszedł do nas, zagrał sparing z Zagłębiem Sosnowiec i zawalił jakąś bramkę. Trzeba było dość długo przekonywać trenera Góraka, żeby jeszcze dać Łukaszowi szansę. Przekonywałem Budziłka, żeby przez grudzień nic nie szukał, że dostanie w styczniu kolejną szansę i już po dwóch tygodniach w styczniu była decyzja, że bierzemy go. Z perspektywy czasu była to dobra decyzja – Łukasz się wybronił i nam też wiele wybronił. Trzeba powiedzieć, że udział w tym miał Janusz Jojko. Jego osoba, doświadczenie i znajomość klubu to są plusy. To że przy jednym czy drugim bramkarzu można się pomylić to nie jest nic szczególnego o tyle, że tak samo można się pomylić przy obrońcach, pomocnikach czy napastnikach.

Jak pokazuje przykład choćby Piotra Petasza.

Genialny przykład. Chłopak, który przyszedł do nas, był zewsząd chwalony – mega wzmocnienie, świetny strzał z dystansu, ekstraklasa i doświadczenie. Natomiast nie sprawdził się. Dostał mało szans lub tych szans nie wykorzystał, a może to Rafał Pietrzak na lewej obronie był lepszy, bo miał znakomity okres. No i Piotrka nie ma już z nami.

Mecz z Zagłębiem w wykonaniu Petasza był skandaliczny. Dawno nie widzieliśmy kogoś tak jawnie odpuszczającego spotkanie. Czy wtedy tego zawodnika mogły spotkać jakieś konsekwencje?

O ile kojarzę, to praktycznie potem już nie zagrał. W międzyczasie miał jeszcze kontuzję. Ja wychodzę z założenia, że gdy przychodzi nowy trener, to on decyduje. Po meczu z Lubinem powiedziałem Piotrkowi co sądzę na temat jego zaangażowania, a efektem tego były ostatnie rozmowy na temat zakończenia współpracy i ta współpraca została zakończona.

Od kogo wyszła propozycja, aby stery przejął trener Piekarczyk?

Po sobotnim meczu z Lubinem próbowałem się połączyć z trenerem, ale nie udało mi się dodzwonić. Miałem jednak sygnał, że będzie następnego dnia na meczu juniorów na Kolejarzu. Gdy do niego podszedłem, już wiedział, o co chodzi, więc uśmiechnął się i zapytał „znowu?”. Najważniejszy na ten moment był mecz z Głogowem i nie wiem, jak dalej potoczyłaby się historia, gdybyśmy ten mecz przegrali. Natomiast po meczu z Głogowem rozmawialiśmy jeszcze na miejscu i przedłużyliśmy ten okres jego pracy do końca sezonu. W międzyczasie rozmawialiśmy z innymi trenerami. Stopniowo widziałem jednak, że w trenerze Piekarczyku pewne granice się przesuwają, łamią – bo początkowo był bardzo sceptyczny. Jednak cieszył się pewnie z tego, że drużyna dobrze zareagowała – widać było większą radość u zawodników, bo wcześniej miałem wrażenie, że czują się trochę jak niewolnicy.

Niektórzy kibice GKS krytykują postawę zespołu w meczach prowadzonych przez trenera Piekarczyka. Wyniki jednak go bronią.

Nie mam specjalnie dużych doświadczeń, żeby pamiętać GieKSę za trenera Piekarczyka z lat 90., ale z opowieści wiem, że była to żelazna defensywa. My ostatnio mieliśmy dość duże problemy z tą formacją, ale za trenera Piekarczyka już było widać poprawę. Styl gry GKS to ciągle myślenie „Zagraj GieKSa jak za dawnych lat”, czyli nie musi być 5:0, ale wystarczy 1:0, do tego walka, wślizgi i żeby wszyscy pokazali serce do gry. Ja też bym chciał taką GieKSę oglądać. W ostatnich meczach braku walki i zaangażowania – poza meczem w Ząbkach – zarzucić drużynie nie można było. Pojawiła się też skuteczność, bo wygrywaliśmy wysoko z Sandecją i Tychami. Odrzucam mecz z Arką, bo to już były wakacje i plaża. W związku z tym analizując pierwszy skład, to pozbyliśmy się tylko Przemka Pitrego. Naszym zadaniem jest więc teraz ściągnąć zawodników, którzy wywalczą sobie miejsce w podstawowym składzie, choć wiadomo, że nie wszyscy od razu. A ci, którzy byli słabsi w tej jedenastce będą mogli stanowić uzupełnienie składu.

Rozmawialiście też innymi trenerami, np. z trenerem Ojrzyńskim.

Trener Ojrzyński miał bardzo fajną wizję zespołu, opierającą się na grze młodymi zawodnikami. Od razu sygnalizował, że może poświęcić się i czekać parę miesięcy, a nawet rok i wrócić na tę karuzelę ekstraklasową. Dodatkowo oczekiwania finansowe szkoleniowca były większe niż to, co miał zagwarantowane w Podbeskidziu. Nie tylko jeśli chodzi o pensję, ale także budowę zespołu i wszelkie inne wydatki. Myślę, że to były stawki z górnej połówki ekstraklasy.

Mówimy o wzmocnieniach. Do klubu trafił Bębenek i w pierwszym wywiadzie mówi, że nie rozmawiał jeszcze z trenerem. To nie wygląda zbyt profesjonalnie.

Ktoś mi zwrócił uwagę na tę wypowiedź, zresztą to nie była pierwsza wypowiedź zawodnika na naszej stronie, która wzbudziła we mnie zdumienie. Nawet nie chodzi o kwestię prawda/fałsz, tylko bardziej o przekaz. Ja nie jestem jednak autorem newsów, natomiast jeśli chodzi o Bębenka, to pod tym transferem podpisałem się ja i dyrektor Grzegorz Proksa. W ogóle docierają do mnie głosy, że Grzegorz nie ma samodzielności, nie ma wiele do powiedzenia czy jest tłamszony, więc wystarczy zapytać samego dyrektora, co o tym sądzi. Prosty przykład Wojciecha Jurka ściągniętego z Nadwiślana, co jest autorskim pomysłem Grzegorza Proksy.

Informacje o rozstaniu się z niektórymi zawodnikami pojawiały się systematycznie. Jak duże było ryzyko, że zostanie w GieKSie Przemysław Pitry?

Przed ostatnim lub przedostatnim meczem rozmawiałem z Przemkiem odnośnie tego, jakie ma plany na przyszłość. Decyzja odnośnie tego zawodnika narastała – to nie była decyzja, która zapadła miesiąc wcześniej i wszyscy byliśmy do niej głęboko przekonani. Nie ukrywam, że sam miałem wątpliwości. Spotkaliśmy się jeszcze z Grześkiem i Marcinem i wtedy zapadła decyzja, że chcemy rewolucji faktycznej. Na razie generalnie pozbywamy się zawodników mniej znaczących, ale jeśli chcieliśmy rzeczywiście zmienić oblicze GKS, to trzeba było podjąć bardziej drastyczne decyzje i stąd decyzja odnośnie Przemka. Nie była to kwestia finansowa. I tak to zostało zakomunikowane zawodnikowi.

W mediach pojawił się temat dwuletniego planu budowy zespołu. Można mieć wątpliwości, bo za rok kończą się kontrakty Goncerzowi i Pietrzakowi. Pytanie, czy jeśli drużyna zaskoczy, ale nie na tyle, żeby awansować, czy nie będziemy wtedy znowu szukać… dwuletniego planu?

Jeżeli musielibyśmy za rok znowu szukać planu dwuletniego na skutek jakiejś katastrofy sportowej to już na pewno nie ja będę go tworzył. Wszystko wskazuje na to, że Grzegorz zostanie w GKS na nadchodzący sezon, ale przecież nie musi być tak, że nie jesteśmy w stanie przedstawić propozycji, aby został dłużej niż na rok. Podobnie z Rafałem, który nie chce się stąd nigdzie ruszać i propozycje np. od Wisły Płock go nie interesują. On chciałby wpisać się w plan dłuższy i grę GKS w ekstraklasie. Natomiast nie ma ludzi niezastąpionych.

Dość często słyszymy o długofalowych, np. dwuletnich planach – takowe bywały w przeszłości. Gdzie widzisz zespół w przyszłym roku tak patrząc realnie?

Chciałbym, żeby GieKSa nie była w beznadziejnej sytuacji ostatnich kolejek, kiedy te mecze przelatują bez większych emocji. Mam przekonanie, że jeśli utrzymamy skład, jeśli wypalą nam transfery to w zimę mamy kolejną możliwość na szukanie jeszcze większej jakości. Natomiast na pewno ten dwuletni plan nie oznacza tego, że teraz dajemy sobie rok, że będzie jako-tako, za rok może się trochę wzmocnimy, a za dwa lata będą pierwsze efekty. Jeśli uda nam się skompletować taką kadrę, o jakiej myślimy, to na pewno ten cel będzie jasno określony i satysfakcjonujący kibiców.

Doprecyzujmy sprawę z Kamilem Cholerzyńskim. Czy skończył mu się kontrakt i nie został on przedłużony?

Tak. Sytuacja z Kamilem była o tyle złożona, że jest to ostatni chłopak, który pamięta mnie jako kuratora. Tak czysto ludzko decyzja odnośnie Kamila była dla mnie ciężka, bo znamy się przeszło 5 lat, znamy te ciemne czasy w klubie i te lepsze. Szybko jednak zrozumiał, o co mi chodzi i sam przyznał, że dla niego najlepszym pomysłem na chwilę obecną jest zmiana środowiska. Wierzę w to, że szybko się w tym nowym środowisku odnajdzie, na tyle, że być może jeszcze kiedyś wróci do GKS.

Patrząc czysto sportowo, to jednak Kamil był przez ostatnie lata symbolem zatrzymania się w piłkarskim rozwoju, a wręcz czasem cofania się.

Rozumiem, że Kamil stał się twarzą tego okresu, tych ostatnich lat. Czy zasłużenie czy nie to już teraz sprawa drugorzędna. Ja Kamila będę wspominał jako zawodnika zawsze chętnego do pomocy, zawodnika, który nie odwrócił się w trudniejszych momentach. Zawsze potrafił zachować się w porządku. Mogę tu nawiązać do tego, co jest mi zarzucane, czyli bliskich relacji, na poły koleżeńskich. Swego czasu jednak to była bardzo ważna kwestia, żeby ten klub w ogóle funkcjonował. Może pewne historie ujrzą kiedyś światło dzienne, ale wtedy – za czasów właśnie Kamila czy Adriana Napierały – takie relacje były bardzo ważne, także w kontekście zwykłej ludzkiej pomocy.

W pierwszej lidze aby awansować nie trzeba być hegemonem. Oczywiście zdarzają się drużyny skazane na awans, jak Zagłębie Lubin, ale jak pokazują poprzednie sezony, wcale nie trzeba bić wszystkich jak leci. Można sobie pozwolić na kilka porażek, a i tak w cuglach wywalczyć awans.

Nie ma złotej recepty. Patrzymy na Płock, który niby ma stabilizację, trener Kaczmarek pracuje tam już 3,5 roku. Z drugiej strony mamy Niecieczę, w której trenerzy zmieniają się dość często i dopiero trener Mandrysz dał awans, pod koniec sezonu chyba siłą swojego autorytetu. My natomiast po kilku kolejkach będziemy mogli powiedzieć, czy zmiany, które teraz robimy mają sens. Tu też nie chodzi o to, żeby co pół roku czy rok robić rewolucję kompletną. Będę wracał do tego – w tym okienku transferowym, które w sumie się jeszcze nawet nie rozpoczęło, z podstawowego składu ubył tylko Pitry. To nie jest tak, że usuwamy 6 zawodników z podstawowego składu i nie wiemy, co się będzie działo. Są pozycje wymagające wzmocnienia i mam nadzieję, że ci, którzy przyjdą – wywalczą sobie miejsce lub spowodują, że ci, co są obecnie będą prezentowali wyższą jakość.

Nie uważasz, że cała sytuacja z Arkiem Kowalczykiem to było wyrządzenie krzywdy zawodnikowi?

Każdy trener ma takie zbójeckie prawo ściągnąć zawodnika, który jest na kontrakcie i przebywa na wypożyczeniu w innym klubie. Trener Moskal ściągnął go na fragment zgrupowania, ale potem była decyzja, że Arek może szukać sobie innego klubu. To że tak się potoczyła historia Arka jest smutna, bo ja już go dopingowałem w Skrze Częstochowa. Jednak to też nie jest tak, że GieKSa mu nie podała ręki. Rozwiązaliśmy kontrakt przed tym nieudanym przejściem do Puszczy. Wzięliśmy go z powrotem, mimo że nie musieliśmy tego robić. Z uwagi jednak na to, że jest wychowankiem i z szacunku dla niego nie mogliśmy pozwolić na to, żeby go wyłączyć z piłki całkowicie i musiał biegać po lasach i trenować samemu. Szkoda, bo gdy Arek strzelał bramkę w Gdyni w wygranym meczu to też myślałem, że jego historia potoczy się inaczej.

Myślisz, że Arek ma szansę wrócić jeszcze do pierwszego zespołu?

W chwili obecnej będzie miał bardzo ciężko. Nie zapominajmy, że miał kontuzję i ten okres w rezerwach w dużej mierze przesiedział na trybunach. Pewnie gdyby w tych rezerwach grał i był wyróżniającą się postacią to jego sytuacja byłaby inna.

