Dołącz do nas

Piłka nożna Prasówka

Media po meczu z Wisłą: Beniaminek wstrząsnął GieKSą w cztery minuty

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień mediów na temat wczorajszego meczu Wisła Kraków – GKS Katowice 2:1 (0:0).

weszlo.com – Hiszpański taniec Wisły! Udany powrót do Ekstraklasy

Wielkie święto piłkarskie w Krakowie! Wisła po czterech latach mordęgi na zapleczu Ekstraklasy w końcu mogła zagrać mecz w najwyższej klasie rozgrywkowej i był to start udany, bo zwycięski. Mieliśmy pełny stadion, na którym pojawili się również kibice gości, co w pierwszej lidze było wydarzeniem tak częstym, jak majowe opady śniegu. Biała Gwiazda wygrała z GKS-em Katowice 2:1, wróciła w wielkim stylu, tańcząc hiszpańskie pasodoble, ale najważniejszym graczem z tego kraju wcale nie okazał się Angel Rodado.
Pierwszą połowę nazwalibyśmy typową grą poznawczą. Obie drużyny próbowały się „wybadać” . Badania te chcieli jednak przerywać dwaj boiskowi dyrygenci. Piłkarskie mini koncerty Bartosza Nowaka i Kacpra Dudy okazały się natomiast koncertami solistów, a nie wielkich orkiestr. Reszta członków drużyn nie poszła bowiem za przewodnictwem obu panów.
[…] Po drugiej stronie barykady grał artysta nieco starszy, ale zdecydowanie bardziej znany. Pan piłkarz – Bartosz Nowak, zdaniem wielu najlepszy gracz Ekstraklasy 2025/26. On akurat do swoich podań z gry dołożył stałe fragmenty. Problem w tym, że nikt nie chciał jego specjałów próbować. W sumie to ciekawie byłoby, gdyby to Duda podawał do Nowaka, a Nowak do Dudy. Może wtedy te akcje byłyby efektywne? W końcu najpoważniejszą okazję stworzył sam Nowak, jednak jego strzał minął bramkę Marcela Łubika.
Bilans do przerwy to trzy strzały celne z obu stron, piłkę zdecydowanie częściej mieli goście.
No i nie spodziewali się, że w drugą połowę Wisła wejdzie już zdecydowanie odważniej. Jej napór na początku próbowali powstrzymać jeszcze podopieczni trenera Góraka, ale wystarczył jeden faul na Urydze i Wisła „zalała” bramkę Kobylaka. Trzy szybkie powodzie, a w każdy z nich zamieszane były hiszpańskie wiatry, które wcale nie miały nazwy Rodado.
Rzut karny Bozicia próbował wyczuć jeszcze Gabriel Kobylak i był naprawdę blisko, jak w swoim hicie Rafał Brzozowski. Stara prawda futbolu mówi jednak, żeby walnąć mocno. No więc uderzenie skrzydłowego było na tyle silne, że kibice Wisły mogli cieszyć się z pierwszego trafienia po powrocie do Ekstraklasy.
Potem mieliśmy kolejny napór Jordiego Sancheza i jego dwie bramki. Najpierw zamknął dośrodkowanie strzałem głową, a potem trafił po zamieszaniu. Drugi gol został ostatecznie anulowany po długiej analizie. O co tam chodziło? Arbitrzy sprawdzali z jednej strony faul na Jędrychu, a z drugiej potencjalne zagranie ręką strzelca bramki. Decyzja? Nie ma gola. Tylko, że fajnie, gdybyśmy wiedzieli w zasadzie dlaczego, bo się nie dowiedzieliśmy.
Trener Jop zlitował się trochę nad naszymi pucharowiczami z Katowic i zdjął z boiska Hiszpana. Co ciekawe, zdjął go jeszcze w momencie, kiedy ten myślał, że ma na koncie dwa gole. Już na ławce dowiedział się, że jednak nie.
Odwołana bramka dodała dużo nadziei ekipie trenera Góraka. GieKSa odpowiedziała jeszcze bramką nowego nabytku, Sebastiana Bartlewicza. Jednak mimo nerwowej końcówki dla krakowskich kibiców to Wisła mogła świętować zdobycie upragnionych trzech oczek. Na pewno taki powrót sobie wymarzyli, zwłaszcza że naprzeciwko nie stanął byle kto, a rewelacja poprzedniego sezonu Ekstraklasy.

dziennikzachodni.pl – Beniaminek wstrząsnął GieKSą w cztery minuty. Goście nie zdążyli wyrównać

Goście z Katowic już na początku sprawdzili formę bramkarza Marcela Łubika, który trafił pod Wawel z Górnika Zabrze. W 8. minucie obronił strzał z pola karnego Bartosza Nowaka, a dwie minuty później wygrał pojedynek z Emanem Markovicem. GieKSa przeważała, miała stałe fragmenty gry, ale nie potrafiła tego przełożyć na gola.
Wisła w 29. minucie miała swoją pierwszą szansę. Po składnej akcji Frederico Duarte wpadł w pole karne, strzelił przy słupku i Gabriela Kobylak wybił piłkę na rzut rożny. W 42. minucie Duarte huknął z woleja z ostrego kąta i trafił w zewnętrzną część słupka.
Do przerwy mieliśmy bezbramkowy remis, bo GKS nie wykorzystał dwóch przewagi z pierwszych minut. Beniaminek z czasem nabrał śmiałości, ale tylko trochę postraszył gości.
W drugą połowę lepiej weszła Wisła, która kontynuowała odważniejszą grę z końcówki pierwszej części. GieKSa za bardzo się cofnęła i przed bramką Kobylaka coraz częściej bito na alarm. Po kolejnej akcji Marcin Wasielewski przytrzymał w pół skaczącego do główki Alana Urygę i sędzia podyktował rzut karny. Marko Bozić wykorzystał „jedenastkę”, choć bramkarz gości wyczuł jego intencje.
Gospodarze cztery minuty później zadała drugi cios. Raoul Giger zagrał z prawej strony i Jordi Sanchez z bliska wpakował piłkę do siatki.
W 64. minucie gospodarze cieszyli się z trzeciego gola. W ogromnym zamieszaniu na polu karnym najbardziej przytomnie zachował się Jordi Sanchez. Po długiej analizie VAR i obejrzeniu przez sędziego powtórek na monitorze bramka została anulowana. „Podejrzane” były – odbicie piłki od ręki strzelca gola i domniemany faul Maxence’a Maisonneuve’a na Arkadiuszu Jędrychu.
GKS nie dostał więc trzeciego ciosu i mógł jeszcze pomyśleć o nawiązaniu walki. W 76. minucie Markovic strzelił tuż koło słupka. Trzy minuty potem Katowiczanie mieli kontaktowego gola. Szymon Bartlewicz wkrótce po wejściu na boisko sfinalizował trochę przypadkową akcję GieKSy i strzelił z kilku metrów.
Ekipa z Nowej Bukowej do końca walczyła o zmianę wyniku. W rolę napastnika wcielił się nawet Jędrych, ale GieKSa została pokonana przez beniaminka.

gazetakrakowska.pl – Wielkie emocje na Reymonta. Wisła Kraków wygrywa na inaugurację sezonu!

2:1 pokonała Wisła Kraków GKS Katowice na inaugurację sezonu ekstraklasy. To był bardzo emocjonujący mecz, w którym wszystkie gole padły w drugiej połowie, zdecydowanie bardziej otwartej niż pierwsza część.
Przy ul. Reymonta na taki mecz czekali ponad cztery lata. Wisła Kraków awansowała do ekstraklasy i inauguruje w niej sezon meczem z GKS-em Katowice. Spotkanie toczyło się przy komplecie publiczności. Przed pierwszym gwizdkiem na trybunach trwała „rozgrzewka” kibiców obu klubów, którzy nie szczędzili sobie „uprzejmości”. Mecz rozpoczął się od kapitalnej oprawy kibiców Wisły, przygotowanej na dwie trybuny oraz od ogłuszającego wręcz dopingu.
Po początkowym badaniu sił, pierwszy groźnie zaatakował GKS. W 7 min po przechwycie w środku pola Katowiczanie wyprowadzili akcję zakończoną strzałem Bartosza Nowaka. Marcel Łubik odbił piłkę na rzut rożny. Bramkarz Wisły błysnął formą jeszcze mocniej dwie minuty później, gdy w sytuacji sam na sam z Emanem Markoviciem obronił strzał tego ostatniego na róg.
Wisła na naprawdę dobrą okazję kazała czekać do 28 min, gdy Frederico Duarte „poklepał” z Raoulem Gigerem w okolicach pola karnego GKS-u, a wszystko zakończył Portugalczyk mocnym, kąśliwym strzałem. Gabriel Kobylak odbił jednak piłkę na rzut rożny.
W 42 min znów w roli głównej wystąpił Frederico Duarte. Tym razem próbował bramkarza GKS-u zaskoczyć strzałem z ostrego kąta, ale trafił w słupek. Ostatecznie po mocno taktycznej, zamkniętej z obu stron połowie, na przerwę oba zespoły schodziły przy bezbramkowym remisie.
Druga połowa była dużo lepsza, przede wszystkim bardziej otwarta i zaczęły w niej szybko padać bramki. Lepiej w tę część weszła Wisła. Atakowała częściej i w 54 min mieliśmy tego bardzo konkretny efekt. Po dośrodkowaniu w pole karne Frederico Duarte Marcin Wasilewski w pół złapał Alana Urygę i sędzia nie miał wyjścia, musiał wskazać na jedenasty metr. A po chwili z karnego pewnie do siatki trafił Marko Bozić choć jego intencje wyczuł Gabriel Kobylak.
Bramkarz GKS-u nie miał natomiast kompletnie nic do powiedzenia cztery minuty później, gdy po dośrodkowaniu Raoula Gigera piłkę głową z kilku metrów wpakował do siatki Jordi Sanchez.
Cztery minuty później Jordi Sanchez trafił do siatki drugi raz, a później dobre kilka minut trwało sprawdzanie czy gol był prawidłowy. Ostatecznie sędzia Łukasz Kuźma gola nie uznał.
Wisła starała się grać spokojnie, GKS nawet nie stwarzał jakiegoś wielkiego zagrożenia, ale Krakowianie dali się w 79 min zaskoczyć w dość prosty sposób i trochę na własne życzenie. Błąd w polu karnym popełnił Alan Uryga, który mógł wybić piłkę, ale tego nie zrobił i ta trafiła pod nogi Szymona Bartlewicza, który swojej szansy nie zmarnował. Zrobiło się 2:1. Końcówka była nerwowa, ale tak naprawdę Wisła nie dopuściła już do większego zagrożenia pod swoją bramką i zgarnęła pełną pulę.

wislaportal.pl – Zwycięstwo na inaugurację! Wisła – GKS Katowice 2-1

[…] Na ligową inaugurację Wiśle przyszło zmierzyć się z piątym zespołem poprzedniego sezonu w Ekstraklasie, który reprezentuje Polskę w europejskich pucharach, a mianowicie z GKS-em Katowice. No i od początku było to bardzo intensywne spotkanie, w którym faworyzowani przyjezdni starali się narzucać od razu swoje warunki gry. Zanim to się jednak stało już w 2. minucie kapitalne prostopadłe podanie do Jordiego Sáncheza posłał Kacper Duda, tyle że nasz napastnik przegrał pojedynek biegowy i wybiciem piłki w aut ubiegł go Gabriel Kobylak.
Kolejne akcje należały już jednak do gości, którzy błyskawicznie potrafili zagrażać naszej bramce po stratach piłki w środku boiska. W 8. minucie taka przydarzyła się Dudzie, a co skończyło się celnym uderzeniem Bartosza Nowaka. Piłkę świetnie sparował jednak Marcel Łubik. Po dwóch minutach niedokładne podanie Maxence’a Maisonneuve’a przyniosło okazję Ilji Szkurinowi, ale znów kapitalnie i w tym przypadku szczęśliwie interweniował Łubik.
Wisła odpowiedziała na te sytuacje w 11. i 12. minucie strzałami Marko Božicia oraz Jamesa Igbekeme, ale te blokowali skutecznie obrońcy.
W 16. minucie to jednak znów Wisła miała szczęście, bo po dośrodkowaniu w nasze pole karne najwyżej wyskoczył Pau Resta, ale piłka po jego uderzeniu głową nieznacznie minęła bramkę. Kolejną groźną okazję przyjezdni stworzyli sobie w minucie 24., bo zgubiliśmy krycie we własnym polu karnym, ale choć Nowak doszedł do podania, to uderzył obok słupka.

Ostatni fragment pierwszej połowy to już jednak lepsze okazje Wisły. W 29. minucie formę Kobylaka sprawdził bowiem Frederico Duarte, ale golkiper GKS-u zdołał sparować uderzoną w krótki róg piłkę na rzut rożny.
W kolejnych akcjach obrońcy GKS-u zdołali zablokować próbę Dudy, a także aż dwa zejścia do środka i uderzenia Macieja Kuziemki.
Z kolei w 42. minucie piłka dotarła w polu karnym do Duarte, ale ten z ostrego kąta trafił w… słupek! Zaraz potem Portugalczyk został wyraźnie sfaulowany przed „szesnastką”, ale gwizdek sędziego Łukasza Kuźmy milczał.
Do przerwy lepsze okazje miał GKS, ale i Wisła potrafiła postraszyć – zwłaszcza po dwóch próbach Duarte. Było 0-0.
Drugą połowę Wisła zaczyna dobrze, bo już w 47. minucie straszymy gości dwoma kolejnymi uderzeniami, ale najpierw zablokowany jest po nich Jakub Krzyżanowski, a po chwili strzał Duarte daje nam tylko rzut rożny. Podobnie zablokowany został w 50. minucie Kuziemka. Z wywalczonego w ten sposób rzutu rożnego dobrze na bliższy słupek zagrał Duda, ale uderzenie stojącego przed nim głową Alana Urygi było nieznacznie niecelne!
Dobrze rozpoczęta druga połowa dała nam mały sukces w 54. minucie, bo zamknięty GKS zaczął bronić się znacznie bardziej niepewnie, a wszystko skończyło się faulem w polu karnym na Urydze i „jedenastce”!
Do piłki podszedł Marko Božić i choć jego uderzenie Kobylak wyczuł, to piłka po jego rękawicach wpadła do bramki! 1-0!
Najważniejsze było natomiast to, że w 60. minucie było już… 2-0. Kapitalnie piłkę w pole karne posłał Raul Giger, dogranie głową zamknął Jordi Sánchez i „Biała Gwiazda” miała już pokaźniejszą przewagę!
Jakby tego było mało w 64. minucie po sporym zamieszaniu podbramkowym piłkę do siatki gości ponownie wpakował Sánchez. 3-0? Sytuację bardzo długo sprawdzano jeszcze na wideoweryfikacji i ostatecznie drugi gol Jordiego nie został uznany!
Wisła miała jednak wciąż dwubramkową przewagę i na kwadrans przed końcem przypomniał o sobie – wprowadzony chwilę wcześniej – Ángel Rodado. Jego uderzenie z dystansu po nodze obrońcy dało nam jednak tylko rzut rożny. W odpowiedzi groźnie zaatakował jednak GKS, ale strzał Emana Markovicia nieznacznie minął naszą bramkę!
W 79. minucie GKS wykorzystał jednak nasze błędy w obronie i zdecydowanie za łatwo Szymon Bartlewicz mógł trafić do siatki na 2-1. Zresztą od 82. minuty mogło być jeszcze gorzej, bo goście blisko byli kolejnego trafienia! Piłka przeleciała nieznacznie obok słupka…
Obok niego przeleciała też w 88. minucie, po kolejnej próbie Markovicia.
Do regulaminowego czasu sędzia doliczył niespodziewanie tylko cztery minuty, tym bardziej, że dobrą chwilę trwało sprawdzanie nieuznanego gola, ale najważniejsze było to, że w jego trakcie Wisła utrzymała już w miarę spokojnie swoje wywalczone wcześniej prowadzenie. Trzy punkty zostają w Krakowie!

sportowefakty.wp.pl – Wymarzony powrót Wisły Kraków do PKO Ekstraklasy

[…] Mecz rozpoczął się z kilkuminutowym opóźnieniem, ale to drobnostka wobec kilkuletniego oczekiwania Wiślaków na powrót do ekstraklasy. Na trybunach, bez zaskoczenia, był komplet publiczności (31344).
[…] Nie minęło 10 minut i Marcel Łubik musiał dwa razy ratować Wiślaków. Co prawda beniaminek rozpoczął mecz energicznie, ale to GKS zaczął stwarzać sytuacje podbramkowe. Ilja Szkurin i Eman Markovic nie wykorzystali dogodnych pozycji do strzelenia gola. W 24. minucie Bartosz Nowak wbiegł dynamicznie między obrońców z Krakowa, ale piłka tylko przelała się mu po głowie i nie było z tego kolejnego groźnego strzału. Czas pokazał, że GKS będzie żałować nieskuteczności z początku spotkania.
W 29. minucie była pierwsza szansa na gola beniaminka. Wymiana podań Frederico Duarte z Raoulem Gigerem zakończyła się strzałem po ziemi tego pierwszego. Nie było gola, ponieważ Gabriel Kobylak nie zamierzał spędzić meczu w cieniu Marcela Łubika i również ładnie interweniował. Wspomniane trzy strzały celne to komplet w pierwszej połowie, więc nie była ona napakowana po brzegi szansami na gola.
Po przerwie bramki już padły, a nakręcona Wisła potwierdziła dobry fragment strzałem Marko Bozicia na 1:0 z rzutu karnego. Była 56. minuta i pomocnik przełamał swoim kopnięciem dłonie Gabriela Kobylaka, doprowadzając do wrzenia na trybunach przy Reymonta. Jedenastka została przyznana gospodarzom za faul Marcina Wasielewskiego na Alanie Urydze.
Nawałnica Wiślaków była szalona, ponieważ w 60. minucie padł kolejny gol na 2:0. GKS nie otrząsnął się po jednym ciosie, a znowu oberwał i leżał na deskach. Jordi Sanchez wpakował piłkę z metra pod poprzeczkę po dośrodkowaniu Raoula Gigera. W akcji bramkowej uczestniczył również Frederico Duarte.
Była niebawem trzecia, końcowo anulowana bramka Wisły, po której GKS-owi pozostał jeszcze cień nadziei na zapunktowanie. W 79. minucie Szymon Bartlewicz dodał energii i wiary katowiczanom strzałem na 1:2, który zapowiadał elektryzującą końcówkę meczu. Czy taka była? Niespecjalnie. GKS próbował wyszarpnąć chociaż punkt, ale nie miał dużej szansy na doprowadzenie do remisu.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Galeria Kibice Piłka nożna

Kibicowska galeria z wyjazdu do Gliwic

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Zapraszamy do kibicowskiej galerii z wyjazdu do Gliwic, gdzie GieKSa zjawiła się w nadkomplecie, a dokładnie w 1154 osoby, w tym 6 Banik Ostrava i 1 JKS Jarosław. Zdjęcia nadesłane przez kibiców.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Opór przed rozwojem

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Przed trójmeczem wyjazdowym postanowiłem sobie określić liczbę punktów i swój stosunek do potencjalnej zdobyczy. Z góry przepraszam za przekleństwa. Ale jakoś musiałem stopniować. Mając w głowie naszą indolencję we wcześniejszych wyjazdach miałem więc w głowie coś takiego:

2 punkty – ch…owe k…a minimum
3 punkty – ch…owe minimum
4 punkty – minimum
5 punktów – dobrze
6 punktów – bardzo dobrze
7 punktów – kapitalnie
9 punktów – idealnie.

Już po pierwszym z tych trzech meczów cieszyłem się, że „ch…owe minimum” osiągnęliśmy, a do minimum brakuje jednego punktu. A do „dobrze” zaledwie dwóch remisów. Co było potem wszyscy wiemy. „Ch…owe minimum” ostatecznie zostało osiągnięte, ale patrząc z perspektywy, że już na początku, a potem nie pociągnęliśmy – frustracja jest tym większa.

Naprawdę niewiele zabrakło i niewiele trzeba było zrobić, żebyśmy po meczu z Górnikiem nie musieli już wracać do tych nieszczęsnych wyjazdów i odmieniania tego słowa – w negatywnym kontekście – przez wszystkie przypadki. Gdybyśmy wczoraj choćby zremisowali po średniej grze – można by było na ten moment uznać, że jako tako wszystko wróciło do normy – tu wygrana na wyjeździe, tu porażka, tu czasem remis wpadnie. Niestety to, co działo się zarówno tydzień temu w Gliwicach, jak i wczoraj w Lubinie każe myśleć, że kapitalne skądinąd zwycięstwo w Zabrzu było jakąś niesamowitą anomalią. Tym bardziej, jeśli spojrzymy na postawę Górnika w tym sezonie. I że to był wypadek przy pracy, tylko w pozytywną stronę.

Nie chce nawet myśleć, co by było, gdybyśmy przy Roosevelta przegrali, a przecież było tego bardzo blisko. Bilans sześciu porażek w siedmiu meczach wyjazdowych to katastrofa, ale siedem na siedem to już by była karykatura. Nawet outsiderzy nie mają takich bilansów. Na szczęście w Zabrzu wygraliśmy i ten wyłom w tragicznej wyjazdowej postawie jednak się pojawił.

Liczyliśmy jednak na to, że wygrana – i to w takich okolicznościach – da drużynie przełącznik na te wyjazdy, że w końcu siłą rozpędu zespół zacznie grać na innych stadionach niż Katowice. Tym bardziej, że przeciwników mieliśmy słabszych. Choć Piast się podnosi, to całkiem niedawno przegrywał 0:4 u siebie z Wieczystą w pewnym momencie meczu. Za to Zagłębie – toporne, beznamiętne i bezjajeczne, było tą ekipą, z którą drużyna mająca aspiracje powinna sobie w tym momencie sezonu poradzić. Albo przynajmniej nie przegrać. A już na pewno nie dać się tak kompletnie zdominować.

Naprawdę trudno mi uwierzyć, że na tle naszej drużyny, toporni na co dzień przeciwnicy, wyglądają jakby byli wirtuozami piłki. Wiadomo, że z tą wirtuozerią to lekka przesada, ale z tym, że wyglądali jak drużyna dobra i szybka już nie. Jak Miedziowi męczyli bułę czy kompromitowali się w Pucharze Polski, tak zorientowawszy się, że przyjechał „wyjazdowo najlepszy” GKS Katowice, nagle zaczęli być szybcy, dynamiczni, wygrywający pojedynki, mający pomysł na grę, atakujący i stwarzający sytuacje.

Choć to tak naprawdę tylko wrażenie. Zagłębie wcale nie zagrało wybitnego meczu. Solidny i dobry tak. Ale nic szczególnego.

Powtórzę taktykę naszych przeciwników i co tam trener mówi im w szatni. Brzmi to mniej więcej tak: „Wicie kurwa, chłopacy, kurwa rozumicie, naciście, biegajcie kurwa, uderzajcie ze łba i z bara, kurwa i oni się wtedy pogubią. A potem jak kurwa kurwa strzelicie, to oddajcie im balik, bo oni kurwa nie wiedzą, co z nim zrobić i przewracają się na chałce”.

Tak widzę odprawy przedmeczowe u naszych przeciwników.

Absolutnie niepojęte jest to, jak my  na wyjeździe zapominamy każdy aspekt gry w piłkę. Bo jak wspomniałem – wyniki to jedno. Można przegrać, można nawet przegrać 2-3 mecze z rzędu. Nieszczęśliwy splot okoliczności, jakiś kryzys, błąd sędziego, po prostu słabszy moment. Ale u nas to nie jest kryzys. To jest jakieś totalne odcięcie od umiejętności i mentalu. To jest tak systemowy problem, że właśnie jedno zwycięstwo w Zabrzu kompletnie nie zmienia tego obrazu.

I ostatecznie w defensywie jesteśmy ultrasłabi, a w ofensywie to my gramy toporny futbol. Pod przykrywką rozgrywania ataku pozycyjnego i specyficznej tiki taki, pierdyliarda podań wszerz boiska i kompletnego braku brania na siebie odpowiedzialności za podjęcie decyzji – o ostatnim podaniu, o pójściu jeden na jeden a wysokości pola karnego, o strzale. A jak już ktoś taką decyzję raz na jakiś czas podejmie, to jakość wykonania jest bardzo słaba.

Dobra, odwlekałem. Robię teraz krótką przerwę od pisania i oglądam skrót. Miejcie mnie w swojej opiece.

<ogląda skrót>

<idzie ochłonąć po obejrzeniu skrótu>

<z niechęcią wraca po godzinie do pisania>

Nie, po prostu nie dało się na to patrzeć. Jak już stworzyliśmy sobie najlepszą okazję, to Marcel zachował się absolutnie kuriozalnie – będąc w dobrej pozycji w polu karnym, taki rzut karny pod lekką presją, po prostu podał piłkę do bramkarza. Koszmar. Podobnie jak tracone bramki. W pierwszej sytuacji mieliśmy déjà vu z Gliwic. Czyli znów wysoko ustawiona obrona i prostopadłe podanie za plecy na skrzydło. Gdzie oczywiście nie było Wasyla, więc już byliśmy ugotowani, bo nasi obrońcy bardziej w centrum boiska nie byli w stanie nic zaradzić. Arek nie przeciął, Alan dał się wyprzedzić i mieliśmy bramkę.

Drugi gol to po pierwsze rozklepanie nas jak dzieci. Ale to jeszcze pół biedy – czasem przeciwnik zrobi na tyle dobrą akcję, że przechytrzy rywala, zdarza się. Natomiast tyle luzu, ile miał Kosidis w polu karnym w momencie, gdy dostawał podanie, to jest kolejny defensywny kryminał tego sezonu. Plus wisienka na torcie, czyli nasz kapitan, który chyba sam nie wie, co chciał w tej sytuacji zrobić. On się normalnie, najnormalniej w świecie położył się w tej akcji. Tak jakby chciał zniknąć, nie uczestniczyć w tym evencie. Nie doskok, nie blok, nawet nie markowanie czegokolwiek. On się po prostu położył na boisku. To już druga taka sytuacja, po uchyleniu się przy trzecim golu dla Piasta.

Fatalna też była sytuacja, w której jednym podaniem rywale dosłownie przeszyli całą naszą trójkę środkowych obrońców i Sypek wyszedł sam na sam.

I tutaj muszę trochę napisać o zawodnikach, bo ode mnie ze względu na jednak summa summarum fajny poprzedni sezon, puchary i całokształt ekstraklasy w wydaniu zespołu, mieli trochę parasola ochronnego. No i jak to mówią, bez osobistych wycieczek, bo ja lubię tych piłkarzy, ale wkurzają mnie niemiłosiernie czasem, no i ostatnio zawodzą. Więc panowie nie obrażajcie się, tylko po prostu… się ogarnijcie.

Zacznę od wspomnianego Arka. Nie chcę być złym prorokiem, ale to trochę wygląda tak, jakby ząb czasu trochę nadgryzł naszego kapitana. Chciałbym wierzyć, że w jego przypadku to jest tylko kryzys formy. Natomiast patrząc na postawę jednak naszej ikony tej nowej GieKSy, to w ostatnim czasie po prostu Arek Jędrych nie daje rady. Jest wolny, daje się wyprzedzać zawodnikom rywala, popełnia proste błędy, gdy piłka jest w jego pobliżu, gdy się broni, serce podchodzi do gardła. W niektórych meczach w dość prostych sytuacjach kilka razy grał na alibi (wybicie na aut), tak jakby sam dobrze wiedział, że piłka się go nie słucha. Źle się ustawia. Niestety – Arek jest w tym sezonie tak słaby jak znakomicie wykonuje rzuty karne. Ogólnie wszyscy wiemy, jak dużo dał GieKSie i jako szef na boisku – dokąd nas doprowadził. Jednak czas mija. I nie chodzi mi o to, żeby zawodnika teraz gdzieś totalnie odstawić. Jednak nie może być nietykalny, jeśli chodzi o pierwszy skład, tylko dlatego, że jest kapitanem i tak ważną postacią dla tego zespołu. Z tym tematem – piłkarsko i psychologicznie, jeśli chodzi o całą drużynę – sztab trenerski musi sobie poradzić.

Oczywiście to nie jest jedyny zawodnik, który zawodzi i absolutnie nie można z niego robić kozła ofiarnego. Bo zawala cała drużyna. Przede wszystkim boli to, że nie widać żadnego progresu, choćby w porównaniu z poprzednim sezonie. GieKSa utknęła w nie wiadomo czym, a niektórzy piłkarze wręcz zaliczyli regres.

Straszliwie zleciał z formą Marcin Wasielewski. Ten walczak, ten dzik, którego znamy z poprzednich sezonów, teraz gra tak beznamiętnie i nieefektywnie. Dodatkowo brakuje mu decyzyjności, woli – mimo że ma dobrą sytuację – gdzieś tam się obrócić i szukać Alana Czerwińskiego. O wygranych pojedynkach na boku możemy zapomnieć.

Mateusz Kowalczyk ogólnie dobrze, że wrócił do składu, lepiej go mieć niż nie mieć. Tragedii nie ma, ale to jednak nie jest to. W tej jego destrukcji i kreacji początku akcji nie ma błysku, o ile można mówić o błysku w destrukcji. Nie no – można jak najbardziej.

Borja Galan teraz jest kontuzjowany, ale przecież też totalnie zjechał z formą.

Eman Marković to mam wrażenie, że sobie krótkim fragmentem na wiosnę bardzo wysoko zawiesił poprzeczkę i sam nie wiem, jaki to jest zawodnik. Bo wtedy do czasu swojej eksplozji był ultraprzeciętny, a w tym sezonie jest bardzo słaby, nie licząc pojedynczych momentów.

Mateusz Wdowiak próbowany na wahadle też ostatecznie – jak to ktoś napisał – „przychodził jako rezerwowy Zagłębia i dalej wygląda jak rezerwowy Zagłębia”. Ja osobiście zawsze sobie dużo obiecuję, jak Mateusz wchodzi na boisko, ale na oczekiwaniach się kończy. Ciągle w niego wierzę i chciałbym go mimo wszystko zobaczyć więcej na boisku.

Marcela póki co ekstraklasa w GieKSie chyba jednak weryfikuje. Problem polega na tym, że gdy w GieKSie zaczynał, widzieliśmy zawodnika szybkiego, z potencjałem, z błyskiem, który jednak nie ma chłodnej głowy. Mieliśmy nadzieję, że jak tę głowę ustabilizuje, to będzie lepiej. Niestety teraz nawet tego potencjału nie widać. Również stał się toporny i bardzo słaby w swojej grze. I zastanawiam się, czy to przypadkiem nie jest jego poziom.

Erik Jirka od czasu, kiedy przyszedł do GKS również kompletnie nic nie wnosi. Wiele sobie obiecywałem po tym transferze, pamiętając go z Piasta. Ostatecznie próbuje jakiś szum robić na skrzydle, ale efektu z tego nie ma żadnego.

Bartek Nowak niedawno w wywiadzie w Canal Plus mówił, że chce częściej uderzać na bramkę. I tutaj wychodzi paradoks, bo ja mam wrażenie, że jakby strzelał częściej, to byłby mniej samolubny. A tak wychodzi na to, że on po prostu uwielbia szukać tych swoich podań i choć pozornie jest to gra dla zespołu, to jest to jednak bardziej… egoistyczne. Bartek naprawdę, weź uderz czasem z tego dystansu czy z pola karnego i nie szukaj na siłę podania. Technikę masz to po prostu strzelaj, a nie kombinuj. Czekamy na Twoje gole, nie tylko asysty.

Choć i tak nawet w takim żenującym meczu całego zespołu Bartek potrafił ze dwa razy świetnie obsłużyć kolegów…

Dla mnie wielkim zawodem jest Bartosz Wolski. Zdania są podzielone, jedni mówią, że gra dobrze, inni że nie. Może nawet w statystykach i analizach liczbowych wychodziłoby, jakie to Bartek ma świetne parametry, że byłoby sto odbiorów, podań progresywnych i innych badziewi. Tyle, że jakoś tego nie widać na boisku. Zawodnik jest przezroczysty, nasz środek pola nie istnieje, poza beznamiętnym przekazywaniem sobie piłki w poprzek boiska.

I tak dalej, i tak dalej, można by jeszcze mówić o np. Pau Reście, Lukasie Klemenzu itd…

Do tego wiecznie kontuzjowany Adam Zrelak, Olek Paluszek dochodzący do siebie w nieskończoność, Damian Rasak, który wraca, wraca, ale wrócić nie może.

Aha, jeszcze bramkarz Gabriel Kobylak. Meczów nie zawala, ale też nie wybrania. Sam fakt, że o nim zapomniałem trochę też mówi, że mamy bramkarza póki co przezroczystego, choć w tym przypadku akurat nie powiedziałbym, że to wada. Ale nie jest też to zaleta.

Tak naprawdę jedynym piłkarzem, który zrobił widoczny progres jest Ilja Szkurin. I tu jest kolejny niesamowity paradoks. W poprzednim sezonie, gdy widzieliśmy tę waleczną GieKSę, biorącą odpowiedzialność za różne wydarzenia boiskowe, Ilja jawił się jako ten, który nie za bardzo chce wracać, walczyć, angażować się w tę intensywną grę.

A tu nagle nastąpiło odwrócenie. Ilja się tej GieKSiarskiej gry nauczył, a reszta wygląda, jakby zapomniała. I to teraz nasz napastnik wygląda na tego, który najbardziej odpowiedzialnie pracuje. Cofa się po piłkę, próbuje rozgrywać, notuje nawet skuteczne interwencje we własnym polu karnym. Walczy z przeciwnikami w pojedynkach. Tak, Ilja zaliczył duży progres. Nie jego winą jest to, że partnerzy nie potrafią mu dostarczyć dobrej piłki do wykończenia. Ale swoich bramek już w tym sezonie i tak trochę strzelił. Naprawdę to zawodnik, do którego mam najmniej pretensji, w zasadzie to nie mam żadnych. I to cieszy. Ilja, tak trzymaj.

Tym razem trener nie mówił naokoło o efektywności czy jej braku. Powiedział wprost, co zadecydowało i że nie jest dla niego akceptowalne tak dać się zdominować. Wiadomo, że jest to konferencja prasowa i i tak jest dość dyplomatyczny, ale przynajmniej nie słyszeliśmy, że było dobrze, skoro nie było. A było fatalnie.

Jedynie nie zgodziłbym się z trenerem z tym „niefortunnym” terminarzem na początku. To znaczy wiem, że odniósł się jedynie do proporcji meczów u siebie i na wyjeździe. Ale patrząc na samych przeciwników, to schody akurat dopiero się zaczną.

No bo sorry, ale póki co graliśmy w większości z drużynami słabymi lub przeciętnymi. Motor to za chwilę będzie się dramatycznie bronił przed spadkiem, Wisła Płock czy Radomiak mają swoje problemy i w wielkiej formie nie są, Piast gra w kratkę, Zagłębie – swój głównie remisowy antyfutbol (oprócz meczu z GKS). Jeszcze takimi badziewiakami jest Cracovia, z którą nie wyobrażam sobie nie wygrać. Cracovia bowiem jest chyba jeszcze słabsza niż Zagłębie, a trener Bartosz Grzelak… nie wiem co tam robi, bo Pasy wyglądają fatalnie od jego przyjścia.

No ale przecież przed nami starcia z Rakowem, który przecież chce się odbudować i w końcu wygrał pierwszy mecz, a już na Lechu wyglądał dobrze. Zagramy niedługo z Koroną, która świetnie się spisuje w tym sezonie. Będzie Widzew, który z nową miotłą w końcu będzie chciał zacząć coś grać w tej lidze. A przecież dopiero przed nami Jagiellonia, Lech, Legia. I na koniec roku Wisła, która kto wie, czy się nie rozpędzi, bo z Jagiellonią zagrała wybitnie. Jeśli my się nie ogarniemy, to mogą nastać ciężkie czasy.

I nie możemy liczyć na te mecze u siebie. Bo statystyka i zdrowy rozsądek mówi, że prędzej pogubimy jakieś punkty na własnym stadionie niż zaczniemy regularnie je zdobywać na wyjazdach. Z prostej przyczyny – łatwiej utracić coś, co trzyma się wielkim wysiłkiem niż nagle wskoczyć na swoje wyżyny.

Czasem robimy dobrą minę do złej gry, chcemy wierzyć, że porażki czegoś będą uczyć, że wpłyną na rozwój. Rzadziej tak się wydarza, częściej jednak wnioski nie są wyciągane. Nie tylko w piłce, ale i w życiu. Taki jest świat. Dlatego też zawsze wierzę, że na przykład taka wygrana z Górnikiem będzie przełamaniem. A potem przychodzą takie „spektakle” jak z Piastem i Zagłębiem.

Jedyną moją nadzieją, której akurat się trzymam, to fakt, że w szerszym kontekście trener Górak i piłkarze z podobnych tarapatów kilkukrotnie już wyszli i potem było świetnie. Więc tu nawet nie chodzi o to, że nie mam optymizmu, bo ten u mnie nie słabnie. Ale pojawia się – myślę uzasadniona – niecierpliwość i frustracja, że po raz kolejny musimy się z czegoś wygrzebywać.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Igrzyska Myśliwca z katowicką obroną

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Czasem trzeba – jak to się mówi – przespać się po danym meczu. Po to, żeby podejść do niego bardziej spokojnie, znaleźć jakieś pozytywy i ogólnie nie popaść w zły nastrój. Nie pykło. Tym razem patrząc już z lekkiego dystansu, czyli sobotniego poranka, mam obraz gorszy niż bezpośrednio po meczu. Powiedzmy sobie wprost – to było fatalne spotkanie naszego zespołu.

Nie mam tym razem irytacji, tak jak po meczu z Motorem. Może z powodu dyspozycji dnia. Ale nie zespołu, tylko mojej. Ot, GieKSa pokazała swoją specyfikę od tej złej strony, ale nie jest to nic nowego, znamy to doskonale. Tym razem wyszło na minus.

To co jest niestety specyfiką tej drużyny i co (póki co) nie pozwala jej wejść na stałe do czołówki ligi to jej kompletna losowość. Abstrahując oczywiście od tej różnicy u siebie i na wyjeździe. Ale zasadniczo wygląda to tak, że co nam danego dnia wylosuje maszyna losująca, tak będzie wyglądał mecz w naszym wykonaniu. Nie ma czegoś takiego, że przed meczem ze stosunkowo dużym prawdopodobieństwem jesteśmy w stanie stwierdzić, że GieKSa zagra dobre solidne spotkanie, będzie lepsza od rywala albo przynajmniej równa, a wynik – choć to suma wielu wypadkowych – również z pewnym prawdopodobieństwem będzie korzystny. Nie. W przypadku GKS mamy wręcz orła i reszkę – jak wypadnie jedno to mamy ekipę walczącą, kapitalnie grającą w piłkę, stwarzającą zagrożenie. Jeśli drugie – drużynę bezradną i… grającą w obronie w tak kuriozalny sposób jak wczoraj. Ale jest to sposób znany. Także z tego sezonu. Jak zawieje – tak zagramy.

Zanim przejdę do obrony (dla porządku, chodzi o obronną grę całego zespołu), słówko o innych aspektach. Zapytałem trenera na konferencji o wyciąganie wniosków z rywalizacji z Piastem, przede wszystkim z jesieni z poprzedniego sezonu. Bo miałem małe déjà vu z tego meczu, gdy chyba dopiero w swoim drugim starciu jako trener Piasta przyjechał na Nową Bukową Daniel Myśliwiec. Wtedy używałem takiej metafory, że piłkarze Piasta „pobili” naszych zawodników. Bo już wtedy zameldowali się bardzo szybko w kościach naszych zawodników, którzy nie byli na to przygotowani. I goście wtedy zdominowali ten mecz fizycznością i agresją, do tego strzelili w krótkim czasie dwie bramki i było po meczu. I wczoraj mieliśmy podobny vibe Piasta, przy czym tym razem z dyscyplin olimpijskich trener Myśliwiec nie postawił na boks, tylko na sprint. Nie wiem, jakim cudem przekonał swoich piłkarzy, zwłaszcza tych zagranicznych, jaka jest waga meczu z GieKSą, ale grali oni, jakby nałykali się szaleju. Byli dzicy, z pianą na ustach, walczyli, jakby to była wojna, a nie mecz piłkarski. Tak jak mówię – tym razem objawiało się to w szybkości, pokazywaniu się na pozycję i niesamowitym parciu do przodu. Utrzymywali przy tym naprawdę dyscyplinę taktyczną, to nie były ataki chaotyczne. W tym kontekście trafiliśmy na przeciwnika niesamowicie dobrze dysponowanego.

Trener mówił po meczu, że w drugiej połowie to GKS przejął inicjatywę. No jasne, ale przecież Piast prowadził już 2:0, więc to turbodoładowanie nie było już im do niczego potrzebne. Poza tym bądźmy konsekwentni – bo narracja jest taka, że gdy my się cofamy do niskiej obrony, to jest to przemyślana taktyka, a jeśli przeciwnik – to znaczy, że ich zdominowaliśmy i rywal miał kłopoty…

No nie. Piast intencjonalnie oddał nam piłkę, może nie do końca dla siebie w sposób idealny, na co zwracał uwagę trener rywali. Ale gospodarze bardzo umiejętnie się bronili i GKS choć stworzył sobie ostatecznie dość sporo sytuacji, to trudno powiedzieć, żeby któraś z nich naprawdę była wielką szansą na zdobycie gola. Wydaje mi się, że najlepszą miał Mateusz Wdowiak w pierwszej połowie, ale i tak jednak musiał uderzać z takiej krótkiej nogi. Owszem – powinien to trafić, ale sytuacja idealna nie była. Mateusz Kowalczyk z szesnastu metrów – to też powinno zakończyć się dużo lepszym uderzeniem (znaczy nie wprost w bramkarza). Sytuacja Marcina Wasielewskiego po kapitalnym podaniu Nowaka była trudna, bo nasz zawodnik uderzał już będąc bardzo blisko bramkarza, szanse powodzenia były minimalne. Ilja po podaniu Bartka strzelał bardzo efektownie i był blisko, ale była to trudna sytuacja.

Poza tym nasze sytuacje były słabe, podwójne uderzenie Bartka nie miało też większych szans.

Jeśli chcemy porównać – naprawdę dobre szanse to miała Wisła Płock w Katowicach. Mimo, że przegrała 0:5, na początku meczu, kiedy ratował nas Ilja, a potem w drugiej połowie, gdy sam na sam wyszedł Hamulić. To są prawdziwe groźne sytuacje, a nie te, które my stworzyliśmy w Gliwicach.

Daniel Myśliwiec jak nikt inny widać zna atuty i słabości GieKSy. Nikt w tej lidze nie potrafi nas zneutralizować w taki sposób. I najwidoczniej trener wygrał ten mecz już przed meczem. Wiedział jaką taktykę przyjąć i jak nastawić swoich zawodników. I to wystarczyło. Plus dodajmy pewien aspekt układu gwiazd. Oprócz tego, że Piast był lepszy zarówno w obronie i w ataku, to trzeba powiedzieć, że absolutnie wszystko im wychodziło, a nam absolutnie nic. Takie mecze też się zdarzają.

Przede wszystkim trenerzy rywali wiedzą (i my niestety też), że gdy się nasz zespół naciśnie, to gubimy się niemożebnie. Recepta na GieKSę – wprowadzić trochę szybkości i chaosu w naszych szeregach, to prawdopodobieństwo zdobycia bramki znacząco wzrasta. Co lepsza (a nawet i nie) drużyna z tego korzysta. Na naszym tle zadziwiająco często drużyny przeciwników wyglądają na rozpędzone i grające mecz sezonu…

No ale wracając do tej defensywy. Problem mamy wielki i to nie jest tylko kwestia tylko tego sezonu. Na ten moment mamy rozegranych 10 meczów i 15 straconych bramek. To daje średnią 1,5 traconej bramki na mecz – taka sama średnia wychodzi zarówno w lidze, jak i czterech meczach pucharowych. Mamy w dziesięciu meczach tego sezony zaledwie jedno czyste konto, a w ostatnich osiemnastu spotkaniach – tylko dwukrotnie nie straciliśmy bramki.

Ale tu nie chodzi nawet o samą liczbę, bo choć jest ona spora, to nie jest jeszcze jakaś totalnie dramatyczna. Ale dramatyczny jest sposób, w jaki te bramki tracimy. I w jakich momentach czy odstępach. Patrząc na ten sezon. I rozpoczynając od meczu w Żylinie. Mieliśmy kilka fatalnych zachowań w pierwszej połowie, bramek nie traciliśmy, ale gubiliśmy się wtedy strasznie, podając do przeciwników. Natomiast z pola karnego wybić piłki nie umieliśmy i był rzut karny. Na Wiśle dwie bramki stracone w trzy minuty, a mogły być trzy w pięć czy sześć minut, ale trzecia nie została uznana. Z Radomiakiem podajemy w polu karnym prosto na nogę przeciwnika. Hapoel – wiadomo przedziwny przerzut Borjy, a potem strata Arka. W rewanżu z drużyną z Tel Awiwu jakieś uchylanie się od główek i rywal wychodzi sam na sam. Z Górnikiem w 80 sekund tracimy dwa gole. No i jedna z wisienek na torcie – mecz z Piastem.

Choć déjà vu to miałem też z Miszkolcem…

Trudno zrozumieć, co tu się wczoraj wydarzyło. To że rywale przeprowadzili kontrę to jedno. Ale jak jeden Sanca może się zatrzymać na szesnastym metrze, przekładać sobie nogę nad piłką, a nasi zawodnicy dosłownie jak tyczki – nieruchomo powbijani w ziemię. To się absolutnie nie ma prawa wydarzyć, a nawet jeśli stoją – to niech przynajmniej zasłonią bramkę. Drugi gol to zupełnie bierne zachowanie naszych zawodników – ponownie powbijanych w ziemię – i przeciwnik zza pleców trzech GieKSiarzy wbiega i bez problemu strzela bramkę. I powiem tak – do obejrzenia skrótu myślałem, że trzeci gol to po prostu czyste stadiony świata. Ale jak zobaczyłem, jak nasz kapitan uchyla się niemal do ziemi, odsłaniając tym samym drogę piłce do bramki, to sam klęknąłem. Przecież jakby Arek został spionizowany, to piłka by trafiła dokładnie w niego.

A co do tej drugiej bramki jeszcze – to przecież dosłownie dwie akcję poprzedzające – w ciągu 2-3 minut – to były wyjścia Piasta sam na sam lub niemal sam na sam – raz był spalony, a za drugim razem rzut rożny, po którym padł gol. Podania na skrzydła, takie na dobieg, nokautowały nas w tym meczu.

I tak jak trener mówi, efektywność w obronie i ataku była po stronie Piasta. Raz, że Piast był lepszy, ale dwa – że my byliśmy po prostu bardzo słabi. Nie tylko w obronie i nie tylko w wykończeniu. My sobie nie wykreowaliśmy sytuacji tak groźnych, żeby mieć większe szanse na gola. A czasu na to mieliśmy w drugiej połowie mnóstwo, kiedy Piast oddał nam piłkę.

Cóż, zdarzyło się. Dużo gorzkich słów tu padło i w węższym, ale przede wszystkim szerszym aspekcie, trzeba coś z tą grą obronną zrobić, bo tak naprawdę mamy z nią problem od samego awansu do ekstraklasy. Bywały krótkie serie – kilku meczów – kiedy nasi piłkarze wznosili się na wyżyny, notowali czyste konta, potrafili nawet 2-3 mecze z rzędu zagrać bardzo dobrze w defensywie. Ale potem znów przychodziły, kiksy, babole i niezrozumiałe zachowania. Znaczy kiksy… Co do kiksów to ja nawet nie mam pretensji. Na przykład do takiej bramki samobójczej Arka w Łodzi w Pucharze Polski. Tam to był czysty pech, coś co po prostu się zdarza. Ale jak widzę irracjonalne zachowania zawodników, to to jest już powód – czasem do wkurzenia, czasem niepokoju.

Jeśli ta drużyna chce się rozwijać, to musi poprawić defensywę. Nie możemy wiecznie liczyć na to, że Bartek Nowak da ciasteczka, a Ilja Szkurin będzie miał dzień konia. Nie możemy wiecznie liczyć na to, że strzelimy więcej bramek od przeciwnika, który nam strzela. My mamy umieć przepchnąć kolanem mecz, w którym nam się ofensywa nie układa, mamy mało sytuacji lub jesteśmy nieskuteczni – ale pakujemy tę jedną bramkę i wygrywamy, bo obrona spisała się na medal i nie dopuściła do utraty gola.

Nie jesteśmy drużyną idealną. Naprawdę, gdyby nie te aspekty, o których wspomniałem, bylibyśmy w czołówce ligi i pewnie bili się o mistrzostwo. Ale mamy swoje mankamenty i jesteśmy w takim miejscu jak jesteśmy. Nadal bardzo dobrym miejscu. Ale musimy się rozwijać.

Za tydzień ostatni z trzech meczów wyjazdowych – Lubin. Jeśli tam zapunktujemy za jeden – będzie można powiedzieć, że minimum w tym trójmeczu osiągnęliśmy. Jeśli wygramy – to będzie bardzo dobry wyjazdowy wynik. Nie ma co więc płakać nad rozlanym mlekiem, a tak jak powiedziałem – docenić też bardzo należy drużynę Piasta.

Na koniec powiem, że po meczu dziennikarz Łukasz Pawlik powiedział, że jakby kiedyś zakończył pracę w GKS trener Górak, to to byłby godny następca. Zgadzam się w stu procentach. Nie wiem, co ten szkoleniowiec w sobie ma, ale widać, że ma warsztat, gdziekolwiek nie jest to ma wyniki, potrafi z niczego zrobić coś. Do tego jest skromny, trochę cichy, a jednocześnie widać, że ma ten błysk w oku. Wydaje mi się, że to całkiem spoko człowiek, który jednocześnie swoje przeszedł, zarówno w sporcie, jak i poza nim.

Ale to teoretyczne rozważanie. Teraz trwa projekt firmowany przez Rafała Góraka i niech trwa jak najdłużej, po przysparza nam on masę radości, a GieKSa jest w tym pięknym miejscu. Tak więc dalej pracujmy nad budowaniem wielkiej GieKSy, jak trzeba to poklepmy się po plecach, a jak trzeba to solidnie opie…olmy. Ale tylko po to, by iść do przodu.

Z niecierpliwością czekamy na Lubin!

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga