Piłka nożna Prasówka
Media po meczu z Wisłą: Beniaminek wstrząsnął GieKSą w cztery minuty
Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień mediów na temat wczorajszego meczu Wisła Kraków – GKS Katowice 2:1 (0:0).
weszlo.com – Hiszpański taniec Wisły! Udany powrót do Ekstraklasy
Wielkie święto piłkarskie w Krakowie! Wisła po czterech latach mordęgi na zapleczu Ekstraklasy w końcu mogła zagrać mecz w najwyższej klasie rozgrywkowej i był to start udany, bo zwycięski. Mieliśmy pełny stadion, na którym pojawili się również kibice gości, co w pierwszej lidze było wydarzeniem tak częstym, jak majowe opady śniegu. Biała Gwiazda wygrała z GKS-em Katowice 2:1, wróciła w wielkim stylu, tańcząc hiszpańskie pasodoble, ale najważniejszym graczem z tego kraju wcale nie okazał się Angel Rodado.
Pierwszą połowę nazwalibyśmy typową grą poznawczą. Obie drużyny próbowały się „wybadać” . Badania te chcieli jednak przerywać dwaj boiskowi dyrygenci. Piłkarskie mini koncerty Bartosza Nowaka i Kacpra Dudy okazały się natomiast koncertami solistów, a nie wielkich orkiestr. Reszta członków drużyn nie poszła bowiem za przewodnictwem obu panów.
[…] Po drugiej stronie barykady grał artysta nieco starszy, ale zdecydowanie bardziej znany. Pan piłkarz – Bartosz Nowak, zdaniem wielu najlepszy gracz Ekstraklasy 2025/26. On akurat do swoich podań z gry dołożył stałe fragmenty. Problem w tym, że nikt nie chciał jego specjałów próbować. W sumie to ciekawie byłoby, gdyby to Duda podawał do Nowaka, a Nowak do Dudy. Może wtedy te akcje byłyby efektywne? W końcu najpoważniejszą okazję stworzył sam Nowak, jednak jego strzał minął bramkę Marcela Łubika.
Bilans do przerwy to trzy strzały celne z obu stron, piłkę zdecydowanie częściej mieli goście.
No i nie spodziewali się, że w drugą połowę Wisła wejdzie już zdecydowanie odważniej. Jej napór na początku próbowali powstrzymać jeszcze podopieczni trenera Góraka, ale wystarczył jeden faul na Urydze i Wisła „zalała” bramkę Kobylaka. Trzy szybkie powodzie, a w każdy z nich zamieszane były hiszpańskie wiatry, które wcale nie miały nazwy Rodado.
Rzut karny Bozicia próbował wyczuć jeszcze Gabriel Kobylak i był naprawdę blisko, jak w swoim hicie Rafał Brzozowski. Stara prawda futbolu mówi jednak, żeby walnąć mocno. No więc uderzenie skrzydłowego było na tyle silne, że kibice Wisły mogli cieszyć się z pierwszego trafienia po powrocie do Ekstraklasy.
Potem mieliśmy kolejny napór Jordiego Sancheza i jego dwie bramki. Najpierw zamknął dośrodkowanie strzałem głową, a potem trafił po zamieszaniu. Drugi gol został ostatecznie anulowany po długiej analizie. O co tam chodziło? Arbitrzy sprawdzali z jednej strony faul na Jędrychu, a z drugiej potencjalne zagranie ręką strzelca bramki. Decyzja? Nie ma gola. Tylko, że fajnie, gdybyśmy wiedzieli w zasadzie dlaczego, bo się nie dowiedzieliśmy.
Trener Jop zlitował się trochę nad naszymi pucharowiczami z Katowic i zdjął z boiska Hiszpana. Co ciekawe, zdjął go jeszcze w momencie, kiedy ten myślał, że ma na koncie dwa gole. Już na ławce dowiedział się, że jednak nie.
Odwołana bramka dodała dużo nadziei ekipie trenera Góraka. GieKSa odpowiedziała jeszcze bramką nowego nabytku, Sebastiana Bartlewicza. Jednak mimo nerwowej końcówki dla krakowskich kibiców to Wisła mogła świętować zdobycie upragnionych trzech oczek. Na pewno taki powrót sobie wymarzyli, zwłaszcza że naprzeciwko nie stanął byle kto, a rewelacja poprzedniego sezonu Ekstraklasy.
dziennikzachodni.pl – Beniaminek wstrząsnął GieKSą w cztery minuty. Goście nie zdążyli wyrównać
Goście z Katowic już na początku sprawdzili formę bramkarza Marcela Łubika, który trafił pod Wawel z Górnika Zabrze. W 8. minucie obronił strzał z pola karnego Bartosza Nowaka, a dwie minuty później wygrał pojedynek z Emanem Markovicem. GieKSa przeważała, miała stałe fragmenty gry, ale nie potrafiła tego przełożyć na gola.
Wisła w 29. minucie miała swoją pierwszą szansę. Po składnej akcji Frederico Duarte wpadł w pole karne, strzelił przy słupku i Gabriela Kobylak wybił piłkę na rzut rożny. W 42. minucie Duarte huknął z woleja z ostrego kąta i trafił w zewnętrzną część słupka.
Do przerwy mieliśmy bezbramkowy remis, bo GKS nie wykorzystał dwóch przewagi z pierwszych minut. Beniaminek z czasem nabrał śmiałości, ale tylko trochę postraszył gości.
W drugą połowę lepiej weszła Wisła, która kontynuowała odważniejszą grę z końcówki pierwszej części. GieKSa za bardzo się cofnęła i przed bramką Kobylaka coraz częściej bito na alarm. Po kolejnej akcji Marcin Wasielewski przytrzymał w pół skaczącego do główki Alana Urygę i sędzia podyktował rzut karny. Marko Bozić wykorzystał „jedenastkę”, choć bramkarz gości wyczuł jego intencje.
Gospodarze cztery minuty później zadała drugi cios. Raoul Giger zagrał z prawej strony i Jordi Sanchez z bliska wpakował piłkę do siatki.
W 64. minucie gospodarze cieszyli się z trzeciego gola. W ogromnym zamieszaniu na polu karnym najbardziej przytomnie zachował się Jordi Sanchez. Po długiej analizie VAR i obejrzeniu przez sędziego powtórek na monitorze bramka została anulowana. „Podejrzane” były – odbicie piłki od ręki strzelca gola i domniemany faul Maxence’a Maisonneuve’a na Arkadiuszu Jędrychu.
GKS nie dostał więc trzeciego ciosu i mógł jeszcze pomyśleć o nawiązaniu walki. W 76. minucie Markovic strzelił tuż koło słupka. Trzy minuty potem Katowiczanie mieli kontaktowego gola. Szymon Bartlewicz wkrótce po wejściu na boisko sfinalizował trochę przypadkową akcję GieKSy i strzelił z kilku metrów.
Ekipa z Nowej Bukowej do końca walczyła o zmianę wyniku. W rolę napastnika wcielił się nawet Jędrych, ale GieKSa została pokonana przez beniaminka.
gazetakrakowska.pl – Wielkie emocje na Reymonta. Wisła Kraków wygrywa na inaugurację sezonu!
2:1 pokonała Wisła Kraków GKS Katowice na inaugurację sezonu ekstraklasy. To był bardzo emocjonujący mecz, w którym wszystkie gole padły w drugiej połowie, zdecydowanie bardziej otwartej niż pierwsza część.
Przy ul. Reymonta na taki mecz czekali ponad cztery lata. Wisła Kraków awansowała do ekstraklasy i inauguruje w niej sezon meczem z GKS-em Katowice. Spotkanie toczyło się przy komplecie publiczności. Przed pierwszym gwizdkiem na trybunach trwała „rozgrzewka” kibiców obu klubów, którzy nie szczędzili sobie „uprzejmości”. Mecz rozpoczął się od kapitalnej oprawy kibiców Wisły, przygotowanej na dwie trybuny oraz od ogłuszającego wręcz dopingu.
Po początkowym badaniu sił, pierwszy groźnie zaatakował GKS. W 7 min po przechwycie w środku pola Katowiczanie wyprowadzili akcję zakończoną strzałem Bartosza Nowaka. Marcel Łubik odbił piłkę na rzut rożny. Bramkarz Wisły błysnął formą jeszcze mocniej dwie minuty później, gdy w sytuacji sam na sam z Emanem Markoviciem obronił strzał tego ostatniego na róg.
Wisła na naprawdę dobrą okazję kazała czekać do 28 min, gdy Frederico Duarte „poklepał” z Raoulem Gigerem w okolicach pola karnego GKS-u, a wszystko zakończył Portugalczyk mocnym, kąśliwym strzałem. Gabriel Kobylak odbił jednak piłkę na rzut rożny.
W 42 min znów w roli głównej wystąpił Frederico Duarte. Tym razem próbował bramkarza GKS-u zaskoczyć strzałem z ostrego kąta, ale trafił w słupek. Ostatecznie po mocno taktycznej, zamkniętej z obu stron połowie, na przerwę oba zespoły schodziły przy bezbramkowym remisie.
Druga połowa była dużo lepsza, przede wszystkim bardziej otwarta i zaczęły w niej szybko padać bramki. Lepiej w tę część weszła Wisła. Atakowała częściej i w 54 min mieliśmy tego bardzo konkretny efekt. Po dośrodkowaniu w pole karne Frederico Duarte Marcin Wasilewski w pół złapał Alana Urygę i sędzia nie miał wyjścia, musiał wskazać na jedenasty metr. A po chwili z karnego pewnie do siatki trafił Marko Bozić choć jego intencje wyczuł Gabriel Kobylak.
Bramkarz GKS-u nie miał natomiast kompletnie nic do powiedzenia cztery minuty później, gdy po dośrodkowaniu Raoula Gigera piłkę głową z kilku metrów wpakował do siatki Jordi Sanchez.
Cztery minuty później Jordi Sanchez trafił do siatki drugi raz, a później dobre kilka minut trwało sprawdzanie czy gol był prawidłowy. Ostatecznie sędzia Łukasz Kuźma gola nie uznał.
Wisła starała się grać spokojnie, GKS nawet nie stwarzał jakiegoś wielkiego zagrożenia, ale Krakowianie dali się w 79 min zaskoczyć w dość prosty sposób i trochę na własne życzenie. Błąd w polu karnym popełnił Alan Uryga, który mógł wybić piłkę, ale tego nie zrobił i ta trafiła pod nogi Szymona Bartlewicza, który swojej szansy nie zmarnował. Zrobiło się 2:1. Końcówka była nerwowa, ale tak naprawdę Wisła nie dopuściła już do większego zagrożenia pod swoją bramką i zgarnęła pełną pulę.
wislaportal.pl – Zwycięstwo na inaugurację! Wisła – GKS Katowice 2-1
[…] Na ligową inaugurację Wiśle przyszło zmierzyć się z piątym zespołem poprzedniego sezonu w Ekstraklasie, który reprezentuje Polskę w europejskich pucharach, a mianowicie z GKS-em Katowice. No i od początku było to bardzo intensywne spotkanie, w którym faworyzowani przyjezdni starali się narzucać od razu swoje warunki gry. Zanim to się jednak stało już w 2. minucie kapitalne prostopadłe podanie do Jordiego Sáncheza posłał Kacper Duda, tyle że nasz napastnik przegrał pojedynek biegowy i wybiciem piłki w aut ubiegł go Gabriel Kobylak.
Kolejne akcje należały już jednak do gości, którzy błyskawicznie potrafili zagrażać naszej bramce po stratach piłki w środku boiska. W 8. minucie taka przydarzyła się Dudzie, a co skończyło się celnym uderzeniem Bartosza Nowaka. Piłkę świetnie sparował jednak Marcel Łubik. Po dwóch minutach niedokładne podanie Maxence’a Maisonneuve’a przyniosło okazję Ilji Szkurinowi, ale znów kapitalnie i w tym przypadku szczęśliwie interweniował Łubik.
Wisła odpowiedziała na te sytuacje w 11. i 12. minucie strzałami Marko Božicia oraz Jamesa Igbekeme, ale te blokowali skutecznie obrońcy.
W 16. minucie to jednak znów Wisła miała szczęście, bo po dośrodkowaniu w nasze pole karne najwyżej wyskoczył Pau Resta, ale piłka po jego uderzeniu głową nieznacznie minęła bramkę. Kolejną groźną okazję przyjezdni stworzyli sobie w minucie 24., bo zgubiliśmy krycie we własnym polu karnym, ale choć Nowak doszedł do podania, to uderzył obok słupka.
Ostatni fragment pierwszej połowy to już jednak lepsze okazje Wisły. W 29. minucie formę Kobylaka sprawdził bowiem Frederico Duarte, ale golkiper GKS-u zdołał sparować uderzoną w krótki róg piłkę na rzut rożny.
W kolejnych akcjach obrońcy GKS-u zdołali zablokować próbę Dudy, a także aż dwa zejścia do środka i uderzenia Macieja Kuziemki.
Z kolei w 42. minucie piłka dotarła w polu karnym do Duarte, ale ten z ostrego kąta trafił w… słupek! Zaraz potem Portugalczyk został wyraźnie sfaulowany przed „szesnastką”, ale gwizdek sędziego Łukasza Kuźmy milczał.
Do przerwy lepsze okazje miał GKS, ale i Wisła potrafiła postraszyć – zwłaszcza po dwóch próbach Duarte. Było 0-0.
Drugą połowę Wisła zaczyna dobrze, bo już w 47. minucie straszymy gości dwoma kolejnymi uderzeniami, ale najpierw zablokowany jest po nich Jakub Krzyżanowski, a po chwili strzał Duarte daje nam tylko rzut rożny. Podobnie zablokowany został w 50. minucie Kuziemka. Z wywalczonego w ten sposób rzutu rożnego dobrze na bliższy słupek zagrał Duda, ale uderzenie stojącego przed nim głową Alana Urygi było nieznacznie niecelne!
Dobrze rozpoczęta druga połowa dała nam mały sukces w 54. minucie, bo zamknięty GKS zaczął bronić się znacznie bardziej niepewnie, a wszystko skończyło się faulem w polu karnym na Urydze i „jedenastce”!
Do piłki podszedł Marko Božić i choć jego uderzenie Kobylak wyczuł, to piłka po jego rękawicach wpadła do bramki! 1-0!
Najważniejsze było natomiast to, że w 60. minucie było już… 2-0. Kapitalnie piłkę w pole karne posłał Raul Giger, dogranie głową zamknął Jordi Sánchez i „Biała Gwiazda” miała już pokaźniejszą przewagę!
Jakby tego było mało w 64. minucie po sporym zamieszaniu podbramkowym piłkę do siatki gości ponownie wpakował Sánchez. 3-0? Sytuację bardzo długo sprawdzano jeszcze na wideoweryfikacji i ostatecznie drugi gol Jordiego nie został uznany!
Wisła miała jednak wciąż dwubramkową przewagę i na kwadrans przed końcem przypomniał o sobie – wprowadzony chwilę wcześniej – Ángel Rodado. Jego uderzenie z dystansu po nodze obrońcy dało nam jednak tylko rzut rożny. W odpowiedzi groźnie zaatakował jednak GKS, ale strzał Emana Markovicia nieznacznie minął naszą bramkę!
W 79. minucie GKS wykorzystał jednak nasze błędy w obronie i zdecydowanie za łatwo Szymon Bartlewicz mógł trafić do siatki na 2-1. Zresztą od 82. minuty mogło być jeszcze gorzej, bo goście blisko byli kolejnego trafienia! Piłka przeleciała nieznacznie obok słupka…
Obok niego przeleciała też w 88. minucie, po kolejnej próbie Markovicia.
Do regulaminowego czasu sędzia doliczył niespodziewanie tylko cztery minuty, tym bardziej, że dobrą chwilę trwało sprawdzanie nieuznanego gola, ale najważniejsze było to, że w jego trakcie Wisła utrzymała już w miarę spokojnie swoje wywalczone wcześniej prowadzenie. Trzy punkty zostają w Krakowie!
sportowefakty.wp.pl – Wymarzony powrót Wisły Kraków do PKO Ekstraklasy
[…] Mecz rozpoczął się z kilkuminutowym opóźnieniem, ale to drobnostka wobec kilkuletniego oczekiwania Wiślaków na powrót do ekstraklasy. Na trybunach, bez zaskoczenia, był komplet publiczności (31344).
[…] Nie minęło 10 minut i Marcel Łubik musiał dwa razy ratować Wiślaków. Co prawda beniaminek rozpoczął mecz energicznie, ale to GKS zaczął stwarzać sytuacje podbramkowe. Ilja Szkurin i Eman Markovic nie wykorzystali dogodnych pozycji do strzelenia gola. W 24. minucie Bartosz Nowak wbiegł dynamicznie między obrońców z Krakowa, ale piłka tylko przelała się mu po głowie i nie było z tego kolejnego groźnego strzału. Czas pokazał, że GKS będzie żałować nieskuteczności z początku spotkania.
W 29. minucie była pierwsza szansa na gola beniaminka. Wymiana podań Frederico Duarte z Raoulem Gigerem zakończyła się strzałem po ziemi tego pierwszego. Nie było gola, ponieważ Gabriel Kobylak nie zamierzał spędzić meczu w cieniu Marcela Łubika i również ładnie interweniował. Wspomniane trzy strzały celne to komplet w pierwszej połowie, więc nie była ona napakowana po brzegi szansami na gola.
Po przerwie bramki już padły, a nakręcona Wisła potwierdziła dobry fragment strzałem Marko Bozicia na 1:0 z rzutu karnego. Była 56. minuta i pomocnik przełamał swoim kopnięciem dłonie Gabriela Kobylaka, doprowadzając do wrzenia na trybunach przy Reymonta. Jedenastka została przyznana gospodarzom za faul Marcina Wasielewskiego na Alanie Urydze.
Nawałnica Wiślaków była szalona, ponieważ w 60. minucie padł kolejny gol na 2:0. GKS nie otrząsnął się po jednym ciosie, a znowu oberwał i leżał na deskach. Jordi Sanchez wpakował piłkę z metra pod poprzeczkę po dośrodkowaniu Raoula Gigera. W akcji bramkowej uczestniczył również Frederico Duarte.
Była niebawem trzecia, końcowo anulowana bramka Wisły, po której GKS-owi pozostał jeszcze cień nadziei na zapunktowanie. W 79. minucie Szymon Bartlewicz dodał energii i wiary katowiczanom strzałem na 1:2, który zapowiadał elektryzującą końcówkę meczu. Czy taka była? Niespecjalnie. GKS próbował wyszarpnąć chociaż punkt, ale nie miał dużej szansy na doprowadzenie do remisu.
Piłka nożna
Górnik Łęczna – GKS Katowice 1:0
27.10.2026 Łęczna
Górnik Łęczna – GKS Katowice 1:0
Bramki: Tkacz (32)
Górnik: Wilk – Turek, Radkowski (38. Kobryń), Kruk, Rogala (69. Quainoo), Tkacz (81. Deja), Walski, Myszkor, Akhmedov, Janaszek (69. Niewiarowski), Antkowiak (81. Korbecki)
GKS: Kikolski – Jirka (57. Galan), Olsen (57. Czerwiński), Jędrych, Klemenz, Wdowiak, Milewski, Wolski (75. Kowalczyk), Nowak, Wędrychowski (57. Bartlewicz), Szkurin (75. Kokosiński)
Ż.kartki: Myszor – Bartlewicz
Cz.kartki:
Sędzia: Paweł Malec (Łódź)
Widzów: 1333
Felietony Piłka nożna
Taką GieKSę chcę oglądać zawsze
Po 344 dniach GKS Katowice przegrał u siebie. Przez niemal rok Nowa Bukowa była nie do zdobycia. Jak na drużynę „aspirującą”, a nie będącą na topie, jest to wynik wybitny. Rozegrać w tym czasie 17 meczów, w których rywal nie pokonał naszego zespołu to przestrzeń całego sezonu bez porażki. A gdy dodamy do tego, że zremisować się w Katowicach udało się tylko Legii, Jagiellonii oraz Widzewowi (ale przegrał w karnych) to należy dojść do wniosku, że każdemu przeciwnikowi w Katowicach jest niebywale ciężko. Nawet jeśli strzelali oni gola czy dwa, to jedynie rozjuszali maszynę Góraka, która potrafiła wbić jeszcze więcej bramek.
Aż przyjechała Pogoń Szczecin, z którą GieKSa zaczęła budować swoją twierdzę. Jakże to był inny mecz rok temu. Wówczas GieKSa oddała rywalowi piłkę i chciała umiejętnie defensywą kontrolować spotkanie. Wtedy Pogoń miała absurdalną wręcz statystykę posiadania piłki – 77 procent. Oddali aż 27 strzałów, ale… tylko 3 celne. Nasza taktyka okazała się wówczas skuteczna, bo GKS strzelił dwie bramki jeszcze w pierwszej połowie i skutecznie neutralizując poczynania gości – wygrał to spotkanie. Wczoraj obraz był inny. Widzieliśmy GieKSę ofensywną, prącą do przodu, starającą się grać nie tylko skuteczną, ale i ładną dla oka piłkę. To Pogoń była w pozycji wyczekującej i w pewnym momencie zadała decydujący cios. Można powiedzieć, że zarówno rok temu, jak i teraz drużyny zwycięskie wygrały wyrachowaniem.
Mimo wszystko uważam, że w związku z tzw. optyczną przewagą to GieKSa była bliżej osiągnięcia korzystnego rezultatu niż Szczecinianie rok temu. Wówczas ataki Pogoni ostatecznie były w większości jałowe i oprócz tego, że często byli na naszej połowie, niewiele z tego wynikało.
GieKSa rozegrała wczoraj dobre spotkanie, a nawet uważam, że fragmentami to był bardzo dobry mecz. Zwłaszcza w pierwszej połowie zwróciłem uwagę na to, jak potrafimy kapitalnie zagrać w destrukcji, wykorzystać ten swój pressing nie tylko jako sztuka dla sztuki, ale naprawdę, by odebrać piłkę rywalowi. Bardzo ciekawie rozgrywamy krótką grę w środku boiska, również przecież będąc pod presją przeciwnika. Tu Kowal, tu Kacper, tu pomoże Bartek – i gramy gdzieś na lewe czy prawe skrzydło, zdobywając teren. Po stracie bramki to już był napór GieKSy i ciągłe zbliżanie się pod pole karne rywala.
Przeciwnika jednak mieliśmy godnego. Pogoń jest bardzo dobrze zorganizowana w swoje obronie – postawili na obronę niską i w niej bardzo skutecznie neutralizowali nasze ataki. Nie mówię, że wszystko było u nas idealnie, ale trzeba przyznać, że imponująca liczba straconych bramek Pogoni – sześć w dziesięciu meczach – nie jest dziełem przypadku i goście to wczoraj po prostu udowodnili.
Naszych ataków nie nazwałbym jałowymi. Uważam, że były dobre i dynamiczne. Brakowało natomiast trochę precyzji, a czasem decyzji. Trochę za dużo w tej końcowej fazie jest kombinacji – oczywiście, jak ta kombinacja wyjdzie, że to jest szansa na piękną, bramkową akcję. Ale nie przeplatamy właśnie tych kombinacji z próbami uderzeń. Ja wiem, że było ciasno w polu karnym, ale mimo wszystko, czasem można byłoby pokusić się o jakąś bardziej bezpośrednią próbę, na ten mityczny strzał z dystansu – i nie mam na myśli uderzenia z 25 metrów, ale jak już jesteśmy niemal na linii szesnastki, to można byłoby spróbować. Wystarczy choćby spojrzeć na wczorajsze starcie Cracovii z Legią, gdzie padły dwa podobne gole i oba zza pola karnego. U nas nie ma w ogóle takich prób.
Mimo to i mimo tej kapitalnej defensywy Pogoni, do wyrównania brakowało naprawdę niewiele. Sam ten napór naszej drużyny powoduje, że w którymś momencie jakaś piłka może przejść, nawet jakiemuś obrońcy między nogami, tu się poodbija i padnie bramka. W doliczonym czasie gry Ilja miał bardzo dobrą sytuację i minimalnie przestrzelił. Byliśmy o włos.
Nie zapominajmy też o samym początku, kiedy Borja oddał strzał, ale Cojocaru kapitalnie to wybronił. Gdybyśmy prowadzili, obraz meczu mógłby być inny.
Ten napór GieKSy – zwłaszcza po straconej bramce – był tak wielki, że chyba… czasem zapominaliśmy o obronie. Mam na myśli pójście bardzo wysoko i sytuację, w której ze dwa czy trzy razy Pogoń po prostu „wykopała” piłkę do przodu i rywale wychodzili 2 na 1 czy 2 na 2. To jest koszt aż tak bardzo ofensywnej gry. Trochę ryzykownej. Ale trzeba powiedzieć, że GKS bramki po takich kontrach nie stracił.
Piłka nożna to gra błędów i po takim błędzie Pogoń strzeliła gola. Rzeczywiście – za duża była luka pomiędzy naszymi dwoma środkowymi obrońcami, gdy Szalai zagrywał długą piłkę do Sancheza. A potem to już był indywidualny pojedynek, nie najlepsze zachowanie Pau Resty, za to Sanchez pokazał swój kunszt, zastawił się, zrobił zwód i zaraz pozostawało mu tylko wykończenie akcji.
Tak więc w tym pojedynku na styku minimalnie lepsza oraz cwańsza okazała się Pogoń. Przegraliśmy naprawdę z dobrą drużyną.
I powiem tak – bo po różnych meczach, które GieKSa przegrywała miałem różne emocje – czasem smutek, czasem żal, czasem dużą złość, jak choćby po meczu z Lubinie. Tutaj jest zupełnie inaczej. Ani wczoraj, ani dzisiaj – nie mam kompletnie negatywnych odczuć. Naprawdę byłem dumny z tej drużyny, uważam, że zrobili wszystko, by ten mecz wygrać. A że pojawiły się błędy, to mogę tylko rozłożyć ręce i powiedzieć, że taki jest sport.
Mówiąc, że zrobili wszystko, mam na myśli nie tylko „zapieprzanie”. To oczywiście było widoczne aż nadto. Ale poza tym GKS pokazał kawałek dobrej piłki i jeśli w taki sposób czasem zdarzy się przegrać mecz, to nie będę miał żadnych pretensji. Jeszcze z jednego podstawowego powodu – ta gra napawa mnie optymizmem. I dokładnie z taką postawą w starciu z rywalem, który nie ma tak żelaznej defensywy jak Pogoń – GieKSa by taki mecz wygrała lub w najgorszym przypadku zremisowała.
Więc mam prośbę. Utrzymujcie to. Wiadomo oczywiście, że taktyka jest też uzależniona od przeciwnika. Ale utrzymujcie realizowanie tej taktyki w tak rzetelny sposób jak wczoraj. I wiadomo, że można jeszcze coś dołożyć. Niech Marcel czasem strzela. Niech Bartek Nowak też czasem zdecyduje się na uderzenie. Niech Wasyl czasem po prostu dośrodkuje tą prawą nogą lub wejdzie w pole karne. Tam brakuje czasem niuansów natomiast podkład jest bardzo dobry.
Obrona dalej musi pracować, bo choć ostatnio nie gra źle, to dalej mamy zaledwie jedno czyste konto w tym sezonie. Czasem jeden błąd kosztuje tyle, ile wczoraj.
To było piękne widowisko, prawdziwy ligowy pojedynek w środku jesieni, przy jupiterach, z dopingiem kibiców gospodarzy i gości. Po prostu esencja ligowej piłki. Z dwoma bardzo dobrymi drużynami, z których jedna okazała się minimalnie lepsza.
Ostatecznie po powrocie do ekstraklasowych zmagań mamy sześć punktów w trzech meczach. Nieźle, naprawdę nieźle. Teraz mamy tydzień przerwy i za chwilę znowu zacznie się bardzo intensywny czas. Sam nie wiem, jaka jest ta Korona, bo potrafi zagrać super mecz, a potem dość mizerny. Zobaczymy, jak zagrają dziś z Lechem. No a potem włączamy się do gry o Puchar Polski i mecz z zawsze groźną Łęczną na ich zawsze trudnym terenie. I na koniec października Widzew.
Walczymy dalej!
Felietony Piłka nożna
Post scriptum do Kielc i Łęcznej
Trudno wracać myślami do dwóch ostatnich pojedynków. Wiemy, jak zagrała GieKSa i jakie wyniki osiągnęła. Nie może jednak zabraknąć tradycyjnego post scriptum. Tym razem łączonego, bo na wyjazd wybrałem się kilkudniowy. Na pierwszy mecz do Kielc dojechał Misiek, a drugi do Łęcznej – Misiek i Kazik.
1. Moja podróż rozpoczęła się już w piątek od… śniadania w Katowicach. Wiadomo, że trzeba się solidnie posilić. Tak więc z Katowic ruszyłem około godziny 12.00.
2. Droga przebiegła sprawnie i po niecałych trzech godzinach zameldowałem się w Hotelu pod Jaskółką nieopodal Kielc, w jednym z Tumlinów. Znałem to miejsce z opowieści, gdyż zatrzymują się tu czasem wędrowcy Głównego Szlaku Świętokrzyskiego.
3. Sam przemierzałem ten szlak dwa lata temu w majówkę. Wówczas po skończonym etapie w Miedzianej Górze autobusem podjechałem do hotelu Grafit. Jak się okazało, zarówno w poprzednim sezonie, jak i teraz, była to baza noclegowa drużyny.
4. Miejscówka nad zalewem Umer, robiła miłe wrażenie. Hotel to chyba jakiś rodzinny, bo w „barze” przesiadywała rodzinka gospodarzy.
5. Z okien można było podziwiać sympatyczne alpaki. Ogólnie sielanka. To był piątek, więc jeszcze nie byłem skażony przykrymi emocjami sportowymi.
6. Zaczynała się kolejka. Czas więc był śledzić poczynania ligowych rywali. Derby Lublina, czyli Motor grał z Zagłębiem. Na początku oglądałem na laptopie, ale pan chyba dziadek zaproponował, że włączy telewizor. Co uczynił.
7. W międzyczasie obiad. Befsztyk po królewsku, z cebulką, jajkiem sadzonym, frytkami i kapustą zasmażaną. Coś pięknego. Tak mi zasmakowało, że potem podczas pobytu wziąłem to jeszcze dwa razy. Na doprawienie się był krem z pieczarek z groszkiem ptysiowym.
8. Wieczorem Widzew – Górnik i kolejny brak wygranej naszego najbliższego rywala. Do tego wykartkował się Fornal, Świder chyba odniósł jakąś kontuzję. Zobaczymy.
9. No i nadeszła sobota. Śniadanie było sowite – z jajecznicą z wkładką. I tu trzeba było zdobyć kalorię, które będą spalane podczas meczu.
10. Niestety nie dostałem miejsca parkingowego, więc musiałem szukać w okolicach stadionu. Wiedziałem, że są ogólnodostępne parkingi i myślałem, że będąc niemal dwie godziny przed meczem nie będzie problemu. Nie wziąłem pod uwagę, że to ostatni weekend przed Wszystkich Świętych. Na parkingach były dzikie tłumy.
11. Musiałem kluczyć i szukać ponad pół godziny. Ostatecznie zaparkowałem na ulicy niedaleko stadionu, pod cmentarzem, na jakiejś trawie.
12. Czirliderki – podobnie jak ostatnio – miały swoją rozgrzewkę na bocznym boisku. A ja zacząłem kierować się do obiektu.
13. Akredytację odebrałem, trzeba było też sprawdzić, czy w sklepiku jest proporczyk. W poprzednim sezonie go zabrakło. Tym razem udało się – był w asortymencie, więc moja na razie niewielka kolekcja została powiększona.
14. Na stadionie byłem nieco ponad godzinę przed meczem. Ciekawe, że tym razem dojście do prasówki było z drugiej strony niż ostatnio. Ale wyjątkowo ochroniarz przepuścił mnie przez catering dla VIP-ów. Nic nie zachachmęciłem.
15. W dojściu do sektora prasowego, można było odnieść wrażenie, że zaraz się wejdzie do Lewiatana, bo taka reklama jest na stadionie, a wygląda dosłownie, jak szyld sklepu.
16. Czirliderki już oficjalnie wystąpiły, Marek Grechuta zaśpiewał i mogliśmy zacząć grać.
17. U gości wystąpił Pau Resta, były zawodnik Korony. Kibice gospodarzy chyba nie narzekali, bo to Hiszpan dał się nawinąć Menie, który strzelił zwycięską bramkę.
18. Camilo Mena to z jednej strony człowiek mocno zamieszany w awans GKS do ekstraklasy, ale też już w tej ekstraklasie całkiem konkretnie nas tępi. Raz już trafił jako zawodnik Lechii w meczu z GKS, a teraz jako piłkarz Korony.
19. Po meczu konferencja, na której było wyjątkowo dużo dziennikarzy. Każdy chciał zobaczyć debiut Roberta Kolendowicza. Ogólnie sama sala ciekawa, ciemna, ciepła, dość kameralna i schludna.
20. Rozczarowany wróciłem do auta i wróciłem na miejscówkę.
21. Niedziela upłynęła pod znakiem odpoczynku i ekstraklasy oraz oczywiście El Clasico. W tym polskim Lech wygrał na wyjeździe z Legią, a hiszpańskim Real pokonał Barcelonę.
22. Ale przynajmniej mogłem ukoić nerwy w towarzystwie alpak. Zawsze to coś, gdy nie ma wyników.
23. W poniedziałek przemieściłem się do Łęcznej. Trzy godziny drogi, trochę zadupiami. Ale jeszcze za widna byłem na Lubelszczyźnie.
24. Jeszcze udałem się na oddalony o kilometr od mojej miejscówki stadion Górnika, by zrobić nagrywkę i cyknąć parę zdjęć. Ku mojej uciesze stadion był otwarty, więc wszedłem i sobie połaziłem dookoła. Nieniepokojony przez nikogo.
25. Wieczorkiem w sushi/pizzerii pyszna picka. I jesienna herbata. Ogólnie Łęczna jest całkiem przyjemnym małym miastem. Są knajpy, sklepy, kebab, mak. Są też stosunkowo tanie noclegi. Bardzo przyjemnie.
26. Rano śniadanie i na tym skończyły się przyjemności i dobry nastrój. To znaczy jeszcze przez jakiś czas było okej, ale w pewnym momencie zaczęło się robić źle – dokładnie w momencie, jak piłkarze wyszli na boisko.
27. Na stadionie Górnika Łęczna byłem wcześniej sześć razy, ale pięć z tych meczów było przegranych. Jedynie raz GieKSa potrafiła tam wygrać, gdy w końcówce trzy razy strzeliliśmy bramkę.
28. Co ciekawe akredytacja była w formie on line. Nie dostałem plakietki, musiałem się zalogować do systemu biletowego i spoko – tam akredytacja czekała.
29. Ale musiałem czekać aż przyniosą skaner do skanowania. Na szczęśćie może trzy minuty i wszystko było załatwione.
30. Warunki do pracy przyzwoite. Prąd i widoczność spoko. Na stadion schodziły się dzieciaki ze szkół, trzeba było jakoś zbudować frekwencję. Młyn był niewielkie, kibice GKS, cali na żółto, jak zwykle dali radę.
31. Nie zabrakło pozdrowień dla Grzegorza Rogali, kibice GKS pamiętają, że ten zawodnik dał dużo naszej drużynie w drugiej i pierwszej lidze. Teraz broni barw Łęcznej.
32. Luboń, Zdzieszowice, Skierniewice, Garbarnia Kraków, Chrobry u siebie, Tarnobrzeg… To niektóre z kompromitacji, jakie GieKSa zaliczyła w Pucharze Polski w ostatnich kilkunastu latach. Teraz dołożyliśmy do tego drugoligową Łęczną. Fajny był ten puchar w poprzednim sezonie, ale wychodzi na to, że absolutnie nie są to nasze rozgrywki.
33. Po meczu zadałem trochę pytań na konferencji trenerowi, ale byłem tak rozemocjonowany, że zapomniałem włączyć nagrywanie. Z pomocą przyszli chłopacy z oficjalnej, którzy wspomogli mnie nagraniem audio. Wielkie dzięki!
34. Zadałem też pytanie asystentowi trenera gospodarzy, takiemu o aparycji Michaela Ameyawa, na co kładli nacisk i w czym widzieli szansę. To powiedział, że w tym, że obrońcy GKS są wysocy, ale mało zwrotni. Żodyn się nie spodziewał.
35. Wróciłem do auta, które miałem pod miejscówką noclegową, z kilometr od stadionu. I ruszyłem w drogę powrotną. O godzinie 22:00 byłem w domu.







































Najnowsze komentarze