Wydawało się, że trener Piekarczyk trochę odstawił na boczny tor Kamila Bętkowskiego, ale teraz podpisaliśmy z nim nowy kontrakt. Czy myślisz, że może to być reżyser gry w GKS?

Nie wiem, czy odstawił do dobre słowo. Mogło się wydawać, że w Ząbkach w obliczu nieobecności Przemka, Kamil dostanie szansę, ale wtedy był po kontuzji i ostatecznie z Dolcanem nie wystąpił. Dużo natomiast z Kamilem rozmawiałem i mówiliśmy o tym, że ma niepowtarzalną szansę w momencie, kiedy z klubu odchodzi Przemek. Ma szansę na zaistnienie i to, żeby o nazwisku Bętkowski głośno było nie tylko przez 3-4 mecze, ale znacznie dłużej. Ma ku temu umiejętności.

Jaka jest obecnie funkcja Janusza Bodziocha przy klubie?

Odpowiem najprościej, jak się da. Jest moim kolegą. Znamy się i współpracowaliśmy. Obecnie nie jest zatrudniony w żadnej formie w klubie, ani w Akademii, nie pobiera żadnych środków finansowych.

Udziela się w jakiś sposób nieformalnie?

Jeżeli zwracam się do Janusza, czy ma numer telefonu do kogoś, to można sobie zadać pytanie, czy to już jest pomoc dla klubu. Na tę chwilę nic nie załatwia dla GKS, a co robi dla siebie – w to nie wnikam. Ktoś się przyczepił, że na jednym z meczów miałem zdjęcie, że rozmawiam z Januszem. Owszem przywitaliśmy się i pogadaliśmy, ale na przykład wejściówki na ten mecz mu nie załatwialiśmy. Podkreślam to jeszcze raz – Janusz Bodzioch nie jest pracownikiem klubu, nie jest współpracownikiem klubu i nie składa żadnych oświadczeń oraz nie załatwia żadnych spraw w imieniu klubu.

Ostatnio często na trybunach widywany jest nasz były zawodnik Janusz Dziedzic, który też prowadzi działalność – nazwijmy to menadżerską. Czy jest jakaś współpraca z Dziedzicem czy on przyjeżdża sam od siebie?

Też zauważyłem tę częstą obecność, ale to może wiązać się z tym, że grał w GieKSie, zna tutaj ludzi, zresztą mnie też. Na chwilę obecną przy jego doradztwie czy pomocy nie przeprowadziliśmy żadnego transferu.

Patrząc na transfery z ostatnich lat można zauważyć, że jeden menadżer ma swojej stajni po kilku zawodników, którzy są w GKS. Czy macie podpisane stałe umowy z firmami lub konkretnymi menadżerami?

Nie ma takich umów. Natomiast duża część zawodników podpisuje umowę z danym menadżerem, po części na przykład będąc przekonywanym przez kolegów z zespołu. Natomiast generalnie każdy, kto mnie zapyta, co sądzę o menadżerach jako grupie, to zapewne usłyszy słowa nieparlamentarne. Jako grupa społeczna na pewno nie byliby naszymi kolegami. Natomiast te grupy zawodników u jednego menadżera biorą się w dużej mierze z polecania się nawzajem właśnie przez samych zawodników.

Czy są zapytania odnośnie Goncerza czy Pietrzaka?

Co do Pietrzaka, to zapytaniem była moja prywatna rozmowa z prezesem Wisły Płock. Otrzymał on taką odpowiedź, że… nie będzie już więcej pytał. Co do Goncerza to żadne oficjalne zapytanie się nie pojawiło. Przynajmniej na moim biurku jej nie widziałem. Jestem głęboko przekonany, że obaj zawodnicy zostaną.

Sporo się w prasie pisze o przejściu Wojciecha Trochima do GKS.

Jest to jedna z osób będących w kręgu zainteresowań GKS. Jest to też jeden z pomysłów dyrektora Proksy, który z nim rozmawiał i oglądał go. Temat Trochima pojawił się za trenera Moskala w momencie, kiedy zawodnik szedł na wypożyczenie do Tychów. Trener Moskal był skłonny zgodzić się na ten transfer, ale Wojciech wybrał Tychy i tam chciał robić swoje, co nie okazało się dobrym pomysłem. Wówczas nie blokowałem tego transferu, wręcz przeciwnie – byłem jego głębokim orędownikiem. To co się podziało później na pewno z tyłu głowy pozostaje – niezależnie od tego, kto będzie jego pracodawcą. Natomiast jego ewentualnego przyjścia nie nazwałbym daniem drugiej szansy, tylko co najwyżej pierwszej. Wierzę w ludzi i jestem w stanie uwierzyć, że człowiek chce coś udowodnić i pokazać, że nazwisko Trochim to nie jest nazwisko boksera czy organizatora imprez z sąsiadami, tylko dobrego piłkarza. Wiadomo że na dzisiaj grono zwolenników będzie porównywalne z gronem przeciwników, ale za jakiś czas te proporcje będą się zmieniać, oczywiście w zależności od postawy zawodnika. Przed kontraktowaniem Trochima na pewno będę jednak musiał z nim odbyć jeszcze rozmowę w cztery oczy.

Trochim to jeden z dwóch-trzech zawodników z doświadczeniem z ekstraklasy, o których się mówi?

Nie zauważam u niego takiego doświadczenia. Natomiast zawodnicy, o których mowa to nie są może piłkarze mający na koncie 200 gier w ekstraklasie, ale na pewno też nie tacy, którzy w ostatnich rozgrywkach zagrali w dwóch meczach po trzy minuty. Są to zawodnicy rozpoznawalni, którzy grali i osiągali nawet niezłe wyniki.

Szukamy wśród tych zawodników piłkarzy na określone pozycje czy chodzi raczej o doświadczenie?

W ostatnim czasie za dużo było u nas zawodników z doświadczeniem. Trochę tego upuściliśmy i okazało się, że … tego doświadczenia jest za mało. Grzegorz Proksa wspominał o „chamach i bucach” – może nie jest to najszczęśliwsze określenie, ale wiem co Grzegorz miał na myśli. Potrzebujemy zawodników mających coś do powiedzenia, których inni zawodnicy będą słuchać. Bardzo bym chciał, żeby te cechy przywódcze w większym stopniu wykazywał Grzesiek Goncerz, żeby to był lider zespołu. Natomiast to też nie jest takie proste, że gdybyśmy faktycznie wrzucili do zespołu dwóch zawodników z 200-meczowym doświadczeniem w ekstraklasie, to od razu byłaby atmosfera i wyniki. Szukamy zawodników na pozycje, ale musimy dodatkowo szukać zawodników z doświadczeniem.

Niedawno analizowaliśmy trzy ostatnie okienka transferowe i tylko trzech zawodników, którzy przyszli do GKS grają w ekstraklasie – Budziłek, Sadzawicki i Skrzypczak. Dalej w Sandecji gra Bartosz Sobotka, a zdecydowana większość gra w niższych ligach. Mówimy oczywiście o tych, którzy przyszli do klubu, po czym z niego odeszli. Pojawia się pytanie o zasadność tych transferów, bo to nie są pojedyncze przypadki, kiedy ściągamy zawodników, którzy szybko trafiają w piłkarską otchłań lub wręcz kończą karierę.

Myślę, że ten obraz jest trochę zafałszowany przez to okienko sprzed roku, w którym nastąpiło odejście tzw. „hamulcowych”, bo faktycznie wszyscy oni zeszli w dół. To statystycznie nam pogarsza sytuację. Natomiast patrząc obecnie na GKS udało się ściągnąć choćby Pietrzaka, Jurkowskiego, Frańczaka czy z zawodników, którzy odeszli – wspomnianych Sadzawickiego i Budziłka. Statystyka związana z jakością transferów więc nie jest aż taka zła, choć na pewno powinna być lepsza. Faktem jest, że łatwość tej oceny jest taka, a nie inna także z powodu ilości tych zmian w składzie. Pewnie inaczej by było, gdyby te zmiany był rzędu 2-3 nazwiska na jedno okienko.

Co pół roku czy rok jednak tę kadrę musimy zmieniać i żadna nie gwarantuje nam walki o czołowe miejsca w lidze.

Może nie jest to argument, który wszystkich przekona, ale patrząc na moją pięcioletnią obecność w GKS to trzeba powiedzieć, że pierwsze dwa lata, to był lata stracone. Nie ma nawet co oceniać tamtych okienek. Potem te okienka nie były może super udane, ale pojawiali się zawodnicy, którzy się przebijali – Budziłek, Sadzawicki, Duda, który grał wtedy dużo lepiej i wierzę, że do tego poziomu wróci. Rok 2013 ogólnie był taki, że – jak zaznaczyliście – gdybyśmy grali w Rosji (system wiosna-jesień), to byśmy awansowali. Potem nastąpiło okienko zimowe w roku 2014, w którym de facto utrzymaliśmy skład, przyszedł Skrzypczak, który miał być jako król strzelców drugiej ligi wzmocnieniem ataku. Okazało się, że w Katowicach się nie sprawdził. Krytyka okienek dotyczy więc praktycznie dwóch ostatnich. Najpierw tego, w którym pozbyliśmy się znacznej części zawodników, no i zimowego z tego roku. W tych dwóch oknach być może był błąd polegający na tym, że za bardzo zaufaliśmy trenerom. W dużej mierze w przypadku trenera Moskala byli to zawodnicy z jego notesu, a w przypadku trenera Skowronka to była praktycznie wizyta w restauracji i wybranie dań – poproszę Leimonasa, Frańczaka, Petasza i Rudnickiego. I jeszcze na deser miał być Plizga. I teraz jesteśmy w tymi miejscu, że oceniamy okienko, w którym trener ściągnął praktycznie wszystkich zawodników, których chciał.

Czy trener Piekarczyk przedstawił swoją listę?

Spotykamy się codziennie, rozmawiamy, oceniamy i analizujemy. Mamy ten zespół transferowy, który nie jest zwoływany specjalnie na posiedzenie, tylko pracuje na bieżąco niemal każdego dnia. To też nie jest tak, że trener przygotował gotową listę. Rozmawiamy o pozycjach, o zawodnikach i gdy padają konkrety w pierwszej kolejności konsultujemy to z trenerem Piekarczykiem.

Jak ci się współpracuje z Grzegorzem Proksą? Rozmawiacie o tych czasem kontrowersyjnych wypowiedziach dyrektora?

Rozmawialiśmy o wywiadzie na GieKSa.pl. Ja nie jestem jakiś specjalnie delikatny i gdy usłyszę wulgaryzm, nie powoduje to, że tracę rezon, natomiast Grzegorz jest dyrektorem sportowym w spółce miejskiej i czasem trzeba powściągnąć emocje i poszukać bardziej dopasowanych sformułowań. Natomiast współpraca z Grzegorzem – na razie krótka – początkowo była trochę ciężka, ale to z tego powodu, że i mnie ciężko było oddawać komuś część swoich zadań. To zawsze tak jest, że jeżeli ma się kilka obowiązków, to czasami gdy te obowiązki odchodzą, ciężko się do tego przyzwyczaić. Z każdym tygodniem uważam, że współpraca jest coraz lepsza. Pewne elementy docieramy. Wiadomo, że Grzegorz uprawiał sport indywidualny, a tutaj mamy do czynienia z zespołowym i potrzebna jest umiejętność przełożenia tego i wczucia się w grupę. Ja też mam spostrzeżenia z rozmów z Grześkiem, które odbywają się praktycznie codziennie. Ma on swobodę działania, ale generalnie konsultujemy wiele spraw i decyzji.

Czy w dalszym planie myślisz, że taki dyrektor sportowy powinien mieć pełną autonomię?

Tak, ale taka autonomia powinna wiązać się też z kwestiami finansowymi, wydzielonymi budżetami na różne działki. Dążymy i idziemy w tę stronę, ale to nie jest takie proste. Chciałbym, żeby w przyszłym roku dyrektorzy poszczególnych działów mieli przeznaczone budżety na działalność.

Jak wiemy drużyna rezerw w czwartej lidze zajęła dwunaste miejsce, często grając większością zawodników z pierwszego zespołu. To lekki wstyd dla zawodników, którzy niby aspirują do ekstraklasy, a nie potrafią sobie poradzić z amatorami.

Nie chciałbym wchodzić w ich odczucie wstydu, bo to jest kwestia indywidualna. Ja jednak będąc obserwatorem większości spotkań sam się musiałem wstydzić. Ale oprócz samego wstydu to jest to także kłopot, bo też bym chciał po zakończeniu sezonu pierwszoligowego mieć spokój, a nie martwić się, czy rezerwy się utrzymają czy nie. Czwarta liga to nie jest miejsce, z którego chcielibyśmy spaść. Dużą pracą była obarczona kwestia awansu do tej czwartej ligi. Ze zdumieniem patrzyłem na przykład na zawodników, kiedy niektórzy z nich 15 minut po meczu mówili mi, że mają aspiracje gry w pierwszym zespole, że jest to niesprawiedliwe, bo trener powinien im dawać szansę gry w pierwszej lidze o najwyższe cele, a tych celów w czwartej lidze nie potrafili realizować. Te mecze były w większości ciężkimi przeżyciami i także dlatego z tymi zawodnikami się żegnamy.

Jak wygląda system oglądania i opiniowania zawodników, kto jeździ na mecze w celu obserwacji?

Jeżeli mówimy o zawodnikach ekstraklasowych, to wiadomo, że ogląda się ich w meczach ligowych, czy to na żywo, czy w telewizji. Co do piłkarzy wypożyczonych z GKS i grających w niższych ligach, to częstym gościem na takich meczach był Heniu Górnik. Zawodnicy typu Wojtek Jurek to zawodnik Grzegorza, który go obserwował, czasem jeżdżą wspólnie z Janem Furtokiem. Grzegorz zgłosił pomysł skautingu, z tego co wiem jest już wybrany koordynator, który tym skautingiem będzie zawiadywał. Korzystamy też z programu do analizy meczów, który pozwala na ocenienie statystyczne zawodnika, ale także fragmentów meczu czy całego meczu z jego udziałem. Ocena zawodnika opiera się na obserwacji i analizie kilku spotkań, to nie jest tak, że ktoś zamieści na youtubie kompilacje 6 minut z 7 meczów, kiedy ma 4 akcję, udało mu się dobrze odegrać i raz fajnie kopnął. Jeżeli mówimy o zawodnikach, którzy mają przyjść, to jest to kwestia gruntownej oceny, często także podczas meczu sparingowego.

Czy po współpracy z firmą braci Bortników planujecie nawiązanie takowej z inną firmą tego typu?

Absolutnie tak, ale szczegóły takiej współpracy muszą już być ustalone pomiędzy trenerem Piekarczykiem, a daną firmą.

Do pierwszej ligi awansował Rozwój Katowice. Czy odczuwasz to jako jakieś zagrożenie, choćby w kwestii finansowania przez Miasto?

Ciężko mi wypowiadać się za właściciela. Miasto musi podjąć odpowiednie decyzje i zapewne od awansu Rozwoju o tym myśli. Natomiast myślę, że wszyscy w Mieście widzą, co się dzieje, choćby na przykładzie hokeja i tego, że czasami dzielenie środków nie pomaga dobremu ich wydawaniu.

Myślisz, że któryś z zawodników GKS może trafić do Rozwoju?

Jeśli chodzi o np. Kamila Cholerzyńskiego, to nie wydaje mi się, bo raczej w jego grę wchodzi zmiana środowiska na poza-katowickie. Natomiast nie wiem, jaka będzie strategia Rozwoju, bo z jednej strony słyszę, że testowani będą zawodnicy z niższych lig, a z drugiej, że przyglądają się piłkarzom spoza granic Polski.

A czy planowana jest współpraca z Rozwojem?

Pewnie są płaszczyzny, na których ta współpraca będzie musiała być, jak choćby w kwestii stadionu. Nie ukrywam, że z poprzednimi władzami Rozwoju nie było żadnej współpracy. Ze Zbyszkiem Waśkiewiczem się znamy i myślę, że ważnym ogniwem i początkiem nawiązania relacji miedzy klubami może być to, żebyśmy nie wchodzili sobie w drogę i nie robili podchodów. Nie chciałbym sytuacji, w której w poniedziałek zamiast skupiać się na sobie, zastanawialibyśmy się nad wynikiem Rozwoju, czy my zagraliśmy lepiej czy gorzej. My musimy patrzeć na siebie.

Czy klub ma swoje uwagi w temacie stadionu w rozmowach z Miastem?

Z uwagi na to, że zmiana pojemności stadionu wiąże się z koniecznością stworzenia nowego projektu, to my też chcemy w tej realizacji brać udział i swoje uwagi przekazać. Czy to zostanie uwzględnione, to już nie do nas należy decyzja. Natomiast dla nas temat stadionu jest ważny, bo to klub będzie głównym użytkownikiem i nie może stać z boku i przyglądać się bezczynnie.

Na spotkania odnośnie stadionu chodzą jednak kibice.

O tym kogo Miasto zaprasza na spotkanie decyduje Miasto. Taka była decyzja władz Miasta i nie chcę tego podważać. Natomiast czymś innym jest rozmowa z kibicami ogólna odnośnie pojemności, a czym innym nasze spostrzeżenia pewnie niedługo przybiorą formę dokumentu.

Czy istnieje obawa, że Marcin Janicki odejdzie z klubu w pewnym momencie?

Wydaje mi się, że Marcinowi się w GieKSie podoba, widzi sens działania i może nie zawsze wszystko posuwa się w takim tempie, jak byśmy sobie wymarzyli, ale zmierzamy w dobrym kierunku.

Zarzuty, które wiele osób ma do ciebie dotyczą nadmiernej zażyłości z piłkarzami i kumplowania się. Nie sądzisz, że to może osłabiać twój autorytet u piłkarzy?

Spotkały mnie w życiu większe obelgi niż „kolega piłkarzy”. Z częścią piłkarzy znam się kilka lat, czasami te relacje są oceniane jako bardzo zażyłe, ale to nie jest tak, że odwiedzamy się po domach czy jemy wspólne kolacje. Nie przesadzajmy. Natomiast kiedyś ta więź była potrzebna, choćby po to, żeby kilka sytuacji uspokoić, choćby wtedy, kiedy piłkarze nie chcieli wyjść na treningi. Nie ma już w klubie za dużo zawodników, którzy tamte czasy pamiętają. Ja przyjmuję to, że nie każdemu to się podoba. Natomiast pewną konsekwencją tego wszystkiego jest funkcja Grzegorza Proksy, który ma być buforem, on ma się zajmować piłkarzami, a ja prawidłowym funkcjonowaniem spółki. Pamiętam aferę na forum, kiedy to na jakimś spotkaniu przywitałem się z Dominikiem Sadzawickim, który już nie był zawodnikiem GKS i przybiliśmy sobie piątkę. Kogoś to może bulwersować, mnie to nie bulwersuje. Po meczach z piłkarzami też przybijamy piątki. To też nie jest tak, że ja odrzucam wszelką krytykę i że pozjadałem wszystkie rozumy. Z drugiej strony, kiedy była kwestia zabrania piłkarzom pieniędzy, to ja byłem twarzą tej decyzji i to ja im to komunikowałem. To do mnie potem ci piłkarze przychodzili, żeby zmniejszyć tę karę i to ja im odmawiałem. Czyli to nie jest tak, że piłkarze wodzą mnie za nos i czego nie chcą, to ja im wszystko daję.

Coś cię jeszcze zaskakuje po kilku latach w piłce?

Nie jest tak, że jestem już uodporniony na wszystko, ale te niemal pięć lat wiele mnie nauczyło – wiem, że łaska kibica jest bardzo krótka i nie można często ulec przeświadczeniu, że w danym momencie jest wspaniale – jak choćby w czasie 50-lecia, kiedy to kibice pisali do mnie „prezesie, jest wspaniale, za pół roku będziemy pili szampana”, a podejrzewam, ze pół roku później ci ludzie myśleli o pustej butelce i rzuceniu tą butelką we mnie. To na pewno jest ważna lekcja, ale mam przeświadczenie, ze to co udało się zbudować w GKS, przy bardzo dużym udziale Miasta, przy merytorycznym wsparciu Marcina Janickiego, to bardzo pomaga. To jest wartość, której nikt mi nie zabierze, nawet jeśli bym dziś składał rezygnację. Udało się z tego bagna GieKSę wyciągnąć. Natomiast tym wszystkim, którzy potrafią wypisywać, że ktoś tam „won” itd. polecam szklaneczkę czegoś mocniejszego i chwilę zastanowienia, czy oni w pewnym momencie funkcjonowania klubu zdecydowaliby się na pomoc.

Sądzisz, że GieKSa w przypadku awansu do ekstraklasy jest przygotowana na to organizacyjnie?

Tak. Jakiś czas temu miałem wątpliwości co do tego, ale na chwilę obecną jestem przekonany, że jeśli nastąpi awans sportowy do ekstraklasy, to klub organizacyjnie bez problemu sobie z tym poradzi.

Jesteś odporny na krytykę? Na przykład po naszym felietonie, w którym po raz pierwszy tak naprawdę podważyliśmy twoją obecność na stanowisku prezesa.

Czym innym jest dla mnie krytyka w formie takiego felietonu, z którego tezami mogę się nie zgodzić i to jest normalne. Natomiast często gdzieś w internecie pojawiają się wpisy na zasadzie „Cygan won” albo „Zarząd do zwolnienia”. Zdarza mi się czasem zagadać do takiej osoby – choć nie do tych, co już jadą ostatecznie po bandzie – i zapytać dlaczego ma taką, a nie inną ocenę. I często po takich rozmowach sytuacja jest załagodzona, nawet jeśli kogoś do końca swoimi argumentami nie przekonam.

Frustracja kibiców może się brać z tego, że chodzimy na ten stadion od wielu lat i rok w rok dostajemy 2-3 fajne mecze na sezon. Wiadomo, że atak na ciebie w tym momencie jest pewną drogą na skróty, ale wynika w dużej mierze z postawy zespołu.

Czym innym jest sytuacja, jeśli ktoś chce rozmawiać na argumenty, ja nie mam problemów z taką rozmową. Natomiast jeśli mówicie, że co roku dostajecie 3 fajne mecze, a reszta jest do zapomnienia, to zapewniam was, że przeżywam je równie mocno, jeśli nie mocniej. Gdy stoję na balkonie i oglądam mecz, w którym GieKSa gra bardzo słabo to ta wściekłość i we mnie jest spotęgowana, bo już stojąc tam słyszę, co się dzieje, słyszę złość kibiców. I wiem, że zamiast pełnego spokoju od początku kolejnego tygodnia będzie tłumaczenie się i odpowiadanie ciągle na te same pytania. Nie jest to ani nic przyjemnego, ani łatwego. Wiele osób, które mnie zna wie, że gdy wygramy jest inaczej, a po ciężkim nokaucie odreagowuję inaczej. Ta niedziela jest wtedy kiepska, podobnie jak dla kibiców. Wiadomo jednak, ze to ja jestem twarzą tego i ja za to odpowiadam, bo na chwilę obecną to ja jestem najwyższym przedstawicielem władz klubu – tych działających bezpośrednio. Natomiast jeśli ktoś chce mieć swoją krytyczną opinię, to ma do tego prawo – ja bardzo chętnie się spotkam, bardzo chętnie porozmawiam, nawet przy użyciu nieparlamentarnych słów.

Trudno się rozmawia z firmami z perspektywy pierwszoligowca odnośnie sponsoringu?

To jest kwestia strategii, bo można coś sprzedać za 50-60 tysięcy i mieć sponsora na koszulce. Rozpoczęliśmy od pakietów, Przyjaciół GieKSy, żeby mieć podwaliny. Fajnie oczywiście byłoby mieć sponsora strategicznego, ale też kładziemy nacisk na poprawę sytuacji wokół klubu choćby współpracując z Wydziałem Obsługi Inwestorów Strategicznych Urzędu Miasta. Akurat tak się zdarzyło, że pani zastępca naczelnika tego wydziału została członkiem Rady Nadzorczej. Relacje są więc zacieśniane, a my możemy powoli czymś się chwalić, bo pamiętam pierwsze spotkanie prezydenta Uszoka z Klubem Biznesu i to de facto była rozmowa jak w MOPS-ie – jest biednie, jak ktoś ma to może da, jak ktoś nie ma to lepiej nie itd. Teraz jest już z tym dużo lepiej i wyniki finansowe są lepsze – zwiększenie przychodów, zmniejszenie kosztów itd. Wizja budowy stadionu to też jest potencjał, no a trzecia kwestia – to wynik sportowy. Wiadomo, że gdy nie ma wyniku jest to utrudnienie. Wierzę jednak, że wynik sportowy obudzi pewne możliwości.

Czy kontrakty z nowymi zawodnikami będą zawierane w taki sposób, że mają więcej do podniesienia z boiska?

Zmieniła się formuła kontraktów i w tej chwili jest podstawa i oprócz tego jest kwestia premii – ale za to, że gra i zdobywamy punkty.

Co byś powiedział kibicom, żeby zachęcić kibiców do przyjścia na stadion w nowym sezonie?

Transfery plus budowa nowej GieKSy – wiem, że to jest slogan, ale jednak decyzja odnośnie zawodników, którzy odeszli, a w perspektywie ci, którzy mają do nas przyjść pokażą, że nowa jakość na Bukowej może zaistnieć. Wierzę, że w tym sezonie od początku wyniki sportowe spowodują frekwencji.

Rozmawiali
Błażej, Marcin, Shellu

23 komentarze
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

23 komentarze

  1. Avatar photo

    marek

    19 czerwca 2015 at 13:44

    dzieki za kupe pracy przy dlugim i ciekawym wywiadzie – bardzo fajnie sie czytalo.

  2. Avatar photo

    luk

    19 czerwca 2015 at 14:18

    Ciekawy i potrzebny artykuł.
    Daje inne spojrzenie na wiele tematów, które ,,bolą,, od dłuższego czasu.
    Mam nadzieję,że to ta rozmowa to będzie takie symboliczne ,,nowe rozdanie,, i czekają nas już tylko pozytywne sprawy.

  3. Avatar photo

    kibic

    19 czerwca 2015 at 15:18

    Panie Cygan panu chyba juz nikt nie wiezy,pan tylko kreci,moze klub wychodzi z dlugow ale to dzieki miastu, a co pan zrobil,zniszczyl druzyne,na stadion przychodzi mniej niz 1000 kibicow,bo ludzie maja dosc ogladania nie udacznikow ,kto wiec odpowiada za tak glupie transfery,znowu zapowiada pan wzmocnienia zawodnikami z ekstraklasy tylko juz to slyszelismy pare razy i nikt dobry nas nie wzmocnil ,co za idiotyczny kolejny 2 letni plan budowy skladu to idiotyzm co pan mowi,sklad musi byc wzmocniony i zaczac grac od samego pocztku na awans.Jesli pan nie umie tego zrobic niech sie pan poda do dymisji z calym zarzadem,bo wszyscy w klubie ponosza odpowiedzielnosc za tak slaba druzyne.a tak pozatym to wartosc klubu pilkarskiego ocenia sie po druzynie i wynikach a nie po malejacym dlugu ale widac pana to nie interesuje,mam nadzieje ze to pana ostatnia szansa na zrobienie cos dobrego w klubie aby ludzie pana zapamietali z wynikow a nie z sytuacji kiedy zostanie pan pogoniony po kolejnej porarzce.Zycze powodzenia i dotrzymania slowa na temat tranferow

  4. Avatar photo

    tak

    19 czerwca 2015 at 16:56

    Kibic : porarzka…
    Wakacje sie zaczynaja. Podszkol ortografie,bo inaczej od wrzesnia znowu bedziesz mial problemy z dyktandami w gimnazjum.

  5. Avatar photo

    kibic

    19 czerwca 2015 at 19:56

    powaznie,niestety jestech Slazokiem a polsko ortografia mom kajs,a to ze Cygan kreci i czaruje jak zawsze przed poczatkiem rundy to nikogo nie interesuje

  6. Avatar photo

    Michal

    19 czerwca 2015 at 22:15

    Panie prezesie przekonaja mnie takie transfery jak luczak,plizga,przybecki,kowal albo batrovic z widzewa ktory pojdzie za mala kase niz grac w 3 lidze do srodka pola ubiparip ktory jest wolny albo gwaze a nie jakis trochim plock i miedz biora zawodnikow wyrozniajacych sie z I ligi a nie czerwcow wrzesni i grudni

  7. Avatar photo

    Grześ

    20 czerwca 2015 at 00:57

    Panie Cygan kończ waść, wstydu oszczędź!
    Jest Pan prawnikiem i na zarządzaniu klubem zna się pan jak kura na pieprzu.
    Wiadomo, że GKS to fajna, ciepła posadka z miasta, z której pana nie wywalą, bo póki co realizuje pan plan miasta doskonale. Jaki to plan? Za wszelką cenę nie awansować przez co miasto dalej może rzucać nam ochłapy, a nie pieniądze.

    Taka prawda kibice!!!

  8. Avatar photo

    Anty GRZYB

    20 czerwca 2015 at 10:20

    Wszyscy na Cygana bo Cygan jest winny…. Ale zadajmy sobie pytanie jak bylo w klubie wczesniej a jak jest dzis. o Gieksie nie patrzac na pilkarzy a na to co sie dzieje w klubie mowi sie tylko pozytywnie ….O spadajacych dlugach o tym ze u nas wielu chce grac bo jest stabilizacja finansowa…. o zangazowaniu mlodych ludzi w wydarzenia na Gieksie…. Kasa z miasta ok ale to tez trzeba umiec wywalczyc. To tak jak Gonzo ma strzelonych wiele karnych a nie bramek z akcji ale to tez trzeba umiec zrobic. Bledy popelniaja i nie zawsze zgadzam sie z ich decyzjami ale nie popadajmy w paranoje wymian i zwolnien. Jak dobrze pokalkulujecie to jak na razie oni zrobili najwiecej dobrego nie popelniajac przy tym kilku bledow

  9. Avatar photo

    Grześ

    20 czerwca 2015 at 11:04

    Anty GRZYB- Tak jak wcześniej, tak i dziś. Nie zrobiliśmy ŻADNEGO postępu, kisimy się w tej lidze i raczej sporo się jeszcze pokisimy. Twierdzisz, że każdy chce u nas grać? Mylisz się- żaden szanujący się kopacz nie chce u nas grać, bo presja kurewna i pieniądze, które za tym idą mizerne. Masz przykład z Plizgą, który wybrał Niecieczę. Najlepiej zwalić wszystko na trenerów, że transfery do dupy itp. itd. Prawda jest taka, że za cały stan rzeczy w tym klubie odpowiada PREZES. Jaka frekwencja była przez ostatni sezon na GKS? Co zarząd zrobił, żeby zachęcić ludzi do przychodzenia na stadion- NIC.
    Poza wszystkim- Prezes to ma być prezes, taki jak był ś.p. Dziurowicz. A tu? Kolega kopaczy, słitfocie z Kuflami i innymi inwalidami- co to ma qrwa być, kabaret??

  10. Avatar photo

    Błażej

    20 czerwca 2015 at 11:40

    @Grześ

    Przeczytaj wywiad dwa razy i weź się zastanów jaki był sens tego by Plizga przyszedł do Katowic?? Żadnego sensu by w tym nie było dla klubu. A ty marudzisz, że Plizga wybrał Niecieczę. I bardzo dobrze zrobił prezes Cygan skoro nie widział korzyści to go nie brał

  11. Avatar photo

    Łukasz

    20 czerwca 2015 at 14:11

    Panie prezesie u mnie 100 % poparcia dla Pana !
    PS. kilka osób zapomniało chyba jaki My tutaj mieliśmy „burdel” jeszcze nie tak dawno.

  12. Avatar photo

    Irishman

    20 czerwca 2015 at 15:13

    Dzięki za świetny wywiad Panowie. Ja, aż tak źle nie oceniam prezesa Cygana za całokształt. Wręcz przeciwnie – do końca 2014 udawało się wychodzić na prostą i jednocześnie stopniowo podnosić wartość sportową drużyny. Dopiero w 2014 roku nastąpiła zapaść, która czkawką odbija nam się aż do dziś. Mam jednak wrażenie, że Zarząd wyciągnął z tego wnioski i dlatego bardzo liczę na wyraźny przełom w nadchodzącym sezonie.
    Dlatego Panowie, proponuję poczekać z taką totalną krytyką, aż się okaże co to nowe otwarcie przyniesie, bo wyglądana to, że może przynieść dużo dobrego.

    PS.
    @kibic, uważaj się za kogo tam chcesz – za Polaka, Ślązaka, Niemca, czy choćby Chińczyka. Ale z szacunku dla portalu, na którym piszesz, dla czytających czy choćby dla samego siebie wypadałoby trochę się przyłożyć – a choćby automatyczne sprawdzenie pisowni, aż tak bardzo nie boli. Z z resztą jak nie potrafisz po polsku, to pisz po angielsku, niemiecku, czy jak tam potrafisz. Bo chyba nie chcesz także i mnie obrazić twierdząc, że Ślązacy to jacyś niedouczeni debile, którzy nie potrafią paru zdań poprawnie napisać?

  13. Avatar photo

    Irishman

    20 czerwca 2015 at 15:16

    Jedna poprawka – Panie prezesie Skrzypczak nie przychodził do nas jako król strzelców II ligi tylko jako napastnik, który nawet w rezerwach Górnika miał problem ze strzelaniem bramek.

  14. Avatar photo

    koles1989

    20 czerwca 2015 at 17:06

    Irishman
    Skrzypczak w sezonie 2012/2013 zdobył koronę króla strzelców grając w Polkowicach. Do nas przyszedł pół roku później więc posiadał status „króla”.

  15. Avatar photo

    Gerard

    20 czerwca 2015 at 21:00

    Wszyscy napinacze i krzykacze, macie qwa sklerozę czy jak? DWA LATA TEMU klub był na granicy upadłości dzięki (tfu) Królowi i jego oszustwom. Mało nie brakło aby z GieKSy zrobiło się jakieś (tfu) KP Katowice. W ciągu tych 2 lat udało się wyjść na prostą i spłacić większość długów właśnie dzięki Panu Cyganowi i pomocy miasta. Do póki nie spłacimy wszystkich długów i nie znajdziemy poważnego sponsora albo nowego normalnego właściciela to nie ma sensu awansować bo jak tylko znajdziemy się w ekstraklapie to z niej spadniemy i to nie wiem czy na spadku do 1 ligi się zakończy (przykład Poloni Bytom, Widzewa). Każdy kto zostanie zauważony przez inne kluby z ekstraklasy pójdzie w ch… z GieKSy bez żadnych sentymentów i nie będzie go jak zatrzymać (kasy nie ma) a zostanie zauważony kiedy? ano wtedy jak drużyna zacznie dobrze grać albo awansuje. Musimy wyjść na prostą finansową i nie budować stadionu za 150 baniek tylko inwestować w drużynę bo będzie jak z Tychami. Mają stadion i nie mają drużyny nawet na cienką 1 ligę.

  16. Avatar photo

    Irishman

    21 czerwca 2015 at 00:46

    koles1989, no fakt – to był „król strzelców II ligi” ale sprzed pół roku, który przez te pół roku udowodnił, że to był chyba jakiś fart albo coś, bo totalnie mu nie szło ani w pierwszej drużynie Górnika, ani nawet w rezerwach. Z resztą chyba pamiętasz, że ten „transfer” to był taki rozpaczliwy ruch Zarządu, po tym jak odmówił nam Rakels?
    OK, było, minęło, nie ma co wracać do tej wstydliwej dla klubu przeszłości.

  17. Avatar photo

    witosa zgred

    21 czerwca 2015 at 09:12

    irishman ty kurwo milicyjna

  18. Avatar photo

    marek

    21 czerwca 2015 at 09:35

    Gerard, tylko zauwaz, ze prezes od dlugiego czasu wyraznie unika wszelkich jasnych deklaracji odnosnie celu, o jaki gramy. jezeli faktycznie gramy o awans, powinien powiedziec to wprost „tak, gramy o awans”, jezeli ustalone jest tak jak piszesz, ze najpierw trzeba wyprostowac finanse i awans obecnie nie ma sensu, tez powinien to wprost zadeklarowac „najpierw finanse, potem wyzsze cele”. prezes ustawia sie tymczasem w takiej nijakiej, bezpiecznej pozycji, zeby ani nie powedziec wprost, ani nie zdementowac wprost. a to sie raczej kibicom nie podoba. mowi tez o braku cierpliwosci w Katowicach, a musi pamietac, ze my w tej 1 lidze nie jestesmy rok czy 2 tylko gnijemy tu juz 7 lat. GKS jest klubem ekstraklasowym i 1 liga to nie jest miejsce dla nas. to normalne, ze tu co roku jest presja na awans i prezes kazdorazowo przed sezonem powinien zadeklarowac jasne cele.

  19. Avatar photo

    Irishman

    21 czerwca 2015 at 12:29

    @marek, no ale co prezes ma powiedzieć? Że rezygnują z awansu? No przecież to po pierwsze byłaby głupota, a po drugie bzdura! Bo jak się uda, to oczywiste, że z tego trzeba spróbować skorzystać. Mam nadzieję, że już rozumie ten błąd jaki popełniliśmy półtora roku temu.
    A co do awansu to przecież jasno jest powiedziane, że realizujemy go w ciągu dwuletniego planu. No mnie to też wkurza, bo znów to słyszę ale nic nie zrobimy! A prawda jest taka, że jak się chce szybko awansować to trzeba wydać ogromne pieniądze, których po prostu nie mamy.

  20. Avatar photo

    Pyjter

    21 czerwca 2015 at 13:59

    Prezes Cygan ma u mnie poparcie,a co do transferów to Boże chroń nas od Plizgow czy Ubiparipow „wielkich” piłkarzy którzy liczą na kasę i bez ambicji,kolejni hamulców nie są potrzebni.Szukać młodych w niższych klasach,co maja dobrze ułożone w głowie,ambitnych i dawać więcej szans wychowankom.

  21. Avatar photo

    Grześ

    21 czerwca 2015 at 15:42

    No to niech powie przed sezonem- Gramu o bezpieczne utrzymanie i temat awansu nie wchodzi w grę i po sprawie.
    Gadanie o tym, czy uda się albo nie, to można w toto lotku pytać.

  22. Avatar photo

    BGC64

    21 czerwca 2015 at 21:48

    fajny wywiad, ja tam dalej ufam prezesowi. Jestem jednym z tych do których faktycznie Pan Cygan się odezwał po krytyce cen biletow itp. Tłumacząc kilka spraw. Widac że my zależy

  23. Avatar photo

    mobil

    22 czerwca 2015 at 14:05

    Najmocniejszym ogniwem w GKS-ie jest właśnie prezes,ale…. otoczył się niestety niedorównujący na tym samym poziomie współpracownikami.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Kato-Miszkolc dwa bratanki – reportaż z Węgier

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Swą podróż do Miszkolca rozpocząłem już dzień przed meczem. Za długo człowiek czekał na te puchary, żeby odmówić sobie przyjemności zrobienia „kontentu” daleko wykraczającego poza samą piłkę nożną. Lata jeżdżenia po ośrodkach pierwszoligowych, a przez chwilę nawet drugoligowych mogła wywołać rutynę i znudzenie. Ileż razy można było jeździć do Suwałk, Grudziądza czy Pruszkowa. Sześcio- czy siedmiokrotne wizyty w niektórych miastach (a na Arce czy w Niecieczy to i osiem razy) powodowały, że stadiony rywali znałem jak własną kieszeń.

Teraz sytuacja się odmieniła, bo mamy ekstraklasę i jest trochę nowości. To znaczy teraz dalej będą powtórki, ale nowe. Na takim Rakowie od awansu byliśmy już trzy razy, a już niedługo będzie czwarty. Taka rutyna nie zaszkodzi. Za to europejskie puchary są jedyne w swoim rodzaju, bo prawdopodobieństwo trafienia na tego samego przeciwnika jest nikłe. Dlatego są to doświadczenia unikatowe. Wymagające specjalnego potraktowania.

***

Śniadanie to najważniejszy posiłek dnia. A zwłaszcza przed podróżą. Dlatego też musiała najpierw nastąpić konsumpcja. Jeszcze chwila ogarnięcia się i w drogę na Węgry. Czekało mnie planowo ponad pięć godzin jazdy, ale wiadomo było, że z postojami wyjdzie to nieco dłużej.

Było ciepło, bardzo ciepło. Ale to była tylko przygrywka do tego, co się będzie działo na Węgrzech. Zapowiadane temperatury na środę i czwartek to 39 stopni. Grunt to dobry humor i… klimatyzacja.

Droga przebiegała spokojnie. Trochę zakorkowany wjazd na Zakopiankę, ale zupełnie bez tragedii. No i dalsza trasa. Zakopianka czy nowa Zakopianka przebiega naprawdę malowniczymi terenami, na granicy Beskidu Żywieckiego, a Beskidu Wyspowego, Makowskiego czy Gorców. Dzięki czemu podczas trasy możemy podziwiać malownicze wzgórza, z tymi rozpościerającymi się przysiółkami, domostwami. Na swoich długo czy średniodystansowych szlakach przecinałem Zakopiankę – czy to na Głównym Szlaku Beskidzkim, a także szlaku Brzeźnica – Kacwin.

W Nowym Targu było odbicie. Za miastem krótki postój na kupienie czegoś zimnego i stacyjną przekąskę. Już stąd rozciągał się piękny widok na Tatry. Tatry, które miałem od wschodniej strony objechać. Cieszyłem się na tę drogę. Tym bardziej, że w życiu tak dużo chodziłem po górach, że nieraz jadąc przez jakieś dziwne miejsca mogłem powiedzieć – byłem tutaj.

Tak było choćby, gdy przejeżdżałem przez Bukowinę Tatrzańską, przez którą przechodzi szlak Trzy Kopce – Chochołów. Przeszedłem go za drugą próbą, bo za pierwszą narzuciłem sobie zbyt duże tempo pierwszego dnia i po przejściu ponad 40 kilometrów w ulewnym deszczu poległem. Pamiętam, że dzień później GieKSa wygrała u siebie z Garbarnią 2:0. Czasy Covidowe.

Tak więc Bukowina (wcześniej Białka) czy Czarna Góra były mi dobrze znane. Ja tym czasem zbliżałem się do granicy w Jurgowie, a moim oczom ukazywały się najpiękniejsze Tatry Bielskie. Przejeżdżałem przez Zdziar. Miejscowość, w której miałem kiedyś nocleg przed wielodniowym pobytem w Tatrach Słowackich. Wówczas to ruszyłem w Tatry Bielskie właśnie – niestety na Hawrań, Murań czy Płaczliwą Skałę nie można wchodzi ze względu na rezerwat – choć jakieś gagatki wówczas miały to za nic i i tak wchodziły. Ja potem udałem się do schroniska przy Zielonym Stawie i Jagnięcy Szczyt. To byli czasy.

Jadąc autem niestety nie mogłem robić zdjęć w najbardziej efektownych momentach. Ale gdzieś tam raz czy dwa przystanąłem i udało się zrobić fotki tych majestatycznych, zielonych i trawiastych zboczy. To naprawdę jedno z moich ulubionych miejsc.

Droga przebiegała spokojnie – przez Tatrzańską Kotlinę, Tatrzańską Łomnicę i Wielką Łomnicę. Gdzieś tam kilka razy przecinałem tory, po których porusza się Elektrická, czyli kapitalna transportowa sprawa, pozwalająca poruszać się w większej części południowego krańca Tatr. Sam z niej korzystałem wielokrotnie. Wkrótce dotarłem na obrzeża Popradu, a to oznaczało, że zaraz wyjadę na autostradę.

Droga tą autostradą to była poezja. Samochodów było na niej niebywale wręcz mało. Często zdarzało się tak, że zarówno z tyłu, jak i z przodu na horyzoncie nie było ani jednego. I tak przez całe, całe minuty. Jechałem więc przez te słowackie pola, malowniczo to wyglądało, inaczej niż w Polsce. Tak więc podążałem sobie ku Węgrom.

Po drodze stwierdziłem, że jednak nie będę jechał na miejscówkę, tylko od razu na stadion na przedmeczową konferencję. W Żylinie nie dałem rady ze względu na to, że w środę jeszcze „uszczknąłem” pracę i wyjeżdżałem dopiero o dwudziestej. Tutaj z racji porannego wyjazdu, konferencja była wpisana w plan.

Zszokowałem się, gdy podczas postoju na stacji wysiadłem z auta. Wiadomo, w samochodzie klimatyzacja i człowiek się przyzwyczaja do normalnej temperatury. Po wyjściu na zewnątrz – ukrop. Niesamowity ukrop. Można było odnieść wrażenie, że im bardziej na południe, tym goręcej. W sumie – logicznie.

Dojechałem do węgierskiej granicy. Dalsza droga aż do Miszkolca, równie przyjemna, co na Słowacji. Kilkadziesiąt minut i dotarłem do miasta docelowego. Wjazd do centrum i w stronę stadionu. Odrobinę inaczej niż w Polsce, na przykład czerwone światło i zielona strzałka na wprost. Za pierwszymi dwoma razami miałem zawias. Potem już śmiało jechałem.

Dotarłem do stadionu DVTK, czyli Diósgyőri Vasgyárak Testgyakorlók Köre, bo tak nazywa się drugoligowy klub, który gra na tym obiekcie. Co ciekawe klub ma na koncie Mistrzostwo Węgier w… szachach. Dobrze znamy ten smak triumfu w krajowej lidze.

Pod stadionem byłem o 16.40, czyli pół godziny przed planowaną konferencją. Stadion wyglądał… tak jak na Google Maps. Dzisiaj coraz mniej jest tajemnic. Choć jak na Google Maps „wjedziecie” sobie na sam parking tuż przy stadionie – to zobaczycie zdjęcia sprzed kilkunastu lat, jeszcze ze starym oldchoolowym obiektem. W każdym razie prezentuje się ładnie, jest dość spory, a dzięki informacjom sprzed wyjazdu, dokładnie wiedziałem, gdzie wejść.

Tak więc podchodzę do panów ochroniarzy, jeden powoli, mozolnie, gasi papierosa i zmierza do drzwi, żeby mnie wpuścić. Otwiera je i pokazuje następne, gdzie jest sala konferencyjna. Wchodzę więc i witam się z ludźmi z oficjalnych mediów GieKSy, którzy też niedawno – dotarli na miejsce. Kręcą się tam ludzie z Hapoelu Tel Awiw, drużyna miała chwilę wcześniej trening. A ja czekam na konferencję, na której pierwotnie miał być trener i Alan Czerwiński, ale z racji lekkiego opóźnienia pojawił się tylko szkoleniowiec.

Jestem jedynym na tej konferencji oprócz chłopaków i dziewczyny z oficjalnej. Zazwyczaj było tak, że jak nie było żadnego dziennikarza na tych briefingach, to po prostu media GieKSy robiły wywiad z trenerem. Tutaj zrobiliśmy wszystko „oficjalnie”, czyli przy stole, na tle ścianki Hapoelu.

Zadaję pytanie trenerowi o Węgry, gdyż to w tym kraju zaczęła się jego historia w GKS. Pamiętne zgrupowanie w Telki, na które pojechaliśmy jako redakcja Bukowej, by je relacjonować. To było 15 lat temu, a my wówczas połączyliśmy wakacje z pracą na rzecz GieKSiarskiej społeczności. Dziwne, trudne i piękne to były czasy. Byliśmy na sparingach, m.in. GieKSa grała z Honvedem w Budapeszcie, a przed tymże sparingiem odegrano hymn Polski. Wszyscy byliśmy wtedy młodziutcy, zresztą zobaczyć możecie to na filmach poniżej. No i był kot Laszlo w ośrodku reprezentacji Węgier.

Jeszcze przed briefingiem i po nim udaję się na sektor prasowy. I tam od razu niespodzianka. Na stanowiskach są już wydrukowane kartki z nazwiskami dziennikarzy, więc mam już swoje przyporządkowane miejsce. Jest to komfort – dzień przed meczem znać już wszystkie trakty, wiedzieć, gdzie wejście, sala konferencyjna, jak wygląda prasówka. Jest to odhaczone i nie trzeba się następnego dnia stresować. Bo często na stadionach te oznaczenia są niejasne lub w ogóle jest ich brak, a ochrona zazwyczaj nic nie wie.

 

A tutaj – komfort. Dodatkowo sama prasówka jest na samej górze (jak wchodziłem, to jakiś gościu wywoził stół do ping ponga). Wszystko na swoim miejscu. Widok na boisko znakomity. Toteż po konferencji siadam na chwilę na „swoim” stanowisku i gdy piłkarze zaczynają trening – ja zamieszczam na stronię relację z konferencji właśnie. Zajmuje mi to wszystko z godziny, po czym kieruję się do wyjścia.

Przed stadionem spotykam jeszcze rzecznika Michała i pana Bogdana, kierowcę GieKSiarskiego autobusu. Mówimy o tym upale i problemie ze schłodzeniem w zadowalający dla pasażerów-piłkarzy sposób. Upały dają się we znaki, a schłodzić taki gabaryt, to jednak duże wyzwanie. W autobusie nadal było więc ponad 25 stopni, temperatura zatem niezbyt ciekawa do funkcjonowania. Przynajmniej zawodnicy nie musieli się te powiedzmy 7 godzin smażyć, ale jednak droga z lotniska z Koszyc do Miszkolca, no i potem transfery na stadion to jednak jest pewien czas spędzony w autobusie.

Ja wsiadam do auta i ruszam na kwaterę, do której mam kwadrans. GPS prowadzi mnie jakimiś drogami, krętymi i górskimi – bo trzeba przez jakieś wzgórze przejechać – i po drodze robię jeszcze postój w Lidlu. Przede wszystkim zaopatruję się w picie, bo w tym upale to jest obowiązek. Plus kilka rzeczy do jedzenia. Zwracają uwagę typowo węgierskie specjały w lodówkach. Salami po prostu być musi. A na półkach nie może zabraknąć węgierskich past paprykowych. Jedną taką kupuję. Bo choć wiem, że jest przeraźliwie słona (11,5 g soli na 100 g), to ma swój paprykowy klimat.

Po kilku kolejnych minutach docieram na kwaterę. Brama zamknięta, dzwonię, nikt nie wychodzi. Dzwonię na telefon – cisza. Dopiero po paru minutach wyszedł gospodarz, uff. Mówi po angielsku i to bardzo komunikatywnie. Znakomicie. Dokonujemy formalności i prowadzi mnie do pokoju. Za chwilę największa próba – czy działa klimatyzacja. To był absolutnie główny punkt przy doborze noclegu. Były bowiem lepsze lokalizacje, bliżej centrum czy stadionu. Jedno miejsce było super, ale w komentarzach pisali, że klima jest, ale nie działa. Tutaj załączam i od razu powiało przyjemnym chłodkiem. Pięknie. Jestem na miejscu. A w lodówce – półtoralitrowa, schłodzona woda mineralna.

Chwila ogarnięcia się, rzeczy do lodówki. Prysznic po podróży. No i miałem upatrzoną restaurację nieopodal, gdzie wyczytałem, że menu jest po polsku, a opinie bardzo dobre. Udaję się więc do niej na obiadokolację. Jestem już mocno głodny, bo wcześniej jadłem tylko wspomniane śniadanie i hot doga na stacji, ale to z siedem godzin temu. Idę więc do wspomnianej knajpki. Co prawda mam ochotę na jakieś węgierskie dania, ale z drugiej strony obawiam się, że leczo czy zupa gulaszowa to będzie za mało. Tym razem więc jeszcze nie kombinuję i biorę solidnego burgerasa. Co prawda tu jedna z opinii była taka, że burger mały, więc ktoś musiał dokupić sobie deser, żeby się najeść. No ale patrzę – 220 gram mięsa, więc solidny kotlet. I rzeczywiście wizualnie – przed nie jakąś wielką bułkę – sprawiało to wrażenie, że jest trochę małe, ale ostatecznie – delikatnie mówiąc – najadłem się. Było sycie i sowicie. Do tego dwie homemade ice tea. Pragnienie było duże. Mimo wielu godzin w klimie w aucie, ten upał nie pozostawał obojętny dla organizmu. Było to bardzo sympatyczne posiedzenie, na ogródku na takim podeście. Wieczorem już dało się wytrzymać.

Zabawne jest to, że gdy siedzę w tej knajpce, przychodzą… media GieKSy. Naprawdę świat jest mały. Uważam, że to miejsce na nocleg, które wybrałem, nie jest oczywistym wyborem, bo znajduje się na takich totalnych przedmieściach Miszkolca – dokładnie w dzielnicy Miskolctapolca. Szansa, że oni będą w tym samym miejscu, wybiorą tę samą knajpę była naprawdę mała. A jednak. Jeszcze potem spotykamy się po opuszczeniu lokalu.

Ja wracam na kwaterę. Przypominam sobie, że dzisiaj gra Górnik. Ale nie chce mi się odpalać laptopa. Przychodzi mi więc do głowy myśl, że może w węgierskiej telewizji leci mecz z Ferencvarosem. I tak jest w istocie, więc oglądam drugą połowę. Potem piszę jeszcze felieton przedmeczowy i czas na spanko. Jutro zapowiada się intensywny dzień.

***

Po skonsumowaniu zakupionej dzień wcześniej bułki z „wypalonym” napisem „ham and cheese”, ruszam do miasta. Patrzyłem wcześniej, jak to się układa z parkingami, płatnościami. Wybór pada na parking pod Sparem nieopodal centrum. Kilkanaście minut i koło jedenastej jestem na miejscu. Jedenastej, bo musiałem lekko odespać. Więc pobudka była przed dziewiątą.

W przeciwieństwie do Żyliny, nie mam żadnego planu zwiedzania. Jedyne cele, o których myślę to ten plac napisem Miszkolc oraz wzgórze z wieżą TV, z której jest widok na miasto. Ale to mgliste. Na początku nawet nie wiem, którędy dokładnie tam iść, dopiero po chwili patrzę na mapę.

Na razie jestem na takiej ruchliwej, głównej ulicy. Fajne jest rondko z wypukłościami na liniach rozdzielających pasy, dzięki temu żaden gagatek nie będzie jeździł, jak chce. Problem będzie wtedy, kiedy ktoś się pomyli, ale cóż – zdarza się.

Wchodzę w ulicę István Széchenyi, drogę bez samochodów, za to z tramwajami. I typowo węgierską ulicą – idę przed siebie. Miasto w czwarte o 11.00 jest jednocześnie żywe i spokojne. Jest trochę ludzi, ale nie widać absolutnie żadnej gonitwy czy napięcia. Wszystko się toczy swoim spokojnym rytmem. Powiedzielibyśmy, że to taka spokojniejsza (i schludniejsza) 3 maja. Jest trochę zieleni, trochę drzewek.

Upał jest niesamowity. W zasadzie kilka minut po wyjściu z samochodu, normalnie idąc, miałem już mokre czoło. Ale jest mimo to bardzo przyjemnie. Picie z lodówki jeszcze w plecaku jest chłodne.

Docieram do Placu Szent István, czyli Świętego Stefana. Postać ta to książę i pierwszy król węgierski, koronowany w 1000 lub 1001 roku. Zjednoczył on plemiona węgierskie i dokończył proces chrystianizacji na Węgrzech. Na jego cześć nadano też nazwę austro-węgierskiemu pancernikowi, działającemu podczas pierwszej wojny światowej i zatopionemu w 1918 roku. Co ciekawe istnieje film z zatonięcia statku, co jak na wydarzenie sprzed 108 lat jest ewenementem.

Plac jest lekką betonozą, z ładnym klombem po środku. Są też jakieś drzewka na bokach. No i napis białymi literami Miskolc. Idzie się uprażyć na tej patelni, ładnej patelni. W tle wzgórze Avas ze wspomnianą wcześniej wieżą. Robię nagrywkę do trzech razy sztuka, szybkie coś do picia i podejmuję decyzję, by już teraz ruszyć na wzgórze.

Przechodzę więc na ulicę Kálvin János. Tu już mam wrażenie lekko wyludnionego miasta. Jedynie jakiś biegacz robi sobie trening i w pewnym momencie na chodniku – dwa metry ode mnie – pada i zaczyna robić pompki. Mnie czekają teraz schodki, wejście na Avas. Według archaicznego języka „Avas” oznacza zakazany. Pochodzi ona od tego, że w dawnych czasach zakazano pasterzom wypasania owiec na wzgórzu, gdyż obawiano się o zawalenie starych piwnic z winem.

Po kilku minutach mijam protestancki kościół gotycki. Jest zamknięty, więc idę dalej i przechodzę przez cmentarz. Pochowani są tu znani ludzie z życia Miszkolca, jak Bertalan Szemere and László Palóczy. Uwagę zwracają bardzo stare nagrobki, takie wystające z ziemi tablice nagrobkowe. Niektórzy pochowani pod tymi tablicami zmarli jeszcze w XIX wieku. Robi to wrażenie.

Mija południe. Z wież kościoła biją dzwony, nieopodal wybrzmiewa jakby hejnał. Już nie po schodkach, a wąską uliczką minimalnie zwiększam wysokość. To wszystko jest bardzo blisko – nie jest to odległość od podnóża Dubni do wieży w Żylinie. Pod koniec znów jest kilkadziesiąt schodów i – jestem na górze.

Nie wiedziałem wcześniej, czy wejście na wieżę jest płatne i czy w ogóle można wchodzić. Wywnioskowałem to po zdjęciach, na których ludzie faktycznie szwendali się po balkonie. Patrzę przed siebie – są schody na wieżę. Nie ma nikogo, więc jak słowiański i staropolski zwyczaj nakazał – wchodzę.

Okazuje się, że ten „balkon” jest ogólnodostępny, po prostu wchodzi się po schodach i jest się na górze. Więcej niż jedno duże piętro nie trzeba, bo i tak jesteśmy na wzgórzu i nie ma czynników zasłaniających (drzewa). Oczom moim ukazuje się piękna panorama Miszkolca. Rzucają się czerwono-pomarańczowe dachówki większości domostw. Blokowisk jest tu stosunkowo niewiele, ale są. To nie jest wielkie miasto – choć czwarte co do wielkości na Węgrzech, to zamieszkuje je 160 tysięcy mieszkańców. Ze stosunkowo nisko położonej wieży wzrokiem obejmujemy jego zdecydowaną większość. Bez problemu można dostrzec kolejne niewielkie wzgórza i pola za miastem. Na balustradzie są tabliczki z nazwami miejscowości. Do Valenciennes, które dobrze zna Lukas Klemenz jest stąd 1303, a na przykład do Cleveland 7026 kilometrów. Są też miniaturki miszkolckich zabytków.

Widok w tej pogodzie jest bardzo ładny. Może nie tak spektakularny jak w Żylinie, ale tam to była całkiem konkretna duża góra. Tutaj ledwie pewne, acz wyraźne podwyższenie. Patrząc na zachód można dostrzec dach stadionu DVTK. Czyli podobnie jak na Słowacji – z wysokości widzę arenę wieczornych zmagań. Miła sprawa.

Co się okazuje. Piętro wyżej jest… kawiarnia. Taka przeszklona z widokiem na miasto. Dwa razy czy nawet raz nie trzeba było mnie namawiać. Śniadanie bowiem było symboliczne i już wcześniej myślałem o jedzeniu, no i nadeszła pora napić się czegoś zimnego. Wchodzę więc i zasiadam w miejscu, w którym mam przed oczami piękny pejzaż. Przeglądam menu – oprócz słodkich są sandwiche. Decyduję się na kanapkę z salami, jajkiem i serem. Do picia herbata (mimo upału) i lemoniada malinowa. Wnętrze kawiarni jest bardzo ładne i schludne. No i jest… klimatyzacja. Ludzi prawie zero, jakaś babcia z wnuczkami jedna. Bardzo przyjemnie. Czwartek godzina 12.30. Idealnie, by coś takiego zrobić. Mając w planach wieczorem mecz piłkarski.

Lemoniada jest przepyszna. Smaczna plus gazowana. Idealna na taki upał. Napawam się nią i czekam na kanapki. I kelner/barman – sympatyczny, trochę przypominający Adama Zreľáka – przynosi dosłownie kanapki. Cztery średniej wielkości właśnie z salami, plastrem jajka i kosteczkami sera a la ementaler. Pychota. To jest to, czego potrzebuję na mały głód. Aż nie chce się iść dalej, tak jest przyjemnie. W sumie spędzam na Avas godzinę.

Schodzę dalej tymi wyludnionymi drogami i znów pomiędzy ciekawymi domostwami na wzgórzu. Chcę znów zajrzeć do centrum, podobno jest tam synagoga, więc w temacie dzisiejszego spotkania. Nadal jest wyludnienie i pusto.

Gdzieś tam przejeżdża węgierska „eLka”, czyli „teTka”. Uczący się jeździć są właśnie oznaczeni literką T. Dlatego też, tak jak u nas „L” jest wplatane w nazwy szkół jazdy, jak w dobrze znanym kibicom GieKSy „Zielonym Listku”, tak tutaj widziałem szkołę, która nazywała się „Green lighT”. Jest to pomysł. „T” pochodzi od węgierskiego „tanuló”, czyli uczeń. W Polsce „L” znaczy po angielsku „learner”, czyli również uczeń właśnie.

Są tu i budki telefoniczne, ale niektóre opatrzone logiem T-Mobile. Z ławeczką w środku. Obrazki, raczej u nas niespotykane. Całkiem przypadkiem trafiam w kolejne charakterystyczne miejsce. Sympatyczny skwerek z kolejnymi siedziskami, choć głównie na betonie, więc mało kto tu siedzi w tym skwarze. Są knajpki, fontanny i rzeczka Szinva. Zwłaszcza jedna knajpka, przy wąskim przejściu ze stolikami tuż nad tą rzeczką, ma swój klimacik. Lokalista – gdyby dopiero co się nie posilił i napoił, zasiadłbym zapewne tutaj.

Jest i popularny motyw w niektórych miastach, jak na przykład w Pszczynie, czyli kolorowe parasolki nad uliczką. Tutaj kolory są jasne i stonowane – czyli jasnożółty, fioletowy czy czerwony. Być może nieco wyliniały po prostu.

Po chwili jestem na placu przed kościołem Franciszkanów. Kolejny betonowy plac z dwiema fontannami, jedną ładną, błękitną i takimi uroczymi kanalikami, którędy przepływa woda. Naprzeciw jest wspomniana synagoga. Chcę zajrzeć, ale jest zamknięta, więc odpuszczam. Wchodzę natomiast do kościoła. Mogę tylko zajrzeć przez zamknięte drzwi już w środku – do środka.

Wychodząc orientuję się, że kończy mi się trzygodzinny czas parkingu. Chcę więc przedłużyć o godzinę – będę miał wtedy jeszcze godzinę i dziesięć minut. Przedłużam no i lipa. Tamto dziesięć minut mi się skasowało i godzinę naliczyło już bez nich. Bezsens. No i to powoduje, że muszę odrobinę się pospieszyć, bo w planie mam jeszcze jeden punkt.

Idąc na północ widzę już jakieś zastępy policji w radiowozach zmierzające gdzieś tam. Czy to już pod mecz? Nie wykluczam. Jest godzina czternasta. Potem, gdy będę szedł do samochodu, będzie przejeżdżał cały autokar z policją.

Podążam więc główną ulicą mijając slalomem coraz to kolejne wylewki asfaltu. Nie wiem, kiedy je położono, wiem jedynie, że wdepnięcie w tej temperaturze mogłoby mieć opłakane skutki. Mijam jakiś starodawny, socjalistyczny moloch – niby znany u nas widok, a jednak jakiś inny. Te na Słowacji czy właśnie tutaj sprawiają wrażenie opuszczonych i totalnie zaniedbanych. Pewnie tak nie jest, ale wrażenie takie sprawia. Podobnie jak te wszechobecne węgierskie nazwy.

W ogóle węgierski język to moja trauma z dzieciństwa, gdy byłem z rodzicami na wakacjach i zgubiłem się w jakimś centrum handlowym. Jakieś babki-ekspedientki podeszły do mnie i po madziarsku zaczęły gadać. Nie wiem, czy byłem bardziej przerażony zgubieniem się czy tym dziwnym językiem, którego używają.

A zgubiłem się, bo wydawało mi się, że za którymś regałem usłyszałem motor. Więc poszedłem go szukać… Wszyscy na Motor w niedzielę!

I w końcu dochodzę. Do niepozornej ulicy, z jakimiś blokami już poza ścisłym centrum. Kompletnie niby nic. Ale nie jest to byle jaka ulica, bo nazywa się… Katowice! I tak, nie jest to przypadek – ulica ta nazwana jest na cześć naszego miasta, co zresztą uwidacznia tablica kilka metrów od klatki schodowej, przy której robię zdjęcie. Tablica z 1969 roku podpisana jest Rada Miasta Miszkolc i podkreśla przyjaźń. My mamy w Katowicach Skwer Przyjaciół z Miszkolca – ten mini park przy przystankach na Sokolskiej. Od lat wiedziałem, że to miejsce się tak nazywa, ale nigdy nie sądziłem, że do Miszkolca mnie wywieje za GieKSą.

No nic, pora iść do auta, do którego mam dwa kilometry. Idę już drugą stroną ulicy by omijać miękki asfalt. Już czuć po dniu, że zrobiło się popołudnie. Inne słońce, inne światło. Swoje się nachodziłem. Czas więc zakończyć to zwiedzanie.

W ogóle śmieszny ten węgierski język, że „sz” czyta się jak „s”. Dlatego po ulicy jeździ nie bus, tylko busz. Mijam wspomniany autokar z policją. W ogóle jak policja może się nazywać „Rendőrség”. No ludzie!

Jestem z powrotem przy Sparze. Wchodzę na szybkie zakupy, chodzi o napoje. Niestety zimnych nie uświadczysz. Z powodu suszy i niskiego poziomu Dunaju rząd zapowiadał obcięcie energii, za dostarczanie której w dużej mierze odpowiedizalna jest elektrownia w Paks. Tutaj na lodówkach pojawił się komunikat:

„Szanowni Klienci!

W związku z zaistniałą ogólnokrajową sytuacją energetyczną podjęliśmy decyzję o tymczasowym wyłączeniu tej lodówki. Bardzo przepraszamy za spowodowane niedogodności!”.

Jakoś nie do końca wierzę. W Polsce w lato na wsiach i mniejszych miastach to jest stała praktyka. Wyłączanie lodówek w lato. Typowo z oszczędności prądu, a nie jakichś kataklizmów. Zawsze chodzą tylko lodówki z piwem i poupychana jest tam wódą. Wiadomo, dlaczego, ale nie będę się powtarzał, bo już się kiedyś o tym rozpisywałem.

Wsiadam do auta i zmierzam na kwaterę. W międzyczasie kontaktują się ze mną chłopacy (cytat z Joe Pesci’ego), którzy dojeżdżają i mają godzinę z kawałkiem. Umawiamy się w knajpce Lignum, w której to właśnie cała medialna GieKSa, oficjalna i nieoficjalna stołowała się podczas tego pobytu.

Z Kazikiem i Miśkiem zamawiamy leczo. Tak, tym razem na typowo węgierskie żarcie się zdecydowałem. Przyznam, że to leczo to jest mistrzostwo świata. Dużo papryki i cebuli, ale kompletnie nie w postaci jakiejś mazi, tylko gęsto upchane warzywa. Do tego doskonała, przyprawiona kiełbaska. U nas to wrzucą gdzieś zwykłą śląską i robią z tego drogie danie. Tutaj naprawdę kiełbasa była pierwszej jakości. Nie zrozumcie mnie źle. Lubię Śląską – zwłaszcza całą w cieniu, polską Śląską. A przed meczami na nowej Bukowej jestem pierwszy do przedmeczowego giga-wuszta. No ale to jest knajpa, więc sami wicie, rozumicie.

Posilamy się, po czym chłopaki jadą jeszcze na chwilę na miasto, a ja zbieram się na kwaterę, by przebrać się i przygotować do meczu. Jest godzina siedemnasta, więc do tego emocjonującego starcia pozostają zaledwie trzy godziny.

***

Pod stadionem na dwie godziny przed meczem kręci się już trochę kibiców Hapoelu. Ubrani w swoje czerwone barwy oczekują przed obiektem na spotkanie. Nie odnotowuję jakiegoś zwiększonego policyjnego napięcia przed obiektem, kibice chodzą sobie jak chcą. Ja podjeżdżam na parking i bez problemu parkuję tuż przed prowizoryczną bramą stadionową. Spotykam ludzi z Klubu Biznesu, którzy też mają swoją ciekawą wycieczkę na to spotkanie.

Chwilę po moim przyjściu na stadion przyjeżdża autokar GieKSy z piłkarzami. Korzystam z okazji i robię kilka fotek. Nasi wyglądają, jakby mieli humory dobre. Ale co mają nie mieć – w końcu po to się gra w piłkę, by grać jak najwyżej. A dla nas, dla GKS Katowice puchary europejskie to spełnienie snów. Wychodzą więc w tej nadal gorącej temperaturze zawodnicy i kierują się do budynku. Zaraz przechodzą też sędziowie. Z tym Dechepy’m, co to wyrzucił Baloguna w lidze francuskiej i tam żadna protekcja Amerykanina nie uratowała.

Po chwili i ja wchodzę. I tu o ile przed stadionem było bardzo spokojnie, to w środku kontrola, jak na lotnisku. Choć daleki jestem nadal od stwierdzenia, że jest jakakolwiek napięta atmosfera. Po prostu technicznie trzeba przejść przez bramkę, przepuścić plecak przez „rentgen” no i tak samo w koszyczku przetransportować rzeczy z kieszeni. Potem już nawet nie przeszukiwał mnie ochroniarz, więc tak naprawdę – spokojnie się dało coś przemycić. Troszkę przerost formy nad treścią. I tak jak mówię – duży spokój w tym wszystkim. Po chwili odbieram akredytację. Również wszystko przechodzi szybko i sprawnie. Nie mogę mieć zastrzeżeń.

Jestem znów na sali konferencyjnej. Kręcą się ludzie z Hapoelu, sam nie wiem, czy oni są z klubu, czy to są dziennikarze. I po meczu będą mi się wszyscy zlewać w jedną całość. No nic, czas na pójście na trybuny. Na początku schodami, ale potem udaje mi się wykminić windę i z niej korzystam – niby tylko trzy piętra, ale znów to są takie piętra, jak na Wiśle, że niby trzy, a tak jakby sześć. Ważne było, żeby na górze była jakaś woda. Bo na Sali konferencyjnej woda była w butelkach jak z wódki. No i w sumie się kończyła. Może to była wódka.

W zachodzących promieniach słońca oczekuję na mecz. Schodzą się dziennikarze z Polski, jest Kacper Janoszka, Tadek i Rafał Musioł, potem spotykam też starego druha z GieKSy Rafała Kędziora z ekipą z TVP Sport. Oczekujemy wszyscy w napięciu na spotkanie.

Mnie zaczepia węgierski dziennikarz, który już zdążył pooglądać moje nagrywki z Miszkolca i mówi, że nikt tak nie rozpromował tego miasta. I sam mi puszcza moje własne nagrywki na swoim telefonie. Opowiada też o swoim klubie, drużyna z Miszkolca potrafiła kiedyś grać w europejskich pucharach. No i jak patrzę na „lajki” pod moimi nagrywkami, to jest masa ludzi z Węgier. Algorytm działa więc też geograficznie. Ogólnie bardzo to miłe. Kibice polscy i węgierscy potem na meczu wzajemnie się pozdrawiają.

Tak jak pisałem wcześniej – stanowiska są doskonałe. Jest WiFi, prąd, dobre, sztywne blaty, super widoczność. Nie pozostaje nic, jak tylko relacjonować mecz. Podczas rozgrzewki Hapoelu kibice z Izraela robią małe piekło. Są niesamowicie głośni i ciągle śpiewają. My czekamy na kibiców GieKSy, którzy pojawiają się na krótko przed spotkaniem.

Ostatecznie podczas meczu kibice Hapoelu nie nawiązują aż tak do tego, co na rozgrzewce. Myślałem, że będą jednak głośniejsi. Dopingują oczywiście dobrze przez cały mecz, ale nie ma tego tąpnięcia, co na początku. Kibice GieKSy natomiast – jak zwykle trzymają poziom i prowadzą doping przez całe spotkanie. Fajna jest ta poprawka „Naprzód GieKSiarze!”, bo za pierwszym razem nie wybrzmiała tak dobrze, jak za drugim.

Niestety tracimy gola już w piątej minucie. Izraelski spiker w swoim języku hebrajskim wykrzykuje radośnie ten fakt i z kibicami nazwisko strzelca Stava Turiela. Jest ta egzotyka, niezależnie czy GieKSa by traciła czy zdobywała bramki (tu tylko traciła) w tych obcych dla nas okrzykach spikera. To znak, że gramy w pucharach.

W osiemnastej minucie jest już 2:0 dla Hapoelu. Gra nam się kompletnie nie układa, popełniamy rażące błędy i nie potrafimy nic zrobić z przodu. Formalni gospodarze chcą nas zaskoczyć jeszcze bardziej i nawet mają rzut karny, który sędzia odwołuje z powodu spalonego.

W przerwie możemy tylko zastanawiać się, co zrobić, by zagrać w drugiej połowie lepiej. Na początku drugiej części gry na boisko wpada intruz i co bardzo dziwne – ochrona absolutnie nie kwapi się, by go gonić i łapać. Paraduje sobie po tym boisku i robi jakieś gesty w stronę kibiców GKS. Potem niemal spokojnie wraca na sektor, ale jednak nie udaje mu się tam wejść Ochrona chce go złapać w kilku chłopa, ten się szarpie i wyrywa, ochroniarze się przewracają. Totalny kabaret. Jeszcze z trybun wlatuje drugi jegomość – Węgier, żeby nastukać temu pierwszemu. Szamotanina prima sort. W końcu ich gdzieś tam wyprowadzają, przynajmniej tego jednego.

Ostatecznie gola już nie tracimy, ale też nie zdobywamy i przegrywamy mecz 0:2. To daje nadzieję na odrobienie strat w rewanżu. Jestem niepocieszony po fatalnym występie GieKSy, ale nadal to dopiero pierwszy mecz. Robię nagrywkę pomeczową i idę na konferencję.

Konferencja prasowa jest dziwna, jedna z najdziwniejszych, na jakich byłem. Nie ma osoby koordynującej, wszystko dzieje się totalnie samopas. Rolę tutaj powinien pełnić rzecznik prasowy gospodarzy, ale takiego chyba w ogóle tam nie było. Przychodzi więc trener Górak z Michałem Kajzerkiem i to Michał prowadzi naszą część. Trener się wypowiada, potem zadaję pytania ja i Łukasz Olkowicz. Gdy wydaje się, że ta część konferencji się skończy, pałeczkę przejmuje dziennikarka z Izraela. Najpierw zadaje pytania o piłkarzy Hapoelu, a potem o… bezpieczeństwo w Polsce.

– Dużo fanów Hapoelu i w ogóle kibiców z Izraela obawia się przyjazdu do Polski. Czy jest bezpiecznie?

– W Polsce jest bezpiecznie, bądźmy spokojni.

– Nie wie pan o czym ja mówię? (Don’t you know what I’m talking about?”

– Nie mam pojęcia.

Dziennikarka nie jest pocieszona tymi odpowiedziami i po wyjściu trenera już dosłownie pretensjonalnym tonem zadaje pytanie rzecznikowi, czy naprawdę nie wiedzą, o co jej chodzi?

To było pytanie z podszytą tezą. Czy pani dziennikarka obrała narrację o Polsce jako niebezpiecznym, rasistowskim i faszystowskim kraju? Nie wiem, ale się domyślam. Można pomyśleć sobie, że to tylko mrzonki, ale najwidoczniej taka narracja w Izraelu o Polakach po prostu ciągle funkcjonuje. Narracja, którą i Maccabi rok temu – również na Węgrzech – zaprezentowało. Przykre to. Sam mówię tej dziennikarce, że to są pomówienia i niech po prostu przyjedzie w środę do Polski i sama się przekona. Powiedziałem jej również, że jeżeli nie będzie żądnych prowokacji, to będzie spokojnie.

Pozostaje cieszyć się, że w tym pierwszym meczu nie było żadnych newralgicznych sytuacji poza kilkoma typowo piłkarskimi pozdrowieniami na trybunach. Nie liczę tego intruza na boisku, bo to nie jest coś, co można uznać za jakiś skandal obyczajowo-międzynarodowy.

Kuriozalne jest to, że na drugą część konferencji przychodzi tylko trener i zawodnik Fernando Mayembo. Nie ma wspomnianego rzecznika. Pytania i to w sporej liczbie zadaje wspomniana dziennikarka, robiąc taki mini-wywiad. Dlatego kompletnie nie rozumiemy, co tam po hebrajsku odpowiada trener. Nie ma tłumaczenia, więc wszystko jest przeznaczone tylko dla uszu Izraelczyków. Z piłkarzem pani rozmawia już po angielsku, więc tu już wszystko rozumiemy.

Ogólnie media izraelskie mają swój temperament i na sali konferencyjnej są bardzo głośni. Ciężko zebrać myśli przy swojej pracy. No ale tak jak mówię, to kwestia południowo-wschodniego temperamentu, więc trudno jakieś wielkie pretensje mieć. Jeszcze na koniec jeden z chyba fotoreporterów łamaną angielszczyzną mówił, że był w Polsce kilka razy – w Katowicach, Krakowie czy Warszawie. Mówił, że bardzo mu się podobało. Był na meczu Polska – Izrael 4:0 za Jurka Brzęczka. Pytał, czy my byliśmy w Tel Awiwie. To akurat było sympatyczne.

Chłopaki z GieKSa.pl już pojechali, ja jeszcze chwilę zostaje i kończę konferencję. Wkrótce zbieram się i idę do samochodu. Już dzień wcześniej i teraz za dnia pokonywałem trasę na miejscówkę, ale jest ona bardzo specyficzna. Trzeba przejechać znów przez to wzgórze, są jakieś zawijasy i wątpliwej jakości droga. Ale po niecałych dwudziestu minutach jestem na kwaterze.

Szkoda tego meczu. Nie tyle, że przegrany, ale że w takim stylu i bez tej jednej strzelonej bramki. Dwa gole do odrobienia to sporo, ale nie jest to niemożliwe. W pokoju odpalam sobie skrót i włosy mi stają dęba. Potem jeszcze z rozpędu piszę felieton pomeczowy.

Na tym kończy się przygoda na Węgrzech. Cokolwiek się nie działo w tym meczu i nie wydarzy w rewanżu, jestem wdzięczny drużynie za to, że takie przygody mogę przeżywać. To wspaniałe.

***

W piątek już się nieco schładza, droga powrotna trwa też niecałe sześć godzin plus pierogi w Nowym Targu. W karczmie… Zadyma. Wieczorem jestem w domu i… zaczyna się ligowa kolejka, w której akurat GKS Katowice będzie pauzować.

To był pierwszy akord tego dwumeczu. W środę gramy rewanż. Nie szczędźcie gardeł, by wspierać naszych zawodników, bo wiele razy udowodnili, że zasługują na wsparcie w trudnych chwilach. I wielokrotnie to wsparcie czyniło cuda. O awans będzie bardzo ciężko, ale jeśli to by się udało, to możemy zrobić taką remontadę, która będzie po stokroć bardziej efektowna od tej z Żyliną i będziemy pamiętać ją na całe życie. A GKS naprawdę zapisze swoją złotą historię w rozdziale „europejskie puchary”.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Wyzerowane atuty – diagnozy brak

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Szczerze mówiąc nie chce mi się pisać tego felietonu, bo myślę sobie, że znowu będę pisał to samo. Rozbieżność między wynikami meczów u siebie i na wyjeździe sięgnęła absurdu. GKS rozegrał w tym sezonie siedem meczów – u siebie wszystkie trzy wygrał, na wyjeździe wszystkie cztery przegrał. Suma tego jest taka, że z europejskich pucharów już odpadliśmy, a w lidze mamy trzy punkty po trzech kolejkach. Czyli słabo – bo to średnia mogąca nawet nie dać utrzymania.

Piszę to wielokrotnie i napiszę jeszcze raz, bo już wiele razy w przeszłości czy to piłkarze czy trenerzy obrażali się na mnie, bo coś tam skrytykowałem. Nie mówię o sytuacjach, kiedy pojechałem z koksem i tak czy inaczej kogoś nazwałem, bo za to obrazę rozumiem. Cóż, młodość (która trwa, ale już inna). Ale my nie możemy doprowadzić do zagłaskania naszej drużyny – za ekstraklasę, za kapitalną w niej postawę czy za puchary. Wszyscy wiemy gdzie byliśmy i co trener wraz z kolejnymi grupami piłkarzy w ostatnich latach nam dał i daje. Więc tu nie ma mowy o podważaniu projektu jako całości. Ale trzeba mieć w tym wszystkim krytycyzm, bo jeśli w którymkolwiek momencie ktoś uznał, że zdobyliśmy już tyle, że teraz po prostu możemy do końca kariery jechać na sukcesie – to jest to – delikatnie mówiąc duży błąd. Więc tak, doceniamy ekstraklasę, super jest jeździć na te wszystkie stadiony w najwyższej polskiej lidze. I niech ten projekt w tym kształcie, z obecnym trenerem trwa jak najdłużej.

No ale są defekty. I ta postawa na wyjazdach naprawdę każe się zastanowić nad kilkoma rzeczami. Bo to jest coś, co jakiś czas się w GieKSie powtarza, mamy powtórkę z czterech przegranych wyjazdów na początek sezonu z zeszłego roku. A w pierwszym po awansie do ekstraklasy sezonie, na wiosnę także przydarzyły się cztery wtopy z rzędu na delegacjach.

Ale to nie chodzi tylko o wyniki. Chodzi o grę, która co prawda nie zawsze ten wynik gwarantuje, a w perspektywie pewnego okresu czasu (raczej krótszego niż dłuższego) dobra gra statystycznie przynosi względnie dobre wyniki. U nas nie jest największym problemem to, że przegraliśmy cztery mecze z rzędu. Problemem jest to, że te mecze przegraliśmy zasłużenie, bo graliśmy bardzo słabo.

Wczoraj chciałem wierzyć, że jak długo ten mecz trwał, w końcu coś wciśniemy. Mecz z Motorem w naszym wykonaniu nie był aż takim paździerzem, jakie trochę razy ostatnio na wyjazdach oglądaliśmy. Przypomniał się mecz z Cracovią, kiedy wydawało się, że przy 0:0 na koniec spotkania pozostanie spory niedosyt. A rywal w końcówce nam wmontował bramkę i już nawet z remisu nie można było się „cieszyć”. Ostatecznie, choć wczoraj GieKSa nie była beznadziejna, to była jednak słaba. Tym bardziej martwi to, że naprzeciw mieliśmy drużynę mocno przeciętną, do tego skleconą naprędce po kadrowych zawirowaniach, z nowym trenerem. A my – stabilni i budowani od kilku lat – nie potrafiliśmy zrobić na tym boisku nic. Przecież, gdyby nie Ndiaye czy może jeszcze Simon, to by Pan Czubak piłkę oglądał z daleka i nie miał okazji zaprezentować swojego świetnego wykończenia. Motor był do bólu średni, ale swoim jednym czy drugim błyskiej robił różnicę.

U nas tym razem w obronie nie było „wesołego miasteczka”, choć oczywiście nie ustrzegliśmy się błędów, po których padły bramki – najpierw nieuznana, a potem już prawidłowa. Jednak w tym meczu to nie obrona była naszym głównym problemem. Tym razem było to słabe/bardzo słabe/beznadziejne rozgrywanie ataku pozycyjnego. O kontrach nawet nie mówię, bo mam wrażenie, że jak my wyprowadzamy kontrę, to zaraz jeden czy drugi nasz zawodnik się zatrzymuje, robi kółeczko, wycofuje nie wiadomo gdzie i po kontrze nici.

Od patrzenia na nasze rozegranie piłki na połowie przeciwnika oczy bolały. Sposobności mieliśmy całe mnóstwo, bo Motor bronił się nieraz dość nisko – nie desperacko w swoim polu karnym – ale mocno na swojej połowie. My graliśmy po obwodzie – to na lewo, to na prawo. I często kończyło się do słabą wrzutką, z którą rywale nie mieli problemu. Przede wszystkim więcej w tym temacie oczekiwałem od Bartosza Wolskiego, bo naprawdę zawodnik ma większe umiejętności niż to, żeby zagrać leciutką piłkę à la serwis Pawła Zagumnego w pole karne i liczyć na czysty przypadek, że akurat trafi w nią ktoś z naszych, a nie przeciwników. Dlaczego nie ma mocnych, takich soczystych wrzutek? Dlaczego nie ma jakiejś próby większej precyzji? Nie mówiąc o tym, że nasi wahadłowi też chyba mocno zapomnieli, co to znaczy żwawość na boku. Nie ma dynamicznych pojedynków 1 na 1 na skrzydle na wysokości pola karnego, wejść w to pole karne. Jest to wszystko takie miałkie i nijakie i taka była ofensywa GKS w tym meczu. Naprawę zestawiając to z pojedynkiem z Motorem z rundy wiosennej i bramek, jakie GieKSa strzelała w tamtym meczu można… dostrzec różnicę.

Ostatecznie najlepszymi okazjami GKS był strzał Ilji w słupek i sytuacja, w której Ilja gola strzelił, ale Bartosz Nowak był w tej sytuacji na spalonym. Tak, był jeszcze strzał napastnika po dośrodkowaniu oraz uderzenie Mateusza Wdowiaka w boczną siatkę. I to tyle. Motor miał swoich groźnych sytuacji więcej.

Widać też, że trener szuka optymalnego składu, ale na razie większość zawodników swoją grą nie przekonuje, by zagościć w jedenastce na stałe. W pomocy kombinujemy. Bartek Nowak ma abonament na granie, ale wychodzi na to, że Bartek Wolski również. Chcieliśmy tego duetu, czekaliśmy na to, jaki zrobią oni techniczny zamęt w tej lidze. Na razie jednak to tylko mrzonki. Nie mamy twardości w środku pola. Jeszcze do tego dokładamy Marcela, który jest ambitny, szybki, ale też nie jest to skała. Do tego wygląda na to, że wczoraj przegrał z upałem, z ręką na sercu, jak widziałem, że podciąga sobie tę koszulkę i w ogóle miałem z daleka wrażenie, że jest cały czerwony, to pomyślałem, że Rafał Górak zrobi wyjątek i ściągnie piłkarza w przerwie. Tak też się stało.

Pamiętam jak w poprzednim sezonie po Górniku Zabrze trener zapowiedział, że coś musimy zmienić w samym podejściu do spotkania i strukturze gry na wyjeździe. Choć potem przegraliśmy jeszcze z Lechią, to za chwilę gra GKS na obcych stadionach zaskoczyła. GieKSa wygrała z Lublinie, Niecieczy, w Pucharze Polski z ŁKS. Na początek roku było zwycięstwo w Lubinie. Były te mecze z Rakowem i Lechem. Czyli da się. Problem jest taki, że jak drużyna wpadnie w wyjazdową otchłań bezradności i niemocy, to trudno z niej się wykaraskać.

Najgorsze jest to, że nie widać, aby był jeden mądry, który zdiagnozował, gdzie leży problem. A to musi być głębszy problem mentalny, bo przecież u siebie ci zawodnicy – zarówno indywidualnie, jak i jako cała drużyna – potrafią przecież grać w piłkę. Co się z nimi dzieje na wyjeździe i dlaczego? Może to jest coś na etapie samego wyjazdu na mecz, podróży, hotelu, dnia meczowe na wyjeździe? Może to tam trzeba poszukać, co się takiego dzieje z piłkarzami, że opada z nich cała ta agresja, moc i siła? Może gdzieś jest zbyt duże rozluźnienie, a może to rozluźnienie jest zbyt małe? Trzeba szukać, w każdym szczególe, w każdym posiłku, w każdej minucie spędzonej w autobusie.

Przyznam, że po tym kolejnym przegranym meczu nie mam smutku, żalu czy załamki. Jest po prostu po raz kolejny irytacja i taka frustracja, bo widzę tę bezradność piłkarzy i mi się udziela. Nie ma w życiu chyba gorszego poczucia niż to, że nie ma się wpływu. A gra GKS a wyjeździe wygląda tak, jakby zawodnicy nie mieli dostępu do swoich atutów, które dają różnicę, tylko próbowali sztampowych, oklepanych i zupełnie nieefektywnych na tym poziomie rozwiązań.

I trzeba coś z tym zrobić szybko, bo wkrótce czekają nas trzy trudne wyjazdy – Zabrze, Gliwice i Lubin. Tu już po prostu obowiązkowo będzie trzeba punktować.

A na razie Wisła Płock. Dobrze, że przynajmniej u siebie te atuty nie są zablokowane. Liczymy, że i tym razem tak będzie, GieKSa swoje gole będzie strzelała i trzy punkty zdobędzie.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Górak: Brakuje nam wytrawności

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po meczu Motor Lublin – GKS Katowice wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Mariusz Misiura i Rafał Górak. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.

Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Jesteśmy rozczarowani tym, że przegraliśmy spotkanie, włącznie z powiedzeniem, że jeżeli nie możesz wygrać, to powinieneś umieć go zremisować.

Takie mam odczucia w stosunku do tego meczu. Niestety – nie jesteśmy jak na razie w stanie zagrać meczu na zero z tyłu, który dałby nam przestrzeń, żeby wywieźć z takiego spotkania remis, bo może on też nie byłby to szczyt naszych marzeń przed spotkaniem – bo przyjechaliśmy z zamiarem wygrania meczu – ale na pewno remis bardziej odwzorowywałby to, co się działo. Ale to jest nieistotne, bo ten który bramkę strzela ma tę radość, a ten, który tego nie robi – tej radości nie ma. W wielu momentach za dużo mamy rozpiętości poziomowych w spotkaniach. To mnie też trochę na razie smuci, bo powinniśmy się stać bardziej wytrawną drużyną, a tego nam brakuje. Mamy bardzo dobre momenty, kiedy gramy zgodnie z tym, co chcemy robić, a mamy też takie kiedy ta gra na różnych pozycjach w różny sposób ofensywie czy defensywie nam się łamie i powoduje bałagan, który kończy się niekiedy tak, jak się skończył przy straconej bramce. Byliśmy w posiadaniu piłki pod polem karnym przeciwnika i tej wytrawności jeszcze brakuje – tego będziemy szukać. Dziś jest masę rozczarowania i sportowej złości, ale nic tu po narzekaniu, trzeba brać się do roboty i mocno wyciągać wnioski choćby z tego, że przy czterech meczach wyjazdowych w tym sezonie cztery razy schodzimy pokonani i to nas bardzo denerwuje i jesteśmy niezadowoleni. Ale po to niekiedy takie próby są, żeby wychodzić, silniejszym. Teraz będziemy się przygotowywać do następnego spotkania, potem mamy trzy mecze z rzędu na wyjeździe. Czeka nas nie lada sprawdzian i jestem przekonany, że wyjdziemy z tego obronną ręką. Dzisiaj jest dużo złości, rozczarowania i momentów, z których z gry jesteśmy niezadowoleni.

Mariusz Misiura (trener Motoru Lublin):
Bardzo się cieszę, że wygraliśmy mecz i zdobyliśmy trzy punkty. Bo mam poczucie, że to był czwarty naprawdę dobry mecz w naszym wykonaniu i jak ten czas leci – mijają tygodnie – przygotowujesz się do czwartego spotkania, a na koncie masz jeden punkt, to zapominamy, co się wydarzyło w pierwszej czy drugiej czy trzeciej kolejce.  Wydaje mi się, że drużyna zasłużyła, żeby mieć ich więcej. Wierzę, że konsekwentną pracą i procesem będziemy budować silną drużynę.

Co do meczu to wydaje mi się, że wykreowaliśmy więcej sytuacji, na pewno w pierwszej połowie, konsekwencją tego jest bramka. Powiedzieliśmy sobie w szatni, że musimy zostawić serce i charakter. 104 minuty w takim upale to szacunek dla piłkarzy. Sami państwo siedząc na trybunach czuliście gorąco i zmęczenie.

To jest coś normalnego, że w takim upale przydarzały nam się błędy, cieszę się, że nie było z tego konsekwencji w postaci gola, ale podobało nam się nasze dążenie do strzelenia bramki. Dobre zmiany, każdy z zawodników dał impuls. Bardzo się cieszę z tych trzech punktów i idziemy dalej.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